Kategoria: Aktualności

  • Oficjalnie: Międzynarodowe Targi Książki Krakowie odwołane. Oświadczenie organizatora

    W tym roku, po raz pierwszy w historii wydarzenia, Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie się nie odbędą. Była to trudna decyzja, tym bardziej, że od 1997 roku ostatni weekend października w Krakowie zawsze przebiegał pod znakiem literatury. Jest nam bardzo przykro, że czytelnicy nie będą mogli spotkać się z pisarzami, których tak licznie na swoje stoiska zapraszali wydawcy, a na literackiej mapie spotkań nagle zabraknie miejsca, które łączyło wszystkich „ludzi książki” – pisarzy, księgarzy, tłumaczy, ilustratorów, bibliotekarzy, edytorów…

    Rosnąca fala zachorowań, lęk przed chorobą czy tylko potencjalną prewencyjną kwarantanną spowodował rezygnację wielu wydawców i autorów z udziału w targach. Mimo iż od lipca w kraju, w Krakowie i w EXPO Kraków z powodzeniem odbywają się imprezy targowe w nowym reżimie sanitarnym, lęk przed wirusem zwyciężył. Wzrastająca liczba zachorowań w Małopolsce, ilość „żółtych” i „czerwonych” miejsc na mapie Polski również budzi u wielu osób niepokój. Z pewnością obecna sytuacja nie pozwoliłaby na organizację Targów w takim kształcie, jaki wszyscy znamy ani na realizację wszystkich pomysłów, zaplanowanych na ten rok.

    Z dużym żalem musieliśmy podjąć taką decyzję, wiedząc, że rozczarujemy wielu fanów książek, którzy niecierpliwie czekali na możliwość kupienia biletu wstępu. Przepraszamy za to rozczarowanie. Postaramy się, aby niektóre planowane podczas tarów wydarzenia, debaty czy spotkania odbyły się wirtualnie, w tym m.in. przyznanie Nagrody w Konkursie im. Jana Długosza. Przede wszystkim jednak chcemy wrócić za rok – z rozmachem i z nowymi pomysłami.

  • „Niemoc”, październikowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Jak w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca zamierzałem podzielić się z Wami jakąś wyczytaną mądrością, opowiedzieć anegdotę literacką, błysnąć spostrzeżeniem albo chociaż dowcipem. Nic z tego. W głowie mam pustkę. Jakbym rozwiódł się z kulturą. W dodatku bez orzeczenia o winie.

    Kilka dni temu zacząłem oglądać serial „Ratched”, netfliksowy prequel „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Spodziewałem się fajerwerków, ponieważ jestem fanem świetnej powieści Kena Keseya i jeszcze lepszej – a to bardzo rzadkie – ekranizacji Miloša Formana. Założyłem, że nieźle sfinansowana opowieść o dawnych dziejach psychotycznej siostry Mildred Ratched nie może się nie udać. I sądząc po ocenach czy opiniach w sieci, wyszło całkiem znośnie. Ale ja wymiękłem przy trzecim odcinku.

    Oczywiście mógłbym zrzucić winę na reżysera Ryana Murphy’ego, który chyba zbyt mocno ugrzązł w swojej campowej estetyce, ale wtedy zorientowałem się, że nowa powieść Jo Nesbø także mi nie wchodzi. Albo inaczej: wchodzi, ale bardzo powoli, w porcjach nieprzekraczających paru stron dziennie, jakbym miał problemy ze zrozumieniem treści albo z akceptacją stylu autora. A to raczej nie jest możliwe, ponieważ z dużą przyjemnością przeczytałem wszystko, co napisał – z wyjątkiem jego powieści dla dzieci.

    Zacząłem więc wchodzić głębiej w problem. I uświadomiłem sobie, że od kilku tygodni nie przeczytałem i nie obejrzałem niczego, co by mi się podobało. Żadnego filmu, serialu, książki, choćby artykułu. I raczej nie jest to wina złej selekcji, ponieważ z reguły nie kupuję kota w worku. W dodatku w ostatnim czasie nie sięgałem po nic eksperymentalnego. Schylałem się po sprawdzone motywy, przyzwoicie oceniane utwory albo – jak w przypadku Nesbø – po towar od ulubionych dilerów.

    I nic. Żadnej frajdy z lektury czy oglądania. Żadnej intelektualnej uczty.

    Utknąłem.

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Przypomniałem sobie, że biegając po Instagramie, parokrotnie zetknąłem się z terminem „blokada czytelnicza”. Bookstagramerzy tłumaczyli nią to, że nie mogą dokończyć powieści (nawet jeśli im się podoba), że nuży ich czytanie, że męczą się na samą myśl o przewracaniu kolejnych kartek. Szczerze mówiąc, myślałem, że to ściema. Że wrzucają posty zapchajdziury, aby wymusić interakcję i wygenerować aktywność wtedy, kiedy nie mają nic ciekawego do opublikowania. Byłem blokadosceptykiem. Ale w końcu też mnie dopadło. I to od razu w wersji rozszerzonej, ponieważ blokada zainfekowała cały kulturowy układ umysłowy.

    Dobra wiadomość jest taka, że nie rozciągnęła się na moje życie autorskie. Nowa książka się redaguje (może nawet ciut szybciej, niż zakładałem), a na etapie tworzenia brzydzę się nią tak samo jak czterema poprzednimi. Teksty do gazety wyrzucam jak z katapulty – w ostatnim „Forbesie” zapisałem rekordowe 75 stron. Ten felieton też wychodzi ze mnie bez bólu, więc zakładam, że dobrnę do końca.

    Martwi mnie jednak to, że nie mam pojęcia, skąd ta blokada się wzięła. Z przepracowania? Chyba nie, od dawna jestem w zawodowym gazie i jeszcze nie czuję palącej potrzeby, żeby zwolnić. Ze złej diety albo z kiepskiego prowadzenia się? Wątpię. Od ponad pół roku nie jem mięsa, schudłem kilka kilogramów, trenuję prawie codziennie, biję rekordy biegowe. Z nabywanej z wiekiem zrzędliwości, postępującego skapcanienia i większej kulturowej wybredności? Może. Choć nie wydaje mi się, żeby przeskok mógł być aż tak gwałtowny.

    Krótko mówiąc: cholera wie. Mam tylko nadzieję, że blokada puści, zanim doświadczę dotkliwego zubożenia kulturowego. Bez literackiego paliwa żaden autor daleko nie zajdzie. Ale też żaden (chyba) nie będzie się codziennie zmuszał do pociągania wachy prosto z dystrybutora. Trzeba lubić ten fetysz.

    A dlaczego w ogóle o tym piszę? Z trzech powodów.

    Po pierwsze: o czymś muszę. Na Smaku staram się pisać o tym, co chodzi po mojej literacko-kulturowej głowie, a ostatnio nie szwenda się tam nic ciekawego. Blokada wygrała walkowerem.

    Po drugie: strzeżcie się. Nie znacie dnia ani godziny. Też możecie wpaść na zaporę, nawet jeśli nie wierzycie w jej istnienie.

