Kategoria: Aktualności
-
Dzień dobry, przepraszam, czy mogę Panią zabić? Felieton Wojciecha Chmielarza
Co się takiego stało z polskim kryminałem, że z gatunku, który mocował się z polską historią i teraźniejszością, zmienił się w twór, który tonie w krwi, flakach i spermie?
No to czytam sobie „Osiedle RZNiW” Remigiusza Mroza. Raz, że hit lata i jako autor muszę wiedzieć, co ludzie czytają, dwa, że co jakiś czas jednak daję temu autorowi szansę. Sama książka mnie zawiodła, ale nie zamierzam się nad nią znęcać. W swoim czasie zrecenzowali ją znakomicie Jakub Ćwiek i Wojciech Mucha. Nie ma sensu, żebym powtarzał ich argumenty. Poruszyło mnie w tej powieści jednak coś innego. W pewnym momencie, ni z tego i owego, dostajemy w ryj sceną jak z najgorszego przemocowego porno. Jest gwałt, jest dwóch sprawców, jest kazirodztwo, jest sala tortur, jest całe anatomiczne słownictwo. Ruszyło mnie to. Ruszyło mnie to przede wszystkim dlatego, że to kolejny dowód na to, że polski kryminał staje się z roku na rok coraz bardziej brutalny. I to brutalny w ten najgłupszy i najbardziej obrzydliwy z możliwych sposobów.
Dobra. Wiem, że narzekania na to, że kryminały są „zbyt brutalne” w ustach (pod klawiaturą?) autora kryminałów, co więcej, autora, który w zeszłym roku wydał „Ranę”, brzmią dziwacznie, ale dajcie mi szansę się wytłumaczyć.

www.unsplash.com/Alison Courtney Zacznijmy od tezy, że kryminały opowiadają o zbrodnie i złu, a więc muszą być brutalne. Trochę tak, trochę nie. Jestem świeżo po lekturze „Punktów zbieżnych” Micheala Connelly’ego. To kolejna część przygód detektywa Harry’ego Boscha. Tym razem Bosch musi odnaleźć sprawcę niewiarygodnie okrutnego zabójstwa. Ktoś w środku nocy włamał się do domu, zgwałcił przebywającą tam kobietę, a potem ją zamordował. Ale dowiadujemy się o tym wszystkim z rozmów bohaterów. Co więcej, ta informacja zostaje nam podana bardzo suchym, policyjnym językiem. Mniej więcej w takim sposób, w jaki ja to Państwu opisałem. Dlaczego w ten sposób? Dlaczego Connelly nie zafundował nam, na samym początku książki, szczegółowego opisu tego zdarzenia tak, jakby zrobiło to co najmniej kilku polskich autorów? No cóż… Moja robocza hipoteza jest taka, że wiedział, że nie musi. Zdawał sobie sprawę, że siła jego powieści tkwi w ciekawie skonstruowanej zagadce, interesującym bohaterze i dobrze poprowadzonej fabule. Potrzebował pokazać nam, że zabójca jest groźny i bezwzględny. Osiągnął swój cel. Bardziej szczegółowy opis byłby tylko próbą szokowania czytelnika tylko po to, żeby go zszokować.
Bo nie chodzi mi o to, żeby nagle kryminały robiły się grzeczne i milutkie, a mordercy zwracali się do ofiar „dzień dobry, przepraszam, czy mogę panią zabić?”. Jednak należy pamiętać, że brutalność w kryminałach powinna do czegoś służyć. Weźmy chociaż za przykład „Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść, która skupia się na problemie przemocy domowej. I w której znajduje się sporo mocnych scen. Ale one są tej powieści bezwzględnie konieczne, bo pokazują to codzienne, ukryte, rodzinne okrucieństwo. Bez nich ta książka byłaby niekompletna. (to samo próbowałem nota bene osiągnąć w „Ranie”. Być może mi się nie udało, jeśli tak, to przepraszam. Ale nigdy moim celem nie było szokowanie, dla szokowania). I tutaj jest mój kolejny zarzut do „Osiedla RZNiW”. Wątek, o którym wspominałem na początku, jest po prostu niepotrzebny. Książka doskonale poradziłaby sobie bez niego. Co najśmieszniejsze, zupełnie nie pasuje on do reszty fabuły. A przy tym wszystkim, Miłoszewski jest dla swoich bohaterek, łagodniejszy niż Mróz. Ale pomimo tego, to jego sceny są bardziej poruszające.
