Kategoria: Aktualności

  • Sztuczna inteligencja w kryminale – październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W zeszłym tygodniu spotkałem się (wirtualnie) z Zygmuntem Miłoszewskim oraz Jakubem Szamałkiem, żeby pogadać trochę o wpływie nowych technologii na pisarską robotę. Rozmowę prowadził Kubę Szamałek i chyba wypadła dość interesująco (przynajmniej tak mi donosili czytelnicy). Mieliśmy jednak jeszcze poruszyć jeden temat, na który nie starczyło czasu. Czy kryminały będzie w przyszłości pisać za nas sztuczna inteligencja?

    No więc jestem przekonany, że to technicznie jak najbardziej możliwe. Już powstają pierwsze powieści napisane przez sztuczną inteligencję, jak „1 the road”, o której jeden z krytyków napisał, że nie ma tam żadnej fabuły, ale znalazło się w niej kilka uderzających i zapadających w pamięć akapitów. Z kolei firma ScriptBook chwali się, że w przeciągu pięciu lat opracuje program do pisania scenariuszy, którego dzieła będą lepsze od tych napisanych przez człowieka. Wierzę w te zapewnienia, bo na jakimś poziomie literatura to zbiór reguł, motywów, pomysłów, którymi można mniej lub bardziej swobodnie żonglować i układać z nich kolejne fabuły. Trudno wymyślić coś absolutnie nowego. Wszyscy mniej lub bardziej odbijamy się chociażby od campbellowskiej drogi bohatera, szukamy pierwszego i drugiego zwrotu akcji, skupiamy się na strukturze trzech aktów i tak dalej. Wszyscy też wiemy, że 99 proc. kryminałów zaczyna się od sceny, w której ktoś kogoś morduje, potem pojawia się śledczy, śledczy zabiera się za rozwiązywanie sprawy, po drodze ginie od pięciu do dziesięciu osób, a na końcu winny zostaje ukarany. Nie wygląda to jak coś, czego nie mogłaby napisać sztuczna inteligencja.

    www.unsplash.com/Michael Dziedzic

    Moim zdaniem jednak samo pytanie powinno być zadane inaczej. Czy ludzie będą chcieli czytać teksty napisane przez sztuczną inteligencję? No więc moim zdaniem, nie.

    Dlaczego? W klasycznej powieści „O czym śnią elektryczne owce” (na podstawie której potem Ridley Scott nakręcił kultowego „Blade Runnera”) Philip K. Dick zadaje pytanie, co różni człowieka od androida? I daje odpowiedź – empatia. To właśnie empatia, zdolność wczuwania się w drugiego człowieka, odróżnia nas od najbardziej inteligentnej nawet maszyny. Gdybym był złośliwy… Cholera, nie – po prostu, będę złośliwy i powiem, że już teraz niektóre powieści, nawet uznanych polskich autorów, wyglądają tak, jakby były napisane przez sztuczną inteligencję. Brakuje w nich po prostu empatii dla postaci. Czytam to i kręcę głową z niedowierzaniem i chcę raz po raz krzyczeć, że ludzie po prostu się tak nie zachowują! I nie chodzi mi o to poczucie, że JA zachowałbym się inaczej. Nie. Żadna żywa istota postawiona w takiej sytuacji nie zrobiłaby tego, co postać w tej powieści.

    No, ale takie książki też się sprzedają. Ku mojemu zaskoczeniu, mają też spore grono wielbicieli. I nie będę udawał, że to rozumiem. Gusta czytelnicze kilka razy mnie już zaskoczyły i zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

    Wciąż jednak uważam, że książka to miejsce spotkania dwóch istot ludzkich – czytelnika i pisarza. I w pewien sposób wspólnie tworzymy tę opowieść. Wspólnie ją przeżywamy. Ja, bo ją napisałem. Państwo, bo ją czytacie. A czytając, uruchomiacie swoją wyobraźnię. Przefiltrowujecie mojej słowa przez waszą wrażliwość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Czytanie, które wydaje się być czynnością bardzo pasywną, jest w tym ujęciu czynnością wymagającą wielkiej aktywności. To wielka rozmowa. W książce szukam (i wierzę, że nie tylko ja) drugiego człowieka. Jego uczuć, jego przemyśleń, jego marzeń i obaw.

    I w tym upatruję nadzieję. Bo sztuczna inteligencja, zgodnie z zapowiedziami ScriptBook, może będzie pisała rzeczy lepsze od ludzi. Może będzie pisała od nas szybciej (nawet od Remigiusza Mroza) i może będzie żądała niższych honorariów.

    Ale czy będzie miała cokolwiek ciekawego do powiedzenia?

    Wojciech Chmielarz

  • Kup Miłoszewskiego (i nie tylko), wesprzyj potrzebującego (i nie tylko)!

    Każda książka polskich autorek i autorów kupiona na stronie gwfoksal.pl to 10% na wybraną organizację społeczną i jednocześnie wsparcie dla dotkniętych pandemią twórców. Akcją objęte są fundacje: Daj Herbatę, Dajemy dzieciom siłę, Fundacja DKMS, Miłość nie wyklucza i SEXEDpl. Czytelniczy Transfer dobra potrwa od 22 do 26 października.

    Odłożyłeś zakup książek na później? To dobry moment, żeby sprawdzić, co nowego

    Czytaj i pomagaj – zachęcają organizatorzy akcji. Wydawnictwa W.A.B i Wilga zdecydowały się przekazać 10% od ceny każdej sprzedanej na swojej stronie książki polskich autorek i autorów na jedną z pięciu organizacji społecznych. Akcja ma na celu wsparcie potrzebujących oraz zachęcenie czytelników do kupowania książek rodzimych autorów, których nie ominęły skutki kryzysu. Zamknięte księgarnie, trudna sytuacja finansowa w wielu domach oraz brak spotkań autorskich w bibliotekach przełożyła się też na trudniejszą sytuację twórczyń i twórców.

    Sytuacja, w której wszyscy się znaleźliśmy nie napawa optymizmem, ale równocześnie sprawia, że w ludziach rodzi się naturalna potrzeba działania. Postanowiliśmy zaangażować czytelników i wspólnie wysłać w świat trochę dobra. Ogłaszając wielki Transfer Czytelniczy, chcemy jednocześnie przekazać pieniądze organizacjom, które wykonują wspaniałą pracę i wesprzeć twórców, dotkniętych skutkami pandemii – podkreśla szef promocji Grupy Wydawniczej Foksal, Maciej Marcisz.

    Wszystkim nie da się dzisiaj pomóc? Spróbujmy

    Trudno wymienić dzisiaj sferę, nieobjętą w jakimś stopniu kryzysem. Wielu z nas mimo szczerych chęci czuje bezsilność wiedząc, że nie jest w stanie pomóc wszystkim. Razem na pewno możemy więcej, dlatego w akcje zaangażowanych zostało aż 5 organizacji społecznych: Fundacja Daj Herbatędziałająca na rzecz osób w kryzysie bezdomności, Dajemy Dzieciom Siłę, która oferuje dzieciom dotkniętym przemocą i wykorzystywaniem i ich opiekunom pomoc psychologiczną, psychiatryczną i prawną, Fundacja DKMS mająca na celu znalezienie dawcy dla każdego pacjenta na świecie potrzebującego przeszczepienia komórek macierzystych oraz szpiku, Stowarzyszenie Miłość nie wyklucza wspierające osoby LGBT+ w walce o równouprawnienie i Fundacja SEXEDpl zajmująca się edukacją seksualną i bezpośrednią pomocą w tym zakresie.

    Jak to zrobić?

    1. Zamów książki polskich autorek i autorów na gwfoksal.pl

    2. Wybierz organizację, której chcesz pomóc, wpisując odpowiedni kod rabatowy

    3. Przekażemy 10% wartości Twojego zamówienia na wybrany przez Ciebie cel!

    4. Wspieraj polskie autorki i autorów, nie tylko dzisiaj

    5. Razem z nami zrób coś dobrego!

    Akcją objęte są książki wszystkich wydawnictw wchodzących w skład Grupy Wydawniczej Foksal: W.A.B., Wilga, Buchmann, Uroboros, Lipstick Books i YA!.

    Organizacje zaangażowane w akcję:

    Fundacja Daj Herbatę zrodziła się z akcji o tej samej nazwie, zainicjowanej przez obecną Prezes Kasię. Codziennie przy dworcu widziała zziębniętych bezdomnych, nie szukających pieniędzy, lecz czegoś ciepłego. Widziała łzy, gdy z nimi rozmawiała i radość, kiedy przynosiła im zwykłą herbatę. Fundacja działa na rzecz osób w kryzysie bezdomności w duchu redukcji szkód i dialogu motywującego.

    Wejdź na www.gwfoksal.pl i przy zakupie książek polskich autorek i autorów użyj kodu w koszyku zakupów: DajHerbate

    Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę pomaga dzieciom, które doświadczyły różnych form przemocy i wykorzystywania seksualnego. Tworzy sieć Centrów Pomocy Dzieciom, w których krzywdzone dzieci otrzymują bezpłatną pomoc. Prowadzi Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111, w którym konsultanci odebrali ponad 1,3 mln połączeń od dzieci w kryzysie. Realizuje też kompleksowe działania na rzecz bezpieczeństwa dzieci w internecie.

    Wejdź na www.gwfoksal.pl i przy zakupie książek polskich autorek i autorów użyj kodu w koszyku zakupów: DajemyDzieciomSile

    Misją Fundacji DKMS jest znalezienie Dawcy dla każdego Pacjenta na świecie potrzebującego przeszczepienia komórek macierzystych oraz szpiku. Każda wpłata to nadzieja dla Pacjentów na znalezienie swojego „bliźniaka genetycznego”. W ciągu 12 lat Fundacja zarejestrowała w Polsce ponad 1 700 000 potencjalnych Dawców szpiku i dała szansę na życie ponad 8000 Pacjentów.

