Kategoria: Aktualności

  • Jeśli boli, to znaczy, że rośnie. Sierpniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Kiedy pisałem pierwsze kryminały, chciałem jak najbardziej ułatwić sobie życie. Od jakiegoś czasu próbuję maksymalnie je utrudnić.

    Pierwszą książkę napisałem po to, aby się sprawdzić. Zweryfikować, czy potrafię z sensem wypełnić kilkaset stron. Zgrabnie opowiedzieć historię, która ma początek, rozwinięcie i zakończenie. Aby sprawdzić, czy tworzenie książek i artykułów to dwa rozłączne światy, czy może w jednym i drugim fachu chodzi mniej więcej o to samo. Nie dostałem odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale przynajmniej odkryłem, że tworzenie thrillera psychologicznego rozgrywającego się w postapokaliptycznej Łodzi nie jest najlepszym wyborem dla startującego autora. Do tego stopnia byłem niezadowolony z owoców swojej nieprzemyślanej pracy, że wolałem całkowicie się ich pozbyć – również z szuflady – zamiast gmatwać się w długą, bolesną i nierokującą redakcję.

    Do następnej książki, z której zrodził się „Detoks”, a właściwie cała trylogia łódzka, podszedłem już bardziej świadomie i metodycznie. Przygotowałem plan, stworzyłem uproszczoną charakterystykę bohaterów, rozpisałem główne wątki. Ale przede wszystkim zmierzyłem siły na zamiary, dochodząc do buńczucznego wniosku, że jestem w stanie napisać porządny kryminał.

    Właśnie – kryminał. Choć zawsze lubiłem policyjne historie, nigdy nie sądziłem, że dołączę do grona ich opowiadaczy. Jednak gdy przerabiałem serię z detektywem Royem Grace’em autorstwa Petera Jamesa, uderzyła mnie myśl, że tworzenie takich powieści nie może być aż takie trudne. Przecież wystarczy wymyślić trzymającą się kupy intrygę, dopasować do niej bohaterów, a całą opowieść włożyć w miejsce, które się dobrze zna.

    fot: unsplash.com/Patrick Fore

    Pewnie nie jestem pierwszym autorem, u którego poważne pisanie wzięło się z połączenia przemożnej chęci opowiadania zmyślonych historii z pewnego rodzaju arogancją. A do tego z dążenia do prostoty. Z pragmatyzmu. Bo kiedy stąpasz po nieznanej ziemi, w dodatku czując podskórnie, że porywasz się na coś irracjonalnego (wiele miesięcy pracy, z której może nic nie wyniknąć), siłą rzeczy szukasz punktów bezpieczeństwa. Czegoś, co dobrze znasz. Ulubionych motywów literackich, scenerii, w jakiej się wychowałeś, albo bohaterów, których od lat trzymasz w głowie. W myśl zasady, że skoro już się zapędziłeś do lasu, lepiej nie wpaść na drzewo

    Sam dwukrotnie zdecydowałem się na taki manewr. W przypadku trylogii łódzkiej moim wentylem bezpieczeństwa była Łódź, miasto, w którym przeżyłem ponad dwadzieścia lat. W przypadku „Sprzedawcy” taką rolę pełni świat biznesu, z którym jako dziennikarz ekonomiczny stykam się na co dzień.

    Ale im dłużej bawię się w tworzenie powieści, tym wyraźniej widzę, że to przed laty, wymyślając naprędce postapokaliptycznego potworka, nieświadomie porwałem się na najprzyjemniejszą formę pisania. Bo największą frajdę daje mi wtedy, kiedy zderzam się z nieznanym. Gdy sięgam po nowe tematy czy sposoby narracji, gdy miksuję gatunki, gdy kreuję bohaterów, w których butach jeszcze nie chodziłem. Wtedy też pisarsko najbardziej się rozwijam.