Bo ta brutalność, o której piszę, to szokowanie czytelników opisami kolejnych gwałtów i okrucieństw, po prostu nie działa. Pisałem, że scena gwałtu na „Osiedlu RZNiW” mną poruszyła. Ale poruszyła dlatego, że zobaczyłem, że najpopularniejszy pisarz w kraju postanowił dołączyć do tego idiotycznego festiwalu porno-przemocy. Czy zrobiło mi się niedobrze? Tak. Ale na takiej samej zasadzie, na jakiej robi się człowiekowi niedobrze, kiedy widzi rozmazaną kupę na chodniku. Obrzydliwe, ale co z tego? Chcecie Państwo poznać sceny, wątki, które naprawdę mną poruszyły? W „Gniewie” Miłoszewskiego jest rozdział, gdzie mamy opisany z perspektywy czteroletniego chłopca moment, kiedy odnajduje zabitą matkę. Niesamowity i bolesny obraz. Ale samo zabójstwo zostało popełnione wcześniej. Teraz czytamy tylko o leżącym bez ruchu ciele. Albo „Pan Mercedes” Stephena Kinga, gdzie przez pół książki drżałem z obaw o psa jednego z bohaterów, którego chciał zabić tytułowy zbrodniarz. Naprawdę wbiło mi się to do łba. A żeby było najśmieszniej – finalnie temu cholernemu psu nie spadł nawet jeden włos z ogona. Albo weźmy reportaże Przemysława Semczuka, który opisuje sprawy najgroźniejszych polskich seryjnych zabójców. Te książki są przerażające, chociaż o samych zbrodniach opowiada po prostu lakonicznie. Ale znowu, bardziej mnie one poruszają, niż te żałosne opisy seks lochów prosto z katalogu BDSM.

www.unsplash.com/David von Diemar BO ZŁO TAK NIE WYGLĄDA!
Ten zwrot ku brutalności martwi mnie także dlatego, że świadczy o pewnym braku empatii. Jakby autorzy naprawdę nie rozumieli, co właśnie opisali. Bohaterowie, bohaterki co prawda deklarują, że są wstrząśnięci, przerażeni, ale zachowują się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Ale co najgorsze, i tutaj dochodzimy do naprawdę przerażającej puenty – najwyraźniej to wszystko absolutnie nie przeszkadza czytelnikom.
Jakiś czas temu przeczytałem powieść, której tytułu nie chcę podawać. Idiotyczna fabuła, idiotyczni bohaterowie, a do tego zawartość wypełniona morderstwami, gwałtami i przemocą. Ocena na lubimyczytac.pl? 8 na 10. Znakomita „Topiel” Jakuba Ćwieka? 7,1 na 10. Świetna „Wiara” Anny Kańtoch? 7,4 na 10. „Gniew” Miłoszewskiego? 7,7. „Około Północy” Mariusza Czubaja, jeden z najlepszych kryminałów zeszłego roku – marne 6,3.
Mogę sobie narzekać na tę bezsensowną przemoc. Mogę kręcić głową. Mogę opowiadać, że te wszystkie sceny nie mają żadnego sensu i uzasadnienia fabularnego. „Osiedle RZNiW” było bestsellerem mijającego lata. Najbardziej obrzydliwa książka, jaką czytałem w swoim życiu, na lubimyczytac.pl ma wyższe oceny niż powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Smutna rzeczywistość jest taka, że najwyraźniej czytelnicy chcą się taplać w krwi, flakach i spermie. I okej. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Jest jak jest. Ale dobrych książek z tego nie będzie.
