Lubimy piosenki, które znamy, a także książki, które już czytaliśmy. Nawet jeżeli rzadko dwa razy sięgamy po ten sam utwór, wciąż szukamy – świadomie lub nie – podobnych motywów, bohaterów, historii.
Kategoria: Aktualności
-
„Drelich: prosto w splot” – fragment najnowszej książki Jakuba Ćwieka
Najstraszniejsze zdanie, jakie Milena kiedykolwiek przeczytała, zaczynało się od „kochanie” i składało z czterech słów. Ich autorem był jej mąż, Zygmunt Wójcik. Dwa dni wcześniej wyjechał służbowo i miał wrócić w sobotę. Ostatnio często jeździł i bardzo dużo pracował w domu, ale wreszcie zaplanował sobie urlop. Obiecał, że zaczną go z kopyta i w niedzielę zrobią sobie dzień rodziny. Pójdą z dziećmi na jakiś film, zjedzą na mieście, może wybiorą się na długi spacer albo nawet wyjadą za miasto. A potem tradycyjnie do wesołego miasteczka.
„Niedługo dzieci zapomną, jak wyglądam” powiedział ostatnio jej matce, choć Milena wątpiła, by to w ogóle było możliwe.
Złożone z czterech słów straszne zdanie Zygmunt Wójcik wysłał do żony wraz ze zdjęciem na WhatsAppie o godzinie piątej czterdzieści pięć, ona jednak odczytała je dopiero czterdzieści minut później, już po porannych ćwiczeniach i szybkim prysznicu. Dwa miesiące wcześniej obejrzała dokument o skutkach uzależnienia od internetu oraz smartfonów i przysięgła sobie solennie, że oduczy się rozpoczynania dnia od Instagrama czy Facebooka. Świat był w stanie poczekać z wiadomościami, zanim Milena Wójcik się ogarnie i zasiądzie do śniadania.
Tak też zrobiła tego dnia. Krzątając się po kuchni, nuciła refren jakiejś piosenki, kilka taktów, które chodziły za nią od wczoraj, choć nie potrafiła ich zidentyfikować. Towarzyszył jej pies, wiekowy, schorowany czarny labrador wabiący się Murzyn. Liczył, że załapie się na michę, i stał teraz na środku kuchni, między wyspą a zmywarką, tarasując przejście. Często tak robił, a gdy Milena się spieszyła, potrafiła na niego fuknąć albo wręcz trącić nogą. Tego dnia pogładziła go po łbie i poczęstowała smakołykiem w kształcie kostki ze słoiczka przy lodówce.
Z przygotowanym jedzeniem usiadła przy stole w jadalni, jak zawsze bokiem do przeszklonej ściany wychodzącej na taras i ogród, i dopiero wtedy z kieszeni szortów wyjęła telefon. Trzymała go w lewej ręce, prawą wznosząc łyżeczkę owsianki na mleku z truskawkami, gdy urządzenie rozpoznało jej twarz, odblokowało ekran i poinformowało, że na WhatsAppie ma jedną nową wiadomość.
Usłyszała dochodzące z góry klaskanie bosych stóp o płytki, a potem mocne uderzenie we włącznik światła – to przebudziła się sześcioletnia Wanesa. Kilka sekund później zabrzmiała piosenka otwierająca z Fineasza i Ferba, co znaczyło, że czteroletni synek Bartuś również wstał i jak zwykle, korzystając z nieobecności taty, od razu włączył telewizor w sypialni rodziców.

Milena wiedziała, że powinna przypomnieć Wanesie o kapciach. Oboje byli przeziębieni, dlatego zostali w domu. Wiedziała też, że powinna wejść na górę i kazać synowi najpierw ubrać się w przygotowane na krzesełku ciuchy, a potem dopilnować, by faktycznie to zrobił.
Za chwilę, postanowiła. Jeszcze przez pięć, może dziesięć minut miała czas dla siebie. Mogła w spokoju zjeść owsiankę, pobuszować w internecie, zobaczyć kilka ulubionych profili, stron. Pośmiać się z memów, które nie powinny już jej, prawie czterdziestoletniej baby, śmieszyć, a jednak śmieszyły czasem aż za bardzo. Ale najpierw wiadomość.
