Kategoria: Aktualności
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 8 oraz 9)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
22 marca 2020 (634 zarażonych, 7 zmarłych)
Nadal nic nie wiem. Siedzenie w domu i czekanie na wiadomości. Ale jakie? Co miałoby się w nich pojawić takiego, co by zakończyło czekanie? Uświadomiłem sobie, że nie ma takiej informacji, po której moglibyśmy wstać od biurek, wyjść na zewnątrz, przeciągnąć się przeciągle i z ulgą stwierdzić: no, skończyło się, wracamy do normalności. Tej wiadomości wśród tysiąca doniesień nie znajdę, to jest po prostu niemożliwe. Zostaliśmy wkręceni w lawinę wydarzeń i emocji do tego stopnia, że nawet gdyby się taka wiadomość pojawiła, nikt by w nią nie uwierzył. Wykracza poza granice dopuszczalności. Jest niemożliwa, ponieważ nie mieści się w ramach globalnej narracji, w jakiej pławimy się od rana do nocy. Weszliśmy w coś, z czego nie możemy wyjść. W każdym razie nie dzisiaj. Musimy śledzić doniesienia, musimy się bać i żyć w niepewności, musimy ulegać liczbom, statystykom, wyliczeniom, musimy również budować wokół nich całe struktury emocji. Nie ma innego wyjścia. No więc siedzę i śledzę. I się boję. W zdalnej pracy to nie pomaga, ale trudno.
Przestałem liczyć i zestawiać, bo to nie ma sensu. Wszelkie rachunki są oparte na tak nieprecyzyjnych danych, że równie dobrze mógłbym je sam wymyślać i układać w ciągi znaczeniowe. Bez znaczenia. I to nie jest brak zaufania do środków masowego przekazu, które wykonują gigantyczną i bardzo potrzebną robotę, ale do samej informacji. Ogrom danych przytłacza, jest nie do ogarnięcia. Bez przerwy ktoś coś mówi, wywodzi, udowadnia i prognozuje, a ty nie słyszysz, ślizgasz się po tym, węsząc za tą jedną ostateczną informacją, która ma wyjaśnić wszystko i zamknąć sprawę. Ale jej właśnie nie ma. To może mieć coś wspólnego z narkotycznym uzależnieniem, które podnieca i obiecuje, ale nigdy nie kończy. Wszyscy bez przerwy mówią i nic nie jest powiedziane.
Żeby podsumować, cytuję słowa Bertolta Brechta o radiu: „Pojawiła się możliwość powiedzenia wszystkiego wszystkim, ale po zastanowieniu nie było nic do powiedzenia”.

www.unsplash.com/Firdaus Roslan Jednakowoż są przypadki poszczególne. Uderzyła mnie historia kierowcy tira z Głogowa, który wrócił z podróży służbowej do Niemiec i tydzień temu w poniedziałek zgłosił się do sanepidu, bo kaszlał i gorączkował. Polecono mu kwarantannę domową i czekanie, aż przyjedzie „koronabus” i pobierze próbki. Człowiek posłusznie zamknął się w domu, nie wychodził, pogrążał się w chorobie aż umarł. Nie doczekał się, ponieważ przez pięć dni pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Może jakby wysłali kulawego psa, byłoby więcej pożytku. Oczywiście, facet miał koronawirusa. Znalazła go straż miejska, samotnego i martwego, we własnym mieszkaniu, gdzie jak odpowiedzialny obywatel wypełniał polecenia odpowiednich służb i dostosowywał się do surowo powtarzanych przez władze zarządzeń. Miał kwarantannę, więc nie wychodził z domu. Miał koronawirusa i zgłosił się, gdzie trzeba. Otrzymał polecenie i je wykonał. Gdyby przeżył, powinien by dostać medal od miasta za obywatelską postawę. Zamiast tego został porzucony i zapomniany. Przysłali nie ekipę do zbadania chorego, tylko straż miejską do kontrolowania podejrzanego. A nuż go nie ma i się wlepi mandat. 30 tysięcy piechotą nie chodzi.
Nie piszę, by się oburzać na to czy tamto (choć i nie zabraniam), tylko żeby trochę jak Pan Cogito zastanowić się nad arytmetyką współczucia. Tu siedem miliardów w strachu, a tu samotna śmierć jednego kierowcy. Poczciwiec latami wykonywał swoją robotę, wożąc nam do kraju tony naszych konsumenckich przyjemnostek, tyrał jak każdy z nas, a kiedy w tej robocie zaraził się niejako dla naszego dobra (dla naszych dóbr) – zastosował zalecenia stanu epidemicznego i umarł, nie doczekawszy pomocy. Tu solidarność, akcje wsparcia i zbiorowe klaskania na balkonach, a tam samotna śmierć na podłodze własnego mieszkania. Bo koronabus nie dojechał. Bo co innego było ważniejsze. Bo zwyczajnie zapomniano w ferworze walki z pandemią.
Dla porównania. Podhalański poseł Solidarnej Polski (to ta od Ziobry) też się źle poczuł. Szybko go zbadano i wynik miał pozytywny, więc natychmiast hospitalizowano w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie i poddano leczeniu. Jak donoszą media, czuje się dobrze. Pikanterii dodaje fakt, że w Krakowie nie robiono testów, ponieważ – budynek sanepidu jest w remoncie. Próbki wożono do Świętokrzyskiego. Dopiero kilka dni temu dwa szpitale uruchomiły własne laboratoria, by coś w ogóle robić. Wykonują 60 i 100 próbek dziennie. Przy okazji – to odpowiedź na moje pytanie sprzed tygodnia, dlaczego w Krakowie jest tak mało przypadków. Bo nie robili testów! Ale posłowi zrobili. Życzymy zdrowia, panie pośle!
Wiem, nie powinienem porównywać. Każdy człowiek jest inny i los ma inny. Chyba jednak się trochę oburzam, choć jak poucza Poeta, „gniew i litość szkodzą równowadze stylu”.
23 marca 2020 (749 zarażonych, 8 zmarłych)
To się rozgrywa gdzieś bardzo głęboko w nas, na poziomie komórek, w najciemniejszych zakamarkach naszych ciał. Uzbrojony w wypustki drobny cwaniak pakuje się w krwiobieg, przepycha się do strategicznych rejonów, wczepia w zdrowe komórki i otwiera je chwytakiem jak kluczem do konserw. Następnie włazi tam i rozmnaża się, korzystając z naszego materiału genetycznego. To trochę tak, jakby ktoś włamał się do twojego domu i w sypialni zajął się prokreacją, wykorzystując do tego twoją żonę lub córkę. W obu przypadkach dochodzi do zrujnowania komórki, biologicznej czy społecznej. A ty nic nie możesz, bo dom jest obstawiony gangsterami, którzy cię izolują od normalnych funkcji życiowych i przy okazji stoją w kolejce, by też się trochę porozmnażać.

www.unsplash.com/CDC Wirus to taki dziwny twór, który nie tyle żyje, ile pozoruje życie, korzystając z naszych funkcji witalnych. Kłębek kodu genetycznego, włamujący się do nas by sobie poużywać, ponieważ nasz organizm jest rozbudowany, bogaty i życiodajny, trudno się więc dziwić, że budzi takie zainteresowanie różnych darmozjadów, włamywaczy, rabusiów i gangsterów od przejmowania cudzego biznesu. Odwieczna walka dobra (ja) ze złem (on). Widzę koronawirusa jako dobrze zorganizowaną, agresywną mafię paliwową, która napada i przechwytuje całe koncerny z polami naftowymi i rafineriami. A kiedy jej się uda przejąć władzę nad którymś państwem, osadza na tronie jednego ze swoich i składa mu hołdy, bezwzględnie przy tym pilnując własnych przywilejów. Państwo zdycha, ale mafia kwitnie. A jak już przeżre, przepije i przekopuluje wszystko, porzuca martwe ciało i szuka nowego.
Próbuję to sobie zwizualizować:
Eskadra niebieskich kuleczek z czerwonymi trąbkami, o numerze bojowym dajmy na to CV 5312, leci nad Grobianami i mikroradarem namierza potencjalne ofiary. W pewnej chwili zataczają koło i zniżają lot. Jeden z nich mówi:
– O, tam siedzi gostek przy biurku i główkuje. Co wymyśli, wklepuje zaraz do lapka. Intelektualista w maseczkę kichany.
– Chyba nas właśnie obraził – dodaje drugi i pokazuje palcem to, co przed chwilą napisałem o mafii.
– Zarazimy go?
– No ba, ale jak? Zamknął się i nawet nosa nie wychynie na zewnątrz. Był niedawno na łąkach, ale się trzymał kilometr od innych.
– Poczekajmy, musi wyjść, skuryjer sterylizowany – dodaje trzeci, mniejszy i dlatego bardziej nerwowy. – Chociażby po jakąś przesyłkę z poczty czy co.
– Dobry pomysł, Dropsik. Weź się skontaktuj z centralą i dowiedz, czy czego ostatnio nie zamawiał.
Dropsik robi odejście w górę, by złapać kontakt z dyspozytornią ruchu, reszta kołuje nad okolicą.
– Kurde, szefie, musimy coś znaleźć. Zaraz nam baterie padną – ośmiela się jeden z nich.
– Nażarłeś się rano w Świątnikach, na dzisiaj wystarczy. Nie czytałeś gazet? W powietrzu możemy przetrwać do kilku godzin.
– Fakt – potwierdza tamten i kuli się, by ukryć drżenie z zimna. – Tak tylko mówię.
Po chwili Dropsik wraca z wieściami.
– Chupa Chups mówi, że ten papuć zamawiał jakąś ławeczkę do ćwiczeń – donosi z przekąsem. – Słyszeliście? Taka guma od majtek, syrop klanowy, przeterminowane nadzienie z zozola, i ćwiczył będzie! Jak mu wlezę w płuca, to se poćwiczy – chyba przewracanie oczami, hehe!
– Klonowy – rzuca dowódca eskadry.
– Co?
– Syrop klonowy, a nie klanowy, idioto! I przestań się zapluwać, tylko do roboty! Chłopaki słabną. Gdzie ta przesyłka?
– No, tego, przyjedzie kurierem.
– Dobra, zawracamy.
Ostro zakręcają i tną morowe powietrze nad Grobianami w kierunku zachodnim, gdzie magazyny i biuro poczty. Dowódca rozdziela grupę na tych, co mają zająć paczkę oraz tych, co postarają się przemycić na „powierzchnię docelową” przez ubranie kuriera lub pokwitowanie do podpisu. Każdy z wirusów na własną rękę wybiera sposób na realizację zadania bojowego, więc po wylądowaniu i przedostaniu się do magazynu jedni wciskają się pod taśmy paczki, inni przełażą do pudła i szukają najcieplejszego miejsca, by przetrwać zimne godziny (na zewnątrz zero stopni i popaduje śnieg), jeszcze inni przywierają do kartki z potwierdzeniem odbioru. Dropsik przygląda się im i kombinuje. Przydzielono go do drugiej grupy, więc lustruje dokładnie postać kuriera (czapeczka z daszkiem, okulary, gruba kurtka zapięta pod szyję, z jednej kieszeni na piersi wystaje długopis, z drugiej komórka) i już ma pomysł. Może i jest idiotą, ale nie aż takim. Trzeba się znać na psychice ludzkiej. A on się zna.
Dzwoni dzwonek do bramy, wyglądam przez okno, bus dostawczy z poczty. Zbiegam szybko na dół, wkładam kurtkę i buty, a na ręce foliowe rękawiczki.
– Dzień dobry! Pan Krzysztof?
– Dzień dobry. Tak, Zajas.
– Przesyłka do pana.
Kurier wytaszcza z samochodu podłużne pudło spięte białymi taśmami i podsuwa mi karteluszek z potwierdzeniem.
– Podpisze mi pan? Wystarczy jakiś taki zawijas na dole.
Aha, zawijas.
– W porządku – mówię sprawdzając, czy odległość prawidłowa i rękawiczki szczelnie przylegają. – Ale czym?
Dropsik, przytwierdzony do końcówki wkładu długopisu, chichocze w kułak. Zna się na ludziach. Wie, że jak kurier dzwoni, to każdy szybko coś wrzuca na siebie, czasem porwie z szuflady portfel, ale na pewno nie będzie pamiętał o długopisie.