Wojciech Chmielarz
-
„Nic bez ryzyka” – Jeffrey Archer powraca
Nie będę ukrywał, że Jeffrey Archer to jeden z moich ulubionych pisarzy. Byłem bardzo podekscytowany przed wywiadem, który miałem z nim przeprowadzić. Miałem, bo nie doszedł do skutku. Dlaczego? Kiedyś Wam opowiem. Nie zmienia to faktu, że nadal czekam na jego książki, a ta najnowsza, czyli „Nic bez ryzyka” ukaże się na polskim rynku już 13 października. Szykuje się ponad 300 stron wciągającej lektury. O czym będzie? Łapcie opis od wydawcy – Domu Wydawniczego Rebis. Kliknijcie w okładkę, a przeniesiecie się do sklepu.
To nie jest powieść detektywistyczna, to jest opowieść o detektywie…
William Warwick zawsze chciał być policjantem. Po ukończeniu uniwersytetu wbrew oczekiwaniom ojca, cenionego adwokata, wybiera zawód, który w pełni go ukształtuje. Zaczyna od służby w rewirze pod czujnym okiem konstabla Freda Yatesa, a potem trafia do Scotland Yardu, gdzie bierze udział w swoim pierwszym poważnym śledztwie w sprawie kradzieży bezcennego płótna Rembrandta z Fitzmolean i przy tej okazji zakochuje się w Beth, asystentce w dziale badań muzeum, która skrywa mroczną tajemnicę. Czy William poradzi sobie z nowymi wyzwaniami? Odpowiedź znajduje się na kartach tej błyskotliwej, wartko się toczącej i podszytej doskonałym dowcipem powieści.
Jak pamiętają wszyscy wielbiciele „Kronik Cliftonów”, postać Williama Warwicka stworzył Harry Clifton – teraz Jeffrey Archer pozwala mu żyć własnym życiem, otwierając tym samym nowy cykl, w którym nie zabraknie fascynujących śledztw, niespodziewanych zwrotów akcji, spektakularnych zwycięstw i prawdziwych dramatów.
-
Szykujcie portfele, nadciąga wrzesień!
Umówmy się, że takiego września to już dawno nie było. To będzie miesiąc napakowany premierami, co więcej, kapitalnymi premierami. Naprawdę będzie trzeba się nagimnastykować, żeby znaleźć czas na przeczytanie tego, co według mnie, warto w nadchodzącym miesiącu przeczytać. Tradycyjnie już po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się do sklepu, gdzie możecie przeczytać więcej o danym tytule oraz go zamówić. Życzę Wam smacznego, wracam do czytania!
-
„Dzieje jednego pocisku” – felieton Piotra Niemczyka
Nie. Nie ma obaw. Nie będę tutaj streszczał ani recenzował powieści Andrzeja Struga, chociaż znowu coraz bardziej zaczyna ona pasować do obecnych czasów. Chciałbym się tylko przez chwilkę zastanowić, jak to się stało, że Sławomir Sierakowski, redaktor „Krytyki Politycznej” znalazł w Mińsku, w trakcie zamieszek, łuskę po pocisku do broni gładkolufowej z napisem „Made in Poland” z boku.

fot: profil FB Sławomira Sierakowskiego Po starannym przyjrzeniu się i porównaniu ze zdjęciami podobnej amunicji wyprodukowanej w Fabryce Amunicji Myśliwskiej w Pionkach, można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że to łuska od amunicji hukowej stosowanej przede wszystkim do rozpędzania demonstracji, najprawdopodobniej wyprodukowana w Polsce przed 2004 rokiem.
Dlaczego przed 2004 rokiem? Bo Polska weszła do Unii Europejskiej w 2004 roku, a w Unii obowiązują inne zasady oznaczeń tego rodzaju amunicji niż w Polsce przed datą wejścia do UE.
