Kategoria: Aktualności

  • Premiery pandemicznego kwietnia, czyli na które tytuły zwrócić uwagę

    Miało być ich więcej, ale coś się jednak ostało. Część wydawców swoje kwietniowe premiery odwołała, część przesunęła, więc trochę poklikałem, pozwiedzałem ich strony, a poniżej macie efekt. Pocieszające jest to, że w maju premier będzie o wiele więcej, więc może ten czas pandemii minie nam o wiele przyjemniej. Jednak na ten moment łapcie książki, po które warto sięgnąć w kwietniu. Moim zdaniem. Klikając w okładkę przeniesiecie się (zazwyczaj) na stronę wydawcy, gdzie będziecie mogli kupić interesujący Was tytuł. 

     

  • Przedpremierowy fragment „Wyrwy” Wojciecha Chmielarza!

    Po raz pierwszy dotarło do mnie, że Janina naprawdę odeszła, w chwili, kiedy stanąłem przed bramą przedszkola i zastanawiałem się, jak powiedzieć córce, że jej mama nie żyje. Wcześniej, i wiem, że zabrzmi to banalnie, wszystko to zdawało mi się cholernie nierzeczywiste. Ale za kilka minut miałem stanąć przed moją małą dziewczynką i wypowiedzieć słowa, które na zawsze zmienią jej życie. Wiedziałem, co się stanie. Wiedziałem, że wybuchnie płaczem. Wiedziałem, że będzie płakać przez wiele dni, przez wiele nocy. Że jej poczucie bezpieczeństwa, wiara w ten świat, w to, że to jest dobre miejsce, gdzie mieszkają dobrzy ludzie i nikomu nie może stać się NAPRAWDĘ nic złego, zostanie bezpowrotnie zniszczona. Że będzie potrzebować miesięcy, może lat, by dojść do siebie. Uporać się z traumą. Nauczyć się żyć ze strachem o najbliższych. Za kilka chwil miałem odebrać jej dzieciństwo. Pomyślałem wtedy, że nie ma nic bardziej rzeczywistego, i zrobiło mi się niedobrze.

    Oparłem się o bramę przedszkola. Ogrodzenie było zielone, stare i powyginane, wielokrotnie je odmalowywano. Gdzieniegdzie farba odchodziła, a wtedy ukazywały się, jedna pod drugą, upakowane ciasno kolejne jej warstwy. Zaciskałem dłonie na prętach, kurz, który na nich osiadł, brudził mankiety białej koszuli. W czoło wbijały mi się tępe metalowe groty ozdabiające bramę na górze.

    Myślałem o tym, że dzieci nie powinny umierać przed rodzicami, a rodzice nie powinni umierać wtedy, kiedy dzieci są dziećmi. To jest po prostu niesprawiedliwe. Rodzice powinni widzieć, jak ich córki, synowie rosną, zmieniają się w nastolatki, jak pojawiają się im włosy na nogach, pod pachami, wokół genitaliów, jak wstydzą się oznak dorastania – budzących się piersi, zmieniającego barwę głosu, jak zakochują się po raz pierwszy, drugi, trzeci, jak przeżywają kolejne rozczarowania i porażki, zdają na studia albo z nich wylatują, układają sobie życie, zdobywają żonę, męża, jak rodzą im się ich własne dzieci i wszystko się powtarza. A dzieci powinny oglądać przez lata swoich rodziców. Obserwować, jak się zmieniają, jak we włosach pojawiają im się kolejne pasma siwizny, skóra zaczyna obwisać i pokrywać się zmarszczkami, z początku drobnymi, ledwo zauważalnymi, potem coraz głębszymi. Powinni wziąć udział w tym procesie, kiedy rodzice przestają być jedynym autorytetem, kimś, kto tłumaczy świat, i zmieniają się w przeciwnika, kogoś, kto częściej karze i wymaga, niż pomaga, a miłość do nich coraz częściej ustępuje niechęci, a potem nawet nienawiści, żeby wreszcie po latach powrócić wraz ze zrozumieniem – silniejsza, ale i spokojniejsza niż kiedykolwiek.

    Odebrano im to.

    Rodzice powinni umierać późno. Wtedy, kiedy są już starzy. Wtedy, kiedy wszyscy są już na to gotowi. Spokojnie. A ich odejście powinno być zapowiedziane setkami znaków: drobnymi urazami, przewlekłymi chorobami, wcześniejszymi zawałami, diagnozami lekarskimi, wizytami na drugim krańcu Polski u specjalistów z profesorskim tytułem i stosem lekarstw na wszelkie możliwe dolegliwości w plastikowym koszyczku w pachnącej zwietrzałym lakierem szufladzie.

    Nie gwałtownie. Nie wtedy, kiedy nikt się tego nie spodziewa. Nie w momencie, gdy ich odejście oznajmia lekko przejęty obcy głos w słuchawce aparatu.

    Kobieta, trzydziestolatka w piaskowym płaszczu i granatowej sukience odsłaniającej podrapane kolana, wyszła z przedszkola. Prowadziła chłopczyka o gęstych kręconych włosach i w za dużej kurtce, pewnie po starszym rodzeństwie, który przyciskał do piersi wściekle żółtą koparkę. Obrzuciła mnie zaniepokojonym spojrzeniem, chwyciła synka za dłoń, przyciągnęła do siebie, a potem minęli mnie szybkim krokiem.

    Zatrzymali się po około dwóch metrach. Kobieta nachyliła się do synka, szepnęła mu coś do ucha, po czym wróciła do mnie. Dotknęła nieśmiało mojego ramienia. Cały zesztywniałem, jakby nagle przestała we mnie krąży krew.

    Przepraszam, czy pan jest tatą Iwonki? – zapytała z troską.

    Pociągnąłem nosem i przetarłem wierzchem dłoni oczy. Wyprostowałem się i obróciłem, mając nadzieję, że wyglądam w miarę przyzwoicie. Chłopiec bawił się koparką, imitując cichutko odgłosy pracującego silnika.

    Tak – odpowiedziałem głucho.

    Chodzimy do jednej grupy. To znaczy mój Pawełek chodzi z Iwonką do jednej grupy. Do Wesołych Skoczków.

    Skupiłem wzrok na chłopczyku. Klęczał teraz i pakował mokre po niedawnym deszczu patyczki do łyżki koparki. Przewoził je kilkadziesiąt centymetrów, a potem wyrzucał jednym energicznym ruchem. Faktycznie, kojarzyłem go. Kilka razy widziałem, jak bawił się z innymi dziećmi drewnianymi klockami. Budowali jak najwyższą wieżę, żeby potem zniszczyć ją z głośnym śmiechem. Jego ojciec był barczystym mężczyzną o równie bujnej jak u syna czuprynie i ramionach pokrytych tatuażami. Pracował jako budowlaniec. Kiedyś, czekając w szatni, aż jego dziecko włoży buty, opowiadał innemu ojcu o Ukraińcach, z którymi teraz pracuje. „Zabierają nam pracę” – rzucił ten drugi, ale bez gniewu, raczej żartobliwie. „No co ty. Naszych to, kurwa, nie ma. Wszyscy wyjechali w euro zarabiać. Gdyby nie te skurwysyny, tobyśmy w tym kraju nic nie wybudowali” – odpowiedział budowlaniec. Jedna z matek spojrzała na niego oburzona i wskazała na maluchy. Budowlaniec machnął ręką, jakby nic się nie stało, ale jednak potem uśmiechnął się przepraszająco. Stałem wtedy niedaleko i poczułem coś na kształt wyrzutów sumienia. Żałowałem, że to nie ja zwróciłem mu uwagę, by nie przeklinał przy dzieciach. Nie dlatego, że jakoś szczególnie mi to przeszkadzało. Po całym dniu w pracy ze zgiętym karkiem i wpatrywaniu się w excelowe tabelki byłem zobojętniały i zmęczony. Ale przeczuwałem, że Iwonka powtórzy jedno z zasłyszanych słów w domu, a wtedy Janina spyta, skąd ona je zna, i będę musiał opowiedzieć o ojcu Pawełka, a wtedy Janina zapyta, co zrobiłem, kiedy zaczął przeklinać, i będę musiał przyznać, że nic, a wtedy ona spojrzy na mnie rozczarowana i rozżalona, jakbym nie wiadomo, jak ją zawiódł.

    Potrząsnąłem głową, bo poczułem, że odpływam. Nie wiedziałem, dlaczego właśnie teraz zaatakowało mnie to wspomnienie. Wydało mi się to nawet zabawne, jednak zamiast się uśmiechnąć, zamknąłem oczy, żeby nie wybuchnąć płaczem.
    – Co się stało? – zapytała kobieta.
    – Moja żona nie żyje – odpowiedziałem.

  • „Nie pękajmy”, felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Dobra wiadomość jest taka, że koronawirus nie zabije rynku książki. Zła, że to koniec dobrych wiadomości na dzisiaj. Prawie.

    Wątpliwy urok pandemii polega na tym, że na każdego jakoś oddziałuje. Częściej źle, rzadziej dobrze. Rynek książki znajduje się mniej więcej pośrodku skali. Firmy z branży wydawniczej nie mają tak różowo jak te, które zajmują się telemedycyną, oferują edukację i rozrywkę online albo specjalizują się w organizowaniu webinarów czy wideokonferencji. Ale też nie są w gorzej sytuacji od spółek z branży urody, eventowej, sportowej, turystycznej, lotniczej czy kinowej. Te praktycznie z dnia na dzień straciły wszystkie źródła przychodu i w żaden sposób nie mogą ich zastąpić. Barber nie wyrówna brody na odległość. Hotelarz nie zakwateruje wirtualnych turystów. Piłkarz może pożonglować papierem toaletowym i zamieścić swój wyczyn w sieci, ale klub raczej mu za to nie zapłaci.

    www.unsplash.com/Erik Mclean

    Rynek książki ma możliwość ucieczki – do Internetu. W stronę audiobooków, ebooków i zamówień online. Pod tym względem przypomina chociażby sektor gastronomiczny. Konsumpcja w restauracjach jest odpowiednikiem kupowania książek w księgarniach stacjonarnych, a dostawy posiłków do domu to ekwiwalent literackich zakupów w sieci. W obu branżach rentowność jest podobna, a więc niezbyt imponująca. Obie mają pewne możliwości przeciwdziałania kryzysowi, ale wobec silnie utrwalonych przyzwyczajeń konsumentów są to próby minimalizowania strat niż ucieczki od peletonu.

    W branży literackiej też będą zwycięzcy. Po tej stronie prawdopodobnie znajdą się cyfrowi dystrybutorzy treści w typie Legimi czy Storytela. Ich wyniki nie zostaną storpedowane przez obostrzenia dotyczące wychodzenia z domu i prowadzenia działalności gospodarczej w punktach stacjonarnych. Kryzys przetrwają też duzi gracze, którzy posiadają spore zapasy gotówki albo mają gdzie szukać oszczędności. Najmocniej oberwą najmniejsi i nieinternetowi – niezrzeszone w sieciach księgarnie i niszowe oficyny wydawnicze. W ciągu paru minionych tygodni prawdopodobnie straciły szansę na zakończenie roku z zyskiem. W ciągu kilku następnych będą walczyć o przeżycie. Jeżeli lockdown potrwa do lata albo dłużej, wiele z tych biznesów upadnie. Raczej nie pomoże im tarcza antykryzysowa, która w ocenie większości przedsiębiorców jest wytworem dyktopodobnym. Trudno też liczyć na niespodziewaną państwową interwencję, ponieważ z politycznego punktu widzenia branża literacka jest bez znaczenia.

    Względnie bezboleśnie mogą z tego wszystkiego wyjść pisarze. Oberwą – to jasne. Części straci trochę kasy z tytułu odwołanych spotkań autorskich i innych okołopisarskich aktywności. Nie sądzę, żeby któryś mógł się spektakularnie wzbogacić w czasach, gdy premiery książek są masowo przekładane. Ale przecież gros autorów – w tym ja – nie utrzymuje się wyłącznie z pisania (czy jak mówi Wojciech Chmielarz – z bycia pisarzem). Dla większości z nas pieniądze z szeroko rozumianego życia literackiego stanowią tylko dodatek do pensji. Dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści procent łącznych dochodów.

