Kategoria: Aktualności

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #23

    Gdzie jest tamten facet, a gdzie go nie ma? Czy ich widzi, śledzi za pomocą tutejszych systemów monitoringu, czy tylko przeczuwa i dlatego wysyła smoki? I gdzie są oni dwaj, ci prawdziwi, którzy zostali po tamtej stronie zjeżdżalni? Czy w ogóle są? Przejście przez stary młyn jak przekroczenie granicy życia? Niewykluczone. Mogło tak być, że spadając z piętra młyna skręcili karki i leżą pod murem jako dwa trupy, poskręcane i z wybałuszonymi od ostatniego zdziwienia oczami, a to, co mu się teraz widzi, słyszy i myśli, jest tylko pośmiertnym rojeniem błąkającej się po okolicy duszy. To by z kolei znaczyło, że ich sprawczość ogranicza się do tego świata (czyli tamtego) i w krakowskiej rzeczywistości nie zdołają już niczego zmienić, a jeśli nawet, to nigdy tego nie sprawdzą. I że nigdy już nie wrócą. A to by znaczyło, że dusza po śmierci istnieje. Czy były potrzebne aż tak radykalne kroki z ich strony dla udowodnienia tezy, którą ludzkość powtarza od zarania? Dusza istnieje, niegdysiejszy inspektorze Madeju, i w dodatku jest nieśmiertelna, a w każdym razie żyje dłużej niż ciało. Pozostało ci rozważenie, na ile twoja dusza jest tobą i czy łatwo zrezygnujesz z ciała.

    Pomacał się po brzuchu, ramionach, udach. Schudł. Gdy wchodzili na piętro gospody po drewnianych schodach, bez trudu brał po dwa stopnie, lekki i sprawny jak trzydzieści lat temu. Pogłaskał się po policzkach – były gładkie jak u młodzieńca. Zaczął to już odczuwać gdy biegli przez las, umykając przed smokiem. Z każdym krokiem stawał się lżejszy, dzięki temu zresztą w ogóle zdołał się wydostać z bagna. Czyje to było ciało? Jego z czasów młodości, czy jakiegoś powieściowego bohatera, wymyślonego przez dwóch napalonych chłopaczków, z których jeden od lat nie żył, a drugi spał teraz obok niego na słomianym posłaniu w fikcyjnej gospodzie? Objął głowę obiema rękami. Moja głowa? Ja?

    Kiedy jednooki Zemła przyprowadził ich wieczorem do karczmy, w pierwszej kolejności rzucił Florkowi grube portki i koszulę do przebrania, a potem ręką wskazał, gdzie może się umyć i przebrać. Olek dostał dużą szklankę piwa, którą niemal duszkiem wypił.

    Pijesz jak stary – skomentował mrukliwie Zemła i dolał piwa z cynowego dzbana. Wtedy przyjrzał się dokładniej Olkowi Zawijasowi i stwierdził, że ten faktycznie wygląda jak chłopak. Czyli że obaj ulegli jakiemuś zupełnie baśniowemu odmłodzeniu.

    U nas to rodzinne – odparł Olek i pociągnął łyk.

    A żebyś wiedział – zgodził się karczmarz. – Twój dziadek za kołnierz nie wylewał, ojciec miał łeb jak cysternę, to czemu ty miałbyś być inny. Co u ojca?

    Pytanie brzmiało niewinnie i błaho, ot, zwykłe zagajenie, ale twarz Olka zbladła. Uciekł oczami na bok, jakby w kącie izby szukał odpowiedzi, której – jak się Floro domyślał – nie mógł sobie przypomnieć. Jedyne oko karczmarza mierzyło obojętnie blade oblicze chłopaka, który podawał się za Krzysztofa Szulca.

    Nie wiem, dawno go nie widziałem – wykrztusił wreszcie Olek przez ściśnięte gardło. – Matka zabroniła.

    Ja na jej miejscu też bym zabronił. Ale nie jestem na jej miejscu. Zresztą, nie mnie sądzić ludzi – zakończył polubownie i dolał piwa. Pobladły Olek wypił z ulgą. Otarł usta rękawem i pokazał oczami Florkowi, żeby poszedł się przebierać. Istniało niebezpieczeństwo, że i jego zacznie Zemła odpytywać. Madej zgarnął ubranie i ruszył na drugi koniec izby. Po drodze zerknął w uchylone drzwi kuchni. Przy piecu kręciła się młoda, przystojna kobieta w czepku na głowie, która rzuciła mu krótkie i pełne ciekawości spojrzenie. Odwrócił się, nie wiedzieć czemu zawstydzony.

    Kiedy wrócił i usiadł za wielkim dębowym stołem, Olek miał już szkliste oczy, a odpychające oblicze karczmarza jakby złagodniało i straciło nieco na swej upiorności. Nadal wyglądał jak ofiara brutalnego napadu, ale pusty oczodół był zakryty czarną przepaską, która przysłaniała również kawałek nosa, a blizna na policzku zbladła. Kobieta z kuchni wyniosła dwie miski z jedzeniem, ale nie przyniosła ich do stołu, tylko postawiła na ladzie i znikła równie szybko, jak się pojawiła. Gospodarz przyniósł obie misy i postawił przed nimi. Z jednej pachniało żurem, w którym pływały kawałki kiełbasy, w drugiej dymiły świeżo ugotowane ziemniaki.

    www.unsplash.com/Monika Grabkowska

    Jedźcie – powiedział kładąc przed nimi drewniane łyżki, a na pytające spojrzenie Olka dodał: – My już wieczerzali.

    Obaj w jednej chwili złapali za łyżki i zaczęli jeść. Floro nie bardzo umiał jeść żur z ziemniakami nie mając własnego talerza, powtarzał więc ruchy Olka, który wiedział, bo jak twierdził, sam pisał ten fragment. Należało najpierw nabrać kawałek ziemniaka na łyżkę, potem zanurzyć go w zupie i całość wpakować do ust, które trzeba było szeroko otwierać, żeby się to wszystko naraz zmieściło. Jedli, a gospodarz patrzył na nich jednym okiem i opowiadał anegdoty z zamierzchłej przeszłości o piciu ze starym Szulcem. Potem nagle zaproponował im, żeby dali sobie spokój z włóczeniem się nocą po lesie i zostali spać u niego.

    Do wsi będzie ze cztery staje, o ile nie zejdziecie z drogi. A po ćmoku łatwo zbłądzić.

