Kategoria: Aktualności

  • (R)ewolucja

    Bez dwóch zdań, dopadła nas nowa rzeczywistość. Na tyle nowa, że potrzebuje rozwiązań, których albo nie było, albo były stosowane incydentalnie. Co chodzi mi po głowie? Płatne spotkania autorskie. Teraz część z Was zamyka przeglądarkę myśląc, że ten Szaja to jest jednak nienormalny, ale może jeszcze ktoś został, więc na wszelki wypadek dopiszę do końca. Ile mają kosztować? Kto ma płacić? Dlaczego zyskają wszyscy?

    Oczywiście,  polski rynek książki widział już płatne spotkania autorskie. Jeśli się nie mylę, to za uczestnictwo w nich kazał sobie płacić Wojciech Cejrowski oraz Jarosław Sokołowski – znany szerzej jako świadek koronny „Masa”. Wysupłać pieniądze trzeba też było kilka miesięcy temu, gdy w warszawskiej siedzibie Agory odbyło się spotkanie z Olgą Tokarczuk. To było kiedyś, teraz jest jednak teraz. Tak naprawdę, to nikt nie wie, ile to teraz potrwa. Na potrzeby dyskusji przyjmijmy, że do końca roku będzie można organizować spotkania autorskie, ale maksymalnie będzie mogło w nich uczestniczyć, dajmy na to, 50 osób. Wiadomo, są pisarki i pisarze, którzy o takiej frekwencji marzą, ale są i tacy, dla których będzie to tylko ułamek frekwencji z czasów przedpandemicznych. Sądzę, że najłatwiej poruszać się na konkretnych przykładach, weźmy więc Remigiusza Mroza.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl

    Na każdych targach kilkaset osób czeka grzecznie w kolejce po podpis, zdjęcie, chwilę rozmowy. Żeby sprawę umiejscowić, załóżmy, że jesienią jednak odbędą się Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, a wyżej wspomniany pisarz się na nich pojawi. Dodam tylko, że pewnie będą to targi inne niż zwykle, w dość ostrym reżimie sanitarnym. Co zrobić, żeby był wilk syty i Manchester City? Może rzucicie we mnie kamieniem, myszką,  albo czymś innym, ale zaryzykuję tezę, że rozwiązaniem są płatne spotkania autorskie. Jak ma to niby, panie Szajo działać? Ano tak, że płacicie mniejszą kwotę za wejście na targi, w której macie część spotkań za darmo, ale za te, którymi zainteresowanie jest większe, po prostu dodatkowo płacicie. Jest więc wydzielona sala, do której na spotkanie z Remigiuszem Mrozem może wejść maksymalnie 50 osób. Ile ma kosztować taka wejściówka? 15 złotych? 20? 50? Czy bilet będzie jednocześnie zniżką na najnowszą książkę? A może to książka będzie biletem? Kwestia do ustalenia. Tak, też zadawałem sobie pytanie, co z tymi, dla których zabraknie biletów? Wiecie co z nimi? Obejrzą sobie to w sieci na żywo. Oczywiście w systemie per-pay-view, czyli wysyłacie sms, który jest odpowiednio tańszy od biletu na spotkanie, dostajecie w wiadomości zwrotnej kod, a później oglądacie sobie to spotkanie siedząc w domu, lub pijąc kawę na targach, czekając na kolejne spotkanie autorskie. Kilka dni później nagranie rozmowy ląduje w sieci za darmo, więc jeśli chcesz uczestniczyć live, to płacisz, jeśli nie masz ciśnienia, czekasz kilkadziesiąt godzin, a później masz, jak to się ładnie mówi, kontent za free. Czy są minusy tego rozwiązania? Oczywiście, ale to Wy mi powiedzcie, co Was boli, co Wam nie pasuje. Pewnie jesteście ciekawi, jak można rozprowadzać bilety na takie spotkanie autorskie. Żyjemy jednak w XXI wieku, więc dokładnie tak samo, jak kupujecie spodnie, zamawiacie pizzę, albo wizytę u fryzjera. Jednym kliknięciem, jednym przelewem.

    Chociaż nie, widzę jeden problem – mentalność. Dlaczego, do cholery, mam płacić za uczestnictwo w kulturze? Dlaczego mam płacić za coś, co zawsze było darmowe? Ano dlatego, że czasy się zmieniły, więc musimy się zmienić i my. Na koniec pytanie do Państwa – ile jesteście w stanie zapłacić za dostęp do wydarzeń kulturalnych, zarówno na żywo, jak i w Internecie? No i za co konkretnie?

    Adam Szaja

  • 16 maja 1920 roku urodził się Leopold Tyrmand. Przedpremierowy fragment książki o „Lolku”

    Urodził się dokładnie sto lat temu w Warszawie. Miłośnik jazzu, autor „Złego”, człowiek w kolorowych skarpetkach. Jeszcze w tym roku, roku Leopolda Tyrmanda, ukaże się nowa książka Marcela Woźniaka o„Lolku”. Jej tytuł zostanie ujawniony wkrótce, ale dziś, w dzień urodzin wybitnego pisarza, możecie przeczytać fragment. Zachęcam też do obejrzenia mojej rozmowy z Marcelem, którą nagraliśmy w Darłowie. Miejscu, w którym toczy się akcja „Siedmiu dalekich rejsów”. Żeby ją zobaczyć, kliknijcie po prostu tutaj. 

     

    3 października. Brooklyn. Mary Ellen nic się nie zmieniła. Elegancka, szczupła, o wielkich ciemnozielonych oczach.

    Wzięłam Mr. Magica do wyczyszczenia płyty. Widziałam zdjęcia z cmentarza i coś chyba na tej płycie rośnie.

    Mary Ellen przygotowała notatki ze wskazówkami, dokąd jechać i jak znaleźć grób.

    Tu jest dokładnie napisane, Rebeko – mówi do córki.

    Mamo, teraz uważaj, coś ci pokażę. To jest nawigacja GPS, która – mówi wklepując adres – doprowadzi nas – poprawia literówkę – na miejsce!

    Dotrzesz do celu – podaje nawigacja – za 1 godzinę i 34 minuty.

    Widzisz, mamo?

    It’s wonderful! – mówi Mary Ellen. – A skąd będziesz wiedziała, gdzie skręcić?

    Mamo, to jest właśnie najlepsze! – mówi, uśmiechając się do nas. – On mi wszystko podpowie!

    To wspaniałe!

    Dzielnicę zamieszkują ortodoksyjni Żydzi, Mary Ellen nie jest praktykująca. Ale mieszkała tu jako dziecko i wróciła tu, kiedy minęła jej młodość.

    Na cmentarzu Westwood na Long Island jesteśmy po godzinie.

    *

    3 października 2019. Long Island. Niemiłosierny skwar i rozległe, niekończące się zielone pola z rozsypanymi płytami nagrobnymi.

    Alejka trzydziesta.

    Skwar leje się z nieba. Powietrze naładowane jest iskrami, każdy wdech to jak łykanie łyżki podgrzanej mazi.

    Pytamy sympatycznego kierowcę kosiarki o lokalizację kwatery. Antonio ma latynoskie rysy, jest bardzo uczynny.

    Wy czekacie, ja jadę – mówi, po czym rusza swoim pojazdem jak bohater Prostej historii.

    Zawrotna prędkość pojazdu sprawia, że ten jakby wcale się nie oddalał. Po dziesięciu minutach kierowca zawraca na końcu alejki i skręca nieopodal wysepki drzew. Kiedy chcemy ruszyć w jego stronę, macha, żebyśmy zostali tam, gdzie stoimy. Wreszcie wraca do nas.

    Tak, to tam.

    Uśmiechamy się, dziękujemy i ruszamy. Biorę od Mary Ellen siatkę z chemikaliami i rękawicami gumowymi.

    Nie musisz tego robić – mówi Rebecca.

    Jesteśmy na miejscu. To grób rodzinny. Od lewej ciągną się jasne płyty z wyrytymi imionami członków rodziny Foxów.

    Nie byłyśmy tu ponad dwadziescia lat! – mówi Mary Ellen.

    Tak, od pogrzebu wujka Alviego.