Także w 2004 roku Bruksela zaczęła wprowadzać sankcje na dostawy broni i sprzętu policyjnego, który mógłby służyć represjom wobec obywateli. Embargo było wprowadzane z powodu represji uruchomionych przez reżym Łukaszenki po manipulowaniu wyborami, które powinny się odbyć w 1999 roku, a zostały przeprowadzone dopiero w 2001, po zniknięciu kilku czołowych polityków opozycji i rozpędzeniu protestów związanych z ich usunięciem. Już wtedy policja utworzyła tzw. szwadrony śmierci, odpowiedzialne za zniknięcia (zabójstwa?) opozycjonistów.

www.unsplash.com/Osman Yunus Bekcan Można więc założyć, że amunicja do broni gładkolufowej trafiła na Białoruś „legalnie” przed 2004 rokiem, lub przez łańcuszek pośredników, jak ten opisany przez Tomasza Sekielskiego, jako ilustracja metod stosowanych przez służby białoruskie do nielegalnego handlu bronią:
„Chodziło o to, by nikt nigdy nie dotarł do prawdziwych zleceniodawców. W tym celu stworzono sieć firm przykrywek w Mołdawii, Syrii, Sudanie i Pakistanie. To między tymi państwami krążyły kontenery z bronią… ale tylko na papierze. Sprzęt został zamówiony w białoruskiej firmie BelTechExport.”1
Białoruś jest potęgą w nielegalnym handlu bronią. Zarówno tą wyprodukowaną jeszcze w ZSRR, leżącą w magazynach armii, jak i tą zmontowaną już po likwidacji Związku Radzieckiego. Bywa też pośrednikiem pomiędzy renomowanymi producentami broni, a państwami i organizacjami objętymi międzynarodowymi sankcjami. Trudno mieć wątpliwości, że firmy trudniące się handlem bronią na Białorusi miałaby jakiekolwiek kłopoty z zakupem amunicji do broni gładkolufowej, wyprodukowanej w Polsce.
Czy znalezienie łuski po amunicji używanej do rozpędzania protestów przez polskiego publicystę to zwykły przypadek? Niekoniecznie. OMON-owcy dość skrupulatnie zbierali łuski, z których muszą rozliczyć się w magazynach amunicji. Za zgubienie tulei od pocisku hukowego, gazowego czy gumowego mogą mieć kłopoty. Jednak kilka łusek zgubili. Może dlatego, żeby postawić Polaków, w trudnej sytuacji. Państwo rzekomo wspiera opozycję białoruską, ale zarazem gra na dwa fronty, sprzedając reżymowi Łukaszenki amunicję. To kłopot dla polskiego wizerunku i reputacji, nie mówiąc o tym, że może narażać RP na kłopoty spowodowane ewentualnym międzynarodowym śledztwem dotyczącym tego, jak amunicja z państwa Unii Europejskiej trafiła do kraju objętego embargiem.
Jednak brutalne metody rozpędzania demonstracji i eliminowania różnych działaczy opozycji nie służą przecież jedynie ochronie tajemnic związanych z nielegalnym handlem bronią. Administracja Łukaszenki uwłaszczyła się na państwie białoruskim. Majątek tylko prezydenta szacowany jest na kilka miliardów euro. Majątki związanych z nim oligarchów, członków rządu i szefów agencji państwowych, a także kierownictwa służb specjalnych można szacować na setki milionów.
Obok handlu bronią, drugie najpoważniejsze źródło zarobków to nadzór nad przemytem papierosów do Unii Europejskiej. W tej kontrabandzie, rola tzw. mrówek (czyli osób pojedynczo przemycających po kilka „sztang” papierosów) jest nieistotna. Problemem są TIR-y, wypełnione milionami paczek papierosów (w kontenerze mieści się prawie milion pudełek), które wjeżdżają „tranzytem” na Litwę i do Polski po to, aby dostarczyć papierosy np. do Mołdawii. Tylko, że papierosy „giną” po drodze. Granicę rumuńsko-mołdawską przekraczają puste, a wyroby tytoniowe zasilają wart ok. 100 mld euro czarny rynek papierosów Unii Europejskiej.

www.unsplash.com/Giorgio Trovato Najlepszą powieścią jaką znam opisującą (także od środka) białoruskie KGB jest książka Vincenta V. Severskiego „Nielegalni”. Z dużą znajomością opisuje on powiązania funkcjonariuszy tej służby z mafią, a także fatalne relacje wewnątrz służby, szantaże i donosicielstwo.
