Kategoria: Aktualności

  • John le Carré „Agent w terenie” – fragment książki

    Gdybym pisał oficjalny raport, zacząłbym właśnie od pełnego imienia i nazwiska Eda, imion rodziców, miejsca i daty urodzenia, zawodu, wyznania, pochodzenia rasowego, orientacji seksualnej i wszystkich innych danych, których nie zawierał komputer Alice. Ale to nie raport, więc zacznę od siebie.

    Na chrzcie dano mi na imię Anatolij, co potem zangielszczono do Nathaniel. I zdrobniono do „Nat”. Mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, nie noszę zarostu, kępki włosów trochę mi już szpakowacieją. Moja żona ma na imię Prudence. Jest wspólniczką w starej, szanowanej kancelarii prawnej w londyńskim City, specjalistką od praw człowieka, najchętniej pracującą społecznie.

    Jestem chudy. Prue woli mówić, że „żylasty”. Uwielbiam sport. Oprócz gry w badmintona biegam i raz w tygodniu chodzę do prywatnej, nie dla wszystkich dostępnej siłowni. Mam „sporo męskiego wdzięku” i „swobodny, typowy dla światowca sposób bycia”. Mój wygląd i maniery są „typowo brytyjskie”, „umiem dobrze bronić swoich racji”. Potrafię „świetnie przystosowywać się do sytuacji” i „nie mam przesadnych skrupułów moralnych”. Bywa, że „łatwo wpadam w gniew” i „nie jestem obojętny na wdzięki niewieś­cie”. Nie można powiedzieć, bym „był stworzony do pracy za biurkiem i osiadłego życia” – to zresztą bardzo duży eufemizm. Bywam „uparty” i „nie poddaję się dyscyplinie”. To „czasem zaleta, czasem wada”.

    To wszystko cytaty z poufnych raportów o moich dokonaniach i z ocen okresowych, sporządzanych przez moich pracodawców w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Z tego samego źródła wiadomo, że w moim przypadku „można liczyć na bezwzględność w dobrej sprawie”, ale nie wiadomo w jakiej i do jakiego stopnia. Za to potrafię być „delikatny” i mam „sympatyczną naturę, która skłania innych do szczerości”.

    Teraz bardziej konkretnie. Jestem poddanym brytyjskim mieszanego pochodzenia, urodzonym w Paryżu jedynakiem – z ojca, który w chwili mego poczęcia był mało zamożnym majorem szkockiej gwardii w kwaterze NATO w Fontainebleau, i z matki pochodzącej z drobnej rosyjskiej szlachty na emigracji w Paryżu. Ze strony rosyjskiej dostałem też sporo krwi niemieckiej za pośrednictwem ojca mamy, która w zależności od nastroju czasem się do niej przyznawała, a czasem nie. Prawda historyczna jest taka, że rodzice moi poznali się na przyjęciu, wydanym przez niedobitki samozwańczego rosyjskiego rządu na wygnaniu w czasach, gdy mama wciąż jeszcze twierdziła, że studiuje historię sztuki, a ojciec miał prawie czterdzieści lat. Nazajutrz rano już byli zaręczeni – tak przynajmniej twierdziła mama, a znając jej inne wyczyny, jestem skłonny w to wierzyć. Kiedy ojciec porzucił służbę wojskową – w pośpiechu i pod przymusem, bo miał już i żonę, i dziatki, gdy do szaleństwa zakochał się w mamie – państwo młodzi osiedlili się w podparyskim Neuilly w ślicznym białym domku, sprezentowanym im przez dziadków po kądzieli, gdzie wkrótce przyszedłem na świat, dzięki czemu matka mogła szybko poświęcić się innym rozrywkom.

    Na koniec tego wstępu autobiograficznego zostawiłem informację o poważnej, roztropnej osobie mojej ukochanej nauczycielki języków, opiekunki i de facto guwernantki, madame Galiny, podającej się za pozbawioną majątku rosyjską hrabinę znad Wołgi i przyznającej się do pokrewieństwa z Romanowami. Nie mam pojęcia, w jaki sposób trafiła do mojej – rychło rozbitej – rodziny. Mogę się tylko domyślać, że była porzuconą kochanką stryjecznego dziadka mojej mamy, który po ucieczce z Piotrogrodu (który jakoś wtedy przemianowano właśnie na Leningrad) i dorobieniu się drugiej fortuny na handlu sztuką znalazł jeszcze jedno zajęcie – kolekcjonowanie pięknych kobiet.

    Madame Galina liczyła dobrze ponad pięćdziesiąt lat, gdy pojawiła się w mym domu rodzinnym. Była bardzo korpulentna, ale uśmiech miała przemiły i niewinny. Nosiła długie suknie ze zwiewnego czarnego jedwabiu i kapelusze własnej roboty, a u nas zajmowała dwa pokoje na poddaszu, gdzie trzymała wszystko, co posiadała: gramofon, ikony, kompletnie poczerniały obraz Matki Boskiej – jak twierdziła, autentycznego Leonarda da Vinci – całe pudła starej korespondencji i zdjęcia arystokratycznych przodków na śniegu, otoczonych przez psy i służbę.

    Zadaniem madame Galiny była opieka nade mną. Jej drugą pasją były języki, z których kilka znała bardzo dobrze. Ledwo opanowałem ortografię angielską, już zmuszała mnie do ćwiczeń w cyrylicy. Na dobranoc czytała mi wciąż to samo opowiadanie dla dzieci, za każdym razem w innym języku. Kiedy brała mnie na spotkania towarzyskie wśród szybko malejącej społeczności potomków białych Rosjan i uciekinierów ze Związku Radzieckiego, musiałem się popisywać jako jej podopieczny poliglota. Podobno po rosyjsku mówiłem z francuskim akcentem, po francusku z rosyjskim, po niemiecku – którym posługiwałem się mniej płynnie – mieszałem je oba. Za to angielszczyznę zawdzięczam wyłącznie ojcu, co ma swoje dobre i złe strony. Przekonywano mnie, że słychać w niej szkockie intonacje, ale na szczęście nie towarzyszące im u ojca pijackie wrzaski.

    Gdy miałem lat dwanaście, ojciec zszedł na raka i na melancholię. Przy pomocy madame Galiny opiekowałem się nim do ostatka, bo mama była wtedy bardziej zajęta swym najbogatszym wielbicielem, belgijskim handlarzem bronią, którego nie darzyłem sympatią. W niezręcznej sytuacji, która powstała po śmierci ojca, zostałem uznany za niepotrzebny balast i wysłany do Szkocji, gdzie wakacje spędzałem u ponurej ciotki, a resztę roku w spartańskiej szkole z internatem w tamtejszych górach. Szkoła robiła wszystko, bym się niczego nie nauczył – poza sportem – a mimo to udało mi się dostać na pewien uniwersytet w pewnym przemysłowym mieście angielskiego regionu Midlands, gdzie poczyniłem pierwsze niezręczne próby kontaktów z płcią przeciwną i gdzie ukończyłem slawistykę.

    Od dwudziestu pięciu lat jestem pracownikiem brytyjskiej tajnej służby – czyli Firmy, jak ją nazywają wtajemniczeni.

    John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010

     

    *

    Nawet dziś nie da się zaprzeczyć, że werbunek pod tajne sztandary był mi przeznaczony od samego początku, bo od samego początku ani nie brałem pod uwagę, ani nie pragnąłem żadnego innego zajęcia – może poza grą w badmintona i wspinaczką w górach Szkocji. Od pierwszej chwili, gdy mój opiekun nau­kowy zapytał mnie nieśmiało nad kieliszkiem nieschłodzonego białego wina, czy nie zastanawiałem się kiedyś nad „służbą krajowi, ale tak po cichu”, natychmiast zrozumiałem, że owszem, chciałbym to robić, a myślami znalazłem się z powrotem w mrocznym mieszkaniu w Saint-Germain, które odwiedzałem z madame Galiną co niedziela aż do śmierci ojca. To tam po raz pierwszy obudził się we mnie zapał dla antybolszewickiej konspiracji – wśród moich dalekich kuzynów, wujów i opętanych ciotecznych babć, szeptem wymieniających się wieściami z ojczyzny, w której prawie żadne z nich nigdy nie było. Potem nagle się orientowali, że słucham, i kazali mi przysięgać na wszelkie świętości, że dochowam tajemnicy – wszystko jedno, czy rozumiałem, o czym szeptali, czy nie. I to tam zrodziła się we mnie fascynacja tą olbrzymią krainą, której krew płynęła w moich żyłach, jej różnorodnością, bezmiarem i niezrozumiałymi zwyczajami.

    Zdawkowy list wpada do mojej skrzynki pocztowej. Informuje mnie, że mam się stawić w pewnym budynku z gankiem niedaleko pałacu Buckingham. Emerytowany admirał marynarki królewskiej pyta mnie zza biurka wielkości okrętowej wieży artyleryjskiej, jakie sporty uprawiam. Mówię, że badmintona. Jest wyraźnie wzruszony.

    Czy wie pan, że grywałem w badmintona z pana kochanym ojcem w Singapurze? Zawsze mnie ogrywał.

    Nie, sir, nie wiem – odpowiadam i zastanawiam się, czy nie powinienem go przeprosić za ojca. Na pewno rozmawialiśmy jeszcze o tym i owym, ale kompletnie nie pamiętam o czym.

    A gdzie on, biedak, pochowany? – pyta, gdy już wstałem, by odejść.

