Kategoria: Aktualności

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #19

    Aspirant Bartosz Macerak rzeczywiście przybył pod budynek szpitala bardzo szybko, w pół godziny od telefonu inspektora. Madej czekał na niego przed wyjściem. Wsiadł na miejsce pasażera i powtrzymał dłonią aspiranta, który właśnie zabierał się składania raportu.

    – Później. Masz drugi samochód? – spytał.

    Macerak pokazał na włączone reflektory pojazdu na drugim końcu skweru.

    – Ale, panie Florianie, nie wiem, czy to najlepszy pomysł. To, co się dzisiaj działo w mieście… Komendant Pliszka biegał po całym gmachu i pomstował na wszystkich, jakby to u nas na Mogilskiej znajdowało się źródło tej całej katastrofy. Na pana też. Za to, że pana nie ma. Kiedy pan wróci?

    – Nie wiem. Później sobie pogwarzymy, teraz jest robota.

    Przyjrzał się krytycznie swojemu pomocnikowi, po czym sięgnął po swoją staroświecką torbę, z którą wyglądał jak księgowy z fabryki zabawek, i zaczął wyjmować ubrania: koszulkę, spodnie i bluzę z kapturem.

    – Słuchaj, Bartek, trzeba wyciągnąć tego profesorka z oddziału zamkniętego. Ubierz się w to.

    Ignorując protesty aspiranta zaczął mu rozpinać skórzaną kurtkę. Kilka minut zajęło im naciągnięcie jednych spodni na drugie. W trakcie przebieranki Madej tłumaczył Macerakowi:

    – Posiedzisz z godzinę, a potem jakby nigdy nic zejdziesz na dół do wyjścia. Może się uda, a gdyby jednak cię chcieli zatrzymać na portierni, powiedz prawdę, że jesteś tym drugim policjantem i wychodzisz, bo skończyłeś robotę. Jakby się dopytywali, co to za robota, powiedz, że to tajemnica służbowa i nie wolno ci zdradzać szczegółów. I im też zabroń mówić. Na wszelki wypadek, to zawsze działa. Tylko pamiętaj, nie wcześniej niż za godzinę od naszego wyjścia. Poleżysz sobie i poczytasz. Profesor na pewno tam ma jakieś mądre książki, dokształcisz się. Jasne?

    – A jak ktoś wcześniej przyjdzie?

    – Nie wiem, coś wykombinujesz. Zamknij się od środka i nie otwieraj. Udawał głuchego. Albo stukniętego, to w końcu wariatkowo.

    Aspirant Macerak skinął głową bez przekonania. Wahał się, czy zadawać następne pytania, które cisnęły mu się na usta, ale inspektor powstrzymał go ręką.

    – Później, wszystko później, Bartek. Na razie wyprowadzamy profesora. Gotowy?

    www.unsplash.com/Ibrahim Boran

     

    Wysiedli równocześnie i zdecydowanym krokiem ruszyli ku wejściu do budynku. Macerak narzucił kaptur na głowę i włożył ręce do kieszeni, żeby wyglądać na pewnego siebie luzaka, co mu się całkiem nieźle udało. Portierowi wyjaśnili, że już mają skompletowane dokumenty i mogą przystąpić do przesłuchania, ale nawet niespecjalnie słuchał. Wgapiał się w telewizyjne powtórki wiadomości z krakowskich wydarzeń sprzed kilkunastu godzin.

    Profesor siedział na łóżku. Twarz ukrył w dłoniach i ciężko oddychał. Wygląda nieszczególnie, pomyślał inspektor na jego widok, nie jest wcale pewne, że da radę. Na odwrót było już jednak za późno. Zbyt wiele sobie nawzajem powiedzieli o tej dziwnej i niepokojącej sprawie, która dawno przekroczyła granice nie tylko zdrowego rozsądku, ale i jakiegokolwiek racjonalizmu. Podjęli decyzję o niewiadomym stopniu ryzyka, ale trudną do cofnięcia. W dodatku wynikała ona z jedynego planu, jaki im przyszedł do głowy. Nie było alternatywy.

    – Panie inspektorze – zaczął Macerak, kiedy profesor się przebierał. – Nie wiem, jakie pan… panowie macie plany, ale dzisiaj przyszły do nas na komendę dwie kobiety z tej księgarni na Podwalu, co się spaliła przed południem. Koniecznie chciały rozmawiać z panem, ale ostatecznie zgodziły się opowiedzieć mnie. Otóż twierdziły, że widziały tego podpalacza. Mówiły, że kilka razy ostatnio przychodził do nich i zawsze szedł na piętro, gdzie przeglądał stojaki z płytami CD. Opisały mi jego wygląd. Spytałem, skąd wiedzą, że to on, ale nie umiały podać rozsądnego powodu. Po prostu były pewne intuicyjnie. Jak to baby.

    – Jak on wyglądał? – spytał nagle profesor. Znieruchomiał z jedną ręką w rękawie bluzy.

    – Wysoki, przygarbiony, z długimi siwymi włosami spiętymi w kucyk. Jedna z nich twierdziła, że te włosy były jakieś dziwne. „Rzadkie i szare jak popiół”, tak się wyraziła. Miało to okropnie wyglądać, bo przez te rzadkie włosy prześwitywała różowa skóra. Taka złuszczona i sucha. A twarz miał w plamach i bliznach, jak po oparzeniu.

    – Plastyczny opis, nie powiem – stwierdził Madej. – Musiały mu się rzeczywiście przyglądać. I co, namierzyliście go?

    – Posłałem ten opis chłopakom z cybersekcji i coś tam z nim kombinują. Niestety, nie ma nagrań z kamer. Wszystkie uległy zniszczeniu w pożarze.

    – Super – ucieszył się Madej. – Palą się wszystkie ognioodporne kamery przemysłowe, ale jakimś cudem zostaje płyta z audiobookiem. Jak to możliwe?

    – Jakimś cudem… – zgodził się Macerak.

    Profesor się nie odzywał, w milczeniu pakując swoje rzeczy do małego plecaczka. Robił to jednak w jakimś napięciu, na zesztywniałych ścięgnach, jakby proste czynności przychodziły mu z najwyższym trudem, co nie uszło uwagi inspektora. Powinni się śpieszyć, zanim facet nie pęknie i się nie rozmyśli. Jako się rzekło, odwrotu już za bardzo nie ma. A wieczność jest niema, buchacha…

    Kiedy byli gotowi, inspektor Madej pożegnał się ze swoim podopiecznym mocnym uściskiem ramion.

    – Prowadź śledztwo jakby nigdy nic. To znaczy tak, jak trzeba, jak cię uczyłem. Spróbuj znaleźć tego siwego z księgarni, pogadaj z tymi kobietami, niech ci to opowiedzą jeszcze raz. Drugie opowiadanie tego samego to najlepsza weryfikacja. Będziesz od razu widział, gdzie fakty, a gdzie fantazje podnieconych widzów. To podstawa. A później mi wszystko zameldujesz…

    – No właśnie – wtrącił Macerak. – Gdzie mam pana szukać?

    Niezręczne milczenie nie mogło trwać zbyt długo, więc inspektor je szybko przerwał.

    – Ja się do ciebie zgłoszę… w odpowiednim momencie. – Zerknął z ukosa na profesora i szybko dodał: – Jak załatwimy sprawę.

    Na tym trzeba było poprzestać, ponieważ każdy następny temat niebezpiecznie zbliżał się do pytania: dokąd i po co wybierają się ci dwaj faceci w środku nocy?

    Ucieczka przebiegła zgodnie z planem. Inspektor z profesorem wyszli z budynku szpitala, machając niedbale portierowi na pożegnanie, wsiedli do podstawionego przez Maceraka samochodu i bez problemu opuścili teren szpitala. Do nawigacji wpisali nazwę miejscowości, nie dlatego, że nie znali trasy, tylko by łatwiej poruszać się bocznymi drogami. Nie chcieli kolejnym kontrolom drogowym machać przed nosami policyjną legitymacją Madeja i tłumaczyć, że to misja poufna i niecierpiąca zwłoki. Po ostatnich zamieszkach wszędzie pełno było patroli i blokad na głównych szosach.

    – Będziemy tam w środku nocy – mruknął Madej, żeby przerwać ciszę.

    Na próżno. Zawijas wciąż milczał i wgapiał się w czarną noc za oknem. W miarę oddalania się od Krakowa samochodów było coraz mniej, aż wreszcie jechali zupełnie sami. Wkoło roztaczały się egipskie ciemności, tylko gdzieniegdzie świeciły pojedyncze domy w oddali, jak duchy przycupnięte wśród pochyłych podbeskidzkich pól. Przydrożne chaszcze w światłach reflektorów rosły, olbrzymiały do budzących lęk rozmiarów i następnie znikały równie szybko, jak się pojawiły. Przebiegł im drogę przerażony zając, rozpaczliwie przebierając łapkami po asfalcie, by wkrótce zniknąć w wysokiej trawie. Płochliwa sarna wyskoczyła z lasu, dobiegła do krawędzi drogi i ostro skręciła z powrotem między drzewa. Raz nawet ogromna sowa zamachała im skrzydłami tuż nad przednią szybą, zanim poszybowała w górę ku gwiazdom. Madej nacisnął hamulec, samochód zatrzymał się nagle na środku szosy. Silnik zgasł, reflektory również. Siedzieli chwilę w zupełnej ciszy. Madejowi zdawało się, że słyszy szum gwiazd nad głową.

    – Co jest? – spytał profesor.

    – Nie, to moje pytanie. Co jest?

    – Nie jedziemy dalej?

    – Jeśli już chce pan koniecznie takich dosłownych deklaracji, to proszę bardzo: nie ruszę dalej, dopóki pan nie zacznie mówić.

    W ciemnej kabinie wysłużonego opla vectry rozległo się westchnienie. Przez kilkanaście sekund było ono jedynym dźwiękiem, dopóki nie odezwał się profesor.

    – Dobrze, powiem. A co chciałby pan wiedzieć?

    W tej samej sekundzie, kiedy profesor skończył mówić, niebo przeciął świetlisty meteor. Sunął mocną wstęgą i przed zgaśnięciem wybuchł pomarańczową flarą, już nisko nad horyzontem. Pojawił się dokładnie na wprost, przed przednią szybą samochodu, jakby specjalnie dla nich. W jego śmiertelnej eksplozji było coś dramatycznego i kategorycznego, jak okrzyk, więcej, jak rozpaczliwe wycie ginącego zwierzęcia.

    www.unsplash.com/Vincentiu Solomon

    Inspektor nagle stwierdził, że dłużej tego nie zniesie. Szarpnął klamkę, wysiadł i ruszył na piechotę z powrotem wzdłuż drogi. Szedł szybko, energicznie, potykając się teatralnie i brnąc w mrok, jakby chciał namacalnie sprawdzić metaforę o gęstości wrześniowej nocy. A noc istotnie była czarna i gęsta jak smoła. Zawijas dogonił go po dłuższej chwili i schwycił za rękaw.

    – Proszę wracać.

    – Nie.

    – Ile pan ma lat?

    – Co?!

    – Ja mam pięćdziesiąt osiem. A pan?

    – Pięćdziesiąt trzy.

    – No to ja jestem starszy. Mówmy sobie po imieniu. Olek.

    Namacał w ciemności dłoń inspektora i mocno nią potrząsnął. Zaskoczony Madej chciał wyrwać rękę, ale akurat z tyłu nadjechał samochód i oświetlił ich ksenonową bielą. W tej sytuacji szarpanie się dwóch facetów na poboczu, sto metrów za porzuconym pojazdem z otwartymi drzwiami, nie wyglądało najlepiej. Madej zesztywniał.

    – Szlag mnie trafi! – krzyknął w górę do rozgwieżdżonego nieba. – To jest przecież jakaś jedna wielka, popieprzona paranoja! Chciałbym, do jasnej cholery, coś z tego zrozumieć! Niech mi to ktoś wreszcie wytłumaczy! Niech ktoś coś w ogóle powie! – Nie czuł się dostatecznie usatysfakcjonowany, więc dorzucił na koniec: – Kurwa wasza mać!

    Po wyrzuceniu z siebie nadmiaru napięć inspektor Madej dał się profesorowi objąć za ramię i odprowadzić do samochodu. Kiedy już usiedli na swoich miejscach i inspektor jako tako odzyskał równowagę, jego towarzysz poklepał go po wierzchu dłoni.

    – Jedźmy, Florianie. Nie mamy zbyt wiele czasu. Prawdopodobnie bardzo mało.

    – To straszne – odparł ze irytacją inspektor.

    – Straszne to jest twoje imię. To się jakoś zdrabnia? Chyba nie Florek? Kojarzy mi się z psem z kreskówki… hmm, przepraszam, nie o to mi chodziło.

    Zaburczał silnik vectry i ruszyli w ciemność.

    – Nie, spoko. Pies może być. Też świnka, albo owieczka. Baran Florian – niezłe, co? Nawet się zgrywa brzmieniowo. Ty na pewno masz na to jakąś fachową nazwę.

    – Harmonia zgłoskowa. No to jak cię zdrabniają? Jak żona mówi do ciebie?

    – Nie pamiętam, od dawna już nie mówiła.

    – No dobra, to ktoś inny. Córka. Nie, bez sensu, córka mówi „papciu”. A mama? Jak wołała mama?

    – Głupio.

    – No już, nie wstydź się. Obiecuję się nie śmiać.

    – Flori.

    Profesor zakaszlał, a później jeszcze chrząknął.

    – Ale to jak byłem mały. Później zmieniła na Floro. Koledzy podchwycili i zrobili ze mnie hrabiego De Floro.

    – Bardzo cię to wkurzało?

    – Trochę. Chyba dlatego zostałem policjantem – żeby jak najszybciej dostać broń.

    – To jak mam w końcu mówić?

    – W pracy wołają Lorek. Jest okej.

    Dojechali do skrzyżowania w jakiejś beskidzkiej wsi i w światłach latarni mogli nareszcie po dłuższej przerwie spojrzeć sobie w oczy. Inspektor był zacięty, profesor smutny, ale spokojny.

    Przejechali całą wieś i dotarli do krętej serpentyny, ciągnącej się w górę aż do przełęczy. Za ostatni domem skończyły się latarnie i znowu zapadła ciemność. Kiedy wyjechali już całkiem wysoko, Zawijas odwrócił się i spojrzał w dół na światła w dolinie. Wielkie, żółte pogorzelisko. Kołyska niedogasłych gwiazd, które pospadały z nieba. Gniazdo elektrycznych wspomnień.