    A po trzecie: dzięki blokadzie w końcu zrozumiałem nieczytających. Poczułem, jak to jest, kiedy zmuszasz się do czytania w przededniu kartkówki z polskiego. Kiedy szukasz wymówek, aby nie czytać. Kiedy mając dziesięć minut wolnego, zamiast złapać za książkę, wolisz włączyć telewizor i pooglądać nastolatków grających w „Counter Strike’a”.

    Gdybym musiał wybrać docelowy i nieodwołalny sposób bycia, a moje doświadczenia kulturowe ograniczałyby się jedynie do ostatnich kilku tygodni, prawdopodobnie zabrakłoby w nim miejsca na książki.

    Wyobrażam sobie, że od takich osób – startujących od zera i dopiero wybierających swoje pasje, niemających wyrobionego gustu rozrywkowo-kulturowego, a do tego podatnych na trendy i zachowania rówieśników – w największym stopniu zależy przyszłość branży wydawniczej. I wyobrażam sobie, że przy obecnym zalewie rozrywek trudno będzie przekonać młode pokolenie, czytanie to najfajniejszy sposób spędzania wolnego czasu. Może więc należy budować w nim poczucie, że nieczytanie to wstyd – jak, dajmy na to, niemycie rąk po sikaniu? Może trzeba całkowicie przemodelować listę lektur, wypychając ją najbardziej kontrowersyjnymi i chwytliwymi tytułami? Może młodzi złapaliby bakcyla, gdyby lektury podawano im w inny sposób – pod postacią audiobooków, skrojonych pod uczniów audioseriali, gier?

    Nie wiem. Może edukatorzy i wyjadacze rynku literackiego mają na to jakieś lekarstwo (choć bardziej przydałaby się szczepionka). Mnie w tej chwili trudno być optymistą. Zakładam, że skoro facet, który żyje z pisania, nabawił się książkowstrętu, mogą się nim zarazić także ci, którzy jeszcze nie zdążyli się skalać literaturą.

    Krzysztof Domaradzki

  • Nadciąga Noc Księgarń 2020!

    Ponad 200 wydarzeń, dziesiątki spotkań autorskich, koncerty, warsztaty i spacery literackie po zmroku – przed nami Noc Księgarń 2020. Tegoroczna edycja festiwalu potrwa od 15 do 17 października. Ze względu na pandemię festiwalowe wydarzenia odbędą się zarówno w księgarniach, jak i w Internecie.

    Noc Księgarń to ogólnopolski festiwal literacki organizowany od jesieni 2019 roku przez dystrybutora książek OSDW Azymut. Pierwsza edycja wydarzenia przyciągnęła tłumy czytelników, którzy po zmroku odwiedzili ponad 100 księgarń w całej Polsce.

    W programie tegorocznej edycji Nocy Księgarń (15-17 października 2020) znalazły się m.in. spotkania autorskie, warsztaty edukacyjne, koncerty, wystawy, wykłady, spacery literackie, specjalny cykl wydarzeń wirtualnych, a przede wszystkim: możliwość odwiedzenia księgarń po zmroku.

    Podobnie jak w ubiegłym roku w Nocy Księgarń wezmą udział cenieni autorzy, artyści czy twórcy książki dziecięcej. Podczas tegorocznej edycji wydarzenia gośćmi księgarzy będą m.in. Katarzyna Nosowska, Zygmunt Miłoszewski, Jakub Szamałek, Wojciech Chmielarz, Jakub Małecki, Dorota Masłowska, Zyta Rudzka, Aneta Jadowska, Marcin Szczygielski, Mikołaj Grynberg, Daniel de Latour, Agata Passent, Marcin Świetlicki, Wojciech Drewniak (Historia bez cenzury) czy Kamil Janicki.

    Ze względu na ograniczoną możliwość udziału w wydarzeniach stacjonarnych na uczestników festiwalu czekają także specjalne wydarzenia internetowe: transmisje spotkań autorskich, podcasty literackie, wirtualne wykłady i warsztaty, konkursy, quizy, specjalne produkcje filmowe czy wystawy internetowe.

    Literackim patronem tegorocznej edycji wydarzenia będzie Leopold Tyrmand. Z tej okazji program festiwalu otworzy spotkanie z Marcelem Woźniakiem – biografem autora „Złego”. Uczestnicy warszawskiej edycji Nocy Księgarń wezmą także udział w specjalnym spacerze szlakiem kultowych księgarń, które można odnaleźć w biografii i twórczości Tyrmanda.

    Fot: materiały prasowe organizatora

    Program Nocy Księgarń 2020 uzupełni także specjalny blok wydarzeń o tematyce ekologicznej organizowany we współpracy z Przedstawicielstwem Komisji Europejskiej w Polsce. Specjalna część wydarzeń poświęconych inicjatywie Europejskiego Zielonego Ładu to m.in. spotkania z naukowcami, warsztaty ekologiczne, wystawa instrumentów z recyklingu czy koncert zespołu Czereśnie.

    W tym roku, ze względu na kryzys branży księgarskiej wywołany przez pandemię koronawirusa, festiwalowi towarzyszy także druga odsłona kampanii Książka na telefon (www.ksiazkanatelefon.pl), która zachęca czytelników do robienia zakupów w lokalnych księgarniach.

    Szczegółowy program wydarzeń Nocy Księgarń jest dostępny na stronie www.nocksiegarn.pl.

    Księgarnie biorące udział w drugiej edycji Nocy Księgarń są zobowiązane do przestrzegania reżimu sanitarnego zgodnie z wytycznymi Głównego Inspektoratu Sanitarnego oraz zaleceniami Ministerstwa Zdrowia. Ze względu na pandemię podczas wydarzeń stacjonarnych obowiązują limity miejsc – zapisy odbywają się za pośrednictwem księgarń. Uczestnicy festiwalu są zobowiązani do zakrywania nosa i ust. Aktualne informacje o wydarzeniach odbywających się w reżimie sanitarnym można znaleźć na stronach księgarń biorących udział w festiwalu.

    Organizatorem projektu Noc Księgarń 2020 jest dystrybutor książek OSDW Azymut. Ogólnopolska Noc Księgarń została dofinansowana ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury.

    Goście Nocy Księgarń 2020 to m.in.:

    • Katarzyna Nosowska

    • Zygmunt Miłoszewski

    • Jakub Szamałek

    • Jacek Galiński

    • Wojciech Chmielarz

    • Zyta Rudzka

    • Dorota Masłowska

    • Kamil Janicki

    • Wojciech Drewniak – Historia bez cenzury

    • Marcin Świetlicki

    • Agata Passent

    • Ryszard Koziołek

    • Mariusz Czubaj

    • Marcel Woźniak

    • Karolina Sulej

    • Zośka Papużanka

    • Aneta Jadowska

    • Marcin Szczygielski

    • Mikołaj Grynberg

    • Daniel de Latour  

      Materiały prasowe organizatora

  • „Literackie wychowanie bezstresowe”, polemika Jakuba Ćwieka z Piotrem Borlikiem

    Niedawno linkowałem u siebie wpis Wojtka Chmielarza na smakksiazki.pl odnoszący się do podnoszonej tu wielokrotnie sprawy: Czy wypada żeby pisarz krytykował książki innych autorów? Wojtek w zwarty, przejrzysty sposób przedstawił jedną z największych środowiskowych bolączek i bardzo mnie cieszy, że dyskusja zatacza coraz szersze kręgi. Dziś w temacie zabrał głos Piotr Borlik. A ponieważ zrobił to jak należy, to znaczy przedstawiając argumentację, jest się do czego odnieść.

