Kategoria: