Kategoria: Aktualności

  • Podsłuchana rozmowa w pociągu inspiracją do napisania „Złego”?

    O „Złym” napisano już wiele, a jeszcze więcej powiedziano. Powoli kończy się rok Leopolda Tyrmanda, ale to nie znaczy, że ten pisarz zniknie z przestrzeni medialnej. Mam wrażenie, że zainteresowanie „Lolkiem” oraz jego twórczością wzrasta, do czego przyczynia się w dużym stopniu jego biograf, czyli Marcel Woźniak. Przed chwilą ukazała się jego najnowsza książka „Tyrmand. Pisarz o białych oczach”. Na tle katowickiego Spodka Marcel opowiada o tym, że pomysł na złego mógł narodzić się właśnie na Śląsku. Jak do tego doszło? Obejrzyjcie.

  • „Nie zdradzałem jeszcze tytułu nowej książki, ale teraz już mogę”. Jędrzej Pasierski z Wielkim Kalibrem

    Roztopy” Jędrzeja Pasierskiego zostały uhonorowane tegoroczną Nagrodą Wielkiego Kalibru, a nam udało się połączyć chwilę po internetowej gali. Autor zdradził jak świętuje ten gigantyczny sukces, opowiada też na co wyda część nagrody, ale przede wszystkim zdradza kilka szczegółów dotyczących swojej najnowszej książki, która ukaże się w styczniu. Tak, będzie Nina Warwiłow 🙂 Obejrzyjcie zapis naszej krótkiej rozmowy na żywo.

  • Co może prezydent? Felieton Piotra Niemczyka

    Wybory w Stanach Zjednoczonych rozgrzewają chyba do białości politycznie zaangażowanych Amerykanów i obserwatorów z całego świata, którzy szacują szanse w starciu pomiędzy realizmem a populizmem. Wśród tych najbardziej zainteresowanych są oczywiście funkcjonariusze służb specjalnych. W samych amerykańskich służbach odejście Trumpa będzie przyjęte z oddechem ulgi. Nieprzypadkowo w hrabstwie, w którym mieści się centrala CIA w Langley – Fairfax, Jo Biden wygrał 69,9 do 28% z Donaldem Trumpem. A w sąsiednim Arlington, gdzie również mieszka bardzo wielu ludzi wywiadu, te proporcje wyniosły nawet 81,5 do 17,2%.

    Zarówno FBI jak i CIA mają pewnie sporo kłopotów z jego wtrącaniem się w ich pracę i nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem informacji. CIA musi się zastanawiać czy przekazanie konkretnej informacji prezydentowi nie zaszkodzi bezpieczeństwu aktywów wywiadowczych. Tak było w przypadku między innymi z podanymi publicznie danymi z Syrii, które zresztą pochodziły nie ze źródeł własnych CIA, tylko od Mossadu. Podobnie było w przypadku ujawniania szczegółów z raportów służb dotyczących postępowań związanych z rosyjską ingerencją w wybory 2016 roku.

    Z kolei w FBI najwyższy niepokój muszą budzić informacje wychodzące w śledztwach dotyczących byłych doradców i sztabowców Trumpa, pokazujące ukrywanie przez nich lewych dochodów i bliskie kontakty z rosyjskimi oligarchami i przedstawicielami kremlowskiej administracji.

    W trakcie minionej kadencji Donalda Trumpa było trochę tak, jak przewidział Martin Zelenay (pseudonim oficera CIA polskiego pochodzenia), w książce wydanej na kilka lat przed wygraniem przez Trumpa wyborów:

    Powodem wielu kompromitujących Agencję afer było uwikłanie jej w nieodpowiedzialne działania polityków, realizujących swoje pokrętne cele w oparciu o własne wizje świata z pominięciem profesjonalnej wiedzy Agencji. W wyniku rozdmuchanych przez media skandali i ciągłego nawoływania do zwiększania kontroli nad jej działaniami CIA stała się w ciągu ostatnich lat polem niezliczonych manewrów politycznych, przynoszących jej wielorakie szkody. Od trudności w rekrutacji zdolnych absolwentów, poprzez ciągłe walki o budżet, aż po wprowadzanie w jej struktury ludzi z politycznego klucza, niemających pojęcia o specyfice tej instytucji i jej pracy.”1

    www.unsplash.com/History in HD

    Jeszcze bardziej dosłownie tę cechę amerykańskich polityków określił Robert Littell: „Nasi przywódcy uważają, że wiedzą wszystko lepiej od własnych analityków wywiadu. A nasi agenci w terenie boją się przekazać cokolwiek, co by nie zgadzało się ze z góry przyjętymi opiniami przywódców; oficerowie prowadzący, w obawie o dalszą karierę, nie przekazują wyżej tego, czego się od nas dowiadują.”2Można odnieść wrażenie, że w pierwszym z cytowanych zdań Littell (nie tylko pisarz, ale doświadczony korespondent amerykańskiej prasy m.in. w Moskwie) myślał wprost o Donaldzie Trumpie.