    – Dobra, niech będzie Lorek. No więc słuchaj, Lorek…

    – Nie zaczynamy zdania od „no więc”.

    – Ale jak ktoś wie, to już może. Trochę jak z tymi widelcami i rybą. No więc słuchaj, Lorek, to nie będzie łatwe, ponieważ jednak dalej będzie tylko gorzej, zacznijmy od razu. Ten facet w księgarni to mógł być Krzysztof. Mój szkolny przyjaciel. Wiesz, wysoki, chudy, zgarbiony, z długimi siwymi włosami. Przyszedł do miasta po mnie. Nie żyje od czterdziestu lat, ale przyszedł. W jakimś sensie to jest on, o ile uda nam się zrobić to, co zaplanowaliśmy. To znaczy, jeśli dotrzemy na miejsce i wejdziemy do starego młyna, gdzie on powinien być. Chociaż go nie ma. Bo to jest coś w rodzaju dowodu, co chcemy zrobić, rozumiesz?

    – Nie.

    – Tak myślałem. To może zacznę od początku.

    I profesor Aleksander Zawijas zaczął opowiadać. Pod koniec szło mu wolniej, z trudem kończył zdania i dłużej dobierał słowa. Inspektor Madej był pewien, że gdyby było widno, zobaczyłby na jego twarzy łzy, jak parę godzin wcześniej zobaczył łzy na twarzy jego żony Magdy. Cóż – gdyby jednak było widno, cała historia pewnie by się w ogóle nie wydarzyła.

    Cdn.

  • Masłowska, Llosa, Twardoch, Lee Child, Kańtoch. Na czyje książki czekacie?

    Porządki w lodówce po świętach już na pewno zrobiliście, ale czy macie już miejsce na półkach? Weszliśmy już w 2020 rok, a to oznacza, że wszystko zaczynamy od nowa. Targi, festiwale, itd. Nie zmienia to faktu, że wydawcy rozpieszczą nas w nowym roku taką liczbą książek, że nikt nie będzie w stanie ich przeczytać. Nawet tych, które zapowiadają się kapitalnie. Trochę podzwoniłem, trochę pomailowałem, dostałem sporo zapowiedzi, ale są też tacy wydawcy, którzy mają mnie gdzieś i nie odpisali. Nie dziwcie się więc, że nagle ukaże się tytuł, którego tutaj nie ma. Samo życie 🙂 O niektórych książkach będzie trochę więcej, w przypadku niektórych tylko tytuł, a czasem krótka zajawka fabuły.

    Nie chcę napisać, że to będzie rok Mario Vargasa Llosy, ale jednak trochę będzie. Już w styczniu ukaże się „Zew plemienia” – rzecz o filozofii i polityce (Llosa startował w wyborach prezydenckich w Peru). Natomiast jesienią dostaniemy od noblisty powieść, o której wiem na razie tyle, że jest w tłumaczeniu, ale na pewno w 2020 roku wyląduje na księgarskich półkach. Trochę, a właściwie sporo więcej, mogę napisać o nowej książce Macieja Siembiedy, czyli o „Wotum”. Będzie to sensacyjny powrót Jakuba Kani, który tym razem trafia na zagadkę jednej z największych polskich świętości. Akcja powieści toczy się na przełomie 2012 i 2013 roku m.in. na południu Opolszczyzny, we Wrocławiu i Paryżu, a udział w karkołomnej grze biorą ludzie tajnej sekty wywodzącej się z czasów potopu szwedzkiego, współcześni dostojnicy Kościoła, oficerowie ABW i magnat finansowy, którego szalony plan przekracza granice wyobraźni. Jak zwykle u Siembiedy będzie to opowieść oparta na faktach. Nie mam pewności, ale chyba jestem pierwszym medium, które pisze szerzej o fabule powieści, bo autor do tej pory był dość oszczędny w jej zdradzaniu. Natomiast z rzeczy, o których nie wiem nic, albo prawie nic, to spodziewajcie się książki Szczepana Twardocha, która ma być osadzona na Śląsku. Ukaże się też nowa rzecz Doroty Masłowskiej, a wróbelki ćwierkają, że może, ale to nic pewnego, pod koniec roku dostaniemy nową powieść Olgi Tokarczuk. Na konferencji prasowej we Wrocławiu noblistka wspominała, że prace nad nią są zaawansowane, ale wiadomo, miała tej jesieni zupełnie inne rzeczy na głowie.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Zdobywca Nagrody Pulitzera, bestseller New York Timesa, powieść uznana przez Washington Post i San Francisco Chronicle za jedną z 10 najlepszych książek 2017 roku, okrzyknięta przez najważniejsze zagraniczne media: olśniewającą, cudowną, urzekającą. „Marny” Andrew Seana Greera z końcem marca ukaże się w Polsce. Obdarzona kawalkadą nagród, przezabawna opowieść o wielkiej ucieczce pisarza, który niebezpiecznie zbliża się do 50-tego roku życia, będzie zdecydowanie jedną z najważniejszych premier tego roku. Wszystko wskazuje na to, że znów będzie można zaczytywać się w nowej książce Zygmunta Miłoszewskiego. O czym będzie jego nowa powieść? Nie za bardzo wiadomo, ale posłuchajcie naszej rozmowy (klik), autor podrzuca tu kilka tropów. Natomiast już za nieco ponad dwa tygodnie powróci do czytelników Andrzej Krzycki i Lucek Bałyś, czyli duet śledczych, których Krzysztof Zajas prowadzi już przez piątą książkę, a nic nie wskazuje na to, żeby mieli zniknąć z naszej kryminalnej sceny. „Skowyt nocy” już przeczytałem, więc książkę mogę Wam polecić z czystym sumieniem. Po wypadkach na Pomorzu, inspektor Andrzej Krzycki leży w szpitalu pilnowany przez dwóch policjantów. Ledwie uszedł z życiem po zatruciu cyjanowodorem. Nie ma nikogo, komu mógłby zaufać.

    Jego przyjaciel, Bałyś, zniknął porwany przez szefa pomorskiej mafii. Miejscowa policja ma za dużo własnych problemów, by go wspierać lub choćby zorganizować i przeprowadzić sensowną akcję poszukiwawczą. Wyjściowa sytuacja Krzyckiego na Pomorzu nie wygląda najlepiej, a właściwie – w ogóle nie rokuje. To powinien być koniec, a nie dopiero początek. Jednak właśnie w tym miejscu zaczyna się pasjonująca historia. Krzycki ucieka. Brnie przez pomorską ciemność tropem zaginionego przyjaciela, czując na karku oddech prześladowców. Towarzyszy mu jedyna wierna partnerka – suka Lala. Inspektor ściga i jest ścigany. Piekielną drogę oświetlają pulsujące czerwone światła wiatrowych turbin, a za muzyczne tło robi przeraźliwy psi skowyt. Żeby odejść na moment od kryminału, to podrzucam Wam książkę Larsa Saabye Christensena. Będzie to pierwsza część trylogii, której jednym z bohaterów jest Oslo. Będzie oczywiści miłość oraz skomplikowane relacje międzyludzkie. Tytuł? Bardzo proszę: „Ślady miasta”. Wkrótce na smakksiazki.pl pojawi się sam autor, który w formie wideo opowie o swojej książce. Skoro już jesteśmy w klimatach północy, to kończę czytać kapitalna książkę Sigríður Hagalín Björnsdóttir, czyli „Święte słowo”. Edda i Einar wychowują się w nietypowej rodzinie – mają wspólnego ojca, ale różne matki, silne kobiety, które postanowiły wspólnie, w jednym domu, wychować swoje dzieci. Edda cierpi na hiperleksję i komunikuje się ze światem wyłącznie za pomocą przeczytanych książek, z których może cytować całe strony. Einar z kolei ma głęboką dysleksję i ogromne problemy z czytaniem. Mimo to rodzeństwo łączy wyjątkowa więź. Dorosła Edda pokonała, przynajmniej pozornie, swoje zaburzenie i zyskuje popularność w internecie. Wychodzi za mąż, rodzi syna. Po trzech dniach od porodu znika bez śladu… Zamknięty w sobie Einar wyrusza na poszukiwania siostry. Aby rozwiązać zagadkę, musi przemierzyć drogę do obcego świata i stanąć twarzą w twarz z niezwykłą przeszłością rodziny. Jak introwertyk z Islandii poradzi sobie w Nowym Jorku? Czego dowie się o swojej siostrze i tajemniczej firmie ALEX Analytica, z którą związana jest od lat? Polecam Wam też poprzednią książkę islandzkiej pisarki – „Wyspę”. Naszą rozmowę znajdziecie tutaj (klik).

    Czekam też na książkę Roberta Ostaszewskiego „Ukochaj na śmierć”. Z dwóch powodów. Po pierwsze – jego poprzedni kryminał osadzony na katowickim Nikiszowcu był bardzo ciekawy, a po drugie, to sceną kolejnego będą Świętochłowice, czyli miejscowość, w której się urodziłem, wychowałem, a jest też spore prawdopodobieństwo, że tutaj umrę. Są też dobre informacje dla fanów Ryszarda Ćwirleja, bo w przyszłym roku pojawią się aż dwie jego książki. Pierwszą będzie „Zaśpiewaj mi kołysankę” – kolejne przygody komisarza Fischera, a tytuł drugiej to „Szybki szmal”. Wiadomo, że ukaże się po wakacjach, a powróci w niej Aneta Nowak ze swoim motocyklem. Dwie książki dostaną też w przyszłym roku sympatycy Marka Krajewskiego (Popielski oraz Mock), a także Jakuba Ćwieka.

    Już za moment w księgarniach pojawi się druga część trylogii Marcina Dudzińskiego, czyli „Z moich kości”. Jeśli chcecie posłuchać, co o książce mówi autor, to klik. Pozostając w strefie kryminalnej, to swoją książkę skończył właśnie Krzysztof Domaradzki. Tytułu na razie nie zdradza, ale zarys fabuły, owszem. Jest to nasycona anegdotami z życia najbogatszych Polaków opowieść o młodym milionerze, który wiedzie podwójne życie. Za dnia jest człowiekiem sukcesu, czarującym warszawską śmietankę biznesową, robiącym błyskotliwą karierę i wiodącym wystawne życie. Po godzinach zamienia się w psychopatę, który nie potrafi zapanować nad swoimi instynktami. Co ciekawe, autor jest na co dzień dziennikarzem „Forbesa”, więc pewnie historie dotyczące najbogatszych ludzi w kraju będą bardzo realistyczne. Z innych ciekawych rzeczy, to Vincent V. Severski da swoim czytelnikom „Nabór”, a Robert Małecki „Zadrę”. Przed nami też dwudziesty czwarty odcinek sagi z Jackiem Reacherem, czyli „Zgodnie z planem” Lee Childa.

    Lee Child, fot: smakksiazki.pl

    Reacher jak zwykle podróżuje autobusem – przemierza Stany Zjednoczone bez konkretnego celu, usiłując nie wpakować się w kłopoty. Przerywa jednak podróż, by pomóc starszemu mężczyźnie, który pozostawiony samemu sobie bez wątpienia padłby ofiarą przestępstwa. Ale wiecie, co mówią o dobrych uczynkach… Teraz Reacher musi doprowadzić sprawę nowego znajomego do końca i wszystko naprawić. Stawi więc czoła bandzie lichwiarzy, złodziei i zabójców. Pomoże mu w tym znudzona kelnerka, która wie nieco więcej, niż chce ujawnić. To będzie długa droga, zwłaszcza że wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Antti Tuomainen uraczy nas książką „Kurort Palm Beach, Finlandia”. Jan Nyman, detektyw z tajnej jednostki operacyjnej Krajowej Policji Centralnej, zostaje wysłany do sennego nadmorskiego miasteczka, by przeprowadzić śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci. Jego podejrzaną jest Olivia Koski, która właśnie wróciła do swojego rodzinnego miasta. Jego misja jest jasna: dowiedzieć się, co naprawdę się stało, wykorzystując wszelkie niezbędne środki. Ale Nyman wkrótce odkrywa, że w tej sprawie nic nie jest proste. Nawet miejsce zbrodni – dziwaczna wesoła tropikalna wioska na ponurym fińskim wybrzeżu. Ale kto może oprzeć się pokusie pobytu na „najgorętszej plaży w Finlandii”? Najwyraźniej nie zuchwali mordercy. Autora spotkałem na targach we Frankfurcie, więc w okolicach premiery spodziewajcie się nagrania związanego z tą książką.

    Strasznie się cieszę, że w nowym roku ukaże się nowa książka Roberta Harrisa. Tak, tego od „Konklawe” oraz „Monachium”. „Drugi sen” to historia młodego księdza, który przybył do położonej na odludziu wioski, by odprawić pogrzeb tamtejszego proboszcza, podejrzewa, że nie zmarł on śmiercią naturalną. Jego zgon mógł mieć coś wspólnego z księgą, która zaginęła, i ze znajdowanymi w pobliżu wioski. Im głębiej Fairfax wchodzi w życie odizolowanej od świata wspólnoty, tym mocniej chwieje się jego wiara w obowiązującą wiedzę o historii świata. Wiedzę, której strzeże Kościół, gotowy zrobić wszystko, by prawda nie wyszła na jaw. Wyczekuję też książki „Slumberland”. Po stworzeniu idealnego beatu DJ Darky postanawia odszukać nieja­kiego Charlesa Stone’a, niezbyt popularnego awangardowego jazzma­na, i namówić go, by zagrał do jego kawałka. W tym celu udaje się do zjednoczonego właśnie Berlina. Przechadzając się sennymi uliczkami miasta, DJ Darky prowadzi dywagacje na temat kwestii rasowych, seksu, miłości i muzyki Wyntona Marsalisa, próbując spotkać swoją bratnią duszę i artystycznego bliźniaka. Paul Beatty to ten facet od „Sprzedawczyka”, więc gwarancja wysokiego poziomu jest (raczej) gwarantowana. Ciekawą wydaje się też książka „Protokół warszawski”, którą napisał Steve Berry. Akcja toczy się w Wieliczce, Warszawie, Krakowie, a także innych miejscach Polski. Jest też bardzo prawdopodobne, że w okolicach premiery autor odwiedzi Polskę. Strasznie jestem ciekawy, co tam wysmażył Marlon James, bo w drugiej połowie roku będziemy mogli przeczytać jego „Czarnego lamparta, czerwonego wilka”.