    Poza tym koronawirus nie torpeduje pracy pisarskiej. Podczas kwarantanny możemy nieskrępowanie wymyślać, bazgrać czy redagować, tym samym budując kapitał literacki na przyszłość. Dzisiejsze straty da się odrobić jutro. Tak więc dobrze, że niektórzy martwią się o pisarzy, dobrze, że istnieje Unia Literacka, która organizuje zrzutkę dla najbardziej potrzebujących autorów (klik), ale sam znacznie bardziej przejmuję się losem eventowców, kosmetyczek, trenerów personalnych, joginów czy właścicieli agroturystyki.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Pandemiczny lament nie powinien przysłonić znacznie większego ryzyka dla rynku. Wirus to zmartwienie na kilka (miejmy nadzieję) miesięcy, natomiast długofalowo literatura musi się mierzyć z zagrożeniem ze strony nowych zjawisk konsumpcyjno-rozrywkowych. Wydawcy, księgarze i literaci toczą niewidzialną wojnę o odbiorców – zwłaszcza tych najmłodszych – z platformami streamingowymi, grami komputerowymi, Tik-Tokiem czy innymi YouTube’ami. I niestety ewidentnie przegrywamy walką o ich uwagę. Rozkwit literatury bazującej na silnych stymulantach (na przykład obozowej czy erotycznej) jest jakąś odpowiedzią na trendy konsumenckie, ale niepokojąco przypomina wołanie o pomoc.

    Na szczęście z tej kwarantannowej smuty może też wyniknąć coś dobrego. W końcu wszyscy gracze z rynku książki dwoją się i troją, aby zachęcić do czytania Polaków od tygodni parciejących w domach. Jest więc cień nadziei, że czytelnictwo wreszcie wzrośnie. Tym bardziej że przed wybuchem pandemii wydarzyło się w tej kwestii sporo dobrego: Olga Tokarczuk dostała Nobla, serialowy „Wiedźmin” napędził sprzedaż książek Andrzeja Sapkowskiego, producenci filmów i seriali zaczęli regularnie schylać się po utwory polskich autorów, a Remigiusz Mróz i Blanka Lipińska wciągnęli do czytelniczej zabawy tych, którzy przedtem omijali książki szerokim łukiem.

    Może się zatem okazać, że za kilka miesięcy ocaleni z apokalipsy wydawcy i księgarze dostaną rynek, o którym marzyli: z większą liczbą czytelników i uszczuploną konkurencją. To oczywiście scenariusz ultraoptymistyczny. Wariant skrajnie negatywny jest taki, że owocem zdziesiątkowanej gospodarki będą miliony ludzi, których w ogóle nie będzie stać na książki. A najprawdopodobniej wydarzy się coś pośredniego. Dlatego nie umartwiajmy się, nie pękajmy, tylko w miarę możliwości róbmy swoje. Piszmy, wydajmy, sprzedawajmy, kombinujmy, walczmy. Ale przede wszystkim czytajmy, bo książka to jeden z najlepszych sposobów na zredukowanie poziomu stresu. Z lekką głową kryzysy także stają się lżejsze.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Wyrwa” Chmielarza już za miesiąc!

    Część wydawców przekłada premiery, ale nowa książka Wojciecha Chmielarza pojawi się na rynku dokładnie za miesiąc. Może to być perfekcyjny ruch, ale może być też golem do własnej bramki, bo przecież nie wiemy, jak będzie wyglądała sytuacja pandemiczna za miesiąc. Nie zmienia to faktu, że na tę książkę pewnie sporo osób czeka, więc może rzeczywiście nie było sensu przekładania jej na jesień. Poniżej znajdziecie informacje, o czym jest „Wyrwa”, znajdziecie też okładkę. Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych, więc pewnie będę miał dla Was wkrótce kilka egzemplarzy. Klikając w okładkę przeniesiecie się na empik.com, gdzie możecie już kupić książkę w dobrej cenie. 

    Kiedy Maciej Tomski dowiaduje się, że jego żona Janina zginęła w wypadku samochodowym, myśli, że wali mu się cały świat. Jak powiedzieć dwóm córeczkom, że właśnie straciły matkę? Jak powiedzieć teściom? Jak ma teraz funkcjonować, gdy dotychczasowe, spokojne życie zmienia się w ciąg udręk?

    Maciej nie ma pojęcia, dlaczego do wypadku doszło pod Mrągowem, skoro Janina powiedziała mu, że jedzie na delegację pod Kraków. Pomyliła się? Okłamała go? A gdy na jej pogrzebie pojawia się tajemniczy mężczyzna, Maciej zaczyna rozumieć, że Janina miała wiele sekretów. Znacznie więcej niż można się spodziewać po kimś tak zagonionym i zapracowanym. I że musi się z nimi zmierzyć.

    Pytania zaczynają się mnożyć, a tragedia zmienia w skomplikowaną zagadkę. Maciej jedzie na Mazury i wkrótce przekonuje się, że być może tak naprawdę nie znał kobiety, z którą spędził ostatnich dwanaście lat życia.

    Fascynowała mnie twórczo sama ta konstrukcja. Myśl, że każdy człowiek ma wiele twarzy, ale nie znamy ich wszystkich. Inaczej zachowujemy się w pracy, inaczej w domu. Ba! Inaczej zachowujemy się w towarzystwie kogoś, kto zna nas od lat, a inaczej w towarzystwie kogoś, kogo dopiero spotkaliśmy. To nie znaczy, że kogoś oszukujemy, zakładamy maski. Ale po prostu na nasze relacje z innymi ludźmi wpływa bagaż wspólnie przeżytych doświadczeń” – opowiada Wojciech Chmielarz.

    Akcja powieści skupia się na postaci zaginionej Janiny, przy czym kobieta cały czas pozostaje w cieniu, odkrywamy ją dopiero wraz z postępami w prywatnym śledztwie prowadzonym przez męża. „Chciałem, żebyśmy poznali tę bohaterkę, być może najważniejszą postać, która pojawia się w tej książce, tylko poprzez opowieści innych osób. Chciałem zobaczyć, co się stanie, kiedy te opowieści się ze sobą zderzą i okaże się, że każdy, kto znał Janinę, tak naprawdę opisuje inną osobę”.

    Wyrwa to także opowieść o mężczyznach, którzy kochali tę samą kobietę i którzy będą musieli zmierzyć się z tajemnicą jej śmierci. O poczuciu straty i głuchej rozpaczy zmieniającej się w gniew, który szuka ujścia. To także historia o splątanych uczuciach, o trudnej przyjaźni i o konsekwencjach życiowych błędów. I o tym, że można niewiele wiedzieć o kimś, z kim mieszka się pod jednym dachem.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (17-20 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    31 marca 2020 (2311 zarażonych, 33 zmarłych)

    Czytam o nauczycielach i uczniach umęczonych zdalnym nauczaniem, i myślę sobie, że nic by się takiego nie stało, gdyby tej udawanej nauki w ogóle nie było. Ludzie i tak mają dosyć stresu, kryzys pogłębia się z dnia na dzień, a ministerstwo edukacji – które przez lata miało w nosie porządną naukę i odpowiadało na żądania nauczycieli telewizyjnym hejtem – nagle ciśnie i pohukuje, jakby chodziło o zbawienie. Nie, nikogo te kapralskie straszenia o niezaliczeniu roku i obcięciu pensji nie zbawią. Dwa miesiące łatwiej nadrobić niż rok. Niedawno PiS gorąco popierał antyedukacyjną rodzinę Elbanowskich, która zwalczała szkołę dla sześciolatków twierdząc, że dzieci powinny się bawić, a nie uczyć, co wprowadzono w życie zaraz po objęciu władzy i co wyda owoce dopiero za jakiś czas. Skrócono naukę o rok. Teraz się okazuje, że tamten utracony rok jest mniej ważny od dwóch miesięcy, które nagle szkoły muszą zapełniać katorżniczym e-learningiem, nie mając do tego ani warunków, ani sprzętu, ani umiejętności. No i weź tu, człowieku, przystawiaj logikę do polityki.

    www.unsplash.com/Element5 Digital

    Włoscy lekarze zaapelowali do Polaków: „Jesteśmy narodem osłów! Uczcie się na naszych błędach!”. Jeszcze lepiej by brzmiało: „Jesteśmy osłami, uczcie się od nas!”. Zwłaszcza że eksperci twierdzą, iż idziemy włoską drogą. Problem w tym, że osłami w powyższym sensie ten świat jest zaludniony dosyć proporcjonalnie i można ich znaleźć pod każdą szerokością geograficzną. Jedni – ze strachu, posłuszeństwa bądź zwykłego rozsądku – siedzą w domach i minimalizują wyjście, drudzy za to kombinują, gdzie by tu jeszcze i po co wyskoczyć przy okazji, bo pusto i nie dość, że się fajnie jeździ autem, to jeszcze można kupić bez kolejki i zdjęcia wyludnionych ulic porobić. Uchwyciłem się tej myśli. Może koronawirus jest palcem bożym i przyszedł przetrzebić tę część ludzkości, o której wspomnieli włoscy lekarze? Oczyszczenie. Nowa forma naturalnej selekcji, w której przetrwają tylko osobniki najmocniejsze… umysłowo. Niezła myśl. Pomogło.

    W całym tym pandemicznym zamieszaniu, upolitycznianiu i się jaraniu najnowszymi niedokładnymi liczbami, całkiem cicho przesunęła się przez ekrany laptopów wiadomość o śmierci Krzysztofa Pendereckiego. Jeden z największych Polaków w takim sensie, w jakim byli nimi Czesław Miłosz czy Tadeusz Kantor, dzięki którym ludzie w dalekim świecie dowiadują się, że istnieje w ogóle coś takiego jak polska kultura. Penderecki tkwi we mnie mocno i niewzruszenie z wielu powodów, osobliwie jednak za sprawą muzyki do „Lśnienia” Stanleya Kubricka, na podstawie powieści Stephena Kinga. Wszyscy to znają, więc rzucam tylko na wszelki wypadek: zobaczcie czołówkę filmu. Mały garbusik pnie się drogą na szczyt, wkoło posępne, nieludzkie góry i niskie światło jesieni. Żółte maleństwo na nitce szosy faktycznie wygląda jak żuczek na ścieżce (volkswagen garbus to po angielsku buggy). Obraz startuje znad zimnego lustra jeziora, rzuconego między olbrzymie masywy skalne, mija kamienistą wysepkę z kępą roślin (życie to przenikliwa samotność w zimnej pustce), by następnie unieść się i pokazać nam całą okrutną niesprawiedliwość proporcji. Maleńki człowieczek i ogromny, złowrogi świat. Drobinki rodzinnych dramatów, mikroskopijne człowiecze problemy i huk niebotycznych śnieżnych szczytów. Kamera szybuje jednostajnie i nieludzko, jak oko górskiego jastrzębia, beznamiętnie rejestruje tylko to, co jest. A na obraz nakłada się muzyka Pendereckiego – basowy marsz pogrzebowy, powolny krok żałobników z chóru opłakującego nieunikniony i rychły koniec rodziny Torrance’ów. Procesja duchów, które zimą w górach nie mogą mieć litości dla słabego, roztrzęsionego człowieczka, bo takie tu panuje prawo. Wokół dudnią skalne rozpadliny, wśród których Dante umieścił bramę do piekieł z napisem: „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”. Oni nie rozumieją, jadą. Garbusik pnie się pod górę. Dramat rusza.

    W tej scenie jest już wszystko, co przychodzi później. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego Stephen King tak znienawidził tę ekranizację. Sorry, ale ona naprawdę jest najlepsza.

    1 kwietnia 2020 (2420 zarażonych, 36 zmarłych)

    Adam Szaja z literackiego bloga smakksiazki.pl, u którego gościnnie publikuję te zapiski, ogłosił, że przechodzi na drugą stronę i kończy właśnie pisać biografię Jo Nesbo. Że niby też zostaje pisarzem. To był jedyny primaaprilisowy dowcip, jaki dzisiaj słyszałem, i wcale nie taki znowu śmieszny. Adam kiedyś napisze książkę. Dobrą książkę. Natomiast ma rację szydząc z literackiego światka, gdzie nobilitacja na „bycie pisarzem” bardziej przypomina przywdziewanie stroju na bal przebierańców i mizdrzenie się do lustra, niż poważną twórczość artystyczną. Jak oni pozują do tych zdjęć! Jak błyszczą szminkową zmysłowością, jak inteligentnie drapią przystrzyżone do milimetra bródki, jak stroszą pióra i straszą tatuażami! Nie oni, tylko my, bo ja też zamyśloną mordkę lepszym profilem do obiektywu aparatu nadstawiałem. Sorry, Adam.