Przez furtkę biorę od kuriera pisidło w dwa palce, kładę pokwitowanie na podjeździe i nisko się pochylając, naciskam sprężynkę, żeby podpisać. Dropsik w tym momencie wyskakuje i kiedy wciągam powietrze, katapultuje się do mojego nosa. Oddaję długopis sympatycznemu panu w okularach i czapeczce, biorę paczkę za białe taśmy i kładę na tarasie na całodobową kwarantannę. Może nawet otworzę dopiero pojutrze, na wszelki wypadek. Wyrzucam jednorazowe rękawiczki do kosza, przez minutę myję ręce, potem jeszcze dezynfekuję spirytusem ubranie, i dopiero wtedy oddycham z ulgą. Dropsik tymczasem wygodnie lokuje się w moich oskrzelach.
Takie sobie, nie jakaś rewelacja. W każdym razie raczej na pewno nie jest to trafienie w odpowiedni ton, którego poszukuję od tygodnia, gdy zacząłem pisać ten dziennik. Patrzę za okno, słońce zza granatowych chmur przebija na czerwono tuż nad ziemią. Sceneria jest, ale wymiaru jakby ciągle nie dostawało. Tragedia, romans, farsa, ironia – czym to właściwie ma być?
Idę na dół, bo żona mnie woła. Chyba przyjechał kurier z ławeczką do ćwiczeń.
-
PILNE! Warszawskie Targi Książki odwołane!
Szanowni Państwo,
Tegoroczna majowa edycja Warszawskich Targów Książki zostaje odwołana. Kolejne Targi odbędą się w maju 2021 r.
Organizatorzy, w zależności od rozwoju sytuacji epidemiologicznej oraz sytuacji ekonomicznej branży wydawniczej, rozważą w ciągu najbliższych kilku tygodni zorganizowanie jesiennych, krajowych targów w Warszawie. Będziemy Państwa o tym informować.
Życzymy wszystkim dobrego zdrowia mając nadzieję, że książka towarzyszy nam także w tych trudnych dniach.
Z poważaniem:
Rafał Skąpski, Prezes Zarządu Targi Książki, Sonia Draga, Członek Zarządu, Renata Krzewska, Prezes Zarządu Murator EXPO
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 6 oraz 7)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
20 marca 2020 (425 zarażonych, 5 zmarłych)
Wsłuchuję się w ciszę. Czy usłyszę szum niewidzialnych skrzydeł? Świst powietrza przecinanego koszącym lotem śmierci? Szatańskiego wirusa w masce Jokera i rozpostartym na wietrze wampirzym płaszczu? Chyba nie. Fascynuje mnie jego niewidzialność i bezgłośność. Jest wszędzie i nie ma go nigdzie. Przeniknął nas do szpiku kości i staje się nami, stąd wrażenie, jakby go wcale nie było. I w jakimś sensie nie ma, ponieważ do większości z nas docierają tylko doniesienia medialne. Ogólnoplanetarne larum, podszyte nieco perwersyjnym podnieceniem, że wreszcie się dzieje i że ten zmanierowany, do cna zepsuty komfortem świat dostaje zasłużonego kopa w tyłek. Nieco zapomnieliśmy o takich tworach metafizycznych jak Duch Ziemi i Duch Dziejów, kto by tam dzisiaj czytał Fausta Goethego czy Wykłady o filozofii dziejów Hegla, a tu proszę. Przyszła Natura i solidnie przytarła nam nosa. Bo przecież ten wirus, słońce, wiatr i moje ptaszki za oknem należą do tego samego porządku.
Nie, ona się nie mści. Jest neutralna i wykonuje swoje obowiązki z całkowitą, nieludzką obojętnością. To my chcemy w tym widzieć jakiś palec: boży, losu czy innej nadnaturalnej interwencji, ponieważ już dawno uwierzyliśmy, że nic nie dzieje się bez celu i sensu. Zatem wojny, zarazy i katastrofy również. Sens jako przekleństwo – niezłe. Prawie filozoficzne.
Liczba ofiar w Polsce spadła, ponieważ szósta osoba wprawdzie była zarażona koronawirusem, zmarła jednak na sepsę. Nie wiem, jak oni to rozróżniają, skoro kłopot pojawia się już na poziomie wykrycia wirusa, no ale takie są oficjalne ustalenia. Wprawdzie niczego w tych oficjalnych ustaleniach nie ma poza czyjąś stanowczą deklaracją, niemniej dostosowujemy się i redukujemy liczbę ofiar do 5. Ulga. Częściowa.
Z drugiej strony, wszyscy prześcigają się w poszukiwaniu ogólnoludzkiej tragedii. W zasadzie ja też. Chcemy głębszego wymiaru, szerszej perspektywy, apokalipsy naszych czasów, nie do końca zdając sobie sprawę, czym to naprawdę będzie. Byle coś było, byleśmy na jeszcze jeden sposób poczuli metafizyczny dreszcz Dziwności Istnienia, jak mawiał Witkacy. Dawki muszą być coraz większe, wstrząs coraz silniejszy, jeśli w ogóle ma wstrząsnąć, zwykła zbrodnia już nie wystarczy. Jako autor powieści kryminalnych należę do grona tych, którzy takiego zwiększania dawek ciągle poszukują. Czym by tu jeszcze oszołomić, jaką oryginalną masakrę jeszcze opisać, żeby czytelnik w ogóle zechciał się zainteresować? A teraz proszę, pandemia z wizją zagłady całej ludzkości. Nic, tylko pisać.
Zamiast pisać, znowu liczę. Ilu ludzi umiera rocznie i na co? Wychodzi mi, że boimy się nie tego, co jest, ale tego, co dopiero ma nadejść. W tej chwili koronawirus na liście zabójców lokuje się na szarym końcu, przodują choroby serca, nowotwory, głód, a w takich krajach jak Polska również – alkohol. No i oczywiście wojny. Ich ofiary liczy się w wielu milionach rocznie. Jednakże w zwalczanie tamtych źródeł masowej śmierci wkładamy – mam wrażenie – znacznie mniej serca, energii i środków, niż w zagłuszanie szumu skrzydeł lecącej zarazy. Czyli jednak głównie strach. I medialna podjarka. Wokół nich kręci się nasza pandemiczna uwaga, co mnie utwierdza w przekonaniu o zupełnie subiektywnych miarach przykładanych do globalnych zjawisk.

www.unsplash.com/Fey Marin Może jeszcze pamięć genetyczna. Mamy w niej odciśnięty strach przodków przed dżumą, cholerą i czarną ospą, które dziesiątkowały Europę w poprzednich wiekach. Atawistyczny lęk przed bezosobowym zabójcą, który co jakiś czas przychodzi znikąd i pobiera swój śmiertelny haracz. Dawno nie płaciliśmy i wyglądamy tego rachunku trochę już niecierpliwie. Wyczuwałem tę niecierpliwość wśród tłumów zwiedzających Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jądro perwersji: bać się czegoś i zarazem bardzo tego pragnąć.
Teraz trochę poważnie. Chylmy głowy przed naszą polską służbą zdrowia. Armia cichych bohaterów, do których teraz wszyscy się uciekamy z błaganiami o pomoc i wytrwałość, choć jeszcze niedawno psy na nich wieszaliśmy. Nie znam nikogo, kto by nie marudził na polską służbę zdrowia. Ze mną włącznie. Poczekalnie w publicznych lecznicach od lat stanowią wielki zdrowotny Hyde Park, gdzie każdy pacjent – mając mnóstwo wolnego czasu w kolejce i audytorium obok siebie – wygaduje co mu ślina na obolały z przeziębienia język przyniesie, byle sobie ulżyć. Zauważyłem, że nawet nie bardzo ten katastrofalny stan naszego lecznictwa lud kojarzy z decyzjami polityków. Bardziej skupia się na tych, którzy są pod ręką: lekarzach, pielęgniarkach, ratownikach medycznych. Tak działa ludowa sprawiedliwość. Może teraz coś się zmieni i zaczniemy na nich patrzeć uważniej, z większym szacunkiem, bo wykonują bardzo ciężką pracę – zawsze, nie tylko dzisiaj – a otrzymują od nas wdzięczności jak na lekarstwo. To wśród nich jest największy procent zarażonych! Nie dlatego, że są nieodpowiedzialni, ale przeciwnie – ponieważ odpowiedzialnie wykonują nadal swoje obowiązki. Politycy, którzy przez lata ignorowali ich potrzeby, nagle zaczęli ich dostrzegać i wychwalać pod niebiosa. Niedawne strajki w służbie zdrowia, które organizowano w imieniu nas wszystkich i dla naszego dobra, władze konsekwentnie ignorowały. A teraz – pracujcie, poświęcajcie się, ratujcie nasze tyłki!
Ratują. Robią co mogą. Jednakże wieloletniego rujnowania całego systemu lecznictwa w Polsce (niedoinwestowanie, umowy śmieciowe, roczne kolejki do specjalistów itd.) nie da się tak nagle z dnia na dzień załatać ludzką ofiarnością. Mądrzy ostrzegali, głupi ignorowali – cierpią wszyscy.
Za to antyszczepionkowcy coś przycichli. Trochę spuścili z tonu i udają, że wcale nie są antyszczepionkowcami, tylko zwolennikami wolności wyboru. Każdy szwindlarz przepycha swoje szwindle powołując się na wolność. Rzuciłem okiem na ich strony i profile fb – ani słowa o szkodliwości szczepionek. Apelują, żeby myć ręce, nie wychodzić z domu (chociaż organizują jakąś demonstrację w Warszawie), słuchać zaleceń służb i w ogóle być ostrożnym i rozsądnym. No to bądźcie!
Ksiądz Rydzyk z kolei apeluje na twitterze o niezwlekanie z wpłatami na Radio Maryja i TV Trwam, ponieważ dotychczas „ofiary składane na te media, przy bardzo oszczędnym gospodarowaniu starczały skromnie od pierwszego do pierwszego”. Proboszcz parafii św. Jacka w Legnicy w ramach walki z epidemią codziennie z grupką wiernych obnosi po ulicach monstrancję. Jakiś radny zaleca wystawianie w oknach obrazków świętych. Postrzegam te działania jako zasadniczo trafnie ukierunkowane, ponieważ w obliczu zagrożenia jakiś przesąd jest potrzebny, jednak niewystarczające. Mam lepszy pomysł. W estońskim filmie Listopad (reż. Rainer Sarnet, polecam) w obliczu zbliżającej się zarazy starszy wioski zarządza: „Naciągnijmy wszyscy portki na głowy. Zaraza pomyśli, że mamy dwie dupy i nas ominie”. Gmin posłusznie wykonuje polecenie i zalega w stodole, stodoła bowiem to tradycyjny w tej części Europy obiekt do organizowania zbiorowych performansów. Jakoż istotnie, zaraza wchodzi, wolnym i uważnym krokiem przemierza klepisko wyłożone ludzkimi ciałami z portkami po obu stronach tułowi, i wychodzi. Po przejmującej chwili ciszy (zarazie nieodłącznie towarzyszy cisza) wszyscy wstają, otrzepują się z kurzu i z ulgą ściągają ineksprymable z mrocznych łbów. Zatem, Drodzy Wierni, do dzieła! Wpłata na Radio, procesja z monstrancją, a potem gacie na głowę i kładziemy się!
21 marca 2020 (536 zarażonych, 5 zmarło)
Sobota. Pierwszy dzień wiosny. Media trochę się uspokoiły i wyluzowały w pogoni za widmowym potworem. Może dlatego, że weekend i nawet takiemu celebrycie jak wirus należy się odpoczynek, a może z powodu zbyt wolno nadciągającej apokalipsy. Dudni po polach, grzmi za lasem, pohukuje opłotkami, ale u nas ciągle spokój i bzyczenie obudzonych wczorajszym słońcem owadów. Sielsko. Wprawdzie premier Morawiecki wspomina coś o czekającym nas trzęsieniu ziemi, ale po angielsku i tylko do Amerykanów, czyli całkiem daleko.