    Oczywiście to nie jest odkrycie Ameryki. W końcu wszelkiej maści coachowie od dawna przekonują, że trzeba wychodzić ze swojej strefy komfortu. Do mnie jednak bardziej przemawia powiedzenie zasłyszane na siłowni: jeśli boli, to znaczy, że rośnie. Bo literackie wycieczki do zamiejscowych krain bolą. Powodują dyskomfort psychiczny i rodzą ponadstandardowe obawy o jakość tworzonego materiału. Przypominają eksperymenty na żywym organizmie. Ale też dają niesamowitą satysfakcję, jeżeli kończą się powodzeniem.

    www.danbrown.com

    Jest tylko jedno „ale”: nie ma żadnej gwaranacji, że czytelnicy podzielą entuzjazm autora. W końcu wszyscy lubimy piosenki, które znamy. Dlatego największe komercyjne sukcesy zwykle odnoszą serie książkowe. Dlatego miliony ludzi podążają śladami Harry’ego Pottera, Roberta Langdona czy Christiana Greya. I dlatego z utęsknieniem czekam na kolejne tomy serii o Harrym Hole czy Johnie Rebusie. Cóż, przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka.

    Na szczęście pisanie to jedno z niewielu kreatywnych zajęć zarobkowych, w których obowiązuje wolna amerykanka. W tej robocie nie ma przymusu. Jeżeli autor nie kieruje się imperatywem finansowym, może bazgrać, co mu się żywnie podoba. Nikt nie zmusi go do wyboru pisarskiej drogi – jedynym znanym mi wyjątkiem jest Arthur Conan Doyle, który uległ fanowskiej presji i wskrzesił Sherlocka Holmesa. A skoro tak, możemy nieskrępowanie szukać coraz to nowych fabularnych patentów i podążać własną literacką ścieżką. Choćby ścieżką cierpienia. Oby tylko uszlachetniającego.

    Krzysztof Domaradzki

  • W drodze z Grzegorzem Kaplą. Jego kabrioletem.

    Z Grzegorzem Kaplą można rozmawiać bez końca. Wsiedliśmy więc do jego samochodu i ruszyliśmy w drogę. Gdzie? Przed siebie, po prostu. Grzegorz opowiada o czytaniu w korkach, pokazuje telefon, który mógłby być eksponatem w muzeum, a także poleca książki, które zrobiły na nim wrażenie. Zapraszamy Was na przejażdżkę, w trakcie której nie patrzymy sobie w oczy. Może to i lepiej, bo bezpieczniej.

  • Joanna Bator ambasadorką laptopów

    No dobra, Stephen King reklamował kiedyś karty kredytowe, Szczepan Twardoch jest ambasadorem Alpine, a teraz Joanna Bator, polska pisarka, publicystka i felietonistka, została ambasadorką Acer. Współpraca dotyczy laptopów z linii ConceptD.

    Pochodząca z Wałbrzycha Joanna Bator jest z wykształcenia kulturoznawczynią i filozofką. Doktorat z filozofii obroniła w Polskiej Akademii Nauk. Dla literatury porzuciła pracę naukową. Za reportaż Japoński wachlarz (2004) otrzymała nagrodę im. Beaty Pawlak. Międzynarodowe uznanie przyniosła jej pierwsza powieść Piaskowa góra (2009). „Wałbrzyska trylogia” – Piaskowa Góra (2009), Chmurdalia (2010) oraz Ciemno, prawie noc (2012) – jest tłumaczona na wiele języków. Powieść Ciemno, prawie noc zdobyła w 2013 nagrodę Nike. Autorka od kilku lat mieszka w Podkowie Leśnej, a mentalnie często przebywała na emigracji w Japonii, czego efektem było Purezento (2017). Jesienią 2020 r. ukazała się jej nowa powieść Gorzko, gorzko. Starą pasją autorki jest bieganie, a nowszą japoński taniec butoh.

    Joanna Bator, jak większość pisarzy, tworzy zarówno w domu jak i w podróży, a dzięki ConceptD może wyjść poza utarte schematy i korzystać z urządzenia na własnych warunkach. Praca pisarza to kolejny aspekt twórczości, który chcemy przybliżyć za pomocą nowego ambasadora  – tłumaczy Jeremi Rybak, Head of Marketing w Acer Polska.

    Jak wskazuje Joanna Bator, odpowiedni laptop jest niezwykle ważnym elementem jej pracy, jak i codziennego życia. Komputer dla mnie to najważniejszy obiekt, wręcz intymny. Są w nim moje teksty, koncepty, moje tajemnice. Musi być przyjemny dla moich oczu i dłoni, mieć duży, łatwy do ustawienia ekran, który idealnie odwzorowuje kolory. Ponadto musi być mobilny, ponieważ poruszam się z nim po domu i zabieram w podróże – tłumaczy Joanna Bator.

