Kategoria: Aktualności
-
Jest data tegorocznych Warszawskich Targów Książki. Oświadczenie organizatora
Szanowni Państwo,
Z przyjemnością informujemy, że przygotowania do Warszawskich Targów Książki w roku 2021 już trwają. Przewidując, że dochodzenie do normalności i znoszenie obostrzeń pandemicznych będzie następowało stopniowo, wyjątkowo, w roku 2021, zaplanowaliśmy Targi nieco później niż dotąd – w dniach 17-20 czerwca.
Spółka Targi Książki (właściciel marki WTK) zdecydowała, że ich organizatorem wykonawczym będzie Fundacja Historia i Kultura.
Fundacja Historia i Kultura od 2004 roku wydaje publikacje historyczne, organizuje konkursy i przedsięwzięcia kulturalne. Sztandarowym elementem działalności Fundacji jest organizacja Targów Książki Historycznej w Warszawie oraz konkursu o Nagrodę Klio. Od ubiegłego roku organizuje także plenery literackie w Gdyni i Warszawie i liczne wydarzenia literackie w sieci.
Więcej informacji już wkrótce.
Zarząd Spółki
Rafał Skąpski
Prezes ZarząduMaciej Walczak
Wiceprezes Zarządu -
Zagraj z Ćwirlejem dla WOŚP i zostań bohaterką/bohaterem jego książki!
To jest absolutny hit! Ryszard Ćwirlej wystawia na aukcję możliwość pojawienia się w jego najnowszej książce. Co ważne, powieść jeszcze nie zaczęła się pisać, więc zwycięzca może mieć wpływ na charakter książkowej postaci. Ćwirlej wspiera WOŚP nie po raz pierwszy, np. w zeszłym roku wylicytowaliście pojawienie się w jego książkach za blisko 20 tysięcy złotych.
„Mordercza rozgrywka” ukaże się jesienią tego roku, będzie powieścią z niezawodnym Teofilem Olkiewiczem. Autor sugeruje, że być może to ostatnia z serii powieści neomilicyjnych, więc warto zapisać się na kartach historii polskiej literatury kryminalnej. Cena wywoławcza to tysiąc złotych, a aukcja trwa przez 10 dni. Po zakończeniu licytacji skontaktuję zwycięzcę/zwyciężczynię z autorem. Chcecie licytować? Kliknijcie tutaj.
-
„Postanowienia całoroczne”. Styczniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Rzucane wraz z nadejściem nowego roku obietnice – uprawiania sportu, zdrowego odżywiania albo regularnego czytania – często są podlanymi drwiną i chciejstwem efemerydami, które padają jeszcze w styczniu. A gdyby tak potraktować je śmiertelnie poważnie?
Kilka lat temu, tuż po Nowym Roku, wybrałem się do mojego ulubionego sklepu – Decathlonu. Musiałem kupić nowe buty do biegania, do siatkówki i do tenisa. I choć przed nabyciem tych ostatnich powstrzymał mnie wąż w kieszeni, słusznie zauważając, że jak na amatora zasadzam się na irracjonalny jednorazowy wydatek, zameldowałem się przy kasie z pokaźną porcją sprzętu sportowego (w trakcie wędrówki decathlonowymi alejkami zawsze coś ekstra wpada do koszyka). Czułem się z tym trochę nieswojo, to fakt. Ale dopiero szyderczy uśmiech sprzedawcy uświadomił mi, że wpisałem się do grupy typowych noworocznych klientów. Mistrzów słomianego zapału. Kolekcjonerów nieużywanych gadżetów. Lekkoduchów i marzycieli.
Moje decathlonowe zbrojenia nie miały nic wspólnego z noworocznymi postanowieniami – konieczność uzupełnienia sportowej garderoby akurat zbiegła się w czasie z nastaniem kolejnego roku. Nigdy nie przemawiało do mnie tworzenie osobistych zobowiązań w czasie wielkiego świątecznego obżarstwa czy w obliczu sylwestrowego kaca. Nie wierzyłem w skuteczność postanowień dietetycznych tworzonych w chwili pierogowego przesytu ani w wyznaczanie celów sportowych z poziomu kanapy. Ale przede wszystkim mierziła mnie masowość tego zjawiska. Nieprzypadkowo na początku stycznia siłownie i szkoły językowe pękają w szwach, a w internecie roi się od podpowiedzi, co w danym roku warto sobie postanowić (od „ograniczę słodycze” i „rzucę palenie” po „wyjadę w podróż marzeń’ i „znajdę miłość swojego życia”).