Rano dzięcioł narobił hałasu jakimiś swoimi robotami stolarskimi na dębie. Kosy przetrząsają ogródek w poszukiwaniu ciekawostek i przekomarzają się z sikorkami, nic sobie nie robiąc z kwarantanny. Zaczął padać deszcz. Dobrze, bo ziemia sucha, a ja muszę posadzić róże na skarpie. Pachnie pękającymi pączkami na gałęziach i wschodzącą trawą. „Szepcze wiosna kropelkami deszczu” – pisałem w wierszu dokładnie czterdzieści jeden lat temu. Tak mi się przypomniało…
Wielki Prezes dał głos. Jest bardzo niebezpiecznie, wszyscy surowej poddani kwarantannie, ale wybory się odbędą w wyznaczonym terminie 10 maja. Nie ma dyskusji. Czyli jest źle, ale i bardzo dobrze. Interes polityczny przecież jest ważniejszy od interesu publicznego, ta władza nigdy nie pozostawiała złudzeń co do swoich motywów, więc nie powinniśmy się dziwić. Kalkulacja jest prosta. Ludzie bardziej rozgarnięci, odpowiedzialni i świadomi zagrożeń zostaną w domach, a ludek boży pójdzie i zagłosuje na PiS. Przewaga ze znacznej zmieni się w miażdżącą. Nie ma w tym żadnej odpowiedzialności za państwo, nie ma w tym krztyny zrozumienia dla epidemicznych zagrożeń społeczeństwa, ale jest polityczny zysk. Jak podczas głosowania w sali kolumnowej sejmu, po uprzednim wykluczeniu opozycji. Zamiast demokracji – odgrywanie jej pozorów.

www.unsplash.com/Element5 Digital Piszą, że przez polskie sieci handlowe idzie tsunami. Upadnie wiele polskich (i nie tylko) marek odzieżowych, trzeba się liczyć ze zniknięciem z rynku Croppa, Reserved, CCC, Sinsay i czegoś tam jeszcze. Liczę się i jakoś mnie to nawet specjalnie nie boli. Sądząc z zawartości szaf jeszcze przez długi czas będę miał co na siebie włożyć, donoszę trochę starych i całkiem dobrych ubrań, przeproszę się z wyekspediowanymi na strych kurtkami, marynarkami i butami. Na pewno znajdą się i jakieś portki do wciągania na głowę, na wszelki wypadek. Będzie ekologicznie, recyklingowo i do tego fajnie, bo wiele z tych ciuchów lubiłem. Same korzyści. Upadek jako początek wzlotu. Zawsze jest coś za coś. „Jedno drugiemu płaci karą i pokutą za niesprawiedliwość w porządku czasu” – Anaksymander.
Szukam jakichś pewniejszych informacji, ale wszędzie tylko gdybania i powtarzanie w kółko, że sytuacja jest nie do przewidzenia. Fajne słowo: nieprzewidywalność. Przywraca odpowiednie proporcje między tym, co wiemy, i tym, o czym nie mamy pojęcia. A tego drugiego jest znacznie więcej, niż nam się na co dzień wydaje, a o czym z lubą beztroską zapominamy. Chcemy wszystko przewidzieć dla samej egoistycznej potrzeby utwierdzania się w przewadze nad resztą Stworzenia. Damy radę. Przetworzymy wszystko na nasze doczesne przyjemności, a jak już zmienimy Ziemię w jedno wielkie pobojowisko po globalnym karnawale, to polecimy na Marsa i zabawa zacznie się na nowo. Elon Musk już szykuje rakiety.
Niewykluczone, że nadepnęliśmy Naturze zbyt mocno na odcisk i postanowiła nam przypomnieć, żebyśmy nie przeginali, bo nie jesteśmy tu sami. Ten i owa próbowali ostrzegać, wrzucano do sieci zdjęcia uduszonych plastikiem kormoranów, ale niespecjalne to na władcach świata robiło wrażenie. Nie? Tacy jesteście mądrzy i pewni siebie? No to macie wirusa, królewskiego, w koronie. Kombinujcie.
Kombinujemy. Laboratoria idą pełną parą. Równolegle do działań zbożnych podejmowane są działania dyskretne i znacznie mniej zbożne, choć zrozumiałe z rynkowego punktu widzenia. Cztery dni temu nasi strategiczni sojusznicy Amerykanie kupili od Włochów pół miliona testów na koronawirusa, nocnym samolotem przetransportowali do Memphis i z zadowoleniem mówią o międzynarodowej solidarności. Włoskie społeczeństwo rzęzi pod naporem epidemii, a Jankesi obkupują ich z testów, żeby badać własne wydepilowane tyłki, które mają być great again. Jakby dotychczas były za małe. Postrzegam to jako kolejny odcinek serialu o przywracaniu Ameryce należnego jej miejsca. Poprzedni był, jak pamiętacie, o wykupywaniu laboratoriów firmy CureVac od Niemców. Te sytuacje nieco bardziej realistycznie ilustrują wartość militarnych sojuszy na wypadek zagrożenia. „Każdy sobie rzepkę skrobie” w tym kontekście ujmuje rzecz delikatnie. Niemal sympatycznie. Podobnie jak uśmiechnięty Wielki Prezydent W Czasie Wojny, który musi teraz codziennie wydawać Ogromne Rozkazy. Za rogiem czai się stara dobra walka o byt. Wygra najsilniejszy. Bezwzględnie. Twarz Trumpa mówi to całemu światu codziennie, kiedy się nie uśmiecha.
Wciąż nie czuję tej formy. Ciągle nie tak. Ślizgam się po łatwych skojarzeniach, a w środku drąży mnie poczucie mijania się z tym, co naprawdę ważne. Zauważyłem, że uciekam w liczbę mnogą, czyli tchórzę i udaję, że mówię o sprawach ważnych, bo dotyczących nas wszystkich. Nie, to nie tak. Łatwo, zbyt łatwo. Aksa milczy i patrzy z wyrzutem, bo dzisiaj znowu nie poszliśmy na łąki. Padał deszcz, a samiec alfa z palcami na czarnej płytce znowu ma migrenę. Nudno i depresyjnie. Można pogonić dzikie gołębie z drutów elektrycznych, ale to też głupie. No nic, przedrzemię jakoś tę noc, a jutro może będzie lepiej.
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 4 oraz 5)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
18 marca 2020 (287 zarażonych i 5 zmarłych + 1 samobójstwo)
Tak, samobójstwo. Tyle w każdym razie zdołała dorzucić dziennikarka z Kielc do informacji o śmierci wybitnego świętokrzyskiego ginekologa, wojewódzkiego konsultanta ds. ginekologii i położnictwa, u którego stwierdzono zakażenie koronawirusem. Zmarł nad ranem w kieleckim szpitalu. Parę dni temu wrócił z urlopu za granicą. Był lekarzem. Pomyślałem, że gdy lekarz umiera w szpitalu o świcie, to musi wiedzieć, co robi. Sprawdziłem jego opinie na znanylekarz.pl – niemal wyłącznie pozytywne na maksa. Miły, uczynny, kompetentny, ludzki, zawsze znajdzie czas, potrafi pomóc, kiedy inny są bezradni… Sobie pomóc nie umiał.
Najbardziej nurtuje, czy koronawirus miał z tym jakiś związek. Nie, odwrotnie – czy mogło tego związku nie być. Co ten człowiek zobaczył w wyobraźni, gdy się dowiedział o pozytywnym teście? Jaką nieodwracalną katastrofę? Swoje narastające męczarnie przez następny tydzień? Męczarnie najbliższych, którzy się od niego zarazili? Ale przecież był lekarzem i powinien mieć w sobie instynkt walki o życie ludzkie do końca. Zwłaszcza życie najbliższych. Czy może zobaczył coś więcej, co widzą właśnie ludzie w służbie zdrowia, która w istocie jest służbą choroby. Coś w nim dojrzewało od dawna, a teraz osiągnęło masę krytyczną i eksplodowało. Ginekolog, który pomaga ludzkiemu życiu przyjść na świata, zabiera się z tego świata. Czym go bardziej zniechęciliśmy – ilością czy jakością?
Też o tym myślałem. Myśleliśmy, bo plan jest wspólny, mój i żony. Tu sobie żyjemy jakby nigdy nic, jeździmy do pracy, kochamy siebie i bliskich, pomagamy dzieciom – a jak przyjdzie co do czego, to wsiadamy do samochodu i na pełnym gazie w betonowy wiadukt. Albo kwas pruski w drinku z parasolką. Widzę cię, najlepszego, bach, bach. I odprężający marsz tunelem ku niebiańskim łąkom, gdzie woda wiecznie czysta a trawa zielona. Stamtąd wszystko widać i nic już nie jest ważne, ponieważ sama kategoria wagi tej czy innej sprawy zanika. Cisza i słońce. Coś jak teraz za oknem, tylko bez cienia.
Fajna informacja napłynęła od policjantów, którzy w na poły żartobliwym tonie apelują do przestępców, by wykazali się zrozumieniem i zawiesili na chwilę swoje zbrodnicze popędy, ponieważ policja jest przeciążona i nie ma czasu ich ścigać. No proszę, a nie mówiłem? Ten wczorajszy prekursor z Koszyc stanowił jednak przypadek symptomatyczny. To jest na razie tylko zabawne, ale pierwszy rabuś, który wyczyta między wierszami policyjnego dowcipu zgłoszenie realnego problemu z porządkiem, zmieni zabawę w problem. Poważny problem, który będzie ewoluował w jeszcze poważniejsze problemy. Te w katastrofę. A na końcu drogi jest Droga…
W obliczu doniesień uspokajających i antypanikowych uczymy się czytać między wierszami. Premier Mateusz Morawiecki parę minut temu zaproponował pakiet pomocowy, który ma zapewnić płynność finansową i „służyć temu, żeby w bankomatach i bankach nie zabrakło pieniędzy”. Czytaj: w bankach i bankomatach może zabraknąć pieniędzy. Niby to przeczuwamy od paru dni, wiadomość brzmi jednak inaczej, gdy padnie – choć przez zaprzeczenie – z ust samego szefa rządu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w następnych godzinach rozpoczął się szturm na bankomaty i filie banków – powierników naszej finansowej chudoby. Gdyby nic nie powiedział, też by doszło do szturmu, tylko chwilę później. Jutro, pojutrze, za tydzień… Pamiętacie Kojota z kreskówek o Strusiu Pędziwiatrze? Miał taki desperacki odruch zatykania palcem pęknięć w tamie, która i tak na niego runęła. Albo pod spadającym mu na łeb głazem rozkładał parasol. No to coś takiego mi się kołacze teraz po zniechęconym umyśle.

www.unsplash.com/Nick Pampoukidis Następna wiadomość na dzisiaj zawiera się między wierszami o zwalczaniu nieuczciwego handlu: „Rząd obiecuje walką ze sztucznym zawyżaniem cen”. W porządku, tylko dlaczego „sztucznym”? W czasach kryzysu zarabianie na podwyżkach cen towarów deficytowych jest jak najbardziej naturalne! Wręcz obowiązkowe. Po to jest kryzys w systemie wolnorynkowym, żeby jedni więcej stracili, a inni więcej zyskali. Restauracje upadają z braku klientów, hurtownie wyprzedają się z zapasów, małe punkty usługowe lamentują nad przymusowymi zamknięciami, ludziom nie wolno wychodzić z domów i handlować – co tu jeszcze jest naturalne? Rano cytryny w grobiańskim warzywniaku podrożały z 8 na 12 złotych. Tak po prostu, bo jest kryzys. To tylko nieznaczna ryska na murze, ale jak ich będzie przybywa i przybywać, tama z hukiem runie.
Zamknij się, Zajas. Ludzie sobie pomagają, wykazują się solidarnością i myśleniem prospołecznym. To, że ci się to wszystko wydaje mało efektywne i jakby nie do końca liczące się z realiami prawdziwego kryzysu, to twój problem. Boisz się, dlatego twoje reakcje noszą znamiona histerii. Wszędzie widzisz podstęp i zło, bo zdychasz ze strachu przed podstępnym złem.
No właśnie nie za bardzo. Powinienem się bać więcej, głębiej, jakoś bardziej fundamentalnie, w końcu chodzi o śmiertelne zagrożenie. A tu niewiele, prawie nic. Straszę sam siebie, żeby w ogóle poczuć choć słaby powiew morowego powietrza, a tymczasem całe zagrożenie sprowadza się do śledzenia wiadomości. Nie mam jak ich sprawdzić, zweryfikować. Właściwie to dobrze, chyba nie wolałbyś, Zajas, kaszleć, kichać i z przerażeniem mierzyć rosnącą gorączkę? Ciesz się, że możesz sobie siedzieć przy biurku, popijać kawę i przelewać na ekran laptopa swoje grymasy. Bo to zwykłe grymasy są. Szukasz wymiaru, a tu zwyczajność.
