Kategoria: Aktualności

  • Autobus życia jednak dalej jedzie

    Kilkanaście dni temu na jednokierunkowej ulicy przy której mieszkam całkowicie zmieniono zasady ruchu samochodów. Załóżmy, że jechało się od lewa do prawa, więc teraz jedzie się od prawa do lewa. Efekt jest taki, że sporo kierowców pojechało na pamięć, czyli pod prąd. Byli też tacy, którzy nie tylko do błędu się nie przyznali, ale jeszcze starali się udowodnić swoje racje klaksonem, a czasem nawet środkowym palcem. Dziś praktycznie wszyscy jadą w dobrą stronę, co nie znaczy, że niektórzy mają jeszcze w głowie stare zasady. Co to ma wspólnego z obecną sytuacją na rynku książki? Wbrew pozorom całkiem sporo.

    Koronawirus również w znacznym stopniu zmienił pewne zasady oraz zachowania. Coś, co było nie do wyobrażenia dwa miesiące temu, teraz jest codziennością. Coś, co do niedawna wydawało się osobliwe, dziś podtrzymuje nas przy życiu. Tomasz Sekielski mówił w trakcie Kryzysowego Spotkania Autorskiego, że gdyby przed pandemią zaproponował Aleksandrowi Kwaśniewskiemu wywiad w wersji online, to byłaby duża szansa, że prezydent zaproszenie by odrzucił. Jak sprawy się mają teraz? Tak, dobrze myślicie, Tomek zrobił bardzo fajną rozmowę z Kwaśniewskim, a każdy siedział przy swoim domowym biurku. Czy warto się obrażać na rzeczywistość? Nie, po prostu trzeba jak najszybciej się w niej odnaleźć. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że w trakcie kryzysu zdarzają się bankructwa, ale rodzą się też fortuny. Ktoś inny dodał, że w trakcie odpływu doskonale widać, kto pływa bez majtek.

    www.unsplash.com/Markus Spiske

     

    Zauważcie, że przestrzeń literacka przez te kilkadziesiąt dni się całkowicie przeformatowała. Spotkania na żywo w Internecie organizują wydawcy, sieci księgarskie, blogerzy, dziennikarze, a także autorki i autorzy. Organizatorzy festiwali nie panikują, tylko przenoszą biznes do sieci. Wydawcy nie siedzą z założonymi rękami, tylko sprzedają książki elektroniczne w wersji czytnikowej i dźwiękowej, przesuwają premiery na lepsze czasy, albo jeśli już wydają, to raczej mocne nazwiska, które są gwarantem dobrej sprzedaży, czyli dobrego zarobku. Inna sprawa, co to dzisiaj znaczy dobra sprzedaż i dobry zarobek? Zdrowa konkurencja jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła, więc nie ma co narzekać, że niektóre spotkania w sieci się pokrywają. Przecież na targach książki też się pokrywały.

    Targi książki i festiwale to jednak osobny temat. Bardzo wątpię, że w tym roku spotkamy się jeszcze na jakiejś imprezie literackiej (nie mówię o Internecie). Pytanie, czy organizatorzy wielkich imprez, np. Warszawskich Targów Książki oraz Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie pójdą z prądem, czy jednak pojadą pod prąd na kolizję z rzeczywistością, bo w jednym chyba wszyscy jesteśmy zgodni – świat sprzed pandemii już nie wróci. Nie ma sensu siedzieć z założonymi rękami i czekać aż wróci minione. Nie wróci. Nie jedźmy więc na pamięć, tylko odnajdźmy się w tym nowym, pandemicznym, a wkrótce postpandemicznym świecie. Tylko bez trąbienia i środkowych palców w górze, proszę.

    Adam Szaja

  • „Upadek gigantów” Kena Folletta – fragment kapitalnego audioserialu

    Upadek gigantów – epicka, ponad tysiącstronicowa powieść Kena Folletta, której akcja rozgrywa się na pasjonującym tle historycznym pierwszego dwudziestolecia ubiegłego wieku – będzie dostępny w postaci serialu audio w aplikacji Audioteka.

    Opublikowana przez Wydawnictwo Albatros książka „Upadek gigantów” to opowieść o zwykłych ludziach uwikłanych w wielką historię – w I wojnę światową i wydarzenia burzliwych czasów, które po niej nadeszły. W książce przedstawione są losy pięciu rodzin – angielskiej, niemieckiej, rosyjskiej, walijskiej i amerykańskiej. Każda z nich w różny sposób doświadczyła wojny, rewolucji czy przyłożyła się do powstania ruchu sufrażystek. „Upadek gigantów” otwiera epicką trylogię Stulecie, która sprzedała się w Polsce w liczbie 150 000 egzemplarzy.

    „Upadek gigantów” to także historia o miłości, nienawiści, poczuciu obowiązku i zdradzie. Trzymająca w napięciu i pełna zwrotów akcja przenosi się z Waszyngtonu do Petersburga, z korytarzy najważniejszych światowych instytucji do zacienionych buduarów, gdzie możni tego świata knują kolejne intrygi. Napisana po przeprowadzeniu przez autora rzetelnych badań historycznych, pełna zapadających w pamięć bohaterów powieść Folletta to nie tylko znakomita książka obyczajowo-przygodowa, ale również swoisty przewodnik po historii początku XX wieku.

    Dziesiątki aktorów w dźwiękowym widowisku

    W superprodukcji audiobooka „Upadek gigantów{ usłyszymy najlepszych polskich aktorów. W postaci występujące w powieści oraz w narratora wcielili się znani polscy aktorzy, m.in.Krzysztof Gosztyła, Łukasz Simlat, Eliza Rycembel, Antoni Pawlicki, Agnieszka Więdłocha, Robert Więckiewicz czy Maria Seweryn. Superprodukcję wyreżyserował Waldemar Raźniak.

    – Cieszymy się, że możemy jako pierwsi w Polsce przedstawić słuchaczom wersję audio, i to w jakości superprodukcji, tego dzieła Kena Folletta. Pisarz, zasłużenie, ma w Polsce grono fanów, których nasza realizacja przeniesie do świata sprzed stu lat na ponad 40 godzin. Cały zespół realizujący nagranie dał z siebie wszystko, by świat przedstawiony był realistyczny, przekonujący i wciągający – mówi Marcin Beme z Audioteka.pl

    Waldemar Raźniak, reżyser audiobooka, podkreśla pełne pasji i wiedzy podejście autora do faktów historycznych oraz misterne połączenie ich z narracją i dodaje, że studium epoki ukazanej na kartach książki ma wielką wartość historyczną: – Perspektywa Folleta jest bardzo sprawiedliwa, bardzo bogata. Wiemy o tym, że zatrudnił sztab historyków do tego, żeby analizował on karty tej powieści pod kątem faktów historycznych. Niezwykle cenne jest także to, że Follet włączał do powieści autentyczne wypowiedzi polityków z tamtych czasów w związku z tym wielcy bohaterowie historii łączą się tam z postaciami fikcyjnymi – mówi. Muzykę do tej niezwykłej audiopowieści napisał Wojciech Błażejczyk, który wcześniej stworzył oprawę muzyczną m.in. do „Filarów Ziemi” – najsłynniejszej książki Kena Folletta, która została wydana w 2019 r. w formie słuchowiska, również dzięki współpracy Audioteki i Wydawnictwa Albatros. Inspiracją kompozytora przy pracy nad Upadkiem gigantów była przede wszystkim muzyka folkowa i dawna. Słuchaczom audiobooka będą towarzyszyć m.in. dźwięki średniowiecznej walijskiej liry crtwh, wykonaną specjalnie na zamówienie kompozytora.

    Prac nie przerwała pandemia

    Prace nad superprodukcją trwały 7 miesięcy i nie przeszkodziła im nawet pandemia. Począwszy od ostatnich poprawek nanoszonych na tekst w redakcji Wydawnictwa Albatros, aż po studia Audioteki , na nowo rodził się świat z powieści Kena Folletta. Dzięki pracy aktorów, reżysera i zespołu realizatorów świetna literatura zyskała zupełnie nowy, niepowtarzalny wymiar. Tak wspominają pracę na planie odtwórcy jednych z głównych ról, Agnieszka Więdłocha i Antoni Pawlicki: – Jest fantastycznie i to jest niezwykle miła przygoda! Dzięki pracy z takimi fantastycznymi ludźmi człowiek się otwiera i ma ochotę na więcej, więc to jest taka idealna współpraca twórcza– mówi Agnieszka Więdłocha, czyli serialowa lady Maud. – Tak się zdarza, że rzeczywiście bardzo lubimy to, co robimy, a jeszcze tutaj, w tak fajnych warunkach, z tak fajnymi realizatorami, tak doświadczonymi, też jest to duża przyjemność. Więc tak: nasza praca naszą pasją!– dodaje Antoni Pawlicki, czyli Walter von Ulrich.

    „Upadku gigantów” można posłuchać w nowej aplikacji Audioteki dostępnej na Androida i iOS. Pierwszy, ponad trzygodzinny, odcinek z 16 jest dostępny za darmo, kolejnych będzie można wysłuchać w ramach Audioteka Klub. Korzystanie z usługi subskrypcyjnej Audioteka Klub przez pierwsze dwa tygodnie jest bezpłatne. Wydawnictwa planują wydanie powieści także w formie tradycyjnego audiobooka.

