Kategoria: Aktualności
-
„Królestwo” Jo Nesbø już we wrześniu!
Jeśli spodziewaliście się kolejnej książki z Harrym Hole, to swój entuzjazm musicie odłożyć jeszcze na półkę. Drugiego września w księgarniach pojawi się „Królestwo”. O czym będzie książką?
W norweskiej wiosce gdzieś w górach mechanik Roy wiedzie spokojne, proste życie. Kiedy jego przedsiębiorczy brat Carl wraca po latach z propozycją budowy hotelu, odżywają mroczne sekrety ich dzieciństwa i czasu dorastania. Roy zawsze bronił młodszego brata przed rówieśnikami i chronił przed złośliwymi plotkami, ale teraz jego lojalność zostaje poddana próbie. Gdy miejscowy stróż prawa wznawia śledztwo w sprawie tragicznej śmierci rodziców braci, Roy staje przed dylematem, jak wiele jest w stanie poświęcić w imię braterskiej miłości.
Harry Hole pewnie wkrótce wróci, a jaki koniec szykuje dla niego norweski pisarz? Kliknijcie tutaj. Jeśli już przy klikaniu jesteśmy, to w okładce znajduje się aktywny link, pod którym możecie już zamówić książkę.
-
„Zakłamane życie dorosłych” – fragment najnowszej książki Eleny Ferrante
Jeśli czekacie na najnowszą książkę włoskiej gwiazdy literatury, to musicie uzbroić się w cierpliwość, bo premiera „Zakłamanego życia dorosłych” dopiero drugiego września, ale już dziś możecie przeczytać fragment ! Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się na stronę sklepu, w którym będziecie mogli przeczytać więcej o nowym tytule Ferrante, ale też kupić książkę. Smacznej lektury.
Przedstawione w książce fakty i postacie stanowią wyłącznie owoc artystycznej ekspresji i wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwa czy odniesienia do wydarzeń, osób, nazwisk i miejsc są czysto przypadkowe i niezamierzone. Wymienione instytucje, tytuły gazet, czasopism i książek pojawiają się jedynie ze względu na potrzeby fikcji literackiej.
1.
Dwa lata przed tym, zanim mój ojciec nas zostawił, powiedział matce, że jestem bardzo brzydka. Wyszeptał to cicho, w mieszkaniu, które wspólnie kupili zaraz po ślubie, w dzielnicy Rione Alto, na końcu via San Giacomo dei Capri. Wszystko zastygło – neapolitańskie uliczki, zimne lutowe światło i te słowa. Tylko ja się wymknęłam i nadal przemykam przez wersy, które w zamyśle mają nadać mi jakąś historię, choć w rzeczywistości są niczym – niczym, co byłoby moje, co się naprawdę zaczęło albo naprawdę dokonało, lecz zwykłą gmatwaniną. I nikt, nawet ta, która pisze te słowa, nie wie, czy zawierają właściwy wątek opowieści, czy może stanowią jedynie kłębek bólu bez szans na odkupienie.
2.
Bardzo kochałam ojca, był człowiekiem niezwykle uprzejmym. Jego wytworne maniery pasowały do wątłej sylwetki, na której wszystkie ubrania wyglądały jak o numer za duże, co w moich oczach nadawało mu niezrównaną elegancję. Miał delikatne rysy twarzy i nic – ani zapadnięte oczy o długich rzęsach, ani nos o nienagannym kształcie, ani pełne usta – nie burzyło tej harmonii. Zawsze zwracał się do mnie wesoło, bez względu na to, w jakim on czy ja byliśmy humorze, i nigdy nie zamykał drzwi do swojego gabinetu – w którym nie odrywał oczu od książek – zanim nie skradł mi przynajmniej jednego uśmiechu. Radości dostarczały mu zwłaszcza moje włosy, nie potrafię jednak powiedzieć, kiedy zaczął je chwalić – może gdy miałam dwa albo trzy lata. Pamiętam za to z dzieciństwa takie oto rozmowy:
– Jakie masz piękne włosy, gęste, błyszczące. Dasz mi je?
