Kategoria: Aktualności

  • „Muszę być jak ten bosman” – Robert Małecki o pisaniu na pełny etat

    Wkrótce minie pół roku, od kiedy porzuciłem pracę zawodową na rzecz pełnoetatowego powieściopisarstwa. Z tej okazji Adam Szaja ze smakksiazki.pl zapytał o bilans zysków i strat. Zamiast udzielić odpowiedzi, westchnąłem. Tak, westchnąłem, bo wszystko miało wyglądać inaczej. Kalendarz na wiosnę i lato wypełniał się spotkaniami w bibliotekach i wyjazdami na festiwale, a w ślad za tym mój szef (paskudny typ!) zacierał ręce, licząc przychody.

    Marcowe targi książki w Poznaniu miały zapoczątkować długi cykl imprez, na których miałem się pojawić z promocją wydanej w styczniu br. „Zadry” – trzeciej części serii kryminalnej z komisarzem Bernardem Grossem. Targi się odbyły, ale zaplanowane spotkanie w Gdańsku, na bliźniaczej imprezie, do skutku już nie doszło. I nastąpił lockdown. Część przychodów trafił szlag.

    Vis maior, powiedziałby Gross.

    Nie wiem jak będzie wyglądało półroczne rozliczenie sprzedaży książek, którego wyniki poznam w połowie czerwca, ale wiem jedno. Trzeba pozbyć się złudzeń. Istotne pozostaje natomiast pytanie o sprzedażowe tendencje. Czy zauważalne spadki będziemy notować w dłuższej perspektywie (rocznej, dwuletniej), czy krótszej? Co czeka rynek książki za kilkanaście miesięcy?

    Skłamałbym, gdybym uznał, że mam to głębiej niż dwunastnicę. Ale jednocześnie śmiało mogę się nazwać szczęściarzem.

    Staram się myśleć wyłącznie o plusach mojej decyzji dotyczącej przejścia na pełnoetatowe rzemiosło pisarskie. Kilkukrotnie byłem pytany o to, czy gdybym wiedział o nadchodzącej pandemii, nadal myślałbym o rezygnacji z etatu w spółce miejskiej? Odpowiedź jest jednoznaczna. Tak. Nie żałuję tego kroku, ani nie idealizuję realizacji marzeń. Nie jestem już nastolatkiem, nie odszedłem z pracy w przypływie rzutu endorfin do krwioobiegu. Mam rodzinę, codzienne i comiesięczne wydatki. Decyzja była przemyślana i poparta wysokiej jakości współpracą z moim Wydawcą, Czwartą Stroną, a także – a może przede wszystkim – umową podpisaną na kolejne powieści.

    Robert Małecki, fot: smakksiazki.pl

    Jasne. Może dziś pogoda nie jest najlepsza, może na horyzoncie zbierają się chmury, ale tafla morza wciąż jeszcze wydaje się spokojna. Płynę więc dalej, zgodnie z obranym wcześniej kursem. A jeśli zdarzy się sztorm, to będę jak ten bosman z piosenki Klenczona, co tylko zapina płaszcz i klnie, ale dalej robi swoje, bo wie, do którego portu chce zawinąć.

    Trzeba zachować spokój. A ja ten spokój zyskałem również dzięki temu, że dotychczasowy lockdown przeżywałem wspólnie z rodziną. Moja żona jest nauczycielką, więc nie musiałem się martwić o jej codzienne wyjazdy do pracy i narażanie zdrowia. Syn, jak wszyscy uczniowie w kraju, nie chodzi do szkoły. Sytuacja była i pozostaje dla nas komfortowa. A ten luksus przekułem w pracę nad nową powieścią, która ukaże się pod koniec sierpnia. I jestem zadowolony z tego, co udało mi się stworzyć. Mam tylko nadzieję, że opowieść przypadnie Wam do gustu. Wciąż nie mogę napisać o niej zbyt wiele. W każdym razie to książka zupełnie inna niż te, które napisałem dotychczas.

    I to także jest efekt przejścia na etat pisarski, efekt stukania w klawiaturę już nie po nocach, ale od samego rana, z kubkiem ulubionej kawy na blacie biurka; wtedy, gdy jestem wypoczęty i gdy mam w sobie niezbędną radość z przebywania oko w oko z laptopem i przelewania na wirtualną kartkę nowej opowieści. Słowo po słowie, zdanie po zdaniu. W spokoju, w swoim rytmie, ale z niezbędną intensywnością.

    Jestem szczęściarzem z jeszcze jednego powodu. Tak się złożyło, że „Zadra” ukazała się dwa miesiące przed pandemią i przed okresem zamknięcia sklepów i księgarń. Z kolei nowa powieść będzie miała premierę prawdopodobnie już po pełnym odmrożeniu gospodarki.

    Sporo spotkań zaplanowanych na wiosnę, udało się przenieść na jesień, więc jeśli tylko sytuacja pozwoli, szanse na dodatkowy zarobek wrócą, a ja będę miał wreszcie możliwość spotykania się z Czytelnikami. Bo tych spotkań i wyjazdów brakuje mi najbardziej. To najlepszy sposób ładowania akumulatorów.

    I jeszcze jedna sprawa. Mimo ewidentnie trudnej sytuacji w całej branży, na horyzoncie pojawiają się nowe wyzwania i nowe projekty. Nie udźwignąłbym ich, bez wolności jaką zapewnia etat pisarza. A to oznacza, że nie rozwijałbym się, gdybym uprawiał powieściopisarstwo wyłącznie hobbystycznie.

    Ostatni raz podkreślę, że jestem szczęściarzem.

    Bo co by się nie działo, to w kategorii „praca marzeń” wygrywam wszystkie konkursy.