    A jaki realnie wpływ ma prezydent na funkcjonowanie amerykańskiego wywiadu? Oczywiście zależy to od jego osobowości i chęci wnikania w szczegóły szpiegowskiej kuchni. Jednak pomimo jego ogromnych uprawnień, relacjami prezydenta ze służbami rządzą pisane i niepisane zasady.

    Jedną z najważniejszych z nich jest to, że prezydent może podpisać akty ułaskawienia wobec funkcjonariuszy służb, jeżeli w trakcie działań, nawet drastycznie, naruszą prawo. „By zapewnić bezpieczeństwo członkom i członkiniom Kampusu na wypadek ujawnienia szczegółów ich działalności, prezydent Ryan podpisał w tajemnicy sto prezydenckich aktów ułaskawienia <in blanco> i przekazał je Hendleyowi.”3 To oczywiście bardzo dyskusyjne uprawnienie i raczej mało prawdopodobne, aby faktycznie wyglądało tak, jak opisał je Tom Clancy. Niemniej jednak podobnie mogły wyglądać dokumenty dotyczące konkretnych osób związanych z CIA, ułaskawionych chociażby przez Richarda Nixona i Geralda Forda za udział w aferze Watergate lub przez George’a HW Busha za sprawę nielegalnych dostaw broni do Iranu, tak zwaną: „Iran – Contras”.

    Oficjalnie nadzór nad służbami prezydent USA pełni za pośrednictwem Intelligence Community, kierowanej przez Dyrektora Wywiadu Narodowego. Z kolei w sytuacjach wymagających szybkich decyzji, bądź niezwłocznego przekazania informacji, znaczącą rolę odgrywa Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego.

    James Grady twierdzi jednak, że to wszystko bzdura, ponieważ faktyczną kontrolę nad służbami pełni supertajna komórka, w której nawet prezydent nie ma wiele do powiedzenia:

    Kontrola nad skomplikowanym i nieraz kłopotliwym aparatem amerykańskiego wywiadu powołuje do życia klasyczny dylemat: sed quis custodiet ipsos custodes – kto nadzoruje nadzorców? (…) Wtajemniczeni mówią o niej <grupa 54/12>, ponieważ została ona utworzona na podstawie tajnego zarządzenia, opatrzonego tym właśnie numerem. (…) Poza szczupłym gronem kierowniczych osobistości związanych z wywiadem prawie nikt nie wie o istnieniu tej grupy.

    Skład grupy 54/12 także się zmienia wraz ze zmianą ekipy rządzącej. Zazwyczaj zasiada w niej jednak dyrektor CIA, zastępca Sekretarza Stanu do spraw polityki zagranicznej oraz Sekretarz Obrony i jego zastępca. (…) Nadzór nad skomplikowaną machiną wywiadowczą Stanów Zjednoczonych stanowi nie lada problem dla tak nielicznej grupy osób, mimo że są to specjaliści. Największym problemem jest to, że Grupa w swojej pracy musi polegać wyłącznie na raportach tych, których ma nadzorować. Sytuacja ta częstokroć wywołuje rozdźwięki w gronie członków grupy 54/12.”4

    Istnienie takiej grupy należałoby włożyć raczej pomiędzy teorie spiskowe, chociaż jej opis częściowo pasuje do struktury i zadań Wspólnoty Wywiadowczej (Intelligence Community), tyle że wspólnota ma cele i zadania bardziej koordynujące, a nie kontrolne. Praworządności pilnują z kolei powołani w strukturach służb inspektorzy generalni.

    Niewątpliwie najważniejszym uprawnieniem prezydenta jest dostęp do informacji wywiadowczej. Zaczyna się on zresztą jeszcze przed objęciem funkcji, przez któregoś z głównych kandydatów: „Zgodnie z dobrym obyczajem Agencji główni kandydaci do fotela prezydenckiego informowani są o bieżących wydarzeniach.”5

    Zarazem jest jednak równoległy, niepisany katalog spraw, o których prezydent nie powinien wiedzieć, żeby nie narażać niepotrzebnie nie tylko źródeł informacji wywiadowczych, ale także polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Zwraca na to uwagę Tom Clancy:

    – Powiemy o tym prezydentowi? – Zapytał Jack.