„Pokój wypełniały kłęby dymu papierosowego wymieszane z oparami wódki, piwa i uryny z zepsutej toalety. W rogu pokoju stał telewizor włączony ma MTV bez głosu.
Pułkownik Andriej Olegowicz Stepanowycz z mińskiego KGB czuł, że jeżeli zostanie dłużej, to za chwilę urwie mu się film. Podjął już decyzję: najwyższy czas iść do domu, zwłaszcza że mieszka niedaleko.
Wydawało mu się, że głosy pięciu pijanych mężczyzn zlewają się w jeden potężny ryk. W żadnym wypadku nie mógł zasnąć, bo miał nieodparte wrażenie, że koledzy ze Służby Celnej, nie mniej pijani od niego, tylko czekają, żeby odebrać mu jego zasłużone pięć tysięcy dolarów.
Później powiedzą, że gdzieś zgubiłem. To skurwysyny… Takim nigdy nie można ufać! – pomyślał z wysiłkiem.
Co prawda nie napracował się zbytnio, by zasłużyć na te pieniądze, bo i nie było przy czym, zabezpieczał jedynie transport papierosów do Polski, ale piątka mu się należała, bo jest najstarszy stopniem. Już dawno nie dostał takiej kasy, więc wciąż odruchowo wsuwał rękę do kieszeni, sprawdzając, czy pieniądze są na swoim miejscu. I po każdej takiej kontroli było mu coraz przyjemniej”.2
Ta przyjemność się szybko kończy, ponieważ Stepanowycz, jeden z szefów białoruskiego kontrwywiadu zostaje szybko zamordowany i obrabowany. Śledztwo nadzoruje osobiście Aleksander Łukaszenka, który wyjaśnienie sprawy zleca, rywalizującej z KGB, Służbie Bezpieczeństwa Prezydenta.
„Jak Służba Bezpieczeństwa prowadzi dochodzenie, to zawsze coś znajdzie, na każdego… – pomyślał z lekkim niepokojem kapitan Wasilij Krupa. Przekręty, korupcję, zaniedbanie, oszustwa, a może nawet jakiegoś szpiega. Dobrze powiedział Popow, że dzisiaj będą zajęcia w podgrupach, bo każdy ma coś na sumieniu i padł na nich blady strach!.”3 Oczywiście zajęcia w podgrupach, to narady na których funkcjonariusze KGB ustalają, kto komu daje jakie alibi, żeby ukryć nadużycia. Oczywiście suto zakrapiane wódką.
Vincent Severski jednak nie zostawia złudzeń w sprawie tego, że funkcjonariusze „kręcili na boku” wyłącznie we własnym interesie. „Zastępca szefa kontrwywiadu, jeżeli robił interesy, to nie jakieś bazarowe przekręty. Taka figura, z takimi kontaktami musiała wyciągać poważną kasę. (…) Stosunki w białoruskim KGB przypominały dawne komunistyczne układy, wymieszane z mafią, chciwością, podłością i ludzkim marzeniem o lepszym życiu. (…) Celnicy są pod kryszą rosyjsko-białoruskiej mafii i bezpieki Łukaszenki.”4
Jeżeli ktoś próbuje być samodzielny, musi spodziewać się, że prędzej czy później stanie się ofiarą szantażu: „Chuj mnie obchodzi, co robisz, ale kasa ma być regularnie i na czas. Rozumiesz, Popow?! – Był już bardzo agresywny. – Powiedz swoim, że Pułkownik Stepanowycz zapewnia ci kryszę! Pamiętaj, że byłem w Afganistanie, w specnazie. Nie próbujcie żadnych sztuczek, to wszystko będzie dobrze i wszyscy będą zadowoleni.”5
Oczywiście nawet wiceszef kontrwywiadu w takiej „układance” nie mógł być samodzielny. „Stepanowycz zajmował się, jak rozumiem, przemytem na polskiej granicy, to musiał mieć swoich ludzi w Służbie Celnej i wśród wysokich urzędników w Mińsku, czyż nie? I w tamtejszej mafii… (…) Kilka razy próbowaliśmy usunąć go ze stanowiska, ale miał mocne plecy u Łukaszenki. (…) Oddawał gdzie trzeba działkę z przemytu i interesy się kręciły.”6
A jak łatwo się przekonać na stronach książki Severskiego, gdy ktoś próbował się wyłamać z takiego systemu, to musi liczyć się z szantażem, przemocą, fabrykowaniem dowodów, a nawet morderstwem.