www.unsplash.com/Jude Beck Jednak w tym roku postanowiłem zadziałać inaczej. Zamiast drwić z obietnic noworocznych, opracowałem rozbudowaną i usystematyzowaną listę postanowień całorocznych. Założenia podzieliłem na kilka głównych grup (zawodowe, osobiste, zdrowotne, hobbystyczne) i wiele podgrup. Niektóre cele mieszczą się w więcej niż jednym zbiorze. Jedne wydają się trywialne i proste, a inne wysublimowane, złożone i trudne do zrealizowania.
To lista dziesiątek mniejszych i większych usprawnień. Mniejszych i większych apgrejdów systemu, które mają uczynić moje życie przyjemniejszym, bardziej satysfakcjonującym, lepiej ustrukturyzowanym (spontaniczność jest przereklamowana). Wyszedłem z założenia, że nawet jeśli uda mi się zrealizować tylko kilka z nich, i tak odczuję istotny postęp. A sprzedawcy ze sklepu sportowego nie będę musiał się wstydzić – w końcu kupuję online.
Oczywiście wiele planowanych udoskonaleń ma związek z literaturą. Niektóre są zbyt intymne, aby się nimi dzielić, ale pozostałe, jak sądzę, mają całkiem uniwersalny charakter. Jeżeli uznacie, że warto je pożyczyć i zaadaptować do swoich potrzeb – nie pogniewam się. Wręcz przeciwnie. Będę trzymał za Was kciuki, równie mocno jak za siebie.
Starannie dobieraj lektury
To coś, o co często apeluję i z czym sam mam problem. Ze względu na brak czasu nie mogę czytać tyle, ile bym chciał, więc staram się skrupulatnie wybierać lektury. Ale jednocześnie przez brak czasu zdarza mi się sięgnąć po pierwszy z brzegu utwór – na przykład tuż przed wyjściem na trening biegowy. W efekcie zamiast poświęcić kilka minut na research, tracę godzinę, dwie, a czasem więcej na obcowanie z czymś, co zupełnie mi nie leży.
Doczytuj/dosłuchuj
Bieganie to dla mnie literacki poligon doświadczalny. Audioteka pozwala odsłuchać za darmo fragment dowolnego utworu, więc często wykorzystuję tę furtkę, aby w trakcie półtoragodzinnego treningu zapoznać się z głośnymi premierami albo autorami, których nie wypada nie znać. Niestety, rzadko idę za ciosem. Wiele utworów znam tylko w jednej dziesiątej. Czasem styl autora bywa tak odtrącający, że po przesłuchaniu zaledwie fragmentu mam ochotę wziąć dożywotni rozwód z jego twórczością, ale częściej przegrywam z pokusą nieustannego sprawdzania nowych smaków. I tym samym skazuję się na czytelniczą powierzchowność.
Prowadź ewidencję
Spisywanie przeczytanych książek wyłącznie po to, aby na koniec roku móc się pochwalić czytelniczym urobkiem, nie ma większego sensu. Ale rejestry literackie potrafią być przydatne. Pozwalają usystematyzować plany czytelnicze, ułatwiają dobór lektur, pomagają nadrabiać zaległości gatunkowe, mobilizują do czytania i myślenia o książkach. W dodatku prowadzenie ewidencji jest tak dziecinnie proste i praktycznie bezwysiłkowe, że trudno mi zrozumieć, dlaczego do tej pory zabierałem się do tego jak pies do jeża.
Czytaj polskich autorów
Za każdym razem, gdy zachęcam do czytania rodzimych kryminalistów, aktywuje się we mnie pierwiastek hipokryzji. Nie mam bowiem pojęcia o ich twórczości. Kojarzę nazwiska, tytuły czy tematykę utworów moich konkurentów, ale ich style, sposoby budowania narracji czy techniki pisarskie są dla mnie wielką niewiadomą. Dopiero w minionym roku zacząłem nadrabiać braki, aby mieć przynajmniej mgliste pojęcie, z kim rywalizuję o gusta odbiorców. I żeby poznać inny wymiar literackiego świata, który do tej pory kojarzyłem głównie z kart skandynawskich i anglosaskich kryminałów.
