Kategoria: Aktualności

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #25

    Nie było czasu na wahanie. Rzucili się do ucieczki w dół zbocza, ścigani wrzawą chłopskiej ciżby. Florek sadził długie susy na fantastycznie sprawnych nogach nastolatka, którego cudownie odzyskał, ale i tak z trudem doganiał Olka Zawijasa. Ten znał okolicę i prowadził ich bezbłędnie do sobie tylko znanej kryjówki, gdzie wedle jego własnej fabuły powinni się schronić przed pościgiem.

    Łapaj! Trzymaj! – dochodziły do uszu Florka dalekie okrzyki. W pewnym momencie usłyszał słowo „mordercy”.

    O czym oni krzyczą? – spytał w biegu.

    Zabiliśmy dziecko – odparł Olek i skręcił w zarośla okrywające brzegi niewielkiego strumienia. Właściwie była to przykopa z bystro płynącą wodą i dnem falującym od podwodnej trawy. Między krzakami wiła się ledwie widoczna ścieżka. W pełnym biegu trzeba było osłaniać twarz przed uderzeniami gałęzi, więc Florek biegł z wyciągniętymi rękami niczym ślepiec ze słynnego obrazu. Zabiliśmy dziecko? Pięknie. A ja dalej nic nie wiem. Za chwilę może się okazać, że ciąży nade mną wyrok śmierci za ludobójstwo, gwałty na nieletnich i czarne msze w dębowym gaju na wzgórzu. Wieśniacy z radością mnie zlinczują, a moje wybałuszone ze zdumienia ślepia wezmą za jeszcze jeden dowód winy. Mógłby jednak facet powiedzieć mi coś więcej. Hej, pisarzu od siedmiu boleści, jak to dalej leci?

    Pomyślał, ale nie powiedział. Rozmowa podczas biegu przez krzaki nie miała większych szans. Widział przed sobą pochylone plecy Olka, rytmicznie pracujące łokcie i migające w powietrzu podeszwy jakichś staroświeckich i mocno startych adidasów produkcji raczej nie zachodniej. Rzucił okiem na swoje buty. Granatowe tenisówki. Nogawki tanich dżinsów, spiętych na biodrach – wąskich biodrach – parcianym paskiem produkcji nie do rozpoznania. Florian Madej cały był w zasadzie nie do rozpoznania. W żołądku narastał gniotący ból. Panika? Zgodnie z poleceniem Olka miał się niczemu nie dziwić, trudno jednak zachować spokój, gdy przestajesz być sobą.

    www.unsplash.com/Daria Nepriakhina

    Nagle przyszło mu do głowy, że powinien zadzwonić do rodziny. Ale jak, przecież tu nie ma telefonu? I do jakiej rodziny? Matka miała w domu kremowy aparat telefoniczny, który bardziej przypominał rekwizyt z radzieckiego filmu niż przedmiot użytkowy, ale nie mógł sobie przypomnieć numeru. Stary był 56-35, potem dodali 2, ale dalszych zmian nie pamiętał. Kierunkowe też się zmieniały. Do kogo jeszcze? Dręczyła go myśl, że powinien skontaktować się z kimś bardzo bliskim, najważniejszym w jego życiu, ale bezskutecznie. Ważna osoba, młoda kobieta o nieuchwytnym imieniu. Jej twarz widział jak przez zamgloną szybę, słyszał jej głos, ale kim miałaby dla niego być? Siostrą? Resztki dawnego rozsądku podpowiedziały mu, że nigdy nie miał siostry, ale to było raczej tam niż tu. Tam, czyli gdzie? Czy w ogóle jest jakieś Tam? Przecież to tylko stary przesąd ludzkości. Jest tylko Tu, a oni uciekają.

    Z autoanaliz wytrącił go warkot psa. No tak, one są szybsze od ludzi. Z wściekłego psiego pyska wydobywał się morderczy bulgot, kilka metrów za nim. Co oni z tymi psami, jakaś obsesja czy co? Wszędzie tu ganiają rozwścieklone czworonożne bestie, chowane chyba specjalnie na takie okazje, jak ta. Warkot narastał, przetykany niskim, krwiożerczym sapaniem, które obiecywało ściganemu, że zostanie nie tylko rozszarpany, ale i zjedzony.

    Linia zarośli zwęziła się i brzeg potoku stał się bardziej dostępny. Kiedy psi charkot zdawał się dotykać jego dżinsowych nogawek, Florek skręcił i z rozbiegu wskoczył w wodę. Podeszwy tenisówek z głośnym pluskiem przebiły wodę i zagłębiły się w miękki muł. Stracił równowagę, poleciał twarzą do przodu i zdołał tylko rozgarnąć wodę rękami, by zminimalizować siłę uderzenia, zanim zniknął pod wodą. Była zimna i trochę cuchnąca. Podciągnął nogi dla podparcia ciała akurat w momencie, gdy na plecy zwaliło mu się psie cielsko. Jęknął z bólu, ale był zadowolony. Plan się powiódł. Pies odruchowo skoczył za nim i wylądował wprawdzie na jego plecach, ale w głębokiej prawie na metr wodzie. Wystarczyło się odwrócić. Zaciskając zęby z bólu, Florek wykręcił ciało, zatkał palcami nos i docisnął poryte pazurami plecy do dna. Pies znalazł się pod nim. Wierzgnął łapami, parę razy się szarpnął – i odpuścił. Wtedy Florek poderwał się i kilkoma susami odskoczył do przodu korytem przykopy. Nie chciał zabijać nieszczęsnej bestii (co za obsesja z tymi psami!) i dokładać do wyroku kolejnej sprawy. Psisko wynurzyło się z nieprzytomnym spojrzeniem, ostatkiem sił wdrapało się na brzeg i mocnymi ruchami otrzepało gęstą sierść z wody. Olbrzym nie przypominał żadnej konkretnej rasy, wyglądał na krzyżówkę owczarka podhalańskiego z wilczurem, jeśli takie w ogóle istnieją. Florek nie znał się na tym. Ochota na kontynuowanie pościgu całkiem kundlowi odeszła. Położył się w trawie i skuczał cicho, usiłując wypluć z pyska resztki podwodnej trawy.

    www.unsplash.com/Robert Gramner

    Florek postanowił iść dalej przykopą, która przy brzegach była płytsza. Olek szybko dołączył do niego. Biegnąc korytem byli niewidoczni, a przy tym nie zostawiali tropu następnym psom, których ujadanie dochodziło z niewielkiej odległości. Wkrótce dobiegli do niewielkiego rozlewiska, coś jakby małego stawu zasilanego przykopą, która wypływała z niego dalej i po pięćdziesięciu metrach znikała w przepuście pod drogą. Tam zarośla znowu gęstniały, tworząc wspólnie z gromadą dorodnych dębów i brzóz coś w rodzaju zagajnika. Przedarli się przez niego i wpadli w rów pod drogą. Przepust zamykała żelazna krata.