    – Nie. I to jego decyzja, a nie nasza. Jakiś czas temu powiedział nam, że nie interesują go szczegóły tajnych operacji, lecz ich wyniki. Za dużo mówi – jak większość polityków, ale jest na tyle inteligentny, by zdawać sobie z tego sprawę. Zdarzało nam się już tracić agentów, bo prezydenci nie umieli trzymać języka za zębami, by nie wspomnieć o niektórych członkach Kongresu.6

    Trochę się z tym nie zgadza Martin Zelenay, który podkreśla, że nawet jeżeli wywiad występuje o akceptację jakichś działań, to nawet jeżeli Biały Dom nie będzie chciał się mieszać w podejmowanie decyzji, musi się liczyć z konsekwencjami. „Czasami zazdroszczę Jasonowi, że nie musi przedstawiać swoich planów tym na górze. Słuchają, zastanawiają się, rozważają polityczne konsekwencje, a na końcu i tak mówią: <<To pańska decyzja, dyrektorze>>.

    – Ale jak coś pójdzie nie tak – powiedział Malcolm – to mu urwą łeb.”7

    Co prawda prezydenci USA nie mają zwyczaju osobistego urywania głów komukolwiek, ale faktycznie mogą skutecznie zniszczyć czyjąś karierę. Mogą także zrujnowaną karierę odbudować. Tak jak w przypadku Giny Haspel, która po tym jak kierowała jednym z tajnych więzień CIA w Tajlandii, została odsunięta na boczny tor, ale Donald Trump mianował ją najpierw zastępcą dyrektora, a następnie Dyrektorem CIA w 2018 roku.

    Biały Dom, fot: www.unsplash.com/David Everett Strickler

    Podsumowując prezydent Stanów Zjednoczonych nadzoruje służby poprzez celowo do tego powołane struktury, zapewniając ich agentom bezpieczeństwo, w przypadku złamania prawa w trakcie działań, podejmując decyzje personalne, a także oceniając jakość otrzymywanych informacji. Czy to jednak daje rzeczywistą kontrolę nad służbami? Robert Littell upiera się, że jednak nie: „Służby wywiadowcze mają fatalną skazę. Same ustalają swoje zadania, określają zagrożenia, a następnie próbują je zneutralizować. Zagrożenia, których się nie określa, przedostają się przez sito i nagle pojawiają jako prawdziwe katastrofy, a wtedy ci, którzy nie należą do środowiska wywiadowczego zaczynają ujadać, jak to przesypiamy sprawę. Nie przesypiamy. Po prostu inaczej określamy zagrożenia.

    – Powiadają, że wielbłąd to koń zaprojektowany większością głosów. (…) Moim zdaniem CIA jest agencją wywiadowczą zaprojektowaną w ten sam sposób.”8

    Dosyć mętne tłumaczenie Littella o przyczynach wpadek CIA, chociaż stawia agencję w raczej niekorzystnym świetle, pokazuje jednocześnie siłę amerykańskich instytucji. Bez względu na osobowość Prezydenta, który być może chciałby kierować samodzielnie służbami lub za pośrednictwem wstawionych, całkowicie zależnych od niego osób, przy takim modelu działania wydaje się niemożliwe.

    Żeby upodobnić służby amerykańskie do ich odpowiedników w państwach totalitarnych potrzeba dużo, dużo więcej czasu niż czteroletnia kadencja. A konieczne byłoby także złamanie oporu senackiej i izby reprezentantów komisji ds. wywiadu.