– Nie, są moje.
– Nie bądź skąpa.
– Jeśli chcesz, mogę ci trochę pożyczyć.
– Wspaniale. I tak ich nie oddam.
– Masz swoje.
– Te, co mam, też są od ciebie.
– Nieprawda, kłamiesz.
– Sama sprawdź. Były takie śliczne, że nie mogłem się oprzeć i wziąłem sobie odrobinkę.
Sprawdzałam, ale dla zabawy, wiedziałam, że nie mógłby mi ukraść włosów. I śmiałam się, śmiałam do rozpuku. Potrafił rozbawić mnie bardziej niż mama. Ciągle czegoś ode mnie chciał: a to ucha, a to nosa czy brody, mówił, że są tak doskonałe, że nie może bez nich żyć. Uwielbiałam jego głos, bez końca utwierdzał mnie w przekonaniu, że mnie potrzebuje.
Ale ojciec nie był taki dla wszystkich. Czasami, gdy coś bardzo leżało mu na sercu, nerwowo faszerował wyrafinowaną konwersację niekontrolowanymi emocjami. Innym razem ucinał dyskusję skąpymi i niezwykle syntetycznymi zdaniami, tak że nikt nie ośmielał się mu ripostować. Ci dwaj ojcowie bardzo różnili się od mojego ukochanego taty, a ich istnienie zaczęłam odkrywać w wieku siedmiu, może ośmiu lat, gdy przysłuchiwałam się jego rozmowom z przyjaciółmi i znajomymi, którzy spotykali się u nas w domu na burzliwych zebraniach poświęconych całkiem niezrozumiałym dla mnie problemom. Zazwyczaj siedziałam z mamą w kuchni i nie zwracałam uwagi na toczące się kilka metrów dalej kłótnie. Bywało jednak, że moja matka miała coś do zrobienia i zamykała się w swoim pokoju, ja zaś zostawałam sama na korytarzu i bawiłam się albo czytałam – najczęściej jednak czytałam, bo mój ojciec dużo czytał, mama też, a ja lubiłam ich naśladować. Nie przysłuchiwałam się rozmowom, zabawę lub lekturę przerywałam dopiero wtedy, gdy nagle zapadała cisza i rozlegał się obcy głos mojego ojca. Był władczy i nie dopuszczał obiekcji, czekałam więc tylko, aż zebranie dobiegnie końca i będę mogła sprawdzić, czy tata na powrót stał się miły i czuły.
Tamtego wieczoru, zanim wypowiedział feralne zdanie, dowiedział się o moich słabych ocenach w szkole. To było coś nowego. Od pierwszej klasy podstawówki świetnie się uczyłam i dopiero przez ostatnie dwa miesiące zaczęło mi iść gorzej. Ale moi rodzice przykładali wielką wagę do mojej edukacji, dlatego matka przy pierwszych słabych stopniach od razu się zaniepokoiła.
– Co się dzieje?
– Nie wiem.
– Musisz się uczyć.
– Uczę się.
– To o co chodzi?
– Jedne rzeczy zapamiętuję, innych nie.
– Ucz się tak długo, aż zapamiętasz wszystko.
Ślęczałam nad książkami, lecz oceny nadal nie były zadowalające. Tamtego popołudnia moja matka poszła porozmawiać z nauczycielami i wróciła bardzo rozczarowana. Nie skarciła mnie, rodzice nigdy mnie nie karcili. Powiedziała tylko: najbardziej niezadowolona jest nauczycielka matematyki, stwierdziła jednak, że jeszcze masz szansę. I wyszła do kuchni, żeby przygotować kolację. W tym czasie wrócił ojciec. Z pokoju słyszałam jedynie, jak matka zdaje mu relację ze skarg nauczycieli, domyśliłam się też, że tłumaczy je zmianami związanymi z dorastaniem. Ale ojciec jej przerwał i głosem, którego wobec mnie nigdy nie używał – pozwolił sobie nawet na zakazany w naszym domu dialekt – powiedział coś, co z pewnością wolałby zatrzymać tylko dla siebie:
– Dorastanie nie ma tu nic do rzeczy. Zaczyna się upodabniać do Vittorii.