    W Paryżu, sir.

    Aha. No to powodzenia.

    Dostaję polecenie, by stawić się na stacji kolejowej Bodmin Parkway. Mam mieć ze sobą zeszłotygodniowy numer czasopisma „Spectator”. Zorientowawszy się, że wszystkie niesprzedane egzemplarze zostały już zwrócone do dystrybutora, kradnę jeden z najbliższej biblioteki. Mężczyzna w zielonym kapeluszu pyta mnie, kiedy odjeżdża najbliższy pociąg do Camborne. Odpowiadam, że nie wiem, niestety, bo sam czekam na pociąg do Didcot. Ruszam za nim w bezpiecznej odległości i docieram na parking, gdzie czeka biała furgonetka. Po trzech dniach dziwnych pytań i sztywnych przyjęć, podczas których sprawdza się moje obycie towarzyskie i wytrzymałość na alkohol, zostaję wezwany przed komisję.

    No cóż, Nat – mówi siwa dama siedząca na samym środku za stołem. – Skoro już wypytaliśmy cię o wszystko, czy dla odmiany jest coś, o co ty chciałbyś zapytać nas?

    Szczerze mówiąc, jest – odpowiadam, udając najpierw, że naprawdę się zastanawiam. – Pytali mnie państwo, czy możecie liczyć na moją lojalność, ale czy ja mogę liczyć na waszą?

    Uśmiecha się i zaraz wszyscy inni za stołem też się uśmiechają – tym samym smutnym, mądrym, refleksyjnym uśmiechem, który jest chyba najlepszym znakiem rozpoznawczym w Firmie.

    Pod presją nie mięknie. Odpowiedni poziom utajonej agresji. Opinia pozytywna”.

    *

    W tym samym miesiącu, w którym kończę podstawowy kurs mrocznego rzemiosła, spotyka mnie to szczęście, że poznaję Prudence, moją przyszłą żonę. Do naszego pierwszego spotkania doszło w mało sprzyjających warunkach. Po śmierci ojca z rodzinnej szafy wypadł cały oddział trupów. Różni przyrodni bracia i siostry, o których w życiu dotąd nie słyszałem, domagali się udziału w spadku, toteż od czternastu lat trwały o niego utarczki w sądach ze szkockimi wykonawcami testamentu. Kolega polecił mi kancelarię prawniczą w City. Jeden ze starszych mecenasów słuchał moich żalów przez pięć minut, po czym nacisnął dzwonek.

    To jedna z naszych najlepszych aplikantek – zapewnił mnie na odchodnym.

    Drzwi się otwarły, do gabinetu wmaszerowała osoba w moim wieku. Miała na sobie budzący respekt czarny komplet – taki, w jaki najchętniej ubierają się panie mecenas; na twarzy okulary w rogowej oprawie, a na małych stópkach ciężkie czarne buty wojskowe. Podała mi rękę. Nie oglądając się na mnie, w rytmie wystukiwanym przez te jej wielkie glany powiodła mnie do boksu, na którego matowej szybie widniał napis: „P. Stoneway, mgr prawa”.

    Siadamy naprzeciw siebie. Z poważną miną odgarnia za uszy kasztanowe włosy i wyciąga z szuflady biurka żółty notes.

    Pana zawód? – pyta.

    Pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jej Królewskiej Mości – odpowiadam i rumienię się, sam nie wiem dlaczego.

    Z tego spotkania zapamiętałem najlepiej jej wyprostowane plecy, mocno zarysowany podbródek i zabłąkany promyk słońca, który muskał włoski na jej policzku przez cały czas, gdy opowiadałem jej kolejne mało budujące odcinki naszej rodzinnej sagi.

    Czy możemy sobie mówić po imieniu? – pyta pod koniec pierwszego posiedzenia.

    Możemy.

    Ja jestem Prue – mówi i umawiamy się na za dwa tygodnie, kiedy tym samym beznamiętnym głosem sprawozdaje mi wyniki swojej pracy:

    Muszę ci powiedzieć, że nawet gdybyś już jutro dostał do rąk wszystkie sporne środki po zmarłym ojcu, to i tak nie starczyłoby tego na opłacenie honorarium naszej kancelarii, nie mówiąc już o spłacie jakichkolwiek roszczeń. Ale – dodaje, nim jeszcze powiem, że w takim razie nie będę zabierał jej czasu – mamy zasadę, że w uzasadnionych przypadkach świadczymy usługi nieodpłatnie. Z przyjemnością mogę cię poinformować, że zajmiemy się twoją sprawą właśnie na takich warunkach.

    Musi się ze mną spotkać jeszcze raz, za tydzień, ale trzeba to przełożyć na później, bo pewien agent, Łotysz, musi zostać umieszczony przy radiostacji Armii Radzieckiej na Białorusi. Powróciwszy do ojczyzny, telefonuję do Prue i zapraszam ją na kolację, ale zostaję skarcony i pouczony, że jej kancelaria surowo przestrzega niemieszania spraw osobistych z pracą dla klienta. Mimo to informuje mnie z satysfakcją, że w wyniku działania kancelarii oddalono wszelkie roszczenia względem mnie. Dziękuję jej wylewnie i pytam, czy w takiej sytuacji już nic nie stoi na przeszkodzie, by zjadła ze mną kolację. Nie stoi.

    Idziemy do Bianchiego, włoskiej knajpy w Soho. Prue ma na sobie letnią sukienkę z dekoltem, włosy wróciły zza uszu, skupia na sobie wzrok każdego mężczyzny i każdej kobiety na sali. Szybko się przekonuję, że moje zwykłe teksty tym razem nie wystarczają. Jeszcze nim podano danie główne, zostaję poczęstowany wykładem na temat różnicy między prawem a sprawiedliwością. Kiedy pojawia się rachunek, bierze go pierwsza, wylicza co do pensa połowę należności, dodaje dziesięć procent napiwku i płaci mi wyjętą z torebki gotówką. Mówię z udawanym oburzeniem, że w życiu jeszcze nie spotkałem się z tak bezczelną uczciwością, na co omal nie spada z krzesła ze śmiechu.

    Pół roku później, po uzyskaniu zgody przełożonych, pytam ją, czy nie wyszłaby za szpiega. Wyszłaby. Teraz to ją Firma bierze na kolację. Dwa tygodnie później Prue mi oznajmia, że postanowiła zawiesić na kołku adwokacką togę i przejść szkolenie dla żon pracowników Firmy wysyłanych na teren wroga. Bardzo jej zależy, bym zdawał sobie sprawę, że czyni to z własnej woli, a nie z miłości do mnie. Wahała się, ale zwyciężyło poczucie patriotycznego obowiązku.

    Kurs kończy z wyróżnieniem. Tydzień później otrzymuję przydział na drugiego sekretarza do spraw handlowych w brytyjskiej ambasadzie w Moskwie, dokąd udaję się wraz z małżonką imieniem Prudence. Jak się potem okazało, Moskwa była naszą jedyną wspólną misją. Powody, dla których tak się stało, nie przynoszą Prudence ujmy. Niebawem do tego wrócę.

    Przez ponad dwie dekady – najpierw z Prue, potem bez – służyłem królowej pod dyplomatycznym lub konsularnym przykryciem w Moskwie, Pradze, Bukareszcie, Budapeszcie, Tbilisi, Trieście, Helsinkach, a ostatnio w Tallinnie. Wszędzie tam werbowałem i prowadziłem agentów wszelkiej maści. Nigdy nie było mi dane dostąpić zaszczytu zasiadania za stołem, przy którym podejmowano najważniejsze decyzje – i bardzo się z tego cieszę. Ktoś, kto ma naturalny talent do prowadzenia agentów, jest panem siebie. Wprawdzie słucha rozkazów z Londynu, ale w terenie jest panem losu – swego i swych agentów. Za to gdy skończy się czas jego czynnej służby, na świecie nie ma zbyt wielu ciepłych posadek dla wędrownego szpiega pod pięćdziesiątkę, niecierpiącego pracy za biurkiem, z życiorysem zawodowym przedstawiającym go jako dyplomatę średniej rangi, który nigdy nie zrobił prawdziwej kariery.

    *

    Nadchodzi Boże Narodzenie. I mój dzień sądu. W głębokich katakumbach kwatery głównej Firmy nad Tamizą prowadzą mnie do małego, dusznego pokoiku, gdzie przyjmuje uśmiechnięta inteligentna kobieta w nieokreślonym wieku. To Moira z działu kadr. Moiry z działu kadr zawsze mają w sobie coś niesamowitego. Wiedzą o człowieku więcej, niż on sam wie o sobie, ale nie powiedzą co ani czy to coś dobrego czy złego.

    A co tam u tej twojej Prue? – pyta z zainteresowaniem Moira. – Przeżyła reorganizację w swojej kancelarii? Na pewno było to dla niej bardzo denerwujące.

    Dziękuję, Moiro, ale wcale się nie denerwowała. Za to gratuluję pilności, z jaką przygotowałaś się do tej rozmowy. Wiedziałem, że nie będzie inaczej.

    I wszystko u niej w porządku, prawda? U was obojga? – Ignoruję niepokój w jej głosie. – Po twoim bezpiecznym powrocie?

    Jak najbardziej. Cieszymy się, że znów jesteśmy razem, dziękuję.

    A teraz z łaski swojej odczytajże mi wreszcie ten wyrok śmierci i miejmy to za sobą. Ale Moira ma swoje metody. Teraz kolej na moją córkę, na Stephanie.