     

  • Gra komputerowa inspirowana wyobraźnią Franza Kafki

    Jako Gregor, mężczyzna zmieniony w małego robaka, wyrusz w niezwykłą podróż, by odkryć tajemnicę swojej transformacji. Metamorphosis to gra przygodowa z perspektywy pierwszej osoby osadzona w surrealistycznym świecie, gdzie twoją ostatnią i jedyną nadzieją na odkupienie są nowo odkryte zdolności. Tak w skrócie wygląda fabuła gry, w której będziecie uprawiać parkour, wspinać się po ścianach, a także wykorzystywać swoje lepkie odnóża. Spotkanie też surrealistyczne postacie. 

    Za grę odpowiedzialne jest Ovid Works – niezależne studio gier wideo z Warszawy. Zostało założone w 2015 roku przez dwóch pełnych pasji przyjaciół, którzy chcieli połączyć tradycyjne opowiadanie historii z interaktywnym środowiskiem gry. Dziś studio rozrosło się do 15 utalentowanych pracowników, którzy razem pracują nad projektem łączącym w sobie żywą opowieść z innowacyjnym gameplayem. Jeśli chcecie zobaczyć trailer, to załączam poniżej. 

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (31-36 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    14 kwietnia 2020 (7202 zarażonych, 263 zmarłych)

    Zgłosiła pretensje wierna czytelniczka, że zbyt pesymistyczny ten mój dziennik i żebym napisał nieco optymistyczniej (podzieliło mi się na opty- i mistyczniej). Bardzo bym chciał, ale wystarczy rzucić okiem na program jutrzejszych głosowań w sejmie by stracić do reszty ochotę na optymizm. Wyjęli z kosza zakurzony projekt całkowitego zakazu aborcji i będą przepychać. Do tego dorzucili karanie za edukację seksualną i zgodę na zabieranie dzieci do lasu na polowania. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. To chodzi o to, żeby te dzieci chronić, czy żeby je stawiać pod lufy pijanych myśliweczków i smarować posoką w wojenne barwy? To jest ustanawianie prawa, czy jego likwidacja? Ręce opadają. Chcą przecisnąć przez maszynkę do głosowania wszystko to, co zostało wcześniej odrzucone wskutek szerokich protestów społecznych. Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, to przypominam; zabierają nam wolność. Wolność decydowania o sobie, co jest fundamentem obywatelskiego społeczeństwa. Po drugiej stronie, na horyzoncie, majaczy powrót do parafiańskiej ciemnoty rodem z „nocy saskiej”. I lawinowo rosnąca liczba noworodków topionych w szambach. Czy to jest ochrona życia? Ach, no i jeszcze dorzucili wątek żydowski, jak zwykle. Czas skończyć z tym odzyskiwaniem mienia przez ofiary i ich pełnomocników. Wszystko co nasze Polsce oddamy. I nie nasze też.

    Podobno wątek żydowski został usunięty. Jak to ktoś ujął – zagrożenie nie jest realne. Nie, jest nadnaturalne.

    www.unsplash.com/Billy Huynh

    Okej, wyłączam internet. Ma być pozytywnie. Wyłażę na taras, rozglądam się i szukam czegoś dobrego. Chmury są dobre. Płyną od zachodu i niosą opady, których wyschnięta ziemia łaknie jak kania dżdżu, choć niewiele tego dotychczas spadło. Ja mam z chmurami jak Dyzio Marzyciel. W dzieciństwie naprawdę lubiłem kłaść się na łące (tata zabierał mnie do pracy w polu i uczył rolniczego fachu), by patrzeć na płynące obłoki. Naprawdę chciałem usiąść na takiej miękkiej białej poduszce z waty i popłynąć hen daleko. Czyli nie zostać tu, gdzie byłem. Faktycznie, popłynąłem daleko, rolnikiem nie zostałem i całe szczęście, bo dzisiejsza gospodarka wiejska z rolnictwem w rozumieniu mojego ojca niewiele już ma wspólnego, natomiast miłość do chmur mi została. Prawie wszystkie zdjęcia na wycieczkach robię dlatego, że są fajne chmury w tle. Ilekroć lecę samolotem, zdumiewa mnie – wiem, całkiem naiwnie – ich nieuchwytność, ulotność, brak kształtu. Po prostu mokra mgła. A z ziemi wyglądają tak konkretnie! No więc patrzę teraz na nie i myślę sobie, że jednak są najtrwalsze ze wszystkiego. Świat się skończy, życie wymrze, wirus zdechnie razem z jego ostatnimi nosicielami – a one nadal będą tak lecieć z zachodu na wschód albo odwrotnie. Rozwiewać się i na powrót scalać w rozciągliwe ni to materie, ni to idee, rozszczepiane promieniami słońce we wszystkie kolory tęczy. Wyłaniać się zza horyzontu i znikać po drugiej stronie. Istnieć. Tylko już nie będzie oka patrzącego z zachwytem i głowy marzącej, by polecieć z nimi.

    Pozytywnie wyszło, nie ma co. To spróbuję inaczej. Dobrze mi się siedzi w pokoju. Cztery ściany, dwa skosy dachowe, w nich okna jak włazy do czołgu – można się poczuć bezpiecznie. Co złe, zostaje na zewnątrz (pesymizm podpowiada, że co dobre również, ale go uciszam), natomiast tu, w środku, siedzę jak w pudełku swojej cieplutkiej, umoszczonej czytaniem i pisaniem norki, z której właściwie nie ma potrzeby wychodzić. Kwarantanna do pewnego stopnia stanowi spełnienie marzeń humanisty, który chciałby mieć wreszcie spokój od świata i siedzieć sobie po uszy w tekstach, unikając konfrontacji. Książek mam całkiem sporo, wiele z nich nieprzeczytanych, czyli do przymusu siedzenia można jeszcze dopisać szlachetny cel, że się nadrabia intelektualne zaległości. Wszyscy teraz powtarzają: „nareszcie mogę nadrobić zaległości w czytaniu!”. Gdyby nie moje postanowienie o pozytywności, spytałbym: ale właściwie po co? Ile tych zaległości jest i kiedy zostanie nadgonione? I co???

    A najbardziej pozytywna jest lornetka. Pal licho czytanie i pisanie, ale jest wiosna, ptaki szaleją i można podglądać je godzinami, gospodarzące wokół domu. Ileż w tym ruchliwego konceptu! Na przykład jedna sikorka bogatka od kilku dni buduje gniazdo w dachu sąsiadów i regularnie sfruwa do naszego ogródka po gałązki. Bierze jedną, próbuje dziobem i odrzuca, bierze inną i układa równiutko, drugą, trzecią, a kiedy uzbiera jej się pełny luk bagażowy, łapie w dziób i leci. Wszędzie pełno patyków, suchych traw i wszelkiego budowlanego materiału, a ona sobie ubrdała, że te moje pasują najakuratniej i warto latać dwadzieścia metrów dalej. Próbuję pojąć, czym się kieruje w tych konstrukcyjnych ustaleniach: giętkością? Ciężarem? Wartościami izolacyjnymi? Podatnością na wstrząsy? Nigdy nie budowałem gniazda, wiadomo. Ale też nigdy się nie zastanawiałem, JAK ZBUDOWAĆ GNIAZDO! A teraz, dzięki pandemii, zaczynam. Pozytyw? Jak najbardziej!

    15 kwietnia 2020 (7582 zarażonych, 286 zmarłych)

    Kryzys i solidarność. Kapitalizm i wspólnota. Społeczne i prywatne. Znowu się nasiliły apele o pomoc dla drobnych przedsiębiorców, na których podobno spoczywa nasz dobrobyt i jeśli oni upadną, upadniemy wszyscy. Mamy być solidarni i zrzucić się na ratowanie ich interesów, ponieważ zastrzyk pieniędzy pomoże im przeżyć. Czyli nam również. Jak donoszą, córka naszej marszałek sejmu – trenerka personalna z siłowni – poprosiła nawet o wpłaty na konto, które pozwolą jej „przetrwać ten trudny czas”. Niemal doścignęła ojca Rydzyka – aż boję się powiedzieć, w czym. W każdym razie powinniśmy ją ratować, bo drobnej przedsiębiorczości na pewno jej nie brakuje i przyda się do odbudowania kraju z pandemicznych zniszczeń.