    Co teraz? – spytał Florek.

    Zgodnie z przyjętą na dzisiaj konwencją Olek nie odpowiedział, tylko skinął głową i ruszył ku kracie. Pomajstrował coś przy zardzewiałych zawiasach i krata otwarła się ukazując mroczne jak przedsionek piekła wnętrze. Dnem przepustu płynął strumień, walcowate ściany betonowej rury pokrywał brudnozielony nalot. Weszli brodząc po kolana w leniwym nurcie. Olek starannie zamknął za nimi kratę, obwieszoną strzępami śmieci i przegniłych roślin. W środku było ciemno, chłodno i ślisko, szli trzymając się za ręce jak dzieci. Florkiem wstrząsały dreszcze z ochłodzenia. Droga, pod którą przechodzili, miała kilkanaście metrów szerokości i powinni zmierzać do jakiegoś wyjścia z drugiej strony, przed nimi jednakże ział czarny mrok.

    Nie ma wyjścia? – spytał Florek bez większej nadziei na odpowiedź. Tym razem jednak Olek odpowiedział, rujnując przy okazji resztki zdrowego rozsądku, jakie jeszcze kołatały się po głowie bardzo już byłego oficera śledczego z komendy na Mogilskiej.

    Nie pamiętasz? Rura zakręca w lewo i idzie pod drogą. Sam tak chciałeś. Żeby był zakręt.

    Florek Madej potrzebował paru sekund, by oprzytomnieć po tym uderzeniu absurdu.

    Ja??? Co ty bredzisz? Jaki zakręt?

    Tym razem już nie było odpowiedzi. Po krótkim brodzeniu w cuchnącej bagnem wodzie rzeczywiście doszli do zakrętu. Tunel nieco się zwężał i odchodził w lewo, a woda płynęła dalej prosto wpadając w wielki zakratowany odpływ. Tu też kończyło się światło.

    Nierówność terenu – wyjaśniał spokojnie Olek Zawijas. – Po drugiej stronie jest znacznie niżej i żeby przykopa mogła dalej płynąć, trzeba było opuścić jej nurt do poziomu pól za drogą.

    Po co?

    Bo tam dalej są stawy, które trzeba jakoś napełniać. To obieg otwarty, jednokierunkowy, woda po przepuszczeniu przez zbiorniki hodowlane płynie dalej i wpada do rzeki. A nowa przypływa stamtąd – pokazał ręką w niewiadomym kierunku – od gór.

    Aha – przytaknął Florek nic z tego nie rozumiejąc. – A dlaczego tunel idzie wzdłuż drogi, a nie razem z wodą na drugą stronę?

    Brak odpowiedzi. Z daleka, od zakratowanego wejścia, dobiegły ich stłumione krzyki ludzkie. Chłopska gromada dotarła nad stawek i zajęła się przeczesywaniem nadbrzeżnego lasku. Psy poszczekiwały, dzielni pogromowi junacy zachęcali się do działania krzykami i pobrzękiwaniem narzędzi do wymierzania sprawiedliwości społecznej. Nikomu jednak nie przyszło do głowy szukać uciekinierów w zakratowanym tunelu pod drogą.

    Tu zaraz za zakrętem powinna być półka – powiedział półgłosem Olek i pociągnął go za rękę w czerń. Wolną dłonią Florek pomacał się po kieszeni w poszukiwaniu latarki. Był pewien, że ją zabierał, gdy wyruszali w drogę. Ale kieszenie były puste. Reset. Wyczyszczone wszystko do zera i zaczynamy od początku. Wzdrygnął się, trochę z zimna, a trochę z przerażenia. Nie bał się ciemności, nie bał się agresywnych psów ani jeszcze bardziej agresywnych ludzi. Bał się samego siebie. Zmian, które w nim zachodziły pod wpływem wydarzeń, po każdym kolejnym kroku w nieznanej rzeczywistości. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, skąd się tu właściwie wzięli i po co włóczą się po tych nieprzyjaznych uroczyskach. Kołatało mu się w głowie, że kogoś mieli znaleźć, jakiegoś Wędrowca, którego spotkali dzisiaj rano na ścieżce w lesie. Ale skąd się tam wzięli? Z karczmy. A skąd się wzięli w karczmie? Przyszli wieczorem z lasu. A tam skąd? Tu już się zaczynały kłopoty. Zjeżdżalnia, zawrót głowy, spadanie…

    Tu jest – usłyszał głos przyjaciela i w ślad za nim posłusznie wspiął się na betonowy podest. Usiadł w kucki, jak lubił to robić pod ścianą szkolnego korytarza, i oparł się plecami o chłodny beton. Było sucho i cieplej niż na początku tunelu. Przyjaciel usiadł tuż przy nim, poczuł ciepło jego ciała przez mokrą koszulę. Dłoń oparła się na jego przedramieniu.

    Andrzej, nie bój się. Zaraz wyjdziemy.

    Zdrętwiał. Ten głos… był jakby inny. Może to pogłos podziemnego tunelu, a może zmęczenie. A może dalsze procesy… czego? Zapominania? Przypominania? Mimo mokrego ubrania czuł się dobrze, coraz lepiej, właściwie świetnie. Tylko w głowie mu szumiało. Zamiast myśli kłębiły się niej cieniutkie nici skojarzeń, przypomnień, błysków, które nie układały się w żaden ciąg. Każda nić była osobno. Rozpleciona wiązka. Kłębek chaosu do zabawy dla kocich łap.