Jak widzicie, jeszcze nie trafiłem we właściwy ton. Miotam się tak samo, jak ci wszyscy wróżbici, prognostycy i analitycy, którzy na wyprzódki starają się przewidzieć rozwój sytuacji. A przewidzieć się nie da, bo – jak słychać z różnych stron – nadal nic właściwie nie wiemy. Czekamy. Trawa się zieleni. Słońce świeci.
We Włoszech w ciągu ostatniej doby zmarło 475 osób, najwięcej od początku epidemii. Łącznie tam to już prawie 3 tysiące osób. Kurcze, to przecież nie jest mało. Coś się jednak dzieje. Niewidzialny demon z kosą na ramieniu idzie górami, dolinami i kosi. Gdzie zaczną badać, tam wychodzi, czyli jest wszędzie. Zaczynając rano te zapiski, zanotowałem w nawiasie liczbę zarażonych w Polsce: 251. Teraz, o siódmej wieczorem, jest już 287. Powinienem się bać.
Anglicy od piątku zamykają szkoły. Zmądrzeli jako ostatni w Europie, dotychczas premier Boris Johnson szedł pod prąd wszystkiego, łącznie z rozsądkiem. W dodatku twierdzi, że wyprzedzili innych w walce z wirusem. To u niego zresztą typowe, trumpizacja politycznych umysłów również jest odmianą zarazy szerzącej się po świecie. Sam Donald Trump stwierdził z kolei, że jest teraz jak prezydent w czasie wojny. Obawiam się, że wcale nie chodzi mu o powagę sytuacji i odpowiedzialność za decyzje, tylko o dęcie w dudy własnego ego. Ja, Wielki Prezydent Wielkiej Ameryki będę wydawał ogromne rozkazy i właśnie w tej chwili jeden z nich wydam: dwa potężne okręty-szpitale niech popłyną do pomocy Amerykanom! Jeden do Nowego Jorku, drugi na Zachodnie Wybrzeże. Wykonać! Aj aj, kapitan!
Może by mu ktoś przypomniał, że nie jest prezydentem całej Ameryki, tylko połowy jej części północnej.
Co ja mam z tym Trumpem? Pewnie zwalam na niego winę za całe zło, w nim widzę Wielkiego Demontera świata, który był taki fajny i właśnie się zawalił. Świat, nie Demonter. Jest dla mnie uosobieniem jakiegoś niebywale wybujałego i pozbawionego hamulców pacaństwa ludzkości, która gada do siebie o sobie i niczego innego nie ma zamiaru słuchać. Na takim podłożu lęgną się wojny nowoczesnych plemion, jak mówi Michał Paweł Markowski w swojej najnowszej książce. Nie ma prawdy, nie ma racji, nie ma dialogu. Jest tylko Ja. I nagle przychodzi wirus, bezosobowy, neutralny, obojętny, głuchy, milczący, który też nie ma zamiaru nikogo słuchać. I zabija. Pokrzykiwania wojenne różnych mentalnych trampów nie robią na nim najmniejszego wrażenia. Kosi równo, proporcjonalnie, bez emocji. Jest doskonałym i szatańsko przewrotnym spełnieniem naszej woli prawdy – pojawia się tam, gdzie go szukamy. Jest już nawet na Grenlandii.
Ten ginekolog z Kielc ponoć popełnił samobójstwo z powodu wylanego na niego hejtu. Rodzina założyła sprawę w sądzie. Wobec powszechnej kwarantanny rozprawa odbędzie się zapewne zdalnie, przez internet, czyli narzędzie zbrodni wystąpi zarazem w roli miecza sprawiedliwości. Ciekawe. Coraz ciekawsze.
Dzisiaj nie kicham, nie kaszlę, ale cały dzień migrena. Tabletki nie działają. Może już tak zostanie.
Ławeczkę do ćwiczeń i hantle zamówiłem na allegro. Obiecali dostawę (darmową!) w ciągu dwóch dni.
19 marca 2020 (355 zarażonych, 5 zmarłych)
Liczę i zestawiam. Wirus pojawił się w grudniu 2019 roku w chińskiej prowincji Wuhan. W połowie miesiąca władze chińskie informowały o 27 przypadkach zakażenia. W ciągu 3 miesięcy rozprzestrzenił się po całej planecie, łącznie z tak odosobnionymi zakamarkami jak Grenlandia czy wyspy Fidżi, Guam i Francuska Polinezja na dalekim Pacyfiku. Z mapy zakażeń w USA wynika, że jest we wszystkich stanach, nawet tych najbardziej pustynnych i rolniczych. Przypadki mnożą się w miarę rozszerzania testów i ich liczba z dnia na dzień rośnie. Wirus jest dosłownie wszędzie.
Tak fenomenalną dystrybucję zarazków można wytłumaczyć jedynie masową migracją ludzi, którzy w ostatnich czasach podróżują jak zwariowani, czy to jest potrzebne, czy nie. Tysiące samolotów pasażerskich codziennie tną niebo we wszystkich kierunkach, spalając miliony litrów paliwa i wożąc miliony ludzi tam i z powrotem, jakby samo przemieszczanie się stanowiło jakąś życiową wartość. Ludzie latali, oglądali, pstrykali zdjęcia i wracali szczęśliwi, że udało im się z sukcesem zrealizować własny, mały, mieszczański kolonializm. I’ve been there, done that, got the t-shirt. Rozmaitej maści gawędziarstwo podróżnicze rozwinęło się do tego stopnia, że wytworzyło osobną gałąź literatury faktu, która za całe przesłanie miała westchnienia podekscytowanego Ja: och, jak wspaniale, że tam byłam! (Używam rodzaju żeńskiego żeby nie było, że uwzględniam tylko męski punkt widzenia.) No więc lataliśmy, wzdychaliśmy i wracaliśmy, roznosząc po całym świecie nieprzewidziany rachunek za planetarną beztroskę. A teraz ten rachunek puka do naszych drzwi.
A propos pukania. W ramach unikania kontaktów międzyludzkich dla kuriera wiesza się siatkę na płocie z prośbą, żeby w niej zostawił przesyłkę. Nie mam torby, w której zmieściłaby się mająca nadejść lada chwila ławeczka do ćwiczeń. Każę postawić pudło na podjeździe i poczekam, aż wirusy na powierzchni zdechną. Jak długo? Mówią, że do dwóch dni. Dzisiaj ma padać. Nie wiem, czy deszcz zmywa takiego wirusa? Utopią się te zarazki w nowo wyszykowanym w Grobianach rynsztoku? To by było dosyć głupie, gdyby taki pandemiczny potwór po prostu zginął w zwykłej kałuży. Nieco uwłaczające dla naszej ogólnoludzkiej tragedii. Nie, chyba taki cienki nie jest, skoro w 3 miesiące opanował całą Ziemię. Trzeba będzie pudło obmyć spirytusem… Poważnie?
Takie myśli chodzą mi po głowie. By je przerwać, wychodzę na taras. Słońce świeci. Wącham wiatr. Skoro jest wszędzie, to tutaj też? W tym ciepłym, wiosennym wietrze, którym uwielbiam wypełniać płuca aż po szyję? Mam go już w sobie i powoli staję się nim, nic o tym jeszcze nie wiedząc? Wczorajszy ból głowy mógł nie być dobrze oswojoną migreną, tylko jego pierwszym, łagodnym do mnie zagajeniem. Hej, gościu, a ty co? Tak sobie siedzisz i myślisz, i myślisz że coś wymyślisz? To nic nie da. Wprawdzie masz grupę krwi zero, czyli trochę bardziej odporną niż na przykład B, ale jakoś poradzę. Nie z takimi już sobie radziłem. Wydaje ci się, że w pisaniu naprawdę zawiera się jakaś funkcja ocalająca, jak mądrowałeś w doktoracie? Okej, próbuj, ale jak cię teraz wszamię od środka w tydzień, to z całego twojego pisania zostanie raptem parę nieokrzesanych stron. Topornych i nerwowych, sam przyznasz. Nie znalazłeś jeszcze formy na ten dziennik, piszesz chaotycznie i bez rozeznania kierunków, w których rozwinie się tak zwana sytuacja. Co w sumie dobrze, bo przyszedłem robić chaos.
Jaki chaos? Słońce, wiatr. Wiosna.
Wracam do kompa. O, jest pięć minut dla moich ulubionych Austriaków. W szczycie sezonu narciarskiego szli w zaparte i udawali, że żadnego zakażenia u nich w kurortach nie ma. Teraz wyszło, że Finlandia alarmowała, Norwegia alarmowała, Szwecja alarmowała, Dania alarmowała, ponieważ większość narciarzy z austriackiego Ischgl wracała zarażona. Sugerowano zamknięcie ośrodków, ale nie, Austriacy głusi. Proszę tu płacić i nie gadać. A jak się zrobi afera, zwalimy na Włochów, to zwykle działa, bo die Italiener są nieodpowiedzialni i niepoważni. Nie to, co my. Przed laty sporo czasu spędziłem wśród tego sympatycznego i nieźle ksenofobicznego ludku alpejskiego, więc wyczuwam ten ich klimat tradycyjnej gościnności, dobrze skalkulowanej w euro. Nasi zakopiańscy górale w porównaniu z nimi to pikuś.

www.unsplash.com/Pamela Saunders Następny ginekolog, tym razem z Poznania, leży w śpiączce farmakologicznej. Zanim w nią zapadł po zakażeniu koronawirusem, przez tydzień urzędował z rodziną i przyjmował pacjentki w prywatnym gabinecie. Wylicza mu się kontakt z 141 osobami. Teraz trzeba je odnaleźć, zapukać do drzwi i przekazać radosną wiadomość. Część z nich to zapewne kobiety ciężarne. Ucieszą się.
Tak to leci wokół globu, jak ten mój wiosenny wiatr. Tu władze zabroniły mówić, tam geszefciarze chronili swoje dochody, gdzie indziej wódz polityczny wolał zlekceważyć problem i napompować swoje ego, niż myśleć publicznie. Ludzkość. Muszę ją kochać, bo innej i tak nie dostanę.
We Włoszech dzisiaj zmarło 427 osób, znowu więcej. Ten kraj naprawdę został dotkliwie zaatakowany, już ma więcej zgonów niż Chiny. Wyborcza wrzuciła filmik nakręcony przez policję podczas interwencji. Dwóch pijanych i agresywnych kretynów wlazło do sklepu i zaatakowało sprzedawczynię. Jeden z nich ją opluł. Podobno krzyczeli, że są zarażeni wirusem. Akcja policji była szybka, sprawna i nagrywana na bieżąco. Nie wiem, czy prawdziwa wiadomość, czy policyjna reklama porządku publicznego, którego pod żadnym pozorem nie wolno naruszać, bo będziemy reagować bezwzględnie itd. Być może jest to stanowcza i jednoznaczna odpowiedź na wczorajszy żart z prośbą do przestępców o powstrzymanie się od łamania prawa. Że niby tamto było śmieszne, ale tak poważnie to nawet nie próbujcie, bo zakujemy w bransolety, wywleczemy przed sklep, powalimy na chodnik i postawimy podeszwę na twarzy. I bardzo dobrze. Oby pomogło, choć nie powiem, żebym się całkiem uspokoił.
Dosyć tych wieści, idziemy do lasu na spacer. Pusto. Cicho. Ciepło. Słońce świeci. Opowiadam Toni stare wspomnienia z dzieciństwa, wywołuję z pamięci dawno zmarłych ludzi, psy, konie… Jakieś sytuacje błahe, mgliste, nieistniejące już dla nikogo oprócz mnie. Mam wrażenie, jakbym je wygrzebywał z mułu na dnie głębokiego stawu. Wraki zatopione przez czas. Tym bardziej odległe, że oddziela mnie od nich nowa granica – pandemii. Podobno nic już nie będzie takie jak dawniej. Tym bardziej nie będzie więc tego, czego i tak już nie ma, ale mnie boli jeszcze coś. Ja już nie będę taki jak dawniej. Dotychczas wspomnienia służyły podtrzymaniu więzi ze mną dawnym, potwierdzeniu, że w jakimś stopniu to nadal jestem ja. Ostrze pandemii przecina nitki mojej tożsamości. Jakbym stał na rufie odpływającego okrętu i patrzył na znikający dach rodzinnego domu. Jestem kimś innym, niż byłem jeszcze miesiąc temu. Widzę inny świat i mam inne myśli. Bezpowrotnie. To dokucza. Boli.
