Kategoria: Aktualności

  • „Wierteł z gabinetu prędko się nie pozbędziemy”.

    Tytuł to słowa Marcina Krufczyka, stomatologa. Właśnie w jego gabinecie w Gliwicach porozmawialiśmy o książce „Bolesna historia stomatologii”. Co się zmieniło na przestrzeni lat? Co przyszłe pokolenia będą wytykały palcami współczesnym dentystom? Czym najlepiej znieczulić zęba, i czy dzisiejsze metody mają coś wspólnego z z tymi stosowanymi wiele lat temu? Sporo ciekawostek, dramatycznych historii, ale też całkiem pokaźny zastrzyk wiedzy. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy, a przetłumaczyła ją Zofia Szachnowska – Olesiejuk.

  • „Czy należy rozmawiać o złych książkach?” Felieton Piotra Borlika

    W pierwszym odruchu na usta ciśnie się odpowiedź: Tak, trzeba głośno krzyczeć, ostrzegać, by inni nie powielili naszego błędu i nie sięgnęli po złą książkę. Wiele wartościowych pozycji ginie w gąszczu premier, promowane są książki złe lub co najwyżej przeciętne, a kryminał pomału otrzymuje łatkę ociekającego bezsensowną przemocą. Trudno więc się dziwić złości, a niekiedy nawet frustracji osób, którym na sercu leży dobro literatury. Tylko czy piętnując złe książki, przypadkiem nie wyrządzają im przysługi?

    Do przemyśleń skłonił mnie tekst o książce „Parafil” umieszczony na profilu smakksiazki.pl. O ile godne uznania jest zachowanie Adama, który nie pierwszy raz odrzuca możliwość zarobku w zamian za promowanie złej książki, tak nie wiem, czy ogłaszając to publicznie, nie osiągnął efektu odwrotnego od oczekiwanego. Pierwszą ku temu przesłanką może być liczba reakcji na post. Już po pierwszej godzinie było ich więcej niż pod recenzjami, felietonami i zapowiedziami razem wziętymi. Ktoś powie: super, przynajmniej ludzie wiedzą, żeby omijać tę książkę szerokim łukiem. Pewnie będą mieli sporo racji, świadomi czytelnicy poczują się ostrzeżeni i skreślą „Parafila” z listy zakupowej, ale nie ma co się oszukiwać: świadomych czytelników wcale nie jest tak dużo.

    Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio

    Pamiętam, jak na fali wznoszącej znalazła się Blanka Lipińska i jej „365 dni”. Budżet na promocję jej radosnej twórczości zapewne wielokrotnie przewyższał nakłady poświęcone na „Parafila” niemniej w obu przypadkach dostrzegam podobne zjawisko. Nie kojarzę innej książki, która otrzymałaby tak wiele skrajnie negatywnych opinii. „365 dni” było wyśmiewane, odradzane, podkreślano jej szkodliwość, szydzono z autorki, a sprzedaż zamiast maleć, rosła w jeszcze większym tempie. Czytelnicy zamiast zapomnieć o książce, kupowali ją, by sprawdzić, czy rzeczywiście jest taka zła, jak wszyscy o niej mówią. Tak to niestety działa. Złe książki „klikają się” na Instagramie, złe opinie przyciągają komentujących, a o książce jest coraz głośniej. Kontrowersja się sprzedaje.

    Z faktami nie ma co dyskutować: w Polsce dobrze sprzedają się książki ociekające krwią. Z roku na rok mnożą się autorzy proponujący bezmyślne sieczki, granica okrucieństwa przesuwana jest coraz dalej. Na grupach kryminalnych królują tytuły Piotrowskiego, Czornyja czy Kościelnego. Może nie powinienem tego mówić, ale uważam, że moją najgorszą kryminalną książką jest „Boska proporcja”. Pisząc ją, miałem znacznie słabszy warsztat, gorzej konstruowałem portrety psychologiczne, w kilku miejscach zastosowałem zbyt duże uproszczenia, to jednak ona osiągnęła bardzo dobrą sprzedaż, sprawiła, że mogłem rozwinąć skrzydła, przywiodła do mnie wielu czytelników. Może w „Boskiej proporcji” nie było aż takiego okrucieństwa, niemniej mogę się założyć, że Adam również odmówiłby napisania jej odpłatnej recenzji i być może napisałby podobny tekst. Nie zmienia to faktu, że przez wiele lat będę kojarzony z „Boską proporcją” i gdy ktoś będzie zastanawiał się, którą książkę Borlika przeczytać, to pewnie sięgnie właśnie po przygody Agaty Stec i Artura Kamińskiego. To ona wciąż zbiera najwięcej opinii, to do niej zostały sprzedane prawa do ekranizacji, to ona wciąż bardzo dobrze się sprzedaje. Tak to już działa. Nie potrafię zliczyć opinii po „Zapłacz dla mnie” czy „Wymazanych z pamięci”, w których zarzucano mi nudę i brak akcji. Wiem, że bezpowrotnie straciłem osoby oczarowane „Boską proporcją”, ale na szczęście w międzyczasie pojawili się nowi czytelnicy oczekujący czegoś więcej niż krew.