Czytelnik powieści Severskiego, Sekielskiego czy innego autora piszącego o Białorusi, może powiedzieć: to wszystko bzdury. Fikcja literacka.
Niestety nie. Potwierdzają to prace publicystów, historyków, politologów badających historię najnowszą Białorusi. Niestety w Polsce nie ukazują się książki opisujące kompleksowo sytuację w dawnej republice radzieckiej w oparciu o fakty. Na świecie jednak ukazało się ich sporo. Może warto przetłumaczyć chociażby kilka.7
Finał powieści Andrzeja Struga jest pesymistyczny. Ale chyba dlatego, że za bardzo koncentruje się na przemocy. Społeczeństwo białoruskie protestuje pokojowo. To struktury siłowe, broniąc swoich wygodnych posad, profitów z korupcji i rozliczeń z mafią, sięgają do brutalnych represji. A losy pocisku przypominają trochę przestępcze „karuzele” stosowane do handlu bronią i przemytu wielkich ilości papierosów. Paradoksalnie to nie rozbudowane struktury bezpieczeństwa, coraz bardziej zaawansowane procesy produkcji i skomplikowane procedury międzynarodowego handlu posuwają świat do przodu. To idealiści, wizjonerzy, obrońcy praw człowieka i praworządności czynią go coraz lepszym. Oby zaczęło się to sprawdzać także na Białorusi.
Piotr Niemczyk
– Andrei Sannikow; “My Story: Belarusian Amerikanka or Elections Under Dictatorship”; wydawca: East View Press, Waszyngotn DC 2015;
– Hennadii Mykhailenko; “Lukashenko Ltd: It is my true life story about Belarus hospitality especially for foreign investors”; wydane nakładem własnym autora; Amazon 2016;
– Anatol Liabedzka; “108 Days & Nights in a KGB Dungeon: Diary of Anatol Liabedzka, a Political Hostage”; wydawca: Versus aureus; Wilno 2013;
-
Wieś wisielców oraz inne miejsca, w których straszy. Wkrótce nowa książka Janusza Szostaka
Janusz Szostak, znany dziennikarz śledczy, pisze książkę o miejscach, w których straszy. Zabrał nas więc do Bromierzyka – byłej, tak, byłej wsi pod Warszawą. Kto tam straszy i dlaczego? Czy to prawda, że samobójcy upodobali sobie okoliczne lasy? Jest kilka teorii, ale o tym opowie już autor. Jak zobaczycie na filmie Bromierzyk odwiedziliśmy praktycznie w samo południe, ale przyznam, że klimat jest niesamowity. Nocą bym się raczej tam nie zapuścił.
-
Łazarewicz, Audic, Kalinowski, SPT#3
W trzecim odcinku Smacznego Przeglądu Tygodnia przenosimy się do Czarnobyla i Prypeci (Jakub Ćwiek, dzięki za ujęcia wideo z tamtych miejsc), pokażę Wam sklep, który jest dziadkiem dzisiejszych centrów handlowych, a także opowiem o kryminale, którego akcja toczy się w trakcie Powstania Warszawskiego. Partnerem cyklu jest Legimi, tam też znajdziecie większość omawianych przeze mnie książek – są oznaczone specjalną belką. Smacznego!
-
Wejścia w turach, mierzenie temperatury – jak będą wyglądały tegoroczne targi w Krakowie?