    Zatem, korzystając z gościnności smaku, się odnoszę. Po kolei:

    Borlik rozpoczyna swój wywód od spostrzeżenia, że dla wielu autorów książki są jak dzieci. Pisze: „Jako rodzice niby jesteśmy otwarci na uwagi nauczycieli, ale czy chcemy, by inni rodzice kwestionowali nasze metody wychowawcze? Czy podziękujemy im za krytyczne uwagi, weźmiemy je do serca i spróbujemy coś zmienić, czy może jednak odwdzięczymy się opinią na temat ich rozwrzeszczanych bachorów”. I teraz całość obserwacji jest oczywiście słuszna. Pytanie na co tak naprawdę Borlik próbuje zwrócić uwagę. No bo trzymając się tej analogii:

    1. Nauczyciele mogą również być rodzicami. Ba, są nimi bardzo często. Czy fakt bycia rodzicem wyklucza fakt bycia specjalistą? Czy nie powinna liczyć się bardziej merytoryczność porad?

    2. Czy słysząc uwagi, które na rozsądek moglibyśmy chociaż rozważyć, zamiast tego zaczynamy wyłącznie kontrować to świadczy to źle o głoszącym uwagi czy o nas?

    3. Dlaczego perspektywa, że ja wyrażę szczerą opinię o twoim dziecku, a ty o moim jest dla autora taka przerażająca? Chodzą razem do tej samej szkoły. Odpowiedzialny rodzic wie, że dbając o szkołę i o to, by nie była siedliskiem patologii dba też o rozwój własnego dziecka.

    4. Właśnie, rozwój. Jeśli jesteś jednym z tych przewrażliwionych rodziców niezdolnych do zauważenia, że dziecko ma problem, tylko mu szkodzisz.

    Autor felietonu pisze dalej: „Przenosząc to na książki, nauczycielami są znawcy literatury, zawodowi krytycy, obdarzeni autorytetem wynikającym z wiedzy i doświadczenia. Ich opinię traktujemy z szacunkiem, a jeśli nam się coś nie spodoba, to możemy nazwać ich teoretykami zamkniętymi w hermetycznym środowisku.”
    Rozumiem z tych zdań co następuje: Autor uważa, że prawo do wyrażania opinii krytycznej ma bardzo konkretna grupa… no właśnie kogo?

    Bo weźmy na przykład takiego mnie. Nie wiem jaka jest definicja specjalisty czy doświadczenia wg. Piotra Borlika. Studiowałem kulturoznawstwo. Z przedmiotów literaturoznawczych (w tym analizy tekstu literackiego) miałem piątki i czwórki. Napisałem kilka dobrze ocenionych prac krytycznych. Prowadziłem zajęcia kreatywnego pisania przez kilka lat, w tym nawet przez krótki czas na jednym uniwersytecie. Współpracowałem też jako recenzent i felietonista z kilkoma redakcjami. Znam różne osoby ze świata literackiego, ale nie jestem od lat związany z żadnym nazwijmy to hermetycznym środowiskiem.

    Jednocześnie napisałem trzydzieści książek w różnych gatunkach, odbyłem setki rozmów z różnymi autorami na temat dzieł swoich i cudzych. Zgłębiam wiedzę o gatunkach literatury tak w teorii jak i praktyce. W takim zestawieniu wolno mi się wypowiadać o książkach innych autorów czy nie? Gdzie przebiega ta cienka granica?

    Niżej stawia Borlik tezę: „To normalne, że autorom brakuje dystansu do własnych książek.” I tu znowu się zatrzymajmy. Czy normalne znaczy powszechne? Jeśli tak, to pełna zgoda. Autor wkłada w książkę sporo siebie i nie jest to dla niego tylko książka. Dlatego faktycznie trudno mu się zdystansować.

    Gdy jednak potraktujemy słowo „normalne” zgodnie z jego potocznym znaczeniem jako „właściwe” to… no właśnie, czy to jest właściwe? Co jest właściwego w tym, że będąc artystą nie umiesz przyjąć bądź odnieść się za pomocą argumentów do rzeczowej, merytorycznej krytyki?

    Przyjrzyjmy się (w dużym uproszczeniu) z czego zwykle składa się dobra ocena książki gatunkowej:

    1. Z oceny spójności fabularnej (mam tu na myśli tak spójność świata przedstawionego, fabularną przyczynowo skutkowość, jak konsekwencję charakterologiczną bohaterów).


    2. Z oceny języka, narracji i jej tempa, adekwatności dobranych słów, stylizacji pozwalającej językowo rozróżnić postaci, przejrzystości.

    3. Z oceny wiarygodności przedstawienia historii czyli faktyczna zgodność świata przedstawianego z weryfikowalną rzeczywistością (na przykład jeśli na posterunku policji w Warszawie wszyscy na co dzień noszą stroje klaunów to jest to niezgodność z rzeczywistością wymagająca albo zmiany, albo fabularnego uzasadnienia. Autor powinien znać rzeczywistość do której się odnosi, by móc ją imitować, albo konsekwentnie zmienić)

    4. Z przedstawienia własnych reakcji na książkę, naszych sympatii i antypatii. Słowem zgodność publikacji z naszym gustem.

    Jak widać tylko ostatni punkt nie odnosi się do merytoryki. Nie daje się, w razie potrzeby, uargumentować tak, by można było rozwijać na tej bazie dyskusję. Wszystkie pozostałe kwestie zależą od argumentacji i w zasadzie nie ma znaczenia, kto je podnosi, jeśli podnieść umie, prawda?
    Dlaczego więc uznajemy za normalne sytuację, w której człowiek wystawiając się na ocenę swojego dzieła jednocześnie nie ma w sobie dość pokory i chęci samodoskonalenia, by przyjąć krytykę? Dlaczego podtrzymujemy, że to właśnie powinna być norma?

    Dalej Borlik podnosi kwestię tego, że łatwiej o dystans, gdy jest się doświadczonym autorem – co jest faktem – i jednocześnie pyta: „Czy Wojciech Chmielarz, który miał na swoim koncie dwie, może trzy książki, tak chętnie prosiłby o publiczną krytykę?”