Wiedź bardziej literackie życie
Dla każdego może to oznaczać coś innego. W moim przypadku chodzi o śledzenie serwisów i blogów książkowych, aktywniejsze uczestnictwo w życiu kulturowym, częstsze publikowanie treści literackich w mediach społecznościowych, interesowanie się dokonaniami rodzimych pisarzy, szukanie powieściowych trendów. Dzięki temu powinienem stać się bardziej uświadomionym autorem. Poza tym jeśli chciałbym kiedyś ponarzekać na nędzną jakość dyskusji o kulturze w przestrzeni publicznej, przydałoby się mieć alibi.
Pisz więcej
Autor często żyje trzema książkami jednocześnie: tą, którą wydaje i promuje, tą, którą pisze, oraz tą, którą zamierza się zająć w następnej kolejności – i na przykład zbiera do niej materiały. Oprócz tego często musi godzić życie literackie z tym, które stanowi jego podstawowe źródło dochodu. Przerabiam to od kilku lat i chyba całkiem nieźle mi wychodzi. Dlatego nie zamierzam tego trybu zmieniać, a jedynie podłubać w proporcjach – wzmacniając nadrzędność tworzenia książek nad pozostałymi aktywnościami. Jest na to tylko jeden sposób: pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Jak najmądrzej, jak najcelniej, jak najwięcej. Najlepiej w takiej kolejności.
Krzysztof Domaradzki
-
„Blown Away”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza
Zdaję sobie sprawę, że wiele osób wykorzystało wolny świąteczny czas, żeby nadrobić kulturalne zaległości. Przeczytało książki, na które do tej pory nie mieli czasu, obejrzeli wartościowe, wymagające skupienia filmy. Ja natomiast skończyłem oglądać pierwszy sezon „Dmuchaczy szkła”.
„Dmuchacze szkła” to program typu reality show, który jest dostępny na platformie Netflix. Polega na tym, że do huty wpuszczono… no cóż… dmuchaczy szkła. W każdym odcinku jury daje im do wykonania jakieś zadanie. Po jego wykonaniu odpada najsłabsza osoba. I tak do wielkiego finału. Na swoim facebooku przyznałem się do słabości dla tego typu programów. Mam już za sobą „Glow up” (to samo, co „Dmuchacze…”, ale dla makijażystów), „Next in fashion” (konkurs dla projektantów mody), „Wojny kwiatowe” (ogrodnicy) i jeszcze parę innych. Generalnie, lubię, kiedy utalentowani ludzie wychodzą zrobić coś fajnego, czego ja w życiu bym nie potrafił. Nie przemawiają do mnie z jakiegoś powodu programu kulinarne (chociaż cały ten gatunek zaczął się chyba od sławnego „Masterchefa”).
Kończąc sezon „Dmuchaczy szkła” (mój faworyt zajął niestety drugie miejsce, ale miło było śledzić jego drogę do finału), pomyślałem sobie, że chętnie zobaczyłbym tego typu program z pisarzami. Proszę sobie wyobrazić, że w telewizyjnym studio pojawia się dziesięciu utalentowanych twórców. Wszyscy to generalnie amatorzy, ale ktoś tam się chwali, że dziesięć lat temu wydał już jedną książkę w niszowym wydawnictwie. Mamy poetę, mamy starszego pana, który całe życie pisał limeryki, miłośników fantastyki, powieści kryminalnych, historycznych czy horrorów. I wszyscy oni dostają zadania do wykonania. Mają napisać scenę miłosną, opowiadanie na sto słów, przerażającą historię, inne zakończenie „Władcy pierścieni” czy bajkę dla dzieci z morałem. Mierzą się z poezją, epiką i dramatem. Dekonstruują polską i światową klasykę, czy starają się zmienić „365 dni” Blanki Lipińskiej na powieść młodzieżową. Czasami dostają konkretny temat, czasami mają wolną rękę. Piszą samotnie i w duetach. A na końcu są oceniani przez jury, gdzie mamy prowadzącego program – totalnie widziałem bym w tej roli na przykład Aleksandrę Szwed, znanego krytyka literackiego (Justyna Sobolewska, Michał Nogaś?), a do tego w każdym odcinku pojawiałby się specjalny gość – Rafał Kosik oceniałby literaturę dla dzieci i młodzieży, Zygmunt Miłoszewski kryminały, a Ewa Winnicka reportaż. Nagrodą byłoby wydanie powieści w jakimś dużym wydawnictwie, a Empik dorzuciłby do tego pakiet promocyjny.