    Piotr Niemczyk

    1 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str. 58;

    2 Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 721;

    3 Tom Clancy, Mark Greaney; „Zwierzchnik”; przekład Jan Dzierzgowski, Wojciech Górnaś, Antoni Górny, Krzysztof Heymer; Fabryka Sensacji; Warszawa 2014, str. 127;

    4 James Grady; ”Sześć dni Kondora”, przekład Stefan Wilkosz; Wydawnictwo Amber; Warszawa 1994, str. 62

    5 Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 388;

    6 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 138;

    7 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str. 76;

    8 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 151;

  • „Mój osobisty covid”. Krzysztof Zajas o przechodzeniu koronawirusa

    Zaczęło się jak w dreszczowcu – od nocnych dreszczy. Do niedzieli wieczór żyłem w przekonaniu, że ta epidemia istnieje tylko w mediach, czyli daleko i nie całkiem realnie. Że mnie osobiście nie dotyczy. W poniedziałek rano miałem 38 stopni i dreszczy ciąg dalszy, i już wiedziałem, że dotyczy. Było mi na przemian zimno i gorąco, straciłem cały zapach i połowę smaku, a do toalety i z powrotem wlokłem się jak na Babią Górę po zimowej przerwie. Zajęcia odwołałem i przez zamglone gorączką oczy zacząłem szukać po internecie, co właściwie mam dalej robić.

    Intuicyjnie chciałem za wszelką cenę uniknąć szpitala. Testy musiałem jednak wykonać, więc we wtorek rano, nafaszerowany paracetamolem i groprinosinem (polecam!) wybrałem się do Szpitala Uniwersyteckiego UJ w Prokocimiu, gdzie liczyłem na nieco mniejszą liczbę chętnych. Przeliczyłem się. Pięć stopni, wiatr i deszcz, a ja stoję na chodniku pod gołym niebem, w kolejce ludzi podobnie jak ja zarażonych, kaszlących i z gorączką. Za rejestrację robiło coś w rozmiarze szaletu miejskiego, stojące na trawniku przed wejściem. Po godzinie naszego marznięcia wyszedł stamtąd człowiek i oświadczył, że zaraz zamyka, a w ogóle dla tych, co prywatnie, punkt przyjęć jest po drugiej stronie. Sporą grupą udaliśmy się więc na rzeczoną drugą stronę i znowu staliśmy na wolnym powietrzu, czekając na przyjęcie. Ponieważ pora otwarcia dawno minęła, a tu nic, ktoś nieco przytomniejszy poszedł spytać, co jest grane. Usłyszał, że „system się nie uruchomił” i nie wiadomo, czy dzisiaj w ogóle będą przyjmować. Przemoczony i zmarznięty wróciłem do domu rozmyślając po drodze, co to znaczy, że system próbował się uruchomić sam i dlaczego nikt mu w tym nie pomógł.

    W domu zastałem rozgorączkowaną żonę, więc w przeciwieństwie do szpitalnego systemu nie byłem już sam i mogliśmy sobie chorować razem. Dwa dni później dołączyły córki. Na szczęście przeszły covida szybko i dosyć łagodnie. A co z nami. Szpital odpada, ale coś trzeba było robić. Zadzwoniliśmy do naszej lokalnej przychodni w Grobianach (moich domowych Mogilanach) i umówiliśmy się na następny dzień na konsultacje. Lekarz w środę zadzwonił zgodnie z umową i bardzo uprzejmie a zarazem fachowo odpytał nas z objawów, po czym nakazał koniecznie testy i obiecał zadzwonić za dwa dni. Mnie już dreszcze trochę odpuściły, ale gorączka się jeszcze utrzymywała. Żona nieco gorzej.

    Z objawami jest bardzo różnie, ale dominuje ból. Obojgu nam głowy pękały, a końskie dawki paracetamolu z kofeiną działały ledwo ledwo. Do tego okropny ból w krzyżu, żonie znany doskonale od lat, mnie w ogóle. Po raz pierwszy w życiu miałem momenty, kiedy nie mogłem ani leżeć, ani siedzieć, ani chodzić. A jeśli tak, to co właściwie mam robić? Beata całymi dniami leżała na łóżku, kompletnie osłabiona.