    Nie boję się. Powiedziałeś do mnie: „Andrzej”.

    Brak odpowiedzi. Ciemność oblepiała ich smołową mazią, resztki światła zostały za zakrętem betonowego przepustu. Chciał jeszcze o coś zapytać, poprosić o wyjaśnienie kilku szczegółów, które mogłyby w jego przekonaniu pomóc im w rozwiązaniu problemu, nie potrafił jednak sobie przypomnieć, co to był za problem. Cegielnia, stary młyn, karczma, dolina, droga przez las… z beznadziejną niemocą obracał klocki układanki usiłując sobie przypomnieć obrazek, w który miałyby się ułożyć. Daremnie. Ale było mu dobrze. Ciepło. Sucho. Tylko ta głowa. Niepotrzebnie tyle kombinuje.

    Krzyki za wylotem tunelu się wzmogły, ktoś rzucił polecenie i cała gromada ruszyła dalej. Jeszcze chwilę słyszeli tupot nóg na trakcie, a potem wszystko zanikło i zapadła kojąca cisza.

    Oparł głowę o mur. Był ciepły. Wypełniony ledwie słyszalnym szumem, jakby krążyła w nim krew.

    Dlaczego zabiliśmy dziecko? – spytał.

    Naprawdę nie pamiętasz?

    Nie.

    Dziwne. To był twój pomysł, a ja głupi dałem się nabrać. Gdyby się matka dowiedziała, sprałaby nas obu, ale nierówno. Dostałbym więcej, bo jestem starszy.

    Jaki pomysł?

    Chłopak obok puścił jego ramię i rozsiadł się wygodniej.

    Postanowiliśmy pójść obaj na wagary. Rano na przystanku zamiast wsiąść do autobusu, poszliśmy na stawy i włóczyliśmy się po groblach, płosząc kaczki kamieniami i grzebiąc w kopcach szczurów piżmowych. Potem zaczęło nam z nudów odbijać i wymyślaliśmy coraz głupsze zabawy. To ty wymyśliłeś, żeby przewiązać linkę w poprzek mostka nad Macochą, na rowerzystów. Jeżdżą tamtędy emeryci na działki i gospodynie do sklepu. Podobno ktoś wjechał tę linkę z dzieckiem w koszyku na kierownicy. Dziecko spadło, uderzyło główką w kant mostka i zmarło. Taka jest powszechna opinia.

    Opinia? Czy to nie jest prawda?

    Nie. Ojciec zrzucił dziecko z koszyczka, ponieważ jechał pijany i dobił rowerem do barierki. Nie trafił w mostek. Linkę zauważono później i on ją szybko wykorzystał na swoją obronę. Tak to wymyśliłeś. A teraz musimy uciekać.

    Dokąd?

    Najlepiej byłoby powiedzieć: do następnego rozdziału. Ale ty tego nie zrozumiesz. Za młody jesteś. Lepiej ci?

    Nie czekając na odpowiedź, pociągnął go za rękaw suchej już koszuli i powiódł w głąb tunelu. Nie było kompletnie nic widać, ale szli pewnym krokiem, pierwszy przekonany o znajomości rzeczy, drugi wczepiony w rękę pierwszego. Ciepła, nieomal przytulna rura przepustu przyjemnie owiewała ich powietrzem jak z przemysłowej dmuchawy. Betonowy mur szumiał. Zdawało mu się, że chwilami rozróżnia w tym szumie modulacje, coś jakby westchnienia czy stłumione ziewnięcia, a czasem nawet poszczególne wyrazy. Głowa nie dawała mu spokoju, plątanina myśli nie pozwalała się skupić, zdawało mu się, że snuje dziesięć myśli naraz, jakby chciał zrozumieć wszystko w jednej chwili, rozwiązać wszystkie zadania i usunąć wszystkie przeszkody. Może to nie beton szumiał, tylko jego mózg? „Emaaa… etsznoo… sss… emaaa… etsznnnooo… emmmaaa…”. Wsłuchiwał się z narastającym bólem w skroniach, w pewnej chwili nawet wyrwał rękę z dłoni towarzysza i docisnął palce do skroni. Minimalnie ulżyło. Skądś to znał. Było już. Ktoś to mówił. I cierpiał przy tym.

    Łomot w skroniach.

    Bagno rozstępuje się i rozwarta paszcza bulgocze. Śmieje się. Mówi.

    Wieczność jest niema.

    WIECZNOŚĆ JEST NIEMAAAA!

    Przystanął. Kroki przyjaciela niosły się przez kilka minut, po czym ucichły. Przypomniał sobie. Dwie luźne nici splotły się w jedną i dały efekt.

    Krzysiek?

    Czekał w napięciu, pewien, że dojdzie do jakiejś rozstrzygającej konfrontacji, że wreszcie się dowie, o co tu chodzi i kto jest kim. Nic takiego nie nastąpiło.

    Czego chcesz?

    Powiedz mi… tylko się nie śmiej. Czy ty jesteś moim bratem?

    Kroki powoli ruszyły w jego stronę. Ucichły tuż przed nim. Usłyszał ciche westchnienie.

    Jędrek, mówiłem ci, żebyś tyle nie kombinował. Chodź już, musimy stąd jak najszybciej wyjść, zanim on się dowie.

    Kto? – spytał odruchowo.

    No on, Wędrowiec.

    I co wtedy?

    Nie doczekał się odpowiedzi. Stojąc na dnie betonowej rury miał brata przed sobą. Słyszał jego oddech, ale go nie czuł, więc musiał znajdować się co najmniej metr przed nim. Nie dałby rady sięgnąć. Tymczasem poczuł na karku muśnięcie czyichś palców. Były miękkie i ciepłe jak ściany tunelu. Zdrętwiał.

    Krzysiek…?

    Uhm.

    Coś mnie dotyka…

    Szum w ścianie się nasilił. Następne smagnięcia odczuł na szyi, lewym uchu i pod brodą. Uniósł rękę i trafił po omacku na szorstką, pulchną materię, jak nadmuchany i podgrzany beton.