Zygmunt Miłoszewski, Wojciech Chmielarz, Adam Szaja. fot: smakksiazki.pl Ech… Rozmarzyłem się, chociaż daję sobie sprawę, że taki program nie ma niestety racji bytu. Nawet nie ze względu na brak docelowej widowni. Umówmy się, dmuchanie szkła to jeszcze bardziej niszowe zajęcie niż pisanie książek, a Netflix postanowił jednak zainwestować w produkcję. Po prostu wszystkie te zajęcia, które wymieniłem jak tworzenie makijaży, szycie, dekoracja wnętrz, gotowanie czy nawet tworzenie instalacji roślinnych, są fotogeniczne. Cholernie dużo się tam dzieje. Ktoś biega, ktoś coś przekłada, kroi i zszywa, maluje, tu dodaje, tu odejmuje, jest ruch, jest napięcie, jest jakaś historia. Jak miałoby to wyglądać w wypadku programu o literaturze? Oglądamy jak przez czterdzieści minut kilka osób siedzi przy komputerze i stuka te literki w edytorze tekstu popijając kawę lub herbatę. Pewnie najbardziej emocjonującą częścią programu byłby wyścig do drukarki. Na końcu czytaliby swoje dzieła, zapewne we fragmentach, bo na całość nie byłoby czasu i tyle.
To jest zresztą większy, głębszy problem z literaturą. W jaki sposób o niej rozmawiać, w jaki sposób ją promować w atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy, przyzwyczajonego jednak do kultury obrazkowej i pewnego dynamizmu w przekazie? Bo jak rozmawiamy o literaturze, to zazwyczaj na poważnie, żeby nie powiedzieć, że na kolanach. A fajnie by było chyba podejść do tematu tak bardziej na luzie. Pobawić się nim, pośmiać. Były takie próby. Z Zygmuntem Miłoszewskim improwizowaliśmy kiedyś kryminał na scenie „Worka kości” i wyszło całkiem sympatycznie. Jeśli więc miałbym czegoś nam wszystkim (twórcom, wydawcom, czytelnikom) życzyć na nadchodzący rok to tego, żeby znalazł się ktoś łebski, kto wymyśli jakiś fantastyczny, nowoczesny i pasjonujący sposób na rozmowę o literaturze. I to niekoniecznie w formule reality show.
Wojciech Chmielarz
-
Zastanawiacie się nad styczniowymi zakupami? Podpowiadam
Myślę, że pod koniec roku dzielimy się na dwie drużyny. Członkowie pierwszej wydali cały budżet książkowy na prezenty, także dla siebie, a drugiej chomikują i czekają na styczniowe nowości. Jest chyba też trzecia drużyna, która na książki wyda pieniądze otrzymane pod choinkę. Nie zmienia to faktu, że wchodzimy w nowy miesiąc, a co w styczniu warto przeczytać? Gdybym miał kupować, to pewnie wybrałbym coś z poniższej listy, bo te nowości zapowiadają się smakowicie. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę sklepu, gdzie możecie przeczytać więcej o danym tytule, ale też, jak to w sklepie, po prostu go kupić.
-
Za czym kolejka ta stoi? Za książką, która po tygodniu od premiery znikła z księgarń!
Nie ma, nie wiem, może gdzieś indziej, może kiedyś. Te słowa najczęściej usłyszycie w księgarniach, gdy spytacie o „Admirałów wyobraźni”. Książka jest absolutnym hitem ostatnich dni, a chętnych na nią nie brakuje. Co więc zrobić? Czekać? Może zajrzeć na portale aukcyjne? Skorumpować ludzi w księgarni żeby dali cynk, gdy tylko książka się pojawi?
Na stronie wydawnictwa książka w cenie regularnej kosztuje, a raczej kosztowała, 159 złotych i 90 groszy. Szczęśliwcy, którzy zdążyli, mogli ją kupić za kilkanaście złotych mniej. Teraz w sklepie internetowym Dwóch Sióstr możemy przeczytać, że tytuł jest chwilowo niedostępny.