    I żadną miarą nie chcę tu odpowiadać za Wojtka, bo przecież nie wiem, co myśli i uważa, ale odpowiem troszkę ogólniejszą wersję tego pytania:

    1. To czy autor o publiczną krytykę prosi czy nie, jest kwestią drugorzędną. Autor wystawia swoje dzieło do publicznej oceny z momentem publikacji. Zaprezentowanie książki światu i jednoczesne obrażanie się, że ktoś ją publicznie oceni jest dziecinadą.


    2. Autor początkujący – co wiem na swoim przykładzie sprzed tych nastu lat – nie do końca umie sobie radzić z krytyką, ale i zwykle nie do końca panuje nad warsztatem. Właśnie dlatego potrzebuje merytorycznych recenzji, a nie sprowadzających się do wyrażenia gustu komentarzy na forach czy serwisach. By nauczyć się obu tych rzeczy, a nie wychowywać się bezstresowo, w kompletnym chaosie bodźców. A że są te opinie wyrażone publicznie? Cóż, wstyd jest akurat jednym z lepszych motywatorów. Nie na darmo jedną z najlepszych metod wstępnej redakcji jest czytanie swojego tekstu na głos grupie znajomych.


    Dalej w felietonie pada zdanie (odnośnie tych dwóch książek Wojtka): „Ktoś powie, że nic takiego się nie stało, bo to były dobre książki, co z kolei otworzy dyskusję o tym czym jest „dobra książka”, (…)”

    No i co? To źle, że dyskutujemy o tym, czym jest dobra książka? Póki dyskusja jest merytoryczna, to w czym problem?

    W dalszej części swojej repliki, Borlik pisze dlaczego podjął decyzję, że nie będzie krytykował innych książek. Podoba mi się, że wspomina o przyczynach takiego działania, o tym, że wynika to przede wszystkim z lenistwa, bo nie chce się kopać z fanami danego autora. Bo tak, trzeba to podkreślić – fanatyczni czytelnicy spod szyldu „De gustibus” to trochę takie wychowane bezstresowo dzieci, które nie umiejąc wyrażać ani przyjmować merytoryki zamykają temat w krótkim „podobało mi się i chuj” albo „Jezu jakie gówno”. Nie da się dyskutować z kimś, kogo wykastrowaliśmy z krytycznego myślenia tak spieprzonym modelem uczenia o literaturze jak i głupimi sloganami jak „Nieważne co czytasz, ważne że czytasz” albo „Bądź czytelnikiem, dołącz do elity”.

    Na koniec Borlik odwołuje się do wojtkowej analogii piłkarskiej, ale z racji tego, że na piłce nie znam się kompletnie, wrócę do tej szkolnej.

    Pamiętajmy, że jeśli rynek książkowy jest szkołą, to jest to szkoła w dużej mierze prywatna. I jeżeli faktycznie krytycy literaccy są odpowiednikami nauczycieli, to rynek w postaci wydawnictw będzie tu odpowiednikiem zarządu. Za autorami rodzicami stoją czytelnicy, tu chyba w dość przedmiotowej roli dotacji na samorząd szkolny (wybaczcie Czytelnicy, analogie nigdy nie oddają faktycznego stanu rzeczy.)

    www.unsplash.com/aaron burden


    Obecnie mamy taką sytuację, że ambitnych nauczycieli prawie już nie ma. Rodzice, za pomocą dotacji wymusili na zarządzie albo całkowite ich wyeliminowanie, albo sprowadzenie do roli tych, co chwalą albo milczą. Trudno bowiem wykonywać swoją pracę, jeśli za szczerość i doświadczenie dostaniesz jedynie informację, że ten wydawca nie będzie już z nami współpracował, a autorzy i czytelnicy mają cię za aroganta niezależnie co i jak powiesz.

    W tej sytuacji jedyne co może zadziałać, by szkoła faktycznie była szkołą, to oddolna współpraca rodziców na rzecz wspólnego rozwoju. Merytoryczna, rzeczowa konkretna. Mylę się?

    I tu, na koniec, zwracam się już bezpośrednio do Piotra Borlika. Panie Piotrze, mam co prawda trochę więcej opublikowanych tytułów niż Pan, ale jeśli wykluczyć z tego, dla naszej wspólnej wygody, fantastykę, wyjdzie na to, że Pan prowadzi. Proponuję Panu zatem zabawę:

    Wystawiam Panu „na strzał” trzy swoje tytuły nie będące literaturą fantastyczną:

    1. Szwindel
    2. Topiel
    3. Bezpański (napisany wspólnie z Adamem Bigajem)


    Bardzo poproszę o Pana szczerą recenzję jednego z nich. Jestem skłonny za to zapłacić i poprosić Adama Szaję o publikację tej recenzji niezależnie od tego czy będzie ona pozytywna czy nie. Mogę też, jeśli Pan sobie życzy, zrewanżować się recenzją jednej z Pana książek. Zapewniam, że szczerą i merytoryczną na tyle, na ile pozwala mi moja wiedza i doświadczenie.

    Co Pan na to? Trzymając się analogii szkolnej: Po lekcjach, za śmietnikami 😉

    Zobaczmy czy merytoryka naprawdę tak boli.

    Jakub Ćwiek

  • „Dziecko musi wiedzieć, że jesteśmy jego rodzicem, nie opiekunem”

    Co ma wspólnego Płużnica Wielka z Teksasem? Okazuje się, że całkiem sporo, bo ludzie z niej wyjeżdżający założyli w USA osadę Panna Maria, którą to na początku „Virgi” wstrząsają samobójstwa dzieci. Klaudiusz Szymańczak w swoim najnowszym kryminale nie tylko daje nam przygody szeryfa, agenta FBI i polskiego policjanta, ale też, a może przede wszystkim, pochyla się nad problemem samobójstw właśnie. Tutaj kat jest jednocześnie ofiarą, a gdzieś w tle majaczy tajemnica wymieszana z wierzeniami w siły nadprzyrodzone. Kto jest winny śmierci dzieci? Rodzice? A może nikt? Porozmawialiśmy w okolicznościach przyrody, które przypominają Teksas, a tematów poruszyliśmy naprawdę dużo. Zróbcie sobie dużą herbatę, siadajcie, posłuchajcie, a potem przeczytajcie „Virgę”, bo warto.

  • „Bo książki są jak dzieci”, reakcja Piotra Borlika na felieton Wojciecha Chmielarza

    Czy możemy porozmawiać o książkach? – pyta Wojciech Chmielarz w swoim felietonie, choć dalsza część tekstu sugeruje, że pytanie powinno brzmieć: „Czy możemy publicznie krytykować książki?”. Odpowiedź wydaje się oczywista: Tak, możemy, a nawet powinniśmy krytykować książki, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”.

    Dla wielu autorów książki są niczym dzieci. Jako rodzice niby jesteśmy otwarci na uwagi nauczycieli, ale czy chcemy, by inni rodzice kwestionowali nasze metody wychowawcze? Czy podziękujemy im za krytyczne uwagi, weźmiemy je do serca i spróbujemy coś zmienić, czy może jednak odwdzięczymy się opinią na temat ich rozwrzeszczanych bachorów? Co im do tego, o której nasze dziecko idzie spać, co je na śniadanie i ile czasu spędza przed komputerem.