    Jo Nesbø i Adam Szaja, fot: smakksiazki.pl

    2 kwietnia 2020 (2946 zarażonych, 57 zmarłych)

    No i mamy – ograniczenia swobód obywatelskich w związku ze stanem nadzwyczajnym, którego rząd nie ogłosił. Mamy również wyjątki: msze w kościołach i polowania. Cóż za wspaniałe odkrycie kart! Po co udawać, niech to wreszcie będzie jasno powiedziane: kościoła i myśliwych polskie prawo nie dotyczy! Niby wiemy o tym doskonale – od dawna proces sądowy kapłana i strzelca w tym kraju nie polega na podsumowaniu win i wymierzeniu stosownej kary, tylko na szukaniu uników i tworzeniu iluzji prawa – ale jednak. Imponuje mi takie publiczne i bezwstydne przyznanie przywilejów klerowi i zbrojnym, jak w feudalizmie. „Przeniesienie na inną placówkę” oraz „znikoma szkodliwość czynu” to pewniaki do wpisywania w dymkach memów. Widocznie władza uznała, że nasze zbiorowe poczucie praworządności oraz indywidualna przyzwoitość zostały już na tyle sponiewierane, że łykniemy wszystko. Jaka równość wobec prawa, jaka odpowiedzialność karna, o czym wy mówicie! My stanowimy prawo, my jesteśmy prawo. Być może chodzi oto, że księża i myśliwi należą do formacji mundurowych. A jak raz swoje wezmą, to już nie oddadzą. Widzę ich spacerujących we dwójkę leśną ścieżką, proboszcz i myśliweczek, pierwszy podejmuje drugiego pod rękę jak dostojnego małżonka, któremu nad ramieniem nieco obscenicznie sterczy fuzja, i z aprobującymi uśmiechami podziwiają piękną przyrodniczą okoliczność. Będą sobie ją czynić poddaną, pospołu, jeden języczkiem spustowym, drugi kropidełkiem. Żyć nie umierać. To znaczy oni, bo druga strona lufy już niekoniecznie.

    www.unsplash.com/Mateus Campos Felipe

    Rosną również teatralne ambicje obozu rządzącego. Właśnie Jarosław Gowin rozdarł koszulę na piersi w proteście przeciwko korespondencyjnym wyborom prezydenckim i powiedział, że zdania nie zmieni (to znaczy koszuli nie zapnie). Wszyscy się podjarali rozpadem koalicji rządzącej, co pewnie Prezes w swoich planach również przekalkulował i wyszło mu, że po wyborach będzie sobie rządził Polską bez Gowina. W końcu jest stan wyjątkowy (którego ciągle nie ma) i jakby co, to zawsze jeszcze można wziąć naród za pysk. Przy pomocy mundurowych. Działy się takie rzeczy w naszym kraju, nawet wcale nie tak dawno, więc wierność tradycji zostanie zachowana.

    Odsuwam ze wstrętem bzdurne doniesienia, poirytowany na siebie, że codziennie daję się wciągnąć w tę informacyjną grę. Próbuję się skupić. W piżamie, ziomali i domowych kapciach, przygarbiony nad komputerem, z kubkiem przestygłej kawy, usiłuję wydusić z globalnie dramatycznej sytuacji jakiś sens. Z marnym skutkiem, nie licząc dojmującego wrażenia (nie wiem, czy to można nazwać sensem), że kończy się jeden świat i zaczyna jakiś inny. Mój niepokój karmi się nie strachem przed śmiercią, bo ten jest dosyć prosty i towarzyszy mi w zasadzie od zawsze, lecz niepewnością jutra. „Nic już nie będzie takie samo”, słyszę wkoło i jestem skłonny myśleć podobnie. Ale w takim razie JAK będzie? I nie chodzi mi o to, czy Duda znowu będzie udawał prezydenta, a PiS demokrację, bo w szerszej perspektywie to bez znaczenia, tylko o nowe miary ludzkiej egzystencji. Nabrzmiewa w ludziach wspólnotowy irracjonalizm, nabiera rozpędu masowy pęd ku śmierci, najbardziej pożądane dzisiaj wizje artystyczne krążą wokół wszelkich odmian kataklizmu, zagłady, końca świata – i to nie z powodu zabójczego wirusa, bo on zadziałał jedynie jako detonator, lecz z powodu ogólnej kondycji duchowej ludzkości.

    Fantastyka tak dokumentnie miesza się z realizmem, że odróżnienie prawdziwego przedmiotu od iluzji staje się niemożliwe. Można chcieć być wziętym prawnikiem, poetą i podróżnikiem, ale i można chcieć być jednorożcem, rycerzem, smokiem, czarodziejką. Całe kontenery słów kiprowane codziennie do Internetu tracą znaczenie, bo nie do nazywania świata służą, ale do upuszczania nadmiaru afektów. Zgoda, zawsze służyły, ale dzisiaj to przyjęło jakieś par excellance apokaliptyczne rozmiary. „Więcej ludzi pisze niż czyta” powoli przestaje być poręcznym żartem z rynku księgarskiego, a zaczyna być faktem. A jak wiadomo, im więcej słów, tym mniej sensu. Gadanie, gadanie. Do imentu zagadaliśmy naszą rzeczywistość (nasze rzeczywistości, jak by powiedział M. P. Markowski) i straciliśmy z pola widzenia podstawowe przedmioty. I proszę, przyszedł mały przedmiot, niewidzialny i niesłyszalny, taki, którego nie ma – i nas zabija. Bezsens? Jeszcze jedna iluzja? Ale w takim razie gdzie jest materia?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Mój świat postapokaliptyczny tak właśnie wygląda. Jest niewidzialny i niesłyszalny jak ten rewelacyjny wirus. W moim apokaliptycznym świecie jest sama materia, bez żadnej zmysłowej czy umysłowej nadbudowy. Nie ma oka, które by to widziało ani ucha, które by słyszało. Nic nie leci nad zimnym górskim jeziorem wśród poszarpanych szczytów. Jest czyste zdarzenie, bez faktu. Czyli go nie ma. Choć w gruncie rzeczy to nas nie ma, a jest tylko świat. Cisza. Bezruch. Gładka woda. Słońce suszy zbielałe minerały, lekki wietrzyk powiewa i wznosi drobinki pyłu. Które kręcą się w lotnym piruecie i opadają na ubitą ziemię, która być może kiedyś była traktem do górskiego pensjonatu. Chciałem napisać „przez chwilę”, ale chwil nie ma, bo nikt nie mierzy czasu. Biblijne spełnienie wiecznego Jest. Już po wszystkim. Cisza. Bezruch. Ziemia z ulgą odpoczywa.

    I tylko osypujące się po zboczu kamienie dudnią jak muzyka Pendereckiego.

    3 kwietnia 2020 (3266 zarażonych, 65 zmarłych)

    Liczby rosną. Rządowa arytmetyka pandemiczna przeżywała w ostatnich dniach takie załamanie, że nawet analfabeci zaczęli się śmiać, więc wzięto się za porządniejsze liczenie. Teraz rachujemy bardziej jak Włosi, nie jak Białorusini, u których wszyscy nagle zaczęli umierać na serce i płuca, bez związku z epidemią. Tak wygląda liczenie POLITYCZNE. Po upolitycznieniu religii, edukacji, służby zdrowia, historii, literatury, moralności, wojska, policji, a także piłki nożnej, ruchu drogowego, festiwalu opolskiego i sylwestra w Zakopanem – przyszła pora na upolitycznienie arytmetyki. I to w dodatku nie takiej zwykłej, z elementarza, tylko nieco poważniejszej, bo z kostnicy.

    Problem jest ogólniejszy i właśnie czytam o raporcie CIA, z którego wynika, że Chiny celowo zaniżały liczbę ofiar koronawirusa, choć zostały zaatakowane pierwsze, są gęsto zaludnione i szczyt epidemii mają już za sobą (jak twierdzą). Podobne podejrzenia wysuwa się pod adresem Korei Północnej, Iranu i Rosji. My oczywiście dorzucamy parę przykładów z naszej Europy Środkowej (która według pewnych intelektualistów sama istnieje w sposób wysoce wątpliwy i nie da się dokładnie policzyć). Krótko mówiąc, oglądamy globalną planszówkę, na której politycy grają sobie trupami z pandemii jak w karty. Trzy dziewiątki, na wierzch as – i buda.

    Politycznej arytmetyce przejmujące świadectwo daje Józef Czapski w „Na nieludzkiej ziemi”, relacjonując swoje bezskuteczne poszukiwania paru tysięcy polskich jeńców na terenie ZSRR w latach 1942-43. Tu byli, załadowano, wywieziono i ślad po nich zaginął. Ilu? Gdzie tam, panie – nie wiadomo ilu! Dużo, ale nikt nie liczył. No, może i liczył, ale przecież nie po to, żeby teraz wszyscy wiedzieli. Tak, a niektórych załadowano na barki i popłynęli sobie Morzem Białym w jeszcze bielszą krainę. Może i parę tysięcy, bez znaczenia, u nas, panie, miliony zniknęły. Porażające. Jeden człowiek uparcie szuka tysięcy niepoliczonych. A przecież Pan Cogito mówi wyraźnie: „policzyć dokładnie/ zawołać po imieniu/ opatrzyć na drogę”. Wiem, inna sprawa i inna skala, ale przemocowy dyskurs polityki wobec arytmetyki jakby podobny.

    Każdy po swojemu konstatuje schyłek własnego świata. Z mieszaniną współczucia, zażenowania i rozbawienia obejrzałem relację pewnego nowojorczyka, który z samochodu nagrał na komórkę scenę ładowania zwłok do chłodni. Chyba z pięćdziesiąt razy w ciągu półtorej minuty powtórzył przy tym roztrzęsionym głosem: „This is for real! This is for real!”. „To jest naprawdę! Serio”! Nie mógł się uporać z faktem, że to, co widzi, rzeczywiście się dzieje. W zasadzie scena była całkiem sensowna: tyły szpitala zakaźnego w Nowym Jorku, wysoki wskaźnik śmiertelności dziennej – o czym media bębnią w kółko – i ciał jest tyle, że lepiej je ładować do jednej ciężarówki niż do dwudziestu karawanów, których zresztą nie ma. Powinno być zrozumiałe. Autorem filmiku do tego stopnia jednak wstrząsnęło (nie wiem, czy bardziej się przeraził, czy podniecił), że go zatkało, a właściwie odetkało i gadał bez przerwy to samo. Coś tam raz rzucił o opiece boskiej, ale w zasadzie tylko: „This is for real”. Przez półtorej minuty! Jakby mu się cały świat zawalił na głowę! Poniekąd tak musiało być i dlatego przytaczam ten przykład. Ludzie żyli przez całe dekady w przekonaniu, że co jest dzisiaj, musi być również jutro. Najmniejsze naruszenia tej błogiej konsumpcyjnej równowagi wywoływały panikę, krach na giełdach, recesję i bezrobocie – i to były zasadniczo największe katastrofy. Mijały po miesiącu, roku i wszyscy wracali do bezmyślnego przeżuwania dobrostanu. A teraz nagle – trupy w ciężarówce. Trochę jak nowa produkcja hollywoodzka, a trochę jak koniec świata. Gdyby ten biedny, wstrząśnięty człowiek choć przez chwilę pomyślał, co ma przed oczyma, rozsądek powinien by go szybko uspokoić. Nie, rozsądek to nie dzisiaj. Dzisiaj przerażenie, katastrofa, zagłada, śmierć i spustoszenie. Czyli najnowszy film. Który dzieje się naprawdę. Chociaż nie do końca, bo tylko w mediach. Nie, naprawdę, tu, na ulicy, pod szpitalem nowojorskim. Niby naprawdę, ale przez szybę samochodu i na ekraniku komórki, czyli jednak trochę jak w kinie samochodowym, bo kiedy uruchomię silnik i odjadę, obraz zniknie. I tak w koło Macieju, od prawdy do złudzenia i z powrotem, aż do skołowania całkowitego i nieodwracalnego, z którego już się samochodem wyjechać nie da. No chyba że Larry Underwood na harleyu, tunelem, z martwego Nowego Jorku na otwartą przestrzeń, gdzie tylko słońce, wiatr i cisza. Już nieludzka.