    Jędrek, wiejemy! – krzyknął brat i pociągnął go za ubranie. Czwarty raz dzisiaj rzucili się do panicznej ucieczki, tym razem nie przed kimś, lecz czymś. Biegli w ciemności z ryzykiem rozkwaszenia się na nieprzewidzianej i niewidocznej przeszkodzie, ale nie mieli specjalnie wyboru. Strach nie zajmuje się analizą ryzyka tylko ratowaniem skóry. Szepty i szelesty wzrosły do przygnębiającego, osaczającego ich ze wszystkich stron szumu. Biegł za starszym bratem i wraz z każdym krokiem odczuwał wyraźną ulgę w mózgu. Głowa odpuszczała. Brzęczało w niej już znacznie mniej myśli, zaledwie kilka. Jedną z nich była kwestia dalszej trasy ucieczki i jej ewentualnego związku z dotarciem do cegielni. To na pewno było ważne. Drugie, co mu się wydawało ważne, to że uwolnił się od jakiegoś długotrwałego i męczącego napięcia. Jakby biegnąc zrzucał z siebie ciężar, nadmiar czegoś zbędnego. Swoboda. Nareszcie jestem sobą. A tam biegnie mój starszy brat. On wie. Nie powinienem się martwić.

    Krzyśkowi Szulcowi kołatała się w głowie jeszcze jedna myśl. A właściwie słowo. Defloro. Nie miał pojęcia, skąd mu się wzięło.

  • „To pierwsza książka, w której nikogo nie zamordowałem”. Bartosz Szczygielski o „Wskazówkach”

    Czytać książkę Bartosza Szczygielskiego, w której nikt nie ginie w spektakularny sposób? Takie czasy, takie czasy. Autor z Pruszkowa wziął się za literaturę młodzieżową, a ja przyznaję, że to krok słuszny i w dobrą stronę. Poznajcie trzynastoletniego Maksa, który chce zarobić na swojego pierwszego smartfona, więc postanawia myć szyby w samochodach na jednym z parkingów galerii handlowej. Później dzieją się jednak rzeczy niesamowite, bo młodzieniec wchodzi w posiadanie zegarka swojego dziadka, a wtedy… Sprawdźcie sami, bo to książka nie tylko dla Waszych dzieci. To historia o wyborach, trudnych decyzjach, rodzinie oraz zagmatwanych sprawach nastolatków. Przy okazji rozmowy o „Wskazówkach” ponarzekaliśmy, że kiedyś to było, a ta dzisiejsza młodzież to w ogóle skandal. Łapcie i oglądajcie, premiera książki już 11 marca.

     

  • „Będzie słuchane” – marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zacznę od największej słabości tego tekstu, którym jest moim zdaniem brak liczb. Pomimo prowadzonych poszukiwań, nie udało mi się znaleźć żadnego sensownego raportu, który przedstawiałby kształt i wartość rynku audiobooków w Polsce. Mam jednak wrażenie, jako tego rynku w pewnym sensie aktywny uczestnik, że dzieje się na nim bardzo, ale to bardzo dużo.

    W skrócie, myśl przyznaję mało odkrywcza, popularność audiobooków, ale także podcastów rośnie. Widzę to u siebie, patrząc w raporty na temat sprzedaży moich książek (Państwo wybaczą, ale nie mogę, związany umowami, podzielić się danymi), widzę rozmawiając z czytelnikami, których coraz większa liczba moje książki zna właśnie z wersji audio. Widzę wreszcie półki w marketach zastawione sprzętem do nagrywania podcastów.

    www.unsplash.com/Malte Wingen

    Jestem w stanie tę rosnącą popularność zrozumieć. Tradycyjnym tzw. medium towarzyszącym, czyli medium, które jak to się mówi popularnie ma grać w tle, jest radio. Tylko, że radio słuchacza takiego jak ja (a nie jestem na pewno jedyny) zawodzi. Coraz mniej w nim zwyczajnie ciekawych audycji. Mam wrażenie, że najpopularniejsze stacje radiowe przez większość czasu antenowego zajmują się jednym i tym samym, próbują nas nakłonić, żebyśmy wysłali smsa i wzięli udział w tym cholernym konkursie, w którym mamy wygrać górę pieniędzy lub nowy samochód. Ten ciąg namów i obietnic, że wystarczy tylko jeden sms, żeby cieszyć się spływającymi na konto tysiącami złotych przerywany jest tylko wiadomościami i wywiadami z politykami, którzy jak to politycy, rzadko mówią coś nowego i ciekawego, a koncentrują się na kolejnej rundzie nudnej i przewidywalnej partyjnej nawalanki. No i do tego muzyka, która jest taka sama i idealnie sformatowana pod gust niby przeciętnego Polaka. Oczywiście, są radiostacje, które próbują zaistnieć inaczej. Proponują ciekawsze, bardziej ambitne lub przynajmniej trochę inne treści, ale z nimi jest ten problem, że trudno się je odbiera poza wielkimi miastami. Nic dziwnego, że coraz częściej Polacy sięgają po podcasty na interesujące ich tematy, które do tego mają tę zaletę, że są dostępne wtedy, kiedy chcemy, i audiobooki.

    Na rynku audiobooków zaczęło się zresztą w ostatnich latach bardzo dużo dziać. Zaczęła chyba audioteka.pl, która wystartowała ze swoimi superprodukcjami. Jeśli ktoś nie słuchał, to serdecznie zachęcam. Najlepsi polscy aktorzy, efekty dźwiękowe, muzyczne, wszystko w najwyższej jakości. Sama przyjemność słuchania. Jakoś w podobnym momencie pojawił się na polskim rynku storytel.pl i mocno zamieszał. Najpierw modelem abonamentowym, a potem ofertą, kiedy zaczęli wrzucać do swojego katalogu własne oryginalne produkcje. Tym samym tropem zdaje się iść EmpikGo, który już zrobił serial audio „Chaos” na podstawie popularnej książki „Szczury Wrocławia” Roberta J. Szmidta. A żadna z tych firm nie zamierza na tym poprzestać. Każda szuka nowych treści i nowych sposób na zainteresowanie klienta.