    Tutaj grzeszki młodości wreszcie się skończyły, tak? Bo dostała się na studia…

    Skończyły się, skończyły. Dziękuję. Profesorowie są nią zachwyceni – odpowiadam.

    Ale w głowie mam tylko jedno: powiedz mi wreszcie, że moją pożegnalną imprezę zaplanowaliście na czwartek wieczór, bo piątek nigdy nikomu nie pasuje, i czy mógłbym teraz zabrać swój kubek z wystygłą już kawą do sekcji rekonwersji troje drzwi dalej, gdzie zostaną mi przedstawione kuszące propozycje pracy w przemyśle zbrojeniowym, prywatnych firmach konsultingowych i innych przechowalniach dla starych szpiegów, takich jak ochrona zabytków, automobilkluby i szkoły prywatne, które zawsze szukają kogoś do administracji. Nic dziwnego, że jestem zdziwiony, gdy Moira oznajmia mi radośnie:

    Bo wiesz co, Nat? Tak się składa, że mamy dla ciebie pewną propozycję. Oczywiście, jeżeli jesteś zainteresowany.

    Zainteresowany? Moiro, nikt na świecie nie jest bardziej zainteresowany. Ale i nieufny, bo chyba wiem, co mi zaproponujesz. To podejrzenie natychmiast zamienia się w pewność, gdy Moira rozpoczyna opowieść – taką w wersji dla małych dzieci – o tym, jak wielkim zagrożeniem jest znowu Rosja.

    Nie muszę ci tłumaczyć, Nat, że moskiewskie Centrum robi nas na szaro na całym świecie. Nawet w Londynie.

    Nie, nie musisz. Od lat tłukę to do głowy ludziom w kierownictwie.

    Zrobili się jeszcze gorsi niż dawniej i bezczelniejsi. Wszędzie wlezą, a jest ich jak mrówków. Zgadzasz się z tą oceną?

    Zgadzam się, Moiro. W każdym calu. Zaglądnij do raportu z mojego pobytu w słonecznej Estonii.

    A od kiedy hurtowo wywaliliśmy stąd ich legalnych szpiegów… – Czyli szpiegów z przykryciem dyplomatycznym, takich jak ja. – …przysyłają tu całe tłumy nielegalnych – mówi z oburzeniem. – Zapewne zgodzisz się ze mną, że tacy są znacznie bardziej kłopotliwi i znacznie trudniej ich wywęszyć. Widzę, że chcesz o coś zapytać.

    Spróbuję. Warto. Nie mam nic do stracenia.

    Jeszcze zanim przejdziemy do tego…

    Tak?

    Właśnie przyszło mi na myśl, że może znalazłoby się dla mnie coś w Wydziale Rosja. Wiem oczywiście, że mają tam za biurkami komplet świetnych młodych ludzi. Ale czy nie przydałby się tam doświadczony specjalista z zewnątrz, który po rosyjsku mówi jak rodowity Rosjanin? Ktoś dokładnie taki jak ja, ktoś, kto może na każde żądanie polecieć w dowolne miejsce, gdzie trzeba zająć się potencjalnym defektorem albo agentem, który nagle zgłosi się do jednej z naszych placówek, gdzie akurat nikt nie mówi po ichniemu?

    Ale Moira już kręci głową.

    Nic z tego, niestety. Proponowałam cię Brynowi. Nie ma mowy.

    W Firmie jest tylko jeden Bryn: Bryn Sykes-Jordan, bo takie jest jego pełne imię i nazwisko, ale na co dzień nazywany Brynem Jordanem – pan życia i śmierci Wydziału Rosja, mój niegdysiejszy szef na placówce w Moskwie.

    Dlaczego nie ma mowy? – nalegam.

    Wiesz dobrze dlaczego. Bo średnia wieku u niego na wydziale to trzydzieści trzy lata, nawet jeżeli wliczy się samego Bryna. Większość ma doktoraty, a wszyscy otwarte umysły i zaawansowane umiejętności komputerowe. A ty, chociaż jesteś doskonały pod każdym względem, tych akurat kryteriów nie spełniasz. Zgadzasz się?

    A może Bryn jest teraz u siebie? – pytam, czepiając się ostatniej deski ratunku.

    W tej właśnie chwili Bryn Jordan utknął w Waszyngtonie i robi, co tylko się da, by nasza wspaniała współpraca z wywiadem pana prezydenta Trumpa nie załamała się po brexicie. Pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie wolno mu przeszkadzać. Nawet w twojej sprawie. Ale oczywiście prosił, by ci przekazać najszczersze wyrazy uznania i współczucia. Jasne?

    Jasne.

    Jest natomiast – ciągnie optymistycznym tonem – coś, do czego masz pełne kwalifikacje. A nawet więcej.

    To teraz się dowiem. Poznam jakąś koszmarną propozycję, której od początku się spodziewałem.

    Wybacz, Moiro – przerywam. – Jeżeli mam prowadzić szkolenia, to dziękuję. Miło z twojej strony, dzięki za pamięć i tak dalej.

    Chyba ją uraziłem, więc jeszcze raz proszę o wybaczenie i tłumaczę, że nie chciałem uchybić naszym dzielnym pracownikom sekcji szkolenia, lecz i tak dziękuję – dziękuję, ale nie – na co jej twarz rozjaśnia się nieoczekiwanie ciepłym, choć nieco litościwym uśmiechem.

    Nie chodzi o szkolenie, chociaż jestem pewna, że świetnie byś sobie poradził. Dominic chciałby z tobą pogadać. Czy jemu też mam przekazać, że dziękujesz?

    Jaki Dominic?

    Dominic Trench, nasz nowo mianowany szef centrali londyńskiej. Twój niegdysiejszy szef na placówce w Budapeszcie. Twierdzi, że znacie się jak łyse konie. Najlepiej będzie, jak on sam ci wszystko powie. Co tak się na mnie gapisz?

    Serio? Dominic Trench jest teraz szefem londyńskiej centrali?

    Czy ja cię kiedykolwiek okłamałam?

    Od kiedy?

    Od miesiąca. Mianowany, kiedy ty zaszyłeś się w Tallinnie i nie czytałeś biuletynów. Dominic przyjmie cię jutro punkt dziesiąta. Tylko najpierw potwierdź u Viv.

    U jakiej Viv?

    Jego asystentki.

    Oczywiście.

  • „Patriotyzm”, obłęd, zdrada. Piotr Niemczyk recenzuje „Listę agentury”

    Kazimierz Wóycicki nie pisał do tej pory powieści. Pisał książki o stosunkach międzynarodowych, historii, filozofii. Niestety nie treści szpiegowskie i political fiction. A szkoda. Lista agentury” to przede wszystkim opowiadania (piszę celowo w liczbie mnogiej) o tym, do czego doprowadzić może polityka historyczna rozgrywana przez obce mocarstwo. Akcja dzieje się, według moich obliczeń, w latach 2029 – 2040. Polska przestaje być państwem suwerennym. Wystąpiła z NATO i Unii Europejskiej, a mimo to (a może dzięki temu) rządzący snują mrzonki o wielkości i mocarstwowości, praktycznie zapominając, że kresy wschodnie – od prawie 100 lat – leżą poza jej granicami.

    To właśnie polityka historyczna doprowadziła do tego, że Warszawa z Moskwą ustala rozbiór Ukrainy, a zielone ludziki wraz z Wojskami Obrony Terytorialnej urządzają na centralnym lotnisku, w połowie drogi między Warszawą i Łodzią, wspólne manewry paintball’owe. Tyle, że w pewnym momencie Rosjanie chowają pistolety na farbę, a wyciągają broń prawdziwą.

    Pomimo, że akcja dzieje się w przyszłości, przerażająco wielu jej bohaterów przypomina współczesnych polityków. Cynizm, dwulicowość, chciwość i sprzedajność to ich oczywiste cechy. A gęby pełne bogojczyźnianych frazesów. Wszystko jest patriotyczne: nazwa partii rządzącej, telewizja państwowa, programy gospodarcze, nawet stowarzyszenie matek. Co intrygujące, także zepchnięta do internetowego podziemia opozycja, nawiązuje bardziej do tekstów Mickiewicza, Słowackiego i Norwida niż do Kuronia, Michnika, Snydera czy Havla.

    Wątki szpiegowskie są wprowadzane bardzo dyskretnie. Właściwie nawet nie nazwane. Ale są wszędzie. We wszechobecnej dezinformacji, która doprowadza do tego, że już nikt praktycznie nie wie co jest prawdą, a co fałszem. Mało tego. Wygląda na to, że nikogo nawet nie obchodzi co nie jest kłamstwem. Bohaterem pozytywnym jest bandyta terroryzujący całą dzielnicę, a negatywnym zaangażowany i inteligentny oficer kontrwywiadu, który [—-] [Ustawa z dn. 31 VII 22 r. O zakazie spojlerowania. art. 2. pkt. 1 (Dz. U. nr 20. poz. 99. zm.: 2025 Dz. U. nr 44. poz. 204)].