„Wydawało nam się, że to raczej publikacja niszowa, bo i temat nie wydawał nam się tak popularny i gabaryty niecodzienne i cena spora. Popularność książki nas bardzo zaskoczyła – oczywiście pozytywnie! Okazuje się, że ilustracja w książkach dziecięcych może być nośnym tematem, a dobra książka – wspaniałym prezentem świątecznym. Album ten poruszył chyba nostalgiczne struny w sercach czytelników i wielu z nich przypomniał dzieciństwo” – tak gigantyczne zainteresowanie „Admirałami wyobraźni” tłumaczy Katarzyna Domańska, sekretarz redakcji Wydawnictwa Dwóch Sióstr. Żeby nie nadwyrężać Waszej wyobraźni, to zobaczcie sami, o co ludzie się biją na mieście.



fot: materiały prasowe Wydawnictwa Dwie Siostry Skoro pożądanego towaru nie ma w księgarniach, to może warto zajrzeć na portale aukcyjne? Przypomnę, że cena okładkowa to prawie 160 złotych bez 10 groszy. Jeśli bardzo chcemy wejść w posiadanie tej książki, to musimy przygotować znacznie więcej pieniędzy. Gdy piszę ten tekst, to „Admirałowie wyobraźni” na Allegro kosztują nawet 399 złotych. To cena kup teraz, a jeśli chcecie licytować, to jest taka opcja. W tej formule książka osiągnęła na razie 205 złotych, a bije się o nią 8 osób, więc kto wie, jaka będzie finalna cena. No i koszty wysyłki, a ten blisko 500 stronicowy album lekki nie jest.

zrzut ekranu ze strony allegro.pl „Książka rzeczywiście w tydzień po premierze znikła z księgarń stacjonarnych i internetowych. Bardzo byśmy chcieli, żeby wróciła do sprzedaży, ale żeby to się stało musimy dopełnić jeszcze kilku formalności. Jeśli się to uda, to na pewno z radością poinformujemy o tym wszystkich spragnionych książki czytelników” – dodaje Katarzyna Domańska. Jak widzicie jest nadzieja, bo przecież w świątecznym czasie musi być.
Czym w ogóle są „Admirałowie wyobraźni”? Jest to księga złożona z bogato ilustrowanych, alfabetycznie ułożonych haseł prezentujących przekrojowy obraz dorobku polskiej ilustracji od roku 1918 do dziś. Opisują one obszary tematyczne i motywy pojawiające się na ilustracjach, techniki artystyczne, tendencje stylistyczne, najznamienitszych ilustratorów książek dla dzieci i najbardziej znaczące serie wydawnicze. Teksty opracowane zostały przez jedenaścioro specjalistów zajmujących się teorią i praktycznym wymiarem ilustracji książkowej, grafiką projektową czy książką dla dzieci. Ich różnorodne specjalizacje i obszary zainteresowań nadały książce urozmaicony, kolażowy charakter.

Esencją książki są ilustracje – zgromadzono tu ponad 900 prac autorstwa ponad 200 polskich ilustratorów. Są wśród nich zarówno uznani mistrzowie ilustracji (m.in. Bohdan Butenko, Adam Kilian, Zbigniew Rychlicki, Janusz Stanny, Jan Marcin Szancer, Franciszka Themerson), jak i współcześnie tworzący artyści różnych pokoleń (m.in. Edgar Bąk, Jan Bajtlik, Emilia Dziubak, Monika Hanulak, Marta Ignerska, Grażka Lange, Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Marianna Oklejak, Paweł Pawlak).
Abstrakcja, Butenko pinxit, cykliści, diabły, emocje, fotomontaż, geometria, horror vacui, ilustracje o ilustracji, Janosik, komiks, lokomotywa, mapy, nagość, ogień, „Poczytaj mi, mamo”, rycerze, science-fiction, surrealizm, Themersonowie, uczłowieczanie, wyklejki, yeti i inni, zoo, żołnierze i żołnierzyki – to tylko 25 ze 100 haseł zawartych w tej książce.
-
„Ten ostatni poniedziałek” – felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Nie spotkało nas w tym roku nic śmiesznego – chciałoby się powiedzieć, parafrazując Adasia Miauczyńskiego. Jednak choć łatwo można tę tezę bezrefleksyjnie przyjąć i powtarzać, bezproblemowo da się ją także obalić.Mijający rok był do dupy. Po prostu. To fakt, który można uargumentować na tysiące sposobów, ale najprościej sprowadzić go do trzech katastrof – zdrowotnej, gospodarczej i polityczno-społecznej. Wszystkie będą się za nami ciągnąć najpewniej przez sporą część 2021 roku, więc robiąc résumé ostatnich miesięcy i siląc się na prognozowanie, co nas czeka w przyszłości, trudno być optymistą.