    Audiobooki i literackie słuchowiska stają się więc czymś modnym. Co ciekawe, jak pokazują dane z zagranicy, sięgają po nie przede wszystkim ludzie młodzi, dla których słuchanie staje się naturalnym i dominującym sposobem kontaktu z literaturą. Nie jestem z tych, którzy załamują w tym momencie ręce i twierdzą, że audiobook to nie prawdziwa książka. Jakiekolwiek wartościowanie tych dwóch czynności wydaje mi się pozbawione sensu. Oczywiście, słuchanie to nie czytanie. Pracują inne części mózgu. Istotny jest także wpływ lektora, który czytając w ten lub tamten sposób, niejako narzuca interpretację książki. Niemniej, audiobooki mają jedną kolosalną zaletę – można ich słuchać w tych momentach, kiedy po prostu nie możemy czytać – podczas jazdy samochodem, biegania, ćwiczeń czy gotowania obiadu. Audiobooki są dla mnie więc dodatkowym kanałem kontaktu z literaturą, który nie tyle konkuruje, co współistnieje z tradycyjnym czytelnictwem.

    Ten wzrost popularności audiobooków jest też dla mnie źródłem nadziei, bo pokazuje, że pomimo wszystko, ludzie mają potrzebę kontaktu z dobrą opowieścią i tego kontaktu po prostu szukają. I patrząc na to, co się dzieje, nie zdziwię się, jeśli w najbliższym czasie kilku najciekawszych literacko książek raczej będziemy wysłuchiwać niż je czytać.

    Wojciech Chmielarz

  • „Wotum” jest warkoczem prawdy i fikcji. Rozmowa z Maciejem Siembiedą

    Wyobrażam sobie, że są takie księgarnie, w których książki Macieja Siembiedy mogą wylądować w dziale fantastyka. Nie zdziwię się wcale, jeśli „Wotum” wyląduje tuż obok biografii Jana Pawła II oraz pozycji o roli chrześcijaństwa na przełomie wieków. Faktem jest, że Siembieda pisze o rzeczach nieprawdopodobnych, przynajmniej na pierwszy rzut oka – dowiódł tego przecież w poprzednich książkach, chociażby w „Gambicie”. Teraz wziął na warsztat najcenniejsze dla wielu Polaków dzieło sztuki, czyli obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, do którego ciągną na Jasną Górę pielgrzymki z całego kraju. Czy słusznie? A może pątnicy powinni zaznaczać na mapie inny punkt i kierować się nie do Częstochowy, a w kierunku województwa opolskiego? Podczas potopu szwedzkiego obraz Czarnej Madonny został ukryty właśnie tam, ale czy wrócił na swoje pierwotne miejsce? Gdzie jest oryginał, a gdzie kopia? Zdaję sobie sprawę, że za same takie rozważania można dostać po głowie, a w najlepszym wypadku nie zostać rozgrzeszonym przez proboszcza. Gwarantuję Wam, że będziecie czytać tę książkę z zapartym tchem, a kilka razy powiecie sami do siebie, że prawda potrafi być o wiele bardziej nieprawdopodobna niż fikcja. Odzwiedziłem z autorem miejsca ważne dla „Wotum”, obejrzyjcie efekt tej wietrznej wyprawy. 

  • „To będzie bardzo czuła, ale też najbardziej brutalna z moich książek”

    Lubię czasem pogadać z autorami w martwym okresie. Są wtedy na tyle daleko od ostatnie premiery, a jednocześnie na tyle przed kolejną, że można odejść dość daleko od literatury. Rozmawiamy oczywiście o tym, co przed Jakubem Małeckim, czyli o najnowszej książce, która może ukazać się już jesienią. Jest też o filmie na podstawie „Horyzontu”, ale możecie zobaczyć również unikatowe ujęcie Kuby skaczącego przez płot oraz posłuchać opowieści o niebezpiecznej jeździe autostradą. Jeśli lubicie zwierzęta, to będzie też coś dla Was. Obejrzyjcie więc naszą krótką rozmowę, a jednocześnie wyczekujcie nowej książki Małeckiego.

     

     

  • Penderecki, Polański, FBI, Warszawa, Nowy Jork. Agent John Slade powraca!

    Mówiąc szerze, to w naszej rozmowie wszystko jest prawdą. Wszystko, oprócz ostatniego zdania. Bo gdy nagrywaliśmy rozmowę, to nikt nie wiedział, że będzie tak, jak właśnie jest. Dlatego prosimy o łagodny wymiar kary. Powraca agent John Slade, a z Klaudiuszem Szymańczakiem spotkałem się tym razem nie na ulicy, a w cywilizowanych warunkach – w studiu fotograficznym. Miejsce zresztą nie jest przypadkowe, bo zdjęcia odgrywają w „Mrocznym świcie” ważną rolę. I to nie cyfrowe, a te stare, wywoływane w ciemni. Znów mamy Warszawę i Nowy Jork, znów jest momentami brutalnie, brudno, mało sympatycznie, ale prawdziwie. Jest muzyka Pendereckiego, jest film Polańskiego, jest afera z duchownymi w tle. Klaudiusz był przez dwa lata policjantem, więc mundurowe procedury nie są mu obce. Zobaczcie naszą rozmowę o międzykontynentalnych zbrodniach, mrocznym świcie, a także zobaczcie psa, który pojawia się w książce, a na nagraniu w pewnym momencie zachowuje się forfiter z popularne filmu na youtubie – chce nam wskoczyć na tego 😉

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #24

    Jak się umiera w powieści? Powinno być efektownie, z końcowym dialogiem, urwanym na ostatnim słowie. „Zimno mi, hyyy… zawsze kochałem tylko ciebie, hyyy, hyyy… Powiedz cioci Annie, hyyy… że nie przyjadę na święta. Klucz do sejfu jest w… kch, kch… prrrrt – klap”. Nie był tylko pewien, czy Wędrowiec pozwoli im zagrać tak rozbudowaną frazę. Stał w odległości dziesięciu metrów, bezwzględny i niewątpliwie szybki, skoro jeszcze dwie sekundy temu skrywał się za zakrętem. Florek poczuł gorąco na twarzy i mróz na plecach.

    Czy ten fragment też ty pisałeś? – spytał szeptem Olka Zawijasa.