    Kolejnym narzędziem szpiegowskiego arsenału jest dezintegracja i manipulacja. Od wymuszania ręcznego sterowania w ministerstwach, w mediach i na uczelniach, które powoduje, że nikt nie jest pewien tego powinien robić. W każdej chwili może być wyrzucony z pracy, a instytucja, w której pracuje przekształcona w coś zupełnie innego. To samo dotyczy kierunków polityki zagranicznej. Najbliżsi sąsiedzi, z dnia na dzień, z przyjaciół stają się wrogami, a wyznawcy islamu, z terrorystów i roznosicieli chorób, okazują się niezwykle potrzebnymi rękami do pracy. Tak masowo sprowadzanymi, że w centralnym punkcie stolicy buduje się dla nich meczet. Z tak wysokim minaretem, że zasłania pałac kultury.

    I wreszcie te najbardziej klasyczne metody szpiegowania. Rozmowa werbunkowa, oficera wywiadu rosyjskiego udającego popa, z polskim intelektualistą mogłaby się znaleźć w każdym podręczniku dla adeptów wywiadu. Podobnie przykład OSINT, akurat w wydaniu dziennikarzy nie szpiegów, jest nie mniej profesjonalny. Umiejętność ustalenia, gdzie Ukraina produkuje swoją broń nuklearną, wymaga kreatywności, dociekliwości, inteligencji, doświadczenia i kontaktów. To właśnie te cechy decydują o sukcesach białego wywiadu.

    W polskim kotle ewidentnie miesza wywiad rosyjski, ale próbuje i amerykański. Tyle, że oficer wywiadu USA robi to wyjątkowo nieudolnie. Wszyscy szukają tytułowej listy agentów. Na tyle dobrze schowanej, że kiedy w końcu się znajduje, jest już za późno.

    Kazimierz Wóycicki wie o czym pisze. Od przynajmniej kilku lat zajmuje się właśnie identyfikowaniem dezinformacji i manipulacji rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, na portalach internetowych i tych najbardziej zaangażowanych, choć niekoniecznie rzetelnych periodykach.

    Każdy rozdział tej powieści czyta się jak osobne opowiadanie. Trochę jak nowele Włodzimierza Perzyńskiego, a trochę jak „Małą Apokalipsę” Tadeusza Konwickiego. Jest w nich jakieś drugie dno, ukryty sens i prawie zawsze zagadka, który z polskich polityków lub publicystów kryje się za konkretnym bohaterem powieści. Zagadkę nie zawsze daje się rozwiązać, a i niektóre z rozdziałów wydają się niedokończone. Warszawa około 2040 roku jest na takim zakręcie, że fikcja czy nie fikcja, ale ciekawość czy Polska wróci do grupy państw cywilizowanych, powoduje silną potrzebę pytania autora: kiedy będzie kolejna część?

    Piotr Niemczyk

  • Przedpremierowy fragment „Wilkołaka” Wojciecha Chmielarza

    Wrócili do kancelarii. Minęli bezbarwną recepcjonistkę i weszli do gabinetu. Kalęcki właśnie coś przeglądał na swoim telefonie. Na ich widok odłożył komórkę.

    Już wszystko w porządku. Mój brat jednak znajdzie czas, żeby zająć się pańską sprawą – powiedziała Ania, siadając z powrotem za biurkiem.

    Tak – potwierdził Dawid. – Jednak udało mi się… Damy radę. Słucham, co tym razem wywinęła ta łobuziara Ewelina.

    Kalęcki zmarszczył brwi, a adwokatka posłała detektywowi oburzone spojrzenie. Dawid był pewien, że gdyby tylko mogła, kopnęłaby go w kostkę.

    Pan nie zna sprawy? – zapytał mężczyzna.
    – Siostra nie zdążyła mi opowiedzieć.

    – No cóż… – Kalęcki chrząknął i poprawił się na krześle. – W skrócie chodzi o to, że pani Baliczka posiada pewne kompromitujące materiały i bardzo zależy mi na tym, żeby je odzyskać.

    Wolski zerknął na mężczyznę i zauważył obrączkę ślubną na serdecznym palcu. Już wszystko rozumiał.
    – Czyli Ewelina pana przeleciała, nagrała to lub zrobiła fotki w trakcie i teraz grozi, że pokaże je pańskiej żonie?

    Kalęcki zrobił wielkie oczy i gwałtownie poczerwieniał.

    Co takiego?! Nie! Nic z tych rzeczy! Chryste Panie, za kogo mnie pan uważa?!

    Eee… Co… Eee… Nie. Nie miałem nic złego na myśli, ale powiedział pan o kompromitujących materiałach i…

    Chodzi o dane klientów! – Anna włączyła się ostro w rozmowę. – Dane klientów, Dawid. Pan Kalęcki prowadzi firmę księgową.

    Wolski zagryzł wargę, a potem wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: a skąd miałem wiedzieć?

    Przepraszam – wybąkał. – Czy możecie mi w takim razie wyjaśnić, o co chodzi?

    Pan Kalęcki… – zaczęła siostra.

    Ja to opowiem – przerwał jej zmęczonym głosem mężczyzna. – Prowadzę firmę księgową, która równocześnie zajmuje się archiwizacją dokumentów naszych klientów. Mamy ich umowy o prace, listy płac, umowy z kontrahentami, różne wewnętrzne korespondencje. W sumie cały ten papier i korespondencja produkowana w firmach trafia w pewnym momencie do nas. My to archiwizujemy i trzymamy tak długo, jak trzeba.

    Wolski udawał zainteresowanie. U niego za całe archiwum robił sejf zamontowany w rogu mieszkania – wrzucał tam każdą kartkę, która mogłaby mu być kiedyś potrzebna.

    Co z tym wspólnego ma pani Baliczka? – zapytał.

    No cóż… Pani Ewelina Baliczka zaczęła pracować u nas kilka miesięcy temu.

    Jako archiwistka? – zdziwił się Wolski.

    Jako moja asystentka – sprostował Kalęcki, a Wolski zdziwił się jeszcze bardziej. Znał Ewelinę. Jego zdaniem nie nada- wała się do żadnej pracy, a do pracy asystentki prezesa zarządu szczególnie.

    Zatrudnił ją pan? Naprawdę? Ewelinę?

    Kalęcki ścisnął mocniej trzymany w dłoni telefon.

    Potrzebowałem kogoś do pomocy na cito, a ona miała dobre CV.

    CV, w którym nie było pewnie ani słowa prawdy, pomyślał Wolski, ale zachował to dla siebie. Po co dodatkowo pogrążać przedsiębiorcę.

    I co się później wydarzyło? – zapytał.

    Zwolniłem ją po półtora miesiąca – odpowiedział szybko Kalęcki.

    Nie sprawdziła się?
    – To mało powiedziane. Jej stosunek do pracy był taki jak… – Do byłego męża? A właściwie obecnego… chyba. Nie do końca wiem, jak teraz to u nich wygląda. Kalęcki spojrzał na niego pytająco i Wolski poczuł się w obowiązku wyjaśnić.

    – Ciągnęła od niego kasę, nie dawała nic w zamian i szukała tylko okazji, żeby go wyruchać do czysta.

    Ku pewnemu zaskoczeniu detektywa przedsiębiorca pokiwał ze zrozumieniem głową.
    – Tak. To dobrze opisuje jej zachowanie. Nie wypełniała swoich obowiązków, była bardzo roszczeniowa, źle się z nią współpracowało. Myślę, że wszyscy w firmie odetchnęli z ulgą, kiedy wreszcie się jej pozbyłem. Muszę przyznać
    , że był to największy błąd, jaki popełniłem w mojej biznesowej karierze.

    A te kompromitujące materiały?

    Kalęcki westchnął ciężko, po czym posłał pytające spojrzenie adwokatce.

    Dawid jest nie tylko moim bratem, ale też człowiekiem, któremu może pan ufać. Naprawdę wierzę, że pomoże w pana sprawie. Przedsiębiorca nie wydawał się do końca przekonany, jednak chyba uznał, że stoi pod ścianą i nie ma innego wyjścia, jak opowiedzieć całą historię.

    Tak jak wspominałem, w pewnym momencie trafiają do nas wszystkie dokumenty naszych klientów. Dwa tygodnie po zwolnieniu pani Baliczka skontaktowała się ze mną i poinformowała mnie, że jest w posiadaniu kopii elektronicznych tychże. I jeśli jej nie zapłacimy za ich zwrot, opublikuje je w internecie.

    To są jakieś tajne dokumenty?


    Kalęcki pokręcił przecząco głową.


    – Nie tajne. Nie ma też w nich żadnych dowodów na brudne interesy, przestępstwa i inne takie. Ale jeśli by się pojawiły w internecie, dla mojej firmy byłby to koniec. To są dane poufne, tajemnice handlowe, dane osobiste, numery kont bankowych, wyciągi, informacje objęte RODO i inne takie. Buduję tę firmę od dwudziestu lat. Zatrudniamy obecnie blisko trzydzieści osób i stoimy mocno na nogach. Bierzemy udział w przetargach na obsługę rachunkową i obiegu dokumentów w dużych, poważnych firmach. To jest dla nas ogromna szansa. Ale jeśli Ewelina zrealizuje swoją groźbę, jeśli się to wyda, jesteśmy skończeni. Nikt nam już nie zaufa. Nigdy. Nie w dobie, kiedy taką wagę przywiązuje się do ochrony danych osobowych. A jeśli dojdą do tego jeszcze kary umowne, zbankrutujemy w ciągu kwartału.

    Dawid pomyślał, że takie zagranie było typowe dla Eweliny. Ciekawe, czy zaplanowała wcześniej ten numer, czy zrobiła to spontanicznie.

