Kategoria: Aktualności

  • „Mylenie Poland z Holland zdarza się dosyć często”. Rozmowa z Marcinem Wroną o książce „Wroną po Stanach”

    Chciałem tę rozmowę pociąć i poskracać, ale Marcin Wrona opowiada tak ciekawie, że nie widzę sensu. Najwyżej obejrzycie sobie na dwa razy, bo mówiąc szczerze, to rozmawiamy nawet ciut dłużej niż trwają „Fakty”, a nawet bym dorzucił sport i kawałek pogody. „Wroną po Stanach” to jest książka, która nie tylko bawi, ale też uczy, bo dowiecie się z niej wielu ciekawych rzeczy. Czy wiecie, że gdyby Kalifornia odłączyła się od Stanów Zjednoczonych, to byłaby szóstą gospodarką świata? A czy wiecie, że na Hawajach mielonkę dodaje się praktycznie do wszystkiego? Tak, do hamburgerów też. Jak zrobić selfie z Białym Domem? Czy Kazimierz Pułaski był kobietą? Pytań jest wiele, ale na wszystkie znajdziecie odpowiedzi. Jeśli nie chcecie nas oglądać, to możecie posłuchać, wystarczy kliknąć tutaj. 

  • Prof. Marek Migalski: „Sport jest zbyt poważną sprawą, żeby go zostawić tylko sportowcom”

    Kilkanaście dni temu przeczytałem kapitalną książkę Anity Werner i Michała Kołodziejczyka „Mecz to pretekst”. Jest tam sporo historii o futbolu, ale jest to jednak książka o polityce małej i wielkiej, ale też o tym, jak sport wpływa na ludzi. Czy piłka nożna tłumaczy świat? Czy sport łączy, a może częściej dzieli? Poprosiłem o komentarz profesora Marka Migalskiego, który twierdzi, że sport spaja społeczeństwa i narody, ale budzi też emocje, które nie zawsze są zdrowe. Dlaczego politycy ogrzewają się w sukcesach sportowców? Czy Włochy mogły się rozpaść przez brak awansu piłkarskiej reprezentacji do turniej mistrzowskiego? Dlaczego sport wzmacnia nacjonalizm i patriotyzm? Obejrzyjcie naszą rozmowę. 

     

     

  • Nadchodzi „Alicyjo we Kraju Dziwōw”, czyli „Alicja w Krainie Czarów” po śląsku

    Klasyka światowej literatury po śląsku – dla dzieci i dorosłych – przetłumaczona z angielskiego na śląski przez Grzegorza Kulika. To człowiek, który przełożył już „Dracha” Szczepana Twardocha, „Opowieść wigilijną”, czy „Małego Księcia”. To tylko niektóre przekłady śląskiego tłumacza. Tym razem porozmawialiśmy o „Alicji w Krainie Czarów”, która już za moment ukaże się jako „Alicyjo we Kraju Dziwōw”. Co ma z tym przekładem wspólnego karciany walet? A co hutnik? Obejrzyjcie i posłuchajcie.

     

  • Na które grudniowe nowości wydać pieniądze?

    Umówmy się, że grudzień nie jest miesiącem, w którym nerwowo spoglądamy na stan konta przy książkowych zakupach. Mam na myśli nowości, bo doskonale wiemy, że z innymi tytułami to już różnie bywa. Poniżej lista tytułów, którymi wydawcy uraczą nas w ostanim miesiącu roku. Pozwoliłem sobie umieścić tutaj książkę Chrisa Niedenthala, która jest wznowieniem, ale zawiera sporo nowego materiału, więc od razu się Wam tłumaczę, dlaczego ją wrzuciłem. Tradycyjnie, gdy klikniecie w okładkę, to przeniesiecie się na stronę, gdzie można o danym tytule poczytać więcej, a także go kupić.

  • „Śreżoga”, siekiery, nauka śląskiego, wołanie Klementyny. Wizyta w Lipowie u Katarzyny Puzyńskiej

    432 kilometry w jedną stronę. To dystans, który dzieli mnie od Lipowa, którego przecież na mapie nie ma, ale jednak udało się tam dotrzeć ;). Z okazji premiery „Śreżogi” Katarzyna Puzyńska pokazała miejsca związane z serią o Lipowie, porozmawialiśmy oczywiście o najnowszej książce, ale też próbowaliśmy się wprosić na kawę do Klementyny, nauczyłem Kasię kilku słów po śląsku, a wspólnie zastanowiliśmy się nad tym, ile części będzie jeszcze miała lipowska saga. Przypominam, że „Śreżoga” jest dwunastym odcinkiem cyklu. Zapraszam Was na wycieczkę, zapnijcie pasy i jedziemy! Jeśli nie możecie obejrzeć, to możecie naszej rozmowy posłuchać jadąc samochodem, robiąc śniadanie, pranie, itd. Wystarczy, że klikniecie tutaj

  • Czekacie na nową książkę Katarzyny Puzyńskiej? Przeczytajcie fragment „Śreżogi”!

    2020 Działka Trawińskiego w Kuligach.

    Niedziela, 23 lutego 2020. Godzina 20.00.

    Sierżant sztabowy Radosław Trawiński Sierżant sztabowy Radosław Trawiński nacisnął guzik pilota. Brama nie zaskoczyła od razu. Otworzyła się dopiero po kolejnej próbie. Zaklął cicho pod nosem. Będzie trzeba coś z tym zrobić. Tym bardziej że wyglądało na to, że trochę posiedzi na działce. Kłótnia z żoną przeciągała się. Maja nie rozumiała, że on miał dość. Nie jej oczywiście. Tylko tego, co robił. Ale ona chciała więcej i więcej. Była nienasycona. Nie pytała, skąd Trawiński bierze pieniądze. A przecież musiała wiedzieć, że nie z pensji policjanta. Musiała. Nie wierzył, że nie.