Gdyby tylko przypuszczał, że go słyszę, nigdy by się nie odważył na wypowiedź tak odległą od naszego zwyczajowego sposobu porozumiewania się. Rodzice myśleli jednak, że drzwi do mojego pokoju są zamknięte, bo zawsze je zamykałam, i nie zorientowali się, że sami zostawili je otwarte. Tak w wieku dwunastu lat od własnego ojca dowiedziałam się, że staję się jak jego siostra, a odkąd sięgam pamięcią, sam powtarzał, że ta kobieta łączy w sobie szpetotę z paskudnym charakterem.
Ktoś mógłby w tym miejscu zaprotestować i stwierdzić, że przesadzam – twój ojciec nie powiedział przecież: Giovanna jest brzydka. To prawda, takie słowa nie leżały w jego naturze. Ale ja właśnie wkroczyłam w okres huśtawki emocjonalnej. Od prawie roku miesiączkowałam, urosły mi piersi, czego się bardzo wstydziłam, bałam się, że śmierdzę, bez ustanku się myłam, zniechęcona kładłam się spać i zniechęcona budziłam się rano. Jedynym pocieszeniem, jedynym pewnikiem było to, że ojciec mnie uwielbia. Dlatego gdy przyrównał mnie do ciotki Vittorii, odebrałam to gorzej, niż gdyby powiedział: Giovanna kiedyś była śliczna, a teraz zbrzydła. Vittoria brzmiało w moim domu jak imię potwornej istoty, która jest w stanie zbrukać i skazić każdego, kto tylko się jej dotknie. Niewiele wiedziałam o ciotce, widziałam ją zaledwie parę razy, ale – i w tym rzecz – z naszych spotkań zostało mi jedynie wspomnienie obrzydzenia i strachu. Tych uczuć jednak nie budziła we mnie sama jej postać, najbardziej przerażały mnie odraza i lęk obecne w oczach rodziców. Ojciec zawsze szeptał ze wzburzeniem, gdy mówił o siostrze, jakby wstydliwe rytuały, które odprawiała, kalały nie tylko ją, ale i każdego z jej otoczenia. Moja matka natomiast w ogóle o niej nie wspominała, co więcej, uciszała męża, jakby w obawie, że szwagierka może ich usłyszeć bez względu na to, gdzie się właśnie znajduje, i ruszyć w górę wielkimi krokami po San Giacomo dei Capri – chociaż to długa i stroma ulica – żeby przywlec ze sobą wszystkie choroby z sąsiednich szpitali prosto do naszego mieszkania na szóstym piętrze, spiorunować meble upojonym wściekłością wzrokiem i uderzyć matkę w twarz, jeśli tylko ta ośmieli się zaprotestować.
Domyślałam się, że za tą nerwowością kryć się musi historia pełna wyrządzonych i doznanych krzywd, niewiele jednak w tamtym czasie wiedziałam o losach rodziny, a przede wszystkim nie uważałam tej okropnej ciotki za jej członka. Była postrachem z dziecięcych lat, diaboliczną zjawą, ponurym cieniem czającym się w domu po kątach, gdy zapada zmierzch. I nagle, bez uprzedzenia, dowiedziałam się, że się do niej upodabniam. Jakim cudem? Ja? Taka piękna dziewczyna, która do tej pory dzięki ojcu wierzyła, że piękna zostanie na zawsze? Która ciągle od niego słyszała, że ma wspaniałe włosy, że jest taka kochana, i za taką się uważała, bo on kochał? Która już zaczęła cierpieć, bo rodzice nagle okazali niezadowolenie i to niezadowolenie przesłoniło całą resztę?