    He was so lovely man.

    Trzecia od końca płyta z prawej to kamień Leopolda Tyrmanda.

    Kiedy dochodzę do niej, coś ściska mi gardło. Trochę wzruszenie, a trochę sens tego wszystkiego zmieniają gwałtownie mieszankę we krwi, wrzucając do krwiobiegu trochę adrenaliny, a trochę oksytocyn. Przybycie w to miejsce jest symboliczne.

    Tu leży Leopold Tyrmand. Autor Złego. Chłopak z Trębackiej. Były jeniec. Imciarz skaczący z drzew. Tygodniak, przyjaciel Kisiela. Liberał, konserwatysta. Apostoł jazzu. Ojciec, mąż. Wszyscy razem leżą pod tym kamieniem, na którym napis mówi:

    Leopold Tyrmand

    BELOVED HUSBAND

    DEVOTED FATHER

    MAY 16, 1920

    MAR 19, 1985

    IN THY LIGHT

    DO WE SEE LIGHT

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Mary Ellen kładzie na jego płycie zebrane z ziemi kamienie. To zwyczaj jeszcze z czasów biblijnych – skały miały chronić miejsce pochówku przed hienami, a kapłanów przed płynącą ze śmierci nieczystością. Tu jest to jednak zastosowane tylko symbolicznie. Dlatego też kwiaty, uważane niegdyś za symbol pogański, nikogo tu nie rażą.

    Kładzie je Rebecca.

    Mary Ellen zaczyna czyścić płytę, którą porasta mech, Agnieszka bierze od niej gąbkę.

    Świetnie, powoli schodzi – mówi Mary Ellen.

    Chyba już jest okej, chyba wystarczy – przekonuje Rebecca.

    Cały czas trzyma torebkę. Choć uśmiecha się, jest przejęta najbardziej z nas wszystkich. Nie pojechali z Matthew na pogrzeb, bo byli za mali.

    Mary Ellen wyciąga z torebki kartki, wręcza nam po jednej.

    A teraz – mówi – chciałabym, żebyśmy coś przeczytali. Poprosiłam sąsiadkę, Żydówkę, żeby przygotowała mi kilka rzeczy. Jest lesbijką, wspaniała kobieta. To tekst z hebrajskiego.

    Staje przed płytą nagrobną Tyrmanda i zaczyna czytać. Najpierw po hebrajsku, fonetycznie. Potem po angielsku. Ostatnie zdanie każdego wersu powtarzamy we czwórkę:

    In the rising of the sun and in its going down, we remember him

    In the blowing of the wind and in the chill of winter, we remember him

    In the opening of buds and in the rebirth of spring, we remember him

    In the blueness of the sky and in the warmth of summer, we remember him

    When we have achievements that are based on his, we remember him

    So long as we live, he too shall live because he is a part of us –

    We remember him

    Zbieramy się do drogi powrotnej. Rozglądam się jeszcze raz po okolicy. Tysiące płyt, pomiędzy nimi równo skoszona trawa. Gdzieś w oddali słychać kosiarkę pana Antonia. Temperatura – nieznośna. Patrzę ostatni raz na płytę. Dotykam jej – parzy.

    W głowie kołacze mi pytanie: „Czy tak miało być, Lolek? Miałeś umrzeć w wieku 65 lat gdzieś na Florydzie, spocząć z dala od Polski i z dala od domu, każdego, który miałeś? Tu, na Long Island? Czy zdążyłeś przed śmiercią odszukać swoje przeznaczenie?”.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (53-57 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    10 maja 2020 (15996 zarażonych, 800 zmarłych)

    Dzisiaj dzień wyborów, których nie ma. Ktoś zarządził, ktoś inny zaprotestował, ten się uparł, tamten nie odpuścił, ta zagroziła, tamta się spytała, co robić – skutki właśnie obserwujemy. Już pisałem w tym dzienniku, że koronawirus jest lustrem przystawionym przez naturę do gęby człowieka. Przy karcianym stoliku w melinie padło wreszcie „sprawdzam!” i ściema musi się skonfrontować z faktami. Karty na stół. Miało być wszystko, nie ma nic. Nie ma żadnego prawa, nie ma żadnej sprawiedliwości ani odpowiedzialności, nazwa rządzącej partii jest zarazem treścią aktu oskarżenia. Można kłamać w zaparte, do upadłego, zarzekać się i zapluwać w ukradzionej Polakom telewizji publicznej, ale głupia decyzja jest głupią decyzją, a jej głupotę właśnie oglądamy za oknami. To znaczy nie oglądamy, bo listonosz z „pakietem wyborczym” nie przyjedzie. Do tej głupoty można dopisywać kolejne uszczegółowienia (arogancja, tchórzostwo, prywata, warcholstwo itd.), ale nie będę się tym zajmował. Kto zna z grubsza historię Polski, sam sobie pokoloruje rysunek.

    Żal i smutek, bo walczyliśmy o niepodległość i wolne wybory, o nasze państwo, dom, w którym będziemy się rządzić po swojemu i to będzie dobre. A teraz się okazało, że walczyliśmy o to, by rządzili nami Kaczyński, Ziobro i ksiądz Rydzyk (bo jednak prezydent, premier i marszałek sejmu to tylko figuranci, co już samo w sobie brzmi jak zdrada narodowa). I pozwoliliśmy, żeby z wolnych wyborów zrobili pośmiewisko. Polsko moja nieszczęsna, co się dzieje? Czy najlepsze dzieci swoje musisz obrażać i opluwać, a całe podwórko oddawać najgorszym? Czy twoja wolność musi się zawsze kończyć narodową tragedią? Bo że brniemy ku tragedii, jakoś nie wątpię.

    13 maja 2020 (17062 zarażonych, 847 zmarłych)

    Zrobiłem przerwę w zapiskach, by odetchnąć. Złapać dystans i oprzytomnieć. Odreagować absurd niewyborów. Poszukać punktu zaczepienia dla nadziei na przyszłość (kiedyś nie musiałem, przychodziła sama, była ze mną). Rozkopałem ogródek i zamieniłem niepotrzebne już szambo na zbiornik na deszczówkę, żeby się jakoś przygotować na zmiany klimatyczne. Sympatyczny operator przyjechał małą, zgrabną koparką i pozwolił mi na chwilę usiąść za sterami tego cuda, więc miałem zabawę ryjąc łyżką własny trawnik. Dwie gąsienice pod butem przypomniały mi dawne czasy wojska, gdy jeździliśmy czołgami na poligonie. To dopiero była frajda! Czterdzieści ton, siedemset koni mechanicznych, armata 100 mm – było czym poszaleć. „Gaz do dechy i wypuszczam TAD” – śpiewaliśmy parodiując Franka Kimono. TAD to była Termiczna Aparatura Dymotwórcza, czyli dodatkowy wtrysk ropy do silnika, żeby zamaskować pojazd kłębami czarnych spalin. Tak, tak, armia jest bardzo przyjazna środowisku. Gdzieś jeszcze w starych papierach mam dokument uprawniający do prowadzenia wojskowych pojazdów gąsienicowych, czyli jakby prawo jazdy na czołg.

    www.unsplash.com/Gerold Hinzen

    Chciałem uciec, ochłonąć, ale życzliwi przyjaciele zniweczyli me próby i przysłali mi „list pasterski” nowego ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Oficjalne pismo rozpoczyna się mottem z Jana Pawła II, w środku jest przetykane cytatami z Jana Pawła II, a na końcu zawiera apel o godne uczczenie rocznicy urodzin Jana Pawła II. Nie wiadomo, do kogo jest dokładnie adresowane, ponieważ adresata brak, a inicjalny zwrot grzecznościowy brzmi: „Magnificencje, Szanowni Państwo Dyrektorzy”. Które magnificencje i jacy dyrektorzy – nie wyjaśniono, a z treści wynika, że chodzi raczej o całą społeczność akademicką. Na ile zdołałem się wczytać w to curiosum, pan minister mówi, że obejmuje urząd w trudnych czasach i liczy na współpracę środowisk naukowych w zwalczaniu pandemii. Przede wszystkim jednak liczy na wsparcie Ojca Świętego, którego mądre myśli będą dla pana ministra ważnym drogowskazem. Na przykład taka: „Społeczeństwo oczekuje od swych uniwersytetów ugruntowania własnej podmiotowości (…). Z tym też jest ściśle związany wymóg wolności akademickiej”. Ministrowi nauki nie przychodzi przy tym do głowy, że deklaruje wolność akademicką i szacunek dla „własnej podmiotowości”, a zarazem czyni to w jednym określonym dyskursie wyznaniowym, tak się składa, że w tym kraju zdecydowanie dominującym. Inaczej rzecz ujmując, w języku hegemona wypowiada się o wolności i swobodzie. Gdyby w swoim liście powołał się wyłącznie na Marksa, albo wyłącznie na Koran, byłby skandal, że się narzuca jeden światopogląd. Ale powołanie się na JP II nie jest skandalem ani żadnym narzucaniem poglądów, tylko szlachetnym wezwaniem do „zachowywania wierności akademickim ideałom”.