    W końcu porozmawiał z nią wprost. Myślał, że znajdzie w niej sprzymierzeńca. Przecież oboje obiecywali sobie, że będą zawsze stali ramię w ramię. Nieważne, jakie przeciwności przyniesie życie. Bez względu na wszystko. Tymczasem Maja wybuchnęła. Krzyczała, że nie będzie żyła w biedzie. Potem nakręcała się coraz bardziej. Mówiła, że zawsze jest wyjście. Tylko wyjście proponowane przez nią wcale mu nie odpowiadało. W końcu Trawiński nie wytrzymał i wyszedł z mieszkania. Czuł, że jeżeli tego nie zrobi, to wybuchnie. A nie chciał, żeby dzieci na to patrzyły. Nie były niczemu winne.

    Całe szczęście kupili jakiś czas temu tę działkę. Tu miał być ich wymarzony dom. Po remoncie oczywiście. Na razie to była tylko ruina. Ruina obok ruiny. Działka mieściła się w Kuligach. Tuż obok opuszczonego starego dworu, który teraz majaczył mu w ciemności we wstecznym lusterku. Obok był jeszcze zniszczony pegeer. Powybijane szyby i dziurawe dachy straszyły w ciągu dnia. Teraz ukryła je czerń nocy.

    Kurwa – mruknął Trawiński i jeszcze raz nacisnął guzik pilota.

    Brama zaczęła się zamykać, zamiast otwierać. Powinien był zamówić elektryka, żeby to zamontował. Ale nie, uparł się, że zrobi to sam. A praktycznie w ogóle nie znał się na elektryczności. No i proszę. Teraz są efekty.

    W końcu brama się otworzyła i policjant wjechał na teren działki. Zakupy rzucone niedbale na tylne siedzenie pobrzękiwały. Niedługo spodziewał się gościa. Nie oczekiwał niczego dobrego po tym spotkaniu. Niestety nie umiał odmówić. Za długo się na wszystko zgadzał, żeby teraz to zrobić.

    (…)Policjant nacisnął znów guzik pilota. Światło czujnika zamigało w ciemności, ale brama się nie zamknęła. Uparcie trwała otwarta. Trawiński spojrzał w lusterko. Na tle majaczącego w ciemności opuszczonego dworu zobaczył jakiś ruch. Na pewno nie był to lis. To musiał być człowiek. I to wysoki. Trawiński wysiadł z samochodu i odwrócił się powoli.

    Daniel? – zapytał zaskoczony. Ostrze siekiery połyskiwało w świetle księżyca.

  • O owocach Duriana, klasie biznes i odciąganiu pokarmu, czyli odpowiedź na recenzję Jakuba Ćwieka

    Zakładam, że skoro trafiliście na ten tekst, to doskonale znacie tło całej dyskusji, lub przynajmniej przeczytaliście opinię Jakuba Ćwieka o moich „Wymazanych z pamięci” (klik), więc od razu przechodzę do meritum. Pozwolę sobie przy tym obrać formę listu otwartego, gdyż poniższe słowa mają dla mnie spory ładunek emocjonalny.

    Kuba, przede wszystkim dziękuję Ci za tak wnikliwą analizę mojej książki. Zawsze śmieszą mnie wydawane w połowie roku sądy, że dana książka jest najlepszą wydaną w tym roku, najlepszym debiutem itd., jakby autor tych słów nie zamierzał do końca roku nic więcej nie czytać. Niemniej doświadczenie wyniesione z poprzednich książek pozwala mi ukuć tezę, że Twoja recenzja będzie najciekawszą i najobszerniejszą, jaka ukaże się na temat „Wymazanych z pamięci”. Dzięki za poświęcony czas i zaangażowanie. To dla mnie wiele znaczy.

    Dziękuję za wiele miłych słów, docenienie warsztatu, pomysłu na fabułę i budowania ekspozycji. Żeby jednak nie było za słodko, muszę zacząć od czegoś, co najbardziej mnie uderzyło w Twojej opinii. Poświęciłeś „Wymazanym z pamięci” blisko 19 tysięcy znaków ze spacjami, a nawet słowem nie zająknąłeś się o tym, co w książce najważniejsze. Piszesz o lotnisku, siedzeniach w samolocie, dziennikarzach, zupełnie zapominając o sercu tej historii. Jak słusznie zauważył nasz gospodarz Adam Szaja w swoim Smacznym Przeglądzie Tygodnia, „Wymazani…” są książką o rodzinie. Włożyłem całe serce, by oddać emocje przeżywane przez bohaterów, pokazać ich rozterki, rozchwianie emocjonalne, wyrzuty sumienia, gdy nie potrafią cieszyć się z odzyskanych dzieci. Książka jest opakowana jako kryminał, nie mam więc pretensji, gdy czytelnicy skupiają się na wątku wyjaśnienia zagadki, ale dla mnie jest on tłem. Książkę przeczytałem wiele razy, a cały czas czuję dreszcze na wspomnienie sceny, w której Karolina pierwszy raz spotyka swoją odnalezioną córeczkę, a ta zamiast wpaść jej w objęcia, zerka na panią psycholog. Odniosę się trochę niechronologicznie do Twoich zarzutów, ale być może właśnie dlatego zakończenie nie spełniło Twoich oczekiwań. Dla mnie bowiem historia kończy się, gdy Karolina podejmuje taką, a nie inną decyzję, Marlena robi to, co robi z synem, a Paweł z bratem (wybaczcie te ogóły, ale nie mogę zdradzić więcej). Ostatni rozdział i epilog są dla mnie jedynie domknięciem fabuły, a nie wisienką na torcie.