    Ten jęczący z wrażenia świadek miał jeszcze inny problem. Wiedział, że nagranie z komórki nie stanowi żadnego dowodu, bo internet pełen jest zmontowanych pseudosensacji i niełatwo odróżnić prawdę od ściemy. Powtarzał „this is for real” jak zaklęcie, które miało uwiarygodnić filmik, nadać mu rangę świadectwa. On sam siebie chciał utwierdzić w przekonaniu, że naprawdę widzi co widzi, bo w szoku człowiek ma zaburzoną percepcję. A że raz powiedziane szybko znika, powtarzał w kółko i półtoraminutowy film ma ścieżkę dźwiękową złożoną z jednego okrzyku. Ludzie, patrzcie! To niesłychane, ale dzieje się! A ja to widzę! Ludzie, ludzie! Oh, my God! To się dzieje! To się dzieje!

    Zakrzykiwał strach, jasne. Ale przed czym? Że lada dzień jego również mogą tak pakować na sztywno do chłodni? Że śmierć jednak może przyjść NAPRAWDĘ? Okej, każdy głupi to wie od dzieciństwa, co innego jednak zobaczyć ją w realu, po drugiej stronie mojej ulicy, pod szpitalem mijanym codziennie w drodze do pracy i z powrotem. Półtorej minuty na twoich oczach pracownicy szpitalnej kostnicy ostrożnie, z przesadnym wręcz namaszczeniem wsuwają w otwarte wrota chłodni ciało nieboszczyka na szpitalnych noszach, zakryte prześcieradłem i ściśle opięte pasami. Dwadzieścia metrów od ciebie. Czego się boisz, że musisz krzyczeć i bełkotać jak w malignie?

    Co było płaskie i bez wymiaru, pogłębiło się. Co nie miało siły i zniewalało wygodną nudą, zaczęło znowu szarpać i gryźć. Udawane komiksowe strachy i horrory z tanich kin, ociekające hektolitrami sztucznej krwi, zaczęły straszyć naprawdę. Człowiek pod nowojorskim szpitalem, z filmującą komórką w roztrzęsionej ręce, na otwartej ranie swego szoku przeżywał powrót z fikcji do rzeczywistości. Wracał z trudem, ale nieuchronnie. Dziura, wygnieciona tłustym tyłkiem w kanapie przed telewizorem, zmieniła się w egzystencjalną otchłań. Materiał, przez dziesięciolecia służący do lepienia monstrualnych bałwanów popkultury, wypełzł z magazynu surowy, nieobrobiony, taki, jaki był NAPRAWDĘ. Przewrotny i bezosobowy autor tego komiksu „for real” do samochodu naszego trzęsidupy dorysował dymek z napisem: „Dzisiaj on, jutro ty”.

    www.unsplash.com/Kate Macate

    Cały dzień media gotują się od nowego pomysłu PiS-u, by wybory prezydenckie odbyły się korespondencyjnie, za pośrednictwem poczty i listonoszy. Będziemy mieli prezydenta pocztowego, wesołego poczciarza w granatowym mundurku i czapeczce, co nawet do niego pasuje. Na międzynarodowych spotkaniach głów państw będzie stał pod ścianą w białych rękawiczkach i podawał ważne listy. Do Trumpa i Putina adresowane złotymi literami. I uśmiech, uśmiech, ten jest najważniejszy. Na razie stanęło na dwóch propozycjach: Gowina, by przedłużyć kadencję Dudy o 2 lata, oraz Kaczyńskiego, by głosować listownie 10 maja. Jedna lepsza od drugiej. Boję się myśleć co będzie, gdy nasza władza weźmie się, dajmy na to, za projektowanie respiratorów…

    Piąty dzień boli mnie głowa. To już nawet nie jest migrena, tylko gorący ćwiek wbity w potylicę, który ćmi i uwiera. Moja mroczna połowa.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dni 14-16)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    28 marca 2020 (1481 zarażonych, 17 zmarłych)

    Przycichły trochę inne spory. Prawa mniejszości, kobiet, zwierząt i planety w ogólności mniej się jakby teraz liczą. Wraca – obawiam się, tylko na chwilę – obrona sądownictwa w Polsce. A to za sprawą wyborów, ponieważ ostatniej nocy pisowski sejm przegłosował cały pakiet poprawek do specustawy na okoliczność koronawirusa, i przy okazji zmienił kodeks wyborczy, co jest niezgodne z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Nie tylko pisowski, opozycyjna KO również była za, bo nie miała innego wyjścia, jako że pakiet zawierał cały program pomocowy dla zagrożonego narodu. To trochę jak w grze w durnia: pod spód trzy dziewiątki, a na wierzch asa – i buda. Bo ta cała polityka dosyć dawno już przestała być polityką w sensie negocjowania wspólnego stanowiska dla dobra całej społeczności i przypomina zadymioną szulernię, gdzie podejrzane towarzystwo ciupie w karty wzajemnie się oszukując. Co jakiś czas któryś ląduje w więzieniu, ale to tylko podkręca atmosferę gry, stawka rośnie i podnieca. Słowo uczciwość służy u nich do tego samego, co pochowane po kieszeniach noże, to znaczy do szantażowania przeciwnika.

    www.unsplash.com/Jack Hamilton

    Jak dla mnie, mogliby przestać udawać, że zależy im jeszcze na jakichkolwiek mechanizmach demokratycznych i po prostu przegłosować jedno uniwersalne prawo: robimy, co chcemy, a wy cicho. A jak się nie podoba, to wynocha (K. Pawłowicz). W zasadzie już tak jest, przegłosowanie tylko uprawomocniłoby stan rzeczy, nieprawomocny z założenia. Kategoria prawomocności straciła pierwotne znaczenie i obróciła się w swoje przeciwieństwo – głosowanie legitymizuje nieprawomocność. Chyba tylko zagorzali tropiciele spośród profesjonalnych prawników są w stanie rozróżnić, co tu jeszcze jest legalne, a co już nie. Najlepsze kłamstwo to takie, które pomieszano z prawdą.

    Ale ja nie o tym. Kryzys w polityce jest tak naprawdę kryzysem polityki, która – powtarzam za mądrzejszymi ode mnie – jest sztuką negocjowania, a nie przepychania swojego na siłę i zgarniania co się da, bez względu na koszty społeczne. To drugie bardziej przypomina mafijną dyktaturę i nie mówię tu niczego nowego. Politycy i z prawa, i z lewa forsują swoje „nienaruszalne wartości” i zdają się nie rozumieć, że demokracja nie polega na zmuszaniu innych do własnego światopoglądu (co to właściwie jest?), tylko na akceptowaniu faktu, że inni mogą myśleć i czuć inaczej.

    Ale ja o tym też nie. Walka z epidemią przybiera obrót, którego się obawiałem po przeczytaniu paru tekstów o dawnych epidemiach. Tragedie ludzkie stają się pretekstem do wzmocnionego politykowania, czyli ci na górze dalej grzmocą w karty, tylko mają nowy dopływ atutów. Związki pracodawców zamiast apelować o spokój, solidarność i zapewniać o swojej dobrej woli, już się licytują na temat wysokości pomocy finansowej i czemu tak mało. W tak zwanej „tarczy antykryzysowej”, jak alarmuje Adrian Zandberg, chronione są głównie interesy banków. Faktycznie, zajrzałem, jest tam powołany Fundusz Gwarancji Płynnościowych w BGK, który ma zabezpieczać poręczenia dla kredytobiorców, czyli de facto gwarantować bankom, że przynajmniej 80 proc. niespłaconego kredytu do nich wróci. Jedyny, jaki utworzono w pakiecie. Banki dostają dziesięć razy więcej niż cała służba zdrowia. Większość zarządzeń dotyczy odraczania spłat, przesuwania terminów i płacenia składek ubezpieczeniowych. To ostatnie to po prostu przelewanie dodatkowych pieniędzy z budżetu do ZUS. Krótko mówiąc, najważniejsze, żeby banki i ZUS nie straciły wpływów, bo jak cała ta nasza piramida kredytowa runie, to… i tak dalej, i tak dalej. Będziemy nadal płacić, tylko po paru miesiącach przerwy. Ciekawe, z jakimi odsetkami. Pracodawcy dostaną najwyżej 50 proc. płacy minimalnej na pracownika pod warunkiem, że go nie zwolnią i że nie będą mieli zbyt wysokich dochodów. Żeby dostać wsparcie, trzeba najpierw zbiednieć.

    www.unsplash.com/Dmitry Demidko

    Nie, o tym też nie chciałem. Tak naprawdę, to chciałem od tego wszystkiego uciec. Pandemia przywróciła nam myślenie w kategoriach zbiorowych i to należy uznać za plus. Znowu padają hasła solidarności, wzajemnej pomocy i ratowania bliźniego w biedzie. Mobilizujemy się jako społeczeństwo. Dobrze. Jednak po trzech godzinach kompulsywnego wertowania internetu wyłączam komputer i zamykam oczy. Dosyć. Nie mam siły. Jak długo można popędzać skołatane nerwy do przejmowania się człowiekiem? Czy on i ja to na pewno to samo? Czy nie za łatwo utożsamiłem się z tym, którego częściej krytykuję niż podziwiam? Do czego mi ta więź teraz, w samotnym zamknięciu, gdzie za całą ludzkość wystarcza żona i dwie córki (plus Aksa), a reszta to piksele na ekranie? Nie jest to kwestia wyłącznie epidemiczna, wcześniej też pytałem. Bez odpowiedzi.

    W przymusowym domowaniu ludzie robią remanenty po szufladach i folderach, i wrzucają do sieci dawne zdjęcia. Ściślej rzecz biorąc, dawne zdjęcia samych siebie, portrety sprzed lat, bo teraz jestem stary, a kiedyś byłem młody i zobaczcie, dosyć szczupły i nawet przystojny. Miałam piękne pofalowane włosy i różową sukienkę z koronką. A tu jestem z moim ukochanym psem, z tyłu na ganku babcia, która się uśmiecha, ale już nie żyje. Siedzimy nad albumami, grubymi kopertami i pudłami po butach, przerzucając wyblakłe obrazki z przeszłości i konstatując z nowym wzruszeniem stary poczciwy upływ czasu. Temu i owej spadnie z powieki łza. Ziarnistość papieru fotograficznego ma coś z piasku, który przesypuje się między palcami. Czy to również funkcja pandemicznego niepokoju? Boimy się o siebie i robimy egzystencjalny rachunek sumienia? Wpadamy w zbiorową melancholię z nudów, czy ze strachu przed śmiercią? Melancholia jest niepraktyczna, ponieważ mówi, że twoje życie już było, a to w strachu przed śmiercią nie pomaga. Podkopuje nadzieję, odbiera siłę w zmaganiach, wyłącza instynkt przetrwania.

    29 marca 2020 (1862 zarażonych, 22 zmarłych)

    Podobno Duda stwierdził, że wybory jednak mogą nie odbyć się 10 maja. To wspaniała wiadomość, że prezydent nie wszystkich Polaków rozejrzał się wkoło i zaczął kojarzyć, co się dzieje. Alleluja! Oczywiście zakładam wariant optymistyczny. Pesymistyczny podpowiada, że prezydent doskonale wie, co się dzieje i brnie w zaparte, bo mu Prezes kazał. Jego sprawa. Pod presją opozycji, prawników, opinii publicznej, Brukseli i wszystkich innych czynników, które systematycznie (i podle) naciskają naszą biedną władzę, wybory zostaną pewnie przesunięte, ale wrzutka do kodeksu wyborczego zostanie. Wyborcy w wieku 60+ mogą głosować zdalnie, a to jest głównie elektorat PiS. Mogą również głosować przez pełnomocników, czyli wyśle się sto tysięcy księży i zakonnic, żeby nosili głosy z domów opieki i przytułków do komisji wyborczych. Co się tam po drodze będzie działo z demokracją parlamentarną, wolę nie myśleć, ale co kogo obchodzi moje myślenie. Parę punktów procentowych wpadnie, akurat tyle, ile potrzeba, żeby Duda wygrał w pierwszej turze. Taki jest cel tej operacji. Od początku do końca podstępny i niecny, bo takie są reguły gry w durnia pod powałą zadymionej szulerni. Na spód trzy dziewiątki, na wierzch asa – i buda.