Kliknęła w powiadomienie, spojrzała na zdanie, a gdy zdjęcie się doczytało, zamarła. Poczuła, jak krew odchodzi jej z twarzy, zabiera ze sobą całe ciepło, paraliżuje każdy mięsień. Lodowaty chłód rozchodził się po ciele, rozgałęział jak kwiaty mrozu na szybach w styczniową noc i pełzł w stronę dekoltu, w stronę serca.
Wzdrygnęła się, gdy po kręgosłupie przeszedł jej impuls nie tyle bólu, co ostrzeżenia przed nim. Jakby coś ostrym szponem przejechało od potylicy w dół pleców. Kilka razy w życiu już to czuła, ale nigdy nie potrafiła nazwać tego zjawiska, nie potrafiła go wytłumaczyć, ani się z nim oswoić. Dziś poczuła to mocno, wyraźnie jak jeszcze nigdy.
Szumiało jej w uszach. Z oddali słyszała pełen pretensji krzyk Bartusia, brzdęk uderzającej o blat łyżeczki, mlaskanie Murzyna zlizującego z apetytem odrobinę owsianki, która spadła na podłogę.
Na zdjęciu, print screenie zrobionym z jej niedawnej messengerowej konwersacji, dobrze zbudowany mężczyzna stał na śródziemnomorskiej plaży. Był mokry, jakby dopiero wyszedł z wody. Miał na sobie tylko kąpielówki w pionowe czerwono-czarne paski i okulary przeciwsłoneczne typu Aviator ze szkłami o niebieskim poblasku. Lewą dłonią przeczesywał włosy, w prawej trzymał papierową paczkę z churros obtoczonymi w cynamonie i cukrze. Szczerzył się w głupkowatym uśmiechu wyrośniętego dziecka.
Milena znała to zdjęcie bardzo dobrze. Wiedziała też, co w konwersacji, z której je wyrwano, znajdowało się powyżej i poniżej. Samo zdjęcie, w gruncie rzeczy niewinną fotkę znad morza, można by przecież jeszcze jakoś wytłumaczyć, nazwać wygłupem ze znajomym, może nawet omyłkową wrzutką, ale już rozmowy, fotografie i filmiki, które ona sama kręciła w łazience, czując się przy tym chcianą jak chyba nigdy wcześniej – nie, tego wyjaśnić już się nie dało.
„Kochanie, kto to jest?” – zapytał w swojej wiadomości Zygmunt. Pomimo tego że z pewnością znał odpowiedź. Aż za dobrze.
A może nie?
Uczepiła się tej myśli. Wbiła weń hybrydowymi paznokciami, wgryzła równiutkimi, bialutkimi zębami za kilkadziesiąt tysięcy. Może nie wie? Może dostał od kogoś tylko to jedno zdjęcie i teraz po prostu zarzuca przynętę? Bo tamten ktoś zażądał pieniędzy za więcej, a Zygmunt Wójcik nie lubił sięgać do kieszeni, skoro mógł mieć coś za darmo. Jeśli tak, była gotowa zapłacić temu komuś każdą cenę, byleby mąż nigdy się nie dowiedział. Każdą. Każdą, kurwa, cenę!
Nigdy mnie nie uderzył, uświadomiła sobie nagle. Słowa te zabrzmiały w jej głowie wypowiedziane głosem Mileny, ale obce, nienaturalne, jakby z syntezatora mowy. Nigdy mnie nie uderzył.
To prawda, nigdy. Nawet rzadko kiedy krzyczał. Był niczym pazur sunący po jej kręgosłupie.
„Kochanie, kto to jest?”.
Wpatrywała się w tę wiadomość, a chaos myśli w głowie powoli cichł, niczym muchy krążące nad truchłem, które poderwały się nagle, by znów wrócić na miejsce. Bo, czuła to coraz mocniej, Zygmunt nie zarzucał przynęty. On wiedział już wszystko. Jakimś cudem, mimo iż od razu i starannie wszystko kasowała, zdobył całą tę rozmowę i wiedział…
– Nigdy mnie nie uderzył – szepnęła. – Nigdy.