     

    Wracając do zarzutów… Piszesz o błędzie w opisie loży na lotnisku w Kuala Lumpur, podpierając się opisem ze strony internetowej tegoż. Nie bez powodu akcję moich książek osadzam w Trójmieście lub Bydgoszczy. Opisuję miejsca doskonale mi znane, by jak najrzadziej wspierać się informacjami z Internetu. Tak też było w przypadku lotniska w Kuala Lumpur. Sam na nim nie byłem, ale moja żona spędziła tam sporo godzin, a opis loży sporządziłem na podstawie jej opisu. Jest to ogromne lotnisko, ma kilka mniejszych saloników, do których mają wstęp osoby z droższymi biletami, więc może w Internecie znalazłeś jakąś inną niż tą, do której trafiła ona (oraz Marlena). Chciałem nawet wkleić zdjęcie, ale niestety nigdzie takowego nie znalazłem. Na osłodę dołączam zdjęcie ciastek z owoców Duriana kupionych właśnie na tym lotnisku. Nie polecam. 😉

    fot: Piotr Borlik

    Jeśli chodzi o kwestię zamiany miejsc w samolocie, to scena ta w pierwotnej wersji była znacznie dłuższa. Marlena przytaczała w głowie jedną z zasad wywierania wpływu wg. Roberta Cialdiniego, wspominała w myślach nawet przykład z jego książki, gdy w ramach eksperymentu student podchodził do kolejki oczekującej na ksero i prosił, by go wpuścili, podając bezsensowny argument, że musi zrobić ksero. Jeśli wierzyć literaturze, ludzie rzeczywiście ustępowali mu miejsca. Przed oddaniem tekstu do wydawnictwa czytam go kilkakrotnie, ten fragment wypadł chyba w drugim czytaniu, gdy uznałem, że niepotrzebnie wydłuża scenę, odbiera jej dynamizm, poza tym Marlena nie jest odpowiednią osobą do cytowania tego typu eksperymentów (od tego był Artur Kamiński w trylogii „Boskiej proporcji”, gdzie miało to uzasadnienie w jego wiedzy i wykonywanej profesji). Ta zasada była wystarczająca, by wpłynąć na pasażera, ale za jej pomocą nie byłoby już tak łatwo wymusić zmianę lotu. Zapewne masz rację, że siedzące z tyłu dziecko nie byłoby w stanie kopać fotela, ale z pewnością mogło uprzykrzyć podróż – coś takiego powinienem był wyłapać podczas jednego z czytań.

    Wiem, że nie wypunktowałeś wszystkich uwag, a tylko podałeś przykłady, niemniej chciałem pokazać, jak łatwo pomylić się i wyciągnąć nieprawidłowe wnioski. Cieszy mnie, że nie tylko ja zwracam uwagę na takie drobnostki. Jak dziś pamiętam moje oburzenie, gdy czytając „Pokutę” Anny Kańtoch, natknąłem się na scenę, w której żona jednego z bohaterów podczas rozmowy piecze ciasto. Biorąc pod uwagę czas tej rozmowy, w jakieś piętnaście minut przygotowała ona składniki, zmieszała je i upiekła ciasto. Można by pomyśleć, że czepiamy się tematów nam bliskich, bo Ty lubisz podróżować, a ja gotować, ale podobnie nie mogłem przeboleć, gdy w „Cokolwiek wybierzesz” Jakuba Szamałka szefowa głównej bohaterki odciągała pokarm z piersi i cały proces zajął jej dosłownie chwilę. Obie książki czytałem jakiś rok temu, a sceny te utkwiły mi w pamięci; mam nadzieję, że za rok nie będziesz kojarzył „Wymazanych z pamięci” tylko ze względu na lotnisko i fotele w klasie premium.

    Przejdźmy jednak do najpoważniejszego zarzutu – mediów. Tu muszę przyznać Ci rację. Zawsze gdy czytam książki lub oglądam filmy, mam problem z przełożeniem tego aspektu na rzeczywistość. Czasem dziennikarze koczują przed domem bohaterów, czasem nikogo to nie obchodzi. Zgadzam się, że najważniejsza jest konsekwencja, czego tu być może mi zabrakło. W przypadku „Wymazanych…” chciałem bowiem, żeby media odegrały pewną rolę: scena w mieszkaniu rodziców Arka i postać dziennikarki (znowu sorry, że nie wchodzę w szczegóły). Być może to był błąd, być może lepiej byłoby zignorować temat mediów, niektórych by to zabolało, ale nikt by nie mógł zarzucić mi niekonsekwencji, a tak rzeczywiście taki zarzut ma uzasadnienie. To trochę tak jak ze współczesnymi horrorami, gdzie bohaterom musi zepsuć się komórka lub muszą wyjechać gdzieś, gdzie nie ma zasięgu, by nie mogli wezwać pomocy. Jest to uproszczenie, na które wszyscy się godzimy. Po trylogii „Boskiej proporcji” zdecydowałem, że nie chcę opisywać policyjnych śledztw. Nie zrobię tego tak dokładnie jak Robert Małecki w serii o komisarzu Grossie. Zawsze pójdę na pewne uproszczenia, puszczenie oka do czytelnika, by zamiast na szczegółach śledztwa skupiać się na psychologii i bardziej atrakcyjnych dla mnie tematach. Nie lubię mediów, nie znam się na nich, więc pewnie w przyszłości będę je ignorował. Nie wiem, czy ten argument Cię przekona, ale uważam, że nagonka medialna mogłaby przesłonić najważniejszy problem bohaterów. Ważniejsze od tego, co na zewnątrz, było dla mnie skupienie się na tym, co dzieje się wewnątrz postaci – emocje głównych bohaterów, decyzje, które podejmują, i wreszcie tytułowe wymazanie dzieci z pamięci.