    Robert Małecki

  • „Chcę bezkarnie wypytywać ludzi o ich życie”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Nigdy nie myślałem, że zostanę zawodowym pisarzem. Zawsze chciałem co prawda pisać, ale wątpiłem, żebym był w stanie z tego wyżyć. Swoją przyszłość wiązałem więc z trochę innym zawodem.

    Dziennikarską przygodę rozpocząłem od wizyty w redakcji „Nowej Fantastyki”. To był październik albo listopad. Dzień w każdym razie był zimny i ponury, a ciężkie chmury nieustannie groziły deszczem. Nie do końca pamiętam w jaki sposób, ale przebiłem się przez recepcję i stanąłem przed ówczesnym szefem działu publicystyki czyli Markiem Oramusem. Wybąkałem nieśmiało, że chciałbym z nimi współpracować. Może jakieś recenzje pisać. Marek Oramus sięgnął wtedy do przepastnej szafy z książkami, wyciągnął z niej powieść, której tytułu, wstyd powiedzieć, teraz nie pamiętam i włożył mi ją do ręki. Udzielił kilka rad, przypomniał, że ma być to recenzja, a nie streszczenie, podał liczbę znaków i termin, kiedy mam mu oddać tekst. Potem spotkaliśmy się jeszcze raz. Połowę tekstu wywalił, drugą połowę zmienił, powiedział, że w sumie to jest nieźle i już miesiąc potem trzymałem nowy numer „Nowej Fantastyki” z moją recenzją w środku. Dumny byłem straszliwie.

    Potem przyszedł czas na przygodę radiową. Przez kilka miesięcy miałem wolontariat w radio Kampus. Zaliczyłem nawet debiut radiowy, ale szefostwo szybko zasugerowało mi, żebym raczej nie pchał się na antenę z powodu mojego „r”. Nie rozpaczałem specjalnie, bo bardziej wiązałem swoją przyszłość z mediami drukowanymi. W tym czasie koleżanka ze studiów powiedziała mi, że redakcja „Pulsu Biznesu” szuka praktykantów. Wysłałem swoje CV, zostałem zaproszony na rozmowę i dwa tygodnie potem dostałem informację, że zostałem przyjęty. Tak trafiłem do redakcji, gdzie spędziłem kolejne kilka lat.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donnell

    Bardzo dobrze wspominam tamten okres. Dużo się nauczyłem, spotkałem sporo fajnych ludzi i zebrałem mnóstwo wspomnień. Przede wszystkim, był to jednak fantastyczny czas dla mediów. Ostatni zresztą. Pieniądze od reklamodawców płynęły do nas szeroką strugą. Ja zajmowałem się branżą IT, której PRowcy prześcigali się w pomysłach, kto zorganizuje ciekawszy event i w bardziej ekskluzywnej restauracji. Nigdy nie jadłem tak dobrze, jak wtedy. Do tego co chwila na rynku pojawiał się nowy tytuł. A to „Fakt”, a to „Dziennik” i wszyscy walczyli o dziennikarzy. Jeśli ktoś potrafił jako tako pisać, wystarczyło wybrać numer redakcji, podać kwotę oczekiwanej pensji i już za chwilę można było podpisywać umowę o pracę.

    A potem był rok 2008 i zaczął się kryzys. Tak jak wcześniej wszyscy zatrudniali, tak wszyscy zaczęli zwalniać. Ja skończyłem studia i znalazłem się na rynku pracy z dyplomem, który na nikim nie robił wrażenia. I tak właśnie rozeszły się moje drogi z dziennikarstwem. Potem ocierałem się jeszcze o różne redakcje. Publikowałem teksty w kilku miejscach, ale jednak zawodowo kierowałem się w inną stronę.

    I w sumie nie żałuję. Z perspektywy czasu mam świadomość, że dziennikarzem byłem mocno przeciętnym. Nie miałem parcia na newsa, zadziorności i pewnej, niezbędnej w tym zawodzie, bezczelności. Nie był to po prostu mój świat i tyle. Zdarza się.

    Ale jednej rzeczy mi z tych dziennikarskich lat brakuje – możliwości spotkania się z interesującymi ludźmi i wypytania ich bezkarnie o ich życie, plany, pracę. Dlatego, kiedy zadzwonił do mnie Adam Szaja i zaproponował, żebyśmy wspólnie przeprowadzili serię wywiadów ze znanymi pisarzami, nie zastanawiałem się długo nad odpowiedzią. Pomysł jest prosty – on dziennikarz, ja autor. Bierzemy na warsztat innych twórców i ich maglujemy. Adam i ja mamy inne perspektywy, inną wrażliwość, inne doświadczenia, ale jeśli połączymy siły, to może wyjść coś świeżego i ciekawego.

    A zaczynamy już niedługo i to od mocnego uderzenia. Bierzemy się za Zygmunta Miłoszewskiego i jego najnowszą powieść „Kwestia ceny”, której premiera zbliża się szybkimi krokami. Już zacieram ręce i zaczynam wymyślać najbardziej złośliwe pytania, jakie tylko mi przyjdą do głowy. Będzie się działo!

    Wojciech Chmielarz

  • Na które książki zapolować w czerwcu? Oto ściąga

    Wyobrażam sobie, że jesteście w księgarni właśnie takim drapieżnikiem, a wszystko co na półkach, to zebry ze zdjęcia. Którą wybrać, która będzie najsmaczniejsza, a która ciężkostrawna? Tak się składa, że mam Was ściągę, korzystajcie za darmo i do woli, a jak już coś wybierzecie, to dajcie znać, czy było warto. Gdy klikniecie w okładkę, zostaniecie przeniesieni do sklepu, w którym przeczytacie opis, a także będziecie mogli zamówić interesujący Was tytuł.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (58-61 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik roku pandemii cd.