    Solidarność działa. Szkoda, że w jedną stronę. Byłem na zakupach uzupełniających i widziałem nowe ceny w warzywniaku i delikatesach. Zwyżka średnio o pięćdziesiąt procent. Czasami o sto i więcej. Może na liczi, awokado i cytrusach jeszcze jakoś uzasadniona, ale na ziemniakach i marchewce to już chyba nie. Ani orzechach laskowych (dodaję do jogurtu na śniadanie). To znaczy, że zasada solidarności społecznej i zwykłej międzyludzkiej pomocy ze strony drobnych przedsiębiorców już niespecjalnie działa. Jak można zarobić na kryzysie, to się zarabia. Na tym przecież polega wolny rynek, o czym zdajemy się czasem zapominać. Zatem przypominam: kapitalizm powstał na kulcie zysku i uznaniu sknerstwa za cnotę (patrz Opowieść wigilijna Dickensa). Nie mam specjalnie złudzeń, że obronimy się przed kryzysem dając pieniądze przedsiębiorcom i życząc im „przetrwania trudnych czasów”, a tym bardziej nie mam złudzeń, że oni nam się w jakimś hipotetycznym „później” odwdzięczą na przykład promocyjnymi cenami. Kto ma stracić, straci, a kto ma zarobić, zarobi. Brutalnie i po prostu. A solidarność w sensie sprawiedliwości społecznej nie sprawdza się w odniesieniu do drobnokapitalistycznej konkurencyjności, bo nie i tyle. Zysk jest wartością nadrzędną i wyklucza myślenie w kategoriach dobra publicznego, przedwojenni socjaliści porządnie już ten problem przedyskutowali. A „Solidarność” się na nieznajomości tych dyskusji przejechała, usiłując być formacją socjalistyczną w kapitalizmie, i skutkiem tego została przybudówką populistycznej władzy, zamieniając ideę robotniczej wolności na rządowy garnuszek.

    Z tą pomocą to naiwność. Wiem, bo czytałem bajkę Mickiewicza Chłop i żmija, a ponieważ to nasz wieszcz narodowy, zakładam, że wie co mówi.

    Któryś lekarz w przypływie rozpaczliwej determinacji krzyknął, że nie potrzebuje oklasków na balkonach, tylko odrobinę życzliwości w sklepie, kiedy po dwunastu godzinach dyżuru robi zakupy w drodze do domu. Może tam skierujmy nasze apele o solidarność. Do tych wszystkich, którzy mogą pomóc służbie zdrowia, gdyż tam się teraz rozgrywa najważniejsza walka. A personel medyczny jest daleki od kapitalizmu i nie ukąsi pomocnej dłoni. Raczej ją wyleczy.

    17 kwietnia 2020 (8379 zarażonych, 332 zmarłych)

    Z jakimś maniackim uporem piszę w nagłówkach te „oficjalne dane” o ofiarach, ale to jest pic na wodę. Lekarka mówi, że w jej szpitalu w ciągu doby zmarły 4 osoby, a oni podają na cały kraj liczbę zgonów 7. Nawet nie wiadomo dokładnie, kto podaje, ponieważ dane publikuje ministerstwo zdrowia, ale kneble są założone znacznie niżej, na poziomie poszczególnych jednostek medycznych, więc minister jakby jest kryty. Krótko mówiąc, rośnie zaufanie do rzeczników prasowych. Jeszcze trochę i każdy będzie sobie sam sporządzał gazetę na każdy dzień z tego, co gdzie wydłubie z internetu. A w internecie jest wszystko, jak na wysypisku, i każdy kleci kiosk z wiadomościami po swojemu, wedle pomyślunku, talentu i przyzwoitości. Mnie na ten przykład osobliwie cieszą filmiki dowodzące, że cała pandemia jest jedną wielką mistyfikacją, a szpitale są puste i funkcjonują normalnie, to znaczy żadnych chorych w nich nie ma. Niektórzy z nas uwielbiają teorie spiskowe i teraz mają używanie. Wszystko jest zmową, jakimś ukrytym „systemem”, działającym w interesie wąskiej grupy cwaniaków (miliarderzy, CIA, Żydzi, rosyjscy lub chińscy oligarchowie itd.), sycących swoje odrażające żądze nieszczęściem reszty ludzkości. Jak El Cuco z Outsidera, który musi odnawiać swoje siły szerząc zło. W obliczu globalnego zamieszania jedni tracą rozum, a inni go zyskują nad miarę i dochodzą do przekonania, że przeniknęli istotę rzeczy. Łatwe odpowiedzi kuszą, zwłaszcza gdy nie ma odpowiedzi prawdziwych.

    Ten upór w szukaniu odpowiedzi. Uważaliśmy go za przywilej, boski dar, dzięki któremu odróżnimy się od reszty Stworzenia i uczynimy je sobie poddanym. Teraz to już nie jest takie pewne. Im więcej otrzymujemy odpowiedzi, tym więcej rodzi się nowych pytań i ta zabawa zdaje się nie mieć końca. Trochę z tym jest jak z nieustannym wzrostem gospodarczym – nie może trwać w nieskończoność i kiedyś musi klapnąć. Im dłużej go pompujemy, tym klapnięcie głośniejsze i bardziej bolesne. Czasem kombinuję, że właśnie przeżywamy jedno z takich klapnięć, a że długo powstrzymywane, to dosyć głośne. Cofka jakaś planetarna.

    Może właśnie jesteśmy świadkami końca epoki postępu. Nie chodzi mi o to, że wszystko się nagle zatrzyma, nie, rozwijać będziemy dalej produkcję, usługi i wszystko to, co – chyba zbyt łatwowiernie – wzięliśmy za esencję naszej cywilizacji. Tylko wiara w potęgę postępu klapła. W szkole mieliśmy taką odzywkę na mędrków: „Nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu braknie”. Jakby teraz trochę nam z tyłu brakuje, prawda?

    Jak mówił Miłosz, kiedy ktoś siedzi w brzuchu wieloryba, niekoniecznie musi wiedzieć, jak wieloryb wygląda. Ten, w którym siedzę, zaczął mieć właśnie jakieś wzdęcia, coś mu burczy po przewodzie pokarmowym i boję się myśleć, czym to się skończy. A przecież żadnych sepulek mu nie podawałem! Wskutek tych wzdęć i klapnięć mogę się ostatecznie wydostać na zewnątrz i poznać prawdziwy kształt naszego wieloryba… ale w jakiej atmosferze?

    www.unsplash.com/CDC

    Tak, dobrze się domyślacie, mówię o upartym poszukiwaniu formy dla naszych czasów. Wciąż jej nie znalazłem. Żywię jakieś anachroniczne i być może zupełnie fałszywe przekonanie, że kiedy zobaczę kształt naszego wieloryba, to i słowa przyjdą odpowiednie, czyli że istnieje realny związek pomiędzy światem i językiem. Wychodzę ze swojej epoki i oglądając się za siebie widzę postać. Czas zmienia dekoracje i automatycznie uruchamia się nowy styl. Arcyludzkie przekonanie.

    19 kwietnia 2020 (9287 zarażonych, 360 zmarłych)

    Rocznica powstania w getcie warszawskim. Mocna figura żydowskiego losu w czasie Holokaustu: garstka obrońców naprzeciw wrogiej ludzkości. To był moment ostatecznej kompromitacji idei narodowej, ponieważ obnażył jej cynizm i zakłamanie. Naród wielki, święty i wolny – ale tylko mój. Inne narody do wyniszczenia. Kult narodu jest w gruncie rzeczy uświęceniem partykularnych interesów jednej grupy kosztem innych i tak naprawdę u nacjonalistów wszelkiej maści wcale nie chodzi o naród. Wszak definiują go w sposób plemienny i wykluczają obcych, nawet jeśli są obywatelami tego samego kraju. Wtedy łatwiej ich zabić. A jeszcze łatwiej, kiedy się im odbierze człowieczeństwo („Żydzi, wszy, tyfus plamisty”). Nacjonalista jeśli chce budować, to tylko po to, żeby się bić. Dzisiaj niby oczywistości, ale jak widać z kwitnących wkoło agresji plemiennych, wciąż nie przyjmujemy ich do wiadomości. Nieraz mnie męczyło, dlaczego po Holokauście nadal możliwy jest antysemityzm? Przecież nie z rasowych doświadczeń, bo wielu dzisiejszych antysemitów z Żydami nie miało nigdy do czynienia i swoją nienawiść czerpie z mediów. Czy to Biblia zdefiniowała ich jako ofiary, a nas jako oprawców? Zwykle uważa się odwrotnie, ale to z powodu chrześcijańskiej propagandy. Spytam inaczej: czy Chrystus głosił swoje nauki do nas, czy do Żydów?

    Tamci w bunkrach i piwnicach getta ginęli już nie w imię tego czy innego narodu, ale po prostu jak ludzie. To było dla nich ważne – by nie umierać jak zwierzęta, którym my też najpierw odbieramy dusze, by potem móc ze spokojnym sumieniem zabić. Gdyby nacjonalistyczne kategorie miały jakikolwiek sens, młody Żyd z bunkra ŻOB-u mógłby zapytać Polaka z tamtej strony muru: co dla ciebie znaczy nasza tysiącletnia wspólna historia? Odpowiedź brzmi: nic. Jak bardzo obchodzi cię śmierć z obcej ręki twojego żydowskiego brata w waszym wspólnym domu? Odpowiedź: nie obchodzi. Ile jest warte dla ciebie życie człowieka, który był twoim sąsiadem? Odpowiedź: tyle, ile ukrywane przez niego złoto. Co możesz w ogóle dla mnie zrobić? Odpowiedź: niewiele. Mogę pomodlić się do Chrystusa, który też był Żydem.