Między nagimi jeszcze gałązkami rozwieszona delikatna pajęczyna, ledwie widoczna, jak utkana z powietrza. Prawie na nią włażę, w ostatniej chwili się zatrzymuję. Maleńki pajączek w środku znieruchomiał i popatruje krzywo. Hej, facet, uważaj trochę! Ja tu dziergam pajęczynę! To moja pierwsza, weź nie demoluj pająkowi życia na samym starcie! Gówniane miejsce sobie wybrałeś, mówię mu, na samym środku ścieżki. I tak za chwilę ktoś tu pójdzie i ci to zerwie. E, gadanie, odpowiada naburmuszony, a wirusa masz? Jak tak, to pal gumy, bo mnie zarazisz. Nie słyszałeś? Zwierzęta nie zarażają ludzi, ale ludzie mogą zarazić zwierzęta. Tak mi mówi.
Faktycznie, coś takiego czytałem rano. Widocznie ten mały pająk też śledzi Wyborczą. W powrotnej drodze zagadałem się o modelach sklejanych przez mojego starszego brata, który zmarł rok temu, i wlazłem w tę pajęczynę. Szlag trafił misterną robótkę, a wraz z nią nić tożsamości pajączka. Wszystko na nic. Koniec. Starasz się, pracujesz, mozolnie supłasz węzełki, a prędzej czy później i tak ktoś się zagapi i wlezie w twoją pajęczynę.
Hantle już przyszły. Rozpakowałem i zostawiłem na tarasie, żeby się przez noc wyjałowiły. Kwarantanna.
-
Przedpremierowy fragment „Polowania na zło” Chrisa Cartera!
Nie wiem jak Państwo, ale ja lubię ten okres oczekiwania na książki Chrisa Cartera. Niby już za moment, ale jednak jeszcze chwila. Na szczęście jest Internet i przy kawie możecie narobić sobie jeszcze większego smaka na „Polowanie na zło”. Poniżej macie przedpremierowy fragment, a premiera już 15 kwietnia. Pewnie wtedy też będziemy siedzieć w domach i rozmyślać nad tym, kiedy wirus sobie pójdzie. Książkę możecie kupić klikając w okładkę zamieszczoną w tekście, albo tutaj (klik). No to nie przeszkadzam, miłej lektury, uważajcie na siebie, oddaję Was w ręce Roberta Huntera.
Jeden
Tego ranka Jordan Weaver potrzebował dokładnie dwudziestu ośmiu minut i trzydziestu jeden sekund, aby przebyć czternaście i pół kilometra dzielące jego dom od miejsca pracy, czyli o jakieś dwanaście minut więcej niż zwykle. Wszystko przez zepsutą ciężarówkę, która częściowo blokowała jeden ze zjazdów z autostrady numer 58. Zaparkowanie samochodu i dotarcie od parkingu do wejścia dla personelu kosztowało go następną minutę i dwadzieścia dwie sekundy. Przebrnięcie przez ochronę, odbicie karty, pozostawienie torby w szafce i szybka wizyta w toalecie zajęły osiem minut i czterdzieści dziewięć sekund. Nalanie kawy z ekspresu i spacer korytarzem prowadzącym do stróżówki to kolejna minuta i dwadzieścia siedem sekund. To oznaczało, że Jordan Weaver – strażnik skrzydła szpitalnego w więzieniu federalnym w Wirginii – potrzebował czterdziestu minut i ośmiu sekund, aby pokonać dystans dzielący jego dom od najgorszych chwil jego życia.
Gdy Jordan wyszedł zza rogu i spojrzał na znajdującą się przed nim stróżówkę, poczuł ucisk w gardle, serce zaś zaczęło mu bić znacznie szybciej. Kwadratowe pomieszczenie z dużymi kuloodpornymi szybami nigdy, przenigdy, nie pozostawało bez nadzoru. Tymczasem teraz nie widział nikogo w środku. To pierwsza rzecz, która go zaniepokoiła. Druga to antywłamaniowe drzwi, które stały otworem, co stanowiło ogromne naruszenie regulaminu. Przeraził się jednak, upuścił kubek z kawą i zaczął się modlić do Boga, aby wszystko było tylko snem, dopiero na widok plam i smug krwi, które dostrzegł na jednej z szyb.
– Nie, nie, nie… – Jego słowa stawały się coraz głośniejsze, gdy przechodził od marszu do najszybszego sprintu. Z każdym krokiem wielki pęk kluczy, wiszący u jego pasa, obijał się z brzękiem o prawe udo.
Strażnik dopadł do wejścia w ciągu dwóch sekund. Wówczas koszmar stał się rzeczywistością.
Na podłodze stróżówki w ogromnej kałuży krwi leżeli Vargas i Bates. Ich odrzucone do tyłu głowy ukazywały straszliwe rany: głębokie rozcięcia biegnące przez całą szerokość szyi. Zarówno żyła szyjna wewnętrzna, tętnica, jak i krtań zostały rozpłatane.
– O kurwa!
Na drugim końcu pomieszczenia znajdował się pielęgniarz Frank Wilson – dwudziestoczteroletni Azjata, który niedawno ukończył Uniwersytet Old Dominion w Norfolk. Jego ciało spoczywało na obrotowym fotelu. Gardło poderżnięto mu z taką gwałtownością, że niewiele brakowało, aby doszło do dekapitacji. W przeciwieństwie do dwóch martwych strażników, mężczyzna miał otwarte, pełne przerażenia oczy. Wydawało się, że wpatruje się prosto w Jordana i nawet po śmierci nadal błaga o pomoc. Cała trójka została rozebrana do bielizny. Broń funkcjonariuszy również zniknęła.
– Jezu Chryste! Co się tutaj stało?
Roztrzęsiony Weaver przeszedł nad ciałem Vargasa, aby dotrzeć do panelu kontrolnego i włącznika alarmu. Gdy uderzył w niego otwartą dłonią, całą placówkę wypełnił ogłuszający ryk syren.
W zachodnim skrzydle szpitalnym znajdowało się osiem cel. Zgodnie z dokumentami obecnie zajęta była tylko ta z numerem jeden. Strażnik natychmiast spojrzał na ekrany zbryzganych krwią monitorów – dokładniej mówiąc, na ten znajdujący się na samym końcu po lewej.
Cela była pusta. Drzwi otwarte na oścież.
– Kurwa, kurwa, kurwa!
Weaver poczuł, jak miękną mu nogi. Pracował jako strażnik w skrzydle szpitalnym od dziewięciu lat, w tym czasie nie uciekł ani jeden więzień.
– Kurwa! – wrzasnął na całe gardło. – Jak to się stało, do ciężkiej cholery?
Ponownie rozejrzał się po stróżówce. Nigdy jeszcze nie widział tyle krwi. To więzienie o zaostrzonym rygorze, ale w ciągu tych dziewięciu lat nie zginął żaden ze strażników.
– Kuuuuurwa!
Nagle Jordan zamilkł, jego mózg zarejestrował coś, co wcześniej mu umknęło.
We wnętrzu uchylonej szuflady mrugało blade, białe światło.
– Co jest?
Ponownie musiał przestąpić nad ciałem Vargasa. Poślizgnął się w kałuży krwi, instynktownie wyciągnął przed siebie ręce, próbując się czegoś chwycić. Lewa dłoń nie napotkała nic na swojej drodze. Natomiast prawa zacisnęła się na uchylonej szufladzie. Starał się stanąć prosto, ale znowu się poślizgnął. Przytrzymał się szuflady, otwierając ją przy okazji do końca.
Nawet przez głośny ryk syren do jego uszu doleciało dziwne kliknięcie.
To ostatni dźwięk, jaki usłyszał, zanim jego głowa eksplodowała, stając się mieszaniną krwi, kości i substancji szarej.
Dwa
NCAVC, czyli Narodowe Centrum ds. Analizy Przestępstw z Użyciem Przemocy, to specjalistyczny departament FBI, powołany w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku, chociaż oficjalnie funkcjonował od czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego. Jego podstawowym zadaniem było wspieranie policji i pozostałych służb w dochodzeniach w niezwykłych lub powtarzających się przestępstwach, nie tylko w kraju, ale i na całym świecie.
Adrian Kennedy, dyrektor tej jednostki, koordynował większość jej działań z kwatery głównej, mieszczącej się w akademii FBI niedaleko miasta Quantico w Wirginii, albo ze swojego przestronnego biura położonego na najwyższym piętrze słynnego budynku J. Edgara Hoovera w Waszyngtonie. Jednak zrządzeniem losu, gdy tego poranka zadzwoniła jego komórka, Adrian nie przebywał w żadnym z tych dwóch miejsc. Przyleciał do Los Angeles, aby zakończyć prowadzone wspólnie z lokalną policją śledztwo w sprawie seryjnego mordercy.
– Pogrzeb agenta specjalnego Larry’ego Williamsa odbędzie się w Waszyngtonie za dwa dni – oznajmił Hunterowi i Garcii. Jego głos z natury był zachrypnięty, ale całe dekady palenia tytoniu jeszcze spotęgowały ten efekt. Teraz dodatkowo brzmiało w nim zmęczenie. – Pomyślałem, że może chcielibyście przyjechać.
– Załatwimy co trzeba i stawimy się – odpowiedział Robert. Sprawiał wrażenie równie zmęczonego. Wyraźne worki pod oczami zdradzały, jak mało spał w ostatnich dniach.
Carlos pokiwał głową.
– Na pewno przyjedziemy. Williams był świetnym agentem.
– Jednym z moich najlepszych – przytaknął smutno Adrian. – Przyjaźniliśmy się.
– Praca z nim była zaszczytem – dodał Hunter.
Dyrektor FBI zamilkł, wpatrując się w dal, jakby intensywnie nad czymś myślał. Wówczas poczuł telefon wibrujący w jego kieszeni. Uniósł palec wskazujący lewej dłoni, dając detektywom znak, żeby zaczekali chwilę, po czym odebrał połączenie.
– Adrian Kennedy – rzucił do słuchawki, a następnie słuchał przez moment. Po chwili na jego twarzy odmalowało się kolejno zdziwienie, niedowierzanie, a na koniec osłupienie.
– Co masz na myśli, mówiąc „zniknął”?
Te słowa sprawiły, że obaj mężczyźni spojrzeli na niego z wyczekiwaniem.
– Kiedy to się stało? – Cień obawy pojawił się w głosie Kennedy’ego.
– Co się dzieje? – zapytał Garcia.
Dyrektor na migi pokazał, aby mu nie przerywali.
– Jak, do ciężkiej cholery, to w ogóle możliwe? – Mówiąc to, wzruszył ramionami. Niepokój w jego głosie zamienił się w gniew. – Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to miało być więzienie o zaostrzonym rygorze, prawda?
– …
– W jaki sposób więzień takiej placówki mógł sobie wyjść na wolność z pilnie strzeżonego budynku, przekroczyć bramy i wszystkie punkty kontrolne, i nikt go po drodze nie zatrzymał? Co to za cyrk?
– …
– Przepraszam, gdzie go przeniesiono? – Wściekłe spojrzenie Kennedy’ego napotkało zaniepokojony wzrok Huntera.
– …
– Mimo wszystko ochrona powinna… – Adrian urwał w pół zdania. – Ilu strażników zabił?
Gdy usłyszał odpowiedź, przytknął dłoń do czoła i zaczął masować skronie kciukiem i palcem wskazującym.
– Pułapka w stróżówce? – Otworzył szeroko oczy. – Jakim cudem ją tam umieścił? I z czego ją zrobił?