Nie miała pojęcia, jak długo siedziała w tej pozycji, ale gdy wreszcie się ocknęła i uniosła głowę, zobaczyła, że Wanesa stoi przy schodach i z uwagą jej się przygląda. Śliczna mała blondyneczka o zadartym nosku i dużych, jasnych oczach, teraz pełnych niepokoju.
Milena spróbowała się uśmiechnąć.
– Załóż kapcie, skarbie – poprosiła cicho, tym samym głosem, który słyszała we wnętrzu głowy. Jej własny syntezator mowy.
Telefon w ręce zawibrował. Aż podskoczyła ze strachu, ale nie krzyknęła ani nie upuściła aparatu. Spojrzała na ekran. Kolejna wiadomość od Zygmunta. Musiał zobaczyć, że odczytała poprzednią.
„Będę w południe. Nie szykuj obiadu”.
-
George Lucas, Albert Camus i Krzysztof Krawczyk. Wszyscy spotkali się w jednej książce
Wypadki samochodowe są demokratyczne, nie ma znaczenia płeć, wykształcenie, pochodzenie, grubość portfela, kolor skóry. Mogą się przytrafić każdemu i wszędzie. Rafał Jemielita w swojej książce „Crash historie, czyli wypadki zmieniają świat” opisuje kilkanaście z nich. Dlaczego zginął Albert Camus? Czy to kwestia opony, a może zamachu? Czy gdyby nie wypadek Georga Lucasa, to nie powstałyby „Gwiezdne wojny”? Jak pewnemu muzykowi udało się uniknąć zderzenia z lecącym samolotem? I czy samochody przyszłości będą naprawdę bezpieczne? Zabieram Was na przejażdżkę z autorem po historii motoryzacji, która jest usłana wypadkami. Często tragicznymi. Książkę możecie kupić tutaj.
-
Marcin Pietraszewski: „Marek G. wpadł przez kopertę, którą sam wysłał”
Anna Garska miała wyjść z domu późnym wieczorem 7 lipca 2012 roku. Od tego czasu trwały szeroko zakrojone poszukiwania, kobieta nie odbierała telefonu, nikt już później jej nie widział. Okazało się, że Garska opuściła mieszkanie, ale w walizce i bagażniku samochodu, a mordercą okazał się ten, który powinien ją chronić – Marek G. Mąż Anny Garskiej. Mężczyzna został skazany najpierw na 15, a później na 25 lat pozbawienia wolności. Sprawa wstrząsnęła nie tylko Zagłębiem i Śląskiem, ale też całą Polską. Powodem morderstwa miała być miłość. Miłość do innej kobiety. Właśnie ukazała się książka „Mocna więź” Magdaleny Majcher, która opisuje życie Anny Garskiej. Sprawą morderstwa od początku zajmował się Marcin Pietraszewski, dziennikarz śledczy „Gazety Wyborczej”, którego wypowiedź znajdziecie poniżej.
-
A gdyby tak pisać mniej książek? Felieton Wojciecha Chmielarza
Był niedawno felieton optymistyczny, to pomyślałem sobie, że czas wrócić do ogólnego narzekania. Ta myśl po przeczytaniu kryminału polskiego autora pojawia mi się w głowie tak często, że właściwie przestałem ją zauważać – fajna książka, ale szkoda, że nie popracował nad nią trochę dłużej
Bo rozumiecie Państwo, kończę powieść. Odkładam na bok. I często niby na pierwszy rzut oka wszystko gra, ale jednak coś mnie w tym wszystkim gryzie. Zaczynam analizować fabułę. I wystarczy tylko lekko poskrobać z wierzchu i okazuje się, że pojawia się jeden błąd za drugim, nieprawdopodobieństwo goni nieprawdopodobieństwo, a postacie, które na początku były okej, w pewnym momencie tracą takich drobiazg jak wiarygodność psychologiczna i zmieniają się manekiny, które robią to, co im autor każe. Natężenie tych zjawisk jest mniejsze lub większe. Czasami można przymknąć oko. Czasami mam ochotę książką rzucić o ścianę.