Lato dla zespołu Targów w Krakowie to zawsze okres intensywnych przygotowań do jesiennych Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Nie inaczej jest tym razem. Chęć powrotu do normalności i moc energii do działania zaowocowały powstaniem nowej koncepcji Targów – wyjątkowej, nietypowej, mówiąc krótko: edycji specjalnej. Co to oznacza i czego można się spodziewać w dniach 22-25 października 2020 r. w EXPO Kraków?
Wejście specjalne
Mając na uwadze obowiązujące na ten moment ograniczenia liczby osób w przestrzeni targowej, liczba Zwiedzających musi być kontrolowana. Uczestnicy będą wchodzić na teren Targów w turach, na które będą sprzedawane bilety. Taki system wejść umożliwi wcześniejsze rozłożenie liczby przybywających osób na określone godziny. Wydłużenie godzin otwarcia 24.MTKwK sprawi, że do dyspozycji Zwiedzających będą trzy różne godziny wejścia: 9.00, 12.00 oraz 15.00. Aby zapobiec nadmiernemu kontaktowi, wejściówki mają być dostępne do zakupu jedynie online i tylko przy obowiązkowej rejestracji każdego biorącego udział w Targach. Wszyscy będą musieli zarejestrować swój udział w targach oraz wypełnić ankietę epidemiologiczną.
Bilety będą sprzedawane na każdą z tur, to jest na konkretną godzinę w danym dniu Tragów. Ich całościowa pula będzie określona na podstawie oficjalnych wytycznych rządu. Dla miłośników Targów Książki mamy dobrą wiadomość: aby spędzić cały dzień na Targach, będzie można kupić bilet na kilka tur. Koszt jednej z nich wynosi 5 zł dla wszystkich Uczestników. W tym roku nie będzie możliwości skorzystania z bezpłatnego wstępu na Targi lub uzyskania zniżki. Dotyczy to nie tylko najmłodszych czy seniorów, lecz także wszystkich uprawnionych do zwyczajowych ulg, które w normalnych warunkach byłyby akceptowane. Dzięki takiemu systemowi wejścia oraz wyjścia możliwe będzie dokładne monitorowanie, ile osób przebywa w danym momencie w budynku oraz kim są nasi goście.

Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe Specjalnie dla Autora
Spotkania z autorami oraz podpisywanie książek na stoiskach nie będą w tym roku możliwe. Zostaną one jednak zastąpione nowym, komfortowym rozwiązaniem. Powstanie Strefa Autora, czyli specjalnie wydzielone miejsce w hali, w którym każdy Wystawca może zarezerwować czas dla swojego pisarza. To właśnie tam czytelnicy będą mogli zdobyć autograf swojego ulubionego twórcy, a także kupić jego dzieła. Będzie to możliwe dzięki małym punktom sprzedaży umieszczonym przy wejściu do Strefy, w których Wystawcy będą mogli sprzedawać książki zaproszonego gościa. Wszystko to z zachowaniem odpowiednich odległości oraz dodatkowych środków ostrożności: pisarz otrzyma własne stanowisko chronione osłoną z Plexi, a kolejka zwiedzających będzie regulowana przez ochronę, czuwającą nad przestrzeganiem wymogów sanitarnych. Po zakończeniu każdego spotkania stanowisko autorskie oraz punkty sprzedaży będą dezynfekowane i przygotowywane na kolejnych Uczestników. Nowa forma targowych spotkań to sposób na zorganizowanie dla czytelników oraz pisarzy bezpiecznej i wygodnej przestrzeni. Dzięki temu Zwiedzający będą mogli poczuć się pewnie i skorzystać z okazji do spotkania Autora na żywo.