    Co więc zrobić w zamian? Milczeć? Po lekturze schować książkę do piwnicy, by nie daj Boże nie wpadła w niczyje ręce? Poniekąd tak, wszak nie ma nic gorszego dla książki niż cisza. Jak wspomniałem na początku, jest wiele wartościowych książek, które nie potrafią przebić się przez „konkurencję”. Może więc zamiast robić kolejną reklamę złym książkom, skupmy się wyłącznie na tych dobrych?

    Piotr Borlik

  • „Spirala przemocy, pornografii i grafomanii”. Felieton Roberta Ostaszewskiego

    Musiał wreszcie nastąpić moment przesilenia i dobrze, że nastąpił. Albo nastąpi. Oby. W mediach społecznościowych witryna smakksiazki.pl zaprezentowała fragment debiutanckiej powieści kryminalnej Bartka Rojnego Parafil (Wydawnictwo Znak), w którym ukazany jest brutalny, ohydny gwałt na kobiecie opisany ohydnym, prostackim, by nie powiedzieć plugawym, językiem. Redaktor witryny poprosił odbiorców o opinie i wylała się istna fala komentarzy. I dobrze.

    Ale po kolei… Powiem wprost: znam jedynie jeden fragment powieści Parafil i opis tej książki. Podejrzewam jednak, że całość, jeśli chodzi o koncept fabularny i sposób pisania, nie różni się diametralnie od znanej mi sceny. Prawdę powiedziawszy, nie mam ani ochoty, ani czasu, by to sprawdzać. Ale też w moim tekście nie chodzi o samego Rojnego i jego powieść, ponieważ wcale nie jest tak, że oto nagle i znikąd pojawił się niejaki Rojny, pseudoskandalista, który epatuje przemocą, ledwo klecąc zdania pojedyncze.

    Od kilkunastu lat regularnie piszę o polskiej prozie kryminalnej, od kilku jestem jurorem Nagrody Kryminalnej Piły. Czytam setki książek z literatury gatunkowej rocznie. Od dwóch, trzech lat zauważałem, że zdecydowanie rośnie liczba kryminałów czy thrillerów, których autorzy nie przejmują się logiką intryg, wiarygodnością kreowanego świata czy psychologiczną spójnością postaci, używają polszczyzny prostej aż do bólu, za to skupiają się na tworzeniu postaci psychopatów, którzy zabijają, bo są psychopatami (i tyle motywacji oraz psychologicznej głębi), i mnożeniu opisów scen wymyślnej (a najczęściej zwyczajnie wydumanej) przemocy. A do tego od czasu sukcesu sprzedażowego pewnej autorki-celebrytki, piszącej soft porno z elementami przemocowymi, do scen przemocy doszły jeszcze sceny seksu, opisywanego zwykle z ginekologiczną dokładnością albo fantazją rodem z mokrych snów wuja z wąsem.