    Naprawdę będzie w tym roku dużo literackiego dobra. Nowe książki Wojciecha Chmielarza, Anny Kańtoch, kontynuacja kapitalnej „Niedźwiedzicy z Baligrodu”, biografia Benita Mussoliniego, Mariusz Czubaj zamknie cykl z Rudolfem Heinzem („Cios kończący”). W lutym pojawi się też „Załoga” Grzegorza Kalinowskiego, na którą również czekam z niecierpliwością. Natomiast Wy, na co czekacie? Co dopisujecie do tej listy? 

  • „Czytajmy, ale z głową”, styczniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Znajomi, którzy wiedzą, że zacząłem pisać książki, często zadają mi dwa pytania: „jak idzie sprzedaż?” oraz „czy już cię rozpoznają na ulicy?”. Oba w gruncie rzeczy dotyczą tego samego, choć padają z różnych perspektyw.

    Pierwsze zadają koledzy, którzy coś tam wiedzą o rynku literackim. Że jest trudny, bo z czytelnictwem u Polaków na bakier. Że niełatwo wydać książkę, a co dopiero sensownie ją sprzedać. Że tak w ogóle to powinienem wziąć się za self-publishing, bo przecież ci wydawcy i księgarze zedrą ze mnie ostatni grosz.

    To drugie zadają ludzie, którzy nie czytają, czytają mało albo po prostu kompletnie nie interesują się rynkiem wydawniczym, a wiedzę na temat literackiego świata czerpią głównie z moich kanałów społecznościowych. Nie prowadzę ich hiperaktywnie, ale co jakiś czas wrzucam zdjęcia z targów, recenzje z poważnych mediów albo nagrania wideo. I rzeczywiście, na pierwszy rzut oka może to wyglądać na szturm młodego autora na rynek. Ale jak się pewnie domyślacie, jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś zaczepił mnie na ulicy w celu innym niż wydębienie piątaka.

    Mam wrażenie, że przedstawicieli tej drugiej grupy jest więcej. Ludzi, którzy obserwują naszą literacką banieczkę z umiarkowanym zainteresowaniem i z bezpiecznej odległości. A przez to siłą rzeczy mających błędne wyobrażenie tego, jak ten świat wygląda. Idealizujących go. Lekką ręką wpychających raczkujących autorów do showbiznesowego mainstreamu. I trudno się temu dziwić. Przecież to wszystko tak ładnie wygląda na fejsie. Na imprezy literackie przychodzą tłumy. Co rusz ktoś kręci jakiś serial na podstawie powieści. Polka dopiero co dostała Nobla. Istne eldorado!

    A my, budowniczy banieczki, starając się promować czytelnictwo (bynajmniej nie z altruistycznych pobudek), to wrażenie tylko podkręcamy. Kolejnymi zdjęciami stosów książkowych, choinek książkowych, wyliczeń książkowych i wszystkiego, co książkowe. Od pewnego czasu prześladują mnie memy, na których ludzie zapychają biblioteczki coraz to nowymi książkami, mimo że w ich domu piętrzy się góra nieprzeczytanych utworów. Chwalenie się czytelnictwem zaczęło niepokojąco pachnieć promowaniem nieumiarkowanej konsumpcji.

    Być może trochę się w tym wszystkim zagalopowaliśmy. I wydawcy, którzy wydają na potęgę, i blogerzy oraz czytelnicy, którzy chwalą się setkami przeczytanych (a przynajmniej posiadanych) książek, i sami autorzy, którzy bazgrzą coraz więcej (dwie powieści w roku to już żaden wyczyn). W efekcie dzieje się to, o czym przed tygodniem pisał dla smakksiążki.pl Wojciech Chmielarz (klik). Mnóstwo książek zdycha w ciszy, przygniecionych kurzem albo setkami sobie podobnych, zakopanych w przepastnych magazynach hurtowni.

    www.unsplash.com/Jan Mellström

    Niestety, na tych gigantycznych cmentarzyskach często chowane są dobre powieści, co jest wielką przykrością dla autorów i ich wydawców. Prawdziwy problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy do masowej świadomości przebijają się niewłaściwe „dzieła”. Pół biedy, jeśli to po prostu słabe powieści, napompowane potężnymi budżetami promocyjnymi, tanimi chwytami marketingowymi czy czymkolwiek innym. Gorzej, jeśli to książki sprzedające fałszywą wizję świata, promujące nieodpowiednie wartości albo stawiające na piedestale niewłaściwych ludzi.

    Głęboko wierzę, że wieloletnia walka o czytelnictwo w końcu przyniesie efekt. Że noblowski sukces Olgi Tokarczuk popchnie rynek do przodu. Że grzmotnęliśmy już o dno i trochę się od niego odbijemy. Ale obawiam się, że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, choćbyśmy przeszli samych siebie w zakrzywianiu rzeczywistości i pokazywaniu, że czytanie jest fajne. Rozwój – a może regres – cywilizacyjny sprawi, że czytelnictwo się nie obroni. Raczej nie umrze, ale z dużym prawdopodobieństwem zejdzie w niszę.

    Dobitnie uświadomiła mi to analiza autorstwa prof. Jean Twenge. Psycholożka z San Diego State University dogłębnie przeanalizowała, w jaki sposób amerykańska młodzież spędzała wolny czas na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat (klik). Okazało się, że w 1980 roku 60 proc. nastolatków kończących szkołę średnią codziennie sięgało po książkę, gazetę czy magazyn – z własnej woli, nie w ramach obowiązków uczniowskich. Ale w 2016 r. ten wskaźnik spadł do 16 procent! A przecież pojawiły się smartfony, tablety czy czytniki ebooków, które dały nowe możliwości obcowania ze słowem.

    Zostałem wychowany w przekonaniu, że książki to najlepsze źródło wiedzy o świecie (dziś już nieaktualnym, bo mamy internet). W wierze, że czytać po prostu trzeba, aby nie być bałwanem. I to czytać cokolwiek. Byle czytać. Pochłaniać informacje z książek. Bo nawet z najgorszej szmiry zostanie w głowie coś cennego. Ale mając na uwadze całkiem prawdopodobny zmierzch czytelnictwa jako zajęcia masowego, może należy zmienić paradygmat. Może najwyższy czas postawić nie na ilość, ale na jakość. Skoro rynek się kurczy, może warto zadbać o tego, aby ograniczył się do literatury najwartościowszej, stanowiącej najlepsze źródło wiedzy lub rozrywki.

    Dlatego choć to pewnie ryzykowny zabieg w przypadku autora, którego nikt nie zaczepia na ulicy, życzę Wam, abyście w 2020 roku czytali mniej – za to mądrzej. Abyście starannie selekcjonowali lektury i poddawali je należytej refleksji. Chciałbym na koniec roku zobaczyć w sieci przynajmniej jeden wpis, w którym autor pochwali się, że zamiast przeczytać bimbalion książek, połknął ledwie dziesięć (bo był zarobiony, bo Netflix, bo nie miał czytelniczej weny), ale za to z każdej wyciągnął coś cennego – albo przynajmniej setnie się przy nich wybawił.

    Pamiętacie „Poranek kojota”? Jest tam scena, w której jeden z bohaterów wyznaje swojemu zaczytanemu w coachingowej literaturze przeciwnikowi, że w życiu przeczytał tylko dwie książki. Jedna z nich to „Ojciec chrzestny” „Gdybyś ją przeczytał” – mówi – „to wiedziałbyś, że pieniądze to nie wszystko, że nie zdradza się przyjaciół i nie dmucha ich żon. Ale niestety ty zapchałeś sobie głowę jakimiś pierdołami o żabach i teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych”. Cóż, to dość osobliwy przykład na potwierdzenie tezy, że przy obcowaniu z literaturą więcej nie zawsze znaczy lepiej. Ale w końcu – tu spoiler – facet od „Ojca chrzestnego” skończył lepiej niż ten od coachingu.

    Krzysztof Domaradzki

  • Muzyka, Berlin, Los Angeles – Paul Beatty i jego „Slumberland”. Fragment książki

    Przyznam szczerze, że do dziś wybrzmiewa mi w głowie pierwsze zdanie „Sprzedawczyka”. „Być może trudno uwierzyć w te słowa, kiedy mówi je czarny mężczyzna, ale nigdy niczego nie ukradłem”. Przykucie uwagi od samego początku, bez zbędnych ceregieli, dlatego z niecierpliwością czekam na połowę stycznia, bo wtedy w księgarniach pojawi się „Slumberland”. Jeśli jesteście fanami amerykańskiego pisarza, to zachęcać Was nie trzeba, a jeśli nie, być może nimi zostaniecie. Macie jeszcze czas żeby nadrobić wspomnianego już „Sprzedawczyka” oraz „Białoczarnego”, ale najpierw łapcie przedpremierowy, spory fragment styczniowej książki. Smacznego! Możecie jeszcze przecież spytać” „ej, a oczym jest ta książka?”. Załączam opis od wydawcy i już naprawdę zostawiam Was z książką.

    Ostra jak brzytwa i przezabawna powieść o zniechęconym DJ-u z Los Angeles, który wyrusza w podróż do zjednoczonego Berlina w poszukiwaniu swojego transatlantyckiego sobowtóra. Po stworzeniu idealnego beatu DJ Darky postanawia odszukać nieja­kiego Charlesa Stone’a, niezbyt popularnego awangardowego jazzma­na, i namówić go, by zagrał do jego kawałka. W tym celu udaje się do zjednoczonego właśnie Berlina. Przechadzając się sennymi uliczkami miasta, DJ Darky prowadzi dywagacje na temat kwestii rasowych, seksu, miłości i muzyki Wyntona Marsalisa, próbując spotkać swoją bratnią duszę i artystycznego bliźniaka.

    Rozdział 1

    Można by pomyśleć, że już się do mnie przyzwyczaili. No bo jak, czy oni nie wiedzą, że po tysiąc czterystu latach skończyła się farsa murzyńskości? Że my, czarni, niegdyś na bieżąco z modą, ludzie, którzy byli na czasie jak czas uniwersalny, począwszy od dziś odchodzimy w przeszłość, jak kamienne narzędzia, welocyped i papierowa słomka zebrane razem do kupy? Murzyn jest teraz oficjalnie człowiekiem. Wszyscy tak mówią, nawet Brytyjczycy. I nie ma znaczenia, czy ktoś naprawdę w to wierzy; jesteśmy tak samo przeciętni i prozaiczni jak reszta gatunku. Niespokojne dusze naszych zmarłych mogą teraz swobodnie być tym, kim naprawdę są pod tą współczesną, prymitywną patyną. Josephine Baker może wyciągnąć kość z nosa, a jej szkielet z iksowatymi nogami wróci do pierwotnych dwustu sześciu kości. Usychający z miłości duch Langstona Hughesa może odłożyć (otrzymane w prezencie) pióro wieczne Montblanc i szeroko otworzyć usta. Wcale nie po to, żeby recytować rymowane populistyczne wersety, ale żeby oblizać i possać ogromnego fiuta jakiegoś szubrawca z Harlemu, poświęcając się temu, co w końcu jest najprawdziwszą oralną tradycją. Znajdujący się pośród nas rewolucjoniści mogą złożyć broń. Wojna się skończyła. I nieważne, kto wygrał, zabieraj giwerę, spluwę, dziewiątkę, tę broń, którą kiedyś wymachiwałeś po pijaku przed dzieciakami, krzycząc „Pieprzyć białasów!”, weź te pistolety i zamknij je za szkłem, niech teraz spoczywają grzecznie na czerwonym filcu obok garłacza, portugalskiego arkebuza i muszkietu ochotnika z wojny o niepodległość Stanów. Okrzyk bojowy nawet najodważniejszego z nas nie brzmi już „Spotkamy się w piekle!”, tylko „Spotkamy się w sądzie”. Jeśli zatem wciąż wściekasz się na historię, zadzwoń do prawnika i spróbuj odebrać odszkodowanie pracownicze za niewolnictwo. Murzyńskość jest passé, a ja w każdym razie jestem przeszczęśliwy, ponieważ teraz mogę iść do solarium, gdy tylko będę miał ochotę, a właśnie mam na to ochotę.

    Wręczam recepcjonistce kupon. Z przodu widnieje błyszczące zdjęcie lotnicze wybrzeża Karaibów. Kiedy kobieta odwraca kupon, jej wzrok podejrzliwie zsuwa się z mojej twarzy na tylną stronę kartki, gdzie znajduje się napis: Solarium elektryczna plaża. Wykup 10 kąpieli słonecznych, a 1 dostaniesz gratis. Poniżej promocyjnej oferty, w dwóch rzędach po pięć, widnieją kółka wielkości dziesięciofenigowej monety, a w każdym z nich znajduje się przybita pieczątka ze szczerzącym w uśmiechu zęby jaskrawoczerwonym słoneczkiem w okularach przeciwsłonecznych. Dzisiaj jest ten wielki dzień, kiedy to skorzystam z darmowego opalania. Ale najwyraźniej ta kobieta, która osobiście odcisnęła co najmniej siedem z dziesięciu uśmiechniętych słońc, jakoś nie spieszy się, żeby wskazać mi pomieszczenie w solarium. Zwykle przybija pieczątkę na mojej karcie i mruczy pod nosem, Malibu, Waikiki lub Ibiza, a ja mogę zająć się swoimi sprawami.

    Na jej twarzy pojawia się wyraz speszonej poufałości. A jej spojrzenie mówi: Ja już cię kiedyś widziałam. Czy przypadkiem nie zgwałciłeś mnie w ostatni wtorek? A może uczysz mojego syna stepowania?

    Acapulco.

    Nareszcie. Wpisuje ołówkiem moje nazwisko do książki wizyt. Pokazuję na stojący w oszklonej gablotce filtr przeciwsłoneczny.

    Odcień miedziany – mówię.

    Tubka Tropikalnej mieszanki przemyka po blacie niczym miniaturowa torpeda. Wskaźnik ochrony przeciwsłonecznej wynosi dwa. Jest za słaby. Jeśli błyszczyk do warg recepcjonistki, matowa biała wanilia, ma wskaźnik trzy, to moja naturalna karnacja wymaga przynajmniej szóstki. Odpowiadam ogniem na ogień i odsyłam z powrotem emulsję do opalania.