    Wejdź na www.gwfoksal.pl i przy zakupie książek polskich autorek i autorów użyj kodu w koszyku zakupów: DKMS

    Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza to organizacja pozarządowa działająca na rzecz wprowadzenia równości małżeńskiej dla par osób tej samej płci oraz budowania społeczności LGBT+ w Polsce. Jako grupa nieformalna powstała w Warszawie w 2009 roku.

    Wejdź na www.gwfoksal.pl i przy zakupie książek polskich autorek i autorów użyj kodu w koszyku zakupów: MiloscNieWyklucza

    SEXEDpl to fundacja, która edukuje i udziela bezpośredniej pomocy setkom osób tygodniowo. Przekazuje wiedzę, przełamuje tabu i obala mity. Łączy różne aspekty edukacji seksualnej – od samoakceptacji, po antykoncepcję, STI, świadomą zgodę i bezpieczeństwo w sieci.

    Wejdź na www.gwfoksal.pl i przy zakupie książek polskich autorek i autorów użyj kodu w koszyku zakupów: SEXEDpl

  • Jakub Małecki wyrzucił do śmietnika 250 stron najnowszej książki

    Umówmy się, że zadanie przez prowadzącego spotkania pytania, nad czym pracuje teraz przepytywany pisarz, nie jest niczym wybitnym. Jednak tak banalne pytanie może przynieść niesamowitą odpowiedź. Przekonałem się o tym w trakcie rozmowy z Jakubem Małeckim, którą mogliście Państwo oglądać na żywo na Facebooku Nocy Księgarń. Okazuje się, że Kuba nie tylko zaczął już pisać nową książkę, której tematem przewodnim jest balet (tak, balet), ale też zdążył ją wyrzucić do kosza, a nawet zaczął ją pisać na nowo. Co Wam będę opowiadał, obejrzyjcie sami. Dziękuję Nocy Księgarń za udostępnienie tego szokującego materiału wideo 🙂

     

     

  • „Moloch” Marka Krajewskiego coraz bliżej. Przeczytajcie fragment powieści!

    Breslau, 1928, szpital psychiatryczny przy Kletschkau Strasse. Eberhard Mock staje twarzą w twarz ze swą dawną kochanką. Jej córka i syn zostali porwani, a ślad po nich zaginął. Po stracie ukochanej Sophie nic nie wstrząsnęło Mockiem równie mocno jak to spotkanie. Hedwig postradała zmysły: o morderstwo dzieci oskarża własnego męża. Krok po kroku Mock odkrywa upiorne powiązania między tajnym stowarzyszeniem okultystycznym a budowniczymi miasta przyszłości w centrum Wrocławia. Nawet nie domyśla się, jak potężne siły śledzą każdy jego krok.

    Cmentarne czarne msze, wyuzdane praktyki seksualne i ludzie, którzy nie cofną się przed niczym. Tajne śledztwo zaprowadzi Mocka wprost przed przerażające oblicze prawdy. Czy istnieje granica, której Mock nie przekroczy? Przeczytajcie fragment „Molocha”, a wkrótce będę miał dla Was rozmowę z Markiem Krajewskim, ale też z jego researcherem, którym jest Mikołaj Kołyszko. Jeśli chcecie zamówić książkę, to nic prostrzego – kliknijcie w okładkę, a teraz oddaję Was w ręce Marka Krajewskiego. 

    Marek Krajewski, fot: Radosław Kaźmierczak

     

    Ten staruch we wszystkich budził odrazę. Każdy, kto na placu budowy obok Dworca Głównego musiał z nim wejść w bliższy kontakt – choćby po to, aby o czymś zameldować albo przyjąć jakiś rozkaz – starał się omijać wzrokiem jego twarz, której skóra była pokryta siwą szczeciną i zwisała zaczerwienionymi, łuszczącymi się fałdami. SS-Standartenführer, nadzorca wykopów w ziemi, w których osadzano niewielkie betonowe bunkry, szczególnie ubolewał nad tym, że jego nieuleczalna choroba dermatologiczna nie pozwala na codzienne golenie – ostrze brzytwy zdzierało suchy naskórek, pozostawiając jątrzące się rany. Mężczyzna nieogolony był jego zdaniem godny najwyższej pogardy – jak skacowany włóczęga, brudny żebrak czy zawszony Żyd. Znał on takich dobrze i był wobec nich bezwzględny. Jeszcze niedawno wystarczał jeden jego podpis, a całe grupy takich wyrzutków społecznych trafiały do gazu. Ale od kilku miesięcy nie miał już tak wielkiej władzy na ludzkim życiem i śmiercią, co przejmowało go pełną rezygnacji melancholią. Czuł się wzgardzony i nieważny. Czasami, gdy przy goleniu zbyt długo patrzył w lustro, nabierał wstrętu do własnej aparycji, a łzy napływały mu do oczu.

    Żałował, że dawniej – kiedy jeszcze mógł to zrobić, gdy był komendantem jednego z podobozów Auschwitz – sam siebie nie posłał pod prysznic z cyklonu B. Uwolniłby świat od widoku swej nieogolonej mordy, straszącej różnymi odcieniami czerwieni. Ale to uczucie smutku w końcu mijało. Zwykle odrzucał je w prosty sposób: spryskiwał się obficie wodą kolońską i wracał mu dobry humor.

    Mimowolnie jednak zawsze próbował odciągać uwagę rozmówcy od swojej oszpeconej twarzy. Środkami do tego celu były: mocny i elegancki zapach męskich perfum, nienaganny, starannie wyprasowany galowy mundur SS, który – nieco wbrew przepisom – nosił na co dzień, błyszczące jak lustro oficerki czy też czarny skórzany płaszcz z ekstrawaganckimi czerwonymi klapami i ze swastyką na ramieniu, który podkreślał jego szczupłą, prawie młodzieńczą sylwetkę. Maski nie nosił nigdy i to wcale nie dlatego, że lekarz sugerował, iż chora skóra powinna swobodnie oddychać. Nie, powód był zupełnie inny. Według esesmana maska – jako symbol karnawału – oznaczała szał rozpasania i dekadencji. O, tak!

    Widział on takie maski kilkakrotnie – złote, błyszczące, posypane brokatem. Spotkał je w dzikich i przeżartych moralną zgnilizną latach dwudziestych – na balach, gdzie podstarzałe kokoty ukrywały za nimi swe zmarszczki. Tak, pamiętał je – te niegodne, trawione żądzą staruchy, które prężyły swe wyschłe piersi i umizgiwały się do żigolaków, a w tym czasie ich mężowie – spocone, dyszące alkoholem grubasy – wymykały się incognito do dyskretnych gabinetów, gdzie czekały na nich wystraszone, półpijane podlotki, zarabiające na życie swymi drobnymi ciałami. Przywołując w wyobraźni dźwięki murzyńskiego tańca shimmy, przypominając sobie te ekscesy, którym kres położyli dopiero surowi moraliści, pretorianie zbawcy ojczyzny Adolfa, SS-Standartenführer wolał mimo wszystko szokować rozmówców swoją twarzą z odłażącymi płatami skóry niż zasłaniać oblicze, stając się eo ipso podobnym do tamtych kreatur.

    Nikt na tej budowie, kto się z nim stykał – a byli tu robotnicy przymusowi, pracownicy kuchni oraz wartownicy, składający się w połowie z kalekich weteranów, a w połowie z nieopierzonych młodziaków z Volkssturmu – nie mógł już wyrzucić z pamięci tej charakterystycznej twarzy. Dziewiętnastoletni Werner Szklorz również zapamiętał ją na całe życie. Ten Ślązak, wywodzący się z patriotycznej rodziny powstańczej z Tarnowskich Gór, wylądował w Auschwitz w połowie roku 1944, kiedy to odmówił podpisania volkslisty. Miał jednak szczęście. Nie trafił do samego obozu śmierci, lecz do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów podobozu, gdzie młodzi, silni robotnicy byli na wagę złota. I tam już pierwszego dnia zetknął się z Upiorem, jak powszechnie nazywano komendanta obozu, a jednocześnie dyrektora miejscowych kamieniołomów. Szklorz był tam niewolnikiem przez trzy miesiące. 

     

    W październiku 1944 roku liczni zdatni do pracy więźniowie zostali ewakuowani z samego Auschwitz oraz z jego podobozów i wywiezieni do zakładów przemysłowych w głębi Rzeszy. Szklorz trafił do Wrocławia i został zakwaterowany w zapluskwionych i kiepsko ogrzewanych barakach przy nasypie kolejowym – pod który od strony północnej wchodziła ulica Teichstrasse1, by pobiec na południe już pod nazwą Bohrauerstrasse. Jego towarzyszami niedoli byli jeńcy wojenni albo dezerterzy z cudzoziemskich formacji pomocniczych: Włosi, Ukraińcy, Francuzi, a nawet Turcy. Wszyscy oni robili wykopy, do których wstawiano małe bunkry z otworami strzelniczymi, odlewane z betonu w zakładach FAMO czy Fahrzeug- und Motorwerke przy Grundstrasse i przywożone tu specjalnymi platformami na gąsienicach.

    Szklorz okolice wrocławskiego dworca znał bardzo dobrze. Trzydzieści kilometrów od śląskiej metropolii w małej wsi Osolin mieszkała jego babka ze strony matki. Dwukrotnie odwiedzał ją przed wojną – zawsze letnią porą. Wycieczki do Wrocławia, na które się przy tej okazji udawał wraz ze swym kuzynostwem, były niezapomnianym przeżyciem – podobnie zresztą jak wrażenia z wędrówek po urokliwych i cienistych pagórkach, zwanych nieco na wyrost Górami Kocimi, wśród których leżało rodzinne gniazdo jego matki. Babkę swoją Gertrudę – osobę łagodną i wyrozumiałą – bardzo kochał i godzinami wysłuchiwał jej opowieści rodzinnych wygłaszanych w śląskim dialekcie polszczyzny, którym już mało kto mówił na Dolnym Śląsku.