    Motywem przewodnim kampanii Acer z udziałem pisarki jest dojrzewanie. Jest to nawiązanie do zmian, które zaszły na przestrzeni lat w karierze Joanny. Zaczynała od kartki papieru, potem była maszyna do pisania, komputer stacjonarny, aż w końcu przyszedł czas na ConceptD. Jest to także bezpośrednia analogia do czterech etapów życia kobiety, które wybrzmiewają w powieści Gorzko, gorzko, obrazującej cztery pokolenia kobiet.

    źródło: informacja prasowa 

  • Wypatrujemy sierpniowych premier. Na które warto zwrócić uwagę?

    Zastanawiacie się, które nowości zabrać ze sobą na sierpniowy urlop? Albo które przeczytać w domowym zaciszu? Jak co miesiąc przejrzałem strony wydawców i wybrałem najciekawsze, według mnie, zbliżające się premiery. Jestem zaskoczony, bo jak na sierpień, to jest ich dość sporo. Mam nadzieję, że wybierzecie coś dla siebie, bo naprawdę jest w czym wybierać. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę odpowiedniego wydawcy, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o interesującym Was tytule.

  • Książki, do których boję się wracać. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Niedawno zobaczyłem „Jay i Cichy Bob – reboot” Kevina Smitha i ojej, jakie to było słabe. Zrobiło mi się smutno, bo niby wiem, że Smith nie jest wielkim reżyserem, ale jego wczesne filmy były dla mnie ważne. A potem się przestraszyłem, że być może one też były słabe, tylko ten nastoletni ja tego nie widział. Co potem drogą luźnych skojarzeń zaprowadziło mnie do półki z książkami…

    No bo oczywiście, jak każdy, w okresie nastoletnim i później na studiach, zaliczyłem kilka ważnych dla mnie literackich fascynacji. Zaczytywałem się w autorach, który w mniejszym lub większym stopniu, ukształtowali co najmniej mój gust. A także pogląd na to, co jest ważne w literaturze, a co nie. Jak pisać i o czym. I teraz to straszne pytanie – a jeśli oni tak naprawdę byli grafomanami? Co jeśli ich książki mogły się podobać tylko niewyrobionemu literacko nastolatkowi? Innymi słowy, co jeśli też wszystkie ważne dla mnie książki, są po prostu kiepskie?

    Robię sobie przegląd moich ulubionych autorów z dawnych lat i początkowo oddycham z ulgą. Adam Bahdaj i Edmund Niziurski. Dwaj pisarze, od których zaczęła się właściwie moja przygoda z czytaniem. Niedawno przeglądałem „Kapelusz za sto tysięcy” tego pierwszego i przeczytałem kilka rozdziałów. Jasne, całość trochę trąci myszką, ale czego innego spodziewać się po powieści, która ma ponad pięćdziesiąt lat. Niemniej, ciągle bawi i bardzo przyjemnie się czyta. O większości powieści Niziurskiego, podejrzewam, można powiedzieć to samo. Zestarzały się, to jasne, ale pomimo wszystko obroniły. Uff… No to jedziemy dalej.

    J.R.R. Tolkien z „Hobbitem” i „Władcą Pierścieni”. No tutaj nie mam wielkich obaw. Jasne, historia przedstawiona w tych książkach jest trochę naiwna. Bohaterowie to chodzące stereotypy. Ale całość powinna się ciągle pięknie bronić. Dzięki kreacji świata, rozmachowi, genialnej wyobraźni i po prostu magii, która wypełnia każdą stronę. A przynajmniej tak to wspominam. Tak, chętnie przeczytałbym jeszcze raz. Kto wie? Może po latach odkryłbym jakieś nowe smaczki. Ale po taki „Silmarilion” to bym chyba już nie sięgnął. Ani po „Niedokończone opowieści” i resztę „kwitów z pralni” Tolkiena. W młodości to tolkienowe światotwórstwo mi imponowało. Teraz nie miałbym cierpliwości, żeby śledzić te wszystkie skomplikowane historie, próbować zapamiętać, kto jest z kim spokrewniony i co się kiedy wydarzyło. Podziękuję, chociaż pomimo wszystko, będę miło wspominać.