    Zu schwach. Ich brauche etwas stärkeres – mówię, prosząc o coś silniejszego.

    Może należałoby wykorzystać wskaźniki, czyli współczynniki ochrony przed promieniowaniem słonecznym, do klasyfikacji ssaków. Mężatka ze wskaźnikiem 3, trzydzieści pięć lat, poszukuje niepalącego, spontanicznego partnera z faktorem 4 lub niższym w celu dyskretnego romansu. Nosorożce z faktorem 7 są zagrożone wyginięciem. Jestem dyrektorem generalnym z faktorem 50. Tym, co najbardziej mnie przerażało, był faktor 2 owego wieloryba. Jakże jednak mogę się spodziewać, że potrafię to tutaj wytłumaczyć! A jednak wytłumaczyć to muszę tak czy owak, gdyż inaczej wszystkie te rozdziały pójdą na marne.

    W pozbawionym okien pokoju Acapulco panuje makabryczna atmosfera kliniki onkologicznej w Tijuanie. Podobnie jak sklepy monopolowe, boiska piłkarskie i ulokowane w dawnych sklepach kościoły w moim starym kraju, berlińskie solaria to wszechobecne azyle. Miejsca, dokąd udają się śmiertelnie chorzy, śmiertelnie biedni i grzeszni, śmiertelnie bladzi w poszukiwaniu ostatniej deski ratunku. Miejsca, które odwiedza się, kiedy lekarze mówią, że nie mogą zrobić nic więcej. Kiedy świat mówi nam, że wciąż za mało robimy.

    Wentylator sufitowy skutecznie miele zatęchłe powietrze. Na jednej z obskurnych niebieskawozielonych ścian wiszą dwa oprawione w ramy i bardzo oficjalnie wyglądające pisma, jedno to zaświadczenie o kontroli przeprowadzonej przez berliński Departament Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, a drugie – ozdobnie wypisany dyplom ukończenia Kolegium Wiecznych Żniw, specjalność solarogia. Na środku pokoju stoi łóżko do opalania, szklane, chromowane panaceum prosto z nieba, a raczej, dokładniej rzecz ujmując, z Tajwanu. Rozbieram się i nacieram emulsją do opalania, pozostawiając tylko leciutko uchylone drzwi.

    Po latach opalania moja skóra straciła trochę na elastyczności. Jeśli uszczypnę się w przedramię, pojawia się tam mały wzgórek, który dopiero po kilku sekundach powoli się wyrównuje. Moja cera nieco pociemniała; wciąż jest w ładnym, niegroźnym dla nikogo sitcomowym murzyńskim brązie, ale pojawił się też w niej fioletowawy odcień owocu granatu, powodujący, że przy pewnego rodzaju świetle może połyskiwać łajdacko. Połowę tego, co dociera do mnie na temat nowości w afroamerykańskiej popkulturze, wiem od berlińczyków, którzy zatrzymują mnie na ulicy i mówią: Du siehst aus wie…, a potem wracam do domu i sprawdzam w Internecie, kim jest Urkel, Homey the Clown czy Dave Chappelle. Ostatnio podobieństwo dotyczyło groźniejszych, ciemnoskórych postaci z filmów klasy B, adaptacji szmatławych czytadeł Elmore’a Leonarda.

    Wypożyczam sobie te filmy – Jackie Brown, Co z oczu, to z serca, Dorwać małego – i oglądam je, biegając tam i z powrotem od ekranu telewizora do lustra w łazience. Według mnie zupełnie nie przypominam tych mężczyzn, tych czarnych charakterów, tych nieciekawych aktorów charakterystycznych, których charyzmę dosłyszeć można jedynie w ich bardzo niskich głosach i w tym, jak modulują słowo „skurwysyn”. Sam Jackson, Don Cheadle czy ten pyzaty dupek z filmu Be Cool zawsze są sprytni i zawsze w roli czarnych charakterów, ale nigdy nie są na tyle sprytni, żeby przechytrzyć białego faceta, czy na tyle czarni, żeby popełnić jakieś naprawdę okropne zbrodnie.

    Często myślę, że dorastanie w pokoleniu mojego ojca było łatwiejsze. Kiedy pojawił się na świecie, było tylko czterech czarnuchów, których mógł przypominać: baseballista Jackie Robinson, tancerz Bill „Bojangles” Robinson, muzyk Louis Armstrong oraz Uncle Ben, ubrany w czapkę kucharską mężczyzna o mięsistych wargach na pudełku z ryżem błyskawicznym. Dzisiaj każdy czarny mężczyzna kogoś przypomina. Jakiegoś zawodnika, piosenkarza lub filmowego głupka. W czasach tatusia, jeśli trzeba było opisać czarnego człowieka komuś, kto go nie znał, powiedzielibyśmy, że wygląda jak czarnuch, który mógłby skopać ci twój rodzony tyłek; teraz jednak mówimy, że wygląda jak Magic Johnson albo Chris Rock, czyli jak czarnuch, który mógłby pocałować cię w twój rodzony tyłek.

    Zazwyczaj maści działają kojąco i chłodzą, ale nie dotyczy to kremów z filtrami. Pachną solanką i mają konsystencję zjełczałego masła. Moja paskudna skóra najwyraźniej je odrzuca. Choćbym nie wiem jak mocno go wcierał, nie potrafię sprawić, że krem zniknie, a tym bardziej że nawilży mi naskórek. Tłuste zawijasy zalegają na mojej skórze niczym niewypolerowany wosk samochodowy. Mocnym pociągnięciem sznurka uciszam wentylator w suficie. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy wentylator zwolnił, czy przyspieszył. Jeszcze jedno szarpnięcie. To samo. Niezdarnie gramolę się na łóżko do opalania i podnoszę rękę, aż w końcu czuję, że łopatki wentylatora przeskakują mi po palcach i stopniowo się zatrzymują. Na dłoni mam tłusty, kłaczkowaty osad, który wycieram o ścianę.

    Zakładam okulary ochronne. Łóżko do opalania jest zimne, ale szybko się nagrzewa. Opalanie, podobnie jak dziecięca gorączka, sprawia, że żar ogarnia człowieka od środka. Moje białe jak popiół kości stają się węglem wapiennym, brykietami duszy. Już po chwili jestem z powrotem na dolnej ławce, promieniowanie ultrafioletowe spełnia funkcję mojej nadopiekuńczej matki zawijającej syneczka w kolejne warstwy koców i kołderek. Ciepło z lamp nie różni się niczym od tego, które płynęło z suchych, stwardniałych dłoni matki. Moja skóra zaczyna wyglądać jak zeszklona, więc póki mogę jeszcze ruszyć rękami, wkładam płytę CD do wbudowanego zestawu stereo i naciskam przycisk odtwarzania.

    Muzyka. Moja muzyka. Nie jest moja w tym sensie, w jakim swoje piosenki mają kochankowie na tylnym siedzeniu samochodu, ani tak, jak rock’n’roll z lat pięćdziesiątych był diabelski, ale moja, bo jestem jej właścicielem. Napisałem ją. Jestem właścicielem praw wydawniczych. Wszelkie prawa zastrzeżone. Piosenka nosi tytuł Korek w drodze na południe. Zaczyna się dudniącym ryt- mem, jazda zderzak w zderzak na dziesięciu pasach porannego szczytu nałożona na gitarową solówkę Kokomo Arnolda. W tle, gdzieś dwa zjazdy dalej, słychać wlokące się na ogonie gitarowego riffu intermezzo w postaci osiemnastokołowej ciężarówki marki Peterbilt, włączające się w melodię chrzęstem biegów i dwukrotnym trąbieniem klaksonu. Po szesnastu taktach zagranych gitarowym slide’em i szesnastu samochodach zatkanych w korku (nikt nie łapie tego żartu) nagle ostro hamuje japoński sedan. Koła się blokują. Poślizg jest złowrogo długi i równomierny. Nie zliczyłbym, ile razy słyszałem ten utwór, a mimo to ten cienki pisk wciąż sprawia, że czekam na uderzenie. Szykuję się na stereofoniczny dźwięk sprasowywanej blachy. Przednia szyba eksploduje, a dziesięć tysięcy kostek szkła bezpiecznego spada na jezdnię lewego pasa ruchu z cyfrowo czystym brzękiem brazylijskiego instrumentu perkusyjnego. Posępny falset Sun Ra, jak przystało na człowieka rzekomo pochodzącego z Saturna, znamionuje niepokój.

    Unieś się więc lekko z ziemi. I spróbuj rozwinąć skrzydła. Właśnie teraz. Kiedy nie widać ciemności.

    Wchodzi gitara, samochody się wloką. Kokomo nuci i jęczy. Kolana recepcjonistki podskakują. Jest już przy drzwiach, zagląda przez szparę. Wpatruje się w wybrzuszenie w moich kąpielówkach i słucha mojej muzyki, zastanawiając się dlaczego. Jak do tego doszło?

    Można by pomyśleć, że zdążyłem się już przyzwyczaić do tego braku słońca. Ale zima w Berlinie to nie tyle pora roku, co raczej epoka. Osiem miesięcy litego, szarego jak więzienny koc nieba, które w połączeniu ze spowitym dymem życiem nocnym i powagą kroków berlińczyków w roboczych buciorach zanurza miasto w czarno-białej intrydze z popołudniowego seansu. Gdyby nie było tak zimno, mógłbym pomyśleć, że gram epizodyczną rólkę w starym hollywoodzkim melodramacie. Zauważam, że starając się wstrząsnąć ołowianą od września do kwietnia monochromatycznością, zaczynam kolorować różne rzeczy. Oczy Ingrid Bergman, język polskiej prostytutki, posypka do ciasta na Schoko-Taler w witrynie Bäckerei, skrawki nieba w częściowo pochmurne, a czasami przeważnie pochmurne popołudnie są w odcieniu błękitu odnalezionego gdzieś we fałszywych wspomnieniach. Błękitu, który nie istnieje w przyrodzie; można odnaleźć go tylko w mojej głowie i w dźwięku gitary Kokomo.

    W dni, kiedy niebo jest bezchmurne i w tym tak bardzo niebieskim kolorze, o istnieniu którego już dawno zapomniałem, wyskakuję z mieszkania i gnam przed siebie w oślepiające popołudnie, poszukując uczucia i serotoniny. Na moment zapominam, gdzie jestem, szybko jednak dostrzegam wąski rozstaw osi precyzyjnie, niczym w salonie wystawowym, zaparkowanych wzdłuż ulicy samochodów. Na skrzyżowaniu Schlüterstrasse i Mommsenstrasse psy, właściciele psów i samotni uczniowie, wszyscy równie dobrze wychowani, grzecznie czekają na zielone światło. Spoglądam na swoje śmieszne buty i przypominam sobie, gdzie jestem. Berlin, tak, to Berlin.

    Osobliwa funkcjonalność niemieckich butów, podobnie jak volkswagenów i Bauhausu, wchodzi człowiekowi w krew. Dla obuwniczych kreacjonistów Adamem i Ewą niemieckiego szewstwa są odpowiednio buty do gry w kręgle i buty dla pielęgniarek. Obuwniczy darwiniści tacy jak ja uważają, że rybą dwudyszną tego gatunku są trzystuletnie klapki Birkenstock. Jestem właścicielem pary obuwia Birkenstock na wysokim stopniu ewolucji, posiadam całoroczne hybrydy wygodnych butów Hush Puppies z butami turystycznymi, które niczym zamszowe kameleony dostosowują się do ciągle zmieniających się warunków. I właśnie w tych solidnych cudach selekcji naturalnej włóczę się po mieście, jak szalony szukając słońca, dokładnie z takim samym rozgorączkowaniem, z jakim szukam kluczy. Przez głowę przebiegają mi dedukcyjne banały: Kiedy ostatni raz widziałeś słońce? Jesteś pewien, że je miałeś, kiedy wychodziłeś z domu? Wyłaniam się z cienia rzucanego przez stojące przed kawiarniami parasole Cinzano i kieruję się do dzielnicy handlowej przy Ku’damm. W chodniku pobłyskuje miażdżony kwarc. Turyści machają z górnego pokładu piętrowych autobusów. Słońce rzeczywiście jest „na dworze”, ale nie udaje mi się dostrzec go na niebie.

    Żadne z germańskich plemion nie czciło boga słońca. Wizygoci, Frankowie i Wandale, równie pogańscy jak profesorowie filozofii, wiedzieli, że nie ma sensu wierzyć w coś, czego nie da się zobaczyć. Ra, Helios, Huitzilopochtli – ja nazywam słońce Charliem. Lawiruję w tłumie pieszych, wyobrażając sobie, że dwa tysiące lat temu tą samą ścieżką kroczył jakiś Hun próżniak, obuty nie w birkenstocki, ale w słomiane sandały, szukając słonecznego śladu w tej obecnie betonowej dziczy. Ale udaje mi się dostrzec tylko przebłyski żółtego bóstwa, koronę migoczącą przez liście ukwieconych drzew w parku Tiergarten, połysk ziołowego szamponu na po hipisowsku prostych puklach wysokiej blondynki, czasami jakieś odbicie w lodowcowej fasadzie drapacza chmur. Każda z moich słonecznych obserwacji to co najwyżej częściowe zaćmienie; zawsze coś staje na drodze, czy to zamkowe blanki, czy wieża kościoła.

    Berlińscy inżynierowie wiedzieli, że przez ostatnie trzy tysiące lat Egipcjanie nie zrobili nic godnego uwagi, i najwyraźniej postanowili przejąć pałeczkę od swoich starożytnych odpowiedników. Uczeni z Gizy tak zbudowali piramidy Cheopsa, żeby zorientować je zgodnie z biegunem niebieskim, i podobnie postąpili berlińscy urbaniści, ustanawiając plan zagospodarowania, który najwyraźniej określa, że każda konstrukcja, czy to budynek, billboard, latarnia uliczna czy gniazdo ptaka, ma być wzniesiona do takiej wysokości lub w taki sposób, żeby osoba normalnej postury w żadnym punkcie w granicach miasta nie miała wyraźnego i niczym nieprzesłoniętego widoku na słońce.