    Na początku listopada Werner Szklorz otrzymał list od swojego kuzyna Wilhelma Przywary, który jako jedyny nie zerwał stosunków z tym „Polokiem”, jak pogardliwie nazywała tarnogórzanina cała reszta podwrocławskiej rodziny. W pisanym na kolanie świstku kuzyn Willy donosił ze smutkiem, że ich wspólna babka, osiemdziesięcioletnia Gertruda Przywara umarła otoczona przez rodzinę i że jej pogrzeb odbędzie się piętnastego listopada. Wiadomość ta trafiła do młodego Ślązaka kilka dni przed tym terminem. Było to możliwe tylko dlatego, że Willy, volkssturmista i weteran z amputowaną ręką, odmrożoną na froncie wschodnim, przyniósł list wprost do wartowni, która strzegła wejścia na teren budowy bunkrów. Ponadto wartownicy następnego dnia pozwolili mu nawet, o dziwo!, zamienić kilka słów z więźniem i bynajmniej nie zżymali się, kiedy kuzyni rozmawiali w języku zwanym tutaj lekceważąco Wasserpolnisch.

    O przepustkach na jakiekolwiek uroczystości rodzinne więźniowie mogli jedynie pomarzyć. Szklorz doskonale wiedział, że jeśli znajdzie się poza kolczastymi drutami obozu pracy, to jedynie w trumnie. Postanowił zatem swe ostatnie pożegnanie ograniczyć do modlitwy za duszę zmarłej. I właśnie wtedy kiedy mamrotał Requiem aeternam dona ei, Domine, przyszedł mu do głowy desperacki pomysł. Postanowił pójść z prośbą o przepustkę do samego Upiora.

    SS-Standartenführer nie dał poznać nawet mrugnięciem napuchniętych powiek, że poznaje młodego robotnika, ale Szklorz wiedział, jak mu przypomnieć o swoim istnieniu i o pewnych minionych zdarzeniach, które – o ile w ogóle było to możliwe – mogły nastawić kierownika do petenta nieco przychylniej niż do rojących się wszędzie wszy i pluskiew.

    Była tylko jedna droga, którą mógł się dostać do niewielkiego, lecz świetnie wyposażonego baraku mieszkalnego będącego kwaterą i biurem kierownika budowy – wydeptana ścieżka prowadząca od kuchni obozowej do dwóch wielkich, wydrążonych w ziemi wykopów. Tę dróżkę wydeptali kucharze obozowi, ponieważ wieczorami, po całym dniu pracy, wysypywali do wykopanych w ziemi dziur pod bunkry odpady kuchenne – głównie obierki po ziemniakach. Gdyby zboczyć nieco ze ścieżki i przejść pod dość wiotką drucianą siatką, można było się dostać do kwatery kierownika budowy – naturalnie, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, wypatrując wartowników i pod osłoną ciemności. Szklorz, który był ulubieńcem jednego z kucharzy, łatwo wystarał się o jednodniowe oddelegowanie do kuchni.

    Tego ponurego listopadowego dnia po kolacji, kiedy wynędzniali i wciąż głodni więźniowie już wylizali z menażek resztki wodnistej zupy, tymczasowy kuchcik udał się do „śmietnika” z dwoma wiadrami pełnymi ziemniaczanych resztek i kaszy tak zgniłej i śmierdzącej, że nie chciały jej ruszyć nawet obozowe psy. W połowie drogi zatrzymał się i zlustrował najbliższy teren. Do baraku Upiora było może dwadzieścia metrów. Pokonać tę drogę dałoby się szybko i niepostrzeżenie. Wartownicy przeczesywali reflektorem teren budowy bardzo rzadko, i to tylko nocną porą, nie zaś tuż po kolacji. Dużą część miasta, a zwłaszcza okolice dworca, w obawie przed nalotami całkowicie zaciemniono. Gdyby nie wątły poblask, ledwie padający właśnie z okna docelowego baraku, Werner nie trafiłby palcem do nosa.

    Zostawił wiadra na ścieżce i podbiegł do siatki. Była rzeczywiście wiotka. Uniósł ją lekko i przeczołgał się po mokrej, brudnej ziemi, pokrytej grubym dywanem liści nawiewanych z drzew pobliskiego przydworcowego parku Teichäcker .

    W ustach czuł smak cementu, kiedy zbliżył się do baraku kierownika i mocno zapukał. Wewnątrz ktoś się poruszył. Rozległ się stukot butów i skrzypienie desek podłogi. Zgodnie z rozkazami światło całkiem zgasło i spoza drzwi doszedł donośny głos.

    Wejść! Szklorz otworzył drzwi i przekroczył próg. – Herr Standartenführer, tu więzień Szklorz! – zawołał młodzieniec. – Przychodzę z podaniem o przepustkę. Prośba, którą krótko zaprezentował, była absurdalna. Więzień był tutaj na dnie hierarchii – poniżej obozowych psów. Jeśli już o coś mógł prosić, to tylko o odwszenie poza kolejnością albo o felczera – ale to ostatnie było już bardzo niemile widziane. Pozycja społeczna gościa, zestawiona z powodem, który go tu przygnał ze złamaniem wszystkich możliwych procedur, tworzyła mimo wszystko sytuację komiczną. Esesman przez chwilę milczał, a potem wybuchnął potężnym śmiechem.

    No właź, ty Wasserpolacke! – wykrztusił w końcu i podkręcił płomień lampy naftowej. – Tylko z daleka, abym się od twojego smrodu nie udusił! No, właź, bo zimno i muchy lecą!

    Zaśmiał się z własnego dowcipu i urwał nieoczekiwanie w momencie, gdy natężenie dźwięku zdawało się osiągać swój punkt kulminacyjny.

    Szklorz uznał, że został rozpoznany, sądząc po pogardliwym określeniu, jakim Niemcy obdarzali polskich Ślązaków. Mówił po niemiecku bez śladu akcentu, a zatem staruch musiał sobie przypomnieć jego charakterystyczne nazwisko, które go zresztą z niewiadomych przyczyn zawsze śmieszyło.

    Tak było i teraz. Wąskie szparki oczu esesmana błysnęły rozbawieniem i niechęcią. W świetle lampy naftowej pokrytą liszajami skórę twarzy przecinały pionowe bruzdy, jakby osobliwe zakładki, które zachodzą na siebie wzajemnie.

    Szklorz oderwał wzrok od oblicza Upiora. Nie mógł się też powstrzymać, by nie rozejrzeć się po wnętrzu. Przedmioty codziennego użytku były starannie poukładane. Na biurku leżały zwinięte kalki i rysunki techniczne. Obok nich w specjalnych bakelitowych uchwytach stały obsadki ze stalówkami i rysikami. Mały płotek ograniczał obszar, gdzie ustawiono pękate buteleczki tuszu i atramentu ze starannie naklejonymi kartonikami. Na nich znajdowały się maźnięcia, które wskazywały, jakiego koloru płyn wypełnia daną buteleczkę. Mimo wątłego światła Szklorz zauważył, że pojemniki zostały uporządkowane wedle barwy płynu – od najciemniejszego tuszu do najjaśniejszego atramentu.

    No! – ponaglił go Upiór. – Jaka przepustka? Gdzie się mianowicie szanowny pan wybiera? Do opery czy na koncert?

    Na pogrzeb, panie komendancie – odparł młodzieniec. – Umarła moja ukochana babka pod Wrocławiem. Proszę o przepustkę na jej pogrzeb. Piętnastego listopada. Jako gimnazjalista tuż przed maturą mam już zdolność honorową i daję słowo honoru, że wrócę do obozu tegoż piętnastego listopada najpóźniej do północy…

    SS-Standartenführer aż westchnął. Optymista usłyszałby w tym westchnieniu wesołość, pesymista – groźbę. Szklorz był prostodusznym optymistą. Sądził, że naturalność i proste wypowiedzi – bez kłamstw i wykrętów – więcej mogą zdziałać niż misterne intrygi. Czekając na reakcję gospodarza, wciągał zapach cygar oraz otwartej puszki z mielonym mięsem. Tylko ona nie pasowała do idealnego porządku panującego w domku. Miała ostre poszarpane brzegi, spomiędzy których wylewały się bryły mielonki, gęsto poprzetykane białymi pasmami tłuszczu.

    SS-Standartenführer wstał. Jego oblicze wykrzywił grymas, który znów można było interpretować dwojako – uśmiech lub narastający gniew. Szklorz był optymistą, ale na wszelki wypadek nie patrzył komendantowi w oczy. Nie ze strachu. Nie chciał, by uznano go za zuchwalca, który nie spuszcza wzroku z rozmówcy.

    Ty polska kanalio – wysyczał kierownik budowy. – Ty słowiański pomiocie! Ty masz czelność tu przychodzić?! Do mnie?! Do wysokiego oficera, przez samego Führera odznaczonego?! Masz czelność mnie niepokoić, kiedy słucham Beethovena?

    Dopiero teraz Szklorz zobaczył płytę kręcącą się z lekkim trzaskiem na patefonie.

    Przecież właśnie jej pan komendant wysłuchał – powiedział prostodusznie. – Już się skończyła i pan komendant jej nie słucha.

    Upiór zbliżył swą twarz do twarzy petenta. Ten miał wzrok wbity w czarny wąski krawat, w którym tkwiła odznaka NSDAP. Jego optymizm już się ulatniał.

    Won! – ryknął Niemiec. – Won, bo mi całkiem apartament zasmrodzisz!

    Ślązak uniósł wzrok – teraz patrzył odważnie i bez odrazy, choć łuszcząca się skóra była od jego oczu nie dalej niż kilka centymetrów.