    Cała ta wzniosła gadka zmierza do finału: macie godnie uczcić rocznicę urodzin Jana Pawła II. Minister od nauki zachowuje się i przemawia do elit intelektualnych kraju nie jak naukowiec i profesor, ale jak parafianin wiszący na klamce u księdza proboszcza. Dla niego „wolnością akademicką” są obrzędy na cześć katolickich świętych, a „ugruntowanie własnej podmiotowości” polega na bezwstydnym podlizywaniu się biskupom. Trudno sobie wyobrazić większe zniewolenie i służalczość, nie mówiąc o obrażaniu wszystkich tych ludzi nauki polskiej, którzy katolikami nie są i których rocznica śmierci Jana Pawła II obchodzi dokładnie tyle samo, co rocznica śmierci Marcina Lutra czy szamana Pajutów Wovoki. Albo mniej. Jako żywo, przypominają się przedwojenne sanacyjne okólniki słane do urzędników w całym kraju z zaleceniami, jak obchodzić rocznicę śmierci Marszałka. Zresztą też JP.

    Jest gorzej. Człowiek kierujący ministerstwem nauki na wstępie rezygnuje z naukowego myślenia i radośnie deklaruje przywiązanie do swej religijności katolickiej. Albo jest to prostacki koniunkturalizm, formułka na pokaz, podobna do niegdysiejszych deklaracji światopoglądu socjalistycznego u PRL-owskich partyjniaków – albo fundamentalna niekonsekwencja logiczna. Jeżeli nauka ma być wolna i autonomiczna – jak chce pan minister – to nie można jej pętać przywiązaniem do wiary. Jakiejkolwiek. Albo jedno, albo drugie. Nie da się być wyznawcą takiej czy innej religii, wierzyć w Boga jako depozytariusza Prawdy, i jednocześnie być naukowcem poszukującym tejże prawdy w poważnych badaniach. Wszak odpowiedzi są gotowe i podane w słowach Chrystusa: „Ja jestem Prawdą i Życiem”. Mieszanie tych dwóch porządków jest i błędem, i wykroczeniem. Bynajmniej nie zabraniam prof. Murdzkowi wierzyć i praktykować taką czy inną wiarę, to jego prywatna sprawa. Natomiast jeśli deklaruje coś takiego głośno i oficjalnie jako obejmujący swój urząd minister, tym samym wprowadza czynnik religijny do paradygmatu naukowego. Inaczej mówiąc, na każdą trudną i niejednoznaczną kwestię musi odpowiadać za pomocą prawd wiary, a nie prawd nauki. A one często się kłócą, jak wiemy choćby z Romantyczności Mickiewicza. No, chyba że nie jest naprawdę wierzący, tylko na pokaz, co u katolików stanowi przypadłość nader częstą.

    www.unsplash.com/Jorge Zapata

    Jest jeszcze gorzej. Odbiorcy listu pasterskiego pana ministra, którzy dzielą się z natury rzeczy na katolików i niekatolików, zostaną w tym podziale umocnieni i skonfliktowani. Katolicy dostaną narzędzie do rozpychania się łokciami za pomocą cytatów z JP II, które – zgodnie z wolą ministra – są drogowskazem i skarbnicą wiedzy o tym, co i jak należy czynić. Natomiast niekatolicy nie będą mogli się bronić, dokładnie z tego samego powodu: ponieważ autorytet Ojca Świętego jest niepodważalny. Biorąc przykład z mojego podwórka: dyskusja wokół wielkości poezji Karola Wojtyły kończy się tam, gdzie się zaczyna, to znaczy na stwierdzeniu, że był Wielkim Polakiem i jest święty. Jakakolwiek rzeczowa krytyka tej twórczości prędzej czy później (raczej prędzej) zderzy się ze światopoglądem katolickim, który zabroni krytyki na mocy dekretu, że „był Wielkim Polakiem i jest święty”. Minister nauki właśnie dodał do tego dekretu jeszcze jeden paragraf, mianowicie rządowy nakaz czczenia.

    O tym, że przestaliśmy być państwem neutralnym światopoglądowo i zaczęliśmy być państwem religijnym, skrzeczą już wszystkie sroki w Grobianach i okolicy. Jeśli jednak wydawało nam się, że wystarczy oddać trochę Kościołowi i będziemy mieli spokój, to popełniliśmy błąd naiwności. Prawdziwy hegemon – a tak postrzegam dzisiaj pozycję Kościoła katolickiego w Polsce – nie zadowala się częścią. Chce mieć wszystko. Taka jest jego natura. Chodzi o naukę, pewnie, jest tam trochę pieniędzy do zgarnięcia na granty badające, dajmy na to, kolory witraży w katedrze przemyskiej, albo patriotyczne aspekty kaznodziejskiej działalności księdza Piotra Skargi. Albo poezję Karola Wojtyły. Bardziej jednak chodzi o władzę jako taką. Mieć uległego i służalczego ministra, takiego ministra–ministranta, którego głównym zadaniem będzie coniedzielne służenie do mszy, to umacniać władzę katolickiego dyskursu w rządzie. Zajmować terytorium. Rozszerzać wpływy. Których, jak doskonale wiadomo z historii, Kościół już dobrowolnie nie odda. I to jest najgorzej.

    No i tyle mojego dzisiejszego łapania dystansu…

    14 maja 2020 (17615 zarażonych, 883 zmarłych)

    Deszcz jak na zawołanie. Mogę od razu sprawdzić działanie mojego systemu gromadzenia deszczówki. Leci. Ciurka. Napełnia się. Nie myślałem, że tyle radości sprawi mi łapanie deszczu do podziemnego zbiornika! Zdecydowanie lepsze to niż łapanie dystansu. Dobra, jadę po pompę do brudnej wody.

    Wróciłem z centrum. Pamiętacie sceny z opuszczonego niemieckiego miasta w filmie Prawo i pięść? Trochę coś podobnego, tylko szyby niepowybijane (jeszcze?) i zamiast starych gazet po chodnikach walają się maseczki i foliowe rękawiczki. Jakieś sklepy otwarte, w księgarni na Podwalu kupiłem nawet książki, bo pusto było i przytulnie, poza tym chciałem dać chwilę radości przygnębionym sprzedawczyniom. Niektóre restauracje na Rynku czynne, tylko ludzi nie ma w środku. Smutny kelner przez ogromną szybę patrzy na pojedynczych przechodniów, z których żaden raczej na obiad nie wstąpi, bo i niebezpiecznie, i wszyscy oni tutejsi, obiad mają w domu. Piwogródki spiętrzone w piramidy ze stolików i krzeseł, i pospinane łańcuchami, też trochę jak wyrzucone przez okno mienie poniemieckie. No, tu raczej poaustriackie. Wolno i majestatycznie mija mnie policyjna furgonetka, dwaj funkcjonariusze pilnie przypatrują się obywatelom. Ciekawe, czego u nas szukali? Braku maseczek? Nieprzestrzegania odstępów? Po to drugie wystarczy pojechać do Castoramy, bo tam widziałem tłumek w środku i drugi tłumek w kolejce przed wejściem. Połowa ludzi bez masek. Strach popuścił, wróciło chojractwo.