    Olek nie odpowiedział. Gapił się na gadającego Wędrowca z półotwartymi ustami i płytko oddychał. Ręce odsunął od ciała jak rewolwerowiec. Tamten zachowywał się pewnie i z humorem, w końcu byli na jego terytorium. Tylko oczy miał nieruchome. Czarne i martwe.

    Jakże to miło, zacni waszmościowie, tak spotkać się nieoczekiwanie na gościńcu życia – zakrzyknął z dziwaczną dwornością. – Tuszę, żeście godnie wypoczęli u naszych życzliwych gospodarzy, podjedli sytego żuru i ugasili pragnienie mocnym domowym piwem. A może i inne pragnienia także samo nasycili, bo z naszej pani karczmarzowej gospodyni nie lada, ha! Uczynna, otwarta, serce by człowiekowi oddała razem ze wszystkim innym. Co? Prawdę rzekłem, panie młodziku?

    Pytanie było skierowane do Florka, który bał się poruszyć. Dziwny był ten literacki strach. Niby tylko na niby, a przecież prawdziwy, namacalny, łącznie z potem na czole i mrowieniem w krzyżu. Szpadę wchodzącą we własne trzewia też pewnie poczuje jak należy.

    Nie odpowiadaj – szepnął Olek. – Zaraz coś się wydarzy.

    Pamiętasz, co?

    Olek pokręcił głową i to nie była dobra odpowiedź. W jego spojrzeniu królowały niepewność i napięte oczekiwanie. Czego? Wędrowiec zbliżał się ku nim krok po kroku, zagadując i mierząc raz jednego raz drugiego spojrzeniem drapieżnika, który hipnotyzuje ofiarę przed atakiem.

    Żeście już tu przybyli w nasze skromne progi, to się wam bardzo chwali i podziw mój wyrażam szczery a niekłamany. Tem większy, że ziemia tu nieużyta i zdradliwa, człek nieostrożny zapaść się w nią może jako źrebię w moczary. I już nikt go nigdy nie najdzie…

    Mówił z jakąś sztuczną nadętością, co rusz jednak spod tej gładkiej i dziwacznej stylistyki wydobywała się ledwie maskowana groźba. Mówił jak bohater taniej powiastki awanturniczej – był nim zresztą w istocie, jeśli wierzyć słowom Olka Zawijasa. Ten, uważnie wpatrzony w Wędrowca i zarazem nerwowo próbujący sobie przypomnieć ciąg dalszy, by ułatwić jego nadejście, tkwił w miejscu jak skamieniały. Florkowi zdawało się, że słyszy szum jego pracujących w mózgu obwodów.

    … „że tak się tu po przyjacielsku spotykamy, dawni kompani od rozrywek młodości, które się nie wrócą, ale żyją wciąż swoim gorącym życiem we wdzięcznej pamięci starców…

    Wędrowiec był coraz bliżej i krok jego stał się sprężysty, jakby koci, a prawa ręka nieznacznie przemieściła się do lewego boku, ku rękojeści szpady. Zrozpaczonym wzrokiem śledzili obaj ten niepozorny, a śmiertelnie niebezpieczny ruch. Z końca wąskiego ostrza wciąż zwisała czerwona kropla.

    Jeszcze trzy kroki i nas sięgnie – szepnął Florek.

    Jeszcze trzy sekundy i coś się wydarzy… – odparł Olek.

    – … „starość bowiem ma to do siebie, że sięga wstecz i w przeszłych zdarzeniach szuka odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania. Czy słusznie, panowie? Czyż istotnie w tamtych zamierzchłych czas…

    Mężczyzna ze szpadą przerwał w pół słowa. Za ich plecami rozległ się morderczy charkot. Jakby od tyłu nacierała na nich wataha wściekłych psów. Florek odskoczył w bok. Świst powietrza był wszystkim, co zdołały zarejestrować jego zmysły, w następnej sekundzie na Wędrowca runął czarny cień.

    www.unsplash.com/Ricardo Cruz

    Na lewo! – krzyknął Olek. Pobiegli w brzozowy zagajnik. Dokładnie w chwili, gdy Florek wyciągał nogę do skoku przez przydrożny rów, za nimi rozległ się trzask dartego materiału i zaraz potem przeciągły skowyt. Powstrzymał się, by nie spojrzeć za siebie. Wolał tego nie widzieć. Dźwięki stamtąd dochodzące w zupełności zaspokajały potrzeby wyobraźni. Ich wielkim finałem był gromki śmiech Wędrowca. Ryczał z uciechy jak biały niedźwiedź na pokazie fok. Najwyraźniej bawiła go ich ucieczka, podobnie jak rozpłatany zewłok brytana, który – Florek był tego pewien – skręcał się teraz w przedśmiertnych drgawkach u jego stóp. Będzie ich ścigał? Tego rączo umykający Madej już nie był pewien, ponieważ upiorny śmiech oddalał się i nikł za brzeziną. Nieważne. Ważne, żeby się stąd jak najszybciej wynieść. W przeciwnym razie będą musieli wkrótce skonfrontować się ze świeżymi kroplami na końcu ostrza.

    Wpadli między drzewa i lekkoatletycznymi susami mknęli skroś brzeziny, aż dotarli do rozległego ornego pola. Ruszyli jego skrajem oglądając się za siebie.

    Nie będzie nas gonił?

    Raczej nie – pokręcił głową Olek. – To było tylko powitanie. Co to za powieść, która kończy się w drugim rozdziale? Jesteśmy, kochany, na początku drogi i jeszcze się trochę nabiegasz.

    Ten pies… to był ten sam?

    Uhmm.

    Z tego wynika, że ten gospodarz, jak mu tam… Zemła – uratował nam życie. Bo to on go wypuścił, prawda?

    Od momentu, gdy spadli ze zjeżdżalni na trawę pod murem starego młyna, Olek Zawijas zachowywał się tak, jakby miał uwagę podzieloną na dwie części i tylko jedną z nich poświęcał obecności kolegi. Druga zajęta była nieustannym analizowaniem obrazów, dźwięków i zapachów dobiegających do nich z fabularnego otoczenia. Podzielił się na dwóch Olków, stając okrakiem pomiędzy dwoma światami, chociaż swojemu towarzyszowi zalecał coś dokładnie odwrotnego. Próbował ogarnąć naraz dwa porządki. Teraz też słuchał jednym uchem, patrząc pilnie wkoło.

