Kategoria: Aktualności

  • Wypatruję lipcowych premier, którymi warto się zainteresować

    Co ciekawego nas czeka w lipcu? Szczerze mówiąc, to myślałem, że będzie gorzej. Gorzej pod względem liczby ciekawych premier, a tu jednak miłe zaskoczenie. Jakościowo też to wygląda całkiem dobrze, więc podrzucam Wam książki, które wydają mi się ciekawą opcją w nadchodzącym miesiącu. Po co sięgniecie?

  • „Bilety czasowe to opcja rezerwowa”. Rozmowa z Grażyną Grabowską, prezes Targów w Krakowie

    Wszystko rozpocznie się 14 października, a zakończy cztery dni później. Oczywiście to plany na końcówkę czerwca, bo nikt nie wie, jak będzie wyglądała jesienią sytuacja epidemiologiczna. Na razie pewne jest tylko to, że padają ostatnie ściany Szpitala Tymczasowego na terenie Expo w Krakowie. Jak wyglądają przygotowania do targów? Jakie są scenariusze? Czy istnieje niebezpieczeństwo, że targi się nie odbędą? O tym wszystkim rozmawiam z Grażyną Grabowską, prezes Targów w Krakowie.

  • Omama, przelewy z Reichu i wewnętrzny Śląsk, czyli rozmowa z Anną Cieplak o „Rozpływaj się”

    Omama, która jest jednocześnie babcią i mamą, finansowa kroplówka z zachodu, żółwie, dinozaury i proteza miłości. Dziś premiera „Rozpływaj się” Anny Cieplak. Kapitalna opowieść o wewnętrznych demonach, które budzą się bez względu na wiek, a może nawet dojrzewają razem ze swoimi nosicielami. Czy można zdać egzamin z życia? A jeśli tak, to kto ma wystawić ocenę. Jest dużo Śląska, rozłąki, ale też nadziei, że kiedyś będzie lepiej, chociaż może będzie tylko gorzej. Poświęćcie kilkanaście minut na zobaczenie rozmowy, a potem kilka godzin na przeczytanie „Rozpływaj się”, bo książka jest warta każdej poświęconej jej minuty.

  • Historia człowieka, który wszędzie jest cudzy. „Pokora” Szczepana Twardocha na deskach

    Alois nie należał do starego świata, nie należy też do nowego. Syn górnika z Górnego Śląska, zrządzeniem losu wyrwany z proletariackiej rodziny, wszędzie spotyka się z pogardą i odrzuceniem. Samotny i prześladowany, wierzy tylko w erotyczną relację z perwersyjną, dominującą Agnes. Jednak w świecie, który się skończył, nic nie jest prawdziwe. Jak bardzo adaptacja teatralna „Pokory” różni się od powieści? Co było najtrudniejszego w wejściu w rolę Aloisa Pokory? Czy można być wszędzie cudzym i nigdzie u siebie? „Pokora” Szczepana Twardocha wchodzi na teatralne deski, z tej okazji porozmawiałem z autorem powieści, reżyserem – Robertem Talarczykiem oraz odtwórcą głównej roli – Henrykiem Simonem.

  • Babski świat. Czerwcowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Im bardziej zagłębiałem się w biznes wydawniczy, tym częściej nachodziła mnie refleksja, że musi on mieć w sobie sporo żeńskich pierwiastków. W końcu postanowiłem zweryfikować, czy to tylko moje bezpodstawne generalizacje, czy może coś jest na rzeczy. Teraz już wiem: nie, nie wydawało mi się.

    Jakkolwiek wstrętnie to zabrzmi, żyję z podążania za cudzymi pieniędzmi. Jako dziennikarz „Forbesa” zaglądam właścicielom biznesów do portfeli – a dokładniej: do sprawozdań finansowych – szukając największych lub najlepiej rokujących firm. A kiedy już taką znajdę, zastanawiam się, czy jej działalność i stojący za nią człowiek są na tyle frapujący, aby poświęcić im swój czas i miejsce w magazynie. Świat biznesu bywa przewrotny. Czasem nerdowaty dwudziestoletni programista ma więcej do powiedzenia niż doświadczony multimilioner sprzedający śrubki. A czasem sprzedawanie śrubek jest bardziej zajmujące od tworzenia sztucznej inteligencji do czegoś tam.