Poczekałam na słowa matki, ale jej reakcja nie przyniosła ukojenia. Chociaż nienawidziła wszystkich krewnych męża i nie cierpiała szwagierki, tak jak nie cierpi się jaszczurki wspinającej się po gołej łydce, nie zawołała: zwariowałeś, moja córka w niczym nie przypomina twojej siostry. Westchnęła tylko beznamiętnie: ależ skąd, co ty mówisz. Podbiegłam do drzwi i je zamknęłam, żeby już niczego więcej nie słyszeć. Potem długo szlochałam, uspokoiłam się dopiero wtedy, gdy ojciec – łagodnie jak zawsze – przyszedł i oznajmił, że kolacja gotowa.
Gdy pojawiłam się w kuchni, miałam już suche oczy. Ze wzrokiem wbitym w talerz cierpliwie wysłuchałam rad, jak się podciągnąć w ocenach. Po kolacji wróciłam do pokoju, by udawać, że się uczę, rodzice zaś zasiedli przed telewizorem. Czułam tępy ból, który długo nie ustępował. Dlaczego ojciec powiedział to, co powiedział, i dlaczego matka się nie sprzeciwiła? Czyżby powodem było rozczarowanie złymi stopniami? A może ich rozżalenie nie ma nic wspólnego ze szkołą i ciągnie się już od dawna? I czy te okrutne słowa wyrwały się ojcu, bo sprawiłam mu przykrość, czy też jako człowiek wszechwiedzący i przenikliwy już wcześniej dostrzegł we mnie zalążek przyszłego zepsucia, pleniącego się zła i to go przygnębiło, bo nie wie, jak ma się ustosunkować? Zadręczałam się całą noc. Rano doszłam do wniosku, że jedynym ratunkiem dla mnie będzie sprawdzenie, jak naprawdę wygląda ciotka Vittoria.
-
„Mamy wytypowane miejsce, w którym prawdopodobnie jest zakopane ciało Iwony Wieczorek”
Iwona Wieczorek po raz ostatni byłą widziana w nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku. Za kilka dni minie 10 lat od tamtego feralnego powrotu z dyskoteki. Sprawą żyła cała Polska, a kobiety szukała rodzina, policja, detektywi, znajomi, obcy ludzie. Co się stało? Dlaczego nie dotarła do domu? Którą drogą szła i kogo spotkała? Czy jej znajomi mówią prawdę o tamtej lipcowej nocy? Janusz Szostak, szef „Fundacji na Tropie”, a także dziennikarz, napisał w 2018 roku książkę „Co się stało z Iwoną Wieczorek”. No właśnie, co? Jak sam mówi, w przyszłym tygodniu mają rozpocząć się działania w miejscu, w którym prawdopodobnie zakopane jest ciało Iwony Wieczorek. Kilkanaście dni temu o „Fundacji na Tropie” było głośno przy okazji wydobycia z Jeziora Dywickiego zwłok Joanny Gibner, zamordowanej w 1996 roku.
-
Ku pokrzepieniu serc (i portfeli) – felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Pożoga, dramat, czarna rozpacz. Kogo nie zapytać, na rynku książki dzieje się źle albo bardzo źle. A odkąd pojawił się koronawirus, to już w ogóle. Jednak wcale tak nie musi być. A nawet – wcale tak nie jest. Wystarczy się porządnie rozejrzeć. Opowiem Wam trzy krótkie historie. W pierwszej chwili może się wydawać, że nie mają ze sobą wiele wspólnego – łączą je tylko dziwaczne pomysły i książki. Ale przy bliższym poznaniu okażą się niemal bliźniacze, choć każda z nich rozegrała się w innym miejscu, okolicznościach i czasie.