A chciałbym dostawać książki dopracowane. Chociaż przyznaję, że to wyznanie aż dziwnie brzmi. Bo wydaje się, że to rzecz oczywista i powinno na tym wszystkim zależeć. Tymczasem nie. Raz po raz czytam książki z logicznymi błędami. I najbardziej boli to, że tego dałoby się uniknąć. Wystarczyłoby trochę nad daną powieścią popracować albo na etapie planowania, albo już w redakcji. W wielu przypadkach wystarczy jedno zdanie, lekkie przemodelowanie całości. Usunięcie jednego wątku, jednej sceny. Albo dodanie dwóch, trzech dialogów. Jednak autorzy i wydawnictwa nie mają na to czasu? Dlaczego?
Z prostej przyczyny – rynek wymaga na nas, żebyśmy pisali i wydawali coraz więcej, coraz szybciej. Celowo piszę rynek, a nie czytelnicy. Bo czytelnicy co prawda na forach proszą o kolejne książki, ale równocześnie skarżą się na rosnące koło ich łóżek „kupki wstydu” czy w ogóle „hałdy hańby”. Myślę, że parę osób by się ucieszyło z tego, gdyby jednak ukazywało się mniej nowości. Decydująca wydaje mi się polityka sieci księgarskich, które wymagają ciągłej zmiany asortymentu. A skoro tak, to trzeba im dostarczać ciągle nowe tytuły.
Co to oznacza dla pisarza? Książka w Polsce żyje średnio trzy miesiące. Czyli ledwo po kwartale, jeśli dana powieść się nie sprzedaje, to znika z księgarskich półek. Oczywiście, są wyjątki od tej reguły, ale są one właśnie wyjątkami. Autor ma więc świadomość, że ma zaledwie trzy miesiące, żeby zarobić na swojej pracy. A biorąc pod uwagę, że czytelnictwo w Polsce wygląda tak, jak wygląda, rynek jest dość płytki, to raczej nie ma szans, żeby w tym czasie sprzedał tyle egzemplarzy, żeby mieć się za co utrzymać przez najbliższe dwanaście miesięcy. Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Napisać i wydać kolejną książkę.

www.unsplash.com/Claudia Wolff Tylko ile da się napisać powieści w ciągu roku tak, żeby móc poświęcić odpowiednią ilość czasu na planowanie, research, pisanie, redakcję, promocję? Nie będę tu Państwu odpowiadał na to pytanie. Są różne sytuacje, różni autorzy, różne powieści. Ale od pewnego momentu jeden z tych etapów pracy nad kryminałów musi ucierpieć. I to widać na naszym rynku – za liczbą wydawanych kryminałów (ponad 400 rocznie!) nie idzie jakość.
Zdaję sobie sprawę, z jakim naiwnym apelem teraz wystąpię, jak dziwnie to zabrzmi i jak to rozwiązanie jest nierealne – a gdyby tak pisać mniej książek? Bo mam wrażenie, że wszyscy by na tym zyskali. My, autorzy, mielibyśmy więcej czasu na dopracowanie swoich powieści, zebranie materiałów, redakcję, spotkania z czytelnikami, ale także na zwyczajny odpoczynek. Bo on też jest ważną częścią twórczego procesu. Czytelnicy mogliby nadrobić zaległości, zmniejszyłyby się kupki wstydu, dostawaliby też po prostu lepsze książki. Wydawnictwa miałaby czas, żeby w spokoju promować swoje tytuły. Cykl życia książki zwiększyłby się z tych nieszczęsnych trzech miesięcy do pół roku albo i dłużej. I wreszcie, to nie tak, że ogólna sprzedaż książki by spadła. Pewnie pozostałaby taka sama. Dzielona byłaby tylko na mniejszą liczbę tytułów. Poszkodowani ewentualni byliby debiutanci, bo na takim rynku trudniej byłoby im wydać książkę. Ale czy na pewno? W obecnych warunkach debiut jest jak mrugnięcie okiem. Znika, zanim ktokolwiek zdąży go zauważyć.