    No i kaszel, podstępny gracz. Kładziesz się, w plecach łupie jak nieusunięty odłamek granatu, za oknem ciemność, spać nie możesz, więc patrzysz w sufit i myślisz. Niby przeziębienie, a jednak coś więcej. Znacznie więcej. Rano z większą pilnością śledzisz dane o zarażonych i zmarłych, badając tendencję. Rośnie. Jeszcze sobie powtarzasz, że nie, ciebie to dotyczy tylko w niewielkim stopniu, coraz mniej jednak sobie wierzysz. No dobrze, ale jeśli dotyczy, to co? Do cholery, CO? Wierzcie lub nie, ale jedną z moich pierwszych myśli było, że nie zdążyłem napisać trzeciego tomu trylogii pomorskiej i czytelnicy mi nie darują. Na pogrzeb nie przyjdą, nawet oklapłego tulipana na świeży grób nie rzucą. Cofną polubienia strony. Nie, kurde, zaraz po ozdrowieniu zabieram się do pisania. Tak myślałem przed świtem, gdy trupia flegma podchodziła mi pod gardło, a ja nie mogłem odkaszlnąć. Teraz to jest może trochę śmieszne, śmiechem próbuję oswoić tamte lęki, ale dwa tygodnie temu moje poczucie humoru pukało w dno od spodu.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Testy szczęśliwie zrobiliśmy w Gdowie, po zaledwie trzech godzinach stania, ale już nie na deszczu, tylko w słońcu, co od razu poprawiło nastrój pokasłującym kolejkowiczom. Załapaliśmy się z żoną w ostatniej piątce, tuż przed zamknięciem. Pozostało czekać na wyniki. Otrzymaliśmy je w niedzielę – oba pozytywne. Może głupio zabrzmi, ale w jakimś sensie ulżyło. Przynajmniej wiadomo, na czym stoimy. Lekarz również się ucieszył i hojną ręką sypnął nam izolację domową do końca miesiąca. Łącznie trzy tygodnie. Rzutem na taśmę kupiłem pieczywo i jarzyny, po czym zamknęliśmy się w domu. Zostaliśmy zamknięci. Zamknęło nas.

    Oglądasz świat przez szybę, dosłownie i metaforycznie. Wszystko jest tam, a ty tu. Może inni potrafią sobie takie zamknięcie zrekompensować internetem czy telewizją, ale ja nie. Muszę na łąki, do lasu, w ostateczności drogą do miasta i z powrotem. Żeby poczuć ruch, bo ruch to życie, a bezruch to śmierć. Chory, obolały i unieruchomiony leżysz i myślisz o śmierci. Nie żeby jakoś strasznie, ale trochę, niewiele, przy okazji czytania, gadania, grania na kompie. Myślisz. Jest w tym myśleniu coś z rachunku za życie, coś z niepewności i poczucia winy wobec bliskich, a coś z czekania. Przyszło mi do głowy, że podobnie muszą umierać starcy – że to jest takie czekanie.

    Czekaliśmy też bardziej konkretnie, na pogorszenie stanu. Przyszło pod koniec pierwszego tygodnia u żony, która zaczęła się dusić. Jakby ktoś nagle przyciemnił światło. Ona kaszle i dyszy z wybałuszonymi oczyma, a mnie rusza w obolałej głowie kaskada obrazów: nerwowy telefon, czekanie na karetkę, która przyjeżdża po zbyt długim czasie, bo nie wyrabiają, godziny na trawniku przed szpitalem, bo SOR zapchany, szukanie kogoś, kto ją podepnie do respiratora… Nie wiem, czy wiecie, jak to w praktyce wygląda. Otóż nacina się krtań, wpycha rurę i pilnuje, żeby przerażona pacjentka tego nie wyrwała. Od samej wyobraźni znowu mi się pogorszyło. Żona zachowała rozsądek i mimo wieczornej pory zadzwoniła do naszej grobiańskiej przychodni. Lekarz na całodobowym dyżurze natychmiast przepisał sterydy, wysłał e-receptę, którą szwagier zdążył wykupić tuż przed zamknięciem apteki, i żona wzięła na noc końską dawkę. Rano poprawiła i brała jeszcze przez trzy dni. Uff, pomogło. Ktoś znowu rozjaśnił trochę światło. Nie wiem dokładnie kto, ale z pewnością duży w tym udział miała nasza grobiańska przychodnia „Serce sercu”, która w tym okropnym czasie pilotowała nasze chorowanie z wielką starannością i profesjonalizmem. Niniejszym przyznaję jej tu OGROMNE SERDUCHO. Drugie wielkie serducho dla przyjaciół i sąsiadów, którzy oferowali się z pomocą i chętnie ją realizowali. Dobrze, że jesteście!

    Tak, miałem okazję sprawdzić w realu. To naprawdę tak wygląda. Z tej strony przyjaciele, rodzina, służba zdrowia, wykonująca tytaniczną robotę w czasie pandemii. Z tamtej – katastrofalny stan techniczny i organizacyjny polskiego lecznictwa, wynikający wyłącznie z indolencji lub złej woli władz. Żeby przez pół roku nie przygotować nawet szpitali polowych na drugą falę pandemii? Nie mówiąc o zwiększeniu punktów testowych, liczby anestezjologów, niezbędnych do obsługi respiratora, zespołów ratunkowych do karetek… Nie wiem, czy ci rządowi ignoranci przypuszczali, że pandemia już nie przyjdzie? Że nas akurat ominie, bo ksiądz Rydzyk klepie zdrowaśki w radiu? Chciałbym myśleć, że to tylko ich głupota i krótkowzroczność, ale obawiam się znacznie gorszych rzeczy. W każdym razie mnie ich pandemiczne wykręty nie biorą. A zwalanie winy na służbę zdrowia to zwykłe chamstwo. Rwali się do tej władzy jak głodomory, a nie umieją jej sprawować.