    Tyle w temacie odpierania zarzutów. Raz jeszcze dziękuję Ci za poświęcony czas. Widzę, że inaczej patrzymy na książki, inne rzeczy są dla nas istotne, a inne ignorujemy. Aż korci mnie, by spróbować wspólnej oceny wybranej przez czytelników książki. Nie jest to nic odkrywczego, ale dawno nie widziałem, by ktoś zrobił to naprawdę dobrze. Niezależnie od tego, czy ta inicjatywa rozrośnie się do sporego projektu, czy na tym zakończymy, oczywiście jestem gotowy do współpracy i wzajemnej pomocy.

    Jak wiesz, nie byłem entuzjastą pomysłu, by autorzy oceniali innych autorów. Nasz eksperyment pokazał, że można, ale wciąż boję się, że może to przybrać formę wzajemnej promocji lub walki na noże. Nie wiem, czy to zasługa tej akcji, ale gdzieś mignęło mi, że Krzysztof Bochus i Tomasz Duszyński krzyżowo recenzują swoje najnowsze książki. Chyba więc zasiałeś wirusa – oby przybrał on zdrową formę, a nie zmutował w towarzystwo wzajemnej adoracji.

    Piotr Borlik

  • „Prawda gra na bębnach piszczelami swych ofiar”. Piotr Niemczyk o książce „Skrywane”

    Od kilku dni, codziennie wieczorem skręcam się ze śmiechu czytając najnowszą powieść Michała Komara „Skrywane”. Wiem, że nie wypada przyznawać się do tego, że śmieszy mnie to, że błazen pośliznął się na gównie. Albo rozważania „w jaki sposób włamywacz zrobił kupę do alembiku”, tym bardziej, że tenże stał na górze konstrukcji służącej do destylacji i trzeba było użyć do tego drabiny. Wyciąganie śmiesznostek, charakteryzujących stan niewiedzy Europejczyków żyjących w XVI wieku, nie ma jednak na celu ośmieszanie ich. Wręcz przeciwnie: pokazanie jak bardzo jesteśmy do nich podobni.

    Gdyby powstał kanon powieści szpiegowskiej, to „Skrywane” Komara, powinno się w nim znaleźć pomiędzy „Jądrem Ciemności” Conrada, a książkami Umberto Eco (gdzieś blisko „Cmentarza w Pradze”). Z Conradem kojarzy się to, że szesnastowieczny medyk wyrusza z Rzymu do Gdańska, żeby zbadać plotki i ewentualne pozostałości pisce Episcopi. To ryba występująca w okolicach miasta Danzig, która wygląda jakby ktoś ją ubrał w szaty biskupa. Podobno jedna z nich złożyła nawet hołd królowi. Odkrycie tej ryby potwierdziłoby, że zorganizowane Królestwo Boże ma swoją kontynuację także pod wodą i być może Papież powinien rozciągnąć na nie swoją jurysdykcję.

    W trakcie podróży nasz bohater ma obserwować i notować wszystko co zobaczy. Szczególnie objawy herezji, która mogłaby doprowadzić do tego, że w Polonii powstanie kościół narodowy. Takie zadanie dostaje od legata papieskiego, z którym porozumiewać ma się specjalnym szyfrem. Sporą część drogi odbywa w towarzystwie dwóch innych szpiegów kardynała: błazna Stanislao i samozwańczego mnicha Casimira. Zleceniodawca nie ufa nikomu, więc każdy z nich ma donosić na współtowarzyszy.

    I w tym miejscu wkracza Umberto Eco. Michał Komar opisuje świat językiem renesansu, odkrywa przed nami system obowiązujących wówczas wizji świata, realia reformacji i kontrreformacji, a także stan wiedzy medycznej (gdyby koronawirus dopadł ludzkość w tamtych czasach leczono by go upuszczaniem krwi i lewatywą).

    Wszyscy kłamią. Łgarstwo jest w „Skrywanem” instytucją. Ale nie zwykłe, proste głoszenie nieprawdy. Kłamstwo, które jest sztuką. Jak dezinformacja w szpiegowaniu. Żeby osiągnęła skutek, musi zawierać w większości prawdę. Sam Michał Komar tak o tym napisał:

    Rzecz nie w tym, że Michael był kłamcą, który pożytkował się kłamstwem, ale w tym, że umiał kłamać, pożytkując się prawdą. Oddzielenie jednego od drugiego wymagało ode mnie uwagi, pamięci szczegółu i wyobraźni, przynosząc na koniec podziw dla artyzmu kłamcy, jak i wzrost zadowolenia z samego siebie.”

    Przy takim podejściu, sprytny medyk potrafił nabrać nawet twórcę elżbietańskiego wywiadu sir Roberta (tu prawdopodobnie autor, pomimo ogromnej dbałości o szczegóły się „walnął”, albo celowo wprowadza w błąd. Kanclerz Walsingham miał na imię Francis. Natomiast Robert Walsingham, to znany osiemnastowieczny pirat).

    Michał Komar jest świetnym gawędziarzem (można nawet podejrzewać, że pewne swoje cechy przypisał Francisowi z Oxfordu). Pisze tak, jakby opowiadał. W trakcie czytania przypominają się jego krótkie, precyzyjne wyjaśnienia i odpowiedzi na pytania zadawane w trakcie wieczorów autorskich. Zwykle zakańczane dyskretnym, lekko tłumionym śmiechem.

    Kończąc czytanie pozostajemy z niedosytem. Stan dość naturalny po przeczytaniu każdej dobrej książki. Ale niedosyt po „Skrywanem” to także szereg niedopowiedzianych zagadek. Można je rozwiązywać na własną rękę. Ja mam nawet trzy hipotezy. Pierwsza jest taka, że kupa wcale nie trafiła do alembiku na skutek ekwilibrystyki sprawcy srającego z drabiny, tylko dlatego że ktoś ją tam włożył po wyjęciu z innego naczynia. A druga, dużo bardziej obrazoburcza: czy pierwowzorem błazna Stanislao nie jest przypadkiem kardynał Dziwisz? I wreszcie obawy o powstanie kościoła narodowego: czy nie biorą się przypadkiem z obserwacji rozrastania się imperium księdza Rydzyka?