    Chaim Lubartow… – powiedział powoli. – Pamięta pan, jak był u nas w kamieniołomach ten żydowski księgowy, osobisty księgowy samego komendanta Auschwitz? Pamięta pan, prawda? Rozmawiał z panem. Gestykulował. Tylko ja to widziałem. Spałem w kryjówce nieopodal. Odsypiałem straszliwy znój. Usłyszałem waszą kłótnię i widziałem wszystko, jak go pan zrzucił na sam dół wyrobiska. Własnoręcznie. Następnego dnia zawitał u nas sam komendant główny, sam Sturmbannführer Richard Baer. Był bardzo zły, że Lubartow nie żyje. Wściekał się, wrzeszczał. „Kto mi teraz wszystko policzy, gdy musimy opuszczać ten kraj? Jak to się stało? Jak to możliwe, że on sam spadł? Był zawsze taki ostrożny! Kto go strącił?” Pytał się nawet więźniów. Słyszałem to. Mogłem wystąpić przed szereg i wszystko powiedzieć. Nie zrobiłem tego. Byłem wobec pana lojalny. A mogłem jednym słowem poprawić swój los.

    Umilkł, a potem wykrztusił jednym tchem.

    Błagam pana, Herr Standartenführer! Wrócę do obozu. Daję słowo honoru.

    Upiór chwycił go za obozowy drelich i przyciągnął ku sobie.

    Ty jesteś lojalny wobec mnie? – zapytał lekko i swobodnie, prawie żartobliwie. Wzajemna lojalność jest cechą panów. Niewolnik może być lojalny tylko wobec niewolnika.

    Puścił Szklorza i podszedł do biurka. Otworzył szufladę i wyjął pistolet Luger. Wymierzył w przybysza.

    Pamiętaj o tym, jak zaraz będziesz umierał. Arystoteles pisał, że niewolnik nie posiada rozumu, jest tylko zwierzęciem w ludzkim ciele.

    Nacisnął spust. Iglica głucho stuknęła. Nacisnął po raz drugi. Żaden nabój nie opuścił komory. Była pusta. Chciał go tylko postraszyć.

    Szklorz rzucił się na Upiora i odepchnął go z całej siły. Stary człowiek się zatoczył i – aby złapać równowagę – oparł się na wirującej płycie. Igła patefonu zatrzeszczała i złamała się. Binokle esesmana trzasnęły pod drewnianym trepem napastnika. Staruch widział tylko jego dłoń, a w niej jego honorowy sztylet SS z napisem Meine Ehre heisst Treue. Sztylet, który przed chwilą sam był zbezcześcił, prując blachę puszki z mielonką.

    Szklorz zadawał ciosy na oślep. Sztylet ciął fałdy skóry na twarzy Upiora, wrzynał się w nozdrza, rozszczepiał mu uszy, ślizgał się po grdyce. Kiedy stary leżał na podłodze, zabójca ukląkł mu na piersi i z lekkim chrzęstem wraził ostrze pomiędzy szyję a obojczyk. Przez chwilę ciężko oddychał i czekał, aż ustaną agonalne drgawki.

    Potem wytarł swe zakrwawione dłonie o nieskazitelnie czystą koszulę trupa i usiadł przy biurku. Brudnymi pazurami wydzierał mielonkę z puszki, odrywał ją od ścianek, łykał całe grudy mięsa, nawet nie gryząc, rozcierał językiem po podniebieniu, wsysał jego soki. Potem westchnął, zgasił lampę i zapalił papierosa, którego znalazł w szufladzie.

    Godzinę później teren obozu opuścił wysoki szczupły mężczyzna w cywilnym płaszczu komendanta i w jego meloniku. Wartownicy rozpoznali strój i sylwetkę. Nie zaglądali mu w twarz. Ta fizys zawsze budziła w nich odrazę.

    Dziesięć godzin później, równo o szóstej rano, na terenie budowy pojawił się pojazd gąsienicowy z dźwigiem zdolnym unieść ładunek dwudziestotonowy. Na jego platformie spoczywał odlany z betonu mały bunkier z otworami strzelniczymi.

    Został on uniesiony przez potężne ramię dźwigu. Jego operator naprowadzał swój ładunek do dziury w ziemi o głębokości metra. Stojący nad jego krawędzią brygadzista pokazywał na migi miejsce, z którego będzie mógł opuścić bunkier i osadzić go w wykopie. W porannym półmroku nikt nie zauważył ciała w galowym mundurze SS, przykrytego warstwą liści i kuchennych śmieci.

    Nikt nie usłyszał, jak pod piętnastotonowym betonowym kolosem trzaskają stare kości.

    Oblicze SS-Standartenführera nie wzbudziło już na tym świecie niczyjej odrazy.

  • „Kłamstwo, inspiracja, manipulacja”. Felieton Piotra Niemczyka

     

    Właśnie do księgarń trafiły dwie bardzo (a może nawet jeszcze bardziej) godne zauważenia pozycje. Pierwsza to „Burzliwe czasy” Mario Vargas Llosy. A druga to „Mindf*ck” Christophera Wylie. Widziałem już po kilka, jeżeli nie kilkanaście recenzji obu książek, nie będę więc ich omawiał (no może oprócz tego, że Christopher Wylie przecenia znaczenie kreatywności i unikalności metod Cambridge Analityca – nie oni pierwsi i nie oni jedni). Chciałbym jednak wskazać na podobieństwa pomiędzy tymi dziełami. Oba są o tym jak namieszać ludziom w głowie i wykorzystać presję opinii publicznej. W jednym przypadku do obalenia rządu w demokratycznym państwie, a w drugim do wybrania prezydenta, który w uczciwej kampanii wyborczej najprawdopodobniej nie miałby szans.

    Mario Vargas Llosa, fot: Felix Clay/East News/Wydawnictwo Znak

    Mario Vargas Llosa przypomina jak CIA, na polecenie rządu inspirowanego przez opinię publiczną, ogłupioną kampanią medialną, przekupionej i zmanipulowanej przez United Fruit Company, liberalnej prasy, doprowadza do obalenia demokratycznego rządu Gwatemali. Tylko dlatego, że planowana przez władze reforma rolna była niezgodna z interesami plantatorów i eksporterów bananów. Z przyzwoitych demokratów, nie związanych z Moskwą i nawet nieznających założeń komunizmu, zrobiono radzieckich agentów, którzy planowali stworzyć radziecki przyczółek w Ameryce Środkowej.

    I wszystko to działo się na długo przed Internetem, a nawet wszechobecnością telewizji. Na początku lat 50-tych.

    To właśnie dlatego, że akcja książki peruwiańskiego noblisty dzieje się tak dawno temu, trudno mi przecenić znaczenie historii Christophera Wylie.

    Dezinformacja, manipulacja i inspiracja to narzędzie wykorzystywane w szpiegostwie od zawsze. Bez względu na to czy treści były przenoszone na tabliczkach zapisanych pismem klinowym, czy przez World Wide Web zwany „siecią”.

    Chyba najbardziej upartym demaskatorem dezinformacji i tych wszystkich innych sztuczek, jest Wladimir Volkoff, który napisał na ten temat kilka powieści, a pokusił się nawet na napisanie bardzo serio rozprawy pt. „Dezinformacja. Oręż wojny”. Niespecjalnie mu wyszło (może dlatego, że zbyt często powoływał się na Sun Tzu) i książka nie przebiła się do powszechnej świadomości. Ale powieści, w szczególności „Montaż”, to prawdziwe perełki w dziale „wciskanie kitu”.

    Zwykle przekonanie drugiej strony do czegoś wymaga starannego planowania i przemyślenia. Bardzo istotne jest wybranie odpowiedniej techniki manipulacji. Volkoff opisuje to w taki sposób: „Posługujemy się pięcioma różnymi technikami, pozwalającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. Po pierwsze, biała propaganda, polegająca po prostu na stałym powtarzaniu: <Jesteśmy od was lepsi>. Można to powtarzać milion razy. Dalej, czarna propaganda, do której trzeba mieć partnerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary, których on wcale nie żywi, a które nie będą się podobały temu trzeciemu, to dla niego gra się te komedię. Dalej, intoksykacja. Tu może być dwóch lub trzech partnerów. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji, ale zaaranżuję coś takiego, że pan mi je wykradnie. Wreszcie dezinformacja, pojęcie, którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym, czym strategia wobec taktyki.”1

    Chociaż, jak można znaleźć na stronach „Cmentarza w Pradze” (kolejne z najlepszych dzieł o dezinformacji) bywa, że okazja przekazania szkodliwego kłamstwa może pojawić się nagle. Wtedy zamiast umiejętności planowania ważniejszy jest refleks: „Po wkroczeniu do miasta generał każe zająć urząd telegraficzny i przeciąć druty. Idzie tam porucznik z kilkoma żołnierzami; na ich widok telegrafista bierze nogi za pas. Porucznik wchodzi do biura i czyta treść depeszy wysłanej przed chwilą do komendanta garnizonu w Trapani: <Dwa statki pod banderą Królestwa Sardynii wpłynęły do portu, wysiadają z nich ludzie>. Właśnie w tym momencie nadchodzi odpowiedź, którą natychmiast odczytuje jeden z ochotników, pracownik urzędu telegraficznego w Genui: <Ilu ludzi i dlaczego wysiadają?>. Nasz oficer każe mu odpowiedzieć: <Przepraszam, pomyliłem się, to dwa frachtowce z Girgenti z ładunkiem siarki>. Reakcja z Tarpani: <Dureń z pana>. Zadowolony porucznik przyjmuje to do wiadomości, każe poprzecinać druty i odchodzi.”2

    Umberto Eco, fot: smakksiazki.pl

    Oczywiście na takie zdarzenie jak z powieści Umberta Eco nie wolno liczyć. Natomiast przewidując, w jaki sposób chce się oszukać przeciwnika, warto pamiętać o jednej z kluczowych zasad. Aby odbiorcy nabrali się na kłamstwo, muszą wierzyć źródłu, z którego przyszło. A takie źródło trzeba hodować i konserwować już na długo wcześniej. Jak u Vincenta Severskiego: „Tajnym służbom przeciwnika nie możesz dostarczać zupełnie nowych informacji, bo w to nie uwierzą. To muszą być informacje, które już znają. (…)

    Schemat mógłby wyglądać tak (…). Wybierzemy jedną z gier operacyjnych, jakie prowadzimy na przykład z Włochami albo Hiszpanami. Mogą też być Węgrzy albo Duńczycy. To jeszcze ustalimy. W krajach arabskich i Afryce mamy kilku nielegałów, którzy pracują dla sekcji piątej pionu <S>, czyli inspiracja i dezinformacja. Musi to być kanał sprawdzony, wcześniej wykorzystywany, bez jakichkolwiek oznak wytarcia czy zużycia.”3 Pewnie warto wyjaśnić, że jeżeli dezinformacja ma być przeprowadzona nie z wykorzystaniem mediów, chociażby społecznościowych, to najczęściej za pośrednictwem gier operacyjnych. Czyli – w największym uproszczeniu – poprzez podrzucenie przeciwnikowi fałszywego agenta, albo z wykorzystaniem podwójnego agenta, o którym wiadomo, że pracuje dla drugiej strony, ale tamci mu wierzą.