    www.unsplash.com/Thomas Schweighofer

    Przechodzimy do kryminałów i do najważniejszego dla mnie w tym gatunku autora. Czyli Raymonda Chandlera i do jego cyklu powieści o Philipie Marlowe. I tutaj ręka mi już lekko drży. Nie boję się o intrygę, te pamiętam doskonale i były świetne. Niezbyt skomplikowane, ale jednak zaskakujące. Kreacja głównego bohatera… Marlowe jest jednym z gatunkowych archetypów, ale archetypem, który jednak Chandler przecież współtworzył. Trudno mu zarzucać więc wtórność czy brak oryginalności. Poza tym Marlowe i tak jest ciekawszą postacią od 99 proc. prywatnych detektywów stworzonych przez innych autorów. Sam nastrój, sposób prowadzenia akcji, opisy – to powinno działać. I ciągle wydaje mi się, pomimo tych wszystkich lat, nowoczesne. Czego się więc obawiam? Postaci kobiecych. Nie jestem teraz pewien, czy Chandler potrafił je pisać czy tylko leciał stereotypami i uproszczeniami. Trochę mnie kusi, żeby się przekonać. Trochę się obawiam, że sobie zepsuję wspomnienia.

    Ale jednak najbardziej się boję o innego, ważnego dla mnie autora. Chodzi o Philipa K. Dicka, którego książki pożerałem kiedyś nałogowo. I raz po raz wracałem do przeczytanych już pozycji, żeby wgłębiać się w szczegóły, analizować i ponownie interpretować. Och, spędziłem nad nimi długie, długie godziny. Jednak już jako nastolatek wiedziałem, że Dick jest autorem potwornie nierównym. Zdarzały mu się książki straszne i bezwartościowe, i zdarzały mu się, jak wtedy uważałem, genialne. Oraz mnóstwo takich średnich, gdzie jednak potrafiłem wyłowić cudowne sceny. I teraz zastanawiam się, czy jest sens do tego wracać. Dick jako twórca interesował się naturą rzeczywistości, zastanawiał się, co jest prawdą, a co nie. Snuł rozważania o Bogu i religii. Kiedy byłem nastolatkiem strasznie, ale to strasznie to do mnie przemawiało. Miałem wrażenie, że znalazłem w Dicku przewodnika, który może nie tyle da mi odpowiedzi, ale przynajmniej wskaże pytania. I teraz, po latach, zastanawiam się, czy te wszystkie rozkminy nie były po prostu naiwne. Filozofia płytka. A rozważania o naturze rzeczywistości to po prostu strata czasu. Leży gdzieś na mojej półce „Valis”, jedna z najważniejszych książek Dicka. Ale nie wiem, czy mam dość odwagi, żeby po nią sięgnąć. A co z „Trzema stygmatami Palmera Eldritcha”, które kiedyś sprawiły, że dosłownie zakręciło mi się w głowie? Jako tako powinien się bronić „Człowiek z Wysokiego Zamku”, ale ta powieść miała dość prostą jednak fabułę. Ale co z „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” i historią o króliku, których chciał być kotem. Historią, która kiedyś niewiarygodnie mnie wzruszyła. Czy dalej wyda mi się piękna, czy okaże się po prostu grafomanią? Nie wiem. Po prostu nie wiem. I nie jestem pewien, czy chcę się przekonać.

    No dobrze? A Państwo? Macie takie książki, takich autorów? Kiedyś ważnych, a po książki których dzisiaj boicie się sięgnąć, żeby nie zepsuć sobie wspomnień? Jestem ciekaw Państwa odpowiedzi.

    Wojciech Chmielarz

  • Inteligencja przestępców, sfałszowany akt chrztu, strzelanie do świadka koronnego. Rozmowa z Gabrielą Jatkowską, autorką „Skruszonego gangstera”

    Rozmowa operacyjna to nie wieczór autorski, im mniejsza publiczność, tym lepiej”. Zastanawialiście się kiedyś, jak z wysoko postawionego przestępcy zrobić świadka koronnego? Jeśli tak, to sięgnijcie po „Skruszonego gangstera”. Co decyduje o tym, że gangsterzy „idą w koronę”? Kim jest i co może mały świadek koronny? Dlaczego pewien biskup sfałszował akt chrztu, a jeden z przestępców wyobrażał sobie, że będzie siedział na sali sądowej z koroną na głowie? Czy jest możliwe, by w swojej sprawie być małym świadkiem koronnym? Czy zabójstwo zamyka możliwość zostania świadkiem koronnym, ale pobicie ze skutkiem śmiertelnym już nie? Łapcie moją rozmowę z Gabrielą Jatkowską, która rozmawiała z policjantami, adwokatami, ale też gansterami.