    My właściwie nie do wsi, tylko do cegielni – powiedział nagle Olek i szybko łyknął piwa ze szklanki. Zemła chwilę mierzył go błyszczącym okiem, zanim odpowiedział.

    Do cegielni to jeszcze dalej. A po co tam idziecie?

    Mamy sprawę – odparł Olek i potarł dłonią pustą szklanicę. Gospodarz już mu nie dolewał.

    Prześpicie się na górze, a o świcie możecie iść dalej. Teraz nocą tylko łażenie po próżnicy.

    I jakby dla podkreślenia, że nie ma o czym dyskutować, zgarnął z ławy ubłocone ubranie Florka i skinął na nich, żeby poszli za nim.

    I tak znaleźli się w gościnnym pokoju z jednym szerokim wyrem, na które opity piwem Olek padł i przed zaśnięciem zdążył tylko rzucić, żeby go Florek obudził jak się świeca dopali. Po sekundzie już chrapał. Później chrapanie ucichło i zapanowała bezdenna cisza.

    Teraz Florek Madej, niegdysiejszy oficer śledczy małopolskiej policji, siedział w tej bezdennej ciszy i czekał nie wiadomo na co. Miał pilnować, nie potrafił sobie jednak ukonkretnić, jak mianowicie miałoby wyglądać niebezpieczeństwo. „Niczemu nie ufaj, wszystko sprawdzaj”, polecił mu Olek, który wiedział. Wstał, obszedł cały pokój z talerzykiem w ręku, na którym stała zapalona świeczka, i dokładnie obejrzał ściany. Wszystko wyglądało, jak należy. Usiadł i zagapił się w pustkę.

    Nagle zza ściany usłyszał szelest. Jakby ktoś skrobał paznokciem po desce. Nastawił uszy i wstrzymał oddech. Jego czuwanie wzięło się stąd, że nie do końca ufali jednookiemu karczmarzowi, który nieco zbyt skwapliwie zaoferował im darmowy nocleg w opustoszałej karczmie. Szelest się powtórzył. Florek Madej ostrożnie przystawił ucho do ściany. Teraz całkiem wyraźnie słyszał od drugiej strony drapanie. Mysz, albo szczur, pomyślał i wzdrygnął się. Odsunął się od ściany. Nienawidził wszelkich gryzoni i wstrętem przejmowało go samo przypuszczenie, że tuż obok jego głowy urzęduje jakieś szczurzysko. Wyprostował się na krześle i przetarł oczy. Piekły go z niewyspania, ale na stoliku pozostało jeszcze z dziesięć centymetrów świecy. Umówili się na zmianę, kiedy świeca dopali się do końca. Według Olka ta powinna się palić około czterech godzin. Skąd to wiedział?

    www.unsplash.com/David Tomaseti

    W ogóle Olek wiedział sporo różnych dziwnych rzeczy. Z jednej strony było to zupełnie zrozumiałe, skoro znaleźli się w świecie częściowo wymyślonym przez niego, z drugiej – kompletnie absurdalne i nieprawdopodobne, jak alarmował zdrowy rozsądek. Nie ma czegoś takiego, jak przechodzenie z rzeczywistości do literackiej fikcji. Literalnie nie ma. Kiedy jednak próbował ten problem zgłosić Olkowi jeszcze w stary młynie, usłyszał, że przecież sam tego chciał, więc dlaczego się dziwi. To prawda, on pierwszy nalegał, by tu wejść (tu, czyli gdzie?), w najśmielszych przypuszczeniach nie spodziewał się jednak aż tak dalece posuniętej dosłowności. Resztki jego śledczej świadomości rozpaczliwie poszukiwały choćby odrobiny logiki w tym, co ich spotykało. Zjeżdżalnia, smok, bagno, upiorny jednooki karczmarz – wszystko to w ciągu niespełna godziny.

    A Olek twierdził, że to dopiero początek. Gdy upadli pod murem starego młyna, wprost w wysoką i cudownie miękką trawę, był przekonany, że jego kompanowi po prostu chodziło o przywołanie jakiejś dawnej zabawy, obudzenie wspomnienia, sentymentalny gest za przepadłą przeszłością. Humaniści tak mają, do końca nie potrafią się pogodzić z upływem czasu. Olo jednak wcale nie był wzruszony, tylko raczej napięty i czujny. Dla niego to nie była zabawa. Gdy tylko wygramolili się z trawy, porwał Florka za rękę i pociągnął ku brzozowemu zagajnikowi, gdzie przycupnęli za krzewem dzikiego bzu, jak nie przymierzając smarkacze z „Podróży za jeden uśmiech”. Jak oni się nazywali? Duduś i Poldek…

    Chrobot za ścianą zamienił się w miarowe stukanie. Stuk-stuk-stuk i przerwa. Stuk-stuk-stuk i przerwa. Dziwne. Szczur puka do niego? Wstał z taboretu, wziął talerzyk ze świecą i przyjrzał się ścianie ich gościnnego pokoju. Była wyłożona pionowymi deskami i pomalowana brzydką, rudobrązową farbą. Ostrożnie podszedł do kąta. Znajdowały się tam wąskie, zręcznie zamaskowane drzwi, ciasno dopasowane do krawędzi boazerii. Dziwne. Z pewnością ich tu przedtem nie było, sprawdzał przecież dokładnie, po policyjnemu. Miejsce w miejsce, jak mawiała babcia. I tych drzwi na pewno tu nie było.

    Gdy tak stał przed ścianą i przy pomocy świeczki na talerzyku badał szpary w deskach, jego wzrok natrafił na maleńki haczyk. Uniósł go palcem i w tejże chwili drzwi się uchyliły. W progu stanęła kobieta. Miała na sobie białą koszulę nocną, obszytą koronkami i luźno związaną tasiemką pod szyją, bose stopy i odsłonięte przedramiona, a w ręku trzymała taki sam talerzyk ze świecą. Na prawą pierś opadał gruby, czarny warkocz, rąbek lewej piersi wychynął spod głębokiego wycięcia w koszuli. Patrzyła mu prosto w oczy i uśmiechała się. Była powalająco piękna.

    Chodź – szepnęły wydatne usta, a smukła dłoń sięgnęła po niego.