    Przenosząc to na książki, nauczycielami są znawcy literatury, zawodowi krytycy, obdarzeni autorytetem wynikającym z wiedzy i doświadczenia. Ich opinię traktujemy z szacunkiem, a jeśli nam się coś nie spodoba, to możemy nazwać ich teoretykami zamkniętymi w hermetycznym środowisku. Gorzej jednak radzimy sobie z opinią osób z naszego bezpośredniego otoczenia: sąsiadów, rodziców innych dzieci w szkole, czy w przypadku książek: innych autorek i autorów.

    To normalne, że autorom brakuje dystansu do własnych książek. Pisząc, zostawiają w nich serce, zarywają nocki, zaniedbują rodzinę, a także pracę, gdy ukradkiem pracują nad tekstem. Pozostając przy analogii rodziców, warto zauważyć, że z każdym kolejnym dzieckiem nasze przewrażliwienie maleje. Na pierwszą pociechę chuchamy i dmuchamy, robimy tysiące zdjęć, zachowujemy pierwszy kocyk, śpioszki, opaskę ze szpitala, czepek, a niektórzy nawet pierwsze paznokcie. Przy drugim dziecku nie mamy na to wszystko czasu, a przy trzecim i czwartym nawet nie mamy kiedy zrobić fajnego zdjęcia. Nic więc dziwnego, że na krytykę najbardziej wrażliwi są młodzi twórcy, którzy z wypiekami na policzkach czytają każdą opinię, co rano śledzą miejsce na liście sprzedaży w największych księgarniach, sprawdzają grupy tematyczne, a ci o najmniejszym progu wstydu decydują się reklamować tam własne książki.

    O ile w przypadku rodzicielstwa poziom przewrażliwienia maleje proporcjonalnie do liczby dzieci, tak przy książkach ma to większy związek z liczbą sprzedanych egzemplarzy. Mówiąc prościej: syty głodnego nie zrozumie. Wojciech Chmielarz zapracował na swoją pozycję świetnymi książkami. Ma ogromną rzeszę czytelników, nic więc dziwnego, że wydawnictwa i autorzy chętnie proszą go o napisanie kilku pochlebnych słów. Sami z wydawnictwem rozpatrujemy taką ewentualność, ale nie w tym rzecz. Pytanie brzmi, czy Wojciech Chmielarz, który miał na swoim koncie dwie, może trzy książki, tak chętnie prosiłby o publiczną krytykę? Czy nie bolałyby go słowa bardziej doświadczonych kolegów, którzy odradzaliby zakup jego książek? Ciężko ocenić to z perspektywy czasu, niemniej mając ugruntowaną pozycję na rynku, łatwo zapomnieć, jak było wcześniej. Ktoś powie, że nic takiego się nie stało, bo to były dobre książki, co z kolei otworzy dyskusję o tym, czym jest „dobra książka”, którą prędzej czy później ktoś spuentuje znienawidzonym przeze mnie określeniem: „o gustach się nie dyskutuje”.

    Nie porównuję się do Chmielarza. Jestem dopiero na początku swojej literackiej drogi, ale od początku postanowiłem, że nie będę krytykował innych książek. Czytam dużo, niestety większość rzeczy mi się nie podoba, ale zachowuję tę opinię dla siebie. Publicznie wypowiadam się jedynie o książkach, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Może to głaskanie po plecach, może asekuranctwo, ale też po części lenistwo. Niestety, o ile jestem w stanie zrozumieć przewrażliwionych autorów, tak nie pojmuję armii wiernych fanów broniących swoich ulubionych autorów. Nie spodobało ci się? Idź poczytaj Mroza. Uważasz, że w pewnym momencie historia zrobiła się rozlazła, a autor zgubił wątki? Nie znasz się, nie zawsze krew musi lać się litrami. A może było za dużo bezsensownej przemocy? To specyfika mrocznego klimatu, nie znasz się, idź poczytaj Mroza.

    www.unsplash.com/Andrew Seaman

    Kusząc się na podsumowanie: żyjemy w czasach, w których każda opinia niebędąca laurką od razu traktowana jest jako hejt. O książkach rozmawiać trzeba, ale czy profile autorskie są dobrym do tego miejscem? Czy nie lepiej napisać kilka szczerych słów autorowi w prywatnej wiadomości albo pójść na piwo podczas festiwalu kryminalnego lub targów książki?

    Z drugiej strony, czy fakt napisania kilku wartościowych książek czyni z nas ekspertów? Czy nasze zdanie jest ważniejsze od zdania innych czytelników? Czy mamy wypowiadać się, choć nikt nie prosił nas o opinię? Wojtek posłużył się analogiami piłkarskimi, pytam więc, ilu byłych piłkarzy stało się rzetelnymi ekspertami, a ilu potrafi tylko wyrecytować skład Kaiserslautern z meczu z Bayernem?

    Piotr Borlik

  • „Moi bohaterowie są outsiderami, nikt na nich nie stawia”

    W najnowszej książce jest kilka scen, które Was wzruszą, kilka takich, które Was rozbawią, ale będą też momenty, w których zastanowicie się nad sobą i spojrzycie głęboko w swoją duszę. Niby powieść kryminalna, a ładunek emocjonalny całkiem spory. O niektórych momentach z „Bez reszty” rozmawiamy, ale większość znajdziecie sami. Zresztą sam tytuł sporo mówi o Kastorze Grudzińskim, głównym bohaterze książki. Rozmawiamy o uprowadzaniu dzieci, łapówkach w policji, ale też dorosłych facetach, którzy dostają nowe życie, które bardzo łatwo można spieprzyć. Polecam Wam nową rzecz od Wojtka Miłoszewskiego, bo po prostu warta jest przeczytania. Czy Kastor wróci? Odpowiedź znajdziecie w poniższym nagraniu.

  • „Latają i szpiegują”, felieton Piotra Niemczyka

    Dziwna jakaś przekora nie pozwala mi na pisanie o reorganizacji polskiego rządu, po której Jarosław Kaczyński obejmie funkcję porównywalną tylko do roli Kim Ir Sena jako przewodniczącego Komisji Wojskowej w KRLD. Ta sama przekora nie pozwala mi też napisać o wydaleniach rosyjskich dyplomatów z państw europejskich, w których szpiegowali „pod przykryciem dyplomatycznym”. Nie czuję się też na siłach, by pisać o kolejnych sporach społeczności wywiadowczej USA z Donaldem Trumpem, który najwyraźniej nie ma nic przeciwko temu, żeby prezydenta Stanów Zjednoczonych ponownie wybrali rosyjscy hakerzy i specjaliści od dezinformacji.

    Za to – jako nieuleczalnego maniaka czytania książek – dopadła mnie jakaś potrzeba napisania o urządzeniach służących do wywiadu elektronicznego. W szczególności szpiegowskich samolotów i dronów.