1.
Niedoszły prawnik, przedsiębiorca, twórca programów telewizyjnych, popularyzator nauki, youtuber, gwiazda internetu. Tak, Radek Kotarski to człowiek wielu talentów. A jakby tego było mało, któregoś dnia postanowił zostać również autorem i wydawcą w jednej osobie. Nie był zachwycony tym, w jaki sposób tradycyjne wydawnictwo zaopiekowało się jego debiutancką książką – „Nic bardziej mylnego!”, więc kolejną – „Włam się do mózgu” – postanowił zająć się samodzielnie. A że wieści szybko się rozchodzą, o pomyśle Kotarskiego dowiedziały się jego dwie koleżanki – Arlena Witt (twórczyni youtube’owego kanału Po Cudzemu) i Ewa Grzelakowska-Kostoglu (Red Lipstick Monster) – i zapytały, czy nie zaopiekowałby się także ich utworami. Skończyło się tym, że w drugiej połowie 2017 roku powstał Altenberg, wydawnictwo inne niż wszystkie – niewspółpracujące z Empikiem ani żadnym innym dystrybutorem, sprzedające książki wyłącznie przez internet, wynagradzające autorów zdecydowanie hojniej niż konkurencja (według Kotarskiego nawet trzy do ośmiu razy hojniej).
2.
Gdyby Marcin Beme powiedział Wam, że jest skiturowcem, który zrobił krótki przystanek w Warszawie, żeby za kilka dni pozjeżdżać na dziko w Alpach – pewnie byście mu uwierzyli. Gdyby stwierdził, że od ponad dziesięciu lat zajmuje się biznesem na rynku książki – raczej nie. W 2008 roku ten wyluzowany, zwykle wystrojony w luźną koszulkę i rozpinaną bluzę, nieco chaotyczny dżentelmen wymyślił, że będzie produkował i sprzedawał książki w wersji audio – za pośrednictwem Audioteki. Był to tak nieortodoksyjny pomysł, że pierwsze nagrania Beme pozyskiwał nie od wydawców, tylko z archiwów Polskiego Radia i Polskiego Związku Niewidomych. A żeby zrobić wokół swojej idei trochę szumu, wymyślił, że stworzy wielką dźwiękową produkcję – wzorem hollywoodzkich blockbusterów – na bazie „Narrenturm”, czyli pierwszej części trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego. Przekonał do tego autora i jego wydawcę, zwerbował ponad stu aktorów i Janusza Kukułę w roli reżysera, nafaszerował produkt specjalnymi efektami dźwiękowymi. I wydał na to kwotę przekraczającą ówczesne przychody Audioteki.
3.
Najpierw chcieli wykorzystać technologię elektronicznego papieru do zbudowania agregatora newsów. Potem wykoncypowali, że fajnie byłoby stworzyć narzędzie dla prawników, które pozwoli im przeglądać kodeksy przy użyciu czytnika. Dopiero przy trzecim podejściu Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz, dwaj utalentowani programiści po Politechnice Poznańskiej, pomyśleli o ebookach. Dołożyli do tego koncept streamingu, znany choćby z szybko rosnących (choć wtedy jest nie tak wielkich) biznesów w typie Netfliksa czy Spotify, po czym zaczęli rozkręcać Legimi. I choć pomysł ebooków na abonament wydawał się obiecujący, to wymagał zburzenia kilku elementarnych przeszkód. Raz, że dekadę temu wydawcy nie pałali miłością do książek elektronicznych, obawiając się, że zmiotą z rynku papierowe. A dwa – nie tak łatwo zbudować dużą bazę klientów, kiedy chcesz to zrobić w oparciu o ludzi niebojących się ebooków, a nawet uważających je za całkiem wygodne.