    Zawsze rezygnuję z poszukiwań w dogodnym miejscu, to jest na Winterfeldtplatz, gdzie o zmierzchu rozbrzmiewają dzwony w kościele Saint Matthias, oznajmiając koniec polowania. Niebo ciemnieje. W powietrzu unosi się drażniący zapach zwęglonej pity i szawarmy. Jakiś starszy mężczyzna jedzie na skrzypiącym rowerze z dwoma przełożeniami. Kobieta klnie na nieposłuszną córkę. W barze Slumberland rozbłyskują światła. Odkąd tu mieszkam, widziałem jeden zachód słońca. A gdyby nie zjednoczenie Niemiec, nie byłoby nawet tego.

    Odzywa się brzęczek, ale zanim jeszcze zacznę się wygrzebywać, recepcjonistka przestawia zegar w solarium na kolejne piętnaście minut, ponownie włącza moją piosenkę i skinieniem zaprasza, żebym położył się z powrotem. Wraca na miejsce i słucha muzyki, z kącikiem ust uniesionym w wyraźnie zaznaczonym uśmiechu. Nagle kącik opada i na twarzy kobiety pojawia się wyraz zamyślenia. Jej palce przestają tańczyć, a stopy tupać. Chce wiedzieć dlaczego. Dlaczego się opalam. Dlaczego przyjechałem do Niemiec. Mówię jej, że odpowiedź na to pytanie będzie wymagać więcej niż piętnastu minut. Będzie wymagać od nas obojga wejścia w jedną z tych miłych, horyzontalnych relacji, które po dwóch latach ostatecznie niszczy wertykalność codziennych randek, joggingu i oglądania wystaw sklepowych. Kiedy dojdę do punktu, w którym wysyłam jej pocztówki z pospiesznie zapisanymi na odwrocie przypadkowymi haiku…

    W łóżku jest nam w porzo. Całujemy się. Gdy tylko dotknę stopami podłogi, Wszystko bierze w łeb.

    …jej pytanie wciąż pozostanie bez odpowiedzi, a potem zadzwonię do niej, skomląc: „Wysłałem ci pocztówkę, proszę, nie czytaj”. I chociaż będzie chciała ze mną zerwać, nie będzie potrafiła tego zrobić, ponieważ wciąż nie dowiedziała się dlaczego.

    Ciężko poprawia się na krześle gdzieś za moimi plecami. Krzesło skrzypi. Mój zwieracz się zaciska. Poza tym pozostaję w bezruchu. Gdybym się poruszył, byłoby po komforcie, a od lat nie czułem się tak komfortowo.

    Kiedy wychodzimy z Electric Beach, moja świeżo napromieniowana twarz szybko przegrywa walkę z zimną jak diabli nocą. Berlin jest zawsze czysty, a w zimowe wieczory staje się szczególnie antyseptyczny. Mogę przysiąc, że często czuję w powietrzu nutkę amoniaku. Nie jest to hermetyczna sterylność prywatnego szwajcarskiego szpitala, ale wilgotna gładkość alejki w supermarkecie, wypucowanej ajaksem późnym wieczorem, a to z kolei skłania mnie do rozważań, jakież to historyczne plamy tu właśnie uprzątnięto.

    Berlin, fot: www.unsplash.com/Stefan Widua

    Wszechobecne tablice pamiątkowe, z najwyższą starannością porozmieszczane w mieście tak, żeby łatwo je było zauważyć, ale jednocześnie też żeby zbytnio nie rzucały się w oczy, krzyczą o tych tragediach jak znużeni kasjerzy na nocnej zmianie. „Holokaust w drugiej alejce. Powybijane szyby w sklepach w alejce numer pięć. Milli Vanilli w mrożonkach”. Te metalowe odpowiedniki samoprzylepnych karteczek, które nakleja się na lustra łazienkowe i na drzwi lodówek, nie głoszą religijnych prawd czy autoafirmacji, ale zawierają przestrogę, żeby nigdy nie zapomnieć; to przyspawane do filarów moralne linie graniczne, osadzone w chodnikach, wytrawione w granitowych ścianach i – miejmy nadzieję – odciśnięte w naszych umysłach. kiedyś, w przeszłości, i prawdopodobnie jutro, dokładnie w tym miejscu, w którym stoisz, coś się wydarzyło. Cokolwiek się tu wydarzyło, przynajmniej jedna osoba nie miała tego w dupie i przynajmniej jedna miała. którą z tych osób byłbyś? Którą będziesz?

    Na stacji U-Bahna przy Nollendorfplatz łapiemy się na tępym wpatrywaniu w marmurową tablicę upamiętniającą homoseksualne ofiary narodowego socjalizmu. Zgodnie z tym, co głosi napis, ludzi, których ciała pobito na śmierć (totgeschlagen), a historie uciszono na zawsze (totgeschwiegen).

    Co robiłeś zeszłej nocy?

    Dziwne pytanie. Takie pytanie zwykle zadaje jedynie najlepszy przyjaciel po zaciągnięciu się pożyczonym papierosem lub zebraniu obcego włosa ze znajomego ramienia. Ale jestem za nie wdzięczny. Podobnie jak ja, także ona nie chce kryć się w niezbyt odległej przeszłości.

    Nic. A ty? – Nic. – A dzień wcześniej? – pyta, przysuwając się tak blisko, że wyciska powietrze z mojej puchowej kurtki. – Dzień wcześniej? – Mówię, sięgając za plecy i uwalniając się z jej uchwytu. – Dzień wcześniej byłem bardzo zajęty.

    Poczuła się zraniona, że nie chcę się z nią tym podzielić, ale uznałem to za zbyt osobiste. Dzień wcześniej był najważniejszym dniem w moim życiu. Jej pociąg zatrzymuje się na torach biegnących nad naszymi głowami. Dziewczyna stara się wytrzymać moje spojrzenie; ale jestem skupiony na miejscu, którego nie widzę, choć wiem, że gdzieś tam jest. Na miejscu odległym o dwie przecznice i zakręt w lewo – na barze Slumberland. Mój protekcjonalny pożegnalny pocałunek w czoło szybko spotyka się z jej pocałunkiem. Przeciągłe cmoknięcie w usta daje mi wyobrażenie o tym, jak mogłaby wyglądać nasza przyszłość: długi ciąg kolejnych dni po dniu jutrzejszym, które byłyby miękkie, spontaniczne, lekko słone i cztery centymetry wyższe ode mnie. Bing-bong. Rozlega się dwutonowy elektroniczny gong, syczą zamykane pneumatyczne drzwi, a my w pewnym sensie oboje spóźniamy się na nasze pociągi.

    Nie uzyskawszy ode mnie oczekiwanej odpowiedzi, recepcjonistka szybko z obrzydzeniem krzyżuje ręce, wciskając dłonie głęboko pod pachy. Chcę ją poprosić, żeby zrobiła to jeszcze raz. Nie chcę, żeby mnie całowała, chcę, żeby skrzyżowała ręce. Przypominający szuranie papierem ściernym dźwięk pocierających o siebie lnianych rękawów jej laboratoryjnego fartucha sprawia, że czuję swędzenie na czubku penisa. Pora się pożegnać. Wyciągam rękę, żeby unieść słabo przymocowany do klapy recepcjonistki identyfikator. Napis brzmi: Empfangsdame – to po niemiecku recepcjonistka.

    Zaczynam się cofać i spodziewam się, że jej postać zacznie odchodzić w noc. Nic takiego się nie dzieje. Jej fartuch jest za jasny. Dziewczyna stoi tam jak uparty duch mojej satyrowej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, duch, który nie chce zniknąć.

    Ospały poniedziałkowy wieczór; w Slumberlandzie jest ciemno i cicho. Stęchły bezruch przerywają jedynie migające światełka szafy grającej i Nigeryjczyk, który próbuje zaimponować jakiejś blondynce sztuczkami wykonywanymi za pomocą zapalniczki Zippo. Zamawiam piwo pszeniczne, po czym wrzucam trochę drobniaków do szafy grającej. Wprowadzam numer 4701, In a sentimental mood. Leniwe legato Duke’a Ellingtona wkracza do baru tanecznie, stepując w miękkich butach i zgodnie z zapowiedzią tytułu wprawia mnie w sentymentalny nastrój rozmyślań o dniu przedwczorajszym.

    Większość języków ma słowo na dzień przedwczorajszy. Anteayer po hiszpańsku. Vorgestern w niemieckim. W angielskim go nie ma. To język, który stara się zachować czas przeszły prosty i dokonany, wolny od rozmycia pamięci i nastroju w trybie łączącym. Wyciągam długopis i niecierpliwie stukam jego końcówką w serwetkę, jednocześnie próbując wymyślić angielskie słowo na „dzień przedwczorajszy”.

    Uważam się za uchodźcę polityczno-lingwistycznego, przybyłem do Niemiec w poszukiwaniu schronienia w kraju, w którym nie muszę słuchać, jak ludzie mówią „skonsternowany”, kiedy mają na myśli „nonszalancki”, ani wysłuchiwać rzecznika prasowego armii, który używa eufemistycznego terminu „twarde lądowanie”, mówiąc o katastrofie helikoptera rozbitego na zboczu góry, i nie potrafię nawet powiedzieć, jakie to wyzwalające, że mogę żyć w miejscu, w którym w żadną jesienną niedzielę nie zmusza się mnie do słuchania, jak ktoś mówi: „Taktyka zmasowanej obrony w futbolu amerykańskim działa tylko w jeden sposób – nie pozwala ci wygrać”. W dzisiejszych czasach słuchanie Ameryki jest jak słuchanie upadłego króla Leara, który bełkocze po królewsku, żeby zamienić myszy polne i cienie w prawdziwych wrogów. Ameryka tworzy puste frazesy, takie jak „być sobą”, „inteligentny projekt”, „pokolenie hip-hopu” i „służby ratownicze”, starając się w ten sposób ukryć pustkę i prozaiczność.

    Jak na ironię, choć jednym z powodów mojego wyjazdu z tego kraju była amerykańska retoryka, jest to zarazem ostatnia więź łącząca mnie z krajem moich narodzin. Jedyną osobą ze Stanów, z którą koresponduję, jest Cutter Pinchbeck III, redaktor naukowy Kensington-Merriwether Dictionary of Standard American English. Nasze relacje nie są łatwe, chociaż ja, jak jakiś przebywający na wygnaniu rewolucjonista słowa, staram się na odległość poprawić sytuację osób represjonowanych ze względu na używany język. Na razie przesłałem cztery słowa, które mogłyby zostać włączone do następnej edycji słownika: etymolofil, korfunijczyk, hiphopera i pamięć fonograficzna. Podobają mi się moje słowa; nie wymagają wyjaśnienia i moim zdaniem są bardzo potrzebne. Czy ktoś uwierzyłby, że angielski jest jedynym językiem indoeuropejskim, w którym nie ma przymiotnika opisującego mieszkańców wyspy Korfu? Cutter Pinchbeck uważa, że korfunijczyk jest niepotrzebny. W swoich nadętych pis- mach odmownych argumentuje, że mieszkańców Korfu nazywa się Grekami i że etymolofil nie byłby miłośnikiem słów, tylko miłośnikiem pochodzenia słów. Protekcjonalnie pisze, że słowo hiphopera niemal spełnia warunki wyrazu hasłowego, jako innowacyjne, konfluentne połączenie wysokiej i niskiej kultury, ale nie niesie w sobie „zajebistej wyrazistości tegorocznych nowych haseł, takich jak na przykład kufel – tym razem w znaczeniu pośladki, lasoczija, martwi prezydenci, szmula, sapy czy bysior, żeby wymienić tylko kilka slangowych efemeryd. I chociaż załączyłem złożone pod przysięgą i podpisane oświadczenie mojej matki, a także film, na którym w wieku dwunastu lat wy- grywam dwadzieścia pięć tysięcy dolarów w programie Jaka to melodia?, Cutter Pinchbeck nie wierzy, że ja – czy też ktokolwiek ze stu miliardów ludzi, którzy stąpali po ziemi w ciągu ostatnich pięćdziesięciu tysięcy lat – mógłby mieć pamięć fonograficzną, choć to mój przypadek. Pamiętam wszystko, co kiedykolwiek słyszałem. Każdą upuszczoną pięciocentówkę, kapu-kap kropli deszczu, pisk tenisówki i beczenie owiec. Każdą piosenkę do skakania przez skakankę, klaśnięcia w dłonie przy śpiewaniu koci, koci, łapci i wyliczankę „ecie-pecie, gdzie jedziecie”. Pamiętam każdy głupawy tekst piosenek R&B w radiu i każdy zniekształcony riff Hendriksa. Każde muśnięcie strun przez Itzhaka Perlmana i wszystkie cmoki ekwilibrystycznych całusów na tylnym siedzeniu samochodu. Nadal słyszę każde „Hej, ty, do ciebie mówię” i trąbienie eufonium Johna Philipa Sousy, a także każdy szelest w drzewach i uliczny rwetes. Pamiętam wszystkie dźwięki, jakie kiedykolwiek słyszałem. To tak, jakby całe moje życie było piosenką, od której nie mogę się uwolnić.

    Ojej. – Nigeryjczyk się poparzył. Wymachuje dłonią jak szalony i wciąga powietrze przez zęby. Jego partnerka się śmieje, chwyta go za rękę, liże i muska wargami oparzone palce.

    Ballada w szafie grającej kończy się nutą zagraną przez Ellingtona z delikatnością dziecka wkładającego rannego ptaka do wyłożonego bibułką pudełka na buty. Gdzieś w głębi gardła ginie szereg angielskich słów oznaczających „dzień przedwczorajszy” – penultidiem… prepretoday… yonyesterday… – i nagle, niczym nieświadoma wypowiedź wywołana zespołem Tourette’a, z moich ust wylatuje słowo oznaczające „przedwczoraj”. Retrothence! Blondynka i Nigeryjczyk patrzą na mnie jakoś dziwnie. Wyślę je do Cuttera Pinchbecka III z Kensington-Merriwether. Retrothence będzie ładnie wyglądać na stronie 1147 w Fourth College Edition, umieszczone między retrospekcją a retroussé, pochodzącym z francuskiego określeniem na coś zadartego, na przykład nos.

    Zostało ci jeszcze kilka piosenek. Nigeryjczyk stoi obok szafy grającej. – Włącz 1007. Potem możesz sobie grać, co chcesz. Do pomieszczenia wdziera się rock and roll. Nałożone na siebie gitarowe riffy, które nie sprawiają jednak wrażenia efekciarskich, perkusja napędza utwór trudną, graną staccato miłością opiekuńczego instruktora musztry, a do tego bas, bas góruje nad tym wszystkim, zawieszony nad strunami, syntezatorami i perkusją, przepełniony wyzywającą pewnością siebie, zawsze na granicy popisywania się, nigdy jej jednak nie przekraczając.