    Prosta recepta – nieodmiennie nic tak dobrze się nie sprzedaje, jak przemoc pomieszana z seksem, bo wielu czytelników wciąż kręcą krew i sperma. I pewnie kręcić będą. Przyznam szczerze, że po lekturze niektórych książek z tego rodzaju, miałem nie tyle ochotę rzucać nimi o ścianę, co zwymiotować. Od jakiegoś czasu w świecie ludzi związanych z kryminałem rozmawialiśmy o tym, że tej bezsensownej przemocy, niepotrzebnie brutalnych opisów jest w powieściach za wiele. Na rozmowach się kończyło. Tym bardziej że zawsze dało się znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla chorych pomysłów – że konwencja dopuszcza takie rzeczy, że w ogóle żyjemy w świecie, w którym jest coraz więcej przemocy, że w końcu jeśli czytelnik takich wątków potrzebuje, to czemu mu ich nie dać. Jednak może jest już czas najwyższy, żeby powiedzieć: Stop. I zacząć mówić otwartym tekstem, że spora część polskiej prozy gatunkowej jest zła, bo ogranicza się do epatowania scenami przemocy, której ofiarami na dodatek często są osoby słabsze, kobiety czy dzieci, odwołując się do mrocznych, niezdrowych fascynacji czytelników. Jest zła, bo jej autorzy tak mocno skupiają się na pozornych mrokach psychiki swoich psychopatycznych bohaterów i opisach wypruwania flaków, że mają gdzieś zasady gatunku, zwykła logikę czy dbałość o język i styl, tworząc teksty absolutnie grafomańskie. Trzeba wreszcie zacząć publicznie mówić, że tego rodzaju proza jest zła i zwyczajnie szkodliwa, bo – jestem tego zdania – każda lektura, choćby nie wiem jak lekko i z dystansem traktowana, pozostawia w czytelniku ślad.

    Robert Ostaszewski, fot: smakksiazki.pl

    Często powtarza się, że proza gatunkowa, kryminały, thrillery czy powieści sensacyjne, pisane są przede wszystkim dla lekturowej rozrywki. Pełna zgoda, co nie zmienia faktu, że w prozie gatunkowej można pisać o ważnych i poważnych problemach, czego dowodem jest chociażby skandynawska proza kryminalna, która mocno eksponuje wątki obyczajowe czy społeczne, przedstawia i analizuje skutki rozmaitych patologii. Ale w prozie gatunkowej można też beztrosko rozpleniać zło, co jest tym bardziej niebezpieczne, że owo opisywane zło wbudowane jest w tekst z założenia rozrywkowy. Zwrócę uwagę na jedną kwestię, rzadko poruszaną. W kryminałach czy thrillerach autorzy dotykają materii zbrodni – i mniejsza czy są one wymyślone, czy inspirowane rzeczywistymi zbrodniami i przestępstwami. Istnieje cienka i – to prawda – dosyć niewyraźna granica między opisami zła, przemocy, które służą budowaniu fabuły albo ukazywaniu ważnego społecznie problemu, a opisami zła, przemocy, które służą jedynie mnożeniu makabry, epatowaniu czytelnika wywalonymi na wierzch bebechami, tryskającą krwią i wszechobecną przemocą. W tym drugim przypadku dochodzi jeszcze problem odpodmiotowienia, dehumanizacji kreowanych przez autorów postaci, które stają się niczym innym jak grubo ciosami kukiełkami w żenującym teatrzyku makabry i grozy. Ostatnimi czasy wielu autorów tę granicę przekracza, część pewnie dlatego że jej zwyczajnie nie zauważa, ale część robi tak, cynicznie licząc na to, że sprzedadzą parę książek więcej. A w ten sposób nakręca się w prozie gatunkowej spirala przemocy, pornografii i grafomanii, bo współczesny odbiorca potrzebuje za każdym kolejnym razem mocniejszych, bardziej walących po głowie bodźców – z każdym miesiącem więcej krwi, bardziej dosadnych i dosłownych opisów, jeszcze więcej makabry. A to naprawdę do niczego dobrego i sensownego nie prowadzi.

    Pewnie ktoś mi zaraz zarzuci, że jestem naiwny albo chcę walczyć z wiatrakami. Bo wydawcy i tak opublikują najgorszej nawet jakości, najohydniejszy tekst, jeśli tylko wyczują, że księgowemu wydawnictwa będą się zgadzały liczby w tabelkach w Excelu. Bo to przecież czytelnik decyduje, na jaką książkę przeznacza pieniądze, i wcale nie musi mu podczas zakupu towarzyszyć moralne czy estetyczne wzmożenie. Bo rozmaici blogerzy, instagramerzy czy samozwańczy „promotorzy” literatury i tak za darmowy egzemplarz książki albo kilka złotych będą się zachwycać nawet najgorszym literackim badziewiem. Wszystko jasne. Jednak żyjemy we wciąż – ponoć – wolnym kraju, więc niech mi będzie wolno wyrazić swój sprzeciw. Nie godzę się z tym, że na rynku jest coraz więcej złych, szkodliwych, urągających literackiej polszczyźnie książek. Boli mnie, że publikują je wydawnictwa niegdyś uważana za poważne i szanowane. Uważam, że należy złe książki wskazywać i tłumaczyć, dlaczego są złe. A przede wszystkim nie należy ich przemilczać. Strategia przemilczania zupełnie już nie działa.