***

www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky Trzy firmy, trzy zestawy przedsiębiorców i trzy karkołomne pomysły na biznes – wymagające sporych nakładów finansowych, zaawansowania technologicznego, zbudowania niemal od zera nowych rynków albo gry na boisku, na którym panoszą się starsi i więksi chłopcy. Jak coś takiego nazwać? Brawurą? Szaleństwem? Biznesowymi fantasmagoriami?
A może jednak wizjonerstwem?
W ciągu pierwszych piętnastu miesięcy działalności Wydawnictwo Altenberg wypracowało 14 mln złotych przychodu i 1,8 mln zł czystego zysku. Do dzisiaj sprzedało około pół miliona książek i sfinansowało tyle samo obiadów podopiecznym akcji Pajacyk (jedna sprzedana książka = jeden obiad). W 2019 roku Altenberg – znany już wydawca literatury poradnikowej i ciekawostkowej sygnowanej nazwiskami youtuberów czy celeberytów – zasadza się na 18 mln złotych przychodu, które ma zagwarantować seria nośnych jesiennych premier, w tym nowej książki Radka Kotarskiego.
W Audiotekę z czasem uwierzyła grupa prężnych inwestorów, którzy przekazali spółce łącznie około 15 mln złotych. Dziś Marcin Beme, zdecydowany lider lokalnego rynku audiobooków, nie potrzebuje już zewnętrznego kapitału, ponieważ w 2018 roku jego firma osiągnęła 62,1 mln zł przychodu i 4,2 mln zł zysku netto. Dziś to on pomaga innym. Niedawno zainicjował akcję „Usłysz kulturę”, w ramach której w trudnych covidowych czasach planuje wesprzeć kwotą 4 mln złotych autorów czy reżyserów gotowych tworzyć interesujące projekty w wersji audio.
Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz rozkręcali Legimi z pomocą inwestorów i obligacji – łącznie na ponad 22 mln zł. I rozkręcili. W 2019 roku ich firma osiągnęła 17,4 mln zł przychodu i 613 tys. zł zysku netto, a ten rok chce zamknąć z 24,9 mln zł sprzedaży i 2,6 mln zł na czysto. Firma współpracuje w Polsce z ponad 300 wydawcami i większością bibliotek publicznych, a do tego prężnie rozwija się na niemieckim rynku, gdzie oprócz Legimi posiada jeszcze serwis Readfy, oferujący dostęp do ebooków w zamian za oglądanie reklam.
***
Te trzy wariackie pomysły na biznes przerodziły się w trzy zaskakujące sukcesy na rynku książki. To w ogromnej mierze zasługa przedsiębiorców, którzy za nimi stoją. Ich odwagi, kreatywności, kapitału intelektualnego, zdolności czytania trendów technologicznych. Upartości, wytrwałości, wytrzymałości na ból. A także – a może przede wszystkim – przemożnej chęci zburzenia istniejącego ładu. Pójścia pod prąd. Przemodelowania rzeczywistości. Pokazania, że się da, nawet jeżeli czytelnictwo spada, a rynek uchodzi za trudy, niewdzięczny i nieperspektywiczny.

www.unsplash.com/Sharon McCutcheon To ważne – a nawet cholernie ważne – zwłaszcza teraz. W czasie następujących po sobie koronawstrząsów, które gruntownie przebudowują świat, jaki znaliśmy. Przyzwyczaiłem się do powszechnego branżowego pesymizmu. Ale nawet jeśli zmartwienia biznesmenów z rynku książki są przesadzone, to ich ultranegatywne doniesienia trzeba traktować poważnie. Przeprowadzona na przełomie kwietnia i maja ankieta Polskiej Izby Książki jednoznacznie pokazuje, że nie jest wesoło: 89 proc. księgarzy i wydawców spodziewa się ograniczenia działalności z powodu pandemii, co trzeci odczuł dramatyczny spadek sprzedaży (70 proc. i więcej), a ponad połowa ograniczyła zatrudnienie. Nie cierpią jedynie ci, którzy w porę postawili na internet, a więc zrobili to, do czego najróżniejsi progności namawiają przedsiębiorców od co najmniej kilkunastu lat – i to bez względu na branżę, w której działają.