    Krzysztof Zajas

    Nie o to chodzi. Przeżyliśmy. Jeszcze trochę kaszlemy i chrząkamy, bóle jednak zasadniczo ustąpiły i możemy pracować. Natychmiast zabrałem się za pisanie trzeciego tomu trylogii. Izolacja, którą mili policjanci sumiennie sprawdzali każdego dnia, skończyła się przedwczoraj. Zaraz rano pojechaliśmy z żoną i Lalą (czyli Axą) na grobiańskie łąki. Ważne, żeby znowu poczuć ziemię pod nogami.

    Cóż za ulga! Idę, oddycham, patrzę w niebo i macam bladymi palcami ostatnie jesienne liście. Z krzewu dzikiej róży zrywam kwaśny owoc i żuję z perwersyjną rozkoszą. Najprostsze rzeczy, a takie piękne! Ściskam Beatę za rękę. Jesteśmy. Lala szczeka i też się cieszy jak szczeniak, chociaż właśnie 1 listopada ma dziesiąte urodziny. Wrócił mi zapach. Od Babiej Góry wieje bukową wilgocią. Jak tylko będę miał wolny dzień, znowu na nią wlezę. Taki jeszcze jeden covidowy test.

    Chcecie puentę? Jasne że tak, bez niej szkoda strzępić klawiaturę. Tylko że puenty nie zawsze są przyjemne. Kiedy już nabraliśmy przekonania, że wszystko jest dobrze, nadeszła wiadomość o śmierci Giovanny’ego Castellanosa. Zdrowy, pogodny, zawsze uśmiechnięty czterdziestoletni Kolumbijczyk, reżyser, był uczniem mojej żony w szkole teatralnej. Zmarł na covid.

    Pewnie kiedy już wiedział, że jest zakażony i flegma śmierci podchodziła pod gardło, również leżał na łóżku i patrzył w sufit. Myślał, że ma nieskończony spektakl w teatrze. I że jak tylko wyzdrowieje, weźmie się do roboty…

    Pisz, Zajas, pisz.

    Krzysztof Zajas

  • „Co wypada pisarzowi”, listopadowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Zamieszanie wokół zaostrzenia przepisów aborcyjnych przypomniało, że ludzie uprawiający szermierkę słowną mogą być znakomitymi reprezentantami pewnych przekonań. Mogą, choć oczywiście nie muszą. Tyle że milczenie może być kosztowne.

    Jak wiecie, nie wypowiadam się publicznie w sprawie polityki i religii, ale…”. „Normalnie nie zabieram głosu w tematach politycznych, ale…”. „Nie znam się na polityce, ale w tym przypadku…”.

    Mogę się założyć, że w ostatnich dniach nie tylko moja, ale również Wasze banieczki społecznościowe wypełniły się wypowiedziami, które zaczynały się od takich słów. Wypowiedziami osób niezaangażowanych politycznie, wstrzemięźliwych w publicznym wyrażaniu opinii, stroniących od przepychanek światopoglądowych. A także wypowiedziami autorów, którzy uznali, że złamanie kompromisu aborcyjnego wymaga komentarza. Czasem bardzo dosadnego.

    Niektórzy pisarze na kilka dni przeprofilowali swoje kanały społecznościowe: z osobisto-literackich na publicystyczne. Oczywiście autorzy często felietonują w swojej przestrzeni społecznościowej, dzieląc się tym, co leży im na bebechach, ale odniosłem wrażenie, że jeszcze nigdy tak ewidentnie nie zepchnęli na boczny tor zawodowego życia na rzecz spraw społeczno-politycznych. Tak, mam wrażenie, zrobili m.in. Wojciech Chmielarz, Szczepan Twardoch czy Jakub Żulczyk. Zwłaszcza ten ostatni, znany z dzielenia się bezkompromisowymi spostrzeżeniami na temat polskiej rzeczywistości, zbombardował swoją facebookową przestrzeń protestowymi publikacjami, jednocześnie przebijając się z nimi do mainstreamowych mediów (takich jak Onet).

    www.unsplash.com/Zuza Gałczyńska

    Ale równocześnie wielu autorów w żaden sposób nie odnotowało publicznie protestów. Dalej żyli w promocyjnym trybie: informowali o premierach, spotkaniach autorskich, pochlebnych recenzjach, promocjach. Postowali tak, jakby ich pisarska rzeczywistość nie stykała się z rzeczywistością ulic, czołówek mediów czy prywatnych dyskusji Polaków.