    Te pustki nie wróżą dobrze. Otwarcie sklepów jeszcze nie przywróci normalności, w każdym razie nie wszędzie. Po jedzenie i ciuchy ludzie jeszcze pójdą, ale po książki to raczej nie. Łatwo je zamówić przez internet, bez narażania się. Ci od książek mają statystycznie odrobinę wyższy współczynnik inteligencji (jestem naiwny?)od przeciętnej narodowej, więc i ryzyko widzą trochę lepiej, dlatego nie przyjdą. Czyli księgarnie do zamknięcia. Wobec braku turystów cały restauracyjny kram wokół Rynku mógłby przetrwać tylko wówczas, gdyby Polacy się rzucili do jedzenia na mieście, ale tego również nie zrobią. Ci od 500 plus i tak tu nie chodzą, a ci lepsi albo z powodu kryzysu właśnie przestali być lepsi, albo siedzą po domach i praktykują „Gotowanie na ekranie”, czy inne „O kotlecie w internecie”. Czyli knajpy też do zamknięcia.

    Szczególnie zabolał mnie brak wózka z obwarzankami na rogu Grodzkiej i placu Wszystkich Świętych (pod Wydziałem Kultury UMK). Te były najlepsze, a sprzedawał je starszy pan z zagadkowym spojrzeniem, którego nigdy nie umiałem rozgryźć. Od lat się zatrzymuję i kupuję zawsze te same (z solą i sezamem), ale do dzisiaj nie wiem, czy mnie kojarzył, nie mówiąc o lubieniu. Ciekawe, czy wróci. Zresztą, nawet gdyby dzisiaj stał, i tak bym nie kupił…

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag

    Ciekawe, czy wróci. Wszystko. Czyli ciekawe, co nie wróci. Bo przecież ta odruchowa reakcja obronna, żeby nie kupować, w skali kraju przyniesie dramatyczne zniszczenia. Już słyszę od młodych ludzi, że stracili pracę, mieszkanie, że siedzą u rodziców w domu i zastanawiają się, czy i kiedy wrócą. I do czego.

    Ciekawe, czy wróci. Koronawirus. Na razie jakby odpuścił, cofnął się, choć może to być efekt osłabienia jego promocji w mediach. Coraz buńczuczniej pokrzykujemy, że to była jedna wielka ściema, mistyfikacja i brudna zagrywka wielkich tego świata, oczywiście żeby znowu nas oszukać i wycyckać z ostatnich pieniędzy. Ktoś gdzieś umiera, jak zawsze, nie ma tu żadnej wielkiej tragedii, o pandemii nie wspominając. Polacy, nic się nie stało. Chromolić te głupie maseczki, bierzemy się za imprezowanie, bo tu dużo do nadrobienia jest, pół wiosny już zmarnowane. Dwa kilo kiełbasy grillowej poproszę i zgrzewkę piwa. Nie, tą dużą, dwadzieścia cztery. Benek, kup jeszcze fajki!

    A on się przyczaił. Czeka. Kiedy siedzieli w domach, nie miał co robić. Ale wyjdą. Już wychodzą. Bez maseczek i zbici w ciasne stadka. Przepysznie. Dropsik, spokojnie, nie zacinaj za wcześnie. Jeszcze, jeszcze… już! do roboty!

    Pompy zanurzeniowej do brudnej wody nie kupiłem. Castorama pełna ludzi, w połowie parkingu nawróciłem. Zamówię przez internet.

  • Wybrałem Śląsk, bo Zygmunt Miłoszewski zajął mi Warszawę

    Jest tutaj pewien paradoks, bo rozmowa przeleżała na dysku jakieś trzy miesiące, ale mimo to, nie straciła nic na aktualności. Przy Centrum Olimpijskim w Warszawie spotkaliśmy się nie przez przypadek, bo przecież tam Rudolf Heinz rozpoczął swoje pierwsze śledztwo. Było to w 2008 roku. Dwanaście lat później Mariusz Czubaj opowiada o tym, czy stawiając ostatnią kropkę w „Ciosie kończącym” się wzruszył, czy zatęskni za swoim bohaterem, a wreszcie o tym, dlaczego stał się Gustawem Morcinkiem kryminału. Kto był pierwowzorem Rudolfa? W oczekiwaniu na ostatnią część jego przygód zobaczcie rozmowę twórcą jednej z najbarwniejszych postaci w polskim kryminale.

  • Niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi

    Mam najlepszą pracę na świecie. No dobra, może poza byciem piłkarzem. Fakt jest taki, że pracuję o wiele więcej niż w czasach, gdy pracowałem na etacie, ale jednak jest zupełnie inaczej. Sam decyduję, czy pozostałe 150 stron książki przeczytam późnym wieczorem, a może zrobię to zaraz po obiedzie. Oczywiście, że rytm dni, tygodni i miesięcy wyznaczają terminy, nagrania, ale generalnie rzecz ujmując, bardzo wiele rzeczy mogę sobie zaplanować. Mam pewność, że w trakcie czytania nikt nie wyśle mnie nagle do obsługi katastrofy kolejowej, pożaru zabytkowego kościoła, ewentualnie karambolu na autostradzie A4. Nie piszę jednak tego żeby się chwalić, dziś chcę się trochę pożalić. Dlaczego?

    Dlatego, że czasem  w tej najlepszej pracy, poza byciem piłkarzem, opadają ręce. I co najgorsze, ręce opadają z powodu działalności potężnych mediów z potężnymi zasięgami. Przesłuchałem sobie pewną audycję w radiu X. Był tam cytowany fragment dziennika, który Krzysztof Zajas pisze na smakksiazki.pl. Może kojarzycie, bo te zapiski lądują na stronie od początku wprowadzenia się koronawirusa do naszego kraju, czyli od około dwóch miesięcy. Nie muszę Wam mówić, że jest to treść unikatowa, bo przecież Zajas nie pisze tych dzienników na tony, więc nie można ich znaleźć nigdzie indziej poza moim blogiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy redaktor prowadzący powiedział coś w ten deseń: „Twój dziennik można znaleźć w Internecie”. Nie muszę Wam dodawać, że nie padła nazwa miejsca, w którym publikowany jest dziennik, bo przecież potężna stacja radiowa nie ma obowiązku powoływania się na źródło. Idąc tym tropem, to pisząc o rankingu najlepiej zarabiających polskich pisarzy opublikowanym przez „Wprost”, powinienem napisać: „taki ranking znajdą Państwo w gazecie”?. Gdy dyskutuję o wynikach badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej mam powiedzieć: „pewna instytucja przeprowadziła badania, a ich wyniki są dostępne w Internecie”? Czy powołanie się na źródło, z którego cytuje się fragmenty, albo powoływanie się na zamieszczoną tam informację jest aż taką ujmą?

    www.unsplash.com/Elijah O’Donnell

    Są też przykłady pozytywne. Kilka miesięcy temu w magazynie „Pocisk” redaktor Rafał Bielski pisząc o liście Jakuba Ćwieka do Remigiusza Mroza mógł napisać, że list został opublikowany w Internecie. Sprecyzował jednak, że konkretnie to miejsce w sieci nazywa się smakksiazki.pl. Nie dalej jak wczoraj powoływałem się na wywiad w radiu Tok FM, a w zeszłym tygodniu na rozmowę właścicielki Wydawnictwa Pauza z Marcinem Wilkiem na blogu „Wyliczanka”. Najlepszy szef, którego miałem, czyli Rafał Kurowski, wbijał nam do głów na każdym kolegium, że jeśli o sprawie pierwsza napisała „Gazeta Wyborcza”, to poinformujcie ludzi, że jako pierwsza o sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Czy taka informacja sprawi, że materiał/program będzie gorszy? Nie sądzę.

    Jestem w stanie sobie wyobrazić linię obrony, która może brzmieć tak: „nasze zasady korporacyjnie nie pozwalają nam na powoływanie się na inne media”. Przyjmuję, ale w takim razie nie korzystaj redaktorze z pracy innych mediów, nawet sto razy mniejszych i milion razy mniej znaczących. Tutaj mógłbym zakończyć, ale dodam tylko, że tytuł nie jest wymyślony przeze mnie. Pochodzi z piosenki „Przy słowie”, którą napisał Kazik Staszewski. Chociaż nie, nie tak. Piosenkę znajdziecie Państwo w Internecie – tak jest idealnie.