    Popełniam ten sam błąd: mówię „my” i „oni”. A przecież oni byli nami. Razem budowaliśmy przez tysiąc lat Rzeczpospolitą i czas polsko-żydowskiej zgody pisze najlepsze karty naszej historii. A czas pogromów najgorsze. Konflikty między nami były zawsze jednokierunkowe, to znaczy my biliśmy ich. Tak zwane pogranicze polsko-żydowskie tym się charakteryzuje, że nie ma lokalizacji przestrzennej, ponieważ takiej granicy geograficznej nigdy nie było. Były inne, partykularne, nacjonalistyczne, i one powinny były odejść w przeszłość razem z koszmarem Holokaustu. Nie odeszły.

    Brak Żydów boli, ale i szkodzi. Polska bez nich jest jakaś uboższa, bardziej przaśna i parafialna. Umysłowo nudna. Partie polityczne budujące swoje programy z użyciem haseł antysemickich są jakieś niedowarzone intelektualnie, bardziej prostackie, zwyczajnie głupsze. I nie chodzi tylko o durniów w rodzaju Rybaka czy Międlara, ale o najważniejsze ugrupowania polityczne, z sejmową reprezentacją. Myśli żydowskiej im brakuje. Odrzucają akurat to, co mogłoby im pogłębić wymiar, nadać formę, o którą w Polsce tak trudno, podnieść trochę w oczach świata. A tak – bełkoczemy o wstawaniu z kolan pełzając na pańszczyźnianych czworakach. Niemców nie spolonizujemy, Rosjan też nie, ale Żydów mieliśmy spolonizowanych i pozwoliliśmy sobie ich zabrać. Przyłożyliśmy rękę do ich odejścia, zamiast o nich walczyć. Głupota nie polega na tym, że się nie wie wszystkiego, tylko na tym, że się nie umie słuchać mądrzejszych.

    Młody żydowski bojownik z getta nie daje mi spokoju. Podobno umierał w milczeniu, nie mając nic do powiedzenia światu za murem. Jego brat po tamtej stronie będzie ginąć kilkanaście miesięcy później z tą samą przeraźliwą samotnością i rozpaczą. Umierają osobno, choć gdyby umieli ze sobą rozmawiać, zginęliby razem. Jak na braci przystało. Poróżniła ich koncepcja narodu.

    Obchody dzisiaj też puste, bez ludzi. Samotne jak ich śmierć.

  • Stephen King powraca z czterema mikropowieściami

    Czytelnicy kochają powieści Stephena Kinga, ale i jego opowiadania – zawsze mocne i zapadające w pamięć – są prawdziwą mroczną ucztą dla zmysłów. „Jest krew…” to cztery nowe, znakomite opowieści, które z pewnością staną się równie sławne jak „Skazani na Shawshank”.

    W tytułowej noweli Holly Gibney, ulubiona bohaterka czytelników (znana z trylogii o Billu Hodgesie i z „Outsidera”), musi stawić czoło swoim lękom i być może kolejnemu outsiderowi – tym razem w pojedynkę. „Telefon pana Harrigana” opisuje międzypokoleniową przyjaźń, która trwa po grób… a nawet dłużej. „Życie Chucka” ilustruje ideę, że każdy z nas posiada wiele osobowości. A w „Szczurze” niespełniony pisarz boryka się z ciemną stroną swojej ambicji.

    Opowieści te nie tylko prezentują w całej okazałości maestrię autora, ale również pokazują, że pewne tematy są nieprzemijające. Jednym z motywów przewodnich utworów Kinga jest zło, które występuje także w „Jest krew…”, przedstawione w tytułowej noweli jako „duży, uszargany, lodowatoszary ptak”. Stale obecne jest jednak też przeciwieństwo zła, w twórczości Kinga przybierające często postać przyjaźni. King przypomina nam, że codzienne przyjemności, choć ulotne, właśnie dzięki tej ulotności są piękne – czy jest to niespotykanie piękny, pogodny dzień po długich tygodniach szarugi, czy frajda z tańca, w którym idealnie wychodzi każdy krok, czy też nieoczekiwane miłe spotkanie. W takich momentach przekonujemy się, że Stephen King potrafi nie tylko przyprawić o dreszcz przerażenia, ale i perfekcyjnie opisać radość w jej najczystszym wydaniu.

    W styczniu 2021 roku mała wyściełana koperta zaadresowana do detektywa Ralpha Andersona doręczona zostaje jego sąsiadom, państwu Conradom. Rodzina Andersonów jest na długich wakacjach na Bahamach, skąd mają wrócić trzeciego lutego, i Conradowie zgodzili się do tego czasu odbierać ich pocztę. Kiedy Ralph otwiera przesyłkę, w środku znajduje pendrive’a nazwanego „Jest krew”, co prawdopodobnie nawiązuje do starego dziennikarskiego powiedzenia „Jest krew, są czołówki”. Pendrive zawiera dwie rzeczy. Jedna to katalog ze zdjęciami i spektrogramami dźwięku.

    Drugą jest rodzaj raportu, czy może raczej pamiętnik mówiony sporządzony przez Holly Gibney, z którą detektyw prowadził śledztwo rozpoczęte w Oklahomie, a zakończone w teksaskiej jaskini.

    Sprawa ta nieodwracalnie zmieniła sposób, w jaki Ralph Anderson postrzega rzeczywistość. Ostatnie słowa swojego raportu Holly nagrała 19 grudnia 2020. Mówi zdyszanym głosem:

    Zrobiłam, co w mojej mocy, Ralph, ale nie wiem, czy to wystarczy.

    Pomimo wszystkich moich przygotowań istnieje możliwość, że nie wyjdę z tego żywa. Gdybyśmy mieli nigdy więcej się nie zobaczyć, chcę, żebyś wiedział, jak wiele twoja przyjaźń dla mnie znaczyła. Jeśli mimo wszystko zginę, a ty postanowisz dokończyć to, co zaczęłam, proszę, bądź ostrożny. Pamiętaj, że masz żonę i syna.

    Fragment książki

  • Niesforna teściowa, „Władca pierścieni” i niedokończony scenariusz sprzed lat

    Żebyście nie dzwonili na policję, to uprzejmie informuję, że spotkaliśmy się jakiś miesiąc temu, kiedy jeszcze można było się gromadzić ;). Miejsce nagrania nie jest przypadkowe, ale o tym Konrad Grześlak opowie już sam. Generalnie rzecz ujmując, to bardzo sprawny i dobrze czytający się debiut. Gdyby wszystkie takie były, to świat byłby lepszy, a moja praca łatwiejsza. W „Mieście iluzji. Pistoletach” jest zagadka z przeszłości, śmierć przyjaciela, tajemnicze zlecenie oraz cała ekipa wyrazistych postaci. Czasem wkurzają, czasem fascynują, ale co najważniejsze, wszyscy do siebie pasują jak w układance. Łapcie naszą rozmowę, a potem chwytajcie za książkę, bo wkrótce drugi tom.

     

     

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (26-30 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    9 kwietnia 2020 (5575 zarażonych, 174 zmarłych)

    Dmuchnął wiatr i zakręcił kurzem na nagrzanej słońcem polnej drodze. Sucho. Bardzo sucho. Niewielkie opady zimą i wysokie temperatury ostatnich miesięcy składają się na poważne niedobory wody. Zwierzęta błądzą po łąkach i lasach w poszukiwaniu źródeł lub choćby niewyschniętych kałuż. A te wyschły. Nawet najbardziej uporczywe błota i grzęzawiska stwardniały, można po nich przejść w półbutach. To dopełnia obrazu. Postapokaliptyczne scenerie zwykle bazują na wizjach pustynnych, martwocie wysuszonej ziemi i bielejących w słońcu kościach po uprzednim życiu, czyli że dostajemy bonus w postaci klimatycznego klimatu końca. Śmierć świata jest sucha, cywilizacja uległa spopieleniu. Wczoraj cieszyłem się z wybuchu wiosny, dzisiaj patrzę na słońce jak na przegrzany reflektor w teatrze. Natura funduje nam spektakl nie tylko dobrze wyreżyserowany, ale i z odpowiednią scenografią.

    Policja kupuje armatki wodne i kabaryny aresztanckie do rozpędzania zamieszek. Być może przewidują jakieś gwałtowne reakcje cofającego się koronawirusa, bo przecież chyba nie o Naród chodzi. Ten kocha władzę i popiera ją nawet korespondencyjnie. Ja nie wiem, boję się mówić głośno, ale to wszystko naprawdę śmierdzi zamachem stanu. Partyjna mafia przejęła państwo, bo może. Nikt jej w tym nie umiał przeszkodzić, i teraz PiS pokazuje nam faka codziennie, z coraz większą bezczelnością i pewnością siebie. Wymyślili specjalną poprawkę, według której im i ich rodzinom należy się wyjątkowa opieka medyczna. Urzędników zwalniają, służba zdrowia pada pod meteorytem pandemii, kraj rzęzi i blednie w obliczu nadchodzącego kryzysu – a oni sobie przywileje głosują! Nie wiem, głowa od tego pęka…