    www.unsplash.com/ Sharon McCutcheon

    Płeć przedsiębiorcy nie ma znaczenia. Teoretycznie. Bo praktycznie biznes – a zwłaszcza duży biznes – to męski świat. Faceci zdecydowanie częściej niż kobiety pojawiają się na listach najbogatszych, pozyskują wielomilionowe finansowania na rozwój swoich start-upów, zasiadają w zarządach wielomiliardowych korporacji. Za to znacznie rzadziej wykonują nieodpłatną domową pracę, taką jak pranie, prasowanie, gotowanie czy opieka nad dziećmi. Jeśli wierzyć zeszłorocznemu Global Gender Gap Report, Polki dopiero w 2128 roku doczekają się równego statusu społecznego, ekonomicznego i prawnego. Może i tak. Nikt z nas tego nie zweryfikuje.

    Na szczęście w świecie biznesu zdarzają się wyjątki. A jeden z najciekawszych trafił się na rynku książki.

    Na forbesowe potrzeby (i dla zaspokojenia ciekawości) zrobiłem przegląd sytuacji w polskich oficynach. Okazało, że kobiety są głównodowodzącymi – właścicielkami, prezeskami, dyrektorkami zarządzającymi, redaktorkami naczelnymi – całego tabunu wydawnictw, na czele z Wydawnictwem Literackim, Naszą Księgarnią, Grupą Wydawniczą Foksal, Rebisem, Albatrosem, Sonią Draga, Marginesami, Agorą, Czarnym, Dwiema Siostrami, Pauzą czy Filtrami. W niektórych z nich za sprawy redakcyjne, promocję książek, korektę tekstów czy skauting odpowiadają wyłącznie kobiety. W innych mają istotną liczebną przewagę nad mężczyznami, którzy na ogół lepiej się czują w kwestiach finansowych, handlowych i poligraficznych – byle dalej od literatury i pracy z autorami. W dodatku kobiety kierują ważnymi organizacji branżowymi (jak Polska Izba Książki albo Fundacja Powszechnego Czytania), korporacjami książkowymi (Empik) i popularnymi serwisami literackimi (LubimyCzytać.pl), a także rządzą w blogosferze i na bookstagramie.

    Oczywiście stwierdzenie, że użeranie się z książkami to wyłącznie babska sprawa, byłoby paskudnym i głupim uogólnieniem. Nie jeden świetny wydawca, hurtownik, księgarz czy redaktor mógłby się za nie obrazić. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że na tle wielu gałęzi gospodarki, silnie zmaskulinizowanych i okopanych w archaicznych ramach kulturowych, rynek książki prezentuje się pięknie. Dosłownie i w przenośni.

    Od kilkunastu dni wypytuję ważne osoby w naszej branży, dlaczego tak jest. Słyszę, że to kwestia większej, potwierdzonej badaniami empatii, jakże potrzebnej w bardzo relacyjnym biznesie wydawniczym. Że to owoc stereotypizacji i bezmyślnego przypisywania dzieci do konkretnych ról. Że w którymś momencie nastoletniego życia chłopcy porzucają książki dla gier. Że to nie kwestia predyspozycji płciowych, tylko kształtu rynku – zdominowanego przez nieduże, często rodzinne podmioty, w których bez względu na sektor nie brakuje przedsiębiorczyń. Że, jak powiedział jeden z moich męskich rozmówców, kobiety są mądrzejsze, a książki to domena mądrych ludzi. Że właściwie cholera wie, ale miło wiedzieć, iż w branży literackiej liczą się kompetencje, a nie płeć.

    www.unsplash.com/Trnava University

    Jest jeszcze jedno wytłumaczenie, proste i poparte danymi. Z ostatnich badań Biblioteki Narodowej wynika, że kobiety nie tylko czytają więcej od mężczyzn (51 do 33 proc. czytających cokolwiek), ale i robią to znacznie intensywniej (15 do 7 proc. w przypadku czytających siedem lub więcej książek rocznie). A skoro tak, siłą rzeczy ciągnie je do książek również w wymiarze zawodowym oraz biznesowym. Nie ma w tym nic wydumanego.