    Najbardziej zaintrygowała mnie informacja o tym, że już nie tyle rozwój możliwości bezzałogowców jest głównym zadaniem ich konstruktorów. To co się teraz liczy przede wszystkim w wyścigu „kto lepszy”, to umiejętności ich wykrywania i niszczenia, a z drugiej strony utrudnianie ich wyśledzenia i miniaturyzowania.

    A co to są w ogóle te drony i po co się je buduje? Chyba nie trzeba czytać eksperckich opracowań i instrukcji obsługi. Zupełnie wystarczająco wyjaśnia to Tomasz Sekielski w powieści „Sejf”:

    Bezzałogowe samoloty były idealnym narzędziem do rozpoznawania terenu i namierzania oddziałów wroga. Wykorzystywano je właściwie w każdej operacji specjalnej. Polski wywiad dysponował maszyną MQ-9 Reaper produkowana przez Amerykanów z General Atomics Aeronautial Systems – nowością pośród latających dronów. Jej pułap maksymalny wynosił 15 tysięcy metrów, zasięg sześć tysięcy kilometrów, bez lądowania mogła przebywać w powietrzu 28 godzin, pod skrzydła podczepić można było ponad 1300 kilogramów uzbrojenia. Standardowe wyposażenie stanowiły kamery do prowadzenia obserwacji w dzień i w nocy, dalmierz laserowy i laserowy wskaźnik celów. Już od ponad trzech godzin Żniwiarz z wysokości kilku tysięcy metrów patrolował okolice Koterki i Siemiatycz, na tym pułapie właściwie nie do zauważenia przez postronnych obserwatorów. Całkowitą niewidzialność zapewniały mu systemy antyradarowe.”1

    Jednakże książka Tomasza Sekielskiego nie jest wystarczająco nowa, żeby zauważyć, że opisywany pojazd to prawdziwy dinozaur. Zarówno według kryteriów wielkości (ponad 1300 kilogramów uzbrojenia), jak i funkcjonalności – współcześnie unika się łączenia misji bojowych i rozpoznawczych – stąd budowane są inne typy statków do różnych celów. Ta specjalizacja jest dość w stosunku do dotychczasowej historii bsl-ów. Dlatego tez i wielu autorów nie wnika w te różnice zadań.

    Jednym z najbardziej znanych (bo też i najstarszych) bezzałogowców jest Global Hawk. Jego możliwości dość precyzyjnie omawia Frederick Forsyth, były pilot i kurier wywiadu brytyjskiego.

    Global Hawk ma wyjątkowo długi czas lotu – aż trzydzieści pięć godzin. Jeśli nie oddala się zbytnio od bazy, jest w stanie krążyć nad celem przez trzydzieści godzin. Lecąc na pułapie dwudziestu tysięcy metrów, niemal dwukrotnie wyżej niż samolot pasażerski, w ciągu dnia może przeszukać ponad sto tysięcy kilometrów kwadratowych. Albo zawęzić promień poszukiwań do dziesięciu kilometrów kwadratowych i przekazywać obraz ostry jak brzytwa.

    Hawk nad Kismaju wyposażony był w radar ze sztuczną przesłoną, czujniki elektrooptyczne i na podczerwień oraz radiolokator, pozwalające mu działać w dzień i w noc, przy dobrej pogodzie i w chmurach. Mógł także <słuchać> najcichszych transmisji nadawanych przy minimalnej mocy oraz <wyczuć> zmiany źródeł ciepła spowodowane przez poruszających się poniżej ludzi. Zebrane w ten sposób dane wywiadowcze w ciągu nanosekundy przekazywano do Nevady.”2

    O ciekawym urządzeniu informowały niedawno serwisy specjalistyczne. Izraelska firma SPEAR, pracująca na potrzeby sił zbrojnych opracowała model Ninox40, który może startować z ręki żołnierza czy szpiega. Waży 250 gramów i wraz ze specjalną tuleją mieści się, na przykład w lufie małego granatnika podwieszanego do powszechnie stosowanych w armiach karabinków automatycznych.

    Fot: SPEAR.

     

    Wbrew pozorom, tak zminiaturyzowane drony, to w literaturze szpiegowskiej, nic nowego. Pisał o nich Vladimir Volkoff już w 2003 roku w „Spisku”. Nietrudno się zdziwić, że porównywał je do karaluchów, czy innych latających robali.

    Postawił zabawkę na owalnym stoliku w miedzianej ramie, przodem do otwartego okna.

    Z wyglądu przypominała ona wielkiego, ciemnobrązowego karalucha o długości mniej więcej siedmiu centymetrów, z trójkątną głową przechodzącą w płaski korpus, błoniastymi skrzydłami składającymi się niczym wachlarz pod rogowymi pochewkami, z nitkowatymi, długimi czułkami i sześcioma kosmatymi odnóżami.

    Husajn otworzył blat mahoniowego sekretarzyka, położył na nim laptopa i uruchomił go.

    Z niewielkiego pudełka wyjął przedmiot przypominający drążek zmiany biegów. Był to joystick.

    Podłączył joystick do komputera i uruchomił program <Owady>.

    Ekran zamigotał i Husajn ujrzał na nim szczegóły pokoju, w którym się znajdował – otwarte okno, kawałek szafy z lustrem, grafikę przedstawiającą Napoleona przekraczającego Alpy. To właśnie <widział> jego karaluch.

    Wziął do ręki joystick i delikatnie, milimetr za milimetrem, przesunął go do przodu.

    <Cockroach> zamachał przezroczystymi skrzydłami i z ledwie słyszalnym pomrukiem uniósł się w powietrze.

    To, co <widział> karaluch, natychmiast pojawiło się na ekranie, a Husajn, ograniczając prędkość jego lotu do minimum, najpierw kazał mu kilkakrotnie oblecieć dookoła obwieszony wisiorkami żyrandol. Ćwiczył się w tym pilotażu przez całe dnie, ale i tak potrzebował teraz kilku chwil, żeby uchwycić relacje zachodzące między pozycją mikrodronu a przedmiotami, których obraz przekazywał. (…)

    W końcu <Cockroach> wyfrunął przez okno, poleciał w stronę Mojki, musnął jej powierzchnię, minął się z kilkoma muchami, przestraszył parę wczesnych komarów, przeciął kanał, osiągnął poziom granitowego nabrzeża i zaczął wznosić się w powietrze. (…)

    W końcu mikrodron wleciał przez okno do pokoju i przysiadł na stoliku, z którego rozpoczął swoją podróż. Komputer zarejestrował wszystkie przekazane przez niego obrazy.”3

    Vladimir Volkoff do śmierci (w 2005 roku) raczej nie zetknął się z takim urządzeniem, ale wyjątkowo trafnie przewidział jego możliwości.

    Co ciekawe nie tylko miniaturyzacja jest sposobem na ukrycie zbliżającego się bsl przed instalacjami, które mają go wykryć. Rosjanie, w lecie 2020, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy do mediów trafiły pierwsze zdjęcia Ninox’ów ogłosili, że rozpoczęli produkcję bezzałogowców w technologii stealth. Mają one wejść do wyposażenia wojskowego w 2024 roku, ale specjalne powłoki, które uniemożliwiają namierzenie drona przez radary, były już najprawdopodobniej testowane w Syrii i tureckie radary nie były w stanie wykryć nawet dużych i uzbrojonych obiektów.