    A jak tworzyć takie kanały o jakich napisał Severski? Odpowiada na to John Le Carre: „My też nieraz prowadziliśmy tę czy inną ich siatkę i powiem, może nieskromnie, że szło nam całkiem nieźle. Dawaliśmy im najlepsze, co mieliśmy. Teksty o rakietach, o planach wojennych. (…) Podrzucaliśmy im już nieprzydatnych nam agentów, dawaliśmy im porządne środki łączności, zabezpieczaliśmy linie kurierskie, dawaliśmy wolne częstotliwości, żeby potem było nam łatwiej ich słuchać. Taka jest cena za to, że wodzi się przeciwnika za nos… Jak ty to określałeś? <Żeby wiedzieć, co mówią komisarzom>.4 Bo taka siatka służy nie tylko przekazaniu kluczowej w pewnym momencie fałszywki. Pozwala wcześniej, w pewnym sensie, sterować informacjami, które oficerowie wywiadu przekazują przełożonym.

    Jason Matthews z kolei koncentruje się na przypadku podrzucenia rosyjskim służbom lipnej instrukcji dotyczącej metod łączności. Wymagało to stworzenia, na najwyższych szczeblach władzy w Waszyngtonie, swoistego teatru: „Oficjalne źródła amerykańskie starały się bagatelizować utratę podręcznika – niewiele z tego podano do publicznej wiadomości, ale jeden z <wysoko postawionych urzędników> określił incydent jako <wielki uszczerbek dla systemu bezpieczeństwa USA>. Zaraz też pojawiły się głosy w Kongresie i śledztwo w sprawie ustalenia odpowiedzialności za to, co się stało. Wahania i wzajemne oskarżenia stanowiły część ogólnego planu stworzenia zasłony dymnej dla Rosjan, którym to przedsięwzięciem zarządzał szef kontrwywiadu, Simon Benford. Miał on tylko jeden cel – utwierdzić Rosjan w przekonaniu, że dostali autentyczny podręcznik.”5 Dużo czasu, pracy i wysiłku musieli poświęcić oficerowie KGB aby ustalić, że opisywane sposoby łączności nie działają.

    www.unsplash.com/Tobias Tullius

    Zresztą jedną z metod manipulacji jest dyskredytowanie własnych instytucji i własnych metod. W oczach własnej opinii publicznej to pewnie szkodzi, ale to rekompensuje efekt przychodzący z zewnątrz: „Cała CIA czerpała przewrotną dumę z tego, że jedynie jej porażki były nagłaśniane w prasie. Szczególnie Zarządowi Operacyjnemu zależało na takiej właśnie społecznej ocenie, jaką nieustannie wystawiała im prasa.

    Potknięcia KGB nigdy nie zwracały podobnej uwagi. W ten tak często ukazywany negatywny obraz Firmy wierzyły nawet radzieckie agencje wywiadowcze. Mało komu przychodziło do głowy, że przecieki były celowe.”6 Tak przynajmniej wyjaśnia to Tom Clancy, który w pewnym sensie zaprzecza sam sobie, bo jego powieści są zwykle apoteozą sprawności i skuteczności wywiadu amerykańskiego.

    Bywa, że przekazana mediom ściema ma nie tyle wywołać jakiś efekt u przeciwnika, ile uratować własną skórę po jakimś poważnym błędzie.Gdy EFF ujawniła, że łódź podwodna NSA przechwytuje wiadomości przesyłane przez kabel ułożony na dnie, Strathmore z zimna krwią zaaranżował przeciek, jakoby łódź podwodna w rzeczywistości służyła do pozbywania się toksycznych odpadów. EFF i ekolodzy tracili czas i energię na dyskusję o tym, która wersja jest prawdziwa, aż wreszcie media miały tego dość i zajęły się nowymi tematami.7 Dan Brown w „Cyfrowej twierdzy” praktycznie antycypuje wszystko to, co zdarzyło się po ucieczce Edwarda Snowdena do Rosji. Co prawda fakt podsłuchiwania podwodnych kabli transatlantyckich nie był nigdy niczym nowym, to jednak pokazuje jak szybko można reagować na różne kłopotliwe sytuacje.

    Przy pomocy dezinformacji można nie tylko obalać rządy czy wybierać prezydentów. Można także wygrywać wojny. I to całkiem serio. Opisywana przez Kena Folleta w „Igle” operacja „Double Cross” miała miejsce naprawdę, chociaż w większym nawet stopniu polegała na wykorzystaniu odwróconych agentów niż tworzeniu fałszywych obozów wojskowych: „Na początku 1944 roku wywiad niemiecki zbierał dowody na istnienie potężnej grupy wojsk w południowo-wschodniej Anglii. Samoloty rozpoznawcze dostarczyły zdjęć baraków, lotnisk oraz eskadr okrętów wojennych w zatoce Wash. Zauważono generała Georga S. Pattona, ubranego w swoje charakterystyczne różowe bryczesy, który przechadzał się w towarzystwie białego buldoga; stwierdzono znacznie intensywniejszą działalność radiową i częstą wymianę meldunków między oddziałami. Szpiedzy niemieccy przebywający w Wielkiej Brytanii potwierdzali wszystkie te obserwacje.

    Oczywiście nie było żadnej armii. Okręty wojenne zbudowano z gumy i drewna, wojskowe baraki były tylko makietami; Patton nie miał pod swym dowództwem ani jednego żołnierza; meldunki nadawane przez radio były bez znaczenia; szpiedzy okazali się podwójnymi agentami.”8

    Nic dziwnego, że Vincent Severski, podsumowując różne narzędzia stosowane do rozstrzygania konfliktów dezinformację uważa za skuteczniejszą nawet niż głowice jądrowe: „Czas na cudowną broń. Nie jakąś tam amerykańską bombę neutronową czy SDI, ale na nieśmiertelne Protokoły Mędrców Syjonu, dezinformację i inspirację najwyższej jakości. To wciąż się sprawdza, lepiej nawet niż cały nasz arsenał atomowy.9

    I jak łatwo zauważyć, od wielu lat, wielu autorów powieści szpiegowskich, temat kłamstwa, inspiracji i manipulacji wyjaśnia swoim czytelnikom. Nie tylko Mario Vargas Llosa i Christopher Wylie.

    Piotr Niemczyk

    1 Vladimir Volkoff: „Montaż”; przekład Adam Zalewski; Klub Książki Katolickiej; Poznań 2005; str. 71;

    2 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 142;

    3 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 619;

    4 John Le Carre; „Szpieg”; przekład Jan Rybicki; Świat Książki; Warszawa 2011, str. 245;

    5 Jason Matthews, „Czerwona jaskółka”; przekład Krzysztof Puławski; Wydawnictwo Świat Książki; Warszawa 2014, str. 291;

    6 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 75;

    7 Dan Brown; „Cyfrowa twierdza”; przekład Piotr Amsterdamski; Wydawnictwo Sonia Draga, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2005, str. 85;

    8 Ken Follett; „Igła”; przekład Małgorzata Targowska-Grabińska; Wydawnictwo Czytelnik; Warszawa 1989, str. 5;

    9 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 618;

  • Miał być Kraków, jest cały świat

    Długo wyczekiwane literackie premiery, ponad 60 spotkań z polskimi i zagranicznymi autorami, strefy dedykowane dzieciom i młodzieży oraz książki tańsze nawet o 60% – bez kolejek i tłumów. Już w środę rozpoczną się Wirtualne Targi Książki Empiku. Jesienna odsłona e-wydarzenia potrwa aż 12 dni – od 14 do 25 października.

     Jeszcze więcej literackich wrażeń

    Tym razem w ramach targów będą funkcjonować trzy dodatkowe strefy: Przecinek i Kropka poświęcona literaturze dziecięcej, młodzieżowa #sieczyta oraz strefa Apostrof, stworzona dla miłośników literatury pięknej i reportażu. W każdej z nich znajdą się dziesiątki wirtualnych stanowisk wystawców z najciekawszymi tytułami i premierowymi książkami w ofercie. Uczestnicy targów mogą liczyć na rabaty sięgające do 60% oraz inne okazje cenowe oferowane przez poszczególne wydawnictwa. Ponadto będzie działać sekcja coraz bardziej popularnych książek cyfrowych, czyli e-booków i audiobooków.