    Nie oburzam się. Zgłaszam tylko, że widzę i próbuję myśleć nad tym, co widzę.

    Wycieczkowce krążą po oceanach jak kolonie trędowatych, nikt nie chce ich przyjąć do portu. Bogaci emeryci Zachodu płaczą i narzekają. Sami są sobie winni, bo nie słuchali ostrzeżeń i popłynęli na rejs, a teraz nie mogą wrócić. Biura turystyczne uspokajały, że na statku jest bezpieczniej, a w Ameryce Południowej, dokąd płyną, nie ma jeszcze koronawirusa. I że „koronawirus może przeżyć tylko w niskich temperaturach, więc Karaiby są fantastycznym wyborem na najbliższą podróż”. Cudne. Pamiętajcie, że w epidemiach moralność zarazem rośnie i upada. Bądźmy solidarni i dajcie nam więcej, bo weźmiemy siłą. A zysk i uczciwość to dwie nogi kapitalistycznego społeczeństwa, stojące na dwóch krach. Rozjeżdżają się, a ty toniesz.

    www.unsplash.com/Alonso Reyes

    30 marca 2020 (2055 zarażonych, 31 zmarłych)

    Stało się. Polityka wlazła w sam środek walki z koronawirusem, rozpycha się łokciami i twierdzi, że jest najważniejsza. Zmarłych nie liczymy, tylko ukrywamy, natomiast liczymy skrupulatnie żywych, i to wyłącznie z jednej perspektywy – głosowania w wyborach prezydenckich. Wybory to główny fetysz demokracji, a także dyktatury udającej demokrację. Muszę przyznać, że jednak podziwiam tę władzę. Trzeba mieć jaja, żeby tak otwarcie zagrać szatańską kartą. Pal licho wolność, demokrację, prawa obywatelskie, konstytucję i co tam jeszcze opozycja ma na sztandarach, ale oni pogrywają z życiem Polaków! Przecież jeśli naprawdę przeforsują te wybory, to już odwrotu nie będzie i Trybunał Stanu na bank! Swoją drogą, jak się ma narażanie narodu do patriotyzmu? Mamy umierać za urnę wyborczą? Za Dudę na tronie w błazeńskiej koronie? Mamy rzucić swój życia los na kart wyborczych stos?

    Zaraza niepowstrzymywana wszelkimi dostępnymi środkami raczej się rozwija niż ginie. Zaraza zwyrodniałej władzy również. Rozumiem, że jest prosty ludek, który potrzebuje władcy w postaci Prawa i Sprawiedliwości, a nie prawdziwego prawa i sprawiedliwości. Rozumiem, że słuszny gniew mas wykluczonych osadza na tronie swój fantazmat i następnie bije mu pokłony aż do upadłego – ale dlaczego, do stu tysięcy nieważnych głosów, ma to być wiążące dla wszystkich?! I jeszcze ta hipokryzja. Jedni się poświęcają, wypruwają flaki, żeby coś zrobić przeciw pandemii, a drudzy bezwstydnie dalej kręcą swoje lody i śmieją się w twarz. Choć w zasadzie nie powinienem się dziwić. Ten palec Lichockiej…

    Ech nerwy, moje nerwy, dajcież mi już spokój. Denerwowanie się na politykę to jak cyrkowa ekwilibrystyka. Nie dlatego że trudne, tylko że siedzisz na rachitycznym zydelku, a treser za pomocą pejcza i banana uczy cię, jak masz reagować. Raz wesoło, raz smutno, a to wolność, a to znowu solidarność, a to oburzenie, a to podziw… Kopnąć to krzesełko, pokazać treserowi palec Lichockiej i wyjść z cyrku na otwartą przestrzeń – jedyny ratunek.

    Wychodzę. Wącham wiatr. Jednak przyroda ma z nami kosę. Dzisiaj rano spadł śnieg i było pięć stopi mrozu, a na drzewach zaczyna się wiosenne kwitnienie, dosyć wczesne z powodu łagodnej zimy. Gapię się bezmyślnie na zachmurzone niebo i białą jak w styczniu okolicę, szukam jakichś innych, alternatywnych mądrości, ale słabo mi idzie. Przyroda nie jest po to, żeby Zajasowi podsuwać myśli, myślenie to jego przypadłość, nie jej. Zaglądam w obejścia sąsiadów, czy tam czego interesującego nie ma, ale tam podobny bezruch i cisza. Kwarantanna. Siedzenie i czekanie. Jedynie koty szwendają się swobodnie po okolicy, jak zwykle z tą swoją wyniosłą niezależnością. Wolnością mnie drażnią.

    Wracam, bo zimno, siadam na ławeczce do ćwiczeń, podnoszę parę razy ciężarki, rozciągam się – i odpadam. Nuda. Zamknięcie. Klaustrofobia. Wychodzę znowu na taras, i znowu wracam, bo chodzenie tam i z powrotem również zieje nudą, wzmocnioną dodatkowo irytacją, że chodzę i nic to nie daje. Postanawiam wrócić do komputera, ale nie czytać wiadomości, tylko napisać coś głębszego. O życiu, o sensie jednostkowego istnienia, jedynego, jakie mamy, które tak szybko i bezsensownie przemija, zwłaszcza kiedy się siedzi w domu i czeka nie wiadomo na co. Piszę jakieś dęte zdania, wymazuję i piszę inne, znowu wymazuję, i tak w kółko, aż do następnej irytacji, tym razem z powodu pustki i rozkojarzenia. Z irytacji coraz częściej składa się mój dzień świstaka. W końcu nie wytrzymuję i włażę na portale informacyjne, ale dla zachowania pozorów samokontroli postanawiam nie czytać najnowszych doniesień o przesuniętych i nieprzesuniętych wyborach, o protestach opozycji i co powiedział Szymon Hołownia, tylko wyszukiwać przypadki ciekawe. Indywidualne. Takie o jednostkowym istnieniu. Oto pewien Brytyjczyk pojechał z Covenrty do Salford po zakupione na eBayu okna (180 km w jedną stronę), a ponieważ w powrotnej drodze żona się nie zmieściła w kabinie, zamknął ją w bagażniku. Policja go skontrolowała i dostał parę mandatów: za nieuprawnione przemieszczanie się, za wożenie człowieka w przestrzeni bagażowej i za nieprawidłowy transport towaru. Okna nabył za 15 funtów i musiały być bardzo okazyjne (niestety, nie podano, ile ich było), skoro opłacało się taki kawał po nie jechać. Musiały również być wartościowe, w każdym razie znaczyły więcej niż żona, inaczej zamieniłby miejscami człowieka i rzecz. Mogły się nie mieścić w bagażniku, w przeciwieństwie do chudej (i zdominowanej, skoro dała się tam wepchnąć) małżonki, co mi się jednak wydaje dziwne, bo do kabiny jakoś weszły. Po przemyśleniu sprawy klepnąłem się w czoło uznając, że policja nie uwzględniła tutaj ważnego czynnika: kobieta chowała się przed koronawirusem. W kabinie człowieka przecież widać, wirus jak wiadomo atakuje tylko ludzi, więc zrobiła bardzo rozsądnie jadąc w bagażniku. (Na miejscu pasażera Dropsik natychmiast by ją wypatrzył!) Z pewnością siedzieliby w bagażniku oboje, gdyby nie przykra konieczność prowadzenia pojazdu. A okna z Salford niestety nie miały prawa jazdy. Policja nic nie zrozumiała.

    W Holandii ukradli van Gogha! W zamkniętym z powodu pandemii muzeum przechowywano wypożyczony z Groningen „Wiosenny ogród”, a włamywacze skorzystali z osłabionej ochrony i pustek na ulicach, i zrobili swoje. A nie mówiłem? Rozluźnia się, rozluźnia. Choć z drugiej strony można się pocieszać, że na razie kradną obrazy i do rabowania mąki z magazynów jeszcze daleko…

    O, mól! Sięgam po packę na muchy i pac! Już go nie ma. I to tyle w kwestii jednostkowego istnienia, które przemija. Panie molu.

  • „Felieton pesymistyczny” Wojciecha Chmielarza

    Dobrze. Ustalmy to sobie na początku – po tyłku dostaniemy wszyscy. Niektórzy bardziej, niektórzy mniej, ale wszyscy odczujemy (oby tylko!) w swoich portfelach to, co się dzieje. Jest mnóstwo branż, które potrzebują teraz pomocy. Gastronomiczna, eventowa, hotelarska czy salony urody. Jeśli jednak czytacie Państwo ten felieton, to oznacza, że interesuje Państwa działka literacka. Wobec tego spróbuję teraz Państwu opowiedzieć, co się w branży dzieje i jakie to będzie miało skutki

    Zacznę od ważnej uwagi na samym początku, cokolwiek napiszę teraz, nie napiszę myśląc o sobie. Jeśli Państwo obserwujecie trochę moją literacką karierę, to wiecie, że przeżywałem bardzo dobry okres. Książki się dobrze sprzedają (na czele oczywiście ze „Żmijowiskiem”), doczekałem się ekranizacji, kolejne powieści ukazują się we Francji, zwiedziłem kawał Polski jeżdżąc na spotkania autorskie. Wszystko to sprawia, że z pewnym spokojem mogę patrzeć w najbliższą przyszłość. Mam ten cudowny komfort, że, mówiąc kolokwialnie, wiem, z czego będę płacić w przyszłości rachunki. Wielu moich kolegów i koleżanek po fachu tego komfortu po prostu nie ma.

    Wielokrotnie mówiłem na spotkania autorskich, że da się w Polsce żyć z bycia pisarzem, ale ciężko jest żyć z pisania. Życie z bycia pisarzem polega na tym, że z racji tego, że uprawiamy ten zawód, a nie inny, dostajemy różne fuchy do wykonania. To są jakieś teksty do napisania, warsztaty pisarskie do poprowadzenia i przede wszystkim – spotkania autorskie. Jak Państwo się domyślają, te dwie ostatnie aktywności gwałtownie się skończyły (sam jeszcze 11 marca rano potwierdzałem wyjazd do Łomży, żeby odwołać go tego samego dnia w południe). Nie wiadomo, kiedy powrócą. Odwołane zostały już przecież Warszawskie Targi Książki czy Międzynarodowy Festiwal Kryminału (obie decyzje bardzo słuszne!). Nagle w kalendarzach pisarzy i pisarek powstała wielka dziura, a to oznacza brak przychodów. Dla wielu literatów to będzie bardzo ciężki czas. I co najgorsze, to chyba właśnie im najtrudniej teraz pomóc. Kupowanie książek niewiele daje, bo po pierwsze z ceny okładkowej do twórcy trafia ułamek kwoty, a po drugie rozliczanie następuje w cyklach półrocznych bądź rocznych. A pomoc potrzebna jest tu i teraz. Dlatego Stowarzyszenie Unia Literacka ogłosiło zbiórkę funduszy na rzecz pisarzy i pisarek. Znajduje się pod tym adresem (klik). Z tych pieniędzy SUL będzie wypłacał zapomogi najbardziej potrzebującym. Jeśli ktoś z czytających te słowa chciałby dorzucić chociażby złotówkę, będę bardzo wdzięczny.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    Kolejnym ogniwem łańcucha są wydawcy. Tutaj dochodzą już mnie głosy o zawieszeniu premier i przełożeniu ich z wiosny na jesień. Możemy się tylko domyślać, jak to wpłynie na przepływy finansowe i jak bardzo dostaną po kieszeni. Szczególnie tutaj obawiam się o małe wydawnictwa, które często przecież wydają bardzo ciekawą prozę, ale które od lat utrzymywały się na progu rentowności. One mogą tego ciosu nie przetrwać. Ale myślę, że nawet najwięksi z obawą patrzą w przyszłość. Znowu, książki to nigdy nie był wielki biznes. To nie jest tak, że wydawcy spali na workach z kasą i teraz mogą z tych zaskórniaków skorzystać w ciężkich czasach. W najlepszym razie czeka nas mocno odchudzony kalendarz wydawniczy. W realistycznym, powinniśmy się szykować na kilka spektakularnych upadków. O pesymistycznym nawet boję się myśleć. Pewnym ratunkiem mogą być tutaj ebooki i audiobooki, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby te formy sprzedaży książki zastąpiły powstałą lukę. To zawsze był mały wycinek branżowego tortu. Ale mam nadzieję, że będę się tutaj mylił.