    Robert Ostaszewski

    PS. Celowo w moim tekście nie podawałem przykładów złej literatury gatunkowej, oczywiście z wyjątkiem Rojnego, bo chciałem skupić uwagę na problemie a nie personaliach. Obiecuję jednak, że przedstawię przykłady – pewnie w innym miejscu i czasie.

  • „Pierwsze pięćdziesiąt stron” – lutowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Autorzy często fetyszyzują pierwsze zdanie w książce. Dmuchają na nie, chuchają, zmieniają po wielokroć. Uporczywie powtarzają na głos, dopóki nie zabrzmi tak, jak sobie wymarzyli. Tymczasem otwierające zdanie jest bez znaczenia. Liczy się pierwsze pięćdziesiąt stron.

    Jedno z tegorocznych postanowień literackich, którymi przed miesiącem podzieliłem się na smakksiazki.pl, dotyczyło doczytywania/dosłuchiwania książek. Chciałem przezwyciężyć moją konsumencką zmorę, polegającą na tym, że mnóstwo utworów zaczynam, ale niewiele kończę. Niestety, po miesiącu już wiem, że nic z tego nie będzie. Z dziesięciu książek, do których podszedłem w styczniu, ukończyłem zaledwie dwie.

    Trzymam się natomiast w innym postanowieniu – ewidencji utworów. A dzięki temu, że się w nią zagłębiłem, lepiej rozumiem, dlaczego tylko co piątą książkę udaje mi się przeczytać w całości.

    Jeszcze chwilę temu podejrzewałem, że problemem musi być odtrącający styl danego autora albo trudna do poskromienia pokusa testowania ciągle nowych smaków. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, niejednoznaczna i martwiąca – przynajmniej dla mnie, człowieka żyjącego z pisania. Okazuje się, że twórca może w bardzo krótkim czasie podpaść czytelnikowi na bardzo wiele sposobów. Raczej nie na przestrzeni inauguracyjnego zdania czy kilku wstępnych akapitów, ale już na dystansie pierwszych pięćdziesięciu stron – jak najbardziej.

    Dlaczego akurat tylu? Ponieważ mniej więcej tyle Audioteka pozwala połknąć bezkosztowo, a od jakiegoś czasu większość moich pierwszych styczności z literaturą odbywa się właśnie poprzez łykane w trakcie biegu audiobooki (świetny sposób na uniknięcie zakupu kota w worku).

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Poniżej przedstawiam owoc mojej wewnętrznej analizy trudnych książkowych początków. Bez strzelania tytułami, ponieważ publiczne linczowanie autorów po zapoznaniu się z ich utworami zaledwie w jednej dziesiątej byłoby niesprawiedliwością i draństwem. Mimo wszystko uważam, że nie należy oceniać nas po tym, jak zaczynamy, ale po sposobie, w jaki kończymy. Nawet jeśli zdarza nam się na wstępie spieprzyć sprawę tak bardzo, że niektórzy czytelnicy nie mają ochoty na dalszy ciąg.

    Złe proporcje, zła selekcja treści

    Zabrałem się za quasibiograficzny poradnik całkiem popularnego człowieka, który postanowił podzielić się spostrzeżeniami na temat swojej kariery i dziedziny zawodowej. Wystartował po bożemu – od syntezy ogólnych spostrzeżeń i zapowiedzi tego, o czym będzie książka. Wyszło nawet nieźle, obiecująco. Ale potem zaserwował ciągnącą się jak flaki z olejem opowieść o potwornie nudnym dzieciństwie, w którym nie wydarzyło się nic ciekawego, śmiesznego czy zaskakującego. W efekcie na przestrzeni kilkudziesięciu stron nie dowiedziałem się niczego o temacie, dla którego sięgnąłem po tę pozycję. Absolutnie niczego. I choć moja ciekawość nie została zaspokojona, byłem zbyt zirytowanym niepotrzebnym osobistym rozbiegiem, aby dokonać zakupu.