    To z pewnością także w pełni nie tłumaczy, dlaczego kobiety tak lgną do wydawnictw i na rynek książki. Ale dobrze, że tak się dzieje. Bo czytanie – o czym od lat przypominają najróżniejsi badacze i promotorzy kultury – jest łatwo dostępną przepustką do lepszego statusu materialnego, świata elit i przywództwa. A to daje skromną nadzieja, że na wyrównanie społeczno-ekonomicznych szans nie będziemy musieli czekać 107 lat.

    Krzysztof Domaradzki

  • W trzewiach dyktatury – tekst Piotra Niemczyka

    Leszek Szerepka wstrzelił się w aktualne potrzeby rynku czytelniczego po prostu jak snajper. W czasie, gdy trwają protesty na Białorusi, a reżim porywa niewygodnego blogera, jego książka o szwadronach śmierci pokazuje z jakiego rodzaju zagrożeniem mamy rzeczywiście do czynienia. Powieść „Białoruski snajper” dotyczy co prawda okresu 2014-2016, ale możemy sobie wyobrazić, że teraz jest tylko gorzej i protestujący przeciwko totalitaryzmowi, zagrożeni są jeszcze bardziej.

    Chociaż główne postacie „Białoruskiego snajpera” są fikcyjne, to przecież bez trudu odgadniemy kim są prymitywny dyktator Aleksander Łukawyj i jego doradca do spraw najbrudniejszych Wiktor Dajman. Tym bardziej, że w sąsiadujących państwach nazwiska polityków są już prawdziwe i ich relacje można odczytywać w tylko jeden sposób.

    Mimo, że Leszek Szerepka kojarzył się przede wszystkim jako publicysta, to jednak jego książka jest rasową powieścią sensacyjną. Pewnej pięknej, młodej damie, aspirującej do pracy modelki, bardzo podpada prezydent i jego najbliższy doradca (można domyślać się za co). Jej sojusznikiem staje się, śmiertelnie w niej zakochany, tytułowy snajper, świetnie wyszkolony oficer ochrony prezydenta. Pomimo, że ich plan jest perfekcyjny i działają z najwyższą dyskrecją i ostrożnością, pętla utworzona przez KGB, które zaczyna domyślać się zagrożenia – zaciska się.

    Leszek Szerepka – były wieloletni dyplomata pracujący w Rosji, na Ukrainie i na Białorusi, do połowy 2015 roku był ambasadorem RP w Mińsku – prawdopodobnie sam doświadczył różnych form inwigilacji stosowanych przez KGB. A w „Białoruskim snajperze” jest ich wiele. Tajne przeszukania, obserwacja, nadzór elektroniczny i infiltracja agenturalna to tylko wstęp. Ponieważ akcja dzieje się w totalitarnej dyktaturze, środki stosowane przez tajne służby praktycznie nie mają ograniczeń. Z woli prezydenta i tajnego trybunału zdarzają się porwania, tortury i zabójstwa osób niewygodnych (szefów mafii i przeciwników politycznych). Szerepka pisze o tym w taki sposób, jakby to było coś oczywistego. Dlatego najgorsze nawet wynaturzenia wydają się bardzo realnie.

    A przy okazji dowiadujemy się jakie są kulisy państwa totalitarnego. Z jednej strony obietnice i przechwałki o wielkich sukcesach dla ogłupiałego elektoratu. Z drugiej tworzenie państwa mafijnego. Gromadzenie „kompromatów” na wszystkich polityków, przejmowanie mediów i manipulacja nimi, nachalna propaganda skierowana do własnych obywateli i polityków zagranicznych. Zarazem przemyt papierosów na ogromną skalę, handel bronią z podobnymi sobie dyktaturami i organizacjami terrorystycznymi, dostawy do państw objętych sankcjami, wreszcie rozliczenia transakcji w „krwawych diamentach”. Jednym słowem: jak wyciągnąć miliardy dolarów, do prywatnej kieszeni, w państwie, w którym obywatele żyją na granicy ubóstwa. A wszelki opór dławi się brutalną przemocą.