Ale ponieważ głupio wieńczyć rok smuty jeszcze jednym dołującym tekstem, przypominającym o zakażeniach, zgonach, problemach psychicznych czy upadających firmach, w ostatnim tegorocznym felietonie dla smakksiazki.pl postanowiłem się skupić na rzeczach miłych, śmiesznych, wręcz budujących – także dla literatury. Bo nawet w czasach koronawirusa można dostrzec pozytywy. Trzeba tylko założyć odpowiednią soczewkę.
I tak na przykład fajnie, że pisarze wciąż mają głos. Mocny, wyrazisty, docierający do mas. Widzieliśmy to w kulminacyjnym momencie protestów przeciwko zaostrzeniu przepisów aborcyjnych, kiedy sprzeciw wobec zmian wyrażali m.in. Olga Tokarczuk, Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk, Mariusz Szczygieł czy Zygmunt Miłoszewski. Niektórzy robili to na tyle wyraziście, że znaleźli się na czołówkach największych serwisów informacyjnych w kraju. Jestem daleki od zachęcania autorów do politykowania czy namawiania do słuchania ludzi, którzy nie są ekspertami w dziedzinie funkcjonowania państwa i instytucji publicznych, ale w przypadku ważkich społecznie tematów warto się kierować opinią bacznych obserwatorów naszej rzeczywistości. Zwłaszcza gdy chodzi o coś, co dotyczy nas wszystkich.
Fajnie, że w tej chwili najlepiej sprzedającą się książką w Empiku jest „Czuły narrator” Olgi Tokarczuk (a przynajmniej był jeszcze chwilę dni temu). Wiem, że to dowód żywotności noblowskiego ducha, a nie świadectwo nagłego zwrotu Polaków w kierunku ambitnej literatury, ale i tak dostrzegam w tym duży pozytyw. Żeby go nie stłamsić, lepiej nie sprawdzać, jakie książki sprzedawały się najlepiej na przestrzeni całego 2020 r. Podpowiem: jaki rok, taka lista bestsellerów.

Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl Fajnie, że nie zostaliśmy zasypani koronawirusową literaturą. W marcu obawiałem się, że stado autorów rzuci się do wymyślania lockdownowych fabuł i gdy tylko nastąpi odmrożenie gospodarki, sklepy zaleją sklecone naprędce towary o pandemicznej tematyce. Podejrzewam, że gdyby do tego doszło (choć może lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca), liczba księgarń, które padły w 2020 roku, byłaby jeszcze większa – Instytut Książki i tak doliczył się niemal 120.
Fajnie, że literatura wciąż jest chętnie tłumaczona na język filmu. Canal + wypuścił niedawno ekranizację „Króla” (Szczepan Twardoch), na TVN-owskim Playerze można obejrzeć „Żywioły Saszy” (Katarzyna Bonda), Sony Pictures Television i Polsat kręcą serial kryminalny na podstawie „Rysy” i „Układu” (Igor Brejdygant). Pandemia na szczęście nie zatrzymała widocznego od kilku lat trendu, który ewidentnie wspiera rynek książki. Choć oczywiście nie jest to prosty mechanizm – nie każda ekranizacja (filmowa czy serialowa) powoduje kosmiczny wystrzał popularności literackiego pierwowzoru. Gdyby tak było, nie musielibyśmy googlować, kim był Walter Tevis.
Fajnie, że świat książki się scyfryzował. To był niezły rok dla księgarń internetowych, audiobooków, ebooków czy literackich rozmów online. Te ostatnie stały się wartościowym substytutem spotkań w empikach, bibliotekach czy na targach książki, które wybił nam z głowy koronawirus. Gdyby nie pandemia, prawdopodobnie nigdy nie wyszłyby z niszy. A z dziennikarskiego doświadczenia wiem, że dzięki uinternetowieniu świata można ściągnąć przed ekran gwiazdy, których nie dałoby się namówić na spotkanie w fizycznej przestrzeni.

koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC Fajnie, że kolejne firmy farmaceutyczne chwalą się szczepionkami, a rządy przedstawiają konkretne plany szczepień. To daje realną szansę na powrót normalności – również literackiej – w 2021 roku. Nie widzę powodu, dla którego zaszczepieni ludzie nie mogliby uczestniczyć w targach, tłumnie wchodzić do księgarń albo brać udziału w spotkaniach autorskich. Jeżeli nic się nie wysypie w procesie wyszczepiania, spodziewam się, że w maju znów kilkadziesiąt tysięcy wyposzczonych fanów książki spotka się z autorami i wydawcami na Warszawskich Targach Książki. Oby na Stadionie Narodowym.