Specjalne zabezpieczenie
Uczestnicy muszą przygotować się na zmiany w dotychczasowym sposobie funkcjonowania wydarzenia. Zapewnienie odpowiednich warunków podczas jego trwania jest nie tylko obowiązkiem, lecz także priorytetem dla Organizatora. Wypracowana na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy strategia bezpiecznych targów zakłada przede wszystkim dostosowanie obiektu do obostrzeń sanitarnych. Bezdotykowe mierzenie temperatury to istotny element wprowadzanych działań prewencyjnych, dlatego EXPO Kraków jest wyposażone w bramki ze specjalnymi czytnikami, które sprawdzają temperaturę osób wchodzących na teren Targów. Dodatkowe zabezpieczenie w postaci poszerzenia korytarzy zapewnia zwiększone odległości między stoiskami. Umożliwi to swobodne przemieszczanie się Zwiedzających przy zachowaniu odpowiedniego dystansu. Elementy często dotykane, czyli poręcze, klamki, a także elementy stoisk będą poddawane dokładnej i częstej dezynfekcji. Podajniki z płynem dezynfekującym będą dostępne w kilkunastu punktach wewnątrz budynku do dyspozycji każdego Uczestnika w trakcie trwania Wydarzenia.

Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe Wszyscy Wystawcy zostaną wyposażeni w dodatkowe pakiety sanitarne, w których skład wejdą: komplet rękawiczek, maseczek oraz płynów dezynfekujących. Przy tak wyposażonych stoiskach znajdą się również specjalne kosze na maseczki i rękawiczki, a także zabezpieczenie osłoną z Plexi nad kasę.
Oprócz dostosowania samego obiektu oraz stoisk do wymogów sanitarnych Organizator przygotowuje także i Uczestników do zachowania ostrożności. Będą obowiązywać środki ochrony osobistej, takie jak maseczki oraz rękawiczki, a ci, którzy zapomną przynieść je ze sobą, będą mieli możliwość zakupu niezbędnych elementów ochronnych w strefie wejścia.
Po przymusowej kwarantannie i zamrożeniu wielu przejawów działalności, życie w kraju wraca do normy, oczywiście z uwzględnieniem wszelkich zalecanych środków ostrożności. Spotkania on-line są znakomitym sposobem na czas kwarantanny, ale nie zastąpią prawdziwych spotkań z ludźmi, nie stworzą niepowtarzalnej atmosfery czytelniczego święta. Nadchodzące Targi stanowią szansę na nadrobienie straconych spotkań literackich w odpowiednio przygotowanym do tego miejscu. Nadzwyczajna dbałość o zabezpieczenia sanitarne, nietuzinkowy system wejścia oraz wyjścia, a także wyjątkowe Strefy Autorów – oto jedyna taka, specjalna edycja 24. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie.
Wprowadzane zmiany w tegorocznym sposobie funkcjonowania Targów to rozwiązania stworzone w oparciu o rządowe regulacje odnośnie do organizacji imprez targowych. Zaprezentowany system bezpieczeństwa oraz formy przeprowadzania spotkań zostały opracowane na podstawie obecnie obowiązujących przepisów, lecz będą korygowane stosownie do wszelkich zmian i nowych zapisów.
Więcej szczegółów na temat Wydarzenia można znaleźć: https://ksiazka.krakow.pl/pl/ .
Informacje na temat procedur związanych z funkcjonowaniem EXPO Kraków dostępne jest na stroniehttps://targi.krakow.pl/public/files/bezpieczne-targi-dokument.pdf .
źródło: informacja prasowa Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie
-
Małecki, Geissler, Semczuk, SPT#2
Nie spać, czytać, ale najpierw kupić 🙂 W drugim odcinku Smacznego Przeglądu Tygodnia opowiem Wam o tym, jak pracowałem w fabryce pierników, a ta historia będzie punktem wyjścia do omówienia „Pracy sezonowej” Heike Geissler, która zatrudniła się w Amazonie – możemy więc podejrzeć światowego hegemona od kuchni. Będzie też o „Żałobnicy” Roberta Małeckiego, stąd moja wizyta na przejeździe kolejowym, a do Oświęcimia wybrałem się po to, żeby przybliżyć „Cyklon” Przemysława Semczuka. Przypominam, że partnerem cyklu jest Legimi, właśnie tam znajdziecie znakomitą większość książek, o których opowiadam. Do zobaczenia za tydzień!



