    Śmiejąc się z szesnastowiecznych krętaczy i lubieżników śmiejemy się głównie sami z siebie i świata jaki stworzyliśmy.

    Piotr Niemczyk

  • Wymazani z rzeczywistości, czyli kilka słów o „Wymazanych z pamięci” Piotra Borlika

    Krótkie wprowadzenie w sytuację. Jakiś czas temu, Wojtek Chmielarz napisał felieton o tym czy pisarzom wypada pisać recenzje książek innych polskich pisarzy (klik). Wynikła z tego dyskusja, w którą zaangażował się między innymi pisarz Piotr Borlik (klik) i ja (klik). No i w ostatnim akapicie swojej odpowiedzi na słowa Piotra zaproponowałem mu napisanie wzajemnie recenzji swoich książek. Piotr podjął wyzwanie (klik), w rzeczowy sposób punktując mój „Szwindel” (jeszcze raz dzięki). Ja spośród wskazanych przez Piotra tytułów zdecydowałem się na jego najnowszą publikację „Wymazani z pamięci”. Jeżeli chcecie być na bieżąco, jestem pewien, że Adam zadbał już tutaj o odpowiednie linki. Kto chce niech czyta.

    A teraz nie przedłużając, bo i tak będzie długo, zapraszam do recenzji. Zaczynam, dla wejścia w klimat, od krótkiego przedstawienia fabularnego punktu wyjścia:

    Pewnego dnia w Gdańsku odnajduje się nagle szesnastka dzieci przez lata uważana za zaginione. Są w różnym wieku, różni ich też czas jak długo pozostawały poza domem. Nie sprawiają wrażenia maltretowanych, głodzonych czy w inny sposób wykorzystywanych. Przeciwnie, w większości zachowują się jakby ostatnie lata spędzili w całkiem niezłych warunkach. Tym co ich łączy, prócz ujawnienia się w tym samym miejscu i czasie, jest lęk przed ciemnością i niezdolność do przypomnienia sobie jakichkolwiek wydarzeń z czasu, gdy byli na liście poszukiwanych.

    Owo cudowne odnalezienie stanowi punkt wyjścia do opowieści prowadzonej od tego momentu przeplatającymi się trzema wątkami. Ich bohaterami są członkowie rodzin zaginionych dzieci: Karolina, matka małej Patrycji, która rozpacz przemieniła w prywatną krucjatę przeciwko krzywdzicielom dzieci, Arek, chłopak, któremu przed laty zaginął młodszy brat Paweł, i który nigdy nie wyzbył się przekonania, że jest za to odpowiedzialny oraz Marlena, ustawiona materialnie businesswoman, która pracoholizmem próbuje zaleczyć dziurę po synu Kamilu porwanym przez swojego byłego męża. Każde z tej trójki będzie próbowało na swój sposób dojść do wyjaśnienia co się właściwie stało tak przed laty, jak i teraz. No i rzecz jasna kto za tym stoi.

    Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio

    Pomysł, nie ukrywam, intrygujący i już u samej swojej podstawy nietuzinkowy. Podkreślę fakty, które może nie wybrzmiały właściwie, a warte są wyróżnienia: po pierwsze oś fabuły nie opiera się na morderstwie, co wciąż w polskim kryminale stanowi pewną interesującą odmianę. Po drugie pojawiające się w książce dzieci nie noszą znamion wykorzystywania. Pisałem już kilkakrotnie o tym, że bardzo mnie niepokoi z jaką lekkością pisarze dziś wplatają wątki z drastycznymi, obrzydliwymi krzywdami dokonywanymi na dzieciach. A tu Piotr postanowił nas w swojej opowieści poprowadzić w zupełnie inną stronę i to również mam za bardzo interesujące, i to nawet jeśli budowanie przez niego samych dziecięcych bohaterów mnie nie przekonało.

    Tempo powieści jest bardzo dobre, a idea fabularnego warkocza splatanego z osobnych śledztw trójki bohaterów połączonych celem to bardzo ciekawy sposób prowadzenia fabuły. Widać, że autor przemyślał sobie kwestię, które wskazówki podać kiedy i z której perspektywy i miał też świadomość, gdzie chciałby zakończyć wątek danego bohatera, tak by ten wybrzmiał tak w ramach pojedynczej fabularnej nitki, jak i w kontekście głównej opowieści.

    W kwestii dorosłych bohaterów autor postawił na proste szablony gatunkowe, ale w większości całkiem mu się to sprawdza. Interesujące jest otwierające książkę wprowadzenie Karoliny i jej adwokata, całkiem sprawne wprowadzenie Arka i, by nie spoilerować specjalnie, osób z jego otoczenia. Problemy pojawiają się dopiero w wątku Marleny, ale do niego przejdę za chwilę, bo teraz chcę podkreślić: W tej książce jest naprawdę wiele fajnych elementów. Miejcie to w pamięci, zanim przejdziecie w tej recenzji dalej.

    Bo teraz zmuszony jestem zwrócić uwagę na kluczowy problem „Wymazanych z pamięci”. Oto bowiem stawiam tezę, że autor skupiony na swojej historii mocno zaniedbał wiarygodne przedstawienie świata. Wynikiem tego zawieszenie niewiary bardzo szybko idzie w drzazgi.

    I teraz musimy się umówić na konkretną rzecz, by uniknąć nieporozumienia. Problem, o którym mówię czyli kłopoty z uwiarygodnieniem świata, w mniejszym lub większym stopniu dotyczy każdego z wątków, ale nie chciałbym, by ta recenzja zmieniła się bezsensowne wypunktowywanie. Nie o to przecież chodzi. Zamiast tego postaram się zatem unaocznić problemy skupiając się na jednym z wątków, by lepiej zobrazować ich naturę i jednocześnie uniknąć daleko idących spoilerów, dobrze?