    Jej dotyk podziałał na Florka jak porażenie prądem. W nagle odmłodzonym ciele poczuł gwałtowne podniecenie. Kobieta z nieruchomym uśmiechem pociągnęła go w głąb ciemnej komórki. Nie potrafił się oprzeć. Cały drżał, jego parciane portki – życzliwy podarunek od gospodarza – natychmiast wybrzuszyły się z przodu. Zrobił dwa niepewne kroki i drzwiczki za jego plecami zamknęły się bezszelestnie. Próbował ręką zasłonić wzwód, wstydził się jak licealista na ludnej wakacyjnej plaży, ale kobieta reagowała nieodmiennie z życzliwym uśmiechem.

    Wszystko wydarzyło się jakoś nagle, zbyt szybko, by mógł zareagować. Chciał powiedzieć, że nie wolno, że musi tam czuwać, przyjaciel śpi a on powinien pilnować, bo otoczenie bardzo niepewne, duchy i tak dalej… Nie był w stanie wykrztusić słowa. Znał ją, to ona wieczorem krzątała się karczemnej kuchni i wyniosła im jedzenie. W ogóle była chyba jego żoną. Cholera, to jeszcze gorzej, pomyślał nagle z przestrachem. Pakuje ich obu w jakieś koszmarne tarapaty. Chociaż… Olo wspominał coś o chętnej żonie karczmarza, że to niby miał być taki pomysł na dorosłe kawałki w ich powieści. Czarnowłosa, seksowna, lubieżna…

    Posadziła go na łóżku i kazała patrzeć na siebie. Skulił się, by ukryć swój naprężony chłopięcy wstyd, a ona odrzuciła warkocz na plecy i sięgnęła do tasiemki pod szyją. Przez białą koszulę nocną prześwitywały sutki na ostro sterczących piersiach. Przemknęło mu przez myśl, że koszula nie spadnie, tylko zaczepi się na nich jak na dwóch haczykach. Ale nie. Spadła. Spłynęła w dół cicho i dyskretnie jak kotara na uroczystym odsłanianiu pomnika. Rzeźba była doskonała. Florek Madej z całej siły zaciskał uda i sycił oczy widokiem godnym Michała Anioła. Nie do wiary. Żadnej skazy, żadnych zbędnych fałd, zmarszczek, plamek, nic. Nawet czarny pieprzyk był tylko jeden, i to dokładnie tam, gdzie powinien, czyli w pół drogi między pępkiem i mostkiem.

    Podoba ci się? – wyszeptała i zaraz położyła palec na ustach, żeby nie odpowiadał. Widocznie izdebka od drugiej strony przylegała do jakiegoś miejsca, skąd mogli być podsłuchani. Może nawet do małżeńskiej sypialni. Skinął i wyciągnął rękę. Odtrąciła ją lekko, z tym niewzruszonym uśmiechem na twarzy, i powoli okręciła się wkoło, chwytając w palce koniec grubego warkocza. Biodra wręcz płynęły w powietrzu. Statua miłości, pomyślał Florek i ścisnął dłońmi drżące kolana. Pocił się jak sztubak przed nocnym internetem.

    Zrobiła krok w jego stronę. Mroczny, diabelski, odwrócony trójkąt znalazł się tuż przed jego oczyma. Sapnął i pochylił się…

    Perfekcyjne ciało karczmarki znikło. Zostało zmiecione jednym pchnięciem szalonego moralisty, który nagle wpadł do izdebki i zaczął szarpać oszołomionego atakiem hormonów Madeja.

    Co-ty-wy-pra-wiasz – syczał Olek przez zaciśnięte zęby, ciągnąc go z powrotem do pokoju gościnnego. – Mia-łeś-u-wa-żać! A nie gzić się z karczmarzową. Zbieraj rzeczy i wynosimy się stąd!

    Nie gziłem się – wyjęczał Florek próbując poprawić spodnie, gdzie mu się źle ułożyło i okropnie uwierało. – To ona sama…

    Później pogadamy – warknął. – Jazda, na dół i do lasu!

    Jakie rzeczy?

    Co?

    Jakie rzeczy mam pakować.

    Kurwa, Floro, bierz ten swój pierdolony płaszczyk i wiejemy! Juuuż!

    No dobra, juuuż…

    Szedł, ale i nie szedł. Pchnięta tak bezceremonialnie w kąt pokoju karczmarzowa zwinęła się w kłębek i obserwowała obu mężczyzn. Nie ruszała się, nie reagowała. Po prostu patrzyła tymi swoimi nieruchomymi oczami, w których odbijał się płomień świecy. Bez niego ten wzrok byłby martwy, pomyślał Florek Madej omiatając ostatnim tęsknym spojrzeniem nagie ciało. Wyszedł za Olkiem z izdebki, zamknął drzwi na haczyk, zgarnął płaszcz z wieszaka i po chwili już byli na zewnątrz. Wciągnął głęboko rześkie powietrze, żeby ochłonąć. Za płotem wściekle ujadał pies, chyba ten sam, który ich eskortował wieczorem.

    Za łąkami podnosił się brzask. Pobiegli skrajem lasu tak, by nie tracić z pola widzenia łąki, ale i ukryć się między drzewami. Olek Zawijas sunął przed siebie w jakimś ponurym stuporze, zacięty i milczący, jakby obrażony na cały świat. Jego własny świat.

    Przepraszam – wykrztusił wreszcie Florek Madej. – Nie wiedziałem, co się dzieje, chciałem tylko sprawdzić hałas za ścianą…

    Wiem – uciął Olek i machnął ręką towarzyszowi, żeby sobie dał spokój z tłumaczeniami. – Musimy być ostrożniejsi. Chociaż nie wiem dokładnie, co to znaczy.

    Słuchaj, Olo, czy ona by mnie…

    Zabiła? Nie wiem, może tak. Ale raczej uśpiła albo w inny sposób pozbawiła przytomności i wezwała tego swojego cyklopa, żeby się tobą zajął.

    A on?

    A on by cię zamknął w piwniczce i przyszedł po mnie. Albo zarzuciłby sobie twoje cudownie odchudzone ciało jak worek ziemniaków na ramię i zaniósł do cegielni, żeby rzucić swemu panu pod nogi. Jako dowód, że wypełnił zadanie.

    Swojemu panu, czyli komu?