    Znacznej wiarygodności dodaje książce Leszka Szerepki pewien specyficzny styl i język. Charakteryzujący nie te fragmenty, które dotyczą wątków sensacyjnych, tylko opisy negocjacji, intryg politycznych, sytuacji społecznej i gospodarczej. Od początku czytania zwraca uwagę, że ten styl nie jest typowy dla tego rodzaju powieści. Po dłuższym zastanowieniu, wpadłem na to skąd znam ten język. Tak się pisze noty dyplomatyczne, sprawozdania z placówek, analizy wysyłane z ambasad do „centrali”. Czyta się to inaczej niż sarkastyczne chwilami opisy w rodzaju „zabili go i uciekł” (notabene autentyczne zdanie z książki), ale to tylko dodaje powieści smaku.

    Piotr Niemczyk

  • Które czerwcowe nowości zabrać na urlop? Doradzam

    Urlopy i wakacyjne wyjazdy zbliżają się wielkimi krokami, więc czas na przegląd czerwcowych nowości. Okazuje się, że jest sporo ciekawych pozycji, na które warto zwrócić uwagę. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę sklepu, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o interesującym Was tytule. Jeśli na coś się zdecydowaliście, napiszcie w komentarzu.

  • Kamienny sufit – majowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zdradzałem już Państwu, że lubię książki niespodzianki. W sensie takie pozycje, o których wiem, że normalnie bym po nie sięgnął, bo albo o nich w ogóle nie słyszałem, albo ich tematyka wykracza poza moje zainteresowania. Uznałem jednak, że żeby się rozwijać, także czytelniczo, powinienem od czasu do czasu po takie rzeczy sięgać.

    Najczęściej znajduję taką pozycję w taki sposób, że podchodzę do księgarza i mówię mu wprost, żeby polecił mi taką książkę, jakiej nigdy by mi nie polecił. Jego/jej mina wtedy jest bezcenna, ale to już materiał na inny tekst. W ten sposób, dzięki Szymonowi Świtajskiemu ze sopockiego Smaku Słowa poznałem „Gdzie się podziałeś Buzzie Aldrinie” Johana Harstada. Piękną, przejmującą, spokojną opowieść o zagubieniu i próbie odnalezienia własnego miejsca w świecie. Paulina Wilk z warszawskiego Big Booka wcisnęła mi „To wspaniałe, oślepiające światło” Tahara Ben Jellouna i „Bezmatek” Miry Marcinów. „Biografia” komara Timothy’ego C. Winegarda, którą z kolei wyniosłem z księgarni PWN na Koszykowej, jeszcze jest przede mną. Wspominam o niej po to, żeby pokazać Państwu, jakie książki w ten sposób do mnie trafiają. No dobra, ale cały ten przydługi wstęp jest po to, żeby wyjaśnić Państwu, dlaczego zacząłem czytać „Kamienny sufit” Anny Król.

    www.unsplash.com/Andrew Seaman

    „Kamienny sufit” to książka o pierwszych kobietach, które wspinały się w Tatrach. No i nie będę tutaj ukrywać, że wspinaczka nie jest moim ulubionym sportem. Co więcej, szczególnie ta wysokogórska budzi we mnie rozmaite wątpliwości etyczne. Poczynając od tego, jak traktuje się szerpów, a kończąc na tym, że nie rozumiem, dlaczego ludzie mający dzieci i rodziny (a więc będący za nie odpowiedzialni) ryzykują swoje życie, żeby zdobyć kawałek skały na wysokości ośmiu tysięcy metrów. Z którego to wyczynu nie wynika zresztą żadna praktyczna korzyść. Moje narzekania nie zmieniają jednak faktu, że w ostatnich latach, po skokach narciarskich i formule jeden, to himalaizm stał się naszym kolejnym narodowym sportem. Każdy ma w końcu zdanie, jak powinno się zdobywać Broad Peak i czy na K2 wypada zimą wchodzić z tlenem.