    Mówiąc konkretniej, odniosę się szczególnie do fragmentów ekspozycji businesswoman Marleny. Na jej przykładzie wskażę dwa wybrane, bo znajdujące się akurat blisko siebie przykłady źle zrobionego reaserchu oraz jeden błąd fabularny. I tak mam świadomość, że dla większości odbiorców te dwa i większość innych zaniedbań reaserchowych z książki nie będzie miała znaczenia. Błąd jednak, choć to początkowo pozornie szczegół, w kontekście dalszej fabuły powinien być bardzo brzemienny w skutki. A zupełnie nie jest.

    Przejdźmy zatem do meritum. Naszych głównych bohaterów poznajemy w ich w „naturalnych środowiskach”. Prowadząca swoją krucjatę Karolina krąży wokół placów zabaw, student Arek trudną sprawę jaka spadła mu na barki opija w barze, a kobieta interesu Marlena zmaga się z problemami wielkiej firmy na lotnisku w Kuala Lumpur.

    Na ile dobrze wnioskuję – mogę się mylić, bo tu wchodzi kwestia interpretacji – przedstawiając nam Marlenę, autor stawia sobie za cel zwrócenie uwagi na następujące fakty:

    1. Marlena jest kobietą sukcesu. Stanowczą, profesjonalną pracoholiczką, co wynika po części z chęci ucieczki w pracę po osobistej tragedii.

    2. Marlena bardzo dużo podróżuje, doskonale zna lotniskowy ekosystem i zasady panujące w portach lotniczych.

    3. Marlena jest wymagająca wybredna, momentami aż po snobizm.

    4. Marlena zawsze stawia na swoim, jest zaradna, cwana i na tym etapie wydarzeń, mocno skupiona na sobie.

    Borlik zna zasady budowania ekspozycji więc wie, że zamiast wyłożyć to wszystko wprost, lepiej to czytelnikowi pokazać. I z początku robi to bardzo sprawnie. Świetnie działa zobrazowanie kolejki do kontroli bezpieczeństwa, obserwacji ludzi przy poszczególnych stanowiskach, kalkulacji gdzie najbardziej opłaca się stanąć. Widać, że autor niejednokrotnie stał w takiej kolejce i tu kupuję tę scenę w całości. Jest dla mnie jasne, że ktoś taki jak Marlena postępowałby właśnie tak.

    Problem pojawia się, gdy do zobrazowania innej postawy autorowi zaczyna brakować własnego doświadczenia. I tu kłania się kolejna scena czyli czas jaki Marlena spędza przed lotem w saloniku VIP na lotnisku w Kuala Lumpur. Zakładam, że Piotr Borlik, podobnie jak ja, nigdy w tym saloniku nie był, ale ponieważ wskazał dość konkretne miejsce, a przy okazji przedstawił opisem obraz rozjeżdżający się z moją wiedzą na temat tego konkretnego lotniska, sprawdziłem. I powiem tak: rozumiem, że celem sceny było pokazanie iż Marlena ma wysokie standardy. Ale ten prawdziwy salonik – w przeciwieństwie do opisanego – raczej by sobie z nimi poradził. Opisanie saloniku, który ma w necie swoją stronę z galerią zdjęć, aktualizowane menu itd. nie powinno być problemem.

    Pojawia się zatem zgrzyt. Autor chciał nam powiedzieć tą sceną coś konkretnego o bohaterce, ale dla uważnego czytelnika przekaz zginie rozbijając się o łatwo weryfikowalną rzeczywistość. Bo jeśli autor chciał mieć inny salonik, pasujący pod opis to czemu wybrał akurat to lotnisko? Przecież samo to skąd Marlena leci nie ma fabularnego znaczenia. Podobny do opisanego jest natomiast chociażby w Pensylwanii – w tym byłem – skąd bohaterka też wracałaby do Warszawy około dwunastu godzin. Dlaczego konkretnie Kuala Lumpur skoro potem nie trzymamy się realiów?

    Podobnie jest z zaprezentowanym przez autora opisem sprawnego wymyku zastosowanego przez Marlenę, próbującą uporać się w samolocie z problemem kopiącego jej w tył fotela dzieciaka. Według książki, bohaterka demonstruje swój spryt i zaradność przekonując innego pasażera, że muszą się zamienić, bo ona musi trzymać jedną nogę wyprostowaną ze względu na problemy z kolanem. Musi ją trzymać prosto, a więc wyciągnąć wzdłuż alejki. Problem w tym, że jak się dowiadujemy, Marlena leci na dwunastogodzinym dystansie dużym samolotem linii Qatar Airways. Kopanie w siedzenia i zmiana miejsc to problemy i rozwiązania klasy ekonomicznej, które w klasie biznes, zwłaszcza tak luksusowych linii zwyczajnie nie mogłyby mieć miejsca. Tam fotele są wzmocnione, z dużo większymi odstępami, a siedzenia skonstruowane tak, by móc swobodnie wyprostować nogi. Często nawet by przyjąć w fotelu pozycję półleżącą. Jeśli ktoś nie ma możliwości sprawdzenia tego detalu osobiście – a zapewniam, że często się da, zależy od lotu i obsługi – sieć pełna jest zdjęć i filmików prezentujących jak to w tych samolotach tej linii wygląda.

    I znowu, zabieg ekspozycyjny mający nam pokazać ważną cechę charakteru bohaterki rozbija się o banalny fact check. A przecież gdyby autor chciał mieć swoją scenę wystarczyło zrobić tak, że Marlena potrzebuje pilnie zmienić lot i przez to decyduje się bohatersko na lecenie lotem wcześniejszym, gdzie miejsce jest niestety tylko pojedyncze, w economy. I już wszystko działa. Jeden akapit zmienia wszystko.