     Autorzy najbardziej wyczekiwanych jesiennych premier

    Wojciech Mann, Magdalena Witkiewicz, Michał Nogaś, Rafał Pacześ, Wojciech Chmielarz, Radek Rak, Zyta Rudzka, Wioletta Grzegorzewska, Marek Krajewski, Jakub Szamałek, Wojciech Jagielski, Przemysław Staroń, Wojciech Drewniak, Elżbieta Cherezińska, Justyna Bednarek, Beata Pawlikowska, Agnieszka Maciąg, Chigozie Obioma, Regina Brett, Lisa Gardner, Nancy Springer, Beth Reekles czy Jeffrey Archer – to tylko niektórzy spośród literackich bohaterów drugiej edycji Wirtualnych Targów Książki Empiku. W ramach wydarzenia zaplanowano ponad 60 wydarzeń w tym wiele premierowych spotkań autorskich.

     Rozmowy online z pisarzami będą transmitowane z dwóch scen targowych na Facebooku i Instagramie Empiku. Podczas każdego wydarzenia będzie można na żywo komentować i zadawać pytania, dodatkowo w trakcie wybranych wywiadów pojawią się linki, które umożliwią zdobycie książki z autografem autora. Spotkania będą tłumaczone na język migowy.

     Spotkania z polskimi twórcami

    Wirtualne Targi Książki otworzy spotkanie z Wojciechem Chmielarzem, który opowie o swej najnowszej, pełnej akcji powieści sensacyjnej „Prosta sprawa” (Wydawnictwo Marginesy), napisanej w czasie lockdownu. Tym razem pisarz swą tajemniczą historię osadził w malowniczych Karkonoszach. W programie znalazły się także rozmowy z Zytą Rudzką, która po znakomitym debiucie powraca z powieścią „Tkanki miękkie” (Wydawnictwo W.A.B.), Wojciechem Miłoszewskim, autorem bestsellerowego „Kastora”, którego kontynuacja niebawem trafi w ręce czytelników (Wydawnictwo W.A.B.) czy Jakubem Szamałkiem, który odpowie na pytania fanów bestsellerowego cyklu „Ukryta sieć”, opisującego śledztwa charyzmatycznej dziennikarki Julity Wójcickiej. W dniu otwarcia Targów ukaże się trzecia, finałowa część serii – „Gdziekolwiek spojrzysz” (Wydawnictwo W.A.B.). Dla Rafała Paczesia wirtualne studio to naturalne środowisko. Jeden z najpopularniejszych polskich stand-up’erów, którego występy na platformie Youtube wyświetlono już ponad 50 milionów razy, tym razem zadebiutuje w nowej roli – w połowie miesiąca ukaże się jego wyczekiwana przez fanów powieść „Grube wióry” (Wydawnictwo Agora), z dystansem i humorem opisująca kondycję męskości w XXI wieku. Targi Empiku to także okazja do spotkań z laureatami tegorocznej nagrody literackiej Nike – Joanną Gierak-Onoszko (nagroda publiczności) i Radkiem Rakiem

    Zagraniczni pisarze w każdym domu

    Uczestnictwo w Wirtualnych Targach Książki potwierdzili także autorzy zagraniczni. Nigeryjski folklor przybliży Chigozie Obioma, autor „Orkiestry bezbronnych” (Wydawnictwo Albatros), która znalazła się na krótkiej liście powieści nominowanych do nagrody Bookera za 2019 rok. Z kolei Jeffrey Archer, którego tytuły do tej pory zostały wydane w 97 krajach świata opowie o nowym cyklu inspirowanym „Kroniką Cliftonów” – „Nic bez ryzyka” (Dom Wydawniczy Rebis). Wirtualne Targi Książki będą też okazją do zadania pytań jednej z najpopularniejszych pisarek motywacyjnych, Reginie Brett, która powraca z analizą trudnej relacji z matką w książce „Trudna miłość. Mama i ja” (Insignis).

    Młodzi czytelnicy w centrum uwagi

    Program Przecinek i Kropka od lat inspiruje rodziców, prezentując najlepszą literaturę dziecięcą. Podczas targów nie zabraknie więc spotkań autorskich dla najmłodszych. Wśród gości pojawi się autorka jednej z najpopularniejszych wśród dzieci serii o sympatycznych Skarpetkach – Justyna Bednarek. Okazją do spotkania będzie premiera książki „Zielone piórko Zbigniewa. Skarpetki kontratakują!” (Wydawnictwo Poradnia K) – kolejnej odsłony przygód odważnych i ciekawych świata tekstylnych bohaterów. Empik zaprosił także Nancy Springer, autorkę „Sprawy zaginionego markiza” (Wydawnictwo Poradnia K) – pierwszej części serii o Enoli Holmes, której filmowa adaptacja podbija serca widzów czołowej platformy streamingowej. Warto zwrócić także uwagę na spotkanie z Michałem Rusinkiem, twórcą ilustrowanej książki „Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych” (Wydawnictwo Znak) zdradzającej językowe tajemnice czy Martinem Widmarkiem, autorem pełnej humoru powieści „Nelly Rapp i kapitan Sinobrody” (Wydawnictwo Mamania).

     Branża wydawnicza w nowej rzeczywistości

    Nie da się ukryć, że pandemia wpłynęła także na cały rynek książki – wiosną i jesienią ukazuje się najwięcej premier. W tym roku nie wszystkie mogły się odbyć zgodnie z planem. Z myślą o branży wydawniczej Empik zaplanował również spotkania wokół najbardziej aktualnych tematów dla osób zawodowo związanych z książką – m.in. dyskusja Promocja książek w czasach zarazy czy webinar Refleksje o przywództwie jutra.

     Druga edycja Wirtualnych Targów Książki Empiku odbędzie się w dniach 14-25 października. Dokładny harmonogram spotkań i akcji towarzyszących jest dostępny na stronie: empik.com/wirtualne-targi-ksiazki. 

    Informacja prasowa organizatora

  • Chełmża – małe miasto z dużym potencjałem kryminalnym

    Ystad, Fjällbacka, Chełmża. Małe miasta, które w świadomości czytelników zasłynęły przez umieszczone w nich akcje kryminałów. Możemy wymieniać dalej, bo przecież Katarzyna Puzyńska osadziła akcje w fikcyjnej wsi Lipowo, położonej niedaleko realnej Brodnicy. Co daje mała miejscowość czego nie da duże miasto? Opowiada o tym Robert Małecki, który pchnął komisarza Bernarda Grossa do Chełmży nieopodal Torunia. Dlaczego właśnie tam? Czy mała powierzchnia nie ogranicza wyobraźni pisarza? Obejrzyjcie, posłuchajcie, zobaczcie, jak wygląda miasto Grossa.

  • Jaka ze strzelby nauka, czyli refleksje po recenzji

    Zanim przejdę do meritum, w kilku słowach skąd się to wszystko wzięło.

    Wojtek Chmielarz napisał felieton, w którym podniósł sprawę recenzowania książek polskich autorów przez innych pisarzy (klik). A właściwie swoistej zmowy milczenia, która nieoficjalnie zabrania pisarzom nawzajem krytykować swoich książek, bo to rzekomo nieeleganckie.  Ja w tej kwestii podzielam zdanie Wojtka – wzajemne odnoszenie się do swoich książek przez zawodowców, mam za potencjalne źródło refleksji nad tekstem, możliwość doskonalenia warsztatu i nade wszystko szansę na danie odporu marketingowcom według których – co oczywiste – każda książka to czysty, nieskalany geniusz i arcydzieło gatunku.
    Felieton Wojtka rozwinął się w polemikę. Odpowiedział na niego Piotr Borlik (klik), mający zgoła odmienne zdanie, a następnie ja, który się do argumentów Piotra odniosłem (klik). Zaproponowałem mu też wzajemne wyzwanie – zrecenzujmy swoje książki, Ty moją, ja Twoją. Ot tak, na próbę, merytorycznie i konkretnie. Z racji tego, że mnie przypadła powieść Piotra, która dopiero się ukaże, na moją recenzję przyjdzie Wam jeszcze poczekać, ale Piotr już wziął na warsztat mój „Szwindel”. Wypunktował go solidnie, a pod koniec tej złożonej, pełnej ciekawych spostrzeżeń recenzji zastanawia się co on by zrobił z taką recenzją jako autor. Czy by się odniósł publicznie?

    Ja uważam, że to kolejne tabu, które należy przełamać. Należy nauczyć autorów odnoszenia się do krytyki swoich dzieł. Stąd pozwalam sobie odpisać na recenzję Piotra.

    W pierwszej części recenzji Piotr dzieli swoją ocenę na opinię o warsztacie i o historii, bo to dwa czynniki, na które zwraca uwagę. Wyrażając opinię o tym pierwszym pisze o mojej sprawności stylistycznej, i o umiejętności posługiwania się słowem. Pisze, że widać po mnie doświadczenie, że książkę przeczytałby do końca nawet gdyby nie musiał i że właściwie sama się czyta. To miłe słowa i bardzo się cieszę, że padły – dziękuję, Piotrze!

    Dalej Borlik odnosi się do samej historii i jak sam zauważa, tu nie jest już tak kolorowo.

    Pierwszym i w zasadzie największym zarzutem jaki przedstawia, jest brak narastającego w książce napięcia. Piotr porównuje czytanie tej powieści do jazdy na tempomacie – wraz z komfortem jednostajności przychodzi znużenie. I cóż, nie mogę w tym miejscu zrobić niczego innego jak… zgodzić się z Piotrem. Rzeczywiście książka ma bardzo poważne braki w napięciu.

    Częściowo jest to autorskie założenie, ale sam po czasie widzę, że było ono niewłaściwe i wynikające nieco z asekuranctwa. Trzymałem się dwóch głównych założeń i pilnowałem, by w przedstawionych warunkach wybrzmiały możliwie wiarygodnie, a tym samym pozbawiłem się możliwości fabularnego podbijania bębenka.