    Niedźwiedzia przysługa

    Przeciągnięcie opowieści z dzieciństwa to jednak nic przy tym, z czym zetknąłem się w wychwalanym na prawo i lewo poradniku pewnego psychologa. Tytuł zaczyna się od absurdalnie długiego wstępu (nawet nie wiem czyjego, ponieważ nie dobrnąłem do końca), którego celem jest zbudowanie autorytetu autora. I jest to niewątpliwie słuszny cel, ale wykonanie okazało się fatalne. Ciąg niezbyt porywających anegdot dowodzących tego samego. Historyczne odniesienia, które dla osoby zainteresowanej tematyką książki są kompletnie bez znaczenia. Szczegółowa charakterystyka autora, jakby to on miał być bohaterem poradnika, a nie jego twórcą. Krótko mówiąc, kumpel psychologa zaserwował czytelnikom ciężkostrawny aperitif, całkowicie odbierając ochotę na danie główne.

    Kryminał bez intrygi

    Ceniony polski autor, nagradzana książka, zachęcający opis. Wszystko było na swoim miejscu. Aż zacząłem słuchać. Kilkudziesięciostronicowa ekspozycja powiedziała mi sporo o bohaterce i jej osobistych perypetiach, ale nie dowiedziałem się niczego o intrydze, mającej być lejtmotywem powieści i głównym powodem, dla którego po nią sięgnąłem. Oczywiście nie ma przymusu wprowadzania trupa w pierwszym rozdziale kryminału, ale gdy na dzień dobry dostaje się bardzo szczegółowe, wręcz wikipedyjne wprowadzenie w dzieje osoby, która – jak wnoszę z wydawniczej zapowiedzi – nawet nie jest pierwszoplanową postacią, to można wymięknąć.

    Sztampa do kwadratu

    I dla odmiany: książka zaczyna się od trzęsienia ziemi. Gangsterzy, narkotyki, mordobicia, strzelaniny, zamachy. Fajerwerk na fajerwerku. Tyle że to wszystko już było. Już to wszystko czytałem. Już zdążyło mi zbrzydnąć. Przynajmniej podane w takiej formie – bez zachwycającego stylu, bez oryginalnej narracji, scenerii albo bohaterów, bez jakichkolwiek wyróżników. Jeżeli jest w tej powieści coś, dlaczego warto po nią sięgnąć (a zakładam, że jest, skoro ktoś ją wydał i zainwestował w promocję), to albo zostało starannie ukryte, albo umiejscowione po przekroczeniu granicy czytelniczego bólu – za pięćdziesiątą stroną.

    Przepraszam, ale o co chodzi?

    Wpadła mi w uszy druga część pewnego popularnego brytyjskiego cyklu kryminalnego, podobno najlepsza i podobno możliwa do wchłonięcia bez znajomości pierwszej. Może i tak. Ale przez pierwsze pięćdziesiąt stron czułem się jak dziecko we mgle, mimo że – umówmy się – kryminały to nie rocket science. Niedopowiedzenia, skróty myślowe, niezrozumiałe odniesienia do zdarzeń i postaci, których nie czytając jedynki, nie miałem prawa znać. Ogólnie rzecz biorąc, coś tam widziałem, ale nie na tyle, aby móc to opisać. I nie na tyle, aby chcieć obejrzeć w całości.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Inny, ale tak jakby podobny” – reakcja na styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    O ile w kilku kwestiach nie zgadzam się z Wojciechem Chmielarzem, tak tym razem muszę przyznać mu rację: zapowiada się rok bardzo fajnych kryminalnych premier. Szkoda jednak, że Wojtek w swoim cyklicznym felietonie (klik) ograniczył się do wąskiego grona autorek i autorów, których nazwiska przewijają się wszędzie, pomijając przy tym całą masę interesujących tytułów. Wymieniając Annę Kańtoch, Roberta Małeckiego, Jakuba Ćwieka czy Jędrzeja Pasierskiego, nijak nie potwierdza powyższej tezy, wszak ci sami autorzy w zeszłym roku wydali równie fajne książki. Czym więc ten rok różnić się będzie od nieszczęsnego 2020?