    Adam Szaja

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (49-52 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    5 maja 2020 (14431 zarażonych, 716 zmarłych)

    Pandemia koronawirusa w zastanawiający sposób połączyła kilka aktualnych tematów w jeden. Ekologia, zmiany klimatyczne, rabunkowa eksploatacja planety, kryzys ekonomiczny, nadmierny przyrost populacji ludzi, migracje, podbój kosmosu – wszystko to zbiegło się w jedną solidną opozycję: człowiek – natura. Trochę zapomnieliśmy o tym fundamentalnym przeciwstawieniu, skupieni na podboju, postępie technologicznym i mnożeniem prywatnych stref komfortu, choć jest on mocno wpisany w założycielski tekst naszej cywilizacji zachodniej, czyli Biblię. Wydawało się, że trochę ruchów ekologicznych plus doraźne zbiórki na ratowanie ginących gatunków i protesty w obronie lasów wystarczą. Nie wystarczą. Natura to nie parę drzew i siedzących tam wśród gałęzi zwierzątek, tylko system. Zniszczenie ram zapewniających jego równowagę prowadzi do zmiany nieodwracalnej, a więc i dotychczas nieznanej. Stąd zaskoczenie z powodu przebiegłości koronawirusów, choć powinniśmy być na nie przygotowani od dawna, skoro pierwsze szczepy zostały opisane w latach 60. XX wieku. Zaskoczyła nas nie sama epidemia, tylko poczucie niepewności i braku rozeznania w czymś, co wydawało się już znajdować pod naszą całkowitą kontrolą.

    Kiedy o tym rozmyślam, wciąż dochodzę do tego samego wniosku, że problemem tu jest człowiek. Nie wiem za bardzo, co z tym wnioskiem zrobić, bo trudno apelować o globalne samobójstwo człowieka dla ratowania natury, trudno też stawiać na dalsze mordowanie natury w imię postępu człowieka. Trzeciego wyjścia nie widzę, bo pokojowe współistnienie nie wchodzi w grę. Z pokojowym współistnieniem zrobiliśmy mniej więcej to, co PiS z demokracją: wykorzystaliśmy dla zdobycia i utrzymania władzy. Tymczasem okazało się, że władza nad Ziemią wiąże się nie tylko z przyjemnością używania, ale i z odpowiedzialnością. Inaczej mówiąc, poszaleliśmy w knajpie, teraz trzeba zapłacić.

    7 maja 2020 (15047 zarażonych, 755 zmarłych)

    Obiecywałem sobie, że dam spokój, ale co się dzisiaj wydarzyło w polskiej polityce, jest ponad wszelką miarę. Porozumienie Gowina z Kaczyńskim w sprawie przesunięcia wyborów na lipiec wieńczy dzieło ośmieszania demokracji i praworządności w Polsce. Dwóch szeregowych posłów decyduje o całym porządku prawno-konstytucyjnym państwa, umawiając się jak mafiosi przy kolacji, rytualnie przy tym zwalając winę za wszystko na opozycję. Za pomocą prywatnego komunikatu dyktują, co mają robić najwyższe organy władzy państwowej: marszałek Sejmu RP, Sąd Najwyższy oraz rząd. Łojenie w meliniarskiego dupniaka trwa, noże latają, co uczciwsi chcieliby opuścić spelunę, ale wciągnięto ich w grę i siedzą z minami obrażonych ofiar (Kidawa-Błońska). Ścierają się ze sobą takie, śmakie i owakie interesy – brane są pod uwagę wszystkie, oprócz interesu publicznego. Bo koronawirus do lipca nie zniknie, groźba zarażenia przy powszechnym głosowaniu korespondencyjnym pozostanie, a twierdzenie, że Andrzej Duda musi zostać prezydentem na drugą kadencję, brzmi jak parodia interesu publicznego. Jakiś czas temu pisałem w tym dzienniku, że nie mam zaufania do teatralnego rozdzierania szat przez Gowina, który zaliczy parę lajków, a potem wstanie, zapnie guziki na piersi, otrzepie spodnie z kurzu i wszystko wróci do normy. Właśnie wraca. Przy czym tą normą jest dyktatura jednego narcystycznego psychola.

    Zapewnieniami o nieuchronności wyborów majowych władza zrobiła z siebie – całkiem zasłużenie – zespołowego kompletnego durnia. Marszałek Sejmu rozgląda się z lękiem, kogo by tu spytać, co ma robić. Prezydent (Prezydent RP!) o niczym nie wie i w pseudopublicznej pseudotelewizji bierze udział w pseudodebacie pseudokandydatów, którzy nie mają pojęcia, czy i kiedy wybory się odbędą. Premier rządu w ogóle udaje, że to nie jego interes i ma ważniejsze sprawy na głowie. Jeśli ktoś wciąż jeszcze będzie przywiązywał wagę do deklaracji i decyzji tej władzy, również wyjdzie na durnia i to na własne życzenie. Kompromitacja poszła na cały świat. Polska ma teraz gębę Sasina z fryzurą Witek. Ciekawi mnie, jak oni to wpiszą w narrację o wstawaniu z kolan. Proponuję następujący sylogizm: osioł, kiedy wstanie z kolan, nadal jest osłem, tylko jego ośle uszy lepiej widać.

    www.unsplash.com/Kate Macate

    Jakiś poseł od Gowina krzyczał, że „zwyciężyła Polska” i on chciałby za to podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu. A opozycja jego zdaniem znowu nie chciała przyłożyć ręki do jedynego dobrego rozwiązania, jakim będą „wolne i demokratyczne” wybory. Nie wiem, czy to bardziej bezwstydne lizusostwo, czy bezwstydna propaganda zidiocenia. Skąd on to w ogóle wie? Przecież wszystkie prawnicze autorytety głośno powtarzają, że jest dokładnie odwrotnie: takie wybory nie będą ani wolne, ani demokratyczne, ani powszechne. W ogóle nie będą wyborami. A konstytucja właśnie została po raz kolejny sponiewierana. Na jakiej podstawie on wygłasza takie twierdzenia? Czy bezwstyd władzy naprawdę już nie ma granic? Może coś tłumaczy fakt, że ten poseł nazywa się Wypij.

    Powszechne odchodzenie od rozsądku i krytycznego myślenia to klęska całego systemu edukacji w tym kraju, a więc i moja własna. Tak przynajmniej powinienem uważać, skoro zaliczam się do grupy zawodowej nauczycieli akademickich. Cóż, kiedy procesy erozji zachodzą w samej relacji nauczyciel – uczeń, która od sytuacji: ja mówię, ty słuchasz ewoluuje do sytuacji: ja mówię, ty dajesz lajka. Albo nie. Z punktu widzenia efektów dydaktycznych to niesłychanie trudna sprawa! Jesteś lajkowany nie za mądrość swoich twierdzeń, lecz za rodzaj i diapazon emocji, jakie twoje mówienie wywołuje. Uau, super! Błee, nuda. To są dwie podstawowe reakcje uczniów na płynącą do nich wiedzę. Dokładnie takie same, jakimi posługują się na co dzień w internecie. Ach, jeszcze lol. Czyli beka, polew, śmieszki heheszki, bo przecież życie to kupa śmiechu i odjazd total. Jak ktoś chce się posługiwać rozumem, to proszę bardzo, jego sprawa. Ja nie muszę, bo jest wolność. I proszę mi nie mówić, co jest mądre, a co głupie, bo mam internet i łatwo mogę sprawdzić. Uau, super! Błee, nuda.

    Tu wyczuwam jądro katastrofy, która nadchodzi.