  • Snajper demaskuje pierwszy – recenzja Piotra Niemczyka

    Książka, która wchodzi do sprzedaży w ostatnich dniach lipca 2021 pozornie tylko należy do ciągu, bardzo podobnych do siebie wspomnień żołnierzy sił specjalnych, wydawanych od kilku lat, w Polsce, Stanach Zjednoczonych i wszystkich innych państwach o rozwiniętym rynku wydawniczym.

    Może z polskiego punktu widzenia nowością jest to, że jej autor, to chyba pierwszy od lat żołnierz, który nie był operatorem GROMu. Ale gdyby to była jedyna różnica, książka nie zasługiwałaby na uwagę.

    Bez względu na to, mniej więcej do połowy „Snajper…” wydaje się być całkowicie sztampowym przedstawicielem gatunku. Trudne dzieciństwo, burzliwa młodość, wyczerpujące – chwilami ekstremalne – szkolenia. Przemysław Wójtowicz to nie tylko snajper (chociaż w jego przypadku nie jest całkiem jasna różnica pomiędzy snajperem a strzelcem wyborowym), ale instruktor najbardziej zaawansowanych technik strzelania, a także człowiek, który testował karabiny wyborowe na potrzeby polskiej armii.

    zdjęcie prywatne P. Wójtowicza/ Znak Literanova

    Osiągnięcia, które oddają jego profesjonalizm to strzał z 600 metrów, w trakcie huraganu, prosto do wylotu lufy czołgu (o średnicy kilku centymetrów) i zniszczenie wyrzutni, z której Talibowie ostrzeliwali konwój w Afganistanie, z odległości prawie 1,5 km.

    Jednak naprawdę nowy jest opis sytuacji polskiej misji w Afganistanie. Przemysław Wójtowicz nie powiela ani przelukrowanego obrazu dzielnego polskiego wojska, świetnie radzącego sobie z prymitywnymi i niewyszkolonymi Pasztunami, ani bohatersko-męczeńskich dokonań mężczyzn z orłami na czapkach, czyli wizji najczęściej dotychczas przedstawianych w mediach.

    W rozmowie z Michałem Wójcikiem, popularny wśród weteranów „Przemek” wyjaśnia, dlaczego uważa, że wojna w Afganistanie nie miała sensu i zakończyła się porażką. Pokazuje stopień nieprzygotowania polskiego wojska do tej misji. Demaskuje mit o tym, że wojska amerykańskie ceniły sobie współpracę z kontyngentem z RP. Było wręcz odwrotnie. Amerykanie obawiali się nieporozumień spowodowanych nieznajomością języka, wyszkolenia, procedur i nietypowego wyposażenia polskich żołnierzy. Skąd inąd identyczną opinię słyszałem z ust poznanych onegdaj – Marines.

    Można zauważyć, że autor „Snajpera…” dzieli polskich żołnierzy w Afganistanie na cztery grupy. Zwykłych tchórzy, dekowników, chojraków/narwańców, którzy w obliczu wroga dostawali amoku i w miarę normalnych żołnierzy, którzy zdawali sobie sprawę, że powinni wykonywać swoje zadania jak najlepiej, ale nie poszukiwać zemsty gdzie popadnie.

    zdjęcie prywatne P. Wójtowicza/ Znak Literanova

    Szczególnie groźna wydaje się grupa narwańców. Według Wójtowicza przypadki takie jak Nangar Khel mogły się zdarzać prawie codziennie. Napakowani stresem żołnierze, groźnych wrogów widzieli nawet w dzieciach. On sam musiał pozbyć się („zrotować”) z sekcji kolegi, który zastrzelił – najprawdopodobniej bez żadnego powodu, afgańską kobietę.