Czuję się też trochę w tych swoich rozważaniach osamotniony. Bo niejednokrotnie mam wrażenie, że tylko ja zwracam na te rzeczy uwagę. Tylko ja się domagam, żeby autorzy, ale przede wszystkim wydawnictwa, traktowały mnie jako czytelnika z szacunkiem. Zdarzają się przecież kryminały, które są zupełnie pozbawione sensu. I to nie w tym znaczeniu, że jakieś wydarzenia są mało prawdopodobne, ale w tym najbardziej fundamentalnym. Po prostu luka w fabule jest tak gigantyczna, że wszelki sens do niej wpada i potem umiera cichutku chlipiąc w ciemności. A wiecie Państwo, co jest najgorsze – te powieści stają się bestsellerami.
Może to więc tylko ja i parę osób. A większość czytelników wcale nie chce dobrych książek. Wystarczy, jeśli są szybko pisane.
Wojciech Chmielarz
-
17 książek, na które najbardziej czekam w marcu
Czas na ostre cięcie. W zeszłym miesiącu wrzuciłem do zapowiedzi chyba 30 książek, co jednak było przesadą, więc selekcja jest jeszcze ostrzejsza. Dorzuciłbym tu jeszcze książkę Kuby Ćwieka, ale nie ma nigdzie okładki, więc nie mogę jej tu wkleić. Na co czekam w marcu? Okładki poniżej. Gdy klikniecie, przeniesiecie się na stronę sklepu.
-
Polska biblioteka nominowana do prestiżowej nagrody!
Ponad 400 nominacji z całej Europy. Obok Mediolanu, Amsterdamu i Belgradu, do prestiżowej architektonicznej nagrody został nominowany budynek Miejskiej i Gminnej Biblioteki Publicznej w Głuchołazach. Nowa biblioteka działa od 2019 roku. Jak powstawała? Co ma wspólnego z kopalnią złota? O tym wszystkim opowiada dyrektor tego miejsca, Jan Ćwiek. W lutym przyszłego roku zostanie wybrana finałowa piątka, a w kwietniu poznamy najlepszy budynek. Czy statuetka The European Prize for Contemporary Architecture – Mies van der Rohe Award trafi na Opolszczyznę?
-
„Maszynka do mięsa” – Piotr Niemczyk recenzuje „Nabór” Vincenta V. Severskiego
Śniło mi się, że czytałem najnowszą powieść Vincenta V. Severskiego. Obudziłem się tak zmęczony jakbym nie spał całą noc. Miałem rano taki natłok myśli, że z trudem zabrałem się do codziennych obowiązków. Zastanawiałem się co w tym śnie było tylko ułudą, a co bezpośrednim nawiązaniem do polskiej rzeczywistości. Czy to możliwe, żeby liderzy partii rządzącej – świadomie lub nie – działali w interesie obcego mocarstwa? Czy to realne, aby oficerowie lub agenci polskiego wywiadu zostali porzuceni sami sobie, a ich los obchodził jedynie najbliższych przyjaciół? Czy najwyżsi urzędnicy państwowi mogą być tak cyniczni, żeby preparować dowody przeciwko przeciwnikom politycznym? A tak w ogóle, to jesteśmy jeszcze w Unii Europejskiej? A może właśnie z niej występujemy?
Na szczęście to musiał być sen, bo powieści Severskiego nie ma jeszcze w sprzedaży, a noc służy do spania, a nie do czytania. „Gdy rozum śpi, budzą się demony”. Chociaż nie tylko demony. Mój sen dość dobrze wkomponował się w sposób pisania autora „Nielegalnych”. Bardzo precyzyjnie planowane akcje. Szczegóły dopracowane do absurdu. Na przykład typowanie „safe house’a” to nie tylko przegląd budynków na serwerach Googla. Także wizja lokalna z wielogodzinną obserwacją, analiza termowizyjna i penetracja dronami.