    Florek Madej nie doczekał się odpowiedzi, ponieważ Olo powstrzymał go uniesieniem ręki i dalej maszerowali w milczeniu. Brzask jaśniał, otoczenie leśne nabierało konturów, widzieli białą watę mgły podnoszącej się z podmokłych łąk. Na niebie gasły gwiazdy, smugi fioletów i granatów ścieliły się do stóp wschodzącego słońca – sceneria była iście bajkowa. Od samego początku, gdy się ocknął pod murem młyna, Florek czuł, że ten świat tutaj, po drugiej stronie kartki, jest jakiś wyrazistszy, bardziej intensywny. Kiedy zatrzymali się na zakręcie drogi, żeby zaczerpnąć tchu, postanowił spytać.

    Słuchaj, Olo, od czasu jak się obudziłem pod młynem, to znaczy jak zasnąłem… to znaczy odkąd tu jesteśmy, wszystko jest jakby zbyt intensywne. Ostre. Za ostre. Nie wiem jak to nazwać. Jakby to malował ktoś, kto lubi przesadzać. Ten karczmarz był taki ohydny, jego żona taka zmysłowa, a zachód słońca taki piękny! Aż za bardzo. Zresztą wschód też, zobacz.

    Pokazał ręką na łąki, zza których unosiły się ku niebu kolejne warstwy kolorów, jak wzory na indiańskiej tkaninie.

    Bo na tym polega literatura – odparł spokojnie Olek, kiedyś profesor polonista. – I w ogóle wszelka sztuka. Nie na kopiowaniu rzeczywistości, tylko jej intensyfikacji. Chodzi o to, żeby wzmacniać doznania, doprowadzać je do maksimum, podkręcać potencjometry percepcji. Karczmarz i jego żona to nie konkretni ludzie, tylko typy. Jeden odstręczający, drugi uwodzicielski. Ja sam się przekonałeś, to działa. Ledwo cię stamtąd wyciągnąłem, miałeś spodnie naciągnięte jak namiot cyrkowy. Mam nadzieję, że ich nie zmoczyłeś.

    Nieee – odparł zawstydzony Florek i dalej ciągnął swoje wątpliwości. – No dobra, literatura, ale jeśli ludzie tutaj nie są bytami indywidualnymi, tylko typami, to jak poznamy tego, kogo szukamy?

    A kogo szukamy?

    No, chyba tego… Krzysztofa Szulca.

    Brawo, jednak coś kojarzysz – pochwalił go Olek.

    Szukamy Krzysztofa Szulca, który wprawdzie nie żyje, ale nas tu zwabił i teraz ściga jak uciekinierów, chociaż to w zasadzie on ucieka, a my go gonimy, ponieważ chcemy rozwiązać zagadkę, której się w rzeczywistości rozwiązać nie da, ale tu można, bo tu jest inna rzeczywistość, wymyślona, i kiedy tu nam się powiedzie, to również tam, po drugiej stronie, która w istocie jest pierwszą stroną, będzie można zapobiec nieszczęściu. Dobrze myślę?

    Uhmm.

    Co „uhmm”? Jakie „uhmm”? Przecież to się całkiem nie trzyma kupy.

    Bo ciągle masz kłopot z zaakceptowaniem faktu.

    Jakiego?

    Że jesteśmy tylko tu, a nie tam i tu równocześnie. Jeśli mogę ci coś poradzić, to zapomnij o „tam”. Szukaj mechanizmów prawdopodobieństwa pośród rzeczy, osób i sytuacji w nowym miejscu i nie odnoś ich do miejsca starego. To częsty błąd u poczatkujących interpretatorów: mieszanie porządków.

    To znaczy jeśli elfy istnieją, to mogą mówić? O to chodzi?

    Mniej więcej.

    To dlaczego odepchnąłeś tę piękną kobietę, jakby nie była człowiekiem tylko jakimś plastikowym manekinem? To nie jest mieszanie porządków?

    W pewnym sensie. Ale tylko po to, by się nie dać zaskoczyć. Lazłeś w objęcia pułapki jak mucha w słój miodu. Potraktowałem ją jak człowieka. Czyli istotę podstępną. Oczywiście po literacku przerysowaną.

    Aha, przerysowaną. Po literacku. Czy on też będzie przerysowany? Pojawi się jako wielki czarownik w pelerynie do ziemi i kapeluszu do nieba? A może jako władca smoków, nieustraszony pasterz dinozaurów, dosiadający pterodaktyla o łapach wysadzanych diamentami? Albo jako…

    Wędrowiec.

    Słowo to Olek Zawijas wypowiedział półgłosem, przez duszone gardło. Towarzyszyło mu machnięcie ręką wskazujące zakręt drogi. Stał tam młody mężczyzna w długiej opończy i kapeluszu z szerokim rondem. Na nogach miał obcisłe spodnie wpuszczone w pończochy, na prawym biodrze zwisała podróżna torba, na lewym spod płaszcza wystawał koniec szpady. Szedł ku nim wolnym krokiem, szeroko rozkładając ręce w geście powitania.

    Witajcie, panowie. Świt następnego dnia to wyborny czas na spotkanie.

    Olek gapił się na postać z półotwartymi ustami. Kiedy mężczyzna zbliżył się na kilka kroków i zatrzymał przed nimi, Florek przyjrzał się jego szpadzie. Koniec klingi był ciemniejszy i bardziej matowy. Kapały z niego krople krwi.

    Cdn.

  • Mniej krwi, więcej psychologii. Rozmowa z Przemysławem Żarskim o „Śladzie”

    Czy można zniknąć bez śladu? W pewną zimową noc 1993 roku ze studniówkowej imprezy wychodzi Sylwia Nowicka. Nie dociera do domu, nie ma z nią kontaktu. Ktoś ją porwał? Uciekła do Niemiec? Żyje? Pikanterii dodaje fakt, że przed zniknięciem pokłóciła się ze swoim chłopakiem, a do rodziców trafia list pożegnalny.

    25 lat później w mieszkaniu w Sosnowcu policja znajduje tajemniczą kasetę wideo, na której nagrano zabójstwo młodej dziewczyny. Czy jest nią poszukiwana Sylwia Nowicka? Kto ma krew na rękach, a kto przez lata żył z ciężarem pomówień i insynuacji? Zagadkę stara się rozwikłać komisarz Robert Kreft, którego męczą demony przeszłości. Z Przemysławem Żarskim rozmawiam o ludzkiej psychice, kasetach VHS, a także…o Zenku Martyniuku 😉

  • „Wyrażam swoją miłość do Oslo”, Lars Saabye Christensen o „Śladach miasta”

    Jeśli słyszycie o trylogii skandynawskiej, to pewnie najpierw przychodzi Wam do głowy „Millennium” Stiega Larssona. Wtedy Lars Saabye Christensen mówi: potrzymaj mi piwo i patrz na to. Na to, czyli na „Ślady miasta”, trylogię dziejącą się w Oslo. Sam autor mówi, że oddaje hołd temu miastu. Pierwsza część pojawi się w księgarniach już w środę, a o czym będzie? Zostawiam Was z autorem, który o tym dokładnie opowie. Nagrywaliśmy się na korytarzu w trakcie frankfurckich targów książki, więc wybaczcie, że ktoś tam przechodzi w tle, albo słychać szum tłumu.