    Nie wiem, która postawa jest lepsza. Domyślam się, która jest uczciwsza.

    W marcu tego roku, jeszcze przed pandemią, namawiałem Was na smakksiazki.pl do starannego wyboru lektur. Sugerowałem, aby nie sięgać po utwory osób, z których poglądami fundamentalnie się nie zgadzacie. Za przykład podałem Zachara Prilepina, rosyjskiego narodowego bolszewika (walczył w Czeczenii, najechał Donbas), którego styl nawet mi się podoba, ale nie potrafię odseparować twórczości od poglądów autora. Przez to odczuwam poważny czytelniczy dyskomfort, stykając się z prozą Prilepina. A właściwie – odczuwałem, ponieważ podjąłem decyzję, aby już nie brnąć w tę literaturę.

    Prilepin nie kalkuluje. Nie zastanawia się, czy przez swoje opinie i zachowanie straci czytelników. Podejrzewam, że czuje się bardziej zdefiniowany przez światopogląd niż fach, jakim się zajmuje. W wywiadzie dla Booklips sprzed kilku lat stwierdził, że jest mu wszystko jedno, jak środowisko literackie (a pewnie także i czytelnicy) reagują na jego aktywności w sferze publicznej. Wierzę mu. Uwierzyłbym także Szczepanowi Twardochowi czy Jakubowi Żulczykowi, gdyby powiedzieli, że całkowicie im zwisa, w jaki sposób środowisko reaguje na wyrażane przez nich poglądy. Ale nie uwierzę, że autorzy regularnie odzywający się na Facebooku nie zabierają głosu na temat wyroku Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie czują takiej potrzeby. Nie uwierzę, że sprawa zmian w prawie aborcyjnym nie wywołuje emocji w ludziach, którzy żyją ze sprzedawania emocji na kartach powieści. To coś zbyt osobistego (wszyscy mają żony, matki, siostry czy koleżanki), aby nie mieć nic do powiedzenia.

    Uwierzyłbym, gdyby wyznali, że milczą z powodu pieniędzy (nie chcą zantagonizować czytelników myślących inaczej) albo lenistwa.

    Sam odnosiłem się do protestów skromnie, co początkowo tłumaczyłem słabym publicystycznym refleksem (miałem wrażenie, że inni już dawno powiedzieli to, co sam chciałbym wyrazić) i brakiem czasu. Jednak brak czasu to łamliwy konstrukt, więc uczciwej powiedzieć, że nie publikowałem z lenistwa. I bardzo tego żałuję. Bo choć nie uważam, żeby autorzy mieli obowiązek zabierania głosu na każdy temat (wręcz przeciwnie: istnieje pierdyliard zagadnień, które w przestrzeni publicznej powinny być zarezerwowane dla ludzi z ekspercką wiedzą), to akurat w tym przypadku trudno milczeć. Tak uważa moja bańka społecznościowa. Podejrzewam, że Wasze również.

    Przekonałem się, że koszty milczenia mogą być srogie, kiedy kilka dni temu, wracając od wydawcy, na dwie godziny utknąłem w centrum Warszawy, tuż przed grupą protestujących. I gdy pomyślałem, że mój brak reakcji (w końcu zamiast strajkować, toczyłem normalne życie) mógłby zostać zinterpretowany jako poparcie dla decyzji TK, jako sygnał, że nie mam nic przeciwko odbieraniu kobietom wolności wyboru, zrobiło mi się potwornie głupio. Dlatego wyszedłem z samochodu i zacząłem krzyczeć. Dlatego dwa dni później przespacerowałem się w okolice Sejmu. Dlatego wziąłem udział (choć spóźniony) w piątkowej manifestacji. Bardzo, ale to bardzo nie chciałem być reprezentantem milczącej części społeczeństwa.