Szczególnie wyraźnie widać tę cechę pisania Vincenta, która pokazuje jak ważna jest umiejętność działania w zespole, wzajemne zaufanie i solidarność. Nie zastąpią tego żadne procedury. Wręcz przeciwnie. Nadmierny dogmatyzm w stosowaniu instrukcji doprowadzić może do porażki. Generalna myśl powieści sprowadza się do bardzo ważnej dla wywiadu zasady: przyjaciół nie zostawia się w biedzie. Jeżeli wpadną i grozi im ciężkie więzienie albo nawet kara śmierci (nadal orzekana w wielu państwach pozaeuropejskich), to trzeba zrobić wszystko, żeby ich wydobyć, wykupić, wymienić.

Vincent V. Severski, fot: materiały prasowe Wydawnictwa Czarna Owca Zdumiewające, że rządzący skoncentrowani na własnych, doraźnych celach politycznych, nawet nie próbują o tym pamiętać. Na szczęście autor „Niewiernych” wkalkulował typową dla „Wydziału Q” i „Sekcji” niesubordynację. Nie ważne co przewidują przepisy i procedury. Ważne, żeby działać skutecznie. W interesie państwa i bezpieczeństwa obywateli. Naiwne? Może. Ale im mniej szefowie służb przejmują się swoimi ustawowymi zadaniami, tym bardziej oficerowie wierni ślubowaniu i zasadom służby dla państwa, a nie koterii politycznych, gotowi są obchodzić instrukcje i działać po swojemu.
„Nabór” to też opowieść o tym jakie głowy są potrzebne w wywiadzie. To nawet swoista rywalizacja pomiędzy kluczowymi postaciami wcześniejszych książek Vincenta Severskiego. Konrad Wolski nie jest w dobrej formie. Męczą go demony przeszłości. Jego związek z Sarą jest na krawędzi. Kiedy jednak dowiaduje się, że jest szansa uratować byłych podwładnych, zamienia się w drapieżnika. Jego planowanie operacyjne i taktyczne jest znowu najwyższej klasy.
Z kolei Roman Leski pokazuje swoje perfekcyjne umiejętności analityczne i zdolność przewidywania strategicznego. Obaj pracują na różnych prędkościach. Tyle, że dzięki ich inteligencji i doświadczeniu, kiedy dochodzi do kumulacji zdarzeń, obaj są dokładnie tam, gdzie trzeba. Nawet jeżeli nie wszystko się udaje. Bo w „Naborze” nie ma wyraźnego zwycięzcy.
Autor „Zamętu” w typowy dla siebie sposób mnoży wątki. Irańska siatka szpiegowska, frustracja wysokiego rangą oficera rosyjskiego wywiadu, prostolinijność i instynkt Jagana, próba wrobienia Romana Leskiego i wreszcie najważniejsze: losy oficerów złapanych na szpiegostwie i zdrada na najwyższych szczeblach władzy. I jak zwykle wkurzające jest to, że nie wszystkie wątki są zakończone (przynajmniej w moim śnie). Aż złość bierze, że nie wiemy jakie są dalsze losy Arifa Harumiego, po co czytamy o randze ambasadora Iranu w Sztokholmie i jak się uda zdemaskować kluczowego agenta Rosji w Polsce? Gdybym miał zgadywać, to typowałbym, że za kilkanaście miesięcy ukaże się dalszy ciąg. Pod tytułem „Zemsta”.
Swoją drogą znakomitą ilustracją do treści książki jest okładka. Przypomina grupę ludzi zmielonych przez maszynkę do mięsa. I to w różnych trybach mielenia. Niektórzy mają zmielone charaktery, a inni są po prostu podzieleni i skonfliktowani. A jednocześnie mamieni są różnymi obietnicami i szantażowani. Jeden z nich ewidentnie się poddał. Ma haczyk wbity w głowę. A swoją drogą ze wszystkich dotychczasowych powieści V.V.S. ta kończy się najgorzej. A okładka dzięki niebieskiemu kolorowi wydaje się najbardziej optymistyczna. Może to zwiastun dalszego ciągu…
Jak na sen, to zdumiewająco dużo jest w nim odniesień do warszawskich realiów. W dalekim tle jest pandemia, a obawy polskiej inteligencji, że klasa polityczna zmieniła się w skrajnie cyniczną kamarylę są bardzo wyraźne. Także lęki w czyim interesie działa ten czy ów partyjny lider.