    To niby tylko takie stare powiedzonko, ale ja teraz naprawdę szczypię się w policzek przy czytaniu. Faktycznie to napisali, czy ktoś drwiny sobie urządza i odgrywa mi przed nosem moje zeszłoroczne paranoje? Jeszcze jeden spektakl? Ale kto i po co miałby się tak prymitywnie bawić moim kosztem? Zgoda, bałem się dyktatury w moim kraju. Naczytałem się ostatnio przedwojennych gazet i katastrofizm polityczny wzmógł we mnie jak gorączka. W połowie lat 30. faszyzm, nacjonalizm i antysemityzm widać było jak na dłoni, zło panoszyło się jak nie przymierzając zaraza, szanowani intelektualiści całkiem poważnie debatowali, jak zneutralizować „żydowską zarazę”, a ludzie udawali, że jest normalnie i spoko. Do czasu. Po lekturach starych gazet nabawiłem się lęków i najbliżsi tłumaczyli mi, że to tylko histeria. Teraz na mnie zerkają nieco inaczej, z jakąś niepewnością i prawie urazą. Musiałeś mieć rację? Znowu? A ja wzruszam ramionami i czytam sobie historyczne kawałki o starożytnej Grecji. Problem Kasandry dotyka mnie mocno, osobiście.

    www.unsplash.com/Mr Cup / Fabien Barral

    Tak, czytanie. Bardzo dobra ścieżka ucieczki. Im dalej, tym lepiej, więc sięgnąłem do Rozmyślań Marka Aureliusza, ale po dwudziestu stronach odłożyłem. Trochę nudziarstwo z tym niewzruszonym spokojem wobec nadchodzącej zagłady. Herbert miał rację, to nieludzkie, trudno dłużej wytrzymać w takim kamiennym napięciu. Sięgnąłem jeszcze dalej wstecz, do czasów heroicznych Grecji, by przypomnieć sobie trojańską wieszczkę. Najpiękniejsza z córek Priama, podczas rzezi Troi zdołała ukryć się w świątyni Ateny, skąd wywlókł ją Ajas z Lokrydy i świętokradczo zgwałcił. Jako branka wojenna przypadła królowi Agamemnonowi, który przywiózł ją do pałacu w Mykenach tylko po to, by tam razem z nią zginąć z rąk niewiernej żony i jej kochanka. Jak mówi Zygmunt Kubiak w Mitologii Greków i Rzymian, Kasandra w Mykenach „wzgardliwie milczy wobec królowej” i dopiero nocą przed gromadą starców wykrzykuje swoją straszną wróżbę o śmierci Agamemnona. Wtedy też przyznaje, że dar wieszczenia dał jej Apollo, który ją uwiódł. Czyli typowe fantazje gawędziarskie wokół dziewictwa i czystości. Ale jest wersja lepsza od seksualnej, dla mnie wręcz fascynująca! Otóż kiedy Kasandra była mała, rodzice zabrali ją z bratem Helenosem do świątyni Apollina w Tymbrze i tam zostawili na noc. Po prostu zapomnieli! Kiedy dzieci zasnęły, święte węże pilnujące wiecznego ognia polizały im uszy. Stąd dar słyszenia przyszłości, który w istocie jest przekleństwem, gdyż wywyższa i zabija zarazem.

    Próbuję to sobie wyobrazić. Ciepła, śródziemnomorska noc, jaką znamy z wakacyjnych wyjazdów, słabiutki powiew wiatru, cykady grzechoczą wśród pobliskich krzewów. W glinianych lampach oliwa spala się spokojnym światłem, które wśród kolumn rzuca długie cienie. Owady skwierczą w pełgającym płomieniu. Czasem szumią liście drzew porastających święty gaj. Dzieci są przerażone, przecież zostały same w zupełnie obcym i niesamowitym miejscu! Opieka bóstwa to jedno, a potwory, źli ludzie i dzikie zwierzęta to drugie. Drżąc ze strachu przytulają się do siebie, zaciskają na siłę powieki i pocieszają się nawzajem, że nic im się nie stanie. Żeby zagłuszyć straszne myśli nucą półgłosem pieśni, jakich uczyła je niania, i tak zasypiają. Posadzka jest chłodna, więc przysuwają się blisko lampy, żeby nie zmarznąć wraz z nadejściem chłodnego świtu. Głęboką nocą, kiedy już mocno śpią, zza kamiennej misy wyłania się dostojny wąż. Sunie powoli z lekko uniesionym płaskim łbem, który obraca raz w prawo, raz w lewo, bo święty wąż musi być czujny. Z jakiegoś powodu wiem, że jest zielony. Po chwili wypełza drugi i razem okrążają śpiące dzieci, bezgłośnie wyginając sprężyste ciała. Pochylają się nad maluchami. Dzieci pachną słońcem i niewinnością. Śpią na boku, zwarte w obronnym uścisku, a małżowiny ich uszu rozchylają się ku górze jak wejścia do maleńkich jamek. Węże widzą przed sobą miniaturki ich własnych domów, w których wylęgają się takie same maleńkie dzieci, ale wężowe. Jeden z nich próbuje musnąć rozdwojonym językiem półprzeźroczystą muszelkę, robi to bardzo delikatnie, by nie obudzić dziewczynki, która śpi z półotwartymi ustami i piąstką wciśniętą pod brodę. Drugi również zbiera się na odwagę i próbuje ucha chłopczyka. Muśnięcia są jak najlżejszy powiew wiatru, ledwie wyczuwalne, ale to wystarczy. Świętość wnika przez ucho do mózgu i przestawia ośrodki zmysłów tak, że dziewczynka rano po przebudzeniu wie już wszystko. I kiedy braciszek płacze za mamą, ona obejmuje go pewnym ramieniem, osłaniając drugą ręką oczy przed promieniami wschodzącego słońca. Choć jest młodsza od niego, słowa jej brzmią dorośle i tchną pełnym przekonania spokojem: „Nie martw się, już jadą. Widzę ich”.

    I potem już zawsze widzi. Ból wiedzy daremnej, niepotrzebnej, pogardzanej będzie się za nią ciągnął przez resztę życia. Podczas pogromu schroni się w świątyni bogini mądrości Ateny, czyli jakby adekwatnie, na niewiele się to jednak zda. Swoją hańbę pod chamskim Ajasem zapewne również zobaczy dużo wcześniej, zanim się wydarzyła. A także zagładę rodzinnego domu i całej Troi. I śmierć własną, co nie bolało tak, jak ujrzana wieszczymi oczami śmierć dwóch synów, których zdążyła urodzić Agamemnonowi. Mądra, piękna, jasnowidząca, gwałcona, uprowadzona z ojczyzny, nieszczęśliwa na wszystkie możliwe sposoby – wierzę, że śmierć przyjmowała z ulgą. Na widok wzniesionej ręki Klitajmestry, uzbrojonej w okrwawiony nóż, który przed chwilą zabił Agamemnona, może się tylko wzgardliwie uśmiechnąć. Powiedz mi coś, czego nie wiem, wielka królowo. A w nagrodę ja nie powiem ci tego, co wiem, mówi zerkając na kotarę, za którą chowają się przerażeni Elektra i Orestes, którzy później zabiją matkę-morderczynię. Ale Klitajmestrze jest to już obojętne. Swoje życie również przegrała, dawno temu, kiedy zmuszono ją do małżeństwa z okrutnym i znienawidzonym królem i od którego właśnie próbowała rozpaczliwie się uwolnić. Zresztą, może jej uszy również polizał święty wąż i też już wiedziała.

    Śmierć nagła, ale spodziewana. Raptem tyle satysfakcji dla tych, którzy widzą i słyszą.

    10 kwietnia 2020 (5955 zarażonych, 181 zmarłych)

    Nie będzie o zamachu, nie będzie o pandemii, nie będzie o smutnych świętach. Będzie o Jacku. Kiedy umierał szesnaście lat temu, byłem w jednym z ostatnich ciągów alkoholowych przed rozpoczętą latem terapią i słabo ten fakt odnotowałem. Pamiętam okładkę „Wyborczej” z jego twarzą na tle szyby z podoklejanymi do niej czarnymi ptakami i tytułem „Odszedł Jacek”. Trzy tygodnie później byłem w Warszawie na wielkiej imprezie z okazji wstępowania Polski do Unii Europejskiej i pojechałem na Cmentarz Wojskowy na Powązkach, żeby go odwiedzić. I tak już zostało do dzisiaj – ilekroć jestem w Warszawie, jadę do niego, żeby na chwilę przysiąść i pogadać. Opowiedzieć o kolejnym roku trzeźwości i poburczeć pod nosem strofki jego piosenek, których pamiętam więcej niż Baczyńskiego, Miłosza i Herberta razem wziętych. Złożyć raport z życia. Posłuchać śpiewu ptaków. Tak się składa, że zwykle jest wtedy wiosna.