  • „Gdybym zabił Lucka Bałysia, to czytelniczki zabiłyby mnie”

    Powraca Andrzej Krzycki z Luckiem Bałysiem oraz całą resztą policyjno-kryminalnej ferajny. Tak, tak, to już piąta książka z tymi bohaterami, a przed nami jeszcze cztery (albo i więcej!). „Skowyt nocy” już w księgarniach, a my rozmawiamy przy bunkrze, bo jeśli już czytaliście, to wiecie, że pomorskie bunkry są ważnymi bohaterami drugiej części trylogii pomorskiej. Nie będę za dużo Wam pisał, bo wszystkiego dowiecie się z rozmowy, ale bądźcie czujni, bo są momenty, gdzie zdradzamy fabułę, ale najpierw ostrzegamy 😉 Jest też konkurs, który ogłasza Krzysztof Zajas. Na co, a właściwie na kogo? Wszystko działo się w wyjątkowych okolicznościach przyrody, a do tego na żywo, więc nie zdziwcie się, jeśli przez kadr przeleci parasol. Nie przeziębiliśmy się, więc dostarczamy Wam fajny kwadrans z Zajasem. Smacznego!

     

  • „Gdyby mama przyznała się, że jest w ciąży, poszłaby do pieca”

    Po przyjściu na świat na lewym udzie wytatuowali jej numer 89136. Od tego momentu była więźniem. Jak wszyscy inni. Stefania Wernik urodziła się za drutami niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auscwitz-Birkenau. Jej matka została tam przewieziona w drugim miesiącu ciąży. Ciąży, którą ukrywała, żeby przeżyć. To dramatyczna historia, ale nawet w piekle są ludzie, którzy chcą pomóc. Stanisława Leszczyńska, czyli położna z Auschwitz, ocaliła życia tysięcy dzieci. Jest bardzo prawdopodobne, że przyjmowała też poród matki Stefanii Wernik. Już za chwilę premiera „Anioła życia z Auschwitz”, czyli najnowszej książki Niny Majewskiej-Brown. Zanim zasiądziecie do lektury, obejrzycie historię osób, które w czasach zagłady były dziećmi.

  • „Każdy konflikt zaczyna się od tego, że ludzie przestają ze sobą rozmawiać”

    Pewnie w księgarniach wpadnie wam czasem w oko książka korespondenta wojennego, książka o wojnie, książka o tejże wojny skutkach. Spojrzałem też w zapowiedzi wydawców, a tam kilka ciekawych pozycji dotyczących tej tematyki. Poprosiłem więc Marka Sygacza, który jest reporterem „Wydarzeń” Polsatu, a także Polsat News żeby wyjaśnił, dlaczego chcemy o wojnie czytać. Dlaczego akurat o rozmowę poprosiłem Marka? Raz, że się znamy – bardzo cenię jego warsztat dziennikarski, a dwa, prowadzi bloga strefakonfliktu.com. Znajdziecie tam sporo informacji o konfliktach zbrojnych, które dziennikarz oglądał z bliska. Czy polskie media dużo czasu poświęcają wojnom na świecie? I czy jeżdżenie w strefy konfliktu możemy traktować jako hobby? Zobaczcie naszą rozmowę.

     

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #22

    Część druga

    Autor tego krajobrazu miał pod ręką trzy puszki z farbą: zieleń, czerwień i żółć. Maczał w nich pędzle obficie, z rozmachem i trochę bez opamiętania mieszając barwy, jakby się bawił wymyślaniem nowych obliczy jesieni. Jak okiem sięgnąć dominowały wszelkie odmiany brązów, przetykane rzadkimi plamami rdzy, siarki i malachitu. Pośrodku obrazu leżała wielka misa łąki o krawędziach obwiedzionych czarną kreską lasu i szarą kreską pól. Nad nią wznosiła się słoneczna kopuła nieba, z błękitem tu i ówdzie zaciągniętym mleczną zawiesiną.

    Tuż pod lasem, samym skrajem malowniczej scenerii, maszerowały dwie maleńkie ludzkie figurki. Pierwsza prosta i wysoka, z tułowiem zrobionym jedną kreską i druga niższa, przygarbiona, z tułowiem zrobionym dwiema kreskami.

    Olek, wiesz, dokąd idziemy? – spytał niższy próbując nadążyć.

    Na razie wiem.

    W porządku – zgodził się tamten. Coś mu jednak nie dawało spokoju, ponieważ po chwili spytał znowu. – Ale to się nie dzieje naprawdę, co?

    Nie. To tylko brulion ze starą powieścią. Dosyć słabą.

    Aha.

    Ten z tyłu pokiwał głową w taki sposób, jak to robią ludzie mocno niepewni swej wiedzy. Zawahał się przed skokiem przez płytką przykopę, która przecinała łąkę na pół. Skoczył. Drobnym truchtem dogonił pierwszego i pytał dalej.

    Czyli my teraz śnimy?

    Nie. Idziemy skrajem lasu, żeby nie rzucać się nadmiernie w oczy.

    Aha. Czyli to nie jest rzeczywistość, tylko takie… złudzenie?

    Pierwszy zatrzymał się i odwrócił. Drugi dotruchtał i posapując patrzył w surową, napiętą twarz pierwszego, którą nagle miał tuż przed sobą.

    Chodzi mi o to, że… w rzeczywistości… nadal tam leżymy…

    Rozległo się głośne plaśnięcie i ten niższy złapał się za policzek.

    Boli? – spytał wyższy.

    Boli.

    Naprawdę, czy na niby? Rzeczywistość, czy sen?

    Naprawdę, ale..