    Na szczęście Wojtek dodaje też Magdalenę Majcher, Bartosza Szczygielskiego (którego książkę niebawem skończę i przeczuwam, że zbierze bardzo dobre opinie) i Grzegorza Kalinowskiego, ale to jeszcze trochę mało, by snuć wizję, jakoby obecny rok w temacie kryminalnych premier był lepszy od ubiegłego. Na końcu swojego tekstu zaznaczył, że pewnie przegapił kilka tytułów, dlatego też spieszę uzupełnić listę, która dopiero w takiej formie pokaże, jak kryminalny czeka nas rok.

    Po pierwsze: Stuart Turton. Wydane w 2019 roku „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” uważam za najlepszą książkę kryminalną wydaną w tamtym roku. Tym bardziej nie mogę doczekać się zapowiedzianej na koniec marca powieści „Demon i mroczna toń”, która, mam nadzieję, będzie mroczna i ociekająca gęstym klimatem.

    Po drugie: Stefan Darda i wznowienie „Zabij mnie, tato”. Już sam tytuł zasługuje na uznanie. Kiedyś byłem fanem twórczości Stefana, teraz niestety skręcił w stronę, która mnie zwyczajnie nudzi, niemniej lekturę „Zabij mnie, tato” wspominam bardzo dobrze. Stefan ma gawędziarski dar, świetnie potrafi wodzić czytelnika za nos, jeśli ktoś jeszcze nie zna jego twórczości, to ma ku temu świetną okazję.

    Po trzecie: komedie kryminalne. Nie jestem fanem gatunku, ale omawiając premiery, nie można pominąć najnowszych powieści Jacka Galińskiego, Marty Matyszczak, Alka Rogozińskiego czy Marty Kisiel.

    Jacek Galiński na tle aresztu śledczego Warszawa – Grochów, fot: smakksiazki.pl

    Po czwarte: „Osadzony” Kingi Wójcik. Trzeci tom przygód Leny Rudnickiej i Marcela Wolskiego. Nie mam pojęcia, czemu o książkach Kingi mówi się tak mało. Mam wrażenie, że problemem Kingi jest dotarcie do większej rzeszy czytelników, bowiem ci, którzy dali jej szansę, raczej tego nie żałują.

    Po piąte: Marek Stelar, który na początku roku informował o zakończeniu prac nad swoją „Przemianą”, toteż należy jej się wkrótce spodziewać na księgarskich półkach. Nie wiem, dlaczego, ale gdybym miał wskazać trzech najsympatyczniejszych gości polskiego kryminału, to wytypowałbym Roberta Małeckiego, Bartosza Szczygielskiego i Marka. Nie miałem przyjemności zamienić z nimi choćby jednego słowa, więc mogę się mylić, ale każdy z panów wydaje się spoko gościem. Co ważniejsze, Marek tworzy świetne, dopracowane historie, o czym miałem okazję przekonać się już wiele lat temu, gdy zaczynał przygodę z wydawnictwem Videograf, w którym ja również stawiałem pierwsze kroki.

    Po szóste (będzie kontrowersyjnie): Nowe powieści Remigiusza Mroza i Maxa Czornyja. Obaj panowie piszą zupełnie inaczej, ale często wrzucani są do jednego wora z racji masowego wypluwania z siebie książek. Jak to często bywa, przy takim tempie zdarzają się potworki, ale seria z Sewerynem Zaorskim raczej do takowych się nie zalicza. Sam na półce mam dwie części i pewnie kupię trzecią.

    Po siódme: Marcel Moss i jego „Wszyscy muszą zginąć”. Nie przypadły mi do gustu książki Marcela ani sposób ich promocji, ale nie mogę odmówić mu rzeszy czytelników, którzy z pewnością wyczekują zapowiedzianej na luty premiery.

    Po ósme: „Nabór” Vincenta V. Severskiego. Z zupełnie innych względów niż u Marcela, ale książki Severskiego również rozmijają się z moimi gustami, nie mogę jednak odmówić im wysokiej jakości. Sam raczej nie kupię, ale z pewnością wiele osób czeka na ten tytuł.