    15 maja 2020 (18016 zarażonych, 907 zmarłych)

    Trochę się miotam w tym dzienniku. Od początku zgłaszałem problem z formą („Halo, Houston! Mamy problem z formą!”), której wymaga dobra narracja o epidemii, a której rzeczywistość nie chce podsunąć. Globalny dramat pandemiczny, wymagałby jednak patosu tragedii, tymczasem sprawnie acz niepostrzeżenie zmienił się on w polityczne farsy, operetki i dramaty absurdu. Na przykład organizuje się wybory, których nie ma, albo wypuszcza skazańca z więzienia, ponieważ koronawirus mu tam grozi (w USA właśnie wypuszczono Paula Manaforta, byłego doradcę prezydenta). Ludzkie osobiste tragedie również krążą wokół absurdów. Właśnie przeczytałem list Ślązaka chorego na COVID-19, któremu skończyła się kwarantanna i sanepid jej nie przedłużył. Czyli może iść na miasto, zrobić sobie zakupy w sklepie, zarazić pół dzielnicy i wrócić spokojnie do domu, a następnego dnia iść do pracy. Tam zarazi kolegów, po czym wyląduje w szpitalu, a tu wybór od oddziału zakaźnego, przez pulmonologiczny i ogólny oraz korytarze i klatki schodowe, aż do kostnicy. Co ma te pozytywne strony, że przynajmniej będzie ujęty w statystykach, czyli poprawi się relacja pomiędzy rzeczywistością a informacją o niej. Jednakże znając upór i niezależność duchową Ślązaków (facet twierdzi, że dzwonił do sanepidu 1743 razy!!!) należy raczej zakładać, że umrze w domu, wypinając się na cały ten pandemiczny hasiok. To jest tragedia, ale nie ma dla niej wysokiej formy. Satyra, ironia, dydaktyczna nowela, poemat heroikomiczny w najlepszym razie. A człowiek umrze naprawdę.

    U nas w zasadzie nie ma niczego innego poza polityczną jatką. Sam daję się w nią wciągnąć, gardłuję na to i tamto, trochę z obywatelskiego oburzenia, a trochę z bezradnej złości, ponieważ polityka niejako automatycznie przekierowuje mowę ku literackim gatunkom niższym. Śmieszność podszyta strasznością. Lub odwrotnie, co na jedno wychodzi, więc fraza godna uwagi. Płaskie, dlatego uciekam ku ptakom i psom, gwiazdom i wspomnieniom. Jednak i tu język niewiele głębszy, bo zmiękczony sentymentalizmem, osłabiony retoryką łatwej melancholii. Znowu utknąłem w kleszczach dychotomii: albo człowiek, czyli polityka – albo natura, czyli widoczki plus wspomnienia. Gdzie jest ten trzeci element? Gdzie synteza? Wejście w głąb?

    Zamiast syntezy, nieustanne analizy szczegółów i komentarze do ludzkiego targowiska próżności. Przez uchylone okienko internetu wpadają próbki z całego świata, bez umiaru i bez przerwy, a ty siedź, analizuj, składaj i komentuj do upadłego. No właśnie, upadłego, bo jest w tym jakiś upadek, regres, droga powrotna ludzkiego geniuszu ku debilizmowi. W opowiadaniu Kinga Telefon pana Harrigana jest takie fajne porównanie sieci do „pękniętej rury wodociągowej”, z której informacje „chlustają jak nieczystości”. Leci wszystko jak leci, cała rzeczywistość wpada w informacyjny wir i wylatuje z drugiej strony w postaci… no, wiadomo czego. Jak prymitywny beztlenowiec siedzę u wylotu rury i łykam to wszystko, próbując przetrawić.

    22 maja 2020 (20379 zarażonych, 973 zmarłych)

    Chyba to zbyt mętne ( z rury lecą substancje zasadniczo mętne), więc spieszę z przykładem. Obiegła media wypowiedź piosenkarki i celebrytki Edyty Górniak, że dopóki żyje, nie pozwoli się zaszczepić, ponieważ szczepionki są niepewne i w ogóle be. Nie dodała logicznie, że jak już nie będzie żyła, to również się nie zaszczepi, bo nie będzie po co. Cała wypowiedź pełna była bezsensów, ale za to zbudowanych na realnym odczuciu strachu, niepewności i podejrzliwości, że ktoś całym tym pandemicznym biznesem zarządza dla własnej korzyści. Tu również należałoby dodać logicznie, że podejrzany interes teorii spiskowej zawsze przynosi korzyści komuś innemu, bo gdyby przynosił mnie, nie byłoby spisku i wszystko byłoby w porządku. Wielu innych gigantów interpretacji wypowiadało się w podobnym duchu, na czele z naszymi antyszczepionkowcami. Kiedyś tu pisałem, że nieco przycichli, ale teraz, gdy poczucie zagrożenia osłabło, znowu podnieśli głowy i gardłują. Z faktami konfrontować się nie chcą, ale gardłują. Z pękniętej rury znów wali na całego.

    www.unsplash.com/Dimitri Houtteman

    Różne wali z rury. Właśnie czytam o niejakim „Turku” z Zatoki Sztuki w Sopocie, którego nie można wsadzić do aresztu, choć jest hersztem bandy, ciężkim przestępcą i dowodów prokuratura ma aż nadto. Nic się nie da zrobić. Dla kontrastu burmistrz Szprotawy od siedmiu miesięcy siedzi w areszcie bez żadnych dowodów, w każdym razie nikt ich obronie ani sądowi nie przedstawił. Na jakiej podstawie sąd znowu przedłużył areszt o dwa miesiące – nie wiadomo. Ktoś kiedyś mnie pytał, dlaczego policja i sądy mają w moich powieściach takie ponure i nieprzyjemne oblicze. Właśnie dlatego. Andrzej Krzycki ma problem nie tylko ze sobą, ale i ze światem, i żadne tłumaczenia w rodzaju „chłopie, zawsze tak było” do niego nie przemawiają. Było i nie było. A nawet jeśli było, to nie powinno być. Możesz brać udział w zawodach nurkowania w szambie, ale możesz się odwrócić i odejść, wcześniej wziąwszy prysznic. Są ludzie, którym brud przeszkadza dosłownie, fizycznie, budzi najzwyczajniej wstręt. Krzycki do nich należy.