    Niech jej pan w takim razie zapłaci – stwierdził. – Wiem, że to dziwnie brzmi, ale to najlepszy i najszybszy sposób na załatwienie całej tej historii. Do sądu z tym nie pójdziecie. Na policję też nie, bo wtedy sprawa się wyda. Pozostaje więc tylko to. Zapłaci pan, weźmie od niej nośnik z danymi i problem z głowy. A na przyszłość proszę lepiej sprawdzać osoby, które pan zatrudnia.

    Już jej zapłaciłem – odpowiedział Kalęcki. – Niechętnie. Budziło to mój wewnętrzny sprzeciw, ale pańska siostra mnie przekonała. Mówiąc zresztą dokładnie to samo, co teraz pan.

    Adwokatka potwierdziła słowa przedsiębiorcy. Pomiędzy jej palcami tańczył szary długopis. Bawiła się nim bezwiednie i dopiero po tym zachowaniu Wolski zorientował się, jak bardzo jest zdenerwowana pomimo kamiennej twarzy. Ręce zawsze ją zdradzały, nie potrafiła nad nimi zapanować. Domyślał się, co naopowiadała Kalęckiemu – że bez trudu rozwiążą jego problem, że właściwie nie musi się nim przejmować, a ona wszystkim się zajmie. Tymczasem sytuacja całkowicie wymknęła się jej spod kontroli. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Jemu także przez chwilę wydawało się, że jest w stanie zapanować nad Eweliną. Skończyło się, jak się skończyło. Wyruchała go tak jak i męża.

    Co się potem wydarzyło? – zapytał.

    Po około dwóch tygodniach wróciła do pana Kalęckiego – odezwała się Anka. – Podobno „znalazła” kolejne nośniki danych. Znów zażądała pieniędzy.

    I co?

    Znowu zapłaciliśmy – powiedział niechętnie Kalęcki. – Żeby kupić trochę czasu. Przyznam szczerze, miałem taką głupią, naiwną nadzieję, że trzeciego razu nie będzie.

  • Zróbmy sobie eksperyment. Majowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Z jednolitą ceną książki jest jak z odrzuceniem idei lockdownu: nie dowiesz się, czy ma sens, dopóki nie spróbujesz. Ledwie piętnaście minut trwała wymiana zdań pomiędzy doktorami Konstantym Szułdrzyńskim i Pawłem Basiukiewiczem w polsatowskim programie „Gość Wydarzeń” prowadzonym przez Bogdana Rymanowskiego (klik). Było to jednak moje zdecydowanie najlepiej spędzone piętnaście minut na zastanawianiu się, czy kolejne lockdowny są (były?) potrzebne. Mniej więcej miesiąc temu dwaj lekarze o przeciwstawnych poglądach zaserwowali widzom spektakularną nawalankę na argumenty. Bez populistycznej gadki (choć z użyciem mocnych, obrazowych haseł), za to z masą konkretów, odwołań do badań i międzynarodowych przykładów.

    Jeden z nich – dr Szułdrzyński – przekonywał, że lockdowny to najgorsze, a zarazem jedyne możliwe rozwiązanie, biorąc pod uwagę kondycję systemu ochrony zdrowia w Polsce. Odwoływał się do logiki oraz moralności, porównywał Norwegię ze Szwecją, analizował śmiertelność i gęstość zaludnienia, a także przestrzegał, że gdybyśmy zdecydowali się na model szwedzki, mielibyśmy powtórkę z Brazylii. Drugi – dr Basiukiewicz – apelował, aby natychmiast skończyć z lockdownami i wysłać dzieci szkół. Podpierał się badaniami z czasopism „Nature”, „European Journal of Clinical Investigation” oraz „New England Journal of Medicine”, analizami Banku Światowego, przykładami Szwecji, Białorusi czy kilku amerykańskich stanów, deklaracją z Great Barrington. Bardzo przekonująco dowodził, że zamykanie społeczeństw w obliczu epidemii nie ma racji bytu.

    Któremu z nich uwierzyłem? Obu. Czyli jednocześnie żadnemu.

    Z podobnymi odczuciami wyszedłem po debacie w sprawie jednolitej ceny książki, przeprowadzonej półtora tygodnia temu na fanpejdżu smakksiazki.pl (klik) – z udziałem Soni Dragi (prezeski wydawnictwa Sonia Draga i Polskiej Izby Książki), Tomasza Zaroda (szefa wydawnictwa Książkowe Klimaty), dziennikarza Łukasza Wojtusika (Alfabet Wojtusika) i oczywiście Adama Szai w roli moderatora. Dyskutanci – uzbrojeni w argumenty, zagraniczne przykłady, analizy, opinie księgarzy, krótko mówiąc: kuci na cztery łapy – stoczyli bardzo ciekawy spór o potencjalne skutki wprowadzenia projektu, który, upraszczając, w ciągu 12 miesięcy od premiery książki pozwalałby sprzedawać ją z maksymalnie pięcioprocentowym rabatem.

    I znów: uwierzyłem wszystkim. Czyli nikomu.

    Zestawienie lockdownów z zasadami gry na rynku wydawniczym może się wydawać nieco karkołomne, ale w obu przypadkach chodzi o to samo – o ocenę ekstremalnie skomplikowanych zjawisk. Zależnych od masy czynników, a przez to niemożliwych do jednoznacznego skwantyfikowania, wyliczenia, zmierzenia. Jednocześnie dotykających tak różnorodnych środowisk (wszystkich członków społeczeństwa, wszystkich uczestników rynku wydawniczego), że trudno o nich rozstrzygać bezkonfliktowo.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Dryfowanie w złożoności literackiej wymaga znalezienia odpowiedzi na pytania, które cholernie ciężko wydobyć z analiz ekonomiczno-społecznych czy studiów przypadku. Czy po wprowadzeniu jednolitej ceny książki podniesie się rentowność biznesów wydawniczych i wzmocni pozycja autorów? Czy dzięki temu księgarnie stacjonarne przestaną upadać (jak wynika z danych Ogólnopolskiej Bazy Księgarń, w 2020 r. zniknęło z rynku 266 podmiotów – niemal dwieście więcej niż rok wcześniej)? Czy tak drastyczna zmiana reguł gry jest uczciwa wobec graczy, którzy latami opierali modele biznesowe na rabatach? Czy moralne jest zmuszanie ludzi, aby płacili 40 złotych za utwory ulubionych autorów albo czekali rok, aż stanieją? A może niemoralne jest sprzedawanie ich za mniej niż 40 zł, skoro książka to kolektywny owoc pracy małego stada ludzi, a jej produkcja i dystrybucja sporo kosztują? Czy dobro kultury zasługuje na inne traktowanie – również prawne – niż kosmetyki, artykuły spożywcze czy meble?

    Choćbyśmy zrobili najdokładniejszą analizę polskiej struktury społecznej, nawyków i potrzeb konsumenckich oraz stanu czytelnictwa, nie znajdziemy dobrych odpowiedzi na te pytania. Badania deklaracji też nic nie dadzą. Tak jak coroczne raporty Biblioteki Narodowej dotyczące poziomu czytelnictwa, które wypada traktować raczej jako analizę sentymentu książkowego niż miarodajną i niepodważalną ocenę kondycji rynku. Zadeklarować można wszystko. Wystarczy mieć dość odwagi. Albo nie dość wstydu.

    Jak zatem stwierdzić, czy jednolita cena książki ma sens? Eksperymentalnie. Można ją wdrożyć – po uprzednim doszlifowaniu szczegółów ze wszystkimi uczestnikami rynku – i na przykład przez rok albo dwa lata obserwować, jak wpływa na kondycję czytelnictwa, zachowania czytelników i sytuację ekonomiczną wszystkich podmiotów na rynku.

    Jako autor i czytelnik właśnie takie rozwiązanie rekomenduję. Nie dlatego, że wierzę w jednolitą cenę książki. Dlatego, że się da. My, uczestnicy sektora wydawniczego, mamy bowiem etyczny komfort, którego wielu innym branżom brakuje. Zaryzykujmy. A potem bezwarunkowo przyjmijmy płynące z eksperymentu wnioski. Jakie by one nie były.

    Krzysztof Domaradzki

  • Research to szacunek – rzecz (także) o „Niskorosłej”. Tekst Jakuba Ćwieka

    Wahałem się czy mogę zacząć tych kilka słów od truizmu. A potem dotarło do mnie, że niestety to, co chcę powiedzieć, wcale truizmem nie jest. Choć zdecydowanie powinno. Powiedzmy więc tę banalną prawdę i od niej na dobre zacznijmy: Research to kwestia szacunku. Do ludzi o których chcemy opowiadać, albo tych, którzy stanowili dla nas wyraźną inspirację. Do czytelników, którzy poświęcają czas na to, co napiszemy. To kwestia szacunku dla tego, co robimy. Bez researchu osadzającego naszą opowieść w jakiś ramach, budującego taką czy inną rzeczywistość, my pisarze jesteśmy tylko aroganckimi dupkami, którym wydaje się, że ich pomysł jest tak genialny, że można nam wybaczyć każde przegięcie, każdą, wynikającą z niewiedzy bzdurę. No cóż, są tacy co faktycznie wybaczają. Kto wie, może żyjemy w tak durnej rzeczywistości, że jest ich nawet większość. Ale to nie zwalnia nas z odpowiedzialności za to co piszemy.

    A dlaczego research jest dla pisarza taki ważny?