    To wszystko się jakoś ze sobą łączy: pogarda władzy dla obywateli, pogarda obywateli dla myślenia, pogarda internautów dla realnego świata. Promowanie – w ramach swobody wypowiedzi – bezczelnej ignorancji, która ma tyle ważyć, co rozsądek i wiedza. Oddawanie pola durniowi tylko dlatego, że każdy ma prawo do swojego zdania. Samobójczo zupełnie brzmi niby-wolnościowa teza, że nie ma żadnych obowiązujących kryteriów prawdy, w związku z czym głupota stoi na równi z mądrością. Że nieuk ma tyle samo do powiedzenia, co intelektualista. Że bałwan może rządzić tylko dlatego, że się dorwał. A w tle to najgorsze: że chamowi trzeba się usunąć z drogi, bo może przywalić. Za tolerowanie takiej rzeczywistości politycznej się płaci. Właśnie dostajemy rachunek.

    W powieści Zdobycie władzy Czesław Miłosz umieścił postać profesora Gila, który na najkrwawszą wojnę w historii ludzkości reaguje tłumaczeniem Wojny peloponeskiej Tukidydesa. Przeżył osobisty dramat, apokalipsa wojenna odebrała mu najbliższych, został sam na gruzach byłego życia. Zamyka się w gabinecie i ślęczy nad starym greckim tekstem. Kiedyś nie rozumiałem tego pomysłu, wydawał mi się trochę sztuczny i taki artystowski. Poza intelektualisty wobec minionego i nadchodzącego barbarzyństwa. Teraz rozumiem to trochę lepiej – ten odruch dystansu, odsunięcia się gdzieś dalej, poza doraźność, na drugą stronę szerokiej doliny. Wytłumić jazgot aktualności i odejść w ciszę, gdzie będzie słychać dawne głosy, mądrzejsze od nas o śmierć i już dokonaną katastrofę. Stąd Grecy. Słowo odległe, oczyszczone przez dwa tysiąclecia wichrów, deszczów i pożóg, które tylko co najważniejsze ocalają w kamieniu. Biblioteki spłonęły, popioły po pergaminach rozproszył wiatr, piasek zasypał jaskinie przekształcone w skryptoria – a słowo zostało. Myśl wyskrobana na tabliczce i przemycona do następnej kultury, ponieważ dla jakiegoś arabskiego czy wizygockiego mędrca była ważna. Wydobył ją ze zmurszałej skrzyni, zdmuchnął kurz, przeczytał i przepisał po swojemu. Po nim następny i następny, a wszyscy oni widzieli w myśli coś znamienitszego od tego, co ich otaczało. Wszyscy oni uznali jej wyższość nad codziennością. I ja uznaję. Do niej, tej starej i sprawdzonej myśli, uciekam przed doraźnymi popisami rzezimieszków i błaznów dzisiejszych stolicy. Na nic mi nauka z ich bezeceństw płynąca. Tyle o ludziach już wiem. Wiem aż za dobrze.

    8 maja 2020 (15366 zarażonych, 776 zmarłych)

    Wczoraj wieczorem księżyc. Początek maja, chłodna i bezchmurna noc, pachną zioła. Tak było 41 lat temu, kiedy nagrałem z radiowej Trójki płytę Ricka Wrighta Wet Dream i z jej fragmentami w uszach poszedłem na wieczorny spacer na stawy. Brnąłem przez mokrą trawę i wdychałem trącone stopą kwiaty. Odurzały. To było jeszcze przed wielką przebudową zbiorników i mały staw był płytki, błotnisty, a starą groblę porastały drzewa, których gałęzie schodziły aż do wody. Pod księżycowym światłem tworzyły ciemny tunel. Na gładkiej powierzchni wody wił się złoty warkocz rusałki, wabiąc siedemnastolatka. Stałem na grobli w blasku mojej prywatnej magii – jakże sentymentalnej i lichej! A jednak tkwi we mnie do dzisiaj tamto, jak pieczęć i dowód na młodość. Na sens, który się później rozwiał.

    www.unsplash.com/Alex Blăjan

    Teraz będzie nieprawdopodobne, czyli literacko słabe, ale prawdziwe. Kiedy tak stałem na grobli zahipnotyzowany chwilą, w księżycowej ciszy i blasku złotego warkocza, z szuwarów wypłynęła łódka. Powolutku, majestatycznie, jakby czekała na widza, by wyjść z cienia na mdłe światło. Pusta. Czarna. W milczeniu sunęła przez staw, popychana nie wiem czym, ponieważ wiatru nie było. Usiadłem z wrażenia i śledziłem ją w napięciu godnym poetyckiego natchnienia, dopóki nie przemierzyła całego stawka i nie znikła wśród trzcin po przeciwnej stronie. Trwało to ze trzy kwadranse. Sam przedmiot nie był niczym dziwnym – takich smołowanych łódek używano tutaj do karmienia ryb – natomiast zdumiała mnie ostentacyjność tej parady. Performansu, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Wyruszyła z niewiadomych powodów właśnie wtedy, gdy przyszedłem i usiadłem, jakbym ją wywołał, a ona koniecznie chciała mi coś powiedzieć. Obszedłem staw, chciałem do niej wsiąść, ale od tamtej strony zejście do wody było płaskie i okropnie błotniste. Poza tym była noc, a ja miałem siedemnaście lat i męska dzielność przegrywała z dziecięcym lękiem. Wracałem do domu późno i całą drogę myślałem, co łódka chciała mi przekazać. Myślę do dzisiaj. W pokoju przed zaśnięciem puściłem płytę jeszcze raz (miałem kaseciaka Thomsona i własny pokój!) i po chwili znalazłem się tam z powrotem, tylko już nie na grobli, a w łódce. Płynąłem przez staw w świetle księżyca. Obraz był mdły, blady, niewyraźny, ale widziałem – na brzegu siedział chłopiec.

    Moja angielszczyzna była wtedy bardzo słaba i nie wiedziałem, że „wet dream” można przetłumaczyć na polski jako „nocna polucja”.

    Richard Wright, legendarny klawiszowiec Pink Floyd, zmarł 15 września 2008 roku, w trzydzieści lat po premierze płyty Wet Dream. Dokładnie, co do dnia. Godna pozazdroszczenia synchronizacja. A ja od 41 lat staram się słuchać tej płyty dwa razy w roku: na początku maja i właśnie 15 września. Najlepiej kiedy w obu przypadkach świeci księżyc i jest ciepło, żebym mógł pójść gdzieś w pola po mokrej trawie, usiąść na odludziu i nałożyć słuchawki na uszy. Wrócić na łódkę zaplątaną w złoty warkocz rusałki i przepłynąć na drugi brzeg, gdzie zniknę wśród młodych trzcin. Tak po prostu.

    Chcecie morał? W 2014 roku Gilmour i Mason wydali „pośmiertną” płytę Pink Floyd pod tytułem Endless River. Takie różne ścinki z przeszłości, w tym kilka naprawdę fajnych kawałków Ricka na klawiszach. Na okładce jest chłopiec płynący łódką po morzu chmur, przed nim zachodzące słońce. Obejrzyjcie oficjalny teledysk Louder Than Words, gdzie można zobaczyć parę ujęć Wrighta. Na ostatnim macha do nas ręką na pożegnanie. Znika w trzcinach.

  • „Kwestia ceny” już wkrótce! Premiera książki Zygmunta Miłoszewskiego za nieco ponad miesiąc

    „Pisałem Kwestię ceny w zupełnie absurdalnych warunkach. Zacząłem na statku handlowym, płynącym z ładunkiem holenderskiej stali przez Atlantyk, kończyłem w czasie pandemii, internowany w domu kultury w Olsztynie. Czytałem wiadomości i widziałem, jak świat bez przerwy dopisuje kontekst do mojej fabuły, której osią jest marzenie o zdrowiu i długowieczności. Bez względu na cenę”. Kliknijcie w okładkę żeby zamówić książkę! 

    Tam, gdzie autor pisał, tam też zaczyna się przygodowa fabuła: na morzu.

    Początek XX wieku. Sztorm. Benedykt Czerski żegna się z życiem. Przeklina patriotyczne uniesienia, które kilka dekad wcześniej doprowadziły do jego zesłania na Daleki Wschód, a teraz kazały mu wracać do ojczyzny. Czerski wraca jednak nie jako więzień, lecz jako wielki uczony, badacz dalekich plemion Syberii. Obsesyjnie pilnując skrzyń, zawierających bezcenne zabytki tajemniczego ludu Ajnów.