    Można prościej. Wkurza go, że się używa policjantów do karania garstki protestujących, a na szczytach lecą przekręty na gigantyczną skalę. Że jeden minister wyciska z publicznych środków ciężkie miliony dla własnej rodziny, a drugi minister wysyła policję przeciwko obrońcom porządku prawnego w Polsce. Zresztą minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Obaj z dostojnymi minami i bez żenady plotą dęte komunały do mikrofonów, jakoby państwo, naród, obywatele, społeczeństwo… Szukam iskierek pogardy w ich oczach (jedne zimne, drugie przekrwione) i niestety znajduję. To już nie jest zwykły przekręt, to urąganie elementarnemu odczuciu przyzwoitości i człowieczeństwa. Obaj są zdeklarowanymi katolikami, jakby co.

    Wiem, wiem, „chłopie, zawsze tak było”. Ale wkurza. I co mam zrobić? Wracam do szukania dystansu. Tropię myśl, której mógłbym zaufać. Znajomy przysłał mi filmik z fragmentem rozmowy z księdzem profesorem Józefem Tischnerem, bodajże w Telewizji Kraków. Początek lat dziewięćdziesiątych. Porażające trafnością słowa z ust jednego z nielicznych przedstawicieli polskiego Kościoła, do którego żywię wielki szacunek. Posłuchajcie:

    Dzisiaj podnosi głowę, daje o sobie znać terroryzm prawicowy. I uważam, że to jest jakieś niebezpieczeństwo, bo ten prawicowy terroryzm ma bardzo często gębę pełną religii. On się legitymizuje szlachetnymi, pięknymi wartościami chrześcijańskimi. I kusi Kościół. To jest wielka pokusa pod adresem Kościoła. Ma bardzo piękne obietnice, a pech chce, że ja znam trochę historię, a szczególnie ten okres „romansu” Kościoła z hitleryzmem w Niemczech. I ostrzegam, ale nie po to, żeby obrazić, tylko po to, żeby przemyśleć.

    Nie wygląda na to, żeby ktoś w polskim Kościele to przemyślał. Chyba tylko ci, którzy z niego odeszli. Natomiast mamy fenomenalną okazję obserwować, jak z mrocznej strefy wyłaniają się mechanizmy łączące prawicę, Kościół i przemoc. Ksiądz Tischner w zasadzie nie powiedział niczego odkrywczego; po prostu głośno nazwał to, co widział. A wgląd w sprawę miał od środka.

    Chyba nie jestem prawdziwym ateistą. Gdybym był, sprawy Kościoła katolickiego w Polsce aż tak by mnie nie obchodziły. Jego brudne interesy wrzuciłbym w pojemny dyskurs polityki, władzy i żądzy posiadania, czym łatwiej uwolniłbym się od niego uciekając, dajmy na to, w dobrą literaturę. Niewierzącego nie denerwują przekręty kleru bardziej niż przekręty gangsterów, czy ministrów zdemoralizowanej władzy. Ale mnie obchodzą głębiej, do bólu, aż do rdzenia najprostszych odruchów moralnych, jak uczciwość, przyzwoitość, prawdomówność, szczerość. Tak jak to czuje człowiek oszukany przez przyjaciela, któremu zaufał. Chyba to boli najbardziej – że czuję się oszukany w całej tej pokrętnej gadce o Bogu i religii, która sprowadza się do gadki o pieniądzach i wpływach. Nie tak miało być. Kapłan to pośrednik w rytuale, przewodnik i pomocnik, a nie sprytny agent od nieruchomości. Dochodzi do absurdalnej sytuacji, w której aby wytrzymać z polskim Kościołem, musisz pozbyć się pewnych odruchów moralnych, stępieć, znieczulić się na hipokryzję i cynizm specjalistów od wyłudzeń majątkowych, przebranych za kapłanów. Do tego dochodzi jeszcze głupota głoszonych poglądów i wtedy już jest całkiem rozpaczliwie. Boli mnie to okropnie, bo wychowałem się na polskiej wsi i niedzielna msza w kościele była dla mnie bardzo ważna.

    No i proszę, przez Tischnera wylądowałem w środku Opowieści o Wielkim Inkwizytorze Iwana Karamazowa…

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Skarżą się Czytelniczki, że ponurak jestem w tym dzienniku i wszystko widzę czarno. Optymizm, człowieku, optymizm! Rafał Trzaskowski zastąpił Małgorzatę Kidawę Błońską na pozycji kandydatki/ta KO na prezydentkę/ta! Nie znam gościa specjalnie, nie wiem, co właściwie wielkiego zrobił i w czym przebija Dudę, ale wygląda atrakcyjnie. Nienagannie. Tak nienagannie, że przypomina trochę lustrzane odbicie Morawieckiego. Oraz Dudy. Nosi identyczne garnitury i dłonie do zdjęć układa tak samo. I dobrze, bo znaczy że może zdoła dotrzymać pola. Ale i niedobrze, bo prosty lud będzie miał kłopot z odróżnieniem. Nie takie trudności nasz lud rozwiązywał przez zaniechanie myślenia i zdawanie się na odruch (bynajmniej nie moralny), więc i tu może machnąć ręką. Świadomy wybór zdecydowanie przekracza kompetencje intelektualne post-pańszczyźnianego narodu, w czym dostrzegam mur nie do przebicia dla demokracji obywatelskiej. Ten najbliższy wybór również będzie pozbawiony świadomości i zdany na odruchy. Wiem co mówię, wychowałem się na polskiej wsi. A jeśli tak, to podobieństwo kandydatów działa na korzyść Trzaskowskiego. Zatem – optymizm!