    Przede wszystkim, tak czysto warsztatowo, stwarza możliwość wyrwania się z zamkniętego kręgu. Robiąc research w jakimś temacie mamy szansę uniknąć stawiania postaci z kartonu i powielania startych klisz. Ile to razy trafiamy w literaturze na „typowego geja”, „typowego ochraniarza”, „typową tipsiarę” etc. którym nikt nie spróbował nawet dodać choćby delikatnego rysu indywidualizującego.

    No bo po co, skoro to plan drugi, trzeci czy piąty? Bierzemy postać ze starego serialu, ładujemy ją w naszą historię żywcem, bo przecież to nasz pomysł jest najważniejszy. Pomysł pod który wszystko nagniemy! Tak powstają książki idiotyczne, niespójne i przekombinowane. Bo jeśli mamy prawdziwe postaci zbudowane z jakimś backgroundem, to możemy liczyć, że one jakoś nam w fabule zareagują na bzdurę – nie będzie do nich pasowało i tak się zorientujemy, że popełniamy błąd. Tymczasem postać z kartonu nam tego nie powie. Jeśli mamy błąd w fabularnym założeniu, to z nim zostaniemy do końca.

    Ale tak, poza warsztatem, czysto ludzko, nie korzystając z reaserchu, pisząc na, kolokwialnie mówiąc, pałę, odbieramy sobie szansę nauczenia się czegoś. Potęgujemy za to opcję poszerzania krzywdzących stereotypów wobec określonych grup społecznych czy konkretnych osób.

    I żeby była jasność, też nie jestem tu bez winy. Gdy patrzę wstecz na swoje teksty, widzę cholernie wiele motywów, wątków czy postaci, które dziś napisałbym skrajnie inaczej, właśnie bogatszy o pewną wiedzę i wrażliwość. Bo nie powinniśmy zapominać, że każda pisana książka powinna być dla nas pisarzy okazją do nauczenia się czegoś nowego. Albo o sobie samych, albo o otaczającym nas świecie. A najlepiej jeśli o tym i o tym.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    Powinniśmy również mieć z tyłu głowy, że nie tylko medycy powinni w swojej etyce odwoływać się do maksymy primum non nocere. Bo tak, niestety my pisarze też mamy możliwości, by robiąc coś źle solidnie szkodzić.

    Pisałem wielokrotnie o kilku przykładach związanych zwłaszcza z przemocą, więc nie będę się w tej kwestii powtarzał. Zamiast tego odniosę się do innej książki. Do „Niskorosłej” autorstwa Joanny Bartoń. Książki, którą czytałem od wczoraj, właśnie skończyłem i nawet ja, nie będąc w temacie ekspertem, wiem, że pełna jest bzdur i krzywdzących schematów.

    Na informacje o tej książce trafiłem na fanpage’u Oli Petrus. Ola jest osobą niskorosłą, ale także komiczką, działaczką społeczną, fanką zespołu Voo-Voo (to jej zawdzięczam uczestnictwo w absolutnie najlepszym koncercie tej formacji jaki dany mi było słyszeć), aspirującą dziennikarką z kilkoma fajnymi materiałami na koncie czy wreszcie zaangażowaną psią mamą. Znamy się z Olą od przeszło dwóch lat, razem występowaliśmy na scenie stand-upowej, byliśmy na kilku koncertach ,razem woziliśmy ludzi na Woodstock, po tym jak Rząd wpadł na pomysł odwoływania pociągów na imprezę. Ola była też na moich pisarskich warsztatach.

    Miałem okazję mimowolnie, w pisarskim odruchu, poobserwować życie Oli, co jej doskwiera, co może stanowić trudność, a co stanowi korzyść lub w ogóle jest tylko urojonym problemem wymyślonym przez „tych wyższych”. I jeżeli po tym czasie spędzonym z nią wiem coś na pewno, to, że nie odważyłbym się napisać książki o osobie niskorosłej, bez kontaktu czy to z Olą czy ludźmi, których by mi wskazała do reaserchu właśnie. Bo dotarła do mnie liczba drobiazgów, na których mógłbym się wyłożyć, a także idiotycznych, bzdurnych schematów, które mógłbym szkodliwie powielić.

    Bo trzeba się zastanowić po co, dlaczego o czymś piszemy. Dlaczego sięgamy po ten akurat temat. Tylko dla kolorytu czy mamy w tym jakiś zamysł? Jeśli ważne jest dla nas, by bohater był w jakiś sposób inny od otaczających go ludzi, to należy zadać sobie pytanie dlaczego nam na tym zależy. I co my właściwie mamy do powiedzenia o tej inności?

    Tymczasem, odnosząc się do słów z wpisu Oli: „Autorka powiedziała wprost, że „jeździła kiedyś autobusem z niskorosłą panią w autobusie i zastanawiała się jak jej się żyje.” I, że ta książka jest jej fantazją bo nie potrafiła się do końca „wcielić” w taką osobę. Zapytana czy w ogóle rozmawiała z kimkolwiek niskorosłym powiedziała, że z dwiema osobami… ale odniosła wrażenie, że nie są zbyt chętne do rozmowy więc dała sobie spokój.”

    I to już. A przecież kiedy budujesz narrację pierwszoosobową – a „Niskorosła” pisana jest właśnie w ten sposób – wchodzisz do głowy danej postaci, więc tak naprawdę powinieneś znać ją na tyle dobrze, by „czytać” jej myśli. Tworzenie narracji pierwszoosobowej w przypadku osoby, której nie czujesz i w którą nie umiesz się wcielić, jest albo poważnym warsztatowym błędem albo przejawem… cóż, powiedzmy daleko posuniętej niefrasobliwości.

    Albo też celowym zabiegiem szkodliwym. Tu bohaterka sama siebie postrzega jako odmieńca, jako człowieka dopiero w czwartej kolejności. W pierwszej jest bowiem morderczynią, w drugiej, jak sama mówi, karlicą, w trzeciej kobietą. Czy ten zabieg auto-odczłowieczania służy jakiejś szerszej, dalszej myśli? Zmierza do jakiejś meta refleksji? Cóż, niestety się nie dopatrzyłem.

    Żebyśmy się dobrze zrozumieli – ja nie mam problemu z tym, że osoby niskorosłe są przedstawiane w negatywnym świetle jako bohaterowie. To ludzie, a ci są dobrzy i źli niezależnie od wzrostu, koloru włosów, szerokości nosa, płci, orientacji czy koloru skóry. Chcesz mieć złego człowieka niskorosłego? Proszę bardzo! Nie mam też problemu z tym, że taka bohaterka źle o sobie myśli, bo jestem przekonany, że dotyczy to wielu osób mających problem z własnym wyglądem – za chudych, za grubych, za wysokich, za niskich, z zapadniętą klatką, łysiejących czy za bardzo kudłatych.

    Problem mam wtedy, gdy wynikiem pisarskiego lenistwa, wynikiem braku researchu, właściwego odbioru czy empatii, autor czy autorka wykorzystują fakt, że to oni rządzą w fabule. I robiąc to kładą do głowy postaci bzdury wynikające ze swojej niewiedzy. Bo ta książka pełna jest takich właśnie kretynizmów, schematów, który widzę nawet ja, mający z niskorosłością taką styczność, że pod wpływem Oli trochę na ten temat poczytałem, trochę poobserwowałem. Niewiele, ale wciąż więcej niż autorka, która napisała o tym książkę!

    W kontekście tej książki pojawia się jeszcze jeden wątek, ale nie chcę jakoś szeroko komentować bzdur wydawcy książki tłumaczącego się w komentarzach, że to przecież beletrystyka, że w związku z tym nie trzeba pilnować faktów. Bo to jest, proszę wybaczyć dosadność i wulgarność, tak kuriozalne pierdolenie, że aż szkoda się rozwijać. To trochę tak, jakby magik poprosił Cię, byś wybrał kartę nie pokazując mu, a następnie zamiast wskazać co wybrałeś… narobił Ci na rękę, bo i tak magia nie istnieje. To tak nie działa! Owszem, pisarz ma prawo powołać się na licentia poetica, na pewną konwencję, ale dopiero gdy wie do czego się odnosi, świadomie wprowadza zmianę i ta zmiana w stosunku do realiów ma konkretny cel, a nie wynika z tego, że uznałeś, że „ej, to fikcja, a poza tym kto to sprawdzi”.

    Research to szacunek – dla tematu, wobec ludzi dla których ta opowieść ma szansę zyskać wymiar osobisty, a także dla czytelnika.

    I tak, bez researchu można pisać łatwiej, szybciej i z pewnością można odnieść na książkowym rynku sukces nieporównywalny do nikogo innego w tym kraju. Ale to już chyba indywidualne pytanie do każdego z nas: co jest w tym wszystkim naprawdę ważne i co, a także w imię czego, możemy poświęcić.

    Jakub Ćwiek

  • Wolność, pasja, własne zasady. Fragment książki Jana Pelczara „Lecę. Piloci mi to powiedzieli”

    Ekstremalne mogą się okazać dla pilotów każde warunki, nawet codzienne i pozornie niegroźne. Bożena nigdy nie miała silnej turbulencji, nie zdarzyło jej się też, by pilotowany przez nią samolot oberwał piorunem, ale i tak może uznać swoją pracę za obciążającą. Jak twierdzi, niełatwo zignorować szkodliwe skutki latania. I nie da się ich zniwelować, nawet przy największej samodyscyplinie. Bożena i Karol przejęli się wynikami badań z USA, z których wynika, że niewielu pilotów liniowych żyje długo na emeryturze, a blisko połowa nie dożywa wieku emerytalnego. Sami, kiedy dostają powiadomienie o pogrzebie starszego kolegi z branży, sprawdzają rok urodzenia, i twierdzą, że trend się potwierdza.