    Ból nie może być na niby – wyjaśnił ten wyższy. – Musi być prawdziwy, inaczej nie byłby bólem. Gombrowicz twierdził, że to ostatni sprawdzian realnego istnienia, wobec śmierci Boga i rozpadu wszelkiej substancji. Teraz są całe studia poświęcone afektywności i cierpieniu jako dotknięciu bytu, a głównym materiałem badawczym jest dla nich literatura. Krótko mówiąc, obawiam się, że błędnie sformułowałeś wyjściowy problem.

    Czyli?

    W literaturze świat jest wymyślony, ale uczucia prawdziwe. Nie da się dokładnie oddzielić fikcji od rzeczywistości.

    Nie mogłeś po prostu powiedzieć? Musiałeś mnie bić?

    Wyższy, zwany Olkiem, uśmiechnął się.

    Musiałem, Floro. Inaczej nie przyswoiłbyś sobie tej trudnej prawdy w stopniu, który jest nam potrzebny do skutecznego działania. Chciałem ci uświadomić skalę zagrożenia. Realnego. Ból jest nie tylko dobrym sprawdzianem istnienia, ale i całkiem niezłym edukatorem. Rózgi w dawnych szkołach nie były takim głupim pomysłem.

    To kult przemocy. Dobrze, że nikt nie słyszy, inaczej byś miał sprawę.

    Wyższy z czujnością rozejrzał się po okolicy, mrużąc oczy od mlecznych promieni słonecznych.

    Tego nie byłbym taki pewien – mruknął zatrzymawszy wzrok na jakimś punkcie na prawo od nich, gdzie łąkę od stawu oddzielała wysoka grobla. – Wcale nie byłbym pewien…

    Nagle oczy zwęziły mu się do dwóch poziomych szparek i krzyknął: – Wiejemy!

    Schwycił niższego za szeroki rękaw płaszcza i pociągnął do lasu. Kilkoma skokami wpadli między drzewa i pobiegli w ciemniejącą gęstwinę, nie oglądając się za siebie. Pierwszy ciągnął drugiego. W prawo, w lewo, potem znowu w prawo – szukał jakiegoś sobie tylko znanego zakątka, który w jego wyobrażeniu miał ich uchronić przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Las stawał się coraz ciemniejszy, dominowały tu rozłożyste świerki, których korony coraz ciaśniej sklepiały się nad nimi w szczelny, zielony dach. Wreszcie dotarli nad maleńkie oczko wodne, o średnicy może dwóch metrów, otoczone świerkowymi pniami jak wartownikami. Przycupnęli pod jednym z nich i nadstawili uszu.

    Szum rósł. Z daleka przypominał hurgot klucza łabędzi w locie, potężniał jednak z każdą sekundą, aż zmienił się w trudny do wytrzymania powietrzny łoskot. Zatkali dłońmi uszy. Niebo pociemniało, olbrzymi cień uderzył w ścianę lasu i nakrył go swoim cielskiem. Rozległ się zgrzyt szorującego po szczytach drzew brzuszyska, trzaskały świerkowe wierzchołki, miażdżone uderzeniem jakiejś niewyobrażalnej masy. Kiedy cień znalazł się nad uciekinierami, na ich głowy posypał się deszcz igliwia, szyszek i połamanych gałęzi. Niższy krzyknął, a wtedy wyższy zatkał mu usta dłonią i przyciągnął jego twarz do swojej piersi. Po paru sekundach potwornego łomotu cień oddalił się, na chwilę wokół nich pojaśniało, a potem znowu się pojawił, sunąc z lewej nad sąsiednim kwartałem lasu. Wreszcie zawrócił nad łąkami i oddalił się tam, skąd nadleciał.

    Odczekawszy chwilę i przekonawszy się, że cień znikł na dobre, wyższy puścił głowę niższego i ostrożnie podniósł się na nogi, opierając ręce o pień świerka.

    Co to było, samolot? – spytał niższy, zwany Florem.

    Wątpię. Tu nie ma samolotów. Już raczej smok.

    Aha.

    Zapadła cisza. Otrzepali ubrania z igieł i patrzyli na siebie w ostrożnym napięciu. Floro oddychał przez uchylone usta. Olek miał wesołe iskierki w oczach.

    Chciałeś jeszcze o coś zapytać?

    Nie, wszystko jasne. Smok to smok. Dużo ich tu jest?

    www.unsplash.com/Martin Woortman

    Przecież tego nie wiem. Nie ja go napisałem, tylko on. Całkiem prawdopodobne, że jakiś się jeszcze pojawi. Zresztą, to nie był właściwie smok w sensie ścisłym, raczej sugestia smoka, taki smoczy znak. Resztę musisz sobie sam ukonkretnić.

    Dobrze. Nie smok, tylko sugestia smoka. Już koryguję i ukonkretniam. Zielony, z błoniastymi skrzydłami, na grzbiecie rogowe kolce, rozcapierzone szpony, długi jęzor i dym z rozchylonych nozdrzy. Mogę dołożyć parę kamieni szlachetnych po bokach? Zawsze chciałem mieć smoka z rubinami. I czarne agaty zamiast ślepi. Co, da radę?

    Pewnie, co tylko chcesz. Wypełnianie niedookreśleń należy w pełni do ciebie. W literaturze każdy ma swoje smoki, że się tak wyrażę. Dorzuć jeszcze grzechotkę na końcu ogona, żebyśmy słyszeli, jak się skrada.

    Super, grzechotka – zgodził się Floro i chmurny namysł spowił jego łysiejące czoło. Pewnie próbował sobie wyobrazić długi, zakręcony do góry ogon z grzechotką. Jak mogłaby wyglądać u smoka? Jak główka maku na łodydze? Meksykański maracas?

    Nie musisz nic robić – wtrącił Olek w sam środek jego myśli. – U grzechotników to jest po prostu jaśniejsza końcówka, a grzechoczą puste komórki, które trą o siebie. Słychać z kilkudziesięciu metrów, dlatego mi przyszło do głowy.

    Czy moje myśli też ci przyszły do głowy? Słyszysz je?

    Nie, to tak nie działa – odparł Olek ze śmiechem. – Po prostu miałeś taką niepewną minę i pomyślałem, że kombinujesz nad tą grzechotką. Zapomnij, to był żart…

    W tym momencie rozległo się głośne chlupnięcie i połowa Florka Madeja znikła w ziemi. Udało mu się dogonić towarzysza i szli gęstym lasem obok siebie, depcząc obfite kępy miękkiej, wściekle zielonej trawy. Bardziej niż normalną trawę przypominała ona szkolną kolorowankę, w której pilny uczeń barwi kontury na wyrost, przesadnie i z pasją dociskając kredkę do białej kartki. Jej zieleń błyszczała jaskrawo i soczyście. Wokół panowała uspokajająca cisza.