    Smutne bardzo są refleksje snajpera na temat skutków wojny. Pomimo bilionów dolarów wpompowanych przez amerykańskich podatników, Talibowie (głównie Pasztuni), kontrolują 60% terytorium państwa, a uprawy maku, w ślad za którymi idzie handel heroiną, nie zmalały tylko wzrosły. Akurat data wejścia książki na rynek zbiega się z terminem wycofania wojsk koalicji amerykańskiej z Afganistanu. Tym bardziej lektura wspomnień pozwoli zrozumieć motywy decyzji prezydenta Bidena.

    Przemysław Wójtowicz z szacunkiem wspomina współpracę z wywiadem i kontrwywiadem wojskowym. Jednak, kiedy powołuje się na ich ustalenia, można odnieść wrażenie, że były to głównie ogólniki.

    Nie mniej dramatyczna jak relacje z Afganistanu jest opowieść o tym, jak poważnie ranny wrócił do Polski i nie otrzymał adekwatnej pomocy medycznej czy psychicznej. Podobnie jak wielu jego kolegów, często tak okaleczonych, że nie mieli szans na samodzielne poruszanie czy choćby przygotowanie posiłku.

    Bardzo energicznie wziął się za organizowanie sobie i im pomocy. Jest jednym z kluczowych inicjatorów ruchu polskich weteranów. Ale nawet w tej sprawie nie sposób pominąć smutnej refleksji. Aby zdobyć środki na kurs nurkowania dla czternastu weteranów, niecałe czterdzieści tysięcy złotych, potrzebna była wizyta u Premiera i wsparcie decyzji przez jednego z jego kluczowych doradców. A nie chodziło o nurkowanie dla przyjemności, tylko o ważny element rehabilitacji. Niestety armia zapomniała o weteranach z własnych szeregów.

    Piotr Niemczyk

  • Niech żyją redaktorzy! Lipcowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Jako autor książek panicznie boję się dwóch rzeczy: że już nigdy nie napiszę nic dobrego i że to, co właśnie nabazgrałem, jest grafomańskim bełkotem. Na szczęście w tej robocie trafiają się także miłe chwile.

    Rozbrajanie lęku przed pisaniem przychodzi mi z niemałym trudem, ponieważ jest to lęk irracjonalny. Napisałem kilka książek, wypełniłem jakieś dwa i pół tysiąca stron słowami, które ktoś odważył się wydrukować, od lat tłukę w klawiaturę, tworząc mniej lub bardziej zmyślne opowiastki. Nie ma logicznego wytłumaczenia, dlaczego permanentnie się umartwiam, że spod moich paluchów już nic zjadliwego nie wyjdzie. Nie wiem, czy to syndrom oszusta, czy jakiś nieuświadomiony kompleks, czy może każdy autor tak ma – z żadnym o tym nie rozmawiałem. Jeszcze tego nie rozgryzłem. I nie wiem, czy chcę rozgryźć, bo taki strach świetnie motywuje do wyrzucania z siebie kolejnych słów.

    Lęk puszcza dopiero po wystukaniu dziennej porcji tekstu, po dostarczeniu uzgodnionego z samym sobą towaru, po zakończeniu pisarskiej szychty. Na chwilę. Bo zaraz potem pojawia się kolejny – że to, co wpuściłem pomiędzy marginesy, do niczego się nie nadaje. Ten rodzaj strachu trzyma aż do autoredakcji. Dopiero po niej gotów jestem nieśmiało pomyśleć, że stworzyłem coś akceptowalnego. Że to wcale nie takie wstrętne. Że może ludziom nie pękną od tego oczy.

    Ale prawdziwa radość z pisania pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś odwala za mnie robotę. Jak to w życiu.

    Wspominam o tym akurat teraz, ponieważ właśnie skończyłem redakcję swojej nowej książki. Choć powinienem raczej napisać: skończyliśmy. Oprócz mnie w tym procesie uczestniczą ludzie, którzy z imponującą starannością szacują i naprawiają wyrządzone przeze mnie szkody. Którzy wzbogacają utwór o rozwiązania fabularne, o jakich nawet mi się nie śniło. I którzy tak głęboko wgryzają się w moją powieść, że długimi chwilami jest mi głupio – przypomina to bowiem wiwisekcję ludzkiego mózgu.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    Nie ma co się krygować i przypisywać redaktorom większych zasług niż autorom (choć z pewnością zdarzają się książki, w których odgrywają ważniejszą rolę od ich twórców), ale to oni przerabiają wersje beta na gotowe produkty, ratując czytelnicze kubki smakowe. I przy okazji dają autorom komfort, którego tak bardzo nam brakuje.