    Bożena:

    Niby piloci po długich lotach wracają do domu, mają przerwy i mogą się odciąć, ale odkłada się w nich stres, latanie po nocach, hałas, wibracje, zmiany stref czasowych, różnice ciśnienia. Organizm to kumuluje. Latanie to praca, jak każda inna, można ją roztrząsać w domu. My jesteśmy w stanie o czymś dyskutować i zamknąć sprawę, kiedy nie da się od niej odciąć, ale mamy obowiązki domowe i dodatkowe zajęcia. Funkcjonujemy jak normalna para. Gdy ktoś nie radzi sobie ze stresem, odbija się to na zdrowiu.

    Staszek trafił ostatnio do lekarza z bólem w ramionach. Okazało się, że ma niewielkie zmiany zwyrodnieniowe w stawach, kwalifikujące się do czyszczenia laparoskopowego.

    Według lekarza to możliwe, że stało się tak od pracy przy silnikach. Wibracje, które nie są odczuwalne, wpływają po długiej ekspozycji na takie miejsca. Najczęściej na podobne zmiany są narażeni piloci i marynarze, czyli ludzie pracujący przy dużych silnikach, z których takie drgania pochodzą.

    Staszek musiał pokonać samego siebie już na etapie szkoleń, w Kanadzie. Po latach uważa, że dzisiaj w zawodzie pilota trzeba mieć jeszcze więcej silnej woli niż kiedyś.

    Szczególnie na tych lepszych typach samolotów, gdzie serwują dobre jedzenie z klasy biznes, które jest smaczne, ale nie ma go kiedy spalić.

    Między lotami piloci muszą odwiedzać baseny, siłownie, jeździć na rowerze. Każda aktywność fizyczna to także walka ze zmęczeniem.

    Organizm poddany częstym zmianom ciśnienia, wystawiony na suche powietrze, bardzo się starzeje. Kiedy mam do tego nocne loty, na przykład do Tel Awiwu lub Larnaki, to cały następny dzień jestem wyłączony z życia, przemęczony. Nie wiem, jak się nazywam.

    Po takim locie Staszek dolatuje do Krakowa jako pasażer. Wtedy potrafi odpocząć. –

    Jako pasażer staję się czujny i analizuję sytuację tylko, gdy dzieje się coś niestandardowego, a tak to nie myślę za dużo, oddaję się w ręce pilotów, staram się zrelaksować.

    Jeśli nie zaśnie na kwadrans na pokładzie, to ma na to jeszcze czas po powrocie do domu.

    Może pół godziny się zdrzemnę, ale staram się przemęczyć do wieczora, zasnąć około dwudziestej i przespać dziesięć godzin.

    Na odpoczynek zostaje zwykle półtorej doby albo dwie.

    Zawód pilota jest szkodliwy dla zdrowia – deklaruje Maciej. – W kokpicie głośno, ciśnienie obniżone. Mam wysoki poziom hemoglobiny, jakbym dużo trenował. W rzeczywistości w ogóle nie trenuję, ale pracuję na wysokości dwóch kilometrów, więc mój organizm wytworzył dużo hemoglobiny, żeby sobie radziła z tlenem.

    www.unsplash.com/Tim Gouw

    Kolejnym z elementów wyższej szkodliwości pracy pilotów jest promieniowanie kosmiczne.

    Jerzy oglądał wykład o Czarnobylu.

    Prowadzący operował jednostką, która określa promieniowanie jonizujące. To siwert. Jeden może spowodować chorobę popromienną. Na liczniku Geigera wyświetlają się mniejsze jednostki. Jeden siwert dzieli się na milion mikrosiwertów. Promieniowanie podaje się też w milisiwertach, na które składa się tysiąc mikrosiwertów. Jeśli chodzi o poziom tła, w Kijowie czy Warszawie mieszkańcy otrzymują promieniowanie na poziomie 0,12–0,25 mikrosiwerta na godzinę. W dzisiejszym Czarnobylu jest niemal identycznie. W Prypeci poziom wzrasta do 0,9 mikrosiwerta, a w pobliżu samej elektrowni jądrowej wynosi około sześciu mikrosiwertów na godzinę.

    Każdy pasażer, który przechodzi przez skaner na lotnisku, podczas kontroli bezpieczeństwa, przyjmuje dawkę 1 mikrosiwerta.

    Podczas robienia zdjęcia rentgenowskiego pacjent otrzymuje do siedmiu tysięcy mikrosiwertów.

    Pilot pracuje w warunkach od pięciu do dwudziestu mikrosiwertów na godzinę. Każdy miesiąc w pracy może być jak zdjęcie rentgenowskie.

    W Polsce piloci liniowi podpisują zgodę na pracę w szkodliwych warunkach, obejmujących hałas, niską wilgotność powietrza, niskie ciśnienie, promieniowanie jonizujące.

    Jak dostaniesz raka, nie możesz pozwać firmy, bo zgodziłeś się na takie warunki.

    Część pilotów dba o siebie dodatkowo.

    Maciej lata we własnych słuchawkach.

    Gdybym wybrał się na Kanary i z powrotem w takich, jakie są na wyposażeniu mojej linii, tobym wyszedł jak pijany. Dwanaście godzin w osiemdziesięciu decybelach, cały czas na radiu, na aktywnej częstotliwości, gdzie ciągle coś się dzieje, ktoś ciągle kogoś woła. Nie jest to może praca górnika, ale w ciągłym hałasie po dziesięciu godzinach tracisz trzydzieści procent percepcji.

    Śpimy też w ekstremalnych warunkach – śmieje się Jerzy.

    Jest procedura, która pozwala zdrzemnąć się w trakcie lotu. Piloci umawiają się jak na wachty. Kto śpi pierwszy, kto drugi. Dzwonią do personelu pokładowego i proszą, by ich sprawdzać.

    Maciej śpi przed wszystkimi lotami nocnymi. Może, bo w domu cicho, żona wyrozumiała, dzieci brak.

    Ale mam kolegów, którzy jak im wypadną dwie nocki z rzędu, to mówią, że tej drugiej nie zrobią, bo nie są w stanie wyspać się w domu. Chyba że dostaną hotel w Warszawie, co zwykle nie przysługuje komuś, kto pracuje w bazie w miejscu zamieszkania. Ale planowanie sprawdza, że to się bardziej opłaca niż ściąganie zastępstwa, i pilot z Okęcia zamiast do domu idzie odespać do Marriotta. Wieczorem wraca na kolejny lot.

    Janek po lotach atlantyckich wybiera rozwiązanie, które nazywa kocim.

    Śpi się tyle, ile chce się spać. Bez względu na porę dnia. Pilot musi spać tyle, ile potrzebuje jego organizm.

    On sam dzień po powrocie z dalekiego rejsu czuje się jak po alkoholu.

    Zdarzało mi się w tym stanie przejechać samochodem na czerwonym świetle. Widziałem to światło, ale jednak przejechałem skrzyżowanie. Żona mówi: „Czerwone”. „Co czerwone?” „Światło”. „Ano tak”. I dopiero wtedy w głowie pojawia się myśl, co to oznacza. Ale jednocześnie uświadomiłem sobie, że jestem już po drugiej stronie skrzyżowania. Na szczęście pustego.

     

    Tomasz woli rejsy poranne i te późnym wieczorem, bo nie lubi przedzierać się w korkach na dzienne loty. Po powrocie od razu kładzie się spać, nie śpi między rejsami nocnymi. Przed porannymi potrafi pójść spać o dziewiętnastej.

    Zwykle po lądowaniu wsiadamy do autobusu i jedziemy do hotelu – opowiada Andrzej. – W wielu portach załogi są w systemie już automatycznie i kontrola jest uproszczona.

    Po locie długodystansowym i lądowaniu w miejscu docelowym piloci odpoczywają minimum szesnaście godzin, zwykle całą dobę.

    W tym czasie staram się odpoczywać, ale też ćwiczyć. Lubię marsze. Cieszę się, kiedy z hotelu można dojść do jakiegoś parku. Teraz w Chicago często kwaterują nas nieopodal rezerwatu nad rzeką. Tam kieruję się po śniadaniu. Budzę się około czwartej, piątej nad ranem czasu lokalnego, schodzę wcześnie zjeść, potem dziesięć kilometrów w zieleni. Około południa wracam, o czternastej idę jeszcze spać przed odlotem, a około osiemnastej wyjeżdżamy na samolot.

    Andrzejowi zwykle udaje się zasnąć.

    Robię to, by być wypoczętym. Młodsi, zwłaszcza personel pokładowy, jeżdżą w tym czasie na wycieczki, ale oni szybciej się regenerują.

    Z Polski najczęstsze są dwie trasy długodystansowe: przez północny Atlantyk i dalekowschodnia przez Syberię. Pierwszą lata się do Nowego Jorku, Newark, Chicago, Toronto i Los Angeles. Drugą do Japonii, Chin i Korei.

    Problemem dla załóg jest przestawianie się między trasami na wschód i na zachód. Wymogiem są trzy noce spędzone w kraju pomiędzy lotami atlantyckimi a dalekowschodnimi. I na odwrót. Zdaniem Andrzeja to za mało.