    I nagle chlupnięcie. Szorstka trawa niepostrzeżenie zmieniła się w mech, a ten w bagno. Olek uskoczył i natychmiast, bez zastanowienia, jak gdyby ćwiczył to od dawna, położył się plackiem na brzuchu i wyciągnął obie ręce przed siebie.

    Złap się! Trzymaj mocno!

    Florek zdążył już schwycić go za nadgarstki, które ściskał z jakąś kurczową zawziętością. Jego nogi zapadały się coraz głębiej, a tonięciu towarzyszył nieprzyjemny bulgot, jakby ktoś łapczywie łykał kolejne łyżki zupy. Był już po pachy w błocie i bagno nadal go wsysało. Olek zaczepił prawą stopę o pień drzewa. Chwilę trwało siłowanie się dwóch ludzkich ciał z bezosobowym bagnem. Wreszcie bagno odpuściło. Bulgot ustał i wróciła cisza. Patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczyma, jeden po pachy w błotnistej brei, drugi na płasko, z podciągniętymi rękawami swetra i igliwiem na zdrapanym przedramieniu.

    Co teraz? – wycharczał Florek. – Duszę się.

    Oddychaj głęboko, zaraz puści.

    Skąd wiesz?

    Nie wiem, ale i tak nie masz innego wyjścia. Sam cię nie wyciągnę, mogę co najwyżej przytrzymać, żebyś całkiem nie poszedł do ziemi.

    Aha.

    Cholera, mogłem przewidzieć! – krzyknął nagle Olek Zawijas i zacisnął zęby, które zgrzytnęły nieprzyjemnie. – Musimy na przyszłość bardziej uważać.

    Nie wiem, o jakiej… przyszłości mówisz… ale ja… nie mogę oddychać…

    Jeszcze trochę, wytrzymaj.

    Rozejrzał się wkoło i jego wzrok padł na młode pędy buczyny.

    Puść moją prawą rękę. I nie panikuj. O, tak.

    Uwolnioną dłonią złapał gruby pęd i cofnął się na tyle, bo i drugą stopą zaprzeć się o pobliski pień. Teraz mógł ciągnąć obiema nogami i jedną ręką.

    Pomóż mi – powiedział najspokojniej jak potrafił i naprężył mięśnie. Florek Madej, blady jak płótno i umorusany błotem, sprawiał wrażenie właśnie wyłowionego topielca. Którym poniekąd był. Wolną ręką próbował złapać najbliższą gałąź i kiedy wreszcie mu się to udało, sapnął ciężko. Chwilę dopasowywali uchwyty.

    Nie szarp zbyt mocno – instruował Olek. – Stopniowo, jednostajnie, raz, dwa… trzy!

    Pociągnęli równocześnie i bagienny dołek wydał z siebie żałosny ni to szloch, ni to bek. Spod poszarpanego mchu wynurzyła się czarna, jednolita kłoda, która kiedyś była tułowiem Floriana Madeja, a następnie dwa sztywne od błota kloce nóg. Kiedy wreszcie udało mu się wygramolić na wierzch w całości i stanął na twardym gruncie, wyglądał jak statysta w serialu Czarnobyl. Spojrzał na siebie.

    Kurwa – podsumował.

    Noo – przytaknął Olek Zawijas bacznie się rozglądając. – Musimy być ostrożniejsi. Na śmierć zapomniałem o tym bagnie.

    Na śmierć przez utopienie… zaraz, zaraz, czekaj, co to znaczy: zapomniałem? Wiedziałeś o nim?!

    W górze nad nimi zaszumiały korony świerków od lekkiego podmuchu. Olek podniósł wzrok i badał niebo, czy ów dźwięk nie zwiastuje przypadkiem powrotu smoka. Sugestii smoka. Niebo było jednak czyste, spokojne i zabójczo szafirowe.

    Chodźmy, bo za chwilę się ściemni – stwierdził rzeczowo. – A wtedy mogę nie trafić. Ochędoż się jakoś i ruszamy.

    Oblepiony błotnistą mazią zombie usiadł w kucki pod drzewem i splótł dłonie na kolanach. Z każdego zakątka jego zniszczonego odzienia wyciekał czarniawy płyn.

    Nigdzie nie idę. Z następnego takiego dołka mogę się już nie wydostać. Tu przynajmniej jakoś obeschnę. Poza tym ciągle nie wiem, dokąd idziemy.

    Olek Zawijas westchnął i usiadł obok kolegi.

    Do gospody. Mają tam piec, ciepłą strawę i suche koszule na zmianę. Mówię ci, chodź.

    Skąd wiesz?

    Bo ten fragment akurat ja pisałem.

    On mógł coś zmienić.

    Nie mógł. Przecież sam widziałeś, oryginał powieści jest u mnie.

    To jak on to zrobił? – krzyknął Florek Madej zataczając ręką wkoło. – Smoka i bagno?

    Wciąż nie rozumiesz, chociaż długo sprawiałeś wrażenie, jakbyś rozumiał. Co jest napisane, po tej stronie starego młyna istnieje i nie można już zmienić. Pamiętałem o pomyśle ze smokiem, ale wyleciało mi całkiem z głowy to gówniane bagienko, które Krzyś wstawił w sam środek lasu, żeby było ciekawiej. Widział taką scenę w jakimś radzieckim filmie, jak dziewczyna tonie wchłaniana przez rozlewisko, i cholernie mu się spodobało. Chciał napisać coś podobnego. Odradzałem mu kopiowanie cudzych pomysłów, ale uparł się i wstawił samo bagienko. Przepraszam, zwyczajnie zapomniałem.

    www.unsplash.com/Dan Dimmock

    To może posiedź chwilę i przypomnij sobie, o czym jeszcze zapomniałeś. Paści na dziką zwierzynę? Pożar lasu? Wataha głodnych wilków? Krwiożercze rusałki? Skup się. Wolałbym dojść do tej gospody. Jeśli rzeczywiście… to znaczy, jeśli w ogóle gdzieś tu jest.

    Jest – potwierdził stanowczo Olek. – A pożarów, paści, wilków i rusałek nie ma. Raczej na pewno. Chodźmy już, bo za chwilę zesztywniejesz i nie wstaniesz. Dawaj!