    Z drugiej strony mniej więcej tyle miejsca, co nowoczesnym technologiom ukrywania dronów, poświęcają media metodom ich wykrywania. Tylko w sierpniu 2020 dwa państwa ogłosiły postępy w produkcji urządzeń do utylizacji bsl’ów. I w tej sprawie Rosjanie są w czołówce stawki. Opublikowali parametry zestawu „Rać”, który wykrywa obce obiekty z odległości 3,5 kilometra. Odpowiednio skonfigurowany system radiolokacji przechwytuje ich sygnały właśnie z takiej odległości. Dodatkowym wsparciem jego możliwości są urządzenia optoelektroniczne. Możliwości uszkodzenia drona przez system Rać zaczynają się 2,5 kilometra od chronionego miejsca. Najpierw promieniowanie mikrofalowe ma uszkodzić system nawigacji, łączności i reszty elektroniki, a kiedy to nie wystarczy, oślepionego i ogłuszonego intruza dobija się laserem, który działa skutecznie w promieniu do jednego kilometra.

    Obok Rosjan swoje plany ujawnili (częściowo) Niemcy. System, który zamierzają wprowadzić, nazywa się „Guardion”. Wykrywa on zbliżające się bezzałogowce radiowo i radarowo, a także wychwytując fale dźwiękowe i w ostateczności wizualnie. Następnie rozwala im system łączności i nawigacji. Na zakończenie uszkadza je fizycznie silnym impulsem promieniowania elektromagnetycznego i jest zdolny do przechwycenia obiektu specjalną siatką wystrzeliwaną z wyrzutników.

    www.unsplash.com/Grant Ritchie

    Może właśnie z powodu rozwijającej się techniki przechwytywania i niszczenia dronów, różne agencje wywiadowcze i siły zbrojne nie rezygnują ze statków pilotowanych przez ludzi. Wygląda na to, że człowiek nadal może szybciej niż maszyna zauważyć zagrożenie i nawet spontanicznie podjąć środki zaradcze. Tylko w mijającym roku, przynajmniej dwa razy, głośno było o samolotach szpiegowskich. Chociażby dlatego, że amerykański U-2 (one naprawdę jeszcze latają) wleciał w strefę ćwiczeń chińskiej artylerii rakietowej nad zatoką Bohai w północno-wschodnich Chinach. Wtargnął w przestrzeń „no fly zone”, której nie można naruszać bez specjalnej notyfikacji. Wzmianki o regularnych lotach samolotów rozpoznania elektronicznego nad morzem Czarnym, Bałtyckim lub Barentsa, a także wzdłuż wybrzeży Alaski stały się tak rutynowe, że nie wzbudzają już większego zainteresowania mediów.

    Dużo poważniejszą dyskusję o zastosowaniach samolotów szpiegowskich do inwigilacji protestów ruchu „Black Lives Matter”, wywołały organizacje praw człowieka w USA. Przynajmniej od czerwca do sierpnia 2020, samoloty wyposażone w zaawansowany sprzęt rozpoznawczy, wykonały setki godzin lotów nad amerykańskimi miastami, w których odbywały się manifestacje. Najczęściej obserwującym, a zarazem obserwowanym samolotem były Cessny Citation, należące do FBI i wyposażone w sprzęt do identyfikowania twarzy, tablic rejestracyjnych a także połączeń telefonicznych i innych środków łączności, z dużej odległości.

    Obserwatorzy ustalili także samoloty innych formacji rządowych. Gwardii Narodowej, US Army (ze wskazaniem na Defence Intelligence Agency, czyli wywiad wojskowy), NSA a nawet Drug Enforcement Administration.

    O możliwościach takich statków powietrznych można się więcej dowiedzieć z literatury szpiegowskiej niż opracowań „fachowych”. Na temat protestów „Black Lives Matter” i metod ich inwigilowania powstanie jeszcze pewnie wiele powieści. A przynajmniej kilka już powstało z udziałem U-2 w co najmniej drugoplanowej roli. Pozwolę sobie zacytować jednozdaniową konkluzję Roberta Littela na ich temat:

    Nowy samolot wywiadowczy U-2 – szybowiec z silnikiem odrzutowym, wyposażony w kamery, zdolne z wysokości szesnastu kilometrów odczytać tablice rejestracyjne parkujących przed Kremlem samochodów.”4

    Biorąc pod uwagę, ile czasu minęło od napisania tych słów w początkach XXI wieku, można sobie tylko wyobrazić jak bardzo posunęła się precyzja urządzeń zainstalowanych w samolocie i to, że może on odczytać nie tylko tablice rejestracyjne, ale także policzyć ślady po rozgniecionych w czasie jazdy muchach.

    Ale szpiegowanie z powietrza to nie tylko drony i samoloty. Wystarczy spojrzeć w górę w trakcie dużych imprez. Sportowych, muzycznych, a przede wszystkich związanych z polityką, w trakcie kampanii wyborczych. Zobaczymy staroświeckie pozornie balony. Są one dość popularne w Izraelu, do obserwacji większych grup ludzi, których aktywność może w każdej chwili zamienić się w poważne rozruchy (na taką okoliczność balony są kuloodporne). I w tym momencie warto wrócić do powieści Federicka Forsytha, z balonów da się obserwować nie tylko duże obiekty na ziemi. Można kontrolować cały interesujący obszar przygraniczny:

    Rząd amerykański sięgnął do kosztownych i pomysłowych technik obserwacyjnych. Między innymi rozmieszczono serię zamaskowanych balonów, które umocowano w miejscach na uboczu, gdzie teren jest własnością Waszyngtonu, został wykupiony bądź wynajęty.

    W podwieszonych do balonów gondolach znajduje się zestaw ultranowoczesnego sprzętu radarowego oraz radiomonitorów, który obejmuje swym zasięgiem cały basen Morza Karaibskiego, od Jukatanu na zachodzie do Anegady na wschodzie i od Florydy na północy aż po wybrzeża Wenezueli. Każdy samolot, bez względu na wielkość, który wystartuje w obrębie tego akwenu, jest natychmiast dostrzeżony. Urządzenie podaje jego kurs, prędkość i wysokość. Każdy jacht, frachtowiec, krążownik czy transatlantyk jest po wyjściu z portu natychmiast odszukany i śledzony z nieba przez dalekie, niewidzialne oczy i uszy.”5

    Tradycjonaliści szpiegowania prawdopodobnie stwierdzą, że te wszystkie latające urządzenia, to zawracanie głowy. Że nie ma to jak porządna źródłowa informacja, pozwalająca zrozumieć plan działania i jego kontekst. Nowocześni analitycy się pewnie z tym nie zgodzą. Pewna informacja źródłowa, dostarczona na czas, to ogromna rzadkość. Dlatego trzeba sobie radzić także w sytuacjach, kiedy da się sfotografować rozmówców, ale o tym co było przedmiotem rozmowy, można się tylko domyślać. Dlatego można się spodziewać, że i drony i inne samoloty szpiegowskie, mają przed sobą długą i bogatą przyszłość.