    Planowanie uwzględnia zdanie pilotów, meldunki, które spływały na temat zmęczenia, i w grafikach są zapisane większe przerwy.

    Piloci latają stadnie. Przez miesiąc, dwa lub trzy są loty atlantyckie. Potem przestawienie, najczęściej połączone z urlopem lub szkoleniami na symulatorach, i miesiące na trasach dalekowschodnich.

    Kiedy pilot czuje się zmęczony, ma obowiązek napisać meldunek dotyczący FTL, czyli Flight Time Limitation. Przepisy obowiązują niezależnie od kraju, zostały wprowadzone globalnie. Jeśli mimo ich stosowania pilot odczuwa dyskomfort w pracy, ma obowiązek zgłosić to pracodawcy, nie zależy to od jego widzimisię. Meldunki trzeba pisać, bo inaczej nie zadziała system oparty na tym, że piloci zgłaszają swoje obserwacje i zastrzeżenia. Wiele z nich jest później uwzględnianych w planowaniu.

    Organizmy niektórych przestawiają się lepiej i szybciej, inni radzą sobie gorzej.

    Agnieszka nie lubi adaptacji związanej ze zmianami czasu.

    Nie śpię. Nie umiem się tego nauczyć. Na dalszych wyjazdach bywa też różnie. Staram się zasnąć, kiedy jestem zmęczona, ale też każdy lot wygląda inaczej. Nie wszyscy dobrze dogadują się poza pracą. Z niektórymi super się pracuje, ale spędzanie z nimi wolnego czasu jest straszne. I na odwrót. Kiedy mam fajną załogę, to robimy codziennie po dziesięć kilometrów na spacerach, zwiedzamy, wyjazd jest intensywny. Ale nawet wtedy, przy sporym wysiłku, wracam do hotelu i nie mogę spać. Kończy się to tak, że często jestem pierwsza na śniadaniu, a gdy reszta przychodzi i planuje sobie dzień, to ja wracam do pokoju i śpię do samego wyjazdu na lotnisko.

  • Na które majowe premiery zrobić miejsce na półkach? Podpowiadam

    Teoretycznie powinniśmy się szykować do Warszawskich Targów Książki, a praktycznie zamiast na stadionie, będziemy czytać w parkach, na ławkach, na ogródkach, gdzie kto chce. Wszystko jest ostatnio zmienne, ale stały jest fakt, że maj obfituje w ciekawe premiery. Przejrzałem, przeklikałem i mam dla Was trochę propozycji. Czy coś wybierzecie? Dajcie znać. Kliknijcie w interesującą Was okładkę, a przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule.

     

     

  • Domy bez książek. Kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Czytacie Państwo ten felieton na stronie smakksiazki.pl, gdzie raczej nie trafiliście przypadkiem. Mogę więc spokojnie zakładać, że macie w domu biblioteczki, z których na pewno jesteście mniej lub bardziej dumni. Myślę, że sporo osób zainwestowało w potężne regały, które potem fotografowaliście i wrzucaliście zdjęcia na instagram zgarniając sporo serduszek. I pewnie nie wyobrażacie sobie Państwo domu bez książek. A powinniście…

    Ogłoszenie corocznego raportu o czytelnictwie w Polsce wywołało stany… no może nie euforyczne, ale jednak dawało się wyczuć pewne zadowolenie i powiew optymizmu. Bo w końcu czytelnictwo nam wzrosło o całe szalone 3 procent. Co oznacza, że 42 procent Polaków w minionym roku przeczytało co najmniej jedną książkę lub dłuższy tekst. No dobra… Umówmy, że kryteria do tego, żeby załapać się do tych 42 procent są żałośnie niskie. Podejrzewam, przepraszam za wulgarność, ale jestem trochę zmęczony powtarzaniem co roku tego samego, że wystarczy jedno dłuższe posiedzenie na kiblu, gdzie zamiast przeglądać facebooka na komórce, przeczytamy kawałek zostawionej tam lata temu powieści, i już możemy zaliczać się do dumnego grona czytelników. Dużo więcej mówi nam inna statystka. Ile osób przeczytało siedem lub więcej książek w roku? Bo to jest grupa prawdziwych czytelników. No więc, szanowni Państwo, jest nas całe 10 procent. W zeszłym roku było to 9 procent. Czyli niby urosło, ale równie dobrze może to być błąd statystyczny. Ta wartość utrzymuje się od lat, co nota bene daje sporo do myślenia, jeśli chodzi o pewne zjawiska na rynku książki. Ale o tym może innym razem.

    Ja zwrócę uwagę na inną statystykę. Z badania Biblioteki Narodowej wynika, że 31 proc. badanych nie ma w domu żadnej książki prócz podręczników szkolnych. I teraz weźmy głębszy oddech, uspokójmy się i pozwólmy, żeby ta statystyka do nas dotarła. W co trzecim domu w Polsce nie ma żadnej książki.

    www.unsplash.com/Trnava University

    Nie wiem, jak Państwo, ale ja mam ten trochę brzydki zwyczaj, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie robię po odwiedzeniu kogoś w domu, jest popatrzenie na jego księgozbiór. To mi potrafi sporo powiedzieć o człowieku. Czy mamy podobne zainteresowania? Co lubi? Czego nie lubi? Czy mamy wspólne tematy do rozmowy? Ale też kim on jest? Bo nasza biblioteczka trochę o nas świadczy, prawda? Pokazuje, jaką drogę przeszliśmy. Jak się rozwijaliśmy. Po prostu kopalnia informacji, które potem oczywiście trzeba wziąć w pewien nawias i traktować z dystansem (bo ktoś może korzystać głównie z usług biblioteki lub czytać ebooki, albo, w drugą stronę, odziedziczył księgozbiór po dziadkach i nic z niego nie przeczytał), ale hej, czy może być bardziej naturalne zagajanie rozmowy niż zapytanie: a co myślisz, o tej książce?

    Moja biblioteczka jest dla mnie ważna. Trochę żałuję, że nie mam w domu tyle miejsca na książki, ile bym chciał. Część moich zbiorów mam w formie elektronicznej. Nie mam też dość czasu, ale również determinacji, żeby jakoś sensownie to wszystko ułożyć. Niby wprowadziłem tam pewien porządek – tu reportaże, tam fantastyka, powyżej kryminały, a z boku literatura piękna, ale z biegiem czasu wkradł się tam chaos, który z miesiąca na miesiąc coraz bardziej rządzi moimi półkami. I rozumiem, że nie wszyscy muszą podzielać mój fetysz. Na pewno są osoby, które przywiązują do książek mniejszą wagę lub traktują je bardziej użytkowo. Ale nie mieć w domu żadnej książki? Żadnej powieści, która nas zachwyciła albo towarzyszyła nam w ważnych chwilach w życiu, więc leży na półce, jako pamiątka, przypomnienie tamtych chwil i nieustannie kusi, żeby do niej wrócić, chociaż na chwilę? Żadnego tomiku poezji, który ktoś nam kiedyś dał i może nigdy go nie przeczytaliśmy, ale ta osoba była dla na istotna i nigdy go nie wyrzucimy? Żadnego reportażu, który nami wstrząsnął? Żadnej powieści podróżniczej, po przeczytaniu, której marzyliśmy o tym, żeby samemu wyruszyć w drogę? Żadnego kryminału, przy którym po prostu dobrze się bawiliśmy? Żadnej powieści dla młodzieży, którą zostawiliśmy, bo chcemy ją pokazać naszym dzieciom, jak już dorosną? Żadnego prezentu Gwiazdkowego? Żadnej „Biblii”, „Harry’ego Pottera”, „365 dni”, zakurzonej Trylogii Sienkiewicza w wydaniu sprzed pięćdziesięciu lat o pożółkłych kartkach, żadnej z powieści Mroza? Nic?!

    W co trzecim polskim domu nie ma ani jednej książki poza szkolnymi podręcznikami. I to jest chyba statystyka, która najlepiej pokazuje, jak bardzo jest źle. Bo dom bez książek to nie jest żaden ewenement. To coś zupełnie normalnego i zwyczajnego. Coś, co nikogo nie powinno dziwić ani zaskakiwać. I tyle. Pamiętajmy o tym, kiedy będziemy myśleli o czytelnictwie w Polsce.

    Wojciech Chmielarz

  • „Pilch każdemu z mózgu coś wyciągał”, rozmowa z Witoldem Beresiem

    Bardzo chciałem skrócić tę rozmowę, bo przecież za długa, a wiadomo, że w dzisiejszych czasach jest krótko, szybko i po wszystkim. Zróbmy więc inaczej – Witold Bereś tak dobrze opowiada o Jerzym Pilchu, że zostawiam Wam nieco ponad dwadzieścia minut naszej rozmowy. Bo przecież jesteście tu dlatego, że oczekujecie czegoś więcej, dłuższych rozmów o literaturze, których będziecie mogli posłuchać w drodze do pracy, przy gotowaniu, czy w innych okolicznościach, prawda? Posłuchajcie, obejrzyjcie, ale koniecznie przeczytajcie książkę „Pilchu. Na rogu Wiślnej i Hożej”. Momentami bardzo osobistą, chwilami żartobliwą, ale zawsze wyważoną i mądrą. Z Witoldem Beresiem rozmawiam o przyjaźni, modzie na Pilcha, która kiedyś powróci, ale też o Krzysztofie Vardze i tęsknocie. Dziękuję księgarni Austeria za przygarnięcie i możliwość nagrania rozmowy.