    23 maja (20838 zarażonych, 990 zmarłych)

    Komentowanie tekstów dziennikarskich nie należy do szczególnie wystrzałowych inicjatyw intelektualnych, na co sam tu nieraz burczę. Tym razem jednak jestem pod wrażeniem. Stanisław Skarżyński w „Wyborczej” porażająco trafnie zdiagnozował istotę problemu naszego kraju pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, a zwłaszcza Prezesa. Rzecz nie w błędnym rozpoznaniu takiego czy innego faktu, czyli w zwykłej niedoskonałości, ale w ignorowaniu faktów w ogóle. Rzeczywistości zewnętrznej można nie widzieć, nawet z niechęcią odwracać od niej głowę, wielu tak czyni. Do konfrontacji jednak prędzej czy później musi dojść. Jeśli pędząc samochodem ignorujesz mur, który przed tobą wyrasta, to się o niego rozwalisz. Proste do bólu. A mimo to psychotyk w rodzaju Kaczyńskiego zajadle broni się przed logiką faktów i pal licho, gdyby to były jego prywatne sprawy. Facet rządzi Polską, czyli nami. Wszyscy ponosimy konsekwencje jego urojeń, czego przykładem katastrofa smoleńska oraz ostatnie wybory/niewybory. Skarżyński przenikliwie łączy je w jedno:

    To, że 10 maja w Polsce były wybory, których tak naprawdę nie było, to dla Polski jako demokratycznego państwa prawa kompromitacja tego samego rzędu, co katastrofa smoleńska – oznaczają bowiem te niewybory, że w Polsce nie działają żadne bezpieczniki i że jako państwo nie jesteśmy w stanie reagować na rzeczywistość na poziomie najważniejszych jego instytucji. Rząd, Sejm, prezydent, większość parlamentarna – to są wszystko wydmuszki, skoro żadna z tych instancji nie ma punktu styku z rzeczywistością. W efekcie te miliony wydrukowanych bez żadnej podstawy prawnej kart wyborczych, na których jest wymyślona przez kogoś pieczęć, a które zalegają w jakimś magazynie Jacka Sasina, to jest część tej samej kolekcji polskiej głupoty, co leżące od dekady na lotnisku w Smoleńsku szczątki tupolewa.

    Dodałbym: i tej samej głupoty, która już nieraz doprowadziła Rzeczpospolitą do upadku. W tym sensie szczątki tupolewa to metafora dramatyczniejsza, niż się wydaje.

    Państwo-wydmuszka. Twoja ojczyzna. Czy może coś boleć bardziej? Zafundowaliśmy sobie kraj pozorny, iluzję państwa, którego władza wszelkimi sposobami dąży do wyeliminowania z jego mechanizmów wszelkiej normalności. I skuteczności, bo oni są rozpaczliwie nieskuteczni. Zwyczajnie nie umieją, choć krzyczą bez przerwy, że są we wszystkim najlepsi, a poprzednicy byli gorsi. Sorry, nie byli. Widać gołym okiem.

    Dalej Skarżyński:

    …nie ma takiej filozofii politycznej, która opiera się na ignorowaniu rzeczywistości jako całości. A to właśnie pokazały wybory 10 maja: prezes PiS-u nie ignoruje wybranych aspektów rzeczywistości, ale świat faktów w ogóle, jako taki: czy jest to Konstytucja RP, czy kodeks wyborczy, czy aerodynamika lotnicza, czy działanie takich instytucji jak Poczta Polska.

    Zderzenie ze światem należy do arsenału doświadczeń psychotyka. Nie widzi on różnicy między realnym a urojonym, co zakłóca mu odbiór podstawowych sygnałów napływających z zewnątrz. Jego rzeczywistość ograniczona jest do wewnętrznego monologu, niekończącej się, zapętlonej narracji: ja, moje, według mnie, o mnie, ja, dla mnie, uważam że, ja, moim zdaniem, mnie się wydaje – ja, ja, ja… Paniczny lęk przed konfrontacją z faktami daje poczucie złudnego komfortu. Mówiąc bez przerwy, nie muszę słuchać. Nie powinienem słuchać, bo mi zewnętrze jeszcze powie prawdę i będzie katastrofa. Gadać i gadać, starając się za wszelką cenę nie spojrzeć w lustro. A katastrofa i tak będzie, bo fakty do głosu dojść muszą. Samochód się roztrzaska o ścianę.