    Nie. Ona – powiedział pokazując kępę krzewów. Florek powędrował wzrokiem za jego wyciągniętym palcem.

    Na zwalonym pniu siedziała piękna żona karczmarza. Zanim Florek zdążył ogarnąć nieoczekiwane zjawisko, kobieta na ich widok podniosła się i podeszła szybkim krokiem. Miała na sobie żółtą bluzkę opiętą na kształtnych piersiach oliwkowym kubraczkiem, którego brzegi obszyte były brązowym futerkiem. Szeroka, czarna spódnica w żółte kwiaty sięgała jej do kostek. W kasztanowych włosach błyskały słoneczne promienie, tworząc jakby mgiełkę babiego lata wokół jasnej twarzy. Florek pomyślał, że dokładnie tak wygląda jego ideał kobiety.

    Dzień dob… – zaczął uprzejmie, ale ona położyła mu palec na wargach.

    Idźcie tam – pokazała palcem dolinę za opadającym lasem. – Cegielnię znajdziecie pod groblą stawu. Nazywają go Kościelecki, bo podobno tam kiedyś był cmentarz. Jeśli się pośpieszycie, zdążycie przed nim.

    Bardzo pani dziękujemy – wybąkał Florek spięty jak licealista w dniu matury. – Jest pani naprawdę dobra… – znowu mu położyła palec na ustach. Ledwie się powstrzymał, by go nie oblizać.

    Idźcie już – powiedziała odsłaniając boskie zęby. Florek przełknął ślinę i gapił się na nią, dopóki Olo nie pociągnął go za rękę.

    Chodź – powiedział szarpiąc go jak psa na smyczy. – To nie tak leci. Przygody erotyczne będą trochę później. Jak dorośniesz.

    Chciał oponować, przedłużyć tę chwilę, ale piękna karczmarzowa odwróciła się i odeszła szybkim krokiem między białe pnie brzóz. Udali się biegiem we wskazanym przez nią kierunku, a Florek parę razy jeszcze obejrzał się za siebie w nadziei, że dojrzy między drzewami jej żółtą bluzkę i zielony kubraczek. Ona jednak znikła tak samo szybko, jak się pojawiła.

    Chcesz powiedzieć – nawiązał, kiedy biegli truchtem wzdłuż miedzy – że jeszcze ją spotkam? I że to będzie spotkanie… skuteczne?

    Zamierzał trochę żartobliwie rozładować nagromadzone w ostatnich piętnastu minutach napięcie, wydarzenia biegły z filmową szybkością. Olek Zawijas odpowiedział jednak zupełnie poważnie.

    Wolałbym zbyt wiele ci nie zdradzać z tej fabuły. Jesteś w niej nadprogramowy. A właściwie pełnisz funkcję zastępczą, w miejsce nieobecnego bohatera. Nie chciałbym, żebyś swoimi ingerencjami coś popsuł, bo wtedy na pewno nie załatwimy tego, po co przyszliśmy.

    Chodzi ci o to, że mógłbym popsuć twój plan?

    Chodzi mi o to, że mógłbyś popsuć tę historię.

    To mi ją opowiedz. Żebym wiedział, czego mam unikać.

    Olek Zawijas stanął w miejscu i upewniwszy się, że nikt ich nie ściga, położył rękę na ramieniu kolegi.

    Tej sceny z nagą Zemłową w komórce nie było. Sam ją wymyśliłeś, a właściwie wyprodukowałeś swoimi fantazjami, pragnieniami, czy co tam w tobie teraz buzuje. O mały włos nie zepsułeś całego wątku z karczmą, pełniącego tu całkiem istotną rolę. Niewykluczone, że nie wydostaniesz się… to znaczy nie wydostaniemy się stąd bez pomocy karczmarza Zemły i jego żony. Inaczej mówiąc, flirt odpada.

    Na pewno? – spytał Florek nie bez żalu.

    Na bank. Dlatego Wędrowiec tak cię podpuszczał. Gdybyś – że się tak wyrażę – uległ swym namiętnościom, prędzej czy później doszłoby do awantury i skłócilibyśmy ich między sobą, karczmarza z żoną. Tym samym odcięlibyśmy sobie drogę odwrotu. A bez tego nie ma rozwiązania zagadki.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    Szli przed siebie miedzą wśród ziołowych zapachów dogorywającego lata. Było ciepło i słonecznie, nad nimi przeleciał czarny ptak, krzyknął przenikliwie i podrywając skrzydło ostro skręcił w prawo nad łąki. Był jedynym ptakiem na całym niebie.

    Jasnym się stało, że Olek szybko nie wyjawi całej fabuły swojej młodzieńczej powieści, nie było sensu się dopytywać. Zamiast tego Madej spróbował uszczknąć fragmentów poszczególnych perypetii.

    Co się stało karczmarzowi, pamiętasz?

    Oczywiście. Został okaleczony przez naszego Wędrowca.

    Za co?

    Stanął w obronie czci żony.

    Uuu, niedobrze. Nie wiedział, z kim się żeni?

    W naszym zamyśle to miała być dłuższa i nieco głębsza historia. Kiedy Zemła przyjechał do wsi i kupił tę chałupę, by urządzić w niej karczmę, był przystojnym, silnym mężczyzną. Podobał się kobietom i niejedna zaginała na niego parol. Bezskutecznie. Zemła rzucił się w wir interesów i zdawał się nie widzieć świata poza robotą. Na zaczepki i pytania o stateczność odpowiadał, że najpierw musi zabezpieczyć rodzinie godziwe życie, a dopiero potem ją zakładać. Był twardy, solidny, uczciwy do bólu i przy tym życzliwy dla mieszkańców. Niejednemu pomógł. I tak było do czasu, kiedy do jego gospody zajechała rodzina kupiecka z północy, małżeństwo i córka. Byli tylko przejazdem, zjedli obiad i ruszyli w dalszą drogę. Zemła sam podawał im do stołu. Na córkę spojrzał tylko raz. Kiedy zapłacili i odjechali, przebrał się w elegancki strój, plenipotencje i klucze od spiżarni przekazał pomocnikowi, po czym ruszył za tamtymi w drogę. Wrócił po dwóch miesiącach. Z narzeczoną. Wkrótce się pobrali.