    Vincent V. Severski, fot: materiały prasowe Wydawnictwa Czarna Owca

    Po dziewiąte: Borlik. 😉 Tak, tak, pewnie znajdzie się kilka osób, które stwierdzą, że napisałem ten tekst, bo się obraziłem, że Wojtek nie wspomniał o zapowiedzianej na początek marca premierze „Skłam, że mnie kochasz”. Pozdrawiam Was serdecznie. A poważnie mówiąc, nie dziwię się. Wydawcy mają różne strategie marketingowe. Niektórzy m.in. rozsyłają książki do poczytnych autorów w nadziei, że Ci przeczytają, być może opublikują zdjęcie i napiszą kilka miłych słów. Nie widzę w tym nic złego, ale trochę się boję, że niektórzy w ten sposób tracą z radarów pozostałe premiery.

    I wreszcie po dziesiąte: Wojciech Chmielarz. Po „Ranie”, która zupełnie mnie nie przekonała, zrobiłem sobie dłuższą przerwę od twórczości Wojtka, ograniczając się do jego felietonów i złośliwie mu się odgryzając. A poważnie mówiąc, zawsze podobał mi się warsztat Wojtka, dlatego po przerwie nabrałem apetytu na jego najnowszą powieść. Mam cichą nadzieję, że wróci do kryminału, ale czego by nie napisał, i tak wezmę w ciemno.

    Piotr Borlik

  • Wypatrujemy lutowych nowości, co warto kupić?

    Idzie luty, szykujcie więc miejsce na półkach, bo nadchodzą kolejne ciekawe nowości książkowe. Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie, bo starałem się zrobić dość mocną selekcję, przecież portfele i półki nie są z gumy. W zestawieniu pozwoliłem sobie umieścić książkę Przemysława Semczuka, która jest wznowieniem, ale dość mocno uzupełnionym, więc taktuję ją poniekąd jako nowość.

     

  • Niewyjaśniona historia w cieniu Babiej Góry

    Tajemnicza katastrofa lotnicza w pobliżu Babiej Góry łączy się ze śmiercią Izy, która za dwa tygodnie miała wyjść za mąż. Co ma wspólnego tragedia z 1969 roku z obecnymi wydarzeniami? Na to pytanie odpowiada Irena Małysa w swoim debiucie „W cieniu Babiej Góry”. Jest to opowieść o stracie, przyjaźni, ale też dusznej atmosferze małego miasteczka, w którym wszyscy się znają, a o za tym idzie, mają na siebie haki. Komu zależało na zamordowaniu młodej dziewczyny? I czy uda się rozwikłać zagadkę feralnego lotu, w którym zginęły 53 osoby? Przeczytajcie książkę, a do tego może Was zachęcić rozmowa z autorką, która opowiada też o swojej fascynacji książkami Zygmunta Miłoszewskiego. Materiał powstał przy współpracy z Wydawnictwem Mova. 

     

  • Przepis na „obozowy bestseller”? Wątek romansowy i dobry esesman.

    Czy Wy też macie wrażenie, że książek o tematyce obozowej ukazuje się coraz więcej? Najważniejsze żeby liczba wydawanych książek szła w parze z ich jakością, a tutaj niestety jest już różnie. Dziś przypada 76. rocznica wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz. Kilka dni temu spotkałem się z doktorem Piotrem Setkiewiczem z Centrum Badań w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau i spytałem go o poziom powieści z tematyką obozu w tle. Wnioski? Nie jest dobrze.

  • „Ależ to będzie dobry rok!” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pomyślałem sobie, że skoro jeszcze jest styczeń i 2020 dopiero niedawno zamienił się w 2021, to zamiast zwyczajowego narzekania, że brutalność, że schematyzm, brak nowych twarzy, napiszę felieton optymistyczny

    Mój optymizm jest jednak ograniczony do pewnego konkretnego obszaru. Bo przecież pandemia nam nie odpuszcza (chociaż liczby, przyznaję spadają, a i znajomi lekarze potwierdzają, że łapią oddech), naukowcy straszą nas już wariantem brytyjskim i wszystkie problemy 2020 mogą wrócić ze zdwojoną siłą. Jeśli chodzi o szczepionki, to w liczbie osób zaszczepionych wyprzedziła nas już Francja, która, powiedzmy sobie szczerze, dała na początku tak bardzo ciała, że bardziej się nie da. Knajpy i restauracje padają, za nimi pójdą obawiam się hotele. W górach sezon zimowy to albo dziwne kombinacje i balansowanie na granicy prawa, albo jego łamanie. Za to pan prezydent się cieszy, że policja działa profesjonalnie, bo przecież nikt nie zginął. Także ten… Natomiast jeśli chodzi o kryminał, to szykuje się nam całkiem udany rok!