    No, ale „Kamienny sufit” nie jest o Himalajach, ale o Tatrach. I powiem od razu, że czytałem mi się tą książkę bardzo dobrze. To portrety kilkunastu kobiet, które w pierwszej połowie XX wieku na równi z mężczyznami zdobywały tatrzańskie szczyty, wytyczały szlaki i przejścia. Anna Król rekonstruuje nie tylko ich życiorysy, ale także wspinaczkowe drogi, dzięki czemu pokazuje nam, jak w przeciągu tych stu lat zmienił się wspinaczkowy świat.

    www.unsplash.com/Samuel Ferrara

    Ważne są tutaj Tatry, ważne są opisy wędrówek i zmagań z górami, zmagań, które wielokrotnie zresztą kończyły się tragicznie. Dla mnie jednak to głównie opowieść o kobiecym świecie początków ubiegłego wieku. Bohaterki Król na pewno nie były statystycznymi Polkami. Większość z nich pochodziła z dobrych lub bardzo dobrych domów, zdobyły staranne wykształcenie, miały dostęp do rodzinnego majątku. Nawet one jednak musiały wywalczyć sobie miejsce w męskim świecie i nieustannie udowadniać swoją wartość. Każdy ich błąd był zauważany i nagłaśniany. Każdy wypadek miał być potwierdzeniem tezy, że nie ma dla nich miejsca w Tatrach. A one jednak uparcie szły w góry. Dla niektórych to była po prostu przygoda. Dla innych element świadomej walki o emancypację. Dla paru Tatry były ucieczką od codzienności i jej problemów, miejscem, gdzie mogły być sobą. I były tam szczęśliwe.

    Na to wszystko jeszcze nakłada się tragiczna polska historia. Pierwsza wojna światowa, potem trudna niepodległość i wreszcie koszmar lat 1939-1945 (potem też zresztą nie było za łatwo). Anna Król stara się to wszystko połączyć. Czasami udaje się jej to lepiej, czasami gorzej. Sama zresztą przyznaje na wstępie, że nie jest to opowieść skończona, a historia pierwszych taterniczek wciąż wypełniona jest białymi plamami. Niemniej, sporo tutaj jest mocnych, przejmujących obrazków, scen, życiorysów. Król udało się oddać głos tym, których do tej pory nie wysłuchano.

    No, ale żeby uciec już od tych górnolotnych sformułowań, jest to też książka pięknie wydana. Pełna fotografii i sprzed lat, dzięki którym możemy spojrzeć w oczy bohaterkom, i współczesnych, ukazujących, jak obecnie wyglądają pokonywane przez nie trasy wspinaczkowe. Odkładałem ją z takim poczuciem czytelniczego zadowolenia, bo czegoś się nauczyłem, poznałem kawałek historii, która do tej pory była przede mną ukryta, a przy okazji dobrze się bawiłem. Dostałem więc wszystko to, czego oczekuję od książki niespodzianki. Chyba za niedługo trzeba się więc będzie zacząć rozglądać za kolejną.

    Wojciech Chmielarz

  • Wywiad w kąpielówkach. Tekst Piotra Niemczyka

    Tytuł dziwi. Chociaż tylko na pierwszy rzut oka. Na początku przychodzi do głowy żart. Jachty mają tyle do wywiadu, co rowery albo wrotki. Ale po chwili pojawia się refleksja, że skoro rowery i wrotki są wykorzystywane do obserwacji przez służby specjalne, to przecież jachty mogą służyć do łączności, pomiarów, nasłuchu elektronicznego i transportu oficerów i agentów. To właśnie o tym jest ta broszura.

    Zaczyna się trochę od teorii szpiegowania, ale ponieważ jest na ten temat dużo grubych książek, więc nie będę się odnosił do kilku stron na początku. Ale już po pierwszych kilku stronach można się dowiedzieć, że pierwsze żaglowce, które można nazwać szpiegowskimi powstały w XIII (!) wieku. Były to brygantyny. To szybsza i bardziej zwrotna wersja bryga. Popularnego wówczas statku transportowego. Także dla wojska. Inna sprawa, że zadania jakie w większości otrzymywały te łodzie bardziej przypominały piractwo niż szpiegostwo. No ale jeżeli piractwo nazwiemy operacjami specjalnymi, to wszystko gra.