    Zawijas umilkł, ponieważ dotarli do wzniesienia, z którego rozciągał się widok na dolinę i zbocza następnego lesistego pagórka, mieniącego się wszystkimi odcieniami październikowych brązów i żółci. Daleko w siodle doliny przez korony drzew przebijały czerwone dachówki gospodarstw, blacha na wieży kościoła błyszczała srebrną iskrą.

    Okropnie banalne – stwierdził Florek wzdychając.

    To prawda, dlatego trzeba było historyjkę czymś urozmaicić. Wymyśliliśmy, że nasz zły charakter przybędzie do karczmy i podochocony zacznie się dobierać do młodej żony. Karczmarz stanie w jej obronie i zostanie pokaleczony. Zmieni się w brzydkiego, ohydnego półpotwora, mocno skontrastowanego z piękną żoną. Takie napięcie między postaciami. Doszło jednak do twórczej kontrowersji, ponieważ ja chciałem karczmarzowi zrobić tylko jedną malowniczą bliznę na policzku, natomiast Krzyś żądał pokiereszowania totalnego, z obciętym uchem i kawałkiem nosa.

    Rozumiem, że jego wersja zwyciężyła.

    Olek Zawijas podrapał się po głowie.

    No właśnie nie. Dlatego mocno się zdziwiłem widząc tę straszną twarz, która wychynęła na nas wczoraj wieczorem zza płotu. On zmienia fabułę.

    Kto, ten twój Krzyś?

    A któżby inny? On w nią wchodzi i przepisuje zdarzenia. Wymusza swoje wersje. Dziwne.

    Jeszcze dziwniejsze – dodał Florek – że facet od trzydziestu lat nie żyje.

    Poczekał chwilę, aż paradoks wybrzmi z całą swoją mocą i wwierci się w rozwibrowaną mózgownicę Zawijasa, prowokując reakcję. Nic takiego się nie stało. Olek w milczeniu wpatrywał się w dolinę, przysłaniając dłonią oczy. Po chwili odwrócił się i powiedział z pobladłą twarzą:

    Musimy wracać.

    Dlaczego?

    Tędy nie przejdziemy.

    Ale dlaczego? Przecież nic się nie dzieje!

    Dzieje się – odparł stłumionym głosem Olek Zawijas. – Popatrz.

    Dnem głębokiej doliny szła w ich kierunku gromada ludzi. Byli uzbrojeni w kosy, widły, sierpy i zwykłe kije. Szli bezładnie, rozbiegając się i włażąc na siebie, w ich kroku znać było jednak pewną nerwową niecierpliwość. Najwyraźniej kogoś szukali, ponieważ co jakiś czas niewielkie grupki odłączały się, by spenetrować pobliski teren, po czym rozczarowane dołączały do reszty. Kilku ambitnych wyrostków wysforowało się naprzód, wymachując solidnymi pałkami. Podchodzili z dołu ponaglając się wzajemnie i pokazując przed siebie. Zbliżali się szybko. Wreszcie jeden z nich dostrzegł dwóch chłopaków na szczycie pagórka i zakrzyknął triumfalnie ku reszcie. Podniosła się wrzawa i gromada ruszyła biegiem.

    Znowu?

    Zaledwie tyle zdążył krzyknąć Florek Madej, gdy jego lepiej zorientowany w sytuacji przyjaciel szarpnął go za rękaw, dając sygnał do ucieczki. Już trzeciej tego dnia, choć jeszcze nie minęło południe. Tłum za ich plecami rzucił się w entuzjastyczną pogoń, urozmaicaną wrzaskami, waleniem w garnki i świstem piszczałek. Ujadały psy. Cała sfora.

    Cdn.

  • „Pochodzę w prostej linii od Agathy Christie”. Rozmowa z Jędrzejem Pasierskim

    Wspólne oglądanie zaćmienia Słońca kończy się tragicznie dla Sary Kosowskiej – bardzo popularnej aktorki młodego pokolenia, która po wypiciu kawy zasypia, a finalnie umiera. Wszystko wskazuje na to, że ktoś zatruł napój, a mogli to zrobić tylko przyjaciele Sary, z którymi oglądała zaćmienie. No, może nie tylko, bo w apartamencie była też zupełnie obca dziewczyna. Może to ona miała powód do zabicia aktorki? Poczujcie się jak w kryminale Agathy Christie – ograniczona przestrzeń, ograniczona liczba potencjalnych winnych, ale nieograniczone możliwości i powody. Kto stoi za śmiercią Sary? Ktoś zazdrościł jej sławy, pieniędzy, a może powód leży zupełnie gdzie indziej? Ile warta jest przyjaźń i czy jest na sprzedaż? Z Jędrzejem Pasierskim spotkałem się na warszawskiej Pradze, bo właśnie tam, w jednym z apartamentów dochodzi do tragedii. Z racji tego, że wszystko działo się na żywym organizmie, to w pewnym momencie w kadr wjeżdża nam ciężarówka i zasłania wszystko. Obejrzyjcie rozmowę, a potem łapcie za „Czerwony świt”, bo warto.

     

  • Które książki zaatakować w marcu? Podpowiadam

    Gdy zbliża się nowy miesiąc, jestem trochę jak ten kot na zdjęciu. Czekam na premiery, a gdy już kurier wdrapie się na ostatnie piętro, to rozrywam kopertę i konsumuję. Okazuje się, że z marcowych premier kilka mam już za sobą, więc polecam je z czystym sumieniem. Przy innych jestem w trakcie czytania, a jeszcze inne dopiero przede mną, więc polecam trochę w ciemno, ale nie bez podstaw (przeczytanie fragmentu, szerszego opisu, wcześniejsze dokonania autorki/autora). Efektem tego przeglądu jest poniższa lista książek, do lektury których zachęcam. Reklamacje uwzględnia się, dawajcie znać. Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się do sklepu, a tam przeczytacie zarówno więcej o książce, jak i będzie mogli kupić interesujący Was tytuł.