    No i wreszcie księgarnie. Szczególnie te małe, niezależne. Które utrzymywały się bardziej z serwowanej tam kawy i kanapek niż sprzedaży książek. Przestój nawet miesięczny może sprawić, że po zakończeniu pandemii nie będziemy mogli wrócić do swoich ulubionych miejsc. Bo ich po prostu już nie będzie. Jeśli takie miejsca Państwo posiadacie, wejdźcie koniecznie na ich strony internetowe czy facebookowe. Bardzo często pojawiają się tam ciekawe akcje promocyjne i sprzedażowe. Warto z nich skorzystać, jeśli tylko mamy na to wolne środki.

    Państwo na pewno już zauważyli, że nie wspomniałem jeszcze o hurtowniach, sieci dystrybucji czy wielkich sieciach księgarskich. Wynika to z tego, że po prostu najmniej wiem o ich problemach. Jeśli ktoś ma jakieś informacje, to bardzo chętnie przeczytam o nich w komentarzach.

    Ten felieton powinien się kończyć jakimś optymistycznym akcentem, ale, proszę mi wybaczyć, żadnego nie potrafię wymyślić. Cokolwiek byśmy nie zrobili w najbliższym okresie, ile książek nie kupili, ebooków, audiobooków czy w księgarniach stacjonarnych, czeka nas potężne trzęsienie ziemi. Branża kulturalna ma to do siebie, że jako pierwsza dostaje w czasie kryzysu i jako ostatnia z niego wychodzi. W ciężkich chwilach nie zrezygnujecie przecież Państwo z zakupu bochenka chleba czy ubrania dla dziecka. Ale z książki już tak. Piszę o tym bez żalu i pretensji. Po prostu tak było w przeszłości i tak będzie i tym razem.

    Wojciech Chmielarz

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 12 oraz 13)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    26 marca 2020 (1221 zarażonych, 16 zmarłych)

    No i wydało się. Mamy wyjątkowo niską liczbę zmarłych na koronawirusa, ponieważ to władze decydują, kto się do takiej śmierci kwalifikuje. Otóż kwalifikuje się tylko osoba zmarła na koronawirusa w szpitalu. Jeśli umarłeś w domu, nie liczysz się! Ten kierowca z Głogowa, o którym ostatnio pisałem, że skonał we własnym mieszkaniu podczas kwarantanny, nie doczekawszy testu – również się nie liczy. Sprawdźcie sami, nie ma go w statystykach. Dziennikarze wyszukali, że takich przypadków jest więcej, to znaczy że nasz kraj może być częściowo zaludniony obywatelami nieżywymi, tylko wolimy tego nie sprawdzać. Te ciała zwykle znajdują bliscy, kiedy przez dłuższy czas nie mogą nawiązać kontaktu. I wtedy lekarz wpisuje jako przyczynę śmierci „nagłe zatrzymanie serca”, a sekcji nikt nie robi, ponieważ nie ma znamion przestępstwa. Nie liczy się.

    Znamiona przestępstwa są, i to dosyć ewidentne. W dodatku wiemy, kto jest sprawcą: seryjny zabójca COVID-19 o ksywie „Koronawirus”, z którym nasze służby policyjne walczą znacznie energiczniej niż na przykład ze wspomnianym „Hossem”. Zatem należy robić sekcję zwłok ofiar i gromadzić dowody przeciwko mordercy. Kpię, ale tylko trochę, bo sprawa jest poważna. Statystyki ofiar epidemii to istotna wiedza historyczna oraz medyczna na przyszłość i fałszowanie ich również jest przestępstwem. A jeśli robi to władza, która podobno tak wielką wagę przywiązuje do prawdy historycznej, to już w ogóle…

    No właśnie. Było 15, a jest z powrotem 14, bo ministerstwo ogłosiło, że jeden zmarły przechodzi do innej rubryki. W karcie zgonu miał wpisaną niewydolność krążeniowo-oddechową, ale bez koronawirusa; leżał w szpitalu, zgon jednak nastąpił z innych powodów. Zostało to stwierdzone na podstawie wyników testu, które przyszły już po śmierci pacjenta. Dopóki żył, mógł mieć, ale jak umarł, to już nie ma. Jakaś logika w tym jest, choć trochę już zaświatowa. Pojawia się również gra sepsą. Chorują na koronawirusa, ale umierają na sepsę. Orwell nadchodzi: prawdą jest tylko to, co władza ogłosi, reszta z definicji nie istnieje, w związku z tym nie może zostać powiedziana. W moim przekonaniu chodzi o iluzję, że – jak się wyraził Prezes – „stan jest pod kontrolą” i wybory 10 maja mogą się odbyć. Potem liczby gwałtownie skoczą, lawina epidemii runie nam na łby, ale najpierw Duda wygra w pierwszej turze. A o to tu chodzi. Dlatego wczoraj nałożono kaganiec na wypowiedzi regionalnych konsultantów medycznych – żeby nie mogli swobodnie mówić, jak naprawdę jest. Decyduje głos z centrali. Wedle nomenklatury carskiej – wyższy czyn.

    www.unsplash.com/camilo jimenez

    I Trump, i Kaczyński mówią, że wszystko jest pod kontrolą. „Wszystko jest pod kontrolą” powtarzają alkoholicy, którzy pozorują trzeźwienie. Patrz: Jerzy Pilch, Żółty szalik. A do urn, przypominam, idziemy z portkami na głowach!

    W Wojnach nowoczesnych plemion Michała Pawła Markowskiego znalazłem celne i wieloznaczne określenie: „ochronna strefa fikcji” (s. 142). Chodzi o coś w rodzaju zagrody bezpieczeństwa na stepie chaosu, którą budujemy przy pomocy rozkosznych narracji, oddzielających nas od świata. W takich ochronnych strefach fikcji żyją wspólnoty skupione wokół własnych urojeń, projekcji, lęków, z którymi coś trzeba zrobić, a po imieniu nazwać nie można. To znaczy można, ale lepiej jednak nie. Te narracje w zasadzie nie kłamią – wspólnota nie dopuszcza do siebie prawdy, którą mogłaby sfałszować – tylko powtarzają frazy (naprawdę) uspokajające i (pozornie) wyjaśniające. Narracja wolnościowa wspólnoty narodowej stanowi klasyczny przykład generatora takich ochronnych stref fikcji, którą jeden z doradców naszego prezydenta nazwał Maszyną Bezpieczeństwa Narracyjnego. Zwracam na to uwagę dlatego, że informacje oficjalnych mediów rządowych na temat pandemii zaczynają przypominać taką MaBeNę, co faktom nie wróży najlepiej, nie mówiąc o prawdzie.

    Wolałbym wiedzieć, co jest, choćby z grubsza. A tak nadal nic nie wiem. Im więcej grzebię w stosach doniesień, tym mniej wiem. A gdzie jeszcze zrozumienie, wyjaśnienie i interpretacja? Totalny głowaból.

    Ech, znowu się spinam. Doniesienia, donoszenia, donosy… Dosyć. Reset.

    Zagłębiam się w sobie i słucham moich niepokojów. Parę dni temu zapisałem myśl, która napawa mnie i wytrąca, oraz inspiruje i skłania. Że te moje łąki, ptaszki i obłoczki na niebie pochodzą z tego samego porządku, co koronawirus. Hmm, cały jestem ulepiony z tej samej materii. Konsekwencje tego pozornie oczywistego faktu są fundamentalne. Ja jestem biologią i on jest biologią, stanowimy jedno i nie on zabija mnie, tylko natura robi swoje porządki. Jest w końcu gospodynią całego tego globalnego mieszkania i wzięła się za sprzątanie. Człowiek był jej najzdolniejszym, świetnie się zapowiadającym dzieckiem, więc pozwoliła mu się rozwijać samodzielnie, z rzadka tylko sprawdzając, czy ma czysto za uszami i sumiennie odrabia lekcje. Zdolny chłopak jednak szybko się wycwanił i w ciągu dnia grzecznie się uczył, a nocami grał po kryjomu w najokropniejsze horrory. Pół biedy, że w miejsce Matki wymyślił sobie Boga Ojca i jemu przysiągł lojalność, ale później powołując się na ojcowski autorytet wyczyniał najdziksze swawole, demolując kolejne kąty wspólnej chałupy i całego obejścia. Do tego bezczelnie twierdził, że to ojciec mu kazał „czynić sobie ziemię poddaną”. W dwudziestym wieku naszej ery przeszedł już samego siebie i uznał, że tylko on jest bogiem, więc będzie składał hołdy wyłącznie sobie, reszta wynocha. Po czym zabrał się do systematycznego rabowania domu i przetwarzania wspólnych naturalnych bogactw na własne przyjemności i zabawki. Nie ma takiego systemu moralnego, który by nie uznał tego za zwyrodnienie i kalanie własnego gniazda. Trudno się dziwić, że Matka straciła cierpliwość i postanowiła przywrócić jakąś naturalną homeostazę w tym coraz koszmarniejszym bajzlu. Nieco późno i pewne błędy w wychowaniu nie są już do naprawienia, ale jak widać jeszcze ma trochę krzepy. Z tymi debilowatymi mięśniakami dinozaurami sobie poradziła, to i z człowiekiem sobie poradzi. No, w każdym razie próbuje.

    27 marca 2020 (1389 zarażonych, 16 zmarłych)

    Chorują księża. Lubią się nazywać lekarzami dusz i tak jak lekarze są szczególnie narażeni z racji wykonywanej pracy. Ale jak tu twardemu radiomaryjnemu elektoratowi powiedzieć, że na mszy można się zarazić? A można, prędzej niż w sklepie, co wynika już z performatyki rytuału: maczanie palców w miseczce ze święconą wodą, pozdrowienia, podawanie rąk, komunia z ręki do ust… Z epidemiologicznego punktu widzenia katastrofa. I to już się stało, bo msze odbywały się jeszcze kilka dni temu. Nadmierne nagłaśnianie tych faktów mogłoby jednak zrujnować kościelne imperium w Polsce, a do tego obecna władza żadną miarą dopuścić nie może, bo to fundament jej istnienia. Ruszyła gra na zwłokę, pozory i udawanie, że tego akurat problemu nie ma. Nie, jest, i to spory. Żyjący w cieniu tajemnic i przemilczeń polski kościół katolicki zapewne boryka się z potężnym uderzeniem koronawirusa, o jego skali nigdy się jednak raczej nie dowiemy, bo nie jest to wiedza dla maluczkich. „Ja stwarzam Dobro i ja stwarzam Zło, jam jest Pan”.

    www.unsplash.com/Karl Fredrickson

    Zastanawiam się, czy tu nie bije jedno ze źródeł ksenofobicznych inicjatyw, zwłaszcza pogromów antysemickich, organizowanych w przeszłości przez nasz lud za poduszczeniem księży. Obrzędy kościelne stanowiły kapitalne ogniska zarazy, czego nie wolno było głośno stwierdzić i potrzebna była tak zwana informacja zastępcza, czyli kozioł ofiarny. Żydzi nadawali się znakomicie: dużo podróżowali, prowadzili odmienny tryb życia, jedli co innego – byli winni! Naziści doskonale to podchwycili na słynnym plakacie „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, gdzie twarz żydowskiego mędrca została skontaminowana z czaszką kościotrupa – ofiary epidemii. Jeśli ktoś zaoponuje, że to tylko dawna, patologiczna aberracja, polecam mu jaskrawożółtą okładkę czasopisma „Rolnik Polski” nr 4/2019, gdzie pomysł został powtórzony, tylko na miejscu Żyda jest dziewczyna z żółtą twarzą pokrytą czarnymi plamami i podpisem: „Ekoterroryzm – tyfus plamisty Polaków”. Na żółto hitlerowcy oznaczali Żydów w obozach koncentracyjnych…

    Spokojnie, na razie „wszystko jest pod kontrolą”, nic takiego się nie dzieje, walczymy z pandemią solidarnie i ofiarnie (oj, niezręczne słowo, fatalizmem podszyte), siedzimy w domach i czekamy na rozwój wydarzeń. A wydarzenia dzieją się ciekawe w hiszpańskiej Andaluzji naszej ukochanej turystycznej, gdzie grupa „wandali” obrzuciła kamieniami i materiałami wybuchowymi staruszków przewożonych z opuszczonego domu opieki do szpitala w mieście. Starców eskortowała policja. Biedni wandale założyli – na jakichś sobie tylko zrozumiałych podstawach – że zarażeni staruszkowie będą swobodnie chodzić po mieście i zarażać innych, dlatego spontanicznie wyrazili swój sprzeciw. Staruszków zamknięto w szpitalu i teraz służby pilnują, żeby nikt nie miał do nich dostępu. Oprócz koronawirusa, bo ten już tam jest. Hiszpania ma doświadczenie w temacie zarazy, przypominam Alpuharę Adama Mickiewicza. Któryś ze staruszków musiał niebezpiecznie przypominać podstępnego Almanzora, więc gmin andaluzyjski zareagował.