Wreszcie fajnie, że ludzie wzięli się w garść. Pewien mądry człowiek przekonywał mnie ostatnio, że ludzkość pracuje ledwie na ułamek swoich możliwości. I że musi dojść do katastrofy (na przykład klimatycznej, bo koronawirus to za mało), aby coś się zmieniło. Mam jednak wrażenie, że choć w pandemii nie walczyliśmy o przetrwanie, pokazaliśmy się – i jako ludzkość, i jako Polacy – z całkiem przyzwoitej strony. Kiedy trzeba było sobie pomagać – pomagaliśmy. Kiedy należało siedzieć w domu – siedzieliśmy. Kiedy mimo pandemii wypadało wyjść na ulice i krzyczeć – zrobiliśmy to.
A w tym wszystkim najfajniejsze jest to, że choć jako społeczeństwo jesteśmy potwornie spolaryzowani, a do tego fizycznie, psychicznie i gospodarczo poobijani, to w tak fatalnym roku się nie pozagryzaliśmy. Złożyliśmy nieformalną, choć jasną deklarację, że chcemy żyć – wciąż na tej planecie, wciąż z tymi sami ludźmi. I obyśmy się nie rozmyślili. Tego sobie i Wam życzę w nowym roku.
Krzysztof Domaradzki
-
„Nieśmiertelny” – John le Carré we wspomnieniu Piotra Niemczyka
Nie ma chyba żadnego poważnego rankingu powieści szpiegowskich, w którego czołówce nie znalazłaby się któraś z powieści Johna Le Carre. Najczęściej „The Spy Who Came in from the Cold” (polski tytuł „Ze śmiertelnego zimna” albo „Z przejmującego zimna”) lub „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” (polskie tytuły „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” albo „Szpieg” – zależy od wydania). Bywa, że rankingi popularności otwierają obie te książki.
Złośliwi mówią, że David Cornwell swoje szpiegowskie doświadczenie w służbie jej królewskiej mości, czyli w wywiadzie brytyjskim, zbudował na pracy archiwisty w placówce MI6 w Bonn. Jego operacyjne zaangażowanie podobno było zerowe. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby to sprawdzić. Zresztą obawiam się, że to niemożliwe, bo brytyjskie archiwa wywiadowcze poważnie traktują swoje tajemnice. Podobno nudził się tak bardzo, że aby czas się nie dłużył, swoje pierwsze powieści napisał jeszcze pozostając w służbie i dlatego musiał zasłonić się pseudonimem John Le Carre.
Myślę, że to nieprawda. Brytyjski wywiad nie ma zwyczaju marnować sił i środków, czyli wyszkolonych i doświadczonych oficerów nie ma zwyczaju chować na zapleczu. Potwierdza to też treść książek, w których opisywane rozmowy operacyjne czy procedury werbunku nie mogły powstać wyłącznie na podstawie lektury teczek. Za to Niemcy (Bonn i Hamburg, bo w tych miastach pracował przez cztery lata) wywarły na trzydziestoletnim wówczas autorze wyraźne piętno. Znaczna część akcji jego pierwszych (i nie tylko) powieści toczy się w Niemczech.

John le Carre, fot: Wydawnictwo Sonia Draga Zarazem znajomość funkcjonowania szpiegowskiego archiwum – rzeczywiście znakomita – przydała się z pewnością. Łatwo to zauważyć śledząc metodę pracy George Smileya, który potrafi setki godzin spędzić nad aktami i na ich podstawie rozwiązuje najbardziej karkołomne zagadki. A kiedy w teczkach czegoś brakuje, odnajduje pracownice archiwum, żeby dzięki ich nieprawdopodobnej pamięci, znaleźć nowy wątek konieczny do wyjaśnienia zdrady.
John Le Carre unika szybkiej akcji, efektownych pościgów, przemocy, bezpruderyjnych kobiet i mężczyzn kultury macho. George Smiley jest lekko otyłym facetem w wiecznie wymiętym garniturze. Nie zawsze łatwo ustalić jego wiek, w większości opowieści wydaje się (chociaż to chronologicznie niemożliwe) starszym panem. Jest za to absolutnie genialnym analitykiem, szczególarzem z umysłem jak brzytwa. Zaprzeczeniem Jamesa Bonda i jemu podobnych, u których refleks, urok osobisty i znajomość sztuk walki decyduje o sukcesach.