    Tu warto zwrócić jeszcze uwagę na coś innego, co Piotr w swojej recenzji pominął – być może litościwie ;). Ja ten tempomat w pewnej chwili, pod sam koniec, zdejmuję. Wciśnięty do dechy gaz finału skonfundował niejednego odbiorcę i sprawił, że wiele osób miało wrażenie iż coś stało się za szybko. Zastanawiam się z perspektywy czasu, jakie byłoby moje podejście do tej książki, gdybym utrzymał owo jednostajne tempo konsekwentnie do ostatniej strony, czy to by coś zmieniło w odbiorze. Tego się już nie dowiemy, ale zaznaczam sobie wyraźnie, że tak, w tej książce częściowo świadomie, częściowo wynikiem asekuranctwa lub ulegnięcia magii tematu, napięcie wyregulowałem nieumiejętnie stawiając zainteresowaniu czytelnika bardzo wysoki próg wejścia. Plus mocno skrótowy finał.

    Z drugim dużym zarzutem – a tym samym szeregiem mniejszych – mam nieco większy problem. Oto bowiem Piotr w odniesieniu do „Szwindla” przywołuje strzelbę Czechowa czyli zabieg fabularny polegający na pilnowaniu, by elementy, które umieścisz na początku miały fabularny sens i swój finał. Pisze o tym, że jest to zabieg znany wszystkim autorom kryminału, a ja chętnie poszerzyłbym tę grupę o w zasadzie wszystkich świadomych swojego pisania autorów. Autor zwraca jednak uwagę, że w Szwindlu się do tej zasady nie stosuję. I tu… cóż, w zasadzie miałby rację w przynajmniej jednym przypadku, ale we wskazanych przykładach akurat, uważam, nie do końca trafia.

    Pisze bowiem: „Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.”

    www.unsplash.com/MILKOVÍ

    I tu, przyznaję, jestem szczerze zaskoczony. Jednym z najmocniej chwalonych do tej pory elementów w tej książce jest psychologia postaci uwięzionych w kłamstwie. Relacja trójkąta Anka-Bartek-Marta to wątek właśnie o braku zaufania, o próbie normalnego życia z oszustwem w tle. Bardzo duża część tej książki jest o relacjach międzyludzkich i to one są kluczem do obserwowania zależności między bohaterami. Czy to dobre podejście z mojej strony? Nie wiem, ale nie umiem się chyba zgodzić z zarzutem, że w tym wątku, którego głównym celem jest doprowadzenie Bartka do stanięcia w prawdzie, jakakolwiek strzelba nie wypala.

    Dalej Piotr zwraca uwagę na to, że mowa jest o dwóch skokach, których nie wprowadzam do fabuły szczegółowo, a jedynie pokazuję je w rozmowach i dialogach. Pytanie recenzenta brzmi: po co? I odpowiedź: to jest budowanie tła. Pokazanie, że konkretna grupa działa w konkretnej siatce. Że ten numer, w którym bierzemy udział jest jednym z wielu i że toczą się one nieustannie na zasadzie naczyń połączonych. Inaczej mówiąc, kładę zupełnie inne akcenty, inaczej rozkładam proporcje między budowaniem tła a główną linią fabularną. Mocno podbudowuję świat i szereg postaci epizodycznych jest tu potrzebnych. Tak jak ci podwykonawcy do zadań. Autor pyta po co. Odpowiedź brzmi, dla zachowania wiarygodności. Gdyby robili to sami, staliby się nadludźmi zdolnymi do każdego zadania. A to nie jest historia o nadludziach. Nie jestem też przekonany do stawiania znaku równości między książką kryminalną a książką akcji. To, mam wrażenie, bardzo mocne spłycenie gatunku. Tym samym nie umiem się zgodzić z rozpiską proporcji danego tytułu. Choć na pewno mocno go przemyślę, podobnie jak linię budowania napięcia. Myślę, że w którymś momencie mogę się do Ciebie zwrócić z koleżeńskim zapytaniem jak to działa w praktyce.

    Ale wracając w obu wskazanych przykładach nie widzę tych strzelb, które nie wypalają. To znaczy w pierwszym wątek mam za kompletny (co nie znaczy, że bez wad, żebyśmy mieli jasność. Mam wrażenie, że w kilku miejscach mógł nieco dosadniej wybrzmieć), w drugim to raczej doszukiwanie się strzelby w tle obrazka.

    Żeby jednak nie było wątpliwości. Jest w „Szwindlu” przynajmniej jedna strzelba Czechowa, która miała wypalić, ale całkowicie ją położyłem. To postać „faceta z Glockiem”. Bezimiennego typa, który dostaje zadanie wytropienia kręgu. Widzimy jego, to bardzo ciekawa postać, a potem nam znika i działają już tylko jego ludzie. To jest strzelba, której nie użyłem i której obecność, takiej naładowanej, bardzo mnie uwiera.

    Gdybym miał wskazać na coś jeszcze, w kontekście rzeczonych strzelb, to trochę za mało jest tam zahaczek pod finał. Za mało wskazówek do czego to wszystko może prowadzić. Jakbym za mocno trzymał z bohaterem, żeby numer na pewno mu się udał, a za mało czytelnikiem. No cóż, mimo lat doświadczenia, „a rookie mistake”. Postaram się nie powtórzyć.

    Jeszcze jedna taka refleksja mi się nasunęła w kontekście recenzji Piotra, dość interesująca. W pewnej chwili w zasadzie krok po kroku dostajemy sugestię recenzenta jak on by taką książkę napisał. Na wielu poziomach. Od proporcji, przez rozłożenie akcentów, przez skupienie się na wątku głównym etc. Od pewnego momentu trudno mi się było odnieść do poruszonych kwestii, bo bardziej niż zarzutami do książki były deklaracjami, że autor zrobiłby to inaczej. I nie wiem czy taki był zamiar Piotra, ale doprowadził do tego, że… chętnie bym takie coś przeczytał. W sensie nie „Szwindel” w jego wersji, a caper story, historię złodziejską, widzianą jego oczami. To mogłoby się nawet sprawdzić, choć oczywiście dając zupełnie inną książkę! I nie odbierzcie tego, proszę, jak „jak taki cwany jesteś, to sam napisz lepszą”. Po prostu w pewnym momencie recenzja Piotra obudziła we mnie fana gatunku, który coś by w temacie poczytał, a nie tylko popisał.

    Dwie rzeczy mnie natomiast w recenzji zabolały. Pierwsza to sugestia, że moi bohaterowie są do siebie podobni (bo, że mętlik imion i możliwość pogubienia się, jasne. Wiele osób zarzucało) bo mocno stawiałem tu na psychologię postaci uwięzionych w takim życiu i mam wrażenie, że to się akurat udało. Widać, że nie jest to tak oczywiste.

    Druga to pozytywne w założeniu zdanie, że książka nadaje się do wyzwań czytelniczych typu „52 książki w roku”. Ale to osobista niechęć do tego akurat wyzwania, które mam za szkodliwe 😉

    Tyle ode mnie. Chciałbym ci jeszcze raz, Piotrze, podziękować za tę recenzję. Dziękuję za merytoryczność i skrupulatne podejście do tematu. I za pomoc, bo taka recenzja to pomoc. Cieszę się, że się zdecydowałeś na tę zabawę i parafrazując jeden z ostatnich polskich filmowych przebojów: cokolwiek będą o Tobie mówili na mieście, zyskałeś właśnie sporo mojego szacunku.

    Jakub Ćwiek

  • Strzelba Ćwiekowa, czyli o kilka słów za dużo o „Szwindlu”

    Wyzwany do pojedynku przez Jakuba Ćwieka, by krzyżowo zaopiniować swoje książki bez słodzenia i głaskania się po główkach, ale i bez niepotrzebnych złośliwości, sięgnąłem po „Szwindel”, czyli pierwszą przygodę Jakuba z literaturą kryminalną.

    Gdy czytam książki, skupiam się na dwóch głównych aspektach: warsztacie i historii. Ten pierwszy ma dla mnie większe znaczenie – jestem w stanie przełknąć naciąganą fabułę, niewielkie błędy logiczne czy pogubione wątki, pod warunkiem, że książka jest napisana dobrym językiem. Gdy natknę się na coś, co mi nie pasuje, robię krótką przerwę i wyobrażam sobie, jak inaczej można było pociągnąć dany wątek lub wytłumaczyć taką, a nie inną decyzję bohatera, po czym wracam do lektury. W drugą stronę niestety tak to nie działa, dlatego często zdarza mi się odłożyć książkę, nawet gdy ta ma niebanalny pomysł. Zwyczajnie nie potrafię przebić się przez kolejne rozdziały, choć interesuje mnie, jakie będzie rozwiązanie. Zdaję sobie sprawę, że tym samym sporo tracę, ale nic już na to nie poradzę.

    Szwindlu” nie odłożyłbym na półkę, nawet gdybym czytał go bez dodatkowej motywacji w postaci wyzwania. Po Jakubie widać bowiem, że ma już na koncie wiele książek i krótko mówiąc: potrafi pisać. Ta powieść jest idealnym wyborem dla wszystkich uczestników wyzwań pokroju „Przeczytam 52 książki w roku”. „Szwindel” bowiem czyta się sam. Jako autor bardzo doceniam trud włożony w proces twórczy, by uzyskać taki efekt. Z doświadczenia wiem, że by ktoś mógł czytać łatwo, ktoś inny musi włożyć sporo wysiłku, by zdania miały odpowiednie długości, a tekst swoją melodię. Tu wychodzi doświadczenie Jakuba i dobra redakcja. Oczywiście nie należy stawiać znaku równości pomiędzy faktem, że książkę szybko się czyta i jest dobra, gdy jednak mówimy o literaturze, która przede wszystkim ma nam dostarczyć rozrywki, a za taką uważam „Szwindel”, to niewątpliwie jest to bardzo ważny aspekt. Żeby było zabawniej, przerwałem lekturę książki „Dunkel” imiennika Ćwieka, którą ten poleca z okładki, a którą to zdecydowanie nie czyta się szybko, ale to oczywiście zupełnie inny rodzaj literatury. Nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny.