    Był naprawdę bardem naszego pokolenia. Jeżeli młodzi spiskowcy z powstania listopadowego mówili językiem Mickiewicza, to my, studenci stanu wojennego, rozmawialiśmy językiem Kaczmarskiego. Nie chodzi tylko o sławetne Mury, które rozumieliśmy odwrotnie do intencji tekstu – to znaczy jako hasło narodowej solidarności, a nie pieśń o samotności poety – ale o cały świat, który jego wiersze przed nami otwierały. Chyba nigdy już później nie czułem tak wyraźnie, że poezja i wolność są ze sobą ściśle związane. Biedni, zagubieni, zostawieni samym sobie w przaśnej rzeczywistości dogorywającego PRL-u, mieliśmy w literaturze jedyne terytorium swobody, tym fajniejsze, że zakazane. Jak wybieg dla młodych źrebaków, który w jednym miejscu ma sekretny przesmyk ku otwartym łąkom.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Jeszcze w liceum usłyszałem Obławę i trampki spadły mi z nóg. To było coś radykalnie innego, tornado zmiatające ze sceny całe studenckie pobrzękiwanie do kiełbaski przy ognisku. Zjawisko jedyne w swoim rodzaju, nie do podrobienia ani powtórzenia. Jasne, śpiewali później wszyscy, ale takiego stylu nie potrafił podjąć nikt. Był poetą i śpiewakiem w zupełnie nowoczesnym, a zarazem jakimś archaicznym sensie, jak ten wajdelota, który umiał porwać słuchaczy i stare, dobrze znane historie opowiedzieć tak, że mówiły coś nowego. I mówiły wprost do ciebie, bez osłonek, bez całej tej scenicznej machiny snobizmu, która zabija autentyczność. Słuchając czułeś, że on tę piosenkę ułożył specjalnie dla ciebie, że śpiewa o tobie. Łamał wszystkie bariery i przesłony, wchodził wprost w środek duszy. Słuchaliśmy go na fatalnych kopiach dziesiątki razy przegrywanych z taśmy na taśmę, żeby uszczknąć choć trochę tej autentyczności i pasji, która tak nam była potrzebna. Wciąż mam przed oczyma ciasny pokoik w akademiku na miasteczku studenckim AGH, wielgachny magnetofon na stoliku i dwie kręcące się szpule, z których leci charkotliwie wykrzyczane: Dałeś mi, Panie, zbroję/ Dawny kuł płatnerz ją… Tak, Jacek dał nam wtedy zbroję na niedobry czas, daje ją również dzisiaj. I jeszcze wiele razy będzie dawał, bo na tym polega poezja wolności. Gdzieś w pudle na strychu mam jeszcze te kasety z głosem schrypniętym potrójnie: od pasji, alkoholu i powolnego rozpadu nylonowej taśmy.

    Miałem raz w życiu okazję z nim rozmawiać. Robiliśmy z kolegą film dokumentalny o powstającym właśnie Studium Literacko-Artystycznym (w którym teraz mam zajęcia!) i spotkaliśmy go przypadkowo na krakowskim Rynku. Zgodził się natychmiast na wypowiedź i spontanicznie palnął, że takie szkoły pisania trochę są potrzebne, a trochę nie, bo prawdziwego pisania nauczyć się nie można. Tak całkiem nam do scenariusza nie pasowało, ale to był Kaczmarski, nie mogliśmy nie zamieścić. Ileż razy później żałowałem, że nie zagadnąłem go jakoś bardziej osobiście, po ludzku! Że nie wyznałem bezwarunkowej miłości i nie poparłem wyznania wydeklamowaniem paru zwrotek z pamięci. Nie zdążyłem, wszystko przebiegło tak szybko, poza tym okropnie się wstydziłem. Taki wtedy byłem.

    Nic się nie kończy prostym „tak” lub „nie”.

    I nie na darmo giną wojownicy,

    Dlatego mówię: to początek końca,

    A lud pijany wspina się na mury,

    Bo pustką zieją szańce barbarzyńców…

    zapisuję z pamięci po czterdziestu latach. To z pieśni o Kasandrze.

    W genialny sposób stopiły się w nim dwie główne nici polskiego losu: sarmaty i Żyda. Tu hulanka, swawola i opętańczy galop za uniesieniem, a tam księga, pilne czytanie i mozół codziennego wykuwania słowa. Napisał tych wierszy chyba z tysiąc. Do tego układanie muzyki, ćwiczenie gitary, śpiew… cóż za tytaniczna praca! Kiedy próbuję coś takiego porównać z moją codzienną krzątaniną, to mnie w zasadzie nie ma.

    Wyśpiewał mnie całego. Czym bym się nie zaciekawił w moim rozwichrzonym życiu, zaraz się okazywało, że on o tym napisał wiersz. W dodatku napisał tak, jakby znał moje najskrytsze odczucia. Tak, zazdrościłem mu. Patrzyłem na niego jak na lepszą wersję siebie, jeden z tych przegapionych wariantów egzystencji, których nie wybrałem, bo wybrałem co innego. Myślałem nieraz, że moje frustracje i żale brały się z niewłaściwego wyboru i że tak naprawdę to miałem być Kaczmarskim. Nie jakimś tam politykiem czy wielkim dowódcą, bo to dla gruboskórnych, tylko trubadurem z gitarą na plecach i butelką wina za pazuchą, który włóczy się po świecie i śpiewa wszystko co widzi, słyszy, doznaje. Dotarł nawet do mojej ukochanej Australii, więc nawet tu jakieś porozumienie…

    W tym roku nie pojadę do niego. Nie wolno. Mam pilnować życia, żeby trwało, choć on całą młodość mi śpiewał, że warto krótko i mocno, a nie długo i byle jak. Nie wiem, Jacku, nie umiem jak ty. Życia, jak pisania, nie można się tak po prostu nauczyć.

    11 kwietnia 2020 (6356 zarażonych, 208 zmarłych)

    W „Wyborczej” obszerny wywiad z Olgą Tokarczuk. Mówi o naturze, która nas sprawdza, o czymś nieokreślonym i bezosobowym, przeorganizowującym nasze życie, o zwalnianiu w szalonym cywilizacyjnym biegu. I o Kasandrze. Czytam z satysfakcją.

    13 kwietnia 2020 (6934 zarażonych, 245 zmarłych)

    Wielkanoc. Zupełnie nic. Nie ma żadnych wiadomości ani żadnych myśli. Dzieje się jedzenie, posiadywanie i gadanie, a wieczorem granie. Zero metafizyki.

    Nasze najstraszniejsze opowieści zachowujemy dla dzieci” – powiedział Stephen King parę dni temu w wywiadzie dla radia NPR. Fajne, też o tym kiedyś myślałem. Bardzo dbamy o nasze pociechy i ich jak najlepsze wychowanie, dlatego kupujemy im plastikowe pistolety i gumowe potwory z czerwonymi naciekami na pyskach. Malucha trzeba czymś zapchać, więc dostaje hamburgera razem z nagrodami w postaci „figurek” i potem przez następne trzy dni słychać z dziecięcego pokoiku onomatopeiczne pomruki zagryzania, rozwalania, przebijania na wylot i dorzynania. Żeby wzbudzić miłość bliźniego, zgodnie z chrześcijańskim modelem wychowania. Albo islamskim, albo jakimś jeszcze innym. Bardzo dbamy o nasze pociechy…

    Znowu satysfakcja, że uwielbiany mistrz mówi jak ty. King nie przegapia okazji i bez ogródek wytyka Trumpowi pacaństwo i nieodpowiedzialność. Poszło o maseczki, że prezydent USA publicznie powiada mniej więcej w tym duchu: „maseczki można nosić, albo nie; ja nie noszę, ale jeśli ty lub ty chcesz, to proszę bardzo”. Wolność. Rozumiana zupełnie opacznie, bo nie chodzi o to, czy maseczka ciebie ochroni przed innymi, ale czy TY chronisz innych przed sobą! Egoista i bufon, który zawsze ma rację, nie potrafi myśleć w kategoriach empatii i zrozumienia. Amerykańskie media rozpisują się o tym od dawna. Stephen King skomentował to pacaństwo nie jak autor tanich popkulturowych straszydeł, ale jak odpowiedzialny obywatel, który myśli publicznie, a nie egoistycznie. Otóż właśnie – co innego mówić publicznie, a co innego publicznie myśleć!

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Poruszył też mój ulubiony problem papieru toaletowego. Supermarkety pełne, a półki z papierem puste. Co dowiozą, to zaraz znika. Nikt z obsługi sklepu (domyślam się, że na Florydzie, bo on zdaje się tam głównie teraz pomieszkuje) nie umiał mu wytłumaczyć, dlaczego akurat papier toaletowy. Było też o jego najnowszym zbiorze opowiadań If It Bleeds, który lada dzień ma mieć premierę. I o tym, co i ja zawsze powtarzam: najważniejszy w pisaniu jest JĘZYK.

    Punktem wyjścia do rozmowy była jego prorocza wizja sprzed czterdziestu lat o epidemii grypy, która zabija 99 procent ludzkości, a ten pozostały przy życiu jeden procent próbuje ułożyć świat na nowo. I wpada w stare koleiny. Chodzi o Bastion, którego obrazowaniu – jak już tu pisałem – nie umiem się oprzeć. Dziennikarka zaczęła od tego, jak wielki pisarz czuje się z tym, że cała Ameryka żyje teraz wewnątrz jego powieści. Odpowiedź: „Bardzo was przepraszam”. Znakomite.

  • „Bosiny” – nowa książka poetycka pisarza nominowanego do NIKE

    W wydawnictwie WBPiCAK ukazały się właśnie „Bosiny”, piąty tom wierszy Tomasza Pietrzaka, poety ze Śląska dwukrotnie nominowanego do Nagrody Literackiej Nike.

    „Bosiny” to – jak określa sam autor – rozpisana na 57 wierszy i 76 stron „drama” we wsi miasta wojewódzkiego. Tą dramą jest śmierć wieloletniego partnera bohatera wierszy i to, co po tej śmierci przychodzi – żal, rozpacz, a w końcu godzenie się ze stratą i konieczność wyjścia znów do świata.