– …
– Jak, na litość boską, dostał…? – Ponownie przerwał, zdając sobie sprawę, że pytania „jak” nie mają już żadnego sensu. – Dobra. Natychmiast wydajcie ogólnokrajowy list gończy. Natychmiast, rozumiemy się? Ma dotrzeć do każdego komisariatu, nieważne jak małego. Wszyscy mają się tym zająć. Poinformujcie też Departament Sprawiedliwości, że poszukiwania zbiega będą koordynowane nie tylko przez szeryfów federalnych, ale także przez FBI. Chcę dostać nazwisko naczelnika więzienia. Ktoś beknie za tę niekompetencję. Możesz być pewien… Jest jeszcze coś? Co niby jeszcze może być?
Słuchał w milczeniu przez dłuższą chwilę.
– Czekaj, czekaj – przerwał w końcu rozmówcy. – Musisz mi to powtórzyć. Zrób głęboki wdech, uspokój się i powiedz jeszcze raz, ale powoli.
Kennedy zerknął na Huntera, na jego twarzy odmalował się ból.
– Jesteś pewny? – zapytał. – W porządku. – Wydawał się pokonany. – Wyślij mi zdjęcie, jako potwierdzenie. Teraz, słyszysz?
– …
– Tak, teraz.
Adrian się rozłączył, żeby nie rzucić telefonem o ścianę, głęboko nabrał powietrza i trzymał je w płucach tak długo, jak tylko mógł.
– Co się stało? – zapytał z niepokojem Robert.
Brak odpowiedzi.
– Adrian. Co, do cholery, się stało?
Gdy mężczyzna w końcu na niego spojrzał, miał pustkę w oczach, wyglądał na zagubionego. Detektyw dostrzegł w nich coś jeszcze, ale nie potrafił tego zidentyfikować.
– Zniknął – odpowiedział Kennedy. – Uciekł. Wyszedł z więzienia federalnego o zaostrzonym rygorze, zupełnie jakby nikt go nie pilnował. Zabił po drodze trzech strażników i dwóch sanitariuszy.
– Kto uciekł? – dociekał Garcia. Był wyraźnie zdezorientowany. – Na pewno nie morderca, którego właśnie złapaliśmy. Nie został jeszcze skazany, zatem nie mógł trafić do więzienia federalnego, chociaż bez wątpienia to nastąpi.
– Nie, to nie jest morderca, którego właśnie złapaliście – potwierdził Adrian.
– No to kto to jest?
Dyrektor FBI popatrzył na Huntera. Robert ponownie zauważył coś w jego spojrzeniu, tym razem udało mu się to jednak rozpoznać. Mężczyźnie było przykro. W jego oczach kryła się swego rodzaju prośba o wybaczenie.
Detektyw poczuł ucisk w żołądku. Nie musiał pytać. Doskonale wiedział, czyje nazwisko zaraz padnie.
Carlos z kolei nie miał zielonego pojęcia, o kim mówi Kennedy, ale uchwycił nieme porozumienie pomiędzy nim a swoim partnerem.
– Kto uciekł? – naciskał dalej.
– Lucien – oznajmił w końcu Adrian.
– Lucien? – Garcia wodził wzrokiem po obu rozmówcach. – Jaki Lucien?
Hunter otworzył oczy, ale się nie odezwał. Dyrektor podjął się wyjaśnienia.
– Lucien Folter.
Gdy wypowiedział te słowa, postawa Roberta uległa zmianie: teraz sprawiał wrażenie udręczonego.
Carlos nigdy jeszcze nie widział swojego partnera w takim stanie. Gdyby nie znał go tak dobrze, uznałby, że ten się boi.
– Kim, do jasnej cholery, jest Lucien Folter?

Adam Szaja i Chris Carter, fot: smakksiazki.pl Trzy
Robert był jedynakiem, jego rodzice należeli do klasy średniej. Mieszkali w Compton, dość ubogiej dzielnicy w południowej części Los Angeles. Jego matka przegrała walkę z rakiem, kiedy miał zaledwie siedem lat. Ojciec nie ożenił się ponownie i musiał pracować na dwa etaty, żeby dać radę samotnie wychować syna. Od najmłodszych lat było oczywiste, że Hunter jest inny niż rówieśnicy. Wyciągał wnioski szybciej od pozostałych dzieci. Szkoła go nudziła i frustrowała. Rozwiązał wszystkie zadania z podręczników do szóstej klasy w mniej niż dwa miesiące, więc żeby się czymś zająć, przerobił następnie materiał siódmej, ósmej i dziewiątej klasy. Wówczas dyrektor szkoły skontaktował się z Komisją Edukacji w Los Angeles i po całym szeregu testów i egzaminów, w wieku dwunastu lat, Robert dostał stypendium w szkole dla uzdolnionych Mirman. Gdy miał czternaście lat, ukończył już program z angielskiego, historii, matematyki, biologii i chemii. Czteroletnie liceum udało mu się skończyć w dwa lata i w wieku piętnastu lat opuścił szkołę z wyróżnieniem. Otrzymawszy rekomendacje od wszystkich nauczycieli, Hunter został przyjęty „na szczególnych warunkach” na Uniwersytet Stanforda. Co prawda Robert był przystojnym chłopakiem, ale jego młody wiek, niezwykle szczupła budowa ciała i nietypowy styl sprawiły, że dziewczyny się nim w ogóle nie interesowały, natomiast stał się łatwym celem dla szkolnych osiłków. Nie garnął się do sportu, wolny czas wolał spędzać w bibliotece, niezwykle szybko pochłaniając książki z mnóstwa różnych dziedzin. Właśnie wtedy odkrył w sobie fascynację kryminologią i procesami myślowymi tych, których nazywamy „złymi”.
Utrzymanie najwyższej średniej na studiach nie stanowiło dla niego problemu, w przeciwieństwie do nawiązywania relacji z innymi. Szybko miał dosyć tego, że silniejsi nim pomiatają, biją i nazywają „wykałaczką”. Za radą przyjaciela zapisał się na siłownię i na zajęcia walki wręcz. Nie przejmował się fizycznym wyczerpaniem, ćwiczył niczym profesjonalny kulturysta. Rok intensywnych treningów przyniósł widoczne efekty: jego ciało stało się znacznie bardziej umięśnione. „Wykałaczka” przeistoczył się w wysportowanego chłopaka, który w niecałe dwa lata uzyskał czarny pas w karate. Zaczepki osiłków ustały, przyciągnął też uwagę dziewcząt.
W wieku dziewiętnastu lat Hunter uzyskał tytuł magistra psychologii – summa cum laude – cztery lata później został zaś doktorem kryminalnej analizy behawioralnej i biopsychologii. Dzięki jednemu z profesorów jego praca doktorska zatytułowana Zaawansowane badania psychologiczne nad działalnością kryminalną stała się materiałem obowiązkowym w akademii FBI w Quantico w Wirginii.
Zaledwie dwa tygodnie po uzyskaniu doktoratu cały świat Roberta legł w gruzach po raz drugi.
Od trzech i pół roku jego ojciec pracował jako ochroniarz w Bank of America na Avalon Boulevard. Podczas napadu został postrzelony w klatkę piersiową. Operowano go przez kilka godzin, po czym zapadł w śpiączkę. Nic więcej nie dało się zrobić. Można było tylko czekać.
Zatem Robert czekał. Siedział u boku ojca i patrzył, jak jego stan stopniowo się pogarsza. Po dwunastu tygodniach zmarł. Ten czas odmienił Huntera. Mógł myśleć tylko o zemście. Kiedy policja powiedziała, że nie mają żadnego podejrzanego, do Roberta dotarło, że morderca ojca nie zostanie złapany. Poczuł się całkowicie bezsilny, to z kolei przepełniło go wściekłością. Po pogrzebie doszedł do wniosku, że studiowanie umysłów przestępców to za mało. Zawsze będzie za mało. Musiał zacząć ich ścigać osobiście.
Po dołączeniu do policji Hunter błyskawicznie awansował: został najmłodszym detektywem w historii Los Angeles. Szybko przeniesiono go również do sekcji specjalnej wydziału zabójstw, która zajmowała się wyłącznie sprawami seryjnych morderców, wymagającymi znacznych nakładów pracy i wiedzy eksperckiej. Jeśli chodziło o morderstwa, Los Angeles to zupełnie niezwykłe miejsce. Nie ma drugiego takiego na całym świecie. Z jakiegoś powodu przyciągało, a być może nawet i rodziło szczególny rodzaj psychopatów, co z kolei skłoniło burmistrza i samą policję do stworzenia jeszcze bardziej elitarnej jednostki wewnątrz sekcji specjalnej. Przestępstwa, które cechowała przytłaczająca wprost dawka sadyzmu i brutalności, oznaczano jako „szczególnie okrutne”. Robert dowodził jednostką, która przejmowała takie właśnie sprawy. W swoim życiu widział więcej okropieństw niż jakikolwiek inny policjant… kiedykolwiek. Nic go nie przerażało ani nie szokowało. Dlatego Garcia był tak zaskoczony.
– Kim, do cholery, jest Lucien Folter? – zapytał ponownie, zerkając na Kennedy’ego i Huntera.
Żaden z nich nie spojrzał mu w oczy.
– Robert. – Tym razem ton Carlosa przypominał ton ojca dyscyplinującego nieposłuszne dziecko. – Kim, do cholery, jest Lucien Folter?
– Mówiąc w skrócie…
Hunter popatrzył w końcu w oczy partnera, jednak odpowiedź nadeszła od Adriana. Jego głos brzmiał jeszcze bardziej złowieszczo niż przed chwilą.
– Lucien Folter to…
Garcia odwrócił się do niego.
– …zło w ludzkiej postaci.
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 2 oraz 3)
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii
16 marca 2020 (155 zarażonych, 4 zmarłych)
Słońce i cisza. Wiosna i śmierć. Czekamy na jakieś pierwsze namacalne oznaki, ponieważ na razie cała nasza wiedza pochodzi z mediów. Coś idzie, ale jest niewidoczne i bezgłośne. Przenika rzeczywistość, ale go nie ma. Ta niewidzialność jest uspokajająca, więc ludzie trochę zwolnili z paniką. Kupują z rozsądkiem, ponieważ wszystko z powrotem na półkach jest. No, prawie wszystko, bo drożdży nadal nie ma. Ciekawe te drożdże. Mój sąsiad z Grobian, profesor Andrzej Zoll, również szukał po sklepach drożdży, podobno nawet w warzywniaku, jak mi z uśmiechem doniosła sprzedawczyni. Gotowe zapasy wkrótce się skończą, w przeciwieństwie do epidemii, i przejdziemy na tryb awaryjny. A wtedy mąka i drożdże. Akurat świat na przednówku i ziemniaki stare, zmurszałe, szybko puszczają pędy, a sałaty i rzodkiewki spod folii jeszcze nie ma.

www.unsplash.com/Nadya Spetnitskaya Umiecie piec chleb? Jeśli nie, pora na ściąganie przepisów z internetu. Póki jeszcze działa.
W ogóle jest dogłębne, horyzontalne myślenie, co by tu jeszcze kupić, skoro sklepy w poniedziałek rano nadal otwarte. Najpierw przyszła mi do głowy ławeczka do ćwiczeń i hantelki 10 kg, bo tego mi brakuje, a siłownie zamknięte. Potem napełniłem baki wszystkich czterech samochodów (obie córki u nas siedzą, podjazd pełen jak na imieninach u cioci). Na koniec pojechałem po sejf domowy, taki nieduży, z atestem na broń. Na wszelki wypadek, jak mawia Andrzej Krzycki. W pustym sklepie ze sprzedawcą trzymamy się na trzy metry od siebie, towar obmacuję przez foliowe rękawiczki, zwinięte wcześniej z dystrybutora na stacji benzynowej. Facet mówi, że od tygodnia ma żniwa na sejfy. Ździebko się zdumiałem, bo mój pomysł wydał mi się oryginalny, w dodatku stanowił zwieńczenie planów snutych od co najmniej dwóch lat: metalowa skrzyneczka zakotwiczona w piwnicznej ścianie, w środku glock 17 i sig sauer 1911 plus dwa pudełka amunicji 9 mm, pod spodem biżuteria, dolary i euro. Jak na filmie. Moim prywatnym filmie o mnie samym przygotowującym się na katastrofę. Nic nie poradzę, tak już mam. W zasadzie od dzieciństwa jestem katastrofistą. A tu proszę, nagle katastrofistów legion. I wszyscy kupują sejfy. Na kosztowności? Nie. Żeby zamknąć na klucz swoje małe lęki.