    Proste. I jednocześnie takie trudne! Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego Kaczyńskiemu tak skutecznie udaje się rozsiewać tę paranoję i zyskiwać poklask, doszedłem do wniosku jeszcze bardziej porażającego: ponieważ on nie jest sam. Wspieramy go wszyscy! Fakty w ogóle są w odwrocie. Króluje narracja wsobna typu „ja, ja, ja”, a media społecznościowe ciężko pracują na to, by jak najdłużej nie następowała konfrontacja z faktami (co jest zaprzeczeniem uczciwej informacji, nawiasem mówiąc). Każde najbardziej żenujące głupstwo i najwredniejsze kłamstwo są wygłaszane na równi z wiadomościami „normalnymi” (jest jeszcze coś takiego?) oraz wszelkiego rodzaju promocjami i reklamami. Twierdzenia rzeczowe i mądre przemykają gdzieś opłotkami jak nielegalni imigranci. Nowy Świat internetu – imperium współczesności! – jest królestwem bredni i bełkotu, gdzie wielkość mierzy się stopniem zbiorowej fascynacji, a nie stopniem logiki czy innej „zgodności rzeczy z intelektem”. Sprawdzamy internet nie po to, by się czegoś nauczyć, dostrzec zgodność, trafnie zinterpretować, ale by poszukać opinii podobnych do naszych i natychmiast się dołączyć. Gadać. Jarać. Ja, mnie, moje, według mnie. Nieważne, czy to prawda, czy sobie uroiłem, ważne, że inni podchwycili. Jeśli tak wygląda internetowość nasza codzienna, to dlaczego mielibyśmy nie podziwiać Kaczyńskiego, który jej podstawowe wyznaczniki opanował do perfekcji? On jest taki jak my wszyscy, tylko wyciągnął dalekosiężne wnioski. Nie ma nic, tylko ja! Ja! JA! Gadać, gadać, byle nie słuchać. Jak my wszyscy, którzy żyjemy w wirtualnej rzeczywistości psychotycznej i czerpiemy satysfakcję z bezkarności wobec faktów. A ściana coraz bliżej, i bliżej, i bliżej…

    Dlatego, Zajas, masz problem z formą. Chciałbyś się wyrwać z tej pajęczej sieci, ale tylko się szamoczesz i grzebiesz w niej jak menel w kontenerze. Natura? Owszem, to jakieś rozwiązanie, ale nie tak łatwe, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Literatura? Sięgam, czytam i odkładam. A natura i literatura razem? Na przykład Na wysokiej połoninie Vincenza, co zalecał Miłosz w sytuacjach podobnych do mojej. „Nie patrz tam, patrz tu”. Próbowaliście kiedyś? Jeśli nie, to poczytajcie na chwilę ze mną:

    Od pierwowieku, w wyroków noc. Piorun, las i wodospad, trzej szumni posłańcy, radeczkę radzą, jak począć trembitę. W rewaszach starowieku przekazane tak:

    Weź na trembitę suchar ze smereki, zdartej przez piorun, skruszonej piorunem. Wydrąż go w trąbę, szczelnie spleć i ściśnij łykiem z brzeziny spod wodospadu, z piany, z szumu”.

    (…)

    Z takim zamysłem sporządzona trembita, wyrzutnia dla grotów, co mają przeciąć dal, wyciąga się niezmiernie długo: trzy metry przeszło. A zbiera się, ściska w przekrój znikomy: w ustniku niespełna cal, w wydechu zaledwie trzy cale. Sucha, gładko spleciona łykiem, aż błyszcząca, leciutka, choć długa. Wytworna jak dziewczyna górska, a oporna jak gdyby niema. Człek nieświadomy gry nie wie co z nią począć, dopiero dla piersi mistrza, dla tchu wataha dostępna.

    (…)

    Gdy tam na górze, na dnie kotła skalnego, wyścielonego mchami, watah wymota z trembity nutę, co oplata dychanie jak pępowina, ogłaszając tym pierwszy wypęd na pastwiska, własność jest zawieszona. Kto dotknął trembity, ten oczyszczony, nie chce zagarnąć świata, ni mieć go dla siebie. Połonina czyja? Boga i owiec, Bóg i owce karmią wataha, pasterzy, gazdów. Watah czyj? Własny watah owiec, należą wzajemnie do siebie, boteje do wataha, watah do botejów. Wszystko wiąże trembita, ściąga struną wiatrową od nieba do ziemi.

    Trudne. Czytam jeszcze raz i wydaje mi się, że coś zaczyna się z czymś łączyć, jedno wskazywać zwiewną dłonią na drugie, jakbym był na niewyraźnym tropie do zrozumienia. Gra na trembicie jako metafora twórczości? Natchnienia? Innej ziemi, do której daremnie tęsknimy? Znowu czytam. „Oczyszczony, nie chce zagarnąć świata”. Pokora. Dystans. Powoli. Myśl i czucie w jednym, a razem z nimi słowo. Wąska, górska ścieżka ku formie innej – czystszej i trwalszej – jaką jest starożytna huculska epopeja.

    Proste, a tak cholernie trudne!

  • Uczciwość za półtora tysiąca

    Dziś o pieniądzach, a właściwie o potencjalnych pieniądzach. Tytułowej kwoty nie zarobiłem w minionym tygodniu na własne życzenie. Pomyślcie, że jestem jednak frajerem, bo skoro dają, to trzeba brać. Być może macie rację, ale być może rację mam ja, to się za chwile okaże. No więc jak, brać kasę od wydawców za coś, do czego nie jestem przekonany, a mówić Wam, że to coś jest super?