    I zanim ktoś mi to wytknie – wiem, że książek nie czyta się z telefonem w ręce i nie googla się ich co drugie zdanie. Nie zrobiłem tego, po prostu dużo latam i lubię lotniska, więc mam tu po prostu inaczej zawieszoną niewiarę. Sprawdzam dopiero gdy coś mi mocno zgrzyta. Zdaję sobie również sprawę, że większość czytelników nigdy nie będzie na lotnisku w Kauala Lumpur, nigdy nie poleci klasą biznes i ma w zasadzie gdzieś jak naprawdę wyglądają takie miejsca i co się tam da zrobić, a czego nie. Podobnie jak wiele osób nie wie też pewnie, że Marlena nie musiałaby czekać do końca lotu by skontaktować się z policją, bo usługi telefoniczne są co prawda drogie, ale już dawno dostępne, także dla pasażerów. Wiem to wszystko.

    Podniesione przykłady służą jednak wyciągnięciu konkretnego wniosku: realizując swoje założenia fabularne autor albo opiera się na własnych doświadczeniach – i wtedy wychodzi – albo na intuicji i przekonaniu, którego potem w żaden sposób nie weryfikuje. I wtedy pojawiają się zgrzyty. I dobrze, kiedy tylko zgrzyty dla takich czepiaczy jak ja. Gorzej, a niestety i taki przypadek ma tu miejsce, gdy pojawia się bardzo poważna dziura fabularna.

    Prawdziwy duży problem – jeden z kilku w tej książce, ale tylko ten mogę przedstawić bez większych spoilerów – objawia się niepozornie zaraz na następnej stronie, po scenie z zamianą foteli. Oto bowiem z takich czy innych powodów Marlena nie odbiera telefonu od policji, więc o tym, że w Gdańsku odnaleziono szesnaścioro dzieci porwanych przez laty dowiaduje się… ze znajdującego się na pokładzie samolotu najnowszego wydania NY Timesa. I już pomijam, że w związku z tym sypie się troszkę linia czasowa wątków, bo sprawy ze świata pojawiają się w Timesie zwykle z minimum dniem opóźnienia ze względu na chociażby różnice czasu. Ale z tego da się jeszcze jakoś wybrnąć, to wciąż czepiactwo. Ale artykuł o tej sprawie w NY TIMESIE mówi nam czytelnikom jedną bardzo ważną rzecz: Sprawa jest tak głośna, mocna i ważna, że dotarła aż za ocean. Na oficjalnej stronie gazety są, jak sprawdziłem, spisy treści poszczególnych wydań przynajmniej do roku wstecz. Wystarczy więc sprawdzić jakiego kalibru i rodzaju treści z Polski trafiają do tej gazety. Skoro więc sprawa poszła w NYT, to w Polsce wybuchła medialna bomba o sile rażenia co najmniej kilkudziesięciu Mam Madzi! Czyli Marlena, jako bezpośrednio zamieszana, lecąc do Polski wleci w sam środek multimedialnego piekła.

    Tymczasem co się okazuje? W książce w ogóle niemal w ogóle nie ma takiego zjawiska! Żadne media, żadni reporterzy nie czyhają pod miejscem, gdzie przywieziono dzieciaki, rodzice nie są natychmiast prześwietleni prasowo, nikt nie pilnuje każdego ich ruchu. Autor tłumaczy to tym, że policja nie chce, by sprawa wyszła na jaw. Ale wyszła, do cholery! Pisał o tym New York Times! To nie jest już coś, wiemy o tym dobrze, co można teraz zatrzymać czy choćby spowolnić. Taki temat to żer dla mediów na co najmniej kilka dni bardzo dużych newsów i miesiące mniejszych. A w przypadku niektórych tytułów pokarm nawet na tygodnie stron tytułowych! By pokazać jak taki mechanizm działa odwołam się do niedawnej sytuacji z własnego doświadczenia – ostatnio napisałem, że w filmie o Komendzie zniesławiono pewnego policjanta używając jego nazwiska w kontekście bardzo złej postaci. Efekt po dobie? Artykuły w większości czołowych serwisów internetowych, szeregu liczących się tytułach prasowych, na Kozaczku czy Superaku, kilka audycji w radio, wątki na kilkunastu grupach i przeszło sto bezpośrednich zapytań w temacie. Kilka godzin zajęło dziennikarzom zdobycie mojego numeru. Ze trzy więcej, żeby zdobyć prywatną komórkę rzeczonego policjanta! No a przecież mówimy tu o nieporównywalnej skali newsów. A pamiętacie jeszcze jak długo cała Polska żyła wspomnianą już sosnowiecką dzieciobójczynią? Ile się naprodukowano newsów, artykułów, analiz, konferencji, sesji foto etc? A to wciąż nie ta skala. Bo powtórzę: O sprawie cudownie odnalezionych dzieciaków napisał, z miejsca, od ręki New York Times!

    W książce natomiast jakiekolwiek motywy z prasą i mediami pojawiają się raptem dwa, oba późno, oba są niemrawe i kompletnie oderwane od tego jak się takie rzeczy dzieją. A i wpływ mają potem raptem na jeden wątek i to też nie w kontekście przedstawionego świata, a osobistego dramatu postaci. Zupełnie jakby sprawa szesnastki cudownie i nagle odnalezionych dzieci, które nic nie pamiętają, mało kogo w Polsce obeszła. W Polsce, która od jak dawna śledzi każdy krok takiego Tomka Komendy?

    Ktoś powie, że to przecież również drobiazg, bo nie to się w książce liczy. Znaczenie ma fabuła. Ale to nie do końca tak i już wyjaśniam dlaczego.