    Kto to? – The Magnum Opus. Pochodzą z południowej Kalifornii, stale eksperymentują, są trudni do zdefiniowania, nieprzewidywalni, tak undergroundowi, jak tylko może być grupa rockowa, która sprzedała dwadzieścia tysięcy płyt. Krytycy zachwycają się takimi grupami jak Smashing Pumpkins i Pearl Jam, które rzekomo wnoszą świeżość do rock and rolla, wyżej ceniąc sobie heroinową bez- barwność niż głębię, fryzury niż muzykalność, bladość białego od stóp do głów chłopaka niż meksykańsko-czarnoskóro-amerykańsko-guapo-polityczny zespół, którego muzyka nie ma nic wspólnego z tym, co meksykańskie, amerykańskie, czarne czy przystojne. Partie wokalne ślizgają się po powierzchni melodii, wysokie dźwięki są wrzaskliwe, ale we właściwy sposób, i odpowiednio przekonujące.

    Nieźli są – mówi Nigeryjczyk.

    Są nieźli – chciałem powiedzieć – ale dwie noce temu, nie tak daleko od miejsca, gdzie teraz stoisz, ja i największy muzyk, o którym nigdy nie słyszeliście, zagraliśmy dwie minuty i czterdzieści siedem sekund muzycznej doskonałości, tak ponadczasowej jak atom wodoru i program rozrywkowy Saturday Night Live. Beat tak doskonały, że z miejsca podważył sens istnienia wytwórni płytowych. Melodia tak transcendentalna, że w efekcie murzyńskość została oficjalnie uznana za passé. Wreszcie na nas, kolorowych, będzie się patrzeć z beztroską obojętnością, a nie z przesyconym erotyzmem politowaniem czy niesmakiem freudowskiej projekcji. Zawsze twierdziliśmy, że tego chcemy, prawda? Być, jak to mówił King, oceniani „nie na podstawie koloru naszej skóry, ale na podstawie cech naszego charakteru”? Wszystko pięknie, tyle że to, co obaliliśmy, okazało się nie cechą charakteru, tylko cechą nieleżącą w charakterze. Po prostu tak się złożyło, że było to nieokreślenie murzyńskie i funkowe jak skurwysyn.

    Książkę przetłumaczył Witold Kurylak.

  • Powolna jazda samochodem oraz Pismo Święte, czyli Sekielski i Miłoszewski o Tyrmandzie

    Weszliśmy w rok Leopolda Tyrmanda, więc siłą rzeczy będzie tutaj „Lolka” trochę więcej, chociaż mam wrażenie, że zawsze było sporo. Pod koniec roku mieliście okazję zobaczyć rozmowę z biografem Tyrmanda, Marcelem Woźniakiem (klik), a dziś czas na wspominki. Jeden z moich gości specjalnie powoli jeździł samochodem żeby przesłuchać jak najwięcej „Złego”, natomiast drugi przypomina sobie, że w jego domu właśnie ta książka stała między Pismem Świętym a „Panem Tadeuszem”. Przed Państwem Tomasz Sekielski i Zygmunt Miłoszewski. Żeby była jasność, wypowiedzi obu panów nagrywałem w lipcu.

     

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #18

    Chłopiec ma dziesięć lat i boi się wejść do starego młyna. Codziennie wracając ze szkoły mija starą, opuszczoną ruinę i przez dziurę po drzwiach wejściowych zerka do wnętrza, nigdy jednak nie przekroczył progu. Tam, w głębi, jest ciemno i chłodno, bije stamtąd wilgotna i nieprzychylna cisza. Martwa cisza. Nic tam nie mieszka, nic nie porusza się w chłodnej wilgoci, stary młyn zatrzymał się na zawsze. Czasami w słoneczne dni, w smudze światła padającego z okienka na południowej ścianie tańczą drobinki kurzu, chłopiec jednak dobrze wie, że to złudzenie. Nic się nie porusza. Młyn stoi. Chłopiec również stoi. Zatrzymał się przed kamiennym progiem i ostrożnie wdycha tę pulsującą, chłodną wilgoć.

    Pewnego dnia chłopiec ma już dwanaście lat i postanawia wejść do starego młyna. Całą powrotną drogę ze szkoły do domu zbiera się na odwagę:. musi tam wejść. Od rana przeczuwał, że tak będzie. W szkole na przerwie pewna dziewczyna o zielonych oczach, której się wpisał do pamiętnika, przeczytała jego słowa i wybuchła śmiechem, a potem pokazała jego wpis koleżankom, które również się śmiały. To zdecydowało. Idzie wolnym, uważnym krokiem i bez wahania skręca na betonową kładkę przerzuconą pomiędzy szosą a wejściem. Jest szary, wrześniowy dzień z mgłą nad łąkami, która od rana nie chce się podnieść, ani opaść. Dzięki szarości na zewnątrz młyn w środku nie jest tak ciemny i straszny. Po przekroczeniu progu chłopiec czeka chwilę, a kiedy oczy oswajają się z mrokiem, rusza w głąb.

    Myśli o śmierci. Już raz o niej myślał, w pewne słoneczne letnie południe, kiedy położył się w trawie i z rękami pod głową patrzył na płynące po niebie obłoki. Wyobraził sobie wtedy, że siedzi okrakiem na czymś takim miękkim i białym w górze, wysoko nad całym światem, i płynie beztrosko w dal. Całkiem jak Dyzio Marzyciel. Wiatr przyjemnie głaszcze go po policzkach, ziemia w dole jest mała i nieważna, jak obrazek z kalendarza. On płynie i po raz pierwszy oddycha całą pełnią swoich astmatycznych płuc. Nie chce wracać na ziemię. Tu jest lepiej. Nareszcie dobrze. Widzi swoje ciało spadające na łąkę i roztrzaskujące się na tysiące kawałków, i wcale mu to nie przeszkadza. Tu jest dobrze.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Stary młyn ma swój najciemniejszy kąt i chłopiec po krótkim wahaniu tam kieruje swoje kroki. Mija zwalistą bryłę obudowy silnika z przytwierdzoną doń mosiężną tabliczką, na której wypukłe litery DEUTZ widoczne są mimo grubej warstwy kurzu. Podłoga jest drewniana i cicho skrzypi. Chłopiec idzie z wyciągniętymi przed siebie rękami, niepewny pogrążonej w półmroku przestrzeni.

    W najciemniejszym kącie stoi ubrany na czarno mężczyzna.

    Chłopiec domyśla się czarnego stroju, ponieważ w ciemności widzi tylko białą twarz, bez włosów i brwi, oraz jasne plamy dłoni na wysokości bioder. Mężczyzna patrzy na niego i nic nie mówi. Chłopiec znajduje się jeszcze w strefie szarego półmroku i ma wybór. Może odwrócić się i uciec. Nie robi tego. Dzisiaj rano, wkrótce po niefortunnej historii z pamiętnikiem dziewczyny o zielonych oczach, postanowił już nie bać się niczego i poszukać śmierci w najbardziej brawurowych i niebezpiecznych misjach. Pierwsza z nich to wejście do starego młyna.

    – Długo pan tu czeka? – pyta drżącym głosem. Odwagę można sobie postanowić, ale strach ma swoje prawa.

    – Długo – przytakuje mężczyzna.

    – Dlaczego na mnie?

    – Trudno powiedzieć. Może dlatego, że zatrzymujesz się tu codziennie i zaglądasz do środka. Pragnienia torują drogę rzeczom, nie odwrotnie.

    – Nie bardzo rozumiem.

    – Nie szkodzi. Kiedyś zrozumiesz.

    Mężczyzna ma głos niski i miękki, o którym się mówi: aksamitny. Bardzo przyjemny i chłopiec chce go jeszcze trochę posłuchać.

    – Dorośli w kółko mi to powtarzają.

    – Co powtarzają?

    – Że kiedyś zrozumiem.

    – Bo to prawda – mówi mężczyzna stojący w najciemniejszym kącie starego młyna. – Dlatego i ja tak powiedziałem. Kłopot w tym, że zrozumienie spraw, o których mówią dorośli, przychodzi za późno i niczego tak naprawdę nie wyjaśnia. Nawet jeśli zrozumiesz, twoje rozumienie do niczego ci się nie przyda. Ból pozostanie bólem.

    – Znowu nie rozumiem. Dlaczego ból?

    Mężczyzna nie odpowiada, tylko patrzy. Obaj milczą dłuższą chwilę. Oczy chłopca przystosowują się do ciemności i widzą coraz więcej szczegółów. Strop młyna podparty jest drewnianymi filarami, z których najbliższy stoi tuż obok niego. Na wbitym w rozeschłe i spękane drewno gwoździu wisi gruby sznur z pętlą. Ktoś go niedawno używał, warstwa mącznego pyłu jest naruszona. Dalej zwisa z sufitu ogromny lej o kwadratowym przekroju, pod jego wylotem stoi beczka. Za lejem następny element wyposażenia – skręcona drewniana rynna, opadająca aż do podłogi i przypominająca dziecięcą zjeżdżalnię w parku. Chłopiec domyśla się, że służy do spuszczania z piętra worków z mąką. Jest wyślizgana i jej powierzchnia błyszczy w okruchach światła, jak gdyby ostatni worek zjechał dosłownie kilka minut temu. W całej hali pachnie sianem i chlebem.

    – Chcesz sobie zjechać? – pyta mężczyzna. Chłopak waha się bardzo krótko.

    – Tak.

    Mężczyzna wychodzi z najciemniejszego kąta i zatrzymuje się przed chłopcem. Rzeczywiście ma na sobie czarne ubranie. Spodnie, buty, surdut i kamizelka pod nim – wszystko jest czarne, prócz białej koszuli. Teraz chłopiec widzi, że mężczyzna nie jest pozbawiony włosów, lecz siwy. Jego brwi i rzęsy również są białe.

    – Musimy wejść na górę – stwierdza wyjaśniająco mężczyzna i nie czekając na odpowiedź, rusza w kierunku metalowych schodów pod ścianą.

    Chłopiec posłusznie rusza za nim, ani trochę niezdziwiony swoją odwagą. Przecież od rana się do niej przygotowywał. Dzisiaj może zrobić wszystko, czego dotychczas nie umiał w swoim krótkim życiu. Wejście po schodach na piętro starego młyna wydaje się logiczną konsekwencją jego decyzji, by tu w ogóle wejść. W głębi duszy pragnął tego od dawna, i ta głupia niewdzięcznica o zielonych oczach znakomicie ułatwiła mu dzisiejsze zadanie. Pragnął śmierci w starym młynie. Właśnie tak. Stwierdził w duchu, że zaczyna trochę rozumieć, o co chodzi z tymi pragnieniami, które torują drogę rzeczom.

    Mężczyzna idzie pierwszy, chłopiec za nim.

    – Jak się pan nazywa?

    – A ty? Najpierw należy się przedstawić samemu, potem pytać drugą osobę.

    – Ja jestem Olek.

    – Czyli Aleksander. A ja Asmodeusz. Obaj na A.

    – Myśli pan, że to coś znaczy?

    – Wszystko znaczy.

    Chłopiec nie daje za wygraną, chce mówić.

    – Hmm. Dziwne imię. Nigdy takiego nie słyszałem.

    – Może i dziwne. Nie ja wybierałem.

    – Moje wybierała mama. Mówiła, że to po jakimś fajnym wujku. Ale ja go nie znałem, umarł, zanim się urodziłem. Pan tu pracuje?

    Mężczyzna nie odpowiada i chłopiec domyśla się, że zadał nietaktowne pytanie.

    Wchodzą na piętro, które tak naprawdę jest wielkim strychem, zwieńczonym ukośnym dachem. Przez pojedyncze dziury po rozbitych dachówkach wpada tu nieco więcej światła, niż na dole. Jest sucho i ciepło. Dookoła niskich ścian stoją rzędami pełne worki, wszędzie pachnie mąką i kurzem. Młyn już wcale nie wygląda na ruinę, tylko na nieźle prosperujący zakład, w którym pracę zakończono dosłownie przed chwilą. Chłopiec kładzie dłoń na masywnej obudowie silnika i przekonuje się, że jest ciepła. Podnosi wzrok, przez dziury w dachu wpadają promienie słońca.

    – Tędy – mówi mężczyzna lekko popychając go w kierunku otworu ze zjeżdżalnią dla worków. Przez okienko w szczycie budynku chłopiec widzi błękitne niebo, a przez drugie, niższe, widzi również zieloną łąkę i niebieskie lustro stawu za wsią, na nim białe kropki łabędzi. Na łące kwitną kwiatki. Wszystko się zmieniło, jest wiosna.

    Tak, myśli, to jest moja śmierć.

    – Jedziesz? – pyta mężczyzna wskazując początek błyszczącej rynny. – To tylko chwila.

    – Wiem – mówi chłopiec. – Marzyłem o tym od dwóch lat. Pragnienia torują drogę rzeczom.

    Mężczyzna uśmiecha się, po czym pomaga mu usiąść na wyślizganym drewnie i zanim tamten zdąży się wygodnie usadowić, popycha go mocno za ramiona.

    – Hooooop! – woła i chce jeszcze coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobywa się tylko niewyraźny charkot. Już nie brzmi aksamitnie, raczej zwierzęco.

    Chłopiec sunie. Wpada w prędki, ciasny wir, krew uderza nagłym skurczem w skronie i oczy same zamykają się od oszałamiającego ruchu. Powietrze świszczy. Na początku jest trochę jak na karuzeli, kiedy jednak jazda się przedłuża i wydaje mu się, że już dawno powinien wylądować na podłodze dolnego poziomu, próbuje otworzyć oczy. Nie potrafi. Powieki są jak sklejone. Ciało nabiera prędkości, szum w uszach staje się nie do zniesienia, chłopiec otwiera usta i krzyczy. Wyje z całych sił, jak to kiedyś istotnie robił na karuzeli, gdy osiągnęła najwyższe obroty i krzesełko na łańcuchach leciało prawie poziomo. Krzyk pomaga. Nagle, kiedy prędkość staje się zawrotna i jego ciało wiruje jak w bębnie pralki, świst się ucina i chłopiec jak z procy wylatuje w pustkę. Chwilę szybuje w stanie nieważkości, a kiedy wibracje ustają i krew w skroniach się uspokaja, nareszcie otwiera oczy.