    To by była najkrótsza i najszybsza droga do zamknięcia smaku. Raz byście się złapali, drugi może też, ale za trzecim to już mielibyście opory żeby zaufać temu, co pisze Szaja. I ja bym Was doskonale rozumiał, bo ile można. Nie mówię, że wszystko, co polecam teraz, to Wam pasuje, ale mam nadzieję, że moje opinie odbieracie jako uczciwe. Jeśli się czymś podniecam, to naprawdę się podniecam, nie udaję literackich orgazmów, nie przeliczam ich też na bilety Narodowego Banku Polskiego. Jestem dość prosto skonstruowany – gdy coś mi się podoba, to o tym mówię, a gdy mi się nie podoba, to też o tym mówię, ale wtedy niektórzy autorzy oraz ich wydawcy są o mnie jak najgorszego zdania. Słuchajcie, dla mnie kasa naprawdę nie jest najistotniejszą rzeczą na świecie, jeżdżę siedemnastoletnim samochodem, mieszkam w bloku, kupuję w Biedronce. Może gdybym miał kręgosłup giętki jak Jarosław Gowin, to wtedy sprawy miałyby się inaczej, ale w takiej sytuacji musiałbym wymontować lustra z domu, bo głupio by było spojrzeć sobie w twarz. Zdarzają się też takie sytuacje (drodzy wydawcy, nie czytajcie tego), że jeśli coś mnie zafascynuje totalnie, to jestem w stanie powiedzieć: „ej, zróbmy to, to jest super, nie chcę za to pieniędzy”. Powiecie, że to psucie rynku, z czym częściowo jestem w stanie się zgodzić, ale jednak traktuję swoją pracę jako pasję, więc to działa trochę inaczej. Nawet w wolnym czasie robię dokładnie to samo co w robocie. Czytam, wymyślam, kombinuję, gdzie nagrać recenzję żeby miejsce pasowało do książki.

    www.unsplash.com/Jp Valery

    Wracając jednak do tytułowych pieniędzy, to chyba źle policzyłem, bo gdybym przyjął ofertę od pewnej bardzo dużej firmy zajmującej się audiobookami oraz słuchowiskami, to pewnie byłoby to w sumie ponad trzy tysiące złotych. Tylko wtedy nie miałbym moralnego prawa oceniać kogokolwiek, a Wy stracilibyście do mnie cały szacunek i sympatię (jeśli takie odczucia wobec mnie macie). Z innej beczki, to w mijającym tygodniu pojawiły się też dwie oferty z mojej ulubionej kategorii barterowej. Pewna księgarnia internetowa proponowała mi bon do wykorzystania w ich sklepie w zamian za linkowanie recenzowanych książek właśnie do nich, a drugi barter to bardzo duże wydawnictwo, które chciało współpracować przy promocji nowej książki dość poczytnej polskiej autorki kryminałów. Jeśli chodzi o robienie rzeczy za darmo, to jednak zostawiam sobie prawo do decydowania co oraz dla kogo to zrobię. W ogóle mam wrażenie, że kwestia kasy jest w środowisku tematem tabu, ale to chyba wątek na osobny tekst.

    Żeby była jasność, nie żalę się. Mógłbym mieć wszystko w dupie, brać kasę od każdego, kto chce ją u mnie zostawić, a Wam wciskać głodne kawałki o tym, że ta książka to naprawdę najbardziej wyczekiwany debiut roku, co z tego, że już czwarty w tym miesiącu. Mógłbym pisać, że nie spałem całą noc, bo czytałem, albo, że to najlepsza książka tego roku, a Wy pomyślicie, że jestem idiotą, bo jest przecież dopiero maj. Sposobów by było pewnie sporo, starczyłoby na miesiąc wciskania kitów, a co potem? Cześć z Was by pewnie została, część  odeszła, a ja byłbym bez luster w domu. Obejrzałem wczoraj wieczorem (w końcu!) półtoragodzinny film o zespole „Kult”. Jest tam taka piękna kompilacja scen, w których Kazik Staszewski klęka po koncertach na scenie i bije pokłony w stronę publiczności mówiąc coś takiego: „bez Was nie miałoby sensu nasze funkcjonowanie”. Chłop ma aparaty w obu uszach, jest już raczej starszy niż młodszy, a skacze po scenie na każdym koncercie przez trzy godziny. Kult mógłby grać pewnie o połowę krócej, ale jednak nie. Do tego przyzwyczaili słuchaczy, więc konsekwentnie są wobec nich uczciwi. Pamiętajcie więc, że bez Was nie byłoby smaku, a ja daję Wam uczciwość. Dzięki, że jesteście.

    Adam Szaja

  • Przyjaźń i dojrzewanie z falą powodziową w tle, czyli Jakub Ćwiek o „Topieli”

    Premier „Topieli” zbliża się tak szybko, jak fala powodziowa do Głuchołaz w 1997 roku. Właśnie tam, w swoim rodzinnym mieście, Jakub Ćwiek osadził akcję swojej najnowszej książki. Poszliśmy więc do Głuchołaskich Zakładów Papierniczych (dziękujemy za wpuszczenie nas!), byliśmy na moście, na którym dzieje się jedna z ważniejszych scen, a także weszliśmy do rzeki w miejscu, w którym czterej bohaterowie „Topieli”… I tutaj postawmy kropkę, bo nie możecie wiedzieć za dużo. W materiale występuje też Jan Ćwiek (zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa), który w 1997 roku musiał podjąć kluczową decyzję dla pewnego mostu. Jaką? Przekonajcie się sami oglądając naszą rozmowę o dojrzewaniu w rytmie nadciągającej fali. Tak, w książce są trupy, a krew miesza się z nadciągającą wodą. Premiera książki już 3 czerwca.

  • Organizator targów upadnie, a wydawcy zostaną bez pieniędzy?

    Wyobraźcie sobie, że jesteście małym wydawcą i zapłaciliście za stoisko na Warszawskich Targach Książki około pięciu tysięcy złotych, aż tu nagle organizator traci płynności finansową i wysyła Wam informację, że sorry, ale złożyliśmy w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości spółki. Śmiać się? A może płakać?