    Nie chcąc wchodzić w fabularne szczegóły, dość ogólnie powiem, że ta naturalna konsekwencja podjętych przez autora decyzji czyli obecność dziennikarzy, reporterów i paparazzi sprawiłaby, że cała późniejsza fabuła zasadniczo nie mogłaby się wydarzyć w przedstawionym kształcie.

    www.unsplash.com/Matt Chesin

    Bohaterowie nie mogliby spokojnie podróżować, co robią, podejmować wielu kontrowersyjnych – i czasem niezrozumiałych – decyzji, jak na przykład pozostawiania cudownie odnalezionych dzieci z opiekunką bez szeroko komentowanych konsekwencji. Rodzice innych cudownie odnalezionych dzieci nie byliby anonimowi, i tym samym skorzy do w gruncie rzeczy intymnych rozmów z obcymi, bojąc się, że rozmawiają z prasą. A to wszystko są sceny, które w tej książce czysto i bez komplikacji pchają akcję do przodu. Ale to przecież nie koniec. Służby porządkowe, chcąc się w temacie wykazać i czując, że wszyscy patrzą im na ręce, podejmowałyby szereg działań mniej lub bardziej pozorowanych na rzecz zapewnienia dzieciom opieki, udzielenia wsparcia, pilnowania rodziców. A jeśli nie, to też byłyby tego efekty.

    Co więcej, media wpływają na social media, więc natychmiast ruszyłyby śledztwa internetowe, prasowe, podcasty analizujące sprawę dogłębniej niż wydarzenia na jakże przecież odległej w każdym względzie przełęczy Diatłowa. Pojawiliby się wszyscy Rutkowscy tego świata licząc na sławę. Wynikiem tego jeden z kluczowych zwrotów fabularnych – pewien przeoczony z początku dowód – na pewno wypłynąłby dużo wcześniej i to właśnie medialnie, więc z poważnymi implikacjami dla bohaterów. Bo, to trzeba wiedzieć, niektóre tytuły naprawdę potrafią płacić za ekskluzywne materiały całkiem nieźle.

    Pominięcie naturalnej reakcji współczesnego świata na tej skali newsa sprawia, że nie sposób traktować tej opowieści jako wiarygodnej. I tym samym z każdą kolejną stroną drugiej połowy książki widać wyraźnie, że zachowania bohaterów są coraz mniej zgodne z wzorcem zachowania prawdziwych ludzi w trudnej sytuacji, a coraz bardziej przypominają ruchy pionków i figur na szachownicy. Nadal możemy być zainteresowani wynikiem rozgrywki, ale wiemy już, że to tylko gra. Nawet zbita figura to tylko figura, zbitych pionków nikomu nie jest tak naprawdę żal.

    I ja naprawdę rozumiem, że autor kładł tu nacisk przede wszystkim na fabularne dzianie się i pchanie wydarzeń do przodu. Że najważniejsza była dla niego historia. Rozumiem i w jakimś stopniu przyjmuję to jako wyznacznik stylu. To zresztą jest bardzo trudne zadanie pisarskie, by należycie wyważyć proporcje, nie przegadać rzeczy i utrzymać dzianie się, ale jednocześnie zachować wiarygodność i efekt realizmu. Zdarza mi się samemu źle to wyważyć, co słusznie wypunktował mi Piotr przy „Szwidndlu”. Ale mimo wszystko musimy, my pisarze, przykładać się mocno do znalezienia tego złotego środka. Tu, w przypadku tej powieści, Piotr Borlik jest od niego bardzo daleko.

    I jeszcze jedno zastrzeżenie, dość zaskakujące w kontekście poprzedniego akapitu: Jak na książkę zbudowaną na historii, podporządkowanej jej całkowicie, finał książki jest napisany na chybcika i strasznie po łebkach, a wyjaśnienia najbardziej intrygujących kwestii, wskazówek, bardzo mnie uwierają swoją banalności. W kwestiach najbardziej mnie interesujących, intrygujących i tych z najlepiej zbudowanym napięciem poczułem się zwyczajnie zbyty. Ale też warto podkreślić, że moje rozczarowanie bierze się także, a być może przede wszystkim z tego, że to napięcie było momentami naprawdę fajnie nabudowane. A i część tych skrótowych wyjaśnień byłaby ok, gdyby dano im odpowiednio wybrzmieć.

    I już na koniec zupełnie, całkowicie szczerze, bez kurtuazji: zamierzam poczytać więcej Borlika. To bowiem co przeczytałem, w połączeniu z opisami innych jego książek i lektury wywiadów z nim, daje mi obraz autora poszukującego opowieści wokół siebie, a nie w słupkach pomiaru trendów. Widzę, że autor zna zasady pisania, konstrukcji fabularnej, zna też sporo sztuczek. Kilku muszę się przyjrzeć uważniej pod kątem własnego pisania, za co już teraz dziękuję.

    Dziękuję również Piotrowi za podjęcie tego wyzwania – wzajemnego zrecenzowania swoich książek. Uważam, że zarówno przeczytanie jego recenzji, jak i pisanie tej, dały mi sporo do myślenia. Chciałbym też, by za takimi publicznymi merytorycznymi recenzjami pokazującymi, że jesteśmy wobec siebie fair i nie stanowimy towarzystwa wzajemnej adoracji kryjącej się nawzajem przed czytelnikami szła także czasem deklaracja wsparcia.

    Każdy z nas ma swoje pisarskie dobre i słabsze strony. Te pierwsze należy pielęgnować, drugie rozwijać korzystając ze wsparcia tych, co potrafią. Więc tu już, Piotrze, apel do Ciebie: Jeśli dostrzegłeś w moim pisaniu coś, co może się okazać dla Ciebie pomocne w przyszłości, pozostańmy w kontakcie, a chętnie pomogę. Ze swojej strony pozwolę sobie poprosić i Ciebie o podobną gotowość w drugą stronę.

    Jakub Ćwiek