    Przechodząc do historii przedstawionej w „Szwindlu”, to niestety nie jest już tu tak kolorowo. Pierwsze strony połyka się jak ryba przedstawiona na okładce książki, potem jednak coś zaczyna zgrzytać, a w zasadzie to czegoś zaczyna brakować. Tym czymś jest napięcie. Zazwyczaj w kryminałach wywołuje je pytanie „kto zabił?”. Tu nie ma trupa, ale historia dawała możliwość budowania napięcia, podsycania ciekawości czytelnika, który zachodzi w głowę, o jaki „szwindel” chodzi? Jakub jednak nie skorzystał z tych możliwości.

    W wywiadach często podkreślam, że podczas planowania fabuły na własne potrzeby rysuję krzywą napięcia, w przypadku „Szwindlu” musiałbym narysować poziomą linię, no może na samym początku coś tam by się zadziało, ale szybko linia by się wypłaszczyła. Tu tempo cały jest takie samo. Nie ma przyspieszeń, nie ma nagłych zwrotów akcji, nie ma chwili na wytchnienie i przemyślenia. Porównując to do jazdy samochodem, ma się wrażenie, że jedzie się pustą autostradą z włączonym tempomatem. Niby fajnie, niby komfortowo, ale ile można?

    www.unsplash.com/Markus Winkler

    Długo zastanawiałem się, skąd naszły mnie takie refleksje. Najpierw sądziłem, że to nie moje klimaty, że brakuje przysłowiowego trupa i policjantów depczących mordercy po piętach, to jednak byłoby zbyt proste wytłumaczenie. Na samym początku bowiem wszystko odbywa się prawidłowo: poznajemy głównego bohatera, równolegle poznajemy „czarne charaktery”, by po jakimś czasie ich losy się skrzyżowały. Do tego momentu wszystko grało. Fajna scena w kawiarni, bardzo fajne wyprowadzenie w pole czytelnika, który był przekonany, że ofiara oszustwa to bardzo zła osoba, do tego fajny język pozwalający przenieść się do kawiarni, w której działa się akcja. Jako czytelnik oczekiwałem, że zaraz zaczną się przygotowania do tytułowego „Szwindlu”, jednak zamiast tego poznałem kolejne „czarne charaktery”, potem jeszcze jedne i jeszcze jedne, a potem jeszcze czarniejsze, ale ich imion nawet nie będę próbował sobie przypomnieć. W pewnym momencie myliły mi się Kaśki, Gośki, Aśki, Grześki, Bartki, Mikołaje… Za dużo zbyt podobnych do siebie osób. Pomyślałem sobie nawet: „Osz Ty, Jakubie, chcesz mnie wywieść w pole, skoro od początku wiadomo, że złodzieje nie używają prawdziwych tożsamości, to pewnie na końcu się okaże, że Kaśka to Aśka, albo Gośka, albo Marzena”. Niestety tak się nie stało. Co gorsza, uważam, że nie było potrzeby wprowadzania tylu złodziei, wszak w końcowym szwindlu ich rola była marginalna, by nie powiedzieć – niepotrzebna. Próbując znaleźć racjonalne wytłumaczenie, dlaczego bohaterowie są do siebie aż tak podobni, pomyślałem, że może taki był zamysł autora, że może chciał pokazać, jak złodziej nie wyróżnia się niczym w tłumie, że w ten sposób staje się niewidzialny, ale nie wiem, czy to nie będzie nadinterpretacja.

    Nie to jednak było najgorsze. Jako czytelnik oczekiwałem etapu planowania „Szwindlu”, małych i większych problemów, stopniowego wdrażania czytelnika w plan, podczas gdy otrzymałem opis kolejnego mini-zadania, które nie miało nic wspólnego z fabułą.

    Każdy autor kryminału zna zjawisko strzelby Czechowa (dla przypomnienia przytoczę: „Jeśli w pierwszym akcie powiesiłeś strzelbę na ścianie, to w kolejnym musi wystrzelić. W przeciwnym razie nie umieszczaj jej tam”). W przypadku „Szwindlu” nic takiego nie zachodzi, a okazji było co najmniej kilka. Skoro autor poświęca czas, by przedstawić pierwszą ofiarę szwindlu, a potem na kolejnych stronach opisuje jego rozmowę z policją to fajnie, jeśli później odegra jakąś rolę. Swoją drogą, nie rozumiem, skąd wywody o nazwisku Pychel, naprawdę ktoś słysząc takie nazwisko, pyta się o jego pochodzenie? Coś podobnego zauważyłem u Kasi Puzyńskiej, gdy w „Więcej czerwieni” jeden z policjantów co rusz podkreślał, że nie jest spokrewniony ze Zbigniewem Cybulskim. Serio, ktoś poznając Cybulskiego, pomyślałby, że to rodzina aktora? Czy wszystkich Kowalskich pytają, czy są spokrewnieni z popularną wokalistką? Nie traktuję tego jako błąd, bardziej zastanawiam się, czemu służą takie wstawki.

    Idąc dalej w poszukiwaniu strzelby Czechowa, jesteśmy świadkami kolejnego mini-szwindlu. Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.

    Szukamy dalej. Dowiadujemy się o planowanym przekręcie w Gdańsku (poznajemy całe tło) oraz w Zakopanem (znamy tylko wstępny zarys). Co chwilę czytamy, że ten jedzie tu, a tamten tam. W międzyczasie jedna z dziewczyn ma jechać pociągiem do Gdańska, gdzie ma kogoś namierzyć. Niestety, ani nie trafiamy z nią do pociągu, ani nie mamy pojęcia, co się stało w Gdańsku i Zakopanem. Tyle gadania tylko po to, żeby autor dał nam znać, że wszystko się udało. Powtórzę: po co? Skoro już autor zdecydował się pisać o dwóch kolejnych akcjach, to niech one mają przełożenie na fabułę!

    Dochodzimy do największego problemu „Szwindlu”: proporcji. Nie jestem ekspertem, ale sam planując fabułę, widziałbym to mniej więcej tak:

    20% na poznanie bohaterów, jakiś przykładowy szwindel, żeby poczuć klimat (ten z pierwszego rozdziału pasuje idealnie)

    20% zarys głównego szwindlu, poznanie się bohaterów

    50% przygotowania do szwindlu, różne kłopoty, improwizacja, bo coś poszło źle, akcja, akcja, akcja

    10% rozwiązanie

    U Jakuba mam wrażenie, że poznanie bohaterów i ich mini-zadań stanowi jakieś 80% całości. Ze szwindlu właściwego jedynie podobało mi się nawiązanie relacji Mikołaja (Nikodema) z Zygmuntem. Reszta była dziwnie przesadzona, zupełnie nie potrafiłem się wczuć w akcję. No bo jak mam się w coś wczuć, skoro nagle autor zaserwował mi dwutygodniowy przeskok i wszystko jest już gotowe? Żeby było zabawniej, poznałem całe mnóstwo złodziei, ale ci zamiast działać samemu i tak większość zlecają podwykonawcom… Po co?! Chcę widzieć, jak urabiane są kolejne gwiazdy, jak ktoś węszy fortel i trzeba go dodatkowo przekonać i tak dalej, i tak dalej. Tu dostałem wszystko na tacy. Mam wrażenie, że gdyby Jakub napisał kiedyś grę komputerową, to fabuła wyglądałaby mniej więcej tak:

    Poznajemy głównego bohatera.

    Główny bohater dostaje poboczne zadanie: przynieść szamanowi sześć ziółek.

    Główny bohater dostaje kolejne poboczne zadanie: przynieść innemu szamanowi pięć wątrób wilków.

    Główny bohater dostaje kolejne poboczne zadanie, ale go nie wykonuje.

    Główny bohater walczy z końcowym bossem.

    To oczywiście żart, może niepotrzebny, ale w ten sposób chciałem nawiązać do mojego poprzedniego felietonu, który stał się przyczynkiem do powyższych wywodów na temat „Szwindlu”. Ja właśnie w ten sposób czytam książki, tak rozkładam je na części, tak sprawdzam, czy autor nie robi mnie w balona. Ktoś powie (a nawet dużo osób), że się czepiam. A jasne, że się czepiam. Zdaję sobie sprawę, że większość czytelników nic sobie nie robi z wytkniętych przeze mnie kwestii, dlatego cały czas się zastanawiam, czy w przypadku negatywnego odbioru książki autor powinien zabierać głos? Co to da? Ktoś uzna, że zazdroszczę Jakubowi pozycji na rynku (a pewnie, że zazdroszczę, ale w pozytywny sposób). Inny powie, że próbuję wybić się na konflikcie ze znanymi autorami (mam nadzieję, że tak nie jest, ale nigdy niczego nie wykluczam). Ktoś inny się ze mną zgodzi (piona!), a jeszcze inni oleją sprawę, bo nastukałem za dużo literek (ich raczej już tu nie ma). Normalnie nie opublikowałbym tego tekstu, opinię zachowałbym dla siebie, ewentualnie dla Jakuba, gdybyśmy kiedyś spotkali się na piwie. Gdybym sam dostał taką informację zwrotną od innego autora, to nie wiedziałbym, czy mam się teraz tłumaczyć ze wszystkich punktów? Czy mam odpowiedzieć na zaczepkę? Zignorować ją? Przy piwie byłoby łatwiej, ale przerzucanie się komentarzami w Internecie jest trochę komiczne.

    Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że nie przekroczyłem granic dobrego smaku. Jakub, czekam na kontratak, tylko pamiętaj, że jak mnie skrytykujesz, to będę wszystkim opowiadał, że jesteś małostkowy i mściwy. 😉

    Piotr Borlik