    Początek XXI wieku. Bogdan Smuga, chłodny naukowiec i wyznawca religii rozumu, wierzy, że wśród zbiorów Czerskiego kryje się prawdziwy skarb, mogący odmienić przyszłość ludzkości. Jego wysiłki nie przynoszą rezultatu. Decyduje się na desperacki krok.

    Zofia Lorentz, słynna historyczka sztuki i poszukiwaczka zaginionych arcydzieł, mierzy się ze stopniowym zanikiem pamięci męża. Gdy Smuga proponuje jej udział w odnalezieniu zbiorów, przywiezionych przez Czerskiego z Syberii – podkreślając, że kwestia ceny nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia – przyjmuje zlecenie. Tak zaczyna się niezwykła wyprawa, która zaprowadzi bohaterów między innymi na rosyjską Wyspę Przeklętą, do Paryża i na statek-widmo. Ich przygody okażą się decydujące dla dalszych losów cywilizacji. I jak to u Miłoszewskiego, wszystko okaże się nie tym, czym zdawało się na pierwszy i drugi rzut oka.

    „Kwestia ceny” to zuchwały, niepozostawiający nikogo obojętnym thriller o naszych największych marzeniach i o cenie, jaką jesteśmy gotowi zapłacić za spełnienie tych pragnień. O nauce, o religii, głodzie wiedzy, genie ryzyka, roli wspomnień i o wielkiej przygodzie ludzkości. Która być może właśnie dobiega końca.

    Dla fanów Miłoszewskiego kończy się więc bardzo długi czas posuchy, bo przecież jego poprzednia książka, czyli „Jak zawsze”, wylądowała na księgarskich półkach w sierpniu 2017 roku. Naszą rozmowę o niej znajdziecie tutaj. Co ciekawe, dziś pisarz obchodzi swoje urodziny, więc termin ujawnienia szczegółów dotyczących „Kwestii ceny” nie jest przypadkowy. Nie zmienia to faktu, że pisarz zrobił prezent zarówno sobie, jak i swoim czytelnikom.

    Książkowym debiutem Zygmunta Miłoszewskiego był „Domofon” (2005), ale sławę zyskał dzięki trylogii o prokuratorze Teodorze Szackim ( „Uwikłanie”, „Ziarno”, „Gniew”). W 2013 ukazał się thriller „Bezcenny”, który opowiada o odzyskiwaniu dzieł sztuki. Cztery lata później pojawiła się ostatnia, wspominana już tutaj książka Miłoszewskiego – „Jak zawsze”.

  • Przedpremierowy fragment „Pomocnika kata” Marka Krajewskiego!

    Akcja toczy się w roku 1927 w Warszawie, w małych miastach mazowieckich oraz na Wołyniu. Edward Popielski w tajnej misji kontrwywiadowczej ma za zadanie ująć (lub zniszczyć) agentów sowieckich, którzy mają na sumieniu śmierć pewnego wysokiego funkcjonariusza polskich służb specjalnych. Gdy klikniecie na okładkę, zostaniecie przeniesieni na stronę, na której możecie już zamówić książkę. Miłej lektury fragmentu! 

    – Kto to jest? Jakiś zasłużony lwowianin? – zapytał doktor Tyzenhauz.

    To były pierwsze słowa, jakie padły między nimi, gdy już weszli do kawiarni Warszawa, oddali szatniarzowi futra, a kelner poprowadził ich do stolika pod oknem. Przyjaciel Tadeusza Chłapowskiego, jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Rzeczypospolitej, wiceprezesa Krajowego Towarzystwa Naftowego, wskazał brodą na widoczny w zawiei śnieżnej wysoki pomnik i ponowił swe pytanie.

    – Franciszek Smolka – odpowiedział Popielski, czując galicyjską dumę. – Polityk, prezydent parlamentu w Wiedniu. Pomysłodawca kopca Unii Lubelskiej na naszym wspaniałym wzgórzu Wysoki Zamek. Własnoręcznie pchał taczki z ziemią, czym wszystkim bardzo zaimponował.

    – Tak… Człowiek, który chciał uświetnić wspaniałą unię polsko-litewską, godzien jest pomnika – odezwał się zamyślony Tyzenhauz, patrząc na kelnera, który właśnie przybiegł i prężył się przed nimi jak struna, chcąc przyjąć zamówienie.

    Popielski nie był głodny i po usilnych zachętach zamówił stopkę wódki Baczewskiego i kotleciki cielęce z truflami na zimno. Tyzenhauz natomiast auszpik z ryb, a w sprawie napitku poszedł w ślady swego towarzysza. Siedzieli w części barowej, w niebieskiej sali, zwanej przez kelnera marmurową, od sali restauracyjnej oddzielonej estradą oraz niewysokim drewnianym płotkiem, nad którym powiewały firanki. Słuchali walców wiedeńskich, wygrywanych przez kilkuosobową orkiestrę kameralną, i przyglądali się bywalcom lokalu, którzy w ogromnej mierze należeli do grona współobywateli żydowskiego pochodzenia, czyli jednej trzeciej mieszkańców miasta. Byli tutaj znani Popielskiemu z widzenia adwokaci, przemysłowcy i kupcy oraz mniej znana żydowska młodzież – wygłupiający się i dokazujący mężczyźni w studenckich czapkach oraz towarzyszące im modnie ubrane dziewczyny, wesołe i krzykliwe.

    – Jak pan woli, abym się do niego zwracał? – Tyzenhauz ponownie przerwał milczenie. – Poruczniku? Czy komisarzu?

    – Najlepiej bez tytułów. – Popielski zapalił papierosa. – Komisarzem jestem w pracy, a porucznikiem byłem kiedyś, gdy prezes Chłapowski łudził mnie, iż zostanę przyjęty do Defensywy Politycznej. Cóż, kolejna obietnica bez pokrycia, doktorze. Nie chcę, aby tytuł porucznika mi o tym przypominał.

    – Wyczuwam gorycz w pańskim głosie – rzekł wolno major. – Ale jednak zgodził się pan przyjąć moje zaproszenie.

    – Powiedzmy, że to zbieg okoliczności, a ja nie lekceważę zdarzeń o małym prawdopodobieństwie. Właśnie myślałem o prezesie Chłapowskim, a tu podjeżdża do mnie jego automobil… Zdarzyło się panu doktorowi podświadomie przewidywać przyszłość?

    Tyzenhauz też zapalił i nie odpowiedział na pytanie.

    – Pańska gorycz jest zrozumiała. – Spojrzał z zainteresowaniem na wiszące na ścianach gazety, zapięte w potężne lakierowane uchwyty. – Zupełnie zrozumiała. Po sprawie „Dziewczyny o czterech palcach” oczekiwał pan czegoś więcej niż podziękowań i zegarka… Ale nikt nie zaoferował panu stanowiska. Wiem dlaczego. Pańska obecność przypominałaby niektórym o kompromitacji wywiadu w tamtej sprawie. Z idealistycznego i z patriotycznego punktu widzenia, jaki był bliski Marszałkowi, byłoby to niewskazane.

    Choć Popielski nie dał po sobie poznać, jak mocno i w jak czuły punkt został trafiony, to jednak drobny grymas, który przez sekundę zagościł na jego twarzy, nie uszedł uwagi Tyzenhauza.

    – Proszę mnie posłuchać, panie komisarzu. – Spojrzał mu prosto w oczy. – Jestem blisko z wieloma ważnymi ludźmi w naszym kraju i doskonale wiem, że od pół roku, czyli od przewrotu majowego, Marszałek nie jest już nastawiony do świata tak idealistycznie.

    Uniósł stopkę. Stuknęli się, wypili, chuchnęli, zagryźli. Popielski poczuł na języku jedyny w swoim rodzaju smak trufli, którymi przyprawione były kotlety cielęce.