    Co jakiś czas ktoś mnie pyta, czy wolę pisać, czy redagować, a tak ogóle to który etap tworzenia książki sprawia mi największą frajdę. Do tej pory bez większego namysłu odpowiadałem, że ciężko stwierdzić, bo każdy jest arcyprzyjemny. Ale to nieprawda. Najmilej jest wtedy, kiedy wraca do mnie tekst po redaktorskim liftingu. Gdy moje dziecko – owoc wielomiesięcznego, samotniczego trudu – staje przede mną upięknione. Grzeczne, kulturalne, uśmiechnięte. Właściwie już odchowane, muszę je tylko uważnie obejrzeć i poklepać po główce. I nie ma znaczenia, że istotne zmiany redakcyjne występują średnio co kilkanaście, kilkadziesiąt stron. Czuję, że ktoś zamienił moje brzydkie kaczątko w księcia, fundując mu szokująco dobrą operację plastyczną.

    Tak, to nie wymyślanie i spisywanie historii, niewątpliwie będące esencją pisarstwa, jest w tej robocie najfajniejsze. Najfajniejszy jest moment, w którym do mnie dociera, że nie spaprałem roboty na tyle, by nie dało się z moich bazgrołów ulepić książki. A tego mogę się dowiedzieć wyłącznie od redaktorów. Od nikogo więcej.

    Krzysztof Domaradzki

  • Powieje chłodem – felieton Wojciecha Chmielarza

    Chciałbym wymyślić wehikuł czasu. Albo niekoniecznie wymyślić. To jednak zajmuje za dużo czasu. Chciałbym, żeby pojawił się ktoś, kto mi da w prezencie wehikuł czasu. No, w ostateczności mógłby mi go po prostu wypożyczyć.

    Wtedy natychmiast cofnąłbym o te kilka miesięcy, spotkał się z samym sobą (wiem, wiem, nie wolno tak robić) i z całej siły walnął się w pysk, żeby wybić sobie z głowy ten głupi pomysł na oddawanie książki pod koniec lipca. Tak, dobrze Państwo czytacie, kończę właśnie pisać kolejną powieść. Ale ten felieton nie jest o tym. Rzecz w tym, że tak ustawiłem sobie kalendarz pracy, że te dwa najbardziej intensywne miesiące roboty przypadają na czerwiec i pierwszy miesiąc wakacji. Czyli na te dni, kiedy panują upały. Przyznam szczerze, że kiepsko je znoszę. Moja produktywność znacznie spadła. Trudniej mi się myśli. Co gorsza, noce nie przynoszą żadnej ulgi. Budzę się równie zmęczony jak wtedy, kiedy kładłem się wieczorem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak trudno mi się pisało. Do tego dobijają mnie posty znajomych w mediach społecznościowych, którzy odpoczywają nad morzem, jeziorem, rzeczką, na basenie, kiedy ja mozolnie stukam w klawisze komputera kolejne zdania, akapity i strony.

    Ale zdaję sobie sprawę, że Państwo macie podobnie. Upały dają nam wszystkim w kość i chyba teraz z tęsknotą wspominamy ten chłodny, tegoroczny maj. No, ale ponieważ uważam się za człowieka, którego głównym zadaniem jest nie narzekanie, ale szukanie rozwiązań, to zaproponuję Państwu teraz kilka sposobów na schłodzenie się latem. Schłodzenie się mentalne i literackie.

    www.unsplash.com/Damian McCoig

    Dobra… Widzę, że ten dowcip nie był najwyższych lotów. Państwo wybaczą. Ale raz jeszcze – upał. W skrócie, napiszę o kilku książkach, które się dzieją w zimniejszych rejonach świata, w nadziei, że taka lektura przyniesie jednak pewną ulgę.