    Tłem dla wierszy staje się sziwa (pol. bosiny), czyli żydowski rytuał żałobny. Zgodnie z nim bliscy zmarłego przez 7 dni gromadzą się w jednym domu, odcięci od świata. Nie oddają się w tym czasie żadnym czynnościom, które sprawiają przyjemność, ani nie gotują. Siedzą na niskich krzesłach, nieraz boso i jedzą to, co przyniosą odwiedzający żałobników.

    W tradycji judaistycznej, począwszy od pogrzebu masz 7 dni na pogodzenie się ze śmiercią ukochanej osoby. To okres intensywnej żałoby, takiej do szpiku kości, to też moment na wspomnienia o zmarłym i rozdrapanie zabliźnionych ran w gronie bliskich i przyjaciół. Potem trzeba umyć się, ostrzyc, ogolić i wrócić do żywych, zostawiając zmarłego zmarłym – wyjaśnia autor.

    U Pietrzaka sziwa jest jednak przewrotna. Nie ma tu tłumu współczujących żałobników, nie ma rodziny, nie ma przyjaciół przynoszących jedzenie. W pustym i dusznym domu zamknięty pozostaje tylko ten, który stracił ukochanego, wystawiając się na atak własnych, bolesnych wspomnień i wizji.

    Żałoba staje się w książce stanem niepolegającym prawom fizyki. Bohater wierszy poprzez swoje wspomnienia zanurzony zostaje jednocześnie w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Z jednej strony atakowany jest przez jakieś reminiscencje i echa, z drugiej wciąż potyka się o jakże namacalne rzeczy pozostawione przez zmarłego. Pojawiają się także wizje przyszłości, tu niemal dystopijne – mówi Tomasz Pietrzak.

    W tym wszystkim czytelnik staje się widzem, któremu Pietrzak wyświetla na płachcie kolejne, niemal surrealistyczne obrazy wyjmowane bez jakieś chronologii z podświadomości bohatera.

    Pojawia się w nich m.in. szpital z transseksualnymi pielęgniarkami i Matką Boską Jaruzelską, skradający się zwierz żalu, motający nici Krzysztof Jung, zdolniejszy brat Boga wymyślający choroby, RuPaul mówiący „Sashay Away” zmarłemu czy odczuwająca stratę mucha, pozostawiona w pustym mieszkaniu, niczym kot Szymborskiej.

    Sama książka, jak podkreśla Pietrzak, ma jeszcze jedno dno. Pokazuje ona samotność żałoby, jaka często pojawia się w związkach jednopłciowych. – Bohater wierszy nie bez powodu sam zostaje w domu w czasie sziwy. Nie bez powodu sam musi odbyć ten rytuał i uporać się ze stratą. Nie bez powodu woli rozmawiać ze zmarłymi, niż z bliskimi, którzy zdają się być bardziej odlegli niż ten, który odszedł bezpowrotnie – mówi.

    Wydawcą książki jest Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu (WBPiCAK). Tom ukazał się w serii Biblioteka Poezji Współczesnej redagowanej przez Mariusza Grzebalskiego. Redaktorem „Bosin” jest Patryk Szaj. Autorem okładki i koncepcji graficznej z kolei jest Piotr Zdanowicz. Książkę można nabyć m.in. w księgarni on-line wydawcy www.wbp.shoparena.pl

    ***

    Tomasz Pietrzak, ur. 1982 r. – autor pięciu książek poetyckich: Stany skupienia (2008), Rekordy (2012), Umlauty (2014), Pospół (2016) i Bosiny (2020). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike (2013, 2015). Publikował na łamach m.in. „Przekroju”, „Gazety Wyborczej”, „Odry”, „Rity Baum”, „Dekady Literackiej”, „Dwutygodnika”, „Miasteczka Poznań”. Mieszka w Katowicach, czasem w Krakowie.

    www.tomaszpietrzak.eu

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (21-25 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    4 kwietnia 2020 (3627 zarażonych, 79 zmarłych)

    Gry w durnia ciąg dalszy. Wicepremier postawił się i zagroził wyjściem z koalicji, jeśli PiS uprze się przy wyborach 10 maja, a Prezes na to zarządził głosowanie korespondencyjne i zmienił szefa Poczty Polskiej na jeszcze bardziej służalczego. Gowin na to stwierdził, że w takim razie popiera wybory na poczcie i pozostaje w koalicji. Inaczej mówiąc, wstał z progu, otrzepał spodnie i zapiął koszulę na piersi. Dosyć tego rejtanowania. Zresztą i tak niewielu się dało nabrać. Będziemy nadal grać w karty, tylko te do głosowania i z listonoszem z MON jako rozdającym.

    Gdyby komuś nie odpowiadała metafora gry karcianej, niech sobie wyobrazi grę w szachy, w której figury przestawia się kopniakami w zadek. Granic chamstwa i szulerstwa nie ma, a naród odwraca z zażenowaniem głowę i jednoczy się w walce z epidemią. Ten ich wielki Naród, który podobno tak ukochali i dla którego z takim poświęceniem przejęli w Polsce władzę. Żeby było lepiej. Okej. Niby rozumiem mechanizmy walki politycznej, niby wiem, że część ludzi woli taką władzę, która bierze za pysk, bo można na nią scedować trudne życiowe decyzje – ale jakoś przykro. Patrzę z bezradną złością i myślę, że wolałbym być ślepym głupcem, który nie widzi i nie rozumie, którego w ogóle nie ma. Podobno da się zrobić, tylko trzeba parę lat słuchać Radia Maryja. Chyba nie podołam.

    www.unsplash.com/Josh Calabrese

    Wyłączam i myślę o czym innym. Tak, myślę o śmierci. Widzę siebie na łóżku, z dłońmi splecionymi na brzuchu i wyciągniętymi nogami, z oczami w słup, ale już bez widoku na sufit. I zastanawiam się, czy zrobiłem to, co do mnie należało. „Do czego zostałem powołany”, jak lubił mówić Miłosz. Cofam się i myślę, skąd miałbym wiedzieć, kto i do czego mnie powołał. Gdzie jest ten zapis? Ten warunek dołączony do mojego aktu urodzenia, paragraf w umowie na życie? Dłuższy czas żyłem w przekonaniu, że tym zapisem jest mój uczuciowy elektrokardiogram; drgnienia duszy, od których serce szybciej bije i po krzyżu biegają dreszcze uniesienia. Że to są te szczególne momenty, ważne doznania, z którymi coś powinienem zrobić. I jeszcze pamięć – ciągłe oglądanie się za siebie, próba powrotu do czegoś, czego już nie ma i płacz, że to niesprawiedliwe. W tym widziałem istotne znaki mojego życia i kombinowałem, jak zmienić je w coś wartościowego. Jak stratę obrócić w zysk, minus zmienić na plus.

    Teraz już nie jestem pewien. To ślęczenie przed ekranem laptopa i pukanie palcami po klawiszach w poszukiwaniu właściwego słowa, godzinami, dniami, tygodniami, latami… czy na pewno o to chodziło? Nie miałem przypadkiem robić czegoś zupełnie innego, czego teraz brakło światu i dlatego upada? Bo że upada, raczej nie mam wątpliwości. Gdybym tak, nie wiem, został sekretarzem generalnym lub naczelnym dowódcą – może wtedy wszystko poszłoby lepiej i nie byłoby całej tej dzisiejszej katastrofy? Czyli to ja zawaliłem. No dobrze, ale jeśli tak, dlaczego nikt mi nie podpowiedział właściwego rozwiązania, tego mojego zaprogramowanego losu, od którego zależała nasza cywilizacja? Grecy mieli łatwiej: z ciemności wynurza się Fatum i po sprawie. Wszystko wiadomo. A nami rządzi przypadek, zbieg okoliczności i dojmująca niekonieczność istnienia. Jesteś i zaraz cię nie ma. Pstryk i świeci – pstryk i gaśnie.

    5 kwietnia 2020 (4102 zarażonych, 94 zmarłych)

    Niedziela Palmowa. Księża jeżdżą do wiernych samochodami, traktorami, furmankami, latają samolotami i pływają łódkami, żeby nieść swoją posługę. Z tyłu kościelny z tacą. Na Wielkanoc poluzowano obostrzenia antywirusowe i zezwolono na msze w głębokim przekonaniu, że wiernemu ludowi pod opieką Matki Boskiej Królowej Polski nic nie grozi. Zejdą się tłumy choćby z tego powodu, że ludzie wynudzili się w domach i potrzebują się przespacerować. Na ile znam elementarne mechanizmy rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, wirus nie przestraszy się tyrad z ambony i zaatakuje w dogodnym momencie, czego wierni nawet nie zauważą. Wśród statystyk i analiz powtarzano, że słabo zaludniona polska wieś w strefie B ma znacznie niższy procent zakażeń. Po Wielkanocy to się może zmienić.