    Wyciągnął do niego brudną rękę i mocnym szarpnięciem postawił na nogi. Florek zachwiał się, przytrzymał świerkowego pnia, a potem zrobił na próbę krok po suchej ściółce. Ubranie zachrzęściło. Powoli ruszyli dalej. Poziome promienie słońca straciły swoją siarkową żółć na rzecz różów i fioletów. Widoczność skracała się z minuty na minutę. Las ciemniał.

    Olo, słuchaj, ale to nie jest jedyne ubranie, jakie mam, prawda? – spytał Florek macając się po błotnistym worku, który kiedyś był granatowym swetrem. – Gdzieś tam jest mój rzeczywisty sweter i moja prawdziwa niebieska koszula, na moim prawdziwym ciele leżącym sobie spokojnie pod ścianą twojego starego młyna, u stóp tej pieprzonej młynarczykowej zjeżdżalni, co? Bo my tam śpimy teraz, Olo, nie? Spokojnie sobie śnimy twoje bajdurzenia o smokach i bagnach, a właściwie to ja śnię, bo ty leżysz obok i śnisz sobie być może coś zupełnie innego, na przykład jakąś pulchną młynarzównę…

    Cicho!

    Olek zamarł w pół kroku i pochylił do przodu, starając się wzrokiem przebić gęstniejącą ciemność. Szli teraz jeszcze wolniej, z wyciągniętymi przed siebie rękami i obmacując wszystkie pnie drzew po drodze, jakby ich szorstka kora dodawała im poczucia realności.

    Jest.

    Co?

    Zawijas nie odpowiedział. Wziął go za rękę i poprowadził przez pleniące się wkoło krzaki prosto przed siebie, w stronę migoczącego między drzewami światełka. Kiedy podeszli na tyle blisko, by mieć pewność, że mają przed sobą oświetlone okienko domostwa, przykucnęli za szerokim pniem i chwilę obserwowali teren. Nie było żywego ducha.

    Chodźmy – powiedział Olek i zrobił krok ku gospodzie. Nadepnął przy tym na suchą gałązkę i jej trzask zabrzmiał jak wystrzał.

    W następnej sekundzie rozległo się wściekłe ujadanie i nim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, zza krzaków wyskoczył olbrzymi pies. Był zupełnie czarny, miał żółte ślepia i charczał jak zawodowy morderca, szkolony specjalnie do rozrywania na strzępy przybłędów z lasu. Przywarli plecami do pnia i patrzyli w osłupieniu na otwarty pysk, z którego przy każdym warknięciu spływały strugi śliny. Bydlę zatrzymało się metr przed nimi i czekało na najmniejszą choćby prowokację z ich strony. Czekali ze wstrzymanymi oddechami, dopóki nie zaszeleściły krzaki za psim zadkiem.

    Coście za jedni? – padło burkliwe pytanie. Mężczyzna miał na sobie obszerną białą koszulę, krótki kożuszek bez rękawów i parciane spodnie. Twarzy nie widzieli, ponieważ całkowicie kryła się w cieniu ronda brzydkiego kapelusza. W ręku trzymał kwadratową latarnię z zapalonym kagankiem w środku. Światełko migotało zza brudnych szybek.

    My od Szulca – odparł bez namysłu Olek Zawijas. – Andrzej i Krzysiek.

    Mężczyzna podszedł bliżej i uniósł latarnię. Uważnie przyjrzał się ich twarzom, a oni mogli sobie obejrzeć jego. Miał tylko jedno oko, w miejscu drugiego ziała czerwona dziura, obcięty czubek nosa i szeroką bliznę na policzku. Florek ze wszystkich sił powstrzymywał się, by nie krzyknąć. Olek ani drgnął. Mężczyzna wreszcie opuścił latarnię, uwalniając ich od okropnego widoku, i krótko przyglądał się ubłoconemu ubraniu Florka.

    Znacie mnie? – spytał.

    Pan jest karczmarz Zemła – wydeklamował Olek, jakby odpowiadał na pytanie nauczyciela. – A bliznę na policzku zrobił panu Edek zwany Ściganym.

    Mężczyzna ważył w myślach słowa Olka, po czym złapał psa za nabijaną ćwiekami obrożę i pociągnął go ku gospodzie.

    Chodźcie – powiedział ponuro. – Te mokre dupska trzeba wysuszyć.

    Olek ruszył pierwszy, Florek za nim, z trudem stawiając kroki. Czuł, że dopiero teraz idzie mu się naprawdę sztywno. Nie od błota. Ze strachu.

    Cdn.

  • „Z Bernardem Grossem zwiążę się na dłużej, ale chwilowo wracam do Torunia”

    Dwa miesiące temu rzucił etat, więc na życie zarabia już tylko pisaniem. Jakie są jego pierwsze wrażenia z bycia na swoim? Rozmawiamy też o „Zadrze”, o trudnych wyborach Bernarda Grossa, o jego żonie, a także rysującym się na horyzoncie nowym związku. Czy Robert Małecki wyjaśni, co tak naprawdę wydarzyło się dziesięć lat temu? Czy Gross mógł uchronić swoją żonę, a może nie mógł podjąć innych decyzji? Rozmawiamy też o wykorzystaniu trytytek oraz o kolejnej książce, którą Małecki wróci do Torunia. Okazuje się, że w tym roku fani Małeckiego będą mieli jeszcze sporo radości, a może nawet więcej niż sporo. Zobaczcie naszą rozmowę, w której Robert uprawia agitację oraz robi wszystko żeby nic nie powiedzieć, jednak mówiąc 😉 

     

     

     

  • „Jeśli fikcję sprzedaje się jako udokumentowaną prawdę, to jest to kłamstwo”

    Jakiś czas temu napisałem tekst o tym, czy wszystko można sprzedać, a dotyczył wysypu książek dotyczących życia w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych. Jeśli go nie czytaliście, to możecie zrobić to tutaj – klik. Kilka dni temu miałem okazję spytać dyrektora Muzeum Auschwitz – Birkenau co sądzi liczbie książek dotyczących tej tematyki. Zadałem mu także pytanie o „Tatuażystę z Auschwitz”, czyli książkę, która sprzedała się w Polsce już w ponad czterystu tysiącach egzemplarzy. Ta historia wzbudziła wywołała wśród historyków wiele kontrowersji.