Jak na sen trochę za dużo tych zbiegów okoliczności. Może to jednak nie był sen? Może przeczytałem książkę jednym tchem, a potem niechcący skasowałem ją na tablecie?
Piotr Niemczyk
-
„Trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać”. Tekst Kariny Bonowicz
Opowiem wam bajkę. Bajkę o recenzentach. Kilka lat temu wydałam książkę, która wskutek niedopatrzenia redaktora, korektora, ale i mojej skromnej autorskiej osoby miała na czwartej okładce dość znaczący błąd. Mianowicie zmieniono imię jednego z głównych bohaterów. Powieść poszła do druku z fatalną pomyłką. A później przyszedł czas na recenzje. Jedne opisywały bohatera o imieniu ze środka książki, inne – o imieniu z okładki. Tylko jeden z blogerów zapytał: Czy aby na pewno na okładce nie ma byka? W ten oto sposób bardzo szybko zorientowałam się, kto powieść przeczytał przed jej zrecenzowaniem, a kto nie. Koniec bajki.
Nie będę zmyślać. Do tej refleksji przymusiła mnie niejako historia pewnej książki, o której było (jest?) bardzo głośno, i to nie dlatego, że jest wybitna, ale dlatego, że budzi kontrowersje. To jeszcze nie zbrodnia, że powieść prowokuje. Problem polega na tym, że prowokacja ta jest tania, a sama książka warsztatowo słaba. Tak, przeczytałam. Tak, tylko dlatego, że stało się o niej głośno. Ale przeczytałam, bo mam w sobie na tyle przyzwoitości, żeby nie rozmawiać o czymś, czego nie widziałam na oczy. Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o wielu recenzentach.
Sama jestem recenzentem, żeby było jasne. I pisarzem też. I dobrze pamiętam, co powtarzano mi na studiach polonistycznych: trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać. Chodziło oczywiście o to, że oczytanie poprawia warsztat i językowy, i pisarski. Nie myślałam, że doczekam czasów, kiedy trzeba będzie pojmować to powiedzenie aż tak dosłownie. Spójrzmy prawdzie w oczy: bardzo duża grupa recenzentów nie czyta książek, o których pisze albo opowiada. I to już nawet nie chodzi o to, że znam blogerki (nie oszukujmy się, tutaj parytetów nie ma, większość blogujących to panie), które publikują 365 recenzji rocznie. Jedna recenzja dziennie. To by oznaczało, że i jedna książka dziennie jest czytana. Albo 365 zostało przeczytanych w roku ubiegłym i recenzowane są każdego dnia roku kolejnego. Naprawdę chcemy w to wierzyć?
Nie jestem w stanie czytać recenzji pisanych na podstawie opisu z okładki. Pisanych na kolanie. Z bublami merytorycznymi. Ewidentnie stronniczymi. Recenzji, gdzie nie ma miejsca na żadną dyskusję, a recenzent kończy jakąkolwiek jej próbę słowami: to jest moje zdanie i kropka. Nie podoba się? Won z mojego profilu! To, że blogerka ma milion osiemset fallowersów albo 23456789 lajków pod postem z recenzją, a do tego jest miła dla oka, nie oznacza wcale, że przeczytała książkę i wie, o czym mówi. Pytanie, czy ten, co daje jej lajka, przeczytał i książkę, i recenzję? Oto jest pytanie.
Powiem szczerze, ostatni raz ekscytowałam się recenzjami, kiedy debiutowałam a było to osiem lat temu. Przy każdej następnej ekscytacja była coraz mniejsza. Dzisiaj nie ma już żadnej. Nie dziękuję też osobiście recenzentom. Musiałabym podziękować za coś, czego nie czytałam. A trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać.
Karina Bonowicz



