    – Odkrywam przed panem karty, komisarzu. – Tyzenhauz odchrząknął. – To, co chcę panu zaproponować, jest wiadome tylko trzem ludziom. Z których dwóch, Henryk Józewski i ja, jest prometejczykami, trzeci to pan prezes, który nas wspiera finansowo i organizacyjnie.

    Popielski znów drgnął, słysząc nazwisko Józewskiego, tak często wymieniane z wielkim szacunkiem przez ukraińskich przyjaciół, których miał wielu we Lwowie. Kiedy rząd złożony z nacjonalistów i chłopów ugiął się przed żądaniem Moskwy i postanowił w styczniu 1924 roku wydalić z Polski sojusznika Piłsudskiego i zwolennika bliskiej współpracy z Polakami Symona Petlurę, Józewski ukrywał go gdzieś przed policją, czym zyskał sobie wielki szacunek wszystkich tych, którzy głęboko wierzyli w sojusz polsko-ukraiński, a do takich niewątpliwie należeli i Popielski, i jego lwowscy przyjaciele.

    – Mamy nowy rząd, komisarzu, a sprawami zagranicznymi, jak pan wie, zawiaduje August Zaleski. O ile on sam ostrożnie dobiera słowa, o tyle jego współpracownicy już nieco mniej. Niejaki Roman Knoll, długoletni dyplomata i podwładny naszego Zalesiątka, powiedział expressis verbis w wywiadzie prasowym, że idea federacji z Ukraińcami i Białorusinami to przebrzmiała pieśń przeszłości. Tak się właśnie wyraził, rozumie pan?

    Popielski milczał, zdegustowany opinią Knolla, i wpatrywał się w rozmówcę, jakby szukając w nim fałszu. Nie znalazł go. Ten szpakowaty szczupły mężczyzna wyglądał jak personifikacja szczerości. Jego szlachetne rysy były cokolwiek zaburzone mocną, kwadratową szczęką. Znamionowałaby ona upór, zdecydowanie albo nawet pewną brutalność, gdyby tych cech nie łagodziły duże oczy. Patrzyły one spokojnie znad podpuchnięć, które wraz z niezdrową ziemistą cerą mogły świadczyć albo o bezsenności, albo o skłonności do pijaństwa. Tę drugą cechę Popielski wykluczył, ponieważ Tyzenhauz miał jasną cerę bez żadnych zaczerwienień.

    – Knoll i Zalesiątko pragną za wszelką cenę ugody z Sowietami i forsują ją jako zdroworozsądkową. Mówią: „Przecież zawsze będziemy mieli rosyjskiego sąsiada, trzeba z nim ułożyć stosunki i robić dobre interesa, a nie szarpać się i szarpać”. Za tym głosem rozwagi – przybysz z Warszawy uśmiechnął się ironicznie – stoją wielkie pieniądze. Nasi przemysłowcy i bogacze, którzy węszą rozległe rynki zbytu, gdzie brak konkurencji, przyjęli Cziczerina jak jakiegoś księcia. Przyjęcia, rauty, teatr… Tak było, panie komisarzu. A potem wśród wystrzałów szampana powstała Polsko-Sowiecka Izba Handlowa.

    Popielski czytał w gazetach o wizycie Gieorgija Cziczerina, ludowego komisarza spraw zagranicznych, we wrześniu roku 1925. Znał też plotki o jego pobycie w Warszawie. W świecie policyjnym mówiono, że usłużne szefostwo hotelu Bristol, wiedząc o upodobaniach gościa, zatroszczyło się o dyskretne dostarczenie mu dla zabawy młodych chłopców, ale ponoć odmówił, panicznie bojąc się kompromitacji i szantażu.

    – Ale my, prometejczycy, nie chcemy ugody z Moskwą – mówił Tyzenhauz z wielkim ogniem. – Wiemy, że oni zawsze będą wykorzystywać sprawy gospodarcze jako narzędzie presji. My chcemy Moskali niepokoić i kąsać. Nie możemy pozwolić na to, aby pojawiła się tak zwana normalność, bo dla nich będzie ona tylko blichtrem, tylko wytchnieniem. My z nimi walczymy! I zabijemy ich ambasadora, uniemożliwiając eo ipso wszelkie brudne interesa!

    Estrada zaczęła się powoli kręcić. Obróciła się i po chwili muzycy orkiestry kameralnej pojawili się z trąbkami i saksofonami jako jazz-band. Huknęła skoczna muzyka. To był najmodniejszy obecnie taniec – shimmy. Młodzi ludzie zaczęli skakać. Popielskiemu zdawało się, iż przesłyszał się w tym hałasie. Kotlet nabity na widelec zawisł w połowie drogi do ust.

    – Nie przesłyszał się pan, panie komisarzu. – Tyzenhauz czytał w jego myślach. – Ów ambasador, w ich nazewnictwie połpried, czyli połnomocznyj priedstawitiel, nazywa się Piotr Wojkow. To jeden z zabójców carskiej rodziny, półbożek bolszewicki, prywatnie kanalia i zboczeniec płacący ladacznicom w parku Skaryszewskim w Warszawie. Raz został tam złapany na obnażaniu się, ale zwymyślał policjanta, pokazując mu papiery dyplomatyczne. Niedawno napastował małą dzieweczkę, córkę jednego z naszych gruzińskich przyjaciół.

    Kiedy Popielski to usłyszał, rozdzwoniło mu się w uszach. Uniósł stopkę i wypił jednym haustem.

    – Ojciec dziecka przebiłby go kindżałem bez mrugnięcia oka, ale go powstrzymaliśmy. Gdyby to zrobił, spotkałyby go przykre konsekwencje. Sowieci domagaliby się jego wydania. Zalesiątko et consortes nie wahaliby się ani chwili i w łapy Sowietów trafiłby nasz gruziński towarzysz broni, walczący z nami ramię w ramię przeciwko bolszewikom w roku dwudziestym! Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, nasz triumwirat stanął przed pytaniem: co robić, aby ocalić przyjaciela, pomścić cierpienie, jakie spotkało nieszczęsne dziecko, a przy tym zniszczyć kurs ugodowy i rozsierdzić Sowietów? Otóż to wcale nie jest kwadratura koła! Po wielu godzinach dyskusyj wiemy jedno: trzeba zabić gada. Zabójcą nie może być nasz Gruzin, bo sąd wcale nie uzna za okoliczność łagodzącą ojcowskiego gniewu na to, co ta kanalia bolszewicka zrobiła jego córce. Sam pan dobrze wie, jaki wyrozumiały stosunek mają nasze sądy do lubieżników krzywdzących dzieci.

    Muzyka ucichła, rozległy się brawa. Niedaleko nich jakiś podpity jegomość natarczywie usiłował przekonać do czegoś kelnera. Ten był jednak nieugięty i wskazywał dłonią na wiszącą przy barze tabliczkę. Popielski wychylił się i przeczytał: „Kredytu nie udziela się”. Położył palec na ustach, dopóki ów jegomość nie odszedł. Tyzenhauz pstryknął palcami i na stół wjechała repeta – i wódki, i zakąsek.

    – To co chcecie panowie zrobić? – zapytał w końcu Edward.

    – Pan go zabije, Popielski. – Zapytany odparł tak naturalnie, jakby mówił o pogodzie. – Pan go zabije, ale nie sam.

  • Wspólna książka? Nie. Wspólne słuchowisko? Owszem

    W trakcie Viralowych Targów Książki wydarzyło się wiele ciekawych rzeczy, ale największym hitem jest wspólna deklaracja Wojciecha Chmielarza i Jakuba Ćwieka, że od najbliższej niedzieli zaczną prace nad wspólnym słuchowiskiem. Jak przyznali pisarze, pomysł chodził im po głowie od pół roku, więc w końcu słowo ciałem się stanie. Z racji tego, że obaj uwielbiają twórczość Stephena Kinga, to ich słuchowisko będzie opowieścią grozy. Kiedy skończą? Jaki będzie tytuł? Kto podejmie się produkcji? Tego na razie nie wiemy, ale musicie przyznać, że to może być bardzo owocna współpraca. Szczególnie dla czytelników, a raczej słuchaczy. Zobaczcie zresztą sami, co Chmielarz i Ćwiek mówią o swoim pomyśle.