    Leci nad ziemią. Okrakiem dosiada małej chmurki i płynie w powietrzu nad zieloną krainą. Jest ciepły maj, świeci słońce. Jego ciało nic nie waży. Spogląda w dół i widzi dokładnie to, co chciał widzieć: domy wielkości klocków wzdłuż szarej wstążki szosy, którą jeszcze przed chwilą kroczył; prostokąty pól, jedne jasne i suche, inne już zazielenione; błotnista droga wzdłuż stawu; ciemna plama lasu; niebieska plama wody; żółta plama rzepaku…

    – O to chodziło?

    Chłopiec wzdryga się i gwałtownie odwraca. Mężczyzna w czarnym ubraniu jest tuż za nim. Siedzi okrakiem na tej samej chmurce, zupełnie jakby jechali na jednym motocyklu, albo kłusowali na jednym wierzchowcu. Kładzie rękę na ramieniu chłopca. Ręka jest zimna i ciężka.

    – Tak.

    W dole na powierzchni stawu podrywa się stado cyranek. Chwilę biją wodę skrzydłami i unoszą się z krzykiem, zostawiając za sobą długie bruzdy, które zaraz znikają. Kaczki tną przestwór szybkimi, nerwowymi ruchami, lecą na wschód i wkrótce znikają za lasem, gdzie lśni szaroniebieskie oko następnego stawu. Chłopiec dobrze pamięta, że już je raz widział, wiosną tego roku. Dokładnie tak samo zerwały się z wody i z wrzaskiem poleciały za Jaszowiecki Las, kiedy wkroczył na groblę i nagłym ruchem rozgarnął suche, zeszłoroczne trzciny. Jeszcze chwila i drogą od południa nadjedzie samochód dostawczy ze świeżym chlebem do jedynego we wsi sklepu. O, już jedzie, kołysząc się na nierównej nawierzchni, która za kilka lat zostanie pokryta asfaltem aż do następnej wsi, ale on jeszcze o tym nie wie. Na razie z uwagą obserwuje maleńki samochód. Tak, to on, skręcił i parkuje pod sklepem w starym domu Zemły. Zaraz z szoferki wyskoczy młody kierowca w obcisłych dżinsach i flanelowej koszuli z podwiniętymi rękawami, opuści z tyłu klapę żuka i przysunie do krawędzi druciane kosze z pieczywem. Będzie brał po dwa w ręce w płóciennych rękawicach i rzucał drugiemu, który stanie na progu magazynu. Chłopiec obserwował ich wiele razy. Są doskonale zgrani, jeszcze nigdy żaden bochenek im nie upadł.

    www.unsplash.com/Wesual Click

    – Widzisz swój dom? – pyta mężczyzna siedzący tuż za nim. Chłopiec nie czuje ani jego oddechu na karku, ani ciepłej bliskości ludzkiego ciała. Czuje chłód. Myśli, że to dobrze, że tak powinno być.

    – Jest za nami, musimy się odwrócić.

    – To nie takie proste. Przypominam ci, że siedzisz na chmurze, a wiatr wieje w jednym kierunku.

    Istotnie, obraz pod nimi przesuwa się na zachód i jego rodzinna wieś zostaje za ich plecami. Chłopiec usiłuje się odwrócić, ale powiewające na wietrze poły czarnego surduta przesłaniają widok. Wychyla się na bok, przytrzymuje ręką fruwający materiał…

    – Powinien być gdzieś tam – pokazuje za siebie w dół i wtedy czuje, jak jego nieważkie ciało nagle zsuwa się z obłoczka i spada w otchłań. Chłopiec chce krzyczeć, ale pęd powietrza zatyka mu usta, więc tylko rozkłada ramiona i próbuje sterować swoim upadkiem. Na niewiele się to zdaje. Ziemia przybliża się z szaloną prędkością, widzi coraz wyraźniej szczegóły topograficzne, takie jak linia przydrożnych drzew, miedza wśród pól, kępa krzewów, grudy zoranej gleby, coraz większe i większe, coraz prędzej i prędzej…

    Bach!

    Siedzi na zakurzonej podłodze starego młyna. Z rozpostartymi ramionami i otwartymi do krzyku ustami, z których wydobywa się świszczący oddech. Pośladki trochę go bolą od twardego lądowania. Odwraca się. Środkiem zjeżdżalni dla worków biegnie z góry ciemna smuga, pozostawiona przez jego szkolne spodnie. Chwilę dyszy ciężko, a kiedy łomot serca trochę zwalnia, podnosi się i rozgląda wkoło. Jest ciemno i wilgotno, w szparze po drzwiach widzi szare i brzydkie wrześniowe popołudnie. Drogą przejeżdża samochód, jego warkot dochodzi do uszu chłopca z daleka, jakby zza grubej szyby. Waha się, ale krótko. Dzisiaj może zrobić wszystko. Wraca do metalowych schodów i wchodzi na górę jeszcze raz. Na wszelki wypadek. Krąży po piętrze i zagląda we wszystkie zakamarki, ale oczywiście nikogo nie ma. Podchodzi do wylotu zjeżdżalni, kuca, dotyka palcem wytartego jego własnymi spodniami kurzu. Jeszcze raz? Nie, nie dzisiaj. Wszystko nie znaczy za dużo. Wróci tu jutro.

    Zabiera z podłogi pobrudzony szkolny plecak i wychodzi. Idąc do wyjścia, klepie dłonią obudowę silnika z tabliczką DEUTZ. Blacha jest lekko ciepła. Wieczorem przed zaśnięciem wyjmuje z szafki czysty zeszyt i na jego okładce pisze nierównymi, drukowanymi literami: STARY MŁYN. Zapisuje pierwsze zdania i postanawia, że będzie codziennie tam wchodził i notował swoje doznania. Wszystko, co zapamięta i przeżyje.

    Ale nie ma następnego razu. Przez następne dni podczas powrotów ze szkoły przekracza betonowy próg zrujnowanego młyna i nic się nie wydarza. Nie ma nikogo. Nie ma również masywnej obudowy silnika z napisem, ani drewnianej zjeżdżalni na worki. W jej miejscu zwisa z sufitu przegniły fragment słupa, z którego jak ze stalaktytu kapią krople wody. Schody na piętro nie istnieją.

    To znaczy owszem, ktoś się pojawia. W najciemniejszym kącie młyna przez pewien czas mieszka rodzina szczurów. Później w jej miejsce przychodzi kot, który za każdym razem na widok intruza z głośnym miauczeniem wyskakuje przez oczodół okna. Chłopiec ucieka. Kiedy pewnego dnia, mniej więcej dwa miesiące po tamtej przejażdżce na chmurze, staje w progu starego młyna i w nozdrza uderza go okropny smród padliny, rezygnuje. Nie ma sensu. W ciągu następnych lat będzie tam jeszcze przez sporadycznie zaglądał, ale tylko po to, by się upewnić, że mężczyzna w czarnym surducie nigdy więcej nie przyjdzie.

    Chłopiec jednak pisze.

    Zapełnił już dwa zeszyty i zaczął trzeci, kiedy z mroków niepamięci wyłania się właściwy początek tej historii. Aleksander Zawijas doskonale pamięta tamten mroźny styczniowy dzień. Z powodu ataku zimy lekcje w szkole odwołane zostają na tydzień i właśnie wracają z kolegą do domu oblodzonym poboczem głośno zastanawiając się, czym wypełnić wolny czas. Rozmowa koncentruje się wokół książek, ponieważ Krzysztof również lubi czytać. Chwilę przerzucają się ulubionymi tytułami, padają nazwiska Dostojewskiego, Manna, Kafki, Hemingwaya, Gombrowicza. Jeszcze wszystkiego nie czytali, ale znają już tytuły i będą szukać na półkach domowych bibliotek.

    Zanim dojdą do domu Olek, uwiedziony literacką wrażliwością Krzysztofa, zaproponuje mu lekturę swoich zapisków. Od dawna bardzo chce je komuś pokazać, ale nie natrafił dotychczas na odpowiedniego kandydata. Jego nowy kolega nadaje się znakomicie. Następnego dnia zanosi mu swoje dwa bruliony i przez następny mroźny tydzień czeka w napięciu na werdykt. Krzysztof przychodzi wreszcie z wizytą, bruliony ma pod pachą, a na twarzy trupią bladość. Jest pod ogromnym wrażeniem notatek Olka. Rozmawiają aż do późnego wieczora. Mogliby znacznie dłużej, ale mama Olka przerywa tę namiętną literacką sesję i wysyła ich do łóżek.

    Czy to wtedy zaczęła się ta niewiarygodna przygoda? Czy tamtego wieczora zostało powiedziane jedno zdanie za dużo? Może nawet jedno słowo, które uruchomiło śmiercionośną lawinę? Profesor Aleksander Zawijas jeszcze tego nie wie, ale samo wspomnienie dawnej historii i przyjaciela z lat szkolnych dotyka go w sposób bolesny. I niezwykle prawdziwy, jak to zdarza się tylko wyjątkowo trafnym intuicjom. Czy to możliwe, by ta katastrofa była ciągiem dalszym? Pragnął jej? Czekał na nią przez te wszystkie lata, jak czekał w starym młynie na człowieka w czarnym surducie? Czy mogłoby być aż tak… ciemno?

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Właśnie pomyślał sobie, że to właściwie zagadka kryminalna i przydałaby mu się pomoc człowieka, któremu całkiem niedawno sam odmówił pomocy, gdy usłyszał:

    – Panie profesorze, ma pan gościa.

    Głos pielęgniarki wyrwał go wprost z samego dna wspomnień. Zamrugał oczami i pokazał na zegarek.

    – O tej porze?

    – To nie jest zwykły gość. Sam pan zobaczy. Oczywiście, jeśli pozwoli mi pan go wpuścić. To policjant.

    Pokiwał ze zdziwieniem głową jak człowiek, który musi się pogodzić z nieuchronnym, co pielęgniarka odczytała jako wyrażenie zgody. Po chwili do pokoju wkroczył inspektor Florian Madej. Z pewnym skonsternowaniem Aleksander Zawijas stwierdził, że wcale go to nie dziwi.

    – Przepraszam, panie profesorze, ale musiałem – zaczął od progu inspektor. – Nie wiem, czy pan słyszał, co się dzieje w mieście…

    – Słyszałem.

    – No właśnie, to już nie są żarty, ani gra w literackie skojarzenia. Ruszyła lawina zdarzeń, której nikt nie potrafi zatrzymać, chociaż w naszej siedzibie na Mogilskiej odbywa się właśnie narada, w której bierze udział minister, przekonany, że potrafi zatrzymać wszystko. Jestem tutaj, bo… bo uważam, że pan coś ukrywa w sprawie tego audiobooka, że nie był pan ze mną całkiem szczery i powinniśmy wrócić do naszej rozmowy, tam, w gabinecie, kiedy usłyszeliśmy ten głos z płyty i pan zrobił taką minę, jakby pan ten głos znał. To prawda, profesorze? Rozpoznał go pan?

    – Tak.

    – No właśnie. Od razu zauważyłem i postanowiłem wrócić do tego podczas następnego naszego spotkania, ale do niego nie doszło, to znaczy doszło teraz, ponieważ uparłem, żeby tu przyjechać i zapytać pana jeszcze raz o tamten głos. Kto to był?

    – Poproszę następne pytanie.

    – Profesorze! Powtarzam, to nie jest gra. Skończyły się ciuciubabki i zgadywanki. Kto to jest? Pan musi powiedzieć!

    – Po co?

    – Jak to po co? Żebym mógł wziąć ludzi, pojechać po tego człowieka i go zaaresztować za wielokrotne zabójstwo, nakłanianie do samobójstwa i wzniecenie zamieszek. To na początek, paragrafów jest więcej.

    – Chce pan zaaresztować trupa?

    Inspektor zdębiał. Patrzył na profesora nierozumiejącym spojrzeniem, dopóki nie odzyskał na tyle kontroli nad sobą, by spytać:

    – Chce pan powiedzieć, że on nie żyje? Ale… to co myśmy słyszeli?

    Profesor patrzył na Madeja spokojnym wzrokiem, z tym rodzajem opanowania, które stanowi najlepsze antidotum na głupstwa. Taki wzrok mają również szachiści, którzy przewidzieli wszystkie ruchy przeciwnika, aż do końca partii.

    – Ciekawe pytanie. Zagadkowe. A twierdził pan, że gra w zgadywanki się skończyła. Czy to już wszystkie pańskie rewelacje, inspektorze, czy może ma pan jeszcze coś w zanadrzu? Bo jeśli nie, to pozwoli pan, że teraz ja spytam. Ma pan ze sobą mój laptop?

    Inspektor Madej zbaraniał po raz drugi.

    – Mam – wybąkał.

    – Doskonale. A ubranie?

    Madej zbaraniał po raz trzeci, ale już krócej. Poklepał się po obszernym tułowiu, po czym zdjął płaszcz, wyjął spod marynarki srebrny laptop i rzucił profesorowi na łóżko, po czym zaczął się rozbierać. Pod marynarką miał sweter, pod nim dwie koszule, które wpuścił do dwóch par spodni. Zdjął to wszystko z siebie i koszulę ze swetrem oraz cienkie dżinsowe spodnie położył obok laptopa. Profesor przyglądał się tej operacji z lekkim uśmiechem.

    – Niewiele – skwitował patrząc na części garderoby z wieszaka w jego gabinecie.

    – Założyłem, że zachowa pan piżamę pod spodem. Poza tym, jest całkiem ciepło.

    – Tutaj – zauważył tajemniczo profesor. – Domyślam się, że samochodu pan nie ma. Żona pana podwiozła i wróciła do domu. Nie chciała się ze mną pożegnać?

    – Odradziłem jej – przyznał inspektor z niejakim wstydem. – Po tym, co mi opowiedziała uznałem, że tak będzie lepiej.

    Profesor spojrzał pytająco na gościa, nie podjął jednak wątku i zamiast tego spytał:

    – To czym się dostaniemy na miejsce?

    – Na miejsce? Myślałem, że jakoś… inaczej.

    – Taak. Tylko że to „inaczej” leży siedemdziesiąt kilometrów stąd.