    W „Wyborczej” nowa akcja pod tytułem: „Ocalmy 300 tys. miejsc pracy!”. Chodzi o tak zwaną branżę beauty, czyli fryzjerów, kosmetyczki, depilatorki, tatuażystów – całą armię cyrulików od upiększania nas, czyli maskowania naszej brzydoty. Za pomocą czegoś o nazwie Booksy – co się definiuje jako start-up i ma szefa o patriotycznym nazwisku Stefan Batory – mamy wpłacać pieniądze i w ten sposób pomagać. Rozumiem, ważna sprawa, ludzie tracą pracę, bankrutują, zostają na lodzie i proszą o wsparcie, ponieważ stan jest nadzwyczajny. By uzmysłowić nam dramatyczność sytuacji, pewna pani od manikuru pyta: „A jak pielęgnować paznokcie klientek, stojąc dwa metry dalej?”.

    No jest problem, ale ja mam problem z tym problemem. Powiedzmy sobie szczerze: ludzie tracą nie tylko pracę, ale zdrowie i życie. Rujnowana przez lata służba medyczna w Polsce nie wyrabia znacznie dramatyczniej niż manikurzystka, która ma za daleko do fotela klientki. Personel szpitali i przychodni gremialnie się zaraża, całe oddziały nie mogą pracować, obsługę dziesiątkuje kwarantanna. Pacjenci z problemami nowotworowymi są pozbawieni dostępu do zabiegów ratujących życie. Nauczyciele rzężą pod jarzmem zdalnego nauczania, za psie pieniądze, które rząd jeszcze planuje im obciąć. Kasjerki w sklepach, gdzie robimy gorączkowe (oby nie!) zakupy, są cały czas narażone i na zakażenie, i na agresję niespokojnych klientów, co mówię smutny i sam pełen winy. Kierowcy, służby porządkowe, dziennikarze, rolnicy, kolejarze, górnicy, straganiarze, leśnicy – sorry, ale wszyscy. Sytuacja jest trudna, dlatego wymaga rozwagi w dysponowaniu zarówno środkami pieniężnymi, jak i energią społeczną. Ludzie siedzą w domach i chcą pomagać, a wielu z nich swoją pomoc może ograniczyć jedynie do wpłacenia pieniędzy na jakiś szczytny cel. Widzę ten cel w kupowaniu sprzętu medycznego (chwała mojemu Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za akcję #ujdlaszpitala, która pozwoliła zebrać ponad 750 tys. zł na sprzęt medyczny), widzę w dofinansowaniu ludzi opiekujących się chorymi, niepełnosprawnymi, zniedołężniałymi, czyli wszędzie tam, gdzie chodzi o zdrowie i życie. Niespecjalnie widzę go w dofinansowywaniu salonów piękności. Inaczej mówiąc, nie jestem przekonany, że to, czego dzisiaj jako społeczeństwo najbardziej potrzebujemy, to wypielęgnowane paznokcie i fioletowe pasemka. Albo tatuaż.

    Wiem, bezczelne, ale wszyscy mamy trudniej. Walka o przetrwanie dopiero się zaczyna, takich sytuacji będzie więcej. I gorszych. To ma trwać rok i dłużej. Wszystkich nie zadowolimy zbiórkami pieniędzy, zwłaszcza że do jako tako uczciwej dystrybucji tych pieniędzy potrzeba kolejnej rzeszy ludzi, finansowanych zapewne z tychże zbiórek, bo skąd. Owszem, każdy może wpłacić pieniądze na swoją ulubioną kosmetyczkę, robienie z tego jednak ogólnonarodowej akcji pod hasłem solidarności, z dyskretnym podaniem operatora, który chętnie się tymi pieniędzmi zajmie, to już dla mnie jakby trochę za daleko idąca skwapliwość.

    Pandemia się jeszcze nie skończyła. Ci lepiej zorientowani mówią, że dopiero nadchodzi. Skupmy się na sprawach naprawdę ważnych, bo od tego będzie zależało zdrowie i życie wielu z nas. Na walkę z kryzysem na rynku pracy mamy czas po przejściu tsunami, kiedy policzymy straty, o rozmiarze których nic sensownego jeszcze dzisiaj powiedzieć się nie da. Mam swojego zaufanego trenera personalnego, chłopak siedzi teraz w domu i nagrywa filmiki dla klientów, żeby coś w ogóle robić. Umawiamy się zdalnie, on mi podrzuca zestawy ćwiczeń i koryguje błędy, ja walczę na znanej Wam już ławeczce, liczymy się normalnie – i tyle. Wspieram zwyczajnie, prywatnie, bez start-upu Booksy.

    Potrzebna ostrożność. Sytuacje kryzysowe generują warunki dla ludzkich dramatów, ale i okazje dla graczy. Na ludzkiej biedzie i strachu świetnie się zarabia, jeśli tylko komuś starczy cynizmu i podłości, a tej w dorzeczu Wisły i Odry nigdy nie brakowało, wbrew patriotycznej MaBeNie. Teraz znowu w górnych rejonach władzy odbywa się wielkie dzielenie publicznych pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla ekonomicznych ofiar pandemii. Nikt jeszcze nic nie wie o skali katastrofy, ale już trwają kłótnie komu, ile i na co. Aż się boję, co to będzie. No nie, o kościół się nie boję.

    Uff, pieniądze, pieniądze. Jest taki przejmujący fragment w Dzienniku roku zarazy, gdzie Defoe mówi o braku przygotowań miasta na nadchodzącą epidemię. Zarówno władze świeckie, jak i duchowne nic sobie nie robiły z ostrzeżeń:

    Działano w istocie tak, jak gdyby nie żywiono najlżejszych nawet obaw, a co za tym idzie, nie poczyniono nic i nic nie przewidziano dla dobra ogółu. (…) Miasto nie posiadało żadnych spichrzów ani składów na ziarno lub mąkę przeznaczonych dla biedaków, gdyby więc byli mogli poczynić zapasy, jak bywa w takich razach, wiele biednych rodzin doprowadzonych teraz do krańcowej nędzy, znalazłoby pomoc, i to znacznie skuteczniejszą, niż można by im obecnie okazać. [s. 87]

    W żywność zdołaliśmy się zaopatrzyć, z tym akurat nie mamy dzisiaj problemów (na razie), ale z zapleczem medycznym sprawy już nie wyglądają tak pięknie. W tle afery żywnościowej w opanowanym przez dżumę Londynie była oczywiście afera z dystrybucją pieniędzy publicznych, którą Defoe relacjonuje dosyć powściągliwie, mówiąc o skrupułach administratorów „gdy mieli naruszyć fundusze należące do sierot”. Tych skrupułów brakło w rok później, gdy Londyńska Izba Handlowa wyłożyła ogromne środki finansowe na odbudowę gmachów publicznych zniszczonych w pożarze, stawianie pomników i ogólne upiększanie miasta. Czyli gdy wydawali dla siebie.

    Teraz się zawahałem, ponieważ kawałek dalej Defoe wygłasza dramatyczny sąd o nędzy drobnych rzemieślników i usługodawców, co podkopuje wygłaszane powyżej filipiki Zajasa przeciwko ratowaniu salonów piękności:

    Niech ktokolwiek z tych, komu znane są liczne rzesze ludzi w tym mieście, zarabiających na chleb powszedni czy to jakimś kunsztownym rzemiosłem, czy wykonując najgrubsze roboty, niech ktokolwiek, powtarzam, rozważy, jaka nędza tu zapanuje, jeżeli nagle wszyscy ci ludzie będą usunięci z posad, jeżeli ustanie wszelka praca i wszelka za nią zapłata.

    Idzie wielka bieda, to raczej pewne. To co, może jednak spróbujmy im jakoś pomóc?

    We Włoszech dzisiaj rekordowa liczba zgonów: 969. Umierają ludzie w każdym wieku, nawet ci bez chorób towarzyszących. Podobno Polska jest obecnie na kursie włoskim. Idzie bieda, ale najpierw tsunami.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 10 oraz 11)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 marca 2020 (884 zarażonych, 10 zmarłych)

    Mnożą się obrazy pustych miast. Spośród licznych skojarzeń na pierwszy plan wybija się u mnie „Bastion” Stephena Kinga. W jednej z początkowych scen Larry Underwood – osuszony alkoholik i przyziemiony ćpun – przebija się przez zatłoczony i zarazem pusty Nowy Jork. Zatłoczony, ponieważ wskutek paniki wywołanej śmiertelną epidemią, wszyscy mieszkańcy naraz rzucają się do ucieczki z miasta. Pusty, ponieważ nikomu nie udało się uciec – wszyscy umarli i zalegają w samochodach, wagonach pociągów, na chodnikach i na ławkach nowojorskich parków. On jeden idzie jak we śnie, nie rozumiejąc, dlaczego żyje, i dotkliwie odczuwa nie rozpacz, bo ta jest banalna, ale dziwność istnienia. Przekracza granicę między normalnością i katastrofą, między pełnią zwyczajnej rzeczywistości i postapokaliptyczną pustką, między prawdą i fikcją. W ścielącym mu się do stóp martwym mieście jest doskonale wolny, może robić co chce, a zarazem nie jest mu ta wolność już do niczego potrzebna. Trzeba uciec od zdechłego miasta, trzeba uciec od okrutnej wolności. Sklepy przed Larrym stoją otworem. W sportowym wkłada wypasione ciuchy i zabiera torbę tenisową, którą w sklepie z bronią i amunicją pakuje do pełna, a następnie bierze z salonu nowiutkiego harleya i rusza tunelem pod zatoką, by wydostać się na otwartą przestrzeń. Scena i zachwycająca, i przerażająca. Esencja syndromu ocalenia.

    www.unsplash.com/Rahbek Media

    Ocalałeś – i nie wiesz po co. Uciekasz i nie wiesz dokąd. Byle dalej, ale od czego i do czego? Jest jeszcze lepiej. Czy uciekniesz, czy zostaniesz – i tak będziesz sam. Zupełnie, całkowicie i absolutnie, ponieważ wszyscy inni już nie żyją. Kwarantanna totalna. Pojedyncza cela o rozmiarach ziemskiego globu. Wolność wielkości pętli na szyję, akurat żeby wepchnąć głowę. Idziesz pustą ulicą, o jakiej zawsze marzyłeś przepychając się w tłumie, a kiedy twoje marzenie się spełnia, pustka na ulicy staje się tobą, ty stajesz się pustą ulicą.

    Później akcja się rozwija, pojawiają się inni ocaleńcy i rusza odwieczna opowieść o walce dobra ze złem, ale mnie już do końca nie opuszcza ten urzekający swoim horrorem obraz całkowitej wolności, która jest pusta i duszna.

    Nic takiego na razie mi nie grozi, ani chyba nikomu innemu, granica między fikcją a stanem faktycznym jeszcze jakoś się trzyma, ale kto wie. Jako urodzony katastrofista rozpatruję i taki scenariusz. Tego drugiego wariantu – gdy jedynym ocaleńcem jest ktoś inny, a ja należę do miliona truposzy – nie rozpatruję, bo nie ma sensu. To już nie moja historia.