To co najbardziej intryguje w powieściach tego wielkiego autora, to dystans do wywiadu i jego możliwości. W jego książkach szpiegostwo nie jest remedium na zło starające się zdobyć świat. Bywa, że jego powieści kończą się źle. Ci „dobrzy” przegrywają. Karla, radziecki adwersarz i rywal George Smileya triumfuje. Nic dziwnego, jest równie, a może nawet bardziej przebiegły. Dlatego to nie mniej czy bardziej efektowna akcja przykuwa w tekstach Cornwella najbardziej. Dużo ważniejsza się wydaje refleksja: czy wywiad działa w dobrej sprawie, czy konkretna operacja jest rzeczywiście potrzebna, czy szpiedzy ryzykują życiem, zdrowiem i wolnością w interesie państwa czy w imię czyichś rozdętych ambicji.
John Le Carre pochyla się także nad ofiarami szpiegowskich działań. Porzuconymi lub zdradzonymi agentami, przypadkowymi ofiarami skomplikowanych intryg, poszkodowanymi przez przemoc. Czytelnicy, z których wielu to przecież bezkrytyczni apologeci służb specjalnych, bywają rozczarowani. No bo jak to, przecież wywiad to perfekcyjnie działająca maszyna, w której pracują ludzie o nadzwyczajnych umiejętnościach. Autor „Małej Doboszki” twierdzi co innego: w wywiadzie błędy popełniane są niewiele rzadziej niż w innych instytucjach. Tyle że skutki są zwykle bardziej tragiczne.

John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010 Być może na tym polega nieśmiertelność Johna Le Carre. Chociaż nie on pierwszy tak mocno podkreśla ciemną stronę tajnych służb. Wyprzedzili go chociażby Joseph Conrad i Graham Greene. Ale takich koronkowych pułapek i machinacji nie potrafi opisać nikt. Tym bardziej, że w powieściach Le Carrego naprawdę trudno się domyślić, który ze współpracowników okaże się na końcu zdrajcą i który z przyjaciół kochankiem żony.
Jego fascynujący sceptycyzm przewija się we właściwie każdej powieści, ale z pewnością w największym stopniu w „Krawcu z Panamy” i w „Wojnie w lustrze” (inny tytuł: „Za późno na wojnę”). To w tych dziełach Dawid Cornwell demaskuje jedną z największych systemowych słabości służb specjalnych – niewystarczające zrozumienie natury ludzkiej. Swoim zwyczajem wkłada tę myśl w usta jednego z opisywanych przez siebie mentorów: „Dla służby takiej jak nasza najtrudniej jest dostrzec falę konfliktu, zanim nadciągnie, usłyszeć vox populi, zanim się rozlegnie. Popatrz na Iran i ajatollaha. Popatrz na Egipt przed wojną sueską. Popatrz na pierestrojkę i upadek Imperium Zła. Popatrz na Saddama, jednego z naszych najlepszych klientów. Kto przewidział te wydarzenia, Johnny? Kto dostrzegł czarne chmury tworzące się na horyzoncie? Nie my. Popatrz na Galteriego i pożogę falklandzką, mój Boże. Co jakiś czas nasz wywiadowczy młot roztrzaskuje każdy orzech oprócz tego, który naprawdę się liczy: czynnika ludzkiego.”1
Ten komentarz wyjaśnia zarazem, że to nie szpiegowskie gadżety i elektroniczne systemy decydują o jakości pracy wywiadu. Kluczowy jest człowiek i jego umiejętności planowania, analizy, wyciągania wniosków. Nie mniej ważna jest empatia, odwaga i solidarność. Towary w książkach autora „Ludzi Smileya” nader deficytowe.
A mimo to wszyscy znani mi oficerowie wywiadu cenią i szanują Johna Le Carre. Dają w prezencie jego książki, polecają filmy nakręcone na podstawie jego powieści. Nawet jeżeli lustro, w którym się oglądają, wydaje się przesadnie krzywe, widzą w nim wnikliwego i rzetelnego recenzenta. To wielka szkoda, że już niczego więcej nie napisze.
Piotr Niemczyk
