    Na chwilę zapadła niezręczna cisza, którą przerwał inspektor energicznym postanowieniem. Wstał z krzesła i nakazawszy profesorowi ubrać się w dostarczone rzeczy, wyszedł z pokoju. Po kilku minutach wrócił.

    – Telefony stacjonarne działają. Za kwadrans będzie tu Macerak z drugim policjantem. Dostarczą nam samochód. Podobno miasto jest już odblokowane. Gotowy?

    Profesor skinął głową. Gotowy. Starali się sprawiać wrażenie pewnych siebie, choć żaden nie miał pojęcia, na co się właściwie decydują.

    Cdn.

  • Wycieczka po Warszawie, scenariusz serialu, rękopis powieści, wasze nazwisko w książce . Ruszają aukcje WOŚP

    Dobra, lecimy z koksem, bo cel jest szczytny. Drugi raz smakksiazki.pl wspiera Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Oczywistą oczywistością jest to, że sam, to bym mógł najwyżej wylicytować ze stówkę, dlatego dziękuję wszystkim autorom, którzy zdecydowali się zaangażować w licytację, a przedmioty w tym roku są jeszcze lepsze niż w poprzednim. Dziękuję także tym, którzy się zadeklarowali, a finalnie mieli to gdzieś – może za rok się uda, a może po prostu mają inne plany. Z rzeczy ważnych – wszystkie aukcje trwają 10 dni (dłużej się nie dało). Znakomitą większość przedmiotów będą wysyłał ja, ale za przesyłkę nie płacicie, niech to będzie mój wkład w aukcje. Co jeszcze? Aha, Wasze pieniądze wędrują bezpośrednio na konto WOŚP – bez pośredników, prowizji, itd. Czego nam wszystkim życzę? Ostrej licytacji, wysokich kwot, satysfakcji. Pamiętajcie jednak, że najważniejszy jest cel oraz to, że wspólnie pomagamy potrzebującym!

    Jeśli macie ochotę wylicytować swoją obecność w „Szybkim szmalu” – książce Ryszarda Ćwirleja, która ukaże się jesienią, to klikRyszard włączył się w tym roku mocno, bo możecie jeszcze zgarnąć „Śliski interes” z dedykacją oraz autografem – klik, a także, uwaga, uwaga – roll-up. Co Wam będę opowiadał, zobaczcie sami, klik. Mocno w pomaganie wkręcili się też bracia Miłoszewscy, bo Zygmunt przekazał anglojęzyczną wersję audiobooka „Bezcennego” – klik, a w tandemie oddali w Wasze ręce scenariusz pierwszego odcinka serialu „Prokurator” – klik.

    Co tam jeszcze mamy w wośpowej szafie? Całkiem sporo fajnych rzeczy. Krzysztof Domaradzki razem ze swoim wydawcą, czyli Wydawnictwem Czarna Owca, przekazują na licytację książkę, której…jeszcze nie ma. O co chodzi? Klik!  Największą kreatywnością wykazał się chyba Robert Małecki, tzn. Bernard Gross, który ma dla Was.. Sam nie wiem, jak to powiedzieć, więc powiem tylko tyle – klik 😉 Maciej Siembieda wydobył ze swojej szuflady zapisane piórem kartki, które stanowią część „Gambitu”. Sami będziecie mogli rozszyfrować, które to fragmenty i prześledzić proces twórczy – klik. Skoro już przy pisaniu piórem jesteśmy, to aktor Przemysław Bluszcz podpisał „Wysokie okno” Raymonda Chandlera. Dlaczego? Ano dlatego, że Przemek na platformie Storytel czyta książki tego amerykańskiego pisarza, więc jeśli macie ochotę na taki egzemplarz, to wiecie co – klik. Jednak skłamałem, bo Bluszcz podpisał się długopisem. Odchodząc na chwilę od książek, to Vincent V. Severski oddał swój ostatni kubek do kawy, żartuję, jest nóweczka, a dodatkowo się na nim podpisał. Nie wiem jak to jest zrobione, ale wygląda na to, że można wkładać do zmywarki, a autograf pozostanie cały i zdrowy – klikBym zapomniał, a możecie wylicytować sobie wycieczkę po Warszawie śladami Janusza Korczaka, a przewodnikiem będzie Adam Michejda, autor doskonałej książki dla młodzieży właśnie o Korczaku – klik. No i na koniec kilka zestawów książek z autografami/dedykacjami. Pakiet od Grzegorza Kalinowskiegoklik , Przemysława Semczuka klik oraz Roberta Ostaszewskiegoklik.

    Na koniec życzę Wam, żebyście zapłacili za to wszystko jak za zboże, żebyście wzięli na to kredyty, zastawili samochody i jachty!

     

  • „Książki zdychają w ciszy”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Dzisiaj będzie mało oryginalnie, bo 31 grudnia, ostatni dzień 2019 roku, więc małe literacko-rynkowe-czytelnicze podsumowanie tego, co było i pewnie kilka słów na temat tego, na co czekam w roku 2020. A na koniec gorzka refleksja, bo to także część tej konwencji.

    Zacznę z grubej rury. Najlepszym polskim kryminałem, jaki przeczytałem w roku 2019 jest „Około północy” Mariusza Czubaja. Koniec i kropka. To przede wszystkim książka napisana z niewiarygodną miłością. Do gatunku, jazzu, legendy lat sześćdziesiątych, trudnej polskiej historii i samej literatury wreszcie. Strasznie mi przykro, że tak niewiele o tej powieści się mówiło w zeszłym roku. Mam wrażenie, że nie udało się jej przebić. Nie rozmawia się o niej, nie pojawia się na grupach czytelniczych, nie widziałem jej na listach bestsellerów. A szkoda, bo to naprawdę wielka rzecz. Najlepsza powieść Czubaja i jedna z najlepszych, jakie przeczytałem w tym roku.

    Mariusz Czubaj gra Komedę nad grobem Krzysztof Komedy, fot: smakksiazki.pl

    Ale w ogóle ten rok był moim zdaniem bardzo dobry dla polskiego kryminału. Pojawiło się sporo dobrych tytułów. Bo najpierw wrażenie na mnie zrobił Bartosz Szczygielski ze swoim „Sercem”, potem Jędrzej Pasierski z „Roztopami”. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć po tych dwóch pozycjach, a pojawił się „Szwindel” Jakuba Ćwieka. No i potem wielki come back (jeśli można tak to nazwać) Jakuba Szamałka z technothrillerami „Cokolwiek wybierzesz” i „Kimkolwiek jesteś”. Gdzieś tam jeszcze pojawił się Jacek Galiński z rewelacyjnym debiutem „Kółko się pani urwało”. A jestem pewien, że to nie wszystkie wartościowe tytuły, które pojawiły się w tym roku. Ale o tym później.

    Najlepsza rzecz z zagranicy to „Granica” Dona Winslowa. Ogromna powieść w każdym tego słowa znaczeniu. Bo i 900 stron, i temat, i dziesiątki wątków oraz bohaterów. Literacka mozaika, która opowiada o amerykańskiej wojnie z narkotykami oraz jej bohaterach. Są tam i agenci DEA, i policjanci, i meksykańscy bossowie, i dilerzy, i narkomani i wreszcie, przypadkowe ofiary. Wszystko się elegancko przeplata i tworzy przerażający obraz świata oplecionego narkotykowymi mackami. Naprawdę mocna powieść. Jedna z tych, które na długo pozostają w pamięci.

    No to teraz o planach czytelniczych na nadchodzący rok. Bardzo czekam na nowy kryminał Jakuba Ćwieka. Przy okazji opowiedział mi mniej więcej, o czym mam być i naprawdę już przebieram nóżkami, żeby dostać go w swoje ręce. Na początku roku nową powieść wydaje wspomniany wcześniej Bartosz Szczygielski. Jestem cholernie ciekaw, jak poradzi sobie bez Gabriela Bysia. Może być ciekawie. Przede wszystkim jednak, i tutaj pojawia się ta gorzka refleksja, spróbuję nadrobić zaległości z 2019 roku. Bo mam ich sporo. Znana każdemu czytelnikowi „kupka wstydu” rośnie z każdym miesiącem. Leży na niej „Pokuta” Anny Kańtoch (książka, na którą przecież czekałem!), „Wiatraki” Krzysztofa Zajasa, „Mara” Kuźmińskich czy „Golem” Marka Krajewskiego. A są jeszcze autorzy zagraniczni. Pomimo idiotycznego nazwiska bohatera chciałbym przeczytać chociaż jedną powieść Chrisa Cartera. Czeka na mnie „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” i zaległe powieści Roberta Harrisa i „Wiedźmie drzewo” Tany French. A to tylko pierwsze przykłady z brzegu i tylko kryminały!

    Przez długi czas kiedy myślałem o tej rosnącej z tygodnia na tydzień liście, czułem wstyd. Ale niedawno przeczytałem wpis Roberta Małeckiego, w którym chwali się, że rzucił pracę i został zawodowym pisarzem (powodzenia, stary!) i gdzieś tam między linijkami dodał, że w przeciągu trzech lat od debiutu wydał sześć książek… Sześć książek. Przez trzy lata. To dwie książki rocznie. Równocześnie łącząc to z pracą zawodową i pewnie jakimś normalnym, rodzinnym życiem. Kiedy to przeczytałem, ten wstyd, o którym wspominałem przed chwilą, zniknął. Bo zrozumiałem jedno – w Polsce wydaje się po prostu za dużo książek.

    Bo, żeby nie było, dwie ostatnie książki Roberta są na mojej liście. Tak „Wada”, jak i świeżutka jeszcze „Zadra”. I Robert jest do cholery jasnej całkiem dobrym pisarzem. Ale gdzieś rośnie we mnie przekonanie, że tych książek (podobnie jak dwóch ostatnich tomów o losach Marka Benera) po prostu nie przeczytam. Będą sobie leżeć na półce, a ja, kiedy będę ją mijać, za każdym razem będę sobie powtarzać w myślach, że już zaraz, ale tym razem już naprawdę na pewno, po nie sięgnę i przeczytam. Ale koniec końców, pewnego szarego, smutnego dnia zapakuje je w sklepową torbą i zaniosę do biblioteki. Tym razem będę sobie powtarzał kłamstwo, że kiedyś je z tej biblioteki wypożyczę i już naprawdę przeczytam. Ale tego też nie zrobię. A szkoda, bo „Wada” podobno jest lepsza od chwalonej także przeze mnie „Skazy”.

    Oczywiście to nie jest tylko przypadek Małeckiego. Nie raz, i nie dwa, powtarzałem, że rośnie presja ze strony wydawców na autorów, żeby dostarczać więcej, szybciej i najlepiej grube. Wpływ na jakość to ma, jaki ma. O tym też już pisałem parę razy. Ale zaryzykuję jeszcze jedną tezę, jaki ma wpływ ta nadprodukcja na polską literaturę. Otóż ludzie może i te książki kupują, ale czy faktycznie je czytają?

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Ale Małecki jeszcze ma nieźle. Zdążył sobie wyrobić nazwisko, jakąś markę, grono czytelników. A co mają powiedzieć debiutanci? Na mojej półce leży „Marsz w mrok” Miłosza Fryzła. Przeczytałem pierwszych trzydzieści stron i zaczyna się całkiem nieźle. Potem musiałem niestety odłożyć, bo praca goniła i od tej pory książka leży. Nie wiem, czy ktokolwiek o niej poza mną słyszał ( i tymi 27 osobami, które dały jej ocenę na lubimyczytac.pl). Wydano ją, książka przeszła bez echa i zniknęła. Podobnie „Niszcz, powiedziała” Piotra Rogoży. Tutaj jest już trochę lepiej, ocen „aż” ponad sześćdziesiąt. A to tylko dwa debiuty (w przypadku Rogoży debiut podwójny), które akurat tak się złożyło, że wpadły mi w ręce. I czekają na swoją kolej. Może się nawet doczekają.

    Problem nie dotyczy tylko kryminału. Podobnie jest w literaturze obyczajowej. Niemniej, skutek jest ten sam. Mówiąc krótko – książki zdychają. Brzydko, w ciszy, przygniecione kurzem na półkach lub zalegające w magazynach hurtowni. Nigdy nie czytane. Zgrzytam zębami, bo jestem pisarzem. Wiem, ile trzeba dać z siebie, żeby napisać dobrą książkę. Wiem, jakie to trudne i ile to kosztuje. I zadaję sobie pytanie, po co to robić, skoro istnieje duża szansa, że nikt mojej powieści nie zauważy? Powiecie Państwo, że tak było zawsze. Owszem. Ale nie aż tak. Jestem pewien, że gdybym debiutował teraz z „Podpalaczem”, to nigdy bym się nie przebił. Zrezygnowałbym z pisania po drugiej, góra trzeciej pozycji, bo po co pisać, skoro mój kryminał zostanie zaraz przygnieciona lawiną innych? Naprawdę, żal mi obecnych debiutantów. Żeby zaistnieć, będą musieli wypruwać sobie żyły i wypluwać powieść za powieścią.

    Powiedzą Państwo, że to nie mój problem. Że ja, tak jak Małecki, mam już nazwisko, mam markę, nie grozi mi, że moje książki przejdą niezauważone przez czytelników. Ale Szanowni Państwo, jeśli spotkało to Mariusza Czubaja z jego najlepszą powieścią, to czemu nie miałoby spotkać i mnie?

    Wojciech Chmielarz

  • „Historia Internetu jest historią miłosną”. Rozmowa z Wojciechem Orlińskim

    Paul Baran to człowiek, dzięki któremu możecie obejrzeć tę rozmowę. Wojciech Orliński odkurzył postać Polaka, którego życie to książkowy przykład American Dream. Miał pomysł, chociaż wszyscy pukali się w czoło, bo przecież jak można zamawiać jedzenie za pomocą jakiejś sieci siedząc w domu na kanapie? Tymczasem Baran zarobił gigantyczne pieniądze i zrewolucjonizował życie ludzi na całym świecie. Być może, gdyby nie pewna kobieta z ciężkimi walizkami, to Wojciech Orliński musiałby napisać książkę o kimś zupełnie innym. Skąd więc dziennikarz wytrzasnął w ogóle Paula Barana? Rozmawiamy też o Sztokholmie śladami Stiega Larssona i szukamy wydawcy na kolejne książki Pana Wojtka 😉