    Wracam do mediów. W systemach penitencjarnych rozkwita nowa inicjatywa. Skazańcy i aresztanci domagają się zwolnienia do domu z obawy przed zakażeniem. W USA zainicjował temat Harvey Weinstein, prześladowca, który znakomicie potrafi przed kamerami zagrać ofiarę. Za samo paralityczne zwisanie na balkoniku rehabilitacyjnym w drodze na rozprawę, z miną nic nierozumiejącego półgłówka, powinien dostać Oskara. Nie był gorszy od Dustina Hoffmana w Rain Manie. W Polsce przedwczoraj wypuszczono gangstera od nielegalnego transferu pieniędzy za granicę, wczoraj wypuszczono niejakiego „Hossa”, który w ramach współpracy polsko-niemieckiej wyłudzał euro metodą „na wnuczka”. Dzisiaj do programu wolnościowego dołączył były senator PiS Stanisław Kogut, który też „cierpi na wiele chorób” i domaga się zwolnienia. Pomysł znakomity, można go rozszerzyć o tak zwany wariant latynoski, to znaczy w ogóle otworzyć bramy wszystkich zakładów karnych, niech sobie każdy radzi z wirusem indywidualnie.

    I wtedy większość więźniów powinna… pozostać w celach, gdyż odosobnienie i izolacja od świata zewnętrznego są właśnie tym, do czego się nas przymusza w walce z pandemią. Widzę tu pewną nielogiczność. Przecież wszyscy obecnie siedzimy w aresztach domowych. Skoro senator Kogut „cierpi na wiele chorób” i znalazł się grupie podwyższonego ryzyka, to powinien wnioskować o coś dokładnie przeciwnego – zamknięcie w pojedynczej celi, najlepiej w karcerze pod ziemią, bez kontaktu z kimkolwiek, aż do wygaśnięcia epidemii. Wniosek adwokata o wypuszczenie więźnia na ten niebezpieczny, zarażony świat jest działaniem na szkodę klienta. Ja bym takiego obrońcę odprawił. Bez honorarium.

    Po drugiej stronie muru rozmaici faktycznie lub prognostycznie z więziennictwem związani obywatele również nie zasypiają gruszek w popiele. Tworzą się inicjatywy niejako odwrotne, to znaczy potencjalni skazańcy, którzy jeszcze są na wolności, żądają natychmiastowego osądzenia, a następnie osadzenia w celi, oczywiście jednoosobowej, ze względu na zagrożenie wirusem. Dobrze już, dobrze, jestem winien, tylko mnie wreszcie odizolujcie od reszty społeczeństwa, tak, od wszystkich bez wyjątku. Rodzina? Tak, zwłaszcza od rodziny.

    Ci, którzy nagrabili sobie wystarczająco dużo, by siedzieć do końca życia, i ziemia im się pali pod nogami, rozwijają z kolei wariant epidemiczny. Wiedząc, że karzący miecz sprawiedliwości zwisa im tuż nad głową, lgną do zarażonych, by złączyć się z nimi drogą kropelkową. Kiedy już nabiorą pewności, że mają w sobie wystarczającą liczbę niebieskich kuleczek z białymi i czerwonymi trąbkami, wracają do domu i siedzą sobie spokojnie, popijając pinacoladę przez rurkę z ekologicznego bambusa. Kiedy policjanci po nich wpadną, unoszą ręce i mówią: „Chwileczkę, mam koronawirusa! Jak nie wierzycie, to proszę bardzo, możecie mi zrobić test. Tu, o, żona może zaświadczyć”. No i jest prawie pewne, że im ujdzie na sucho. W najgorszym razie wylądują w odosobnionej celi, skąd ich zaraz wypuszczą ze względu na „wiele innych groźnych schorzeń”. Jak tego „Hossa” (co za kretyńska ksywka!).

    Z pozostałych wiadomości niewiele rozumiem. Wczoraj pisali, że w Krakowie nie wykonywano testów z powodu remontu budynku sanepidu i próbki jeździły do województwa świętokrzyskiego, a dzisiaj piszą, że w Świętokrzyskiem zrobiono dotychczas zaledwie 364 testy, bo nie ma laboratoriów. Do tego dochodzą nieustanne skargi zarażonych i podejrzewających zarażenie, że nie mogą się doprosić badania. To w końcu robimy co możemy, czy wymyślamy ściemy, żeby przesłonić prawdziwą ciemność? Marzy mi się to pierwsze, ale boję się, że chodzi o to drugie. Jesteśmy jakimiś mistrzami Europy w walce z koronawirusem, mało zakażonych, kilka zaledwie ofiar, a tymczasem jak się trochę podrąży temat, to wychodzi, że wszystko z powodu braku testów. Ten i owa przebąkują, że dane są mocno zaniżone, ale nie widzę, żeby ktoś na to stanowczo reagował. Szpital w Starachowicach zamieniono na zakaźny, inni chorzy precz. Czyżby przewidywano tam wybuch choroby? Bo na razie jest tam zaledwie garstka zakażonych. Tych, którym zrobiono testy.

    Z burzą tak jest. Długo nad horyzontem wisi ciemna chmura, w powietrzu cicho i duszno, a ona trwa niby w bezruchu. Zbliża się powolutku, niepostrzeżenie, centymetr po centymetrze. Ale to pozory. Wkrótce uderzy z całą mocą, nagle, ledwie zdążysz się schować przed nawałnicą. Albo nie zdążysz… Kurczę, jak chciałbym się mylić!

    Blog smakksiazki.pl opatruje mój dziennik fotografią błękitnej kuleczki z kolorowymi wypustkami. Czy one naprawdę są białe i czerwone? Czy to jakaś aluzja, przepraszam? Że niby co, że my stoimy za całym tym koronawirusem? To, że koronujemy i zawierzamy, nie oznacza przecież, że naszą koronę można włożyć na byle niebieski łebek i domalować mu białe i czerwone wąsy! Niebieski pochodzi od nieba, ale to nie upoważnia do takich nadużyć! To skandal jakiś! A może chodzi o szaliki? Że nasza kibicowska brać w tym maczała palce? Jagiellonia Białystok za tym stoi, albo Arka Gdynia? No wypraszam sobie. I żądam zmiany tych kolorów. Nie, nie wystarczy, że niebieski, biały i czerwony to inna flaga. Powinny być zupełnie inne, jak najdalsze od bieli i czerwieni.

    Dosyć, idę zabijać smoki.

    25 marca 2020 (1051 zarażonych, 14 zmarłych)

    Właśnie wyczytałem, że wysłani po zwolnionego przedwczoraj z aresztu „Hossa” nie zastali go w domu i… wrócili do sądu z informacją, że trzeba wysłać list gończy. Najpierw go puścili, potem zmienili zdanie i postanowili go jednak z powrotem zamknąć, ale dla przyzwoitości odczekali dobę, żeby nie było, że tak od razu. Teraz rozkładają ręce i zamiast go po prostu łapać, jeżdżą tam i z powrotem z papierkiem sądowym, bo takie są procedury. Reforma sądownictwa w imię naprawiania świata trwa. Miał rację Michel Foucault – procedury służą dyskursowi władzy i pożądania, a właściwie władzy pożądania. Z prawdą i sprawiedliwością nie ma to nic wspólnego.

    Powinienem następny akapit zacząć od stwierdzenia: „Ponieważ prawda i sprawiedliwość również nie istnieją, a jeśli, to tylko jako fantomy”. Ale nie napiszę, bo nie o tym jest ten dziennik (a właściwie dlaczego nie?). Miałem w nim na gorąco zapisywać siebie i świat, który do mnie dociera. Szybko wzrosła liczba zakażonych, są kolejne ofiary śmiertelne. Minister zdrowia, którego bez względu na wszystko podziwiam za siłę i ofiarność osobistą, zaapelował o poważne potraktowanie najbliższych trzech tygodni. Zrobił to na antenie Radia Maryja, czyli mówił do tych, którzy jeszcze kilka dni temu odprawiali normalne msze i udawali, że nic się nie dzieje. Odważny minister. Chyba stawiał na to, że wśród słuchaczy i słuchaczek dominują ludzie starsi – najbardziej narażeni i zarazem nie najlepiej zorientowani.

    Dzisiaj miałem pierwsze zajęcia zdalne ze studentami. Było fajnie, podłączyła się piętnastka, czyli prawie cała grupa. Pogadaliśmy o lekturach, powymienialiśmy opinie, ale wszyscy byliśmy trochę spięci. Trudno się skupić, myśl ucieka. Każdy siedzi u siebie w domu, więc jakby luz i bezpieczeństwo, ale tylko pozornie. Nie tragedia, ani katastrofa, ale niepokój. Tak, to wbrew pozorom całkiem mocne słowo: NIEPOKÓJ. Zalega pod skórą, nie eksploduje, nie wywraca wszystkiego do góry nogami, ale przeszkadza. Uwiera. Niepokoi. Zostaliśmy przy opowiadaniu, jak komu idzie odosobnienie i jakie środki wyrazu przychodzą mu do głowy na oddanie aktualnego stanu ducha. Nieokreśloność, niepewność, niepokój, z dnia na dzień coraz silniejsze – to dobry początek horroru. A zajęcia są z narracji w kryminale i horrorze. Pasuje. Myślę, że mimo utrudnień to będzie bardzo udany semestr. Jeśli dotrwamy do końca.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Ten niepokój zalega i we mnie. Wczoraj wieczorem byliśmy na zakupach w makro, godzinę zbieraliśmy pełny kosz i ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami był jeden wózek, drugi przy kasie. Kasjerka obsługiwała go przez kwadrans, a kiedy przyszła nasza kolej na wykładanie towaru, postawiła nam przed nosem tabliczkę „Ostatni klient”. To był początek przerwy nocnej. W pierwszym zdaniu poprosiłem o obsłużenie, w drugim rzeczowo wyłożyłem, że czekamy i powinniśmy być obsłużeni, a trzecie zdanie było już niepotrzebne, bo niemiłe. Napięcie rosło parę minut, łącznie z wezwaniem głównej kasjerki. Wszystko skończyło się dobrze, ja grzecznie przeprosiłem, a pani nas obsłużyła w drodze wyjątku, niemniej całą drogę powrotną byliśmy skwaszeni i spięci. Myślałem o moich nerwach. Niby spokój, opanowanie, radzimy sobie i wszystko jest pod kontrolą, ale wystarczy drobiazg, błahostka, która nawet nie jest zagrożeniem, tylko mglistą ewentualnością zagrożenia dla twoich (faktycznych czy rzekomych) praw i od razu wpadasz w drżenie. W nerwy. Niepokój, przyczajony pod powierzchnią, natychmiast uruchamia mechanizmy agresji. Bo agresja jest reakcją na lęk. Nie powinieneś, ale zanim rozum zdąży zareagować, już rusza irracjonalna machina emocji.

    A to dopiero początek.

    Wprowadzono kolejne obostrzenia co do wychodzenia z domu. O zmierzchu pojechałem na łąki z Aksą. Agresją agresją, ale spacerować trzeba. Pusto, nikogo. Lubię zmierzch od zawsze, jest moim pejzażem katastroficznym, w którym – paradoksalnie – najlepiej się odprężam i uspokajam. Aksa lata beztrosko, ją pandemia nie rusza, z siedzenia w domu całej rodzinki ma tylko zyski, a koronawirus jej nie zabije. Ktoś dowcipkował w internecie, żeby się nie martwić, bo ten wirus zabija wyłącznie ludzi i to jest dobra wiadomość. Też katastrofizm, tylko jakby nieco bardziej radykalny. Aksa musiała usłyszeć i tym bardziej się wyluzowała. Pusto, nikogo. Niebo czyste, bez jednej samolotowej smugi, których skrzyżowane mleczne miecze dosyć nawet lubię. Stoję na środku wielkiej łąki, gaśnie światło. Zupełnie sam, jak Larry Underwood, mógłbym po prostu ruszyć przed siebie i iść, donikąd i po nic. Zbędna wolność. Życie jako totalna kwarantanna.

    Chodź, Aksa, wracamy.