    W takiej sytuacji znalazła się Joanna Cichoń, szefowa Wydawnictwa Żwakowskiego z Tychów. – Boję się, że nigdy nie uda się odzyskać tych pieniędzy, które dla dużego wydawcy mogą być drobnymi, a dla nas to spory wydatek, mówi Cichoń. W oświadczeniu podpisanym przez Renatę Kraszewską, prezes Murator Expo Sp. z o.o. możemy przeczytać, że organizacja kolejnych wydarzeń w tym roku stoi pod dużym znakiem zapytania. Przypomnę tylko, że Murator Expo organizuje m.in. Śląskie Targi Książki, które są zaplanowane na ostatni weekend listopada. Jak Państwo doskonale wiedzą, w zeszłym miesiącu zostały odwołane Warszawskie Targi Książki, które miały się rozpocząć w najbliższy czwartek. Właścicielka Wydawnictwa Żwakowskiego dodaje, że o zwrot pieniędzy będzie walczyła w sądzie, ale zdaje sobie sprawę, że może to trwać przez kilka lat. Prezes Murator Expo podkreśla w oświadczeniu, że spółka znalazła się w niezwykle trudnej sytuacji ekonomiczno-finansowej ze względu na pandemię koronawirusa.

  • Lista nieoczywista, czyli słów kilka o nominacjach do nominacji MFK

    W ostatnich dniach o różnych listach było głośno. Najpierw listy wyborcze, kilkadziesiąt godzin temu lista przebojów w radiowej Trójce, dziś lista autorek i autorów, którzy mają szansę na finałową siódemkę Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Są niespodzianki? Są. Są skandale? Dla mnie przynajmniej jeden. Są książki, które są o wiele słabsze od tych, które w siedemnastce się nie znalazły? Tak sądzę. Konkrety? Proszę bardzo.

    Jestem w tej komfortowej sytuacji, że nikim ze świata książkowego nie jestem związany węzłami przyjaźni, z nikim nie chodzę na wódkę, nie jeżdżę na wakacje. Oczywiście, że z czasem z kimś pójdę na kawę, a zdarza się też obiad. Mam jednak wrażenie, że nie przekroczyłem nigdy granicy, zza której nie ma już powrotu, a książki autorki/autora będzie wypadało chwalić zawsze i wszędzie. Jestem uczciwy sam wobec siebie, ale co chyba jeszcze ważniejsze – wobec Was, bo nie wciskam Wam kitu i nie nazywam szamba perfumerią. Przechodząc jednak do opublikowanej dziś siedemnastki, to uważam, że skandalem jest brak „Około północy” Mariusza Czubaja. Dla mnie to najlepsza książka Czubaja. Jedną z gorszych, o ile nie najgorszą był „R.I.P”, za którą… Mariusz dostał Nagrodę Wielkiego Kalibru. Pominięcie zeszłorocznej książki warszawskiego pisarza, a umieszczenie na liście, chociażby „Raju” Marty Guzowskiej, który według mnie Marcie nie wyszedł, jest dla mnie, delikatnie rzecz ujmując, nie do końca zrozumiałe.

    fot: smakksiazki.pl

    Żeby była jasność – nie przeczytałem wszystkich książek z podanej dziś listy. Mówiąc precyzyjniej, nie przeczytałem sześciu. Być może są wśród nich perełki, być może nie, ale obiecuję, że jeśli któraś z nich wejdzie do finału, to nadrobię zaległości żeby mieć pełen przegląd najlepszych, według jurorów, polskich książek kryminalnych zeszłego roku. Jeśli mam być szczery, to nie do końca rozumiem dwie nominacje dla Tomasza Duszyńskiego i Jakuba Szamałka. Okej, jestem w stanie przyjąć argumentację, że jedna z książek Duszyńskiego to kryminał retro, więc się nie kanibalizuje z „Toksycznymi”. Natomiast jeśli chodzi o Szamałka, to tych dwóch nominacji nie rozumiem zupełnie. Żeby była jasność – jedna jak najbardziej, bo w pełni zasługuje, ale jednak jest to ten sam cykl, więc tutaj chyba jurorzy powinni nominować kogoś innego. Kogo? Lista nieobecnych jest długa. „Rana” Wojciecha Chmielarza mnie nie wzięła, ale to nie znaczy, że jest książką dramatyczną, „Szwindel” Jakuba Ćwieka spokojnie mógłby się tutaj znaleźć, a nawet wygryźć chociażby Krzysztofa Bochusa czy Roberta Ostaszewskiego. Szkoda, że szansy nie dostał też Marcin Dudziński oraz będący w zeszłym roku w finale Maciej Siembieda.

    Komu więc kibicuję? Z książek, które przeczytałem, a przypominam, że sześciu jednak nie, to stawiłabym na „Roztopy” Jędrzeja Pasierskiego oraz „Marę” Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I tak się dziś zastanawiałem, co by było, jeśli musiałbym wybrać i wskazać tę jedną książkę. I wymyśliłem – Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszą polską książkę kryminalną przyznałbym „Marze”. Jestem jednak dziwnie spokojny, że jurorzy jeszcze nas zaskoczą. Oby pozytywnie.

  • Jussi Adler-Olsen opowiada o „Kobiecie z blizną”. Departament Q powraca!

    To już siódma powieść duńskiego pisarza o Departamencie Q. Co tym razem przygotował dla czytelników Jussi Adler-Olsen? W pewnym parku w Kopenhadze zostają znalezione zwłoki starszej kobiety, a sprawa przypomina pewne śledztwo sprzed ponad dziesięciu lat. Tymczasem na drugim końcu miasta ktoś ściga grupę młodych kobiet. Co czeka Carla, Assada, Gordona, a przede wszystkim Rose? O tym wszystkim opowie Wam sam autor.