    Andrzej Kowalczyk, autor „Jachtów szpiegowskich”, ma zupełnie niezłe doświadczenie w operacjach specjalnych. Jako nastolatek był inspiratorem ośmieszenia obchodów 20-lecia PRL. Przed trybuną honorową dla partyjnych oficjeli pod napisem „Niech żyje 22 lipca!” harcerze, do których należał, dopisali „Dawniej E. Wedel”. (Nie wiem czy mam przypominać, że w okresie PRL zakładom Wedla zmieniono nazwę na „22 Lipca” czyli datę ogłoszenia manifestu PKWN). Zimą, po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, rozwiesił na szczycie Mont Blanc transparent „Solidarności”. Odbiło się to szerokim echem po całym świecie. Jako dziennikarz był redaktorem najpopularniejszej, na I zjeździe Solidarności w hali Oliwii w Gdańsku, gazetki „Pełzający Manipulo” (byłem, pamiętam), a później współpracownikiem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa.

    Niewątpliwie najważniejszy dla żaglowego wywiadu czas to okres II wojny światowej. Jak napisał autor: „Przede wszystkim przemieszczały się bezszelestnie i tanio. Po drugie ówczesne systemy radarowe nie wykrywały drewnianych jednostek. I po trzecie, stosowane wtedy na morzu torpedy były zbyt drogie aby walczyć z jachtami”. I dalej „wywiady (…) werbowały masowo agentów spośród szyprów i załóg głównie kutrów rybackich ale i jachtów żaglowych stylizowanych na kutry.”

    W efekcie jachty i kutry odegrały znaczącą rolę w śledzeniu i niszczeniu niemieckich U-Bootów oraz przy przewożeniu agentów, dywersantów i żołnierzy ruchu oporu, przez kanał La Manche, Morze Śródziemne, we wszystkie możliwe strony, a nawet przez Atlantyk do Argentyny, Brazylii i RPA. Szczególnie ciekawe wnioski wysnuwa autor w związku z rejsami do Ameryki Południowej. Czy już w 1944 roku żeglarze przerzucali tam środki mające zapewnić wygodne życie hitlerowskim elitom po przegranej wojnie?

    Jedna z najciekawszych opowieści dotyczy przerzucania, francuskim jachtem, niemieckich „nielegałów” wraz z żołnierzami francuskiego ruchu oporu. Inna – dużo bardziej współczesna – zahacza o wysadzenie przez wywiad francuski statku „Rainbow Warrior”, na którym w 1985 roku działacze „Greenpeace” protestowali przeciwko francuskim próbom atomowym na atolu Mururoa.

    Polskich wątków jest tak wiele, że można by podejrzewać, że Polska była potęgą morską na równi z Wielką Brytanią i Francją. Kapitanem jednego z pierwszych żaglowców polujących na U-Booty był Polak, przerzuceni przez nieświadomy tego francuski ruch oporu agenci Abwehry udawali Polaków, wielokrotne rejsy Ryszarda Kuklińskiego, podejrzenia wobec Józefa Teligi i setki uciekinierów z PRL do Szwecji to jeszcze nie wszystkie wątki z udziałem Polaków.

    Wydawałoby się, że współcześnie, wraz z rozwojem techniki, szczególnie wywiadu elektronicznego, rola jachtów traci na znaczeniu. A jednak nie. Powstają łodzie bezzałogowe napakowane elektroniką do obserwacji takich obiektów jak morskie bazy wojskowe lub rejestrowanie przebiegu manewrów marynarek wojennych.

    Zupełnie inną sprawą jest wzajemne szpiegowanie konstruktorów jachtów sportowych. Załogi startujące w najważniejszych regatach mają budżety idące w setki milionów dolarów. Każda informacja o szczegółach technicznych drzewc lin czy żagli jest warta dużych pieniędzy. Chociażby dlatego w 2013 roku, organizatorzy kluczowych zawodów wprowadzili zakaz zbliżania się jachtów, na odległość mniejszą niż 200 metrów. Żeby nikomu nie przyszło do głowy, aby z bliska fotografować szczegóły konstrukcyjne.

    Jak łatwo się domyślić, nie jest to książka fabularna. To selektywne i specyficzne kompendium wiedzy o działaniach wywiadowczych, w których istotną rolę odgrywało morze. Kilka opisanych przeze mnie wątków to tylko mała próbka. Chociaż to bardziej broszura niż książka, na 56 stronach dało się zmieścić naprawdę sporą porcję wiedzy.

    Piotr Niemczyk