    www.unsplash.com/César Viteri

    Zacznę chyba od książek, które już czytałem albo zacząłem czytać. A tutaj zeszłoroczny laureat Wielkiego Kalibru Jędrzej Pasierski i „„Kłamczuch”. Pierwszy polski kryminał, jaki przeczytałem w roku 2021 i jaki to był dobry wybór! Świetna, nastrojowa, przemyślana książka! Premiera już w środę, więc naprawdę, bierzcie, kupujcie, czytajcie! Miesiąc później ukaże się natomiast „Mocna więź” Magdaleny Majcher i to jest w kryminale zupełnie nowe nazwisko. Majcher jest dobrze znana czytelnikom i czytelniczkom literatury obyczajowej. Dostałem tę książkę wcześniej z prośbą o pomoc w promocji. I pisząc szczerze, podchodziłem do niej ze sporą rezerwą. Bo jak to tam literatura obyczajowa, a tutaj true crime? Zupełnie inne gatunki, zupełnie inny zestaw pisarskich narzędzi, zupełnie inny nastrój. Tymczasem Majcher znalazła swój własny język, swój własny sposób, żeby opowiedzieć pewną prawdziwą, tragiczną i przerażającą historię. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni jakaś książka mnie tak pozytywnie zaskoczyła.

    Wiem też co, ale nie wiem kiedy, wydaje Jakub Ćwiek. Ja już jestem po i powiem szczerze, strasznie się cieszę, że wydałem pewną swoją powieść wcześniej od Kuby. Bo na pewno będą nas porównywać. Ale w tej sytuacji to jego będą porównywać do mnie, a nie mnie do niego, co stawia mnie na trochę lepszej pozycji. Bo książka Ćwieka jest tak dwa razy lepsza od mojej. Serio, jest na co czekać.

    Z rzeczy prawie przeczytanych, to na warsztacie mam teraz „Winni jesteśmy wszyscy” Bartosza Szczygielskiego i po 50 stronach muszę powiedzieć, żeby jest dobrze. Zobaczymy, czy utrzyma poziom po mocnym początku. Ale jeśli mu się to uda, to będzie liczącym się kandydatem do wszystkich kryminalnych nagród.

    Przed nami przecież jeszcze kilka innych rzeczy. Robert Małecki szykuje na rok 2021 aż dwie premiery. I chyba (chyba!) żadna z nich nie będzie nowym Grossem, więc jestem mocno zaintrygowany. Nie, żebym miał coś przeciwko Grossowi, bo przecież trzy o nim powieści to obok Wrońskiego prawdopodobniej najczęściej nagradzany w Polsce cykl kryminalny. Ale dobrze, że po „Zadrze” komisarz będzie mieć chwilę oddechu. Możemy się też spodziewać kolejnej powieści Anny Kańtoch. Wreszcie, korzystając z moich kontaktów (tak, pogadaliśmy po prostu na messengerze) dowiedziałem się, co planuje Grzegorz Kalinowski. I jestem mocno, mocno zaintrygowany.

    www.unsplash.com/Anastasiia Chepinska

    A przecież to są tylko te rzeczy, o których się dowiedziałem w ten, czy inny sposób. Ile przegapiłem? Kto mnie jeszcze zaskoczy? Jakie są plany Mariusza Czubaja, który po „Około Północy” i „Ciosie kończącym” ma u mnie ogromny kredyt zaufania? Co z autorami, których jeszcze nie znam albo ich twórczości aż tak nie śledzę (bo niestety nie da się czytać wszystkiego!)? A może pojawi się jakiś debiut, który sprawi, że wszystkim opadnie nam szczęka?

    No i jak to pozbierać wszystko do kupy, to naprawdę mam wrażenie, że jeśli chodzi o mój ukochany literacki gatunek to 2021 zapowiada się bardzo, ale to bardzo ciekawie. Pozostaje nam tylko trzymać kciuki za to, żeby wszystkie inne aspekty tego roku dorównały do poziomu polskiego kryminału. Ale jak napisałem na początku (ach, nie mogę jednak pozbyć się tego pesymizmu!), niespecjalnie się na to zapowiada.

    Wojciech Chmielarz