Kupiłem, przywiozłem, leży bagażniku w charakterze kwarantanny. Przedmioty również jej potrzebują. Przypominam, że na powierzchniach metalowych i plastikowych ten bydlak koronawirus trzyma się ładnych parę godzin. Garść dolarów kupiłem wcześniej, zanim podrożały i znikły. Parę euro, przyoszczędzonych z ostatniego zagranicznego wyjazdu. Cieniutko. Kosztowności nie mam. Pistoletu również. Może kupię taki na wodę. Zakażoną wodę.
O zmierzchu znowu z Aksą na łąkach. Tym razem ludzi mniej, zaledwie jeden pan z pieskiem o wdzięcznym, choć w kontekście katastrofy nieco ryzykownym imieniu Nero. Kundelek poszczekuje na Aksę, żeby się trzymała z daleka. Też ostrożny. Krew zachodzącego słońca leje się na pagórki, lasy, wsie rozrzucone w beskidzkich dolinach. Granatowa linia gór jak ostrze lancetu pod mikroskopem. Zmierzcha. Nastrój wręcz idealny.
Obserwujemy Gwiazdę Wieczorną, czyli Wenus. Świeci wyjątkowo jasno, w tym tygodniu osiąga jasność -4,3 wielkości gwiazdowej. Kocham ją od zawsze, od szkolnych fascynacji astronomią i pierwszego teleskopu, budowanego z rury kanalizacyjnej i kupowanych u optyka soczewek. Planeta miłości. Nie bardzo pasuje do tego, co nas dzisiaj gnębi. Szukam jakichś dodatkowych tropów mitologicznych i znajduję, że starożytna nazwa jej wersji porannej brzmiała u Greków Phosphoros, czyli „niosący światło”. To łacińskie imię Lucyfera. Aha, więc jednak. Babilońska odpowiedniczka Wenus, bogini Isztar, była od miłości i wojny. Jeszcze lepiej. Bliżej tego, co mamy za oknem.
Wieczorem gram z Olą i Tonią w Civilization V. Ponoć scenariusze można rozgrywać tygodniami. Mam imperium azteckie, co też nie wróży najlepiej.
Właśnie znalazłem, że w Wyborczej były szef Wirtualnej Polski, Grzegorz Wysocki, również publikuje coś podobnego pod tytułem „Dziennik czasów zarazy”. Jak widać, trudno się oprzeć wpływom poczciwego Daniela Defoe. No cóż, dziennikujmy, zobaczymy, czy coś sensownego z tego wyniknie.
17 marca 2020 (221 zarażonych, 5 zmarłych)
Sejf, ciąg dalszy. Dzień rozpoczynam od drobnej i z pozoru tylko niezwiązanej z epidemią informacji. W małopolskich Koszycach rano młody mężczyzna wtargnął do banku z atrapą broni i sterroryzował pracownicę w celach rabunkowych. Spłoszony uciekł, porzuciwszy czapeczkę i plecak, rabunek się nie powiódł, policja poszukuje sprawcy i publikuje zdjęcia. Człowieka, czapeczki i plecaka. W nieodparty sposób błaha ta w istocie notka skojarzyła mi się z narzekaniami policjantów, że już nie dają rady, że są przemęczeni, narażeni, niedożywieni i niedoinwestowani, i w ogóle najchętniej też by się zamknęli w domach dla świętego spokoju. A tu porządku publicznego trzeba pilnować. Ten nieudolny napastnik z Koszyc pewnie pomyślał, że już nie pilnują i że już można. Trochę nieprecyzyjną synchronizację czasową wykonał i się wyrwał przed szereg, niemniej postrzegam go jako prekursora. Rozprzężenie związane z epidemią najpierw wyłącza poczucie solidarności, potem zakazy etyczne, przyzwoitość, a na końcu puszczają w ogóle wszelkie zahamowania i pozostaje naga przemoc. W skrajnych przypadkach przechodząca w ludobójstwo i kanibalizm, patrz przejmująca Droga Cormaca McCarthy’ego. Z całej ludzkości zostaje tylko ojciec i syn, i ten pierwszy robi wszystko, żeby ocalić tego drugiego. Tylko że już nie wiadomo, po co.
Inna ciekawa wiadomość to 18 chasydów z Nowego Jorku, zamkniętych w hotelu w Leżajsku. Przyjechali na uroczyste modlitwy w rocznicę śmierci cadyka Elimelecha z Leżajska, który tego dnia schodzi na ziemię i zabiera ich prośby do nieba. Gdy przylatywali do Polski, wszystko działało jak należy, ale w tak zwanym międzyczasie świat ziemski się wykopyrtnął, wyłączono samoloty i biedni chasydzi nie mają jak wrócić. Dzisiaj pewnie cały dzień zanoszą modły do rabbiego i zakładam, że chociaż jedna z nich dotyczy przywrócenia połączeń lotniczych z Ameryką. Zatem jest nadzieja. Znacznie większą nadzieją napawa jednak to, że Elimelech z Leżajska był „lekarzem dusz i poskromicielem demonów”, jak go nazywa Martin Buber we wstępie do swych Opowieści chasydzkich, może zatem skutecznie rozprawić się z naszym podłym koronawirusem, który wszak posiada sporo cech demonicznych (niewidzialny i bezgłośny). Módlcie się, bracia chasydzi, także w naszym imieniu! I błagam – nie zważajcie na głupie wpisy w internecie, z powodu których nie chcą was wypuszczać na ulicę, „by nie wzbudzać niepotrzebnych emocji”, jak się wyraził wiceburmistrz Leżajska. Jakich emocji? Jak to jakich, przecież w naszej historii Żydzi zawsze odpowiadali za przywleczone ze świata zarazy. Tu nic się nie zmieniło. Dzielnie trzymamy się naszej polskiej tradycji.

www.unsplash.com/Dave Herring Obie te wiadomości, razem wzięte, kruszą moje poczucie bezpieczeństwa jeszcze na inny sposób. Pandemia pandemią, ale największą zarazą w takich czasach bywa wyzwolone i hulające wśród ludzi zło. Wiem, jesteśmy cywilizowani, przyzwoici, będziemy się solidarnie wspierać – ale tylko do czasu. Prędzej czy później ktoś spróbuje wykorzystać nasze lęki i trudności dla własnych celów, i uruchomi mechanizm destrukcji. A potem już poleci, rozpędzi się tak, że długo i boleśnie będziemy go wyhamowywać. Zawsze tak było i nie ma powodu zakładać, że tym razem będzie inaczej. Tego się boję na przyszłość. Dzisiaj jest jeszcze stabilnie, świat siłą bezwładu toczy się jeszcze według utartych wzorów, ale to nie potrwa w nieskończoność.
Bank federalny USA obniżył, a właściwie pierwszy raz w historii zniósł całkiem stopy procentowe. Któryś z ekspertów nazwał to „strzałem z bazooki”, ale i tak niewiele pomogło. Giełdy lecą na łeb na szyję, kursy walut w polskich bankach i kantorach rosną jak na drożdżach (których nadal nie ma), krótko mówiąc, mamy wystarczająco wiele przesłanek (umiejętnie i jak najbardziej słusznie tonowanych przez media), by zacząć się naprawdę bać. Nasz strach również jest na kursie wznoszącym i wkrótce może się okazać, że wszystkie sejfy świata nie wystarczą, by go w nich zamknąć. Wkrótce, ale jeszcze nie teraz. Na razie spokój. Siedzimy i czekamy. Nic nie widać, nic nie słychać.
Koronawirus najskuteczniej atakuje ludzi starszych. Powtarzano to przekonanie tyle razy, że w końcu jedna radna hiszpańska nie wytrzymała i powiedziała, że to kara za nadmiar starców w naszej cywilizacji. Zaraz potem cofnęła i przepraszała. No cóż, jednak raz powiedziane nie znika, tylko brzmi. Tym głośniej, im silniej jest wyciszane. W starożytnej Sparcie niepotrzebnych starców strącano ze skały do morza, żeby zrobić miejsce młodszym. Koronawirus jako grecki bóg następstwa pokoleń? Władca czasu ludzkiego życia? Koronazeus?
Spokojnie, Zajas. Nie daj się ponosić nerwom i błahym skojarzeniom. Potrzebne skupienie i wzmożona uwaga. Bez paniki. Wprawdzie brak paniki nie pomaga w epidemii, ale wspiera przestraszonych. Tłumaczę sobie na różne sposoby, że to jednak nie może być koniec tamtego świata, że to przejściowe kłopoty, głupi błąd wynikający z nieodpowiedzialnego spożycia przez paru Chińczyków zupy z nietoperza (nie wiem – to prawda z tym nietoperzem???), rozdystrybuowany po świecie przez masową turystykę. Pociesza, ale słabo. A co mam robić? Truchleć ze strachu? Też nie pomoże. Nic nie pomoże, trzeba siedzieć w domu i rozmyślać. I obserwować siebie jak okaz w izolatce.
Właśnie kichnąłem. Czasem kicham alergicznie, albo z chłodu. Ale teraz to kichanie cieniem śmierci okryte. Kicham na śmierć. Gdyby nie ponury kontekst, dopisałbym: buchacha.
Znowu piękny zmierzch. Wenus jak lampa, przewodniczka i gwiazda miłości. Światła domów w mroku, szczekanie psów. Hekate? Nie, zwykły wiosenny wieczór. Sycę się pięknem świata jakoś mocniej, dosadniej, z jeszcze większym zachłyśnięciem. Dopóki mogę się zachłysnąć.
Krzysztof A. Zajas
-
Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii
Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki! Było dobrze, spokojnie, stabilnie i się skończyło. Zawirował nagle świat na pandemicznej karuzeli, wytrącając nas z codziennej pewności siebie. Łapiemy się czego popadnie, żeby nie upaść. To nie są warunki do beztroskiego uprawiania literaturki rozrywkowej, zawieszam więc na razie „Audiobooka” na kołku i zaczynam pisać „Dziennik czasu pandemii”. Spróbuję na gorąco chwytać nici zdarzeń, opinii i atmosfery wokół tego, co się dzieje. Myślę, że częściej niż raz w tygodniu, ale nie zapewniam, że codziennie. Zapraszam Was do dzielenia się własnymi spostrzeżeniami związanymi z pandemią. W końcu przeżywamy ją na co dzień wszyscy. Choć, niestety, nie wszyscy przeżyjemy.
Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii
niedziela, 15 marca 2020 (125 zarażonych, 3 zmarłych)
Regularne zapiski w formie dziennika. Planowałem je od dawna, trochę dla notowania ulotnych myśli, które mają to do siebie, że wydają się niezwykle przenikliwe i po kwadransie znikają, a trochę dla ćwiczenia sieci połączeń między palcami i mózgiem, zwanej pisaniem. Nie mogłem się zdecydować. Odstręczał mnie nieodłączny snobizm, pisarska poza z tym całym uroczystym zasiadaniem, poprawianiem laptopa, podwijaniem rękawów i mruczeniem do siebie: „No, teraz będę pisał, ponieważ jestem pisarzem”. Nie zdecydowałem aż do dzisiaj.
Co się zmieniło? Przyszła epidemia koronawirusa. Nadano jej status pandemii, ponieważ zaledwie w miesiąc objęła całą planetę i nadal się rozwija, a ludzkość zrobiła to co zwykle, czyli najpierw zbagatelizowała i obsypała hiobową wieść anegdotami, potem zamilkła w niedowierzaniu i dopiero od trzech dni podchodzi do sprawy poważnie. Nakupiła produktów, zabarykadowała się w domach i siedzi. Nasłuchuje. Spokojem i skupieniem próbuje zamaskować lęk i niepewność. Nadchodzi, ale co? Naprawdę śmierć, czy tylko kolejny fajerwerk medialny? Chwilowe naruszenie normalności czy jej bezpowrotna utrata? Wróci wczorajszy przyjemny świat, czy nie?