    No to na pierwszy rzut mój ulubiony Dan Simmons z „Terrorem”. Czyli fabuła, a konkretnie horror z akcją umieszczoną w XIX stuleciu i opartą na losach wyprawy sir Johna Franklina, który w 1845 wyruszył szukać przejścia północno zachodniego. Miała to być droga morska z Atlantyku na Pacyfik, na północ od Kanady. Zabrał za sobą dwa znakomicie wyposażone statki HMS „Terror” i HMS „Erebus”, liczą załogę i… ślad po nich zaginął. Była to jedna z najbardziej tajemniczych i rozpalających wyobraźnię zagadek XIX i XX wieku. Dan Simmons stworzył na jej podstawie niesamowitą, fascynującą i przerażającą opowieść. Która zresztą potem została przerobiona serial (do zobaczenia na Amazon Prime). Wychodząc od powieści Simmonsa możemy odbić w dwie strony. Najpierw w kierunku literatury pięknej. Bo Richard Flanagan (ten od „Ścieżek Północy”) napisał nawiązującą do losów Franklina powieść „Pragnienie”. Jedną z jego lepszych zresztą. No, ale tam jest więcej o Tasmanii niż Arktyce, więc porzućmy ten temat. Druga ścieżka prowadzi nas w stronę reportażu historycznego. O tym, co naprawdę wydarzyło się podczas wyprawy Franklina napisali w „Na zawsze na lodzie” Owen Beattie i John Geiger. Ich książka niedawno ukazała się w Polsce. Przyznam szczerze, że sam jej jeszcze nie czytałem (zachowuję ją na naprawdę gorące dni), natomiast ma bardzo dobre recenzje.

    Trasę przejścia północno zachodniego jako pierwszy odkrył dopiero legendarny norweski polarnik Roald Amundsen na początku dwudziestego wieku. Ten sam, który jako pierwszy zdobył biegun południowy. Co w sposób naturalny prowadzi nas do jego świetnej biografii pióra Stephena R. Bowna pod tytułem „Ostatni wiking”. Książka wyszła co prawda kilka lat temu, ale wciąż jest dostępna w sprzedaży. Bown jest również autorem „Wyspy niebieskich lisów”, która z kolei opowiada o wyprawie Beringa i o rosyjskich próbach podbicia dalekiej północy. Obie książki naprawdę warto przeczytać.

    No i wreszcie na koniec dwie pozycje. Najpierw „W królestwie lodu” Hamptona Sidesa. Książka poświęcona pierwszej amerykańskiej próbie zdobycia bieguna północnego w 1879 roku. Był to początek mojej przygody z książkami o tematyce polarnej. Otworzyła mi oczy na kilka niewiarygodnych tematów. Przede wszystkim jak bardzo eksploracja okolic podbiegunowych była powiązana z ówczesnym klimatem politycznym i rywalizacją mocarstw. Jak mocno wpisywała się w retorykę kolonialną o niesieniu misji cywilizacyjnej, a równocześnie jak arogancko była prowadzona. Wielu badaczy twierdzi, że sukcesy Amundsena wynikały między innymi z tego, że jako jeden z pierwszych zaczął uczyć się sztuki przetrwania od mieszkających w tamtych rejonach od stuleci Inuitów. Cała reszta wolała tkwić w przekonaniu o swojej cywilizacyjnej wyższości i przez to często marnie kończyła. Fascynujące jest także to, jak bardzo mylili się XIX wieczni geografowie w swoich hipotezach jak np. wygląda daleka północ. I jakie tragiczne miało to skutki. Sidesa w każdym razie bardzo polecam.

    I wreszcie na koniec, dla szybkiego schłodzenia, króciutki reportaż Davida Granna „Biała ciemność” poświęcony z kolei współczesnemu badaczowi Antarktydy Henry’emu Worsley’owi. Rzecz do połknięcia w jeden dzień, wzbogacona licznymi fotografiami. Bardzo przyjemna lektura.

     

    Zastanawiam się, dlaczego tak lubię czytać o polarnych wyprawach? Nigdy nie ciągnęło mnie na Antarktydę, Grenlandię czy Spitsbergen. Przede wszystkim dlatego, że jest tam zimno. A ja zimna nie lubię równie mocno, jak upałów. Niemniej, książki o tej tematyce zajmują całą półkę w mojej domowej bibliotece. I pomimo tego, że brakuje mi już miejsca, ciągle dokupuję kolejne. Ale chyba na tym polega magia czytania, prawda? Że w domowym zaciszu, na kanapie, w fotelu, na hamaku w ogrodzie, przy szklance czegoś zimnego możemy poczytać o krainach, których nigdy nie zamierzamy odwiedzić. I będzie to bardzo dobrze spędzony czas.

    Wojciech Chmielarz