    6 kwietnia 2020 (4413 zarażonych, 107 zmarłych)

    Mój minister od szkolnictwa wyższego, Jarosław Gowin, podał się do dymisji. W komentarzach powtarza się opinia, że został ograny przez własne stronnictwo, które za jego plecami dogadało się z partią rządzącą. Żeby przepchnąć swoją absurdalną ustawę o głosowaniu korespondencyjnym w czasie zarazy, PiS zarządził drugie głosowanie, bo pierwsze przegrał. Pod błyskawicznie przeformułowanym wnioskiem podpisali się również posłowie, których nie było w Warszawie. Na takim poziomie moralności i odpowiedzialności to się rozgrywa. Odrapany sufit, przyćmione światło, kłęby dymu i oklejone brudem karty z dziurami po nożu. Kto wygra, łupi państwo, przegrani na śmietnik. Tymczasem liczba zarażonych i zmarłych mocno rośnie, nie przejmując się etycznymi niuansami walki politycznej.

    Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wylądował ze swoim osobistym koronawirusem w szpitalu. Ten sam człowiek w pierwszej fazie epidemii lekceważył doniesienia i drwił z zagrożeń proponując Brytyjczykom powszechne zarażenie, które według jego prognoz szybko miało przejść w powszechną odporność. No to właśnie przechodzi. Po trupach.

    www.unsplash.com/Suzy Brooks

    Zoom w mapie google to jest fajna rzecz. Najeżdżasz na swój dom, sprawdzasz, czy rozkład roślin w ogródku i kształt podjazdu na zdjęciu odpowiadają tym prawdziwym (tak, tak, rzeczywistość potrzebuje oparcia w powtórzeniu), a potem leciutko paluszkiem cyk! – i odjeżdżasz w górę. Widać już cały Kraków i węzły komunikacyjne na obwodnicy, pasy lotniska w Balicach i dziwne podłużne baraki na miejscu dawnego kombinatu w Nowej Hucie, trochę jak teren dawnego obozu koncentracyjnego. Znowu cyk dwa razy paluszkiem i pojawia się pół Polski. Płasko w Łódzkiem i na Mazowszu, plama lasu między Starachowicami a Opocznem, wyrobisko w Kleszczowie większe od aglomeracji Częstochowy, zamglone zagłębie owocowe wokół Grójca. Warszawę tylko omiatam wzrokiem i dalej – cyk! – już Bory Tucholskie, moje ulubione Pomorze i Bałtyk. Jeszcze dwa razy i widzę całą Ziemię, z przewagą wody nad lądami, błękitną kulę rzuconą w puste czarne przestrzenie, które od wieków zapełniamy naszymi fanatazmatami, a od pół wieku również blaszanymi garnkami do przesyłania wiadomości. Sieć sygnałów, kokon upleciony z informacyjnych bitów; buczy toto i szumi, brzęczy, skrzeczy i mamrocze o miliardach spraw mających podobno dla nas jakieś znaczenie, a co poniektórzy twierdzą nawet, że zasadnicze. Patrzę na umęczoną ludzkim bzyczeniem planetę i myślę, czy to się da wyłączyć. Ostatnio jestem pod wrażeniem wizji zagłady z Bastionu, i wpadam w myślenie–niemyślenie, refleksję–nierefleksję, niekonstatującą konstatację, wniosek, który sam się siebie wstydzi – że może już dość tego człowieka.

    7 kwietnia 2020 (4848 zarażonych, 129 zmarłych)

    Wiosna się dzieje! Słońce daje na całego, niebo czyste i pastelowo błękitne jak maseczka antywirusowa, zero smutku i bólu! Wszystko stworzenie wyłazi z zimowych kryjówek, by zainicjować nowy rok według kalendarza natury. Tylko człowiek siedzi zamknięty w domu, z osobnym ludzkim kalendarzem, według którego za parę dni będzie świętował swoją ludzką śmierć. Ograniczony własnymi ograniczeniami, obostrzony własnymi obostrzeniami, spętany autozakazem, przestraszony uruchomionych przez siebie strachów i bojący się własnych lęków. Odizolowany. Ratujący się przed biologią opowieścią o Zmartwychwstaniu i jakby nie całkiem świadom, że w tej opowieści został również zdefiniowany jego koniec. A ściślej rzecz biorąc, faktyczny koniec i iluzoryczne życie wieczne. Fakt i urojenie. Bezlitosna śmierć i terapeutyczna wiara w działanie magicznych gestów. Pandemia i maseczka. Człowiek i Bóg.

    www.unsplash.com/Aniket Bhattacharya

    Forma się nie chce wykształcić. Styl niezdecydowany. W powietrzu wciąż wisi napięte oczekiwanie na coś, co dopiero ma przyjść. Wielki Tydzień również jest oczekiwaniem na wielkie Powtórzenie, Umocnienie i Potwierdzenie, że to Prawda. Nałożony na wypatrywanie czoła fali pandemicznego tsunami, nabiera nowych znaczeń. Przeczuwam, że namysł nad Jego śmiercią w piątkowy wieczór będzie miał w tym roku bogatszy i w jakimś sensie konkretniejszy charakter. Sprawdzian naszej wiary przyjmie kształt całkiem prostego pytania: czy On ma coś wspólnego z koronawirusem, czy nie? Dawniej epidemie, jak wszystkie kataklizmy, potęgowały nastroje apokaliptyczne, czyli religijne, zwłaszcza w ich proroczym i wróżbiarskim wymiarze, więc i tym razem powinny się pojawić okrzyki w rodzaju: „To kara za wasze grzechy! Żyliście w rozpuście i niecnocie, i myśleliście, że wam ujdzie na sucho? Deszcze ognia i siarki na was! Pan idzie sądzić żywych i umarłych! Drżyjcie władcy bez sumienia i politycy bez odpowiedzialności! Nierządnice bez wstydu i piosenkarki bez gustu! Bankierzy bez litości i dziennikarze bez oparcia w faktach! Kapłani bez Boga w sercu i sędziowie bez konstytucji! Idzie pomór na nieprawość i zło! A którzyście czekali przyjścia Zbawiciela, co oddzieli światło od ciemności, zajrzyjcie pierwej w serca wasze, czy się tam człowieczeństwa ostało choćby na pół arszyna. Inaczej zmiecie was z powierzchni karzące ramię Tego Który Jest”…

    Nie, Zajas, w takiej formie też nie pogadasz z czytelnikami. Dzisiaj proroctwo może być tylko zaprzeczone, a przewodnik chóru wiernych jest showmanem, za pomocą imienia Boga namawiającym do wpłaty na prywatne konto. To nie to, stary. Zostaje satyra, płaski dowcip, dożarty żart. Konwulsyjne wyrzucanie słów, by zaraz potem zamilknąć ze wstydem.

    Gdzie jest to jedno mocne, prawdziwe zdanie?

    8 kwietnia 2020 (5205 zarażonych, 159 zmarłych)

    Wróciła antyrowerowa obsesja policji. Oni mają jakiś problem z tym zakazem pedałowania. Zamknęli ścieżki rowerowe, parki, skwery i bulwary, i wzięli się do rozdzielania mandatów na prawo i lewo jak cepem. Ciężkie te razy, 12 tysięcy za jazdę krakowskim bulwarem wiślanym boli. Kierowców pełno, jeżdżą we wszystkie strony, motocykliści szaleją (dwóch się ostatnio rozfragmentowało na alei Powstania Warszawskiego, w środku nocy) – a ci łapią rowerzystów i wrotkarzy. Któryś z czytelników pytał mnie kiedyś, dlaczego w moich kryminałach policjanci są tacy niesympatyczni. No to tutaj ma jedną z odpowiedzi.

    Z polityki: posłowie głosują, a system informatyczny liczy głosy jak chce. Posłanka protestuje, ponieważ była przeciw, a maszyna uznała, że pani nie brała udziału w głosowaniu. Teraz nie ma nawet specjalnie na kogo zwalić, bo jak – na komputer? Że jest prorządowy i gardzi opozycją oraz demokracją? Nie, zwykła omyłka, zaraz wszystko wróci do normy. Jeszcze parę takich parodii parlamentaryzmu, a potem cofka do dziurawych pańszczyźnianych gaci. Nie ma co się obrażać na demokrację? Nie obrażam się, tylko pytam, gdzie w tym wszystkim w ogóle jest jeszcze jakaś demokracja.

    Demokracja, tromtadracja… Po grecku demokracja oznaczała władzę ludu, więc lud rządzi. A ponieważ lud nie ma swojej woli i nie tyle rządzi, co raczej jest rządzony – wszystko pasuje. Władza ludu polega na oddaniu władzy komu innemu. Nie ma się co pieklić.

    Słońce zaszło nad krainą pozoru. Wieczorny wiatr poruszał suchymi źdźbłami traw, nisko w dolinie szumiał wodospad. Ziemia stygła. Drogą od pól szedł człowiek zgarbiony pod ciężarem myśli, których nie umiał z siebie zrzucić, a które bardzo mu ciążyły. Z trudem podnosił stopy i potykał się o kamienie, ale szedł dalej, zamyślony i smutny. „Wszystko umarło, wszystko umarło”, powtarzał półgłosem. Nie patrzył w rozgwieżdżone niebo ani na trakt kamienisty pod nogami, tylko wbił wzrok w ciemność i szedł, ciężki od braku nadziei i bardzo niepewny miejsca do odpoczynku…

    Nie wiem, może tak?