Tak więc, drodzy księgarze i wydawcy, pamiętajcie o swoich nowoczesnych kolegach, którzy nie tak dawno wystartowali od zera i stworzyli biznesy, które nawet w dobie pandemii mają się świetnie. Pamiętajcie, że książki to nie tylko bajki dla dorosłych, ale też całkiem realne morze możliwości. Również biznesowych.
Krzysztof Domaradzki
-
Komisarz Gross mógł zbierać znaczki, ale jednak skleja modele
Jedni biegają, inni ćwiczą sztuki walki, robią zdjęcia ptakom, ale ilu ludzi pióra, tyle zainteresowań. Robert Małecki lubi zaszyć się na kilka godzin w swojej modelarni i sklejać różne pojazdy. Co ciekawe, swoją pasję zaszczepił też swojemu bohaterowi – komisarzowi Bernardowi Grossowi, który miał najpierw zostać muzykiem, a potem kolekcjonerem znaczków. Co ma wspólnego sklejanie modeli z pisaniem powieści? Czego Małecki szuka na kolanach w modelarni? I kiedy ma największą ochotę się w niej zaszczyć? Zajrzałem to tego magicznego świata, a oto efekty wizyty.
-
Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz
Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach
Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.
A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

www.unsplash.com/Link Hoang A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.
Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.
I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.
No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.
Wojciech Chmielarz
-
„Pójdę do więzienia, bo o tym powiedziałem”. Zygmunt Miłoszewski o sprzedaży praw do ekranizacji książki
Koniec II wojny światowej. Niemcy przegrywają, każdy myśli tylko o sobie. Generalny Gubernator Hans Frank ukrywa najcenniejsze łupy, a wraz z nimi bezcenny sekret, który ma zapewnić mu nietykalność po wojnie. Skarb ginie bez śladu w tajemniczych okolicznościach. Rok po wojnie. Do Polski powracają zrabowane dzieła sztuki z „Damą z gronostajem” Leonarda da Vinci na czele. Brakuje „Portretu Młodzieńca” Rafaela Santi, który od tej pory pozostaje najcenniejszym zaginionym na świecie dziełem sztuki i symbolem grabieży dokonanych w czasie II wojny światowej. W Muzeum Czartoryskich w Krakowie od ponad sześćdziesięciu lat na Rafaela czeka pusta rama. Brzmi znajomo?
To opis „Bezcennego”, jednej z książek Zygmunta Miłoszewskiego. Fani pisarza doskonale wiedzą, że Zofia Lorentz pojawia się też w „Kwestii ceny”, która miała premierę kilkanaście dni temu. Dlaczego więc wracam do tytułu z 2013 roku? Ano dlatego, że w trakcie rozmowy ze mną i Wojciechem Chmielarzem Zygmunt Miłoszewski opowiedział o sprzedaży praw do ekranizacji. Jak się pewnie domyślacie, 99% informacji objętych jest tajemnicą, ale wiadomo, że nie będzie to serial, a film.
-
Wypatrujecie lipcowych premier? Jest kilka ciekawych tytułów
Umówmy się, że lipiec nigdy nie zasypywał nas gigantyczną liczbą premier. Obawiałem się, że w tym roku będzie większy dramat, a muszę przyznać, że jest całkiem przyzwoicie, zarówno liczebnie, jak i jakościowo. Jeśli planujecie kupić jakąś nowość na wakacje, to mam dla Was kilka pomysłów, które widzicie poniżej. Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się na stronę sklepu lub wydawcy, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule. Nie wiem jak Wy, ale ja już wypatruję tych lipcowych premier jak psiak z głównego zdjęcia.
