    Piotr Niemczyk

    1 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 56;

    2 Frederick Forsyth; „Czarna lista”; przekład Andrzej Niewiadomski; ; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2014, str. 155;

    3 Vladimir Volkoff; „Spisek”; przekład Beata Biały; Klub Książki Katolickiej; Dębogóra 2008, str. 305-306;

    4 Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 380;

    5 Frederick Forsyth; „Fałszerz”; przekład Zdzisław Kusiak; Wydawnictwo Amber; Warszawa 2009, str. 315;

  • „Czy możemy porozmawiać o książkach, proszę?” Wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Od lat powtarzam, że pisanie to jest głównie rzemiosło. I jak każdego rzemiosła, da się go po prostu nauczyć. Żeby to zrobić, trzeba robić dwie rzeczy. Po pierwsze pisać, po drugie czytać. Ale czytać krytycznie, z namysłem, zastanawiając się, co w danej książce działa, co nie i czego ja, jako twórca, mogę się z niej nauczyć.

    Dlaczego o tym wspominam? Bo kilka tygodni temu odbyła się na mojej facebookowej stronie dyskusja na temat tego, czy pisarz ma prawo krytykować/recenzować pracę innego pisarza. Nie wchodząc w szczegóły tej dyskusji, uważam, że tak. Z trzech podstawowych powodów. Po pierwsze, i najważniejsze, oprócz tego, że jestem pisarzem, jestem także czytelnikiem. Poświęcam czas na lekturę książek, czytam je starannie, i uważam (może na wyrost, ale to inna historia), że mam coś ciekawego na ich temat do powiedzenia. Po drugie, jako pisarz ma pewną unikalną wiedzę i perspektywę. Wydaje mi się, że patrząc/czytając z tej perspektywy widzę inne rzeczy niż zwykły czytelnik i chciałbym się swoimi przemyśleniami podzielić. Po trzecie w końcu, bo nikt inny tego nie zrobi.

    www.unsplash.com/Renee Fisher

    Serio, serio… Krytyka literacka w Polsce generalnie leży i kwiczy. Miejsca na rozmowy o książkach jest niewiele, a jeśli już się odbywają, to są bardzo płytkie. Podobało się lub nie, kilka słów argumentacji i tyle. Gdzie tu miejsce na namysł? Gdzie miejsce, żeby zastanowić się nad daną powieścią? Pomyśleć, co z niej wynika, dlaczego jest taka, a nie inna? Jasne, od razu zaznaczmy, są wyjątki. Ale to… no cóż… wyjątki właśnie. Ale nawet, gdyby było inaczej, gdyby poświęcono w szeroko pojętej literaturze więcej miejsca, to mielibyśmy inny problem. Mianowicie mało jest krytyków literackich, którzy znają się na literaturze gatunkowej, rozumieją, po co ona jest i jak działa.

    No dobra, ale po co mamy w ogóle o książkach rozmawiać? Pisząc z mojego punktu widzenia, żebym mógł pisać lepsze powieści i lepsze powieści czytać. Bo dobra literatura powstaje właśnie wtedy, kiedy się o niej dyskutuje! W tej chwili po prostu brakuje sensownego sprzężenia zwrotnego. Nikt nam, autorom, pisarzom, nie wskazuje błędów, jakie popełniliśmy podczas pisania, nikt nam nie pokazuje, co się nam udało, a co nie. W rezultacie te same pomyłki popełniamy w kolejnych powieściach i przestajemy się rozwijać. Albo próbujemy na oślep różne rzeczy, nie wiedząc, czy w ogóle idziemy we właściwym kierunku. Skutek jest tego taki, że cholera, różne moim zdaniem, negatywne zjawiska w gatunku, zamiast zanikać, pogłębiają się. Dostajemy coraz więcej kiepskich książek, ale wszyscy udajemy, że wszystko jest ok i poklepujemy się radośnie po plecach, jak to nam się gatunek znakomicie rozwija.

    Trochę to przypomina sytuację w polskiej piłce nożnej. Mamy coraz ładniejsze stadiony, coraz więcej ludzi chodzi na mecze, budżety klubowe puchną, podobnie jak piłkarskie pensje (tak, wiem koronawirus sporo zmienił), wszyscy się uśmiechają i zachwycają, ale potem przychodzą eliminacje do europejskich pucharów i mistrz Polski przegrywa z drużynami ze Słowacji, Mołdawii, Cypru, Białorusi czy Luksemburga. Więc jeśli zastanawiacie się Państwo, dlaczego świat nie oszalał na punkcie naszych kryminałów, to może odpowiedź jest taka, że nie oszalał z tego samego powodu, dla którego Legia nie podbiła Ligii Mistrzów.

    www.unsplash.com/Pedram Raz

    Inna sprawa, że często źle reagujemy na krytykę, ale też boimy się krytykować. To pierwsze czasami widać w internecie, ale nie ma co o tym rozmawiać. Ciekawi mnie drugie zjawisko. Podczas wspomnianej dyskusji u mnie na facebooku pojawiły się dwie osoby, które przyznały mi, że napisały recenzję „Wyrywy”, ale pewnie nie chcę ich czytać, bo są niepochlebne. Poprosiłem grzecznie, żeby jednak mi je pokazali. I byłem mocno zaskoczony, bo w mojej opinii obie chwaliły książkę. Jasne, w obu znalazły się krytyczne uwagi, ale pozytywów było więcej. Co więcej, co najmniej jedna z tych uwag dała mi sporo do myślenia i pozwoli mi lepiej w przyszłości pisać (przynajmniej mam taką nadzieję). Nie wiem, skąd u tych dwojga czytelników, obawa przed podzieleniem się ze mną recenzjami swoich książek. Nawet gdyby były one dużo ostrzejsze, to przecież bez sensu z mojej strony byłoby, gdybym się za to obrażał. Co więcej, sam bym sobie zaszkodził. Zdaję sobie sprawę, że popełniam błędy. Zdaję sobie sprawę, że mógłbym pisać lepiej. Ale żeby to zrobić potrzebuję pomocy.

    Potrzebuję kogoś, kto mi wskaże, co należy poprawić.

    Powiem szczerze, brakuje mi po prostu takiej poważnej rozmowy o książkach, literaturze, kryminale. Brakuje mi rozkładania książek na czynniki pierwsze, dogłębnych analiz, gadania o sukcesach i porażkach. Tak właśnie człowiek się uczy. Zdobywa nowe umiejętności. Uważam, że taka rozmowa dałaby nam wszystkim, autorom i czytelnikom, dużo dobrego.

    Ale póki co, zamiast tego, wolimy klepać się radośnie po plecach. Obyśmy z tego powodu nie skończyli, jak Legia w starciu ze Spartakiem Trnava.

    Wojciech Chmielarz