    PS. Jeśli się zastanawiacie, dlaczego protesty mają taką moc, obejrzyjcie dokument „The Last Dance” o legendarnej ekipie Chicago Bulls. Zwróćcie uwagę na fenomen doskonałych występów Michaela Jordana w starciach z ludźmi, którzy zaleźli mu za skórę. Gwiazdor Byków najlepiej grał wtedy, kiedy konfrontacja stawała się dla niego sprawą osobistą. Kiedy zwykła gierka przeobrażała się w prywatną wojną. Oczywiście w egocentrycznym świecie Jordana nie trzeba było zrobić wiele, aby mu podpaść – wystarczyło wyrazić opinię niezgodną z jego poglądem, wręczyć nagrodę komuś innemu niż on albo porównać go z niewłaściwym zawodnikiem. A wyrok TK – wraz ze wszystkimi społecznymi przyległościami – sprawił, że zmieniło się wiele. Dla mnie, dla autorów, dla was. Dla nas wszystkich.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Mam obsesję pisania za każdym razem całkiem innej książki, ale pewne tematy wracają”. Rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

    Tak się złożyło, że „Święty Wrocław” jest bardziej aktualny teraz, niż jedenaście lat temu, czyli w momencie pierwszego wydania. Jest osiedle otoczone kordonem policyjnym oraz objęte przymusową kwarantanną, jest znikanie, izolacja, tłumne gromadzenie się. Trochę tak, jakby 11 lat temu Łukasz Orbitowski przewidział przyszłość, ale jak sam mówi, nie jest żadnym prorokiem, po prostu tak wyszło. Wyszła mu też książka, która miała być tylko opowiadaniem, a stała się powieścią inspirowaną protestami pielęgniarek. Przenieście się do Wrocławia, ale tak naprawdę to miasto jest w każdym z nas, wystarczy zerknąć głębiej.

     

  • Szukano zwierzaka, który może zostać bohaterem bajki. Tak powstał Reksio

    Umówmy się, że ten biznes miał takie szanse powodzenia, jak ja na zostanie misterem osiedla: nie i jeszcze długo, długo nie. Czasem jednak świat lubi niespodzianki, czasem wydarzy się nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Tak było w tym przypadku. Wszystko zaczęło się w kinie w Sosnowcu, była Wisła, palce maczał też Chorzów, a finalnie Studio Filmów Rysunkowych wylądowało w Bielsku-Białej. Leszek Talko opowiedział mi o tym, skąd wziął się Reksio, a także kto stworzył Bolka i Lolka. Dowiecie się też, kto wydawał odgłosy paszczą, a także dlaczego kogut przywieziony do studia nie chciał wydawać dźwięków. Ta bajkowa historia ma też swoje ciemne strony, które są widoczne do dzisiaj, bo czasem z rodziną, nawet tą bajkową, najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Zróbcie sobie kawę, herbatę, układajcie książki na półce, a niech w tle leci Wam nasza rozmowa. Można oczywiście też oglądać, do czego zachęcam.

  • „Chcę pozbawić moich bohaterów smartfonów, Internetu i samolotów”

    Jeśli czekacie na nową książkę Vincenta V. Severskiego, to musicie jeszcze uzbroić się w cierpliwość. „Nabór” jest już co prawda napisany, trwają ostatnie prace nad tekstem, a potem już tylko drukarnia i Wasze półki. Kiedy premiera? Między innymi o tym pisarz opowiada w krótkim filmie, który znajdziecie poniżej. Co ciekawe, zdradza też o czym będzie kolejna książka, a przyznam, że zapowiada się bardzo ciekawie. Co tam u Severskiego? Zobaczcie, posłuchajcie.

     

  • Po które tytuły sięgnąć w listopadzie?

    Patrząc na sytuację, w której jesteśmy, to mam wrażenie, że może nas uratować tylko literatura. Liczba dziennych zakażeń koronawirusem rośnie, że o polityce nie wspomnę, bo macie oczy i uszy. Brakuje jeszcze tylko deszczu ze śniegiem, temperatury bliskiej zeru oraz silnego wiatru. Wtedy będzie już komplet i nic, tylko zamknąć się w domu i czytać. Skoro już przy tym jesteśmy, to przejrzałem listopadowe zapowiedzi, jest sporo fajnych rzeczy, albo potencjalnie fajnych rzeczy, po które planuję sięgnąć. Ich lista poniżej, a gdy klikniecie w okładkę, to przeniesiecie się na stronę sklepu, gdzie możecie książkę zamówić, ale też o niej poczytać.