Nasłuchuję i ja. Najpierw cisza. Z wiekiem coraz bardziej potrzebna, teraz otuliła okolicę miękką poduszką bezruchu i bezgłosu. Nareszcie. Złościłem się na hałas samochodów z ulicy, na piłę w warsztacie sąsiada, huk lądujących samolotów, szczekanie psów – i doczekałem się. Zamilkli. Cisza. Nawet wiatr przestał wiać. Teraz powinno być dobrze. W tym nasłuchiwaniu odnajduję i swoje katastroficzne przeczucia ostatnich lat, i fascynację kruchością rzeczywistości, która udawała stabilną, i satysfakcję, że to wszystko nareszcie pierdutnie.
Jak długo można wytrzymać w takiej ciszy? Po godzinie wstaję od biurka i idę zagadać rodzinę. Żeby usłyszeć jakiś dźwięk. Ludzki głos. Potrzeba ludzkiego głosu jako antidotum na epidemię – niezłe. Niemal filozoficzne. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka razem z jego gadaniem, marudzeniem, piłowaniem, koszeniem trawników, puszczaniem telewizora zbyt głośno. Z całym tym harmiderem, który świadczy o życiu. Zatem cisza to jednak nienajlepsze rozwiązanie.
Na razie w Polsce odnotowano 125 przypadków zarażenia koronawirusem, trudno jednak te dane uznać za miarodajne. Testy wciąż są przeprowadzane, ale informacje spływają bardzo nieproporcjonalnie i na przykład w Krakowie – jednym z największych ośrodków turystycznych w tej części Europy – stwierdzono zaledwie jeden przypadek i to 9 marca, czyli sześć dni temu. Potem nic. Dla porównania we Wrocławiu, skąd dane napływają codziennie, stwierdzono dwanaście przypadków zarażenia i jeden zgon. Czyli z wiadomości głównie dowiadujemy się, że wiemy niewiele. Nie wiadomo również, ile mamy testów i ile ich dziennie robimy. We Włoszech przedwczoraj zmarło 250 osób, wczoraj 175. Puste kościoły zamienia się na kostnice. Pandemia przywraca należny honor zakładom pogrzebowym, z którymi lokalne władze odbywają poufne narady na temat zbliżającej się ponurej ewentualności. Jak to malowniczo określił pewien lekarz: „Na razie widzimy ciemną chmurę na horyzoncie. Tsunami dopiero nadchodzi”.

www.unsplash.com/History in HD Podziwiam bezgraniczną dezynwolturę prezydenta Donalda Trumpa. Tydzień temu szydził z epidemii nazywając ją „rodzajem grypy”, a przedwczoraj zamknął USA i ogłosił stan wyjątkowy. Uwielbiam go słuchać, ponieważ destrukcję merytorycznej zawartości wypowiedzi doprowadził do mistrzostwa. Może stwierdzić w każdej chwili cokolwiek i nic mu za to nie grozi. Pięć minut później twierdzi coś zupełnie przeciwnego i wszelkie próby logicznego uporządkowania tych wypowiedzi skazane są na klęskę. Umysł jest skazany na klęskę. W tym gadaniu w ogóle nie chodzi o operacje umysłowe, tylko emocjonalne. Ameryka jest wielka i zawsze wygrywa. Aj aj, kapitan. Teraz Trump pertraktuje z Niemcami nad kupnem od nich szczepionki, wraz z pracującymi nad nią naukowcami i ich laboratorium. Helikopterami przetransportują niemiecką firmę na pustynię w Arizonie czy Newadzie, otoczą drutem kolczastym i nie wypuszczą nikogo, dopóki zmęczony, łysy okularnik w poplamionym kitlu nie zamelduje przez telekom: „Jawohl, Herr President! Wir haben es geschafft!”. Każdy Amerykanin zostanie wtedy zaszczepiony w pierwszej kolejności, żeby najpierw uratować Amerykanów, ponieważ ich życie jest ważniejsze od życia innych ludzi, i Ameryka znowu będzie wielka, bo znowu wygra. Aj aj, kapitan.
Podobno Merkel się dowiedziała i wszczęła alarm. Już widzę te memy:
„– Angela, sprzedaj.”
„– Nein!”
„– Weź się nie wygłupiaj. Kupię ci jacht, większy niż ma Putin.”
„– Nein!”
„– Dorzucę apartament w moim bunkrze atomowym.”
„– Z orbitrekiem i sauną?”
„– I salonem masażu, obsługiwanym przez marines.”
W ostatniej scenie huk motorów jak w Czasie apokalipsy, tylko zamiast czołgów pod helikopterami zwisają budynki laboratoriów firmy CureVac.
Zdjąłem palce z klawiatury. Cisza. Połowa marca i w ciepłym słońcu wirują pierwsze owady. Wczoraj widziałem stado szpaków. Wcześnie wróciły, jakby przeczuwały, że lada dzień zamkną granice. Wyglądały na dosyć zmarznięte, w nocy było minus pięć. Ciekawe, czy one wyczuwają takie epidemie? Podobno koronawirus atakuje również zwierzęta, głównie ptaki i ssaki. Czy te nastroszone, osowiałe szpaki na dębie za moim ogrodem o tym wiedzą?
Dziwny stan. Nie boję się, odczuwam nawet coś w rodzaju luzu wewnętrznego, niemniej trudno mi z czystym sumieniem stwierdzić, że jestem spokojny. Nie jestem. Ledwie wyczuwalny ucisk w żołądku, nieco skurczony przełyk, uważne wchodzenie i schodzenie po schodach. Powolne. Każdy krok jest symptomatycznie ważny. Często wyglądam przez okno, sprawdzam, czy brzozy za kuchnią nadal stoją, czy niebo jest błękitne i trawa jednak postanowiła wypuszczać nowe pędy. Połowa marca, początek wiosny, tak zwane budzenie się życia. I śmierć. Dziwne. Trochę jak klimaty z obrazów Malczewskiego, na przykład ze Świętej Agnieszki.
A może to nic takiego? Posiedzimy trochę w domach, wytchniemy, nareszcie porządnie sprzątniemy łazienkę, przeczytamy zaległe lektury, pogramy z córkami/ojcami na kompie, wyśpimy się – i wszystko wróci do normy. Taka krótka przerwa w nerwowym pośpiechu cywilizacji. Złapiemy oddech i kiedy czarne chmury przejdą, na powrót zajmiemy się naszą powszednią krzątaniną. Znowu będzie bieganie do pracy, nerwy w korkach, głupstwa w gazetach, hejty w necie, czyli stare, dobre, sprawdzone uciążliwości. Na chwilę się zaburzyło, wystarczy odczekać.
A może jeszcze prościej? Paru wpływowych gości namówiło się i zorganizowało ogólnoświatową hucpę z epidemią, która na razie zabiła na całym świecie mniej ludzi, niż w ciągu roku ginie na drogach. Udało im się powtórzyć numer Orsona Wellesa z wojną światów. Daliśmy się wszyscy nabić w butelkę. Tyle już było gadania o katastrofach, nadciągającej apokalipsie, o różnych klimatycznych, ozonowych, plastikowych i jakich tam jeszcze zagładach, że wystarczyło puścić info w media i kula śnieżna raźno ruszyła po zboczu. Może to tylko tyle, pocieszam się. Bo przecież nie wiem.
Na razie czekamy.
Pisanie dziennika epidemii wymaga utrafienia w odpowiedni ton. Łatwo powiedzieć. Do prawdziwej zarazy, od której zginie, powiedzmy, dwa procent ludzkości, trzeba słowa dobierać jednak nieco inaczej niż do satyrycznej opowieści o tym, jak ze strachu przed grypą na miesiąc pozamykaliśmy się w domach z zapasami mąki, drożdży i papieru toaletowego. Ale o tym, jaka forma opowieści była stosowniejsza, dowiemy się dopiero później, po faktach, kiedy policzymy straty i nabierzemy dystansu. Na razie newsy o kolejnych ofiarach śmiertelnych i zakażonych przeplatają się z anegdotami o sprzedawczyniach, które resztę w sklepie podają na dziecięcych łopatkach do piaskownicy, czy o włoskich imprezach balkonowych rodem z komedii dell’arte. Świat jeszcze nie wie, czy się pocieszać, czy zamartwiać, czy panikować, więc stosuje jedno z drugim i trzecim na przemian.

www.unsplash.com/Aaron Burden Ponoć wszyscy teraz czytają Dżumę Alberta Camusa. Ja ściągnąłem z półki zakurzony Dziennik roku zarazy Daniela Defoe, na którym Camus się wzorował. Autor Robinsona Cruzoe najzupełniej w stylu nowoczesnego dziennikarstwa zebrał informacje o dżumie, która pustoszyła Londyn w 1665 roku. Otwieram na chybił trafił stronę 75 (wydawnictwo PULS, Londyn 1993, tłum. Jadwigi Dmochowskiej):
…konieczność wychodzenia z domu po zakupy była w znacznym stopniu przyczyną zguby mieszkańców grodu, ludzie bowiem zarażali się przy tej sposobności jedni od drugich, a nawet żywność bywała często zapowietrzona; to znaczy, mam poważne podstawy, aby tak sądzić, dlatego też nie mogę potwierdzić tego, co jak wiem, bywa powtarzane z wielką stanowczością, iż kupcy na rynku, jak również ci, którzy dostarczali żywność do miasta, byli wolni od zarazy. Mam pewność, iż rzeźnicy z Whitechapel (…) zostali strasznie nawiedzeni, i to w takim stopniu, że niewiele było otwartych sklepów…
Defoe już wiedział, w jaki uderzyć ton. Zbierał te historie wiele lat później, kiedy pamięć po dżumie i dołączonym do niej w następnym roku pożarze, który strawił dwie trzecie miasta, była jeszcze bolesna, ale już przeszła. Czytam dalej, bo wciąga, zwłaszcza dzisiaj. Są również próby pisania anegdotycznego:
…ludzie starali się zachować wszelkie możliwe środki ostrożności. Jeżeli ktoś kupował ćwiartkę mięsa na targu, nie chciał przyjąć jej z ręki rzeźnika, lecz własnoręcznie zdejmował z haka. Rzeźnik ze swej strony nie chciał dotknąć pieniędzy, lecz kazał je wrzucać do słoja napełnionego octem (…). Nabywca miał zawsze przy sobie drobne, by zapłacić należność co do grosza i nie brać reszty. Trzymali także w ręku buteleczki perfum albo wonnych olejków i używali wszelkich środków, jakie były w ich mocy; biedacy natomiast nie mogli robić nawet tego i ryzykowali życie.
On już wiedział, że pisze historię wielkiej tragedii i tylko z przekory nazwał ją „dziennikiem”. Osobiście stanowiła dla niego co najwyżej mgliste wspomnienie z wczesnego dzieciństwa (w czasie zarazy Defoe miał pięć lat), na tyle wstrząsające, że postanowił nadać mu formę zapisywanej przez siebie kroniki. Utożsamił się z nią jak z własnym cieniem na zabłoconym londyńskim bruku. Zapisał formę, która już była.
Ja na razie nic nie wiem. Czekam. Słońce świeci, pies mnie tyrpie nosem, żebym wreszcie dał sobie spokój z głupim stukaniem palcami po laptopie i poszedł z nim na spacer. Daję sobie spokój, choć nieco niespokojny. Mamy takie puste łąki po drugiej stronie Grobian, ryzyko zarażenia minimalne. Idziemy. Po drodze będziemy, jak mówi poeta, „śledzić postępy ciemności”.
Na łąkach sielanka! Ludzi więcej niż na krakowskim Rynku! Całe rodziny z dziećmi, dziadkami, psami, zażywają spaceru w wiosennej aurze. Chodzę tam od lat i nigdy ich tylu nie widziałem. Moja Aksa baraszkuje z jakimś rozkosznym goldenem, na co wszyscy zgodnie reagują śmiechem, bo widok sielski i jakoś rozładowujący podskórne napięcie. Chwila ulgi w niespokojnym nasłuchiwaniu. Chodzimy dostojnie i z namaszczeniem, nie kwapiąc się z powrotem do domów, gdzie znowu będzie nerwowe przeglądanie wiadomości i liczenie zarażonych.
Wracamy. Do domu dojechała druga córka i jesteśmy w komplecie. Aksa zachwycona, natychmiast kładzie się w środku między nami, zwija w kłębek i drzemie. My gadamy, relacjonujemy, potem siedzimy i czekamy. W komplecie. Na co? Żeby zarazić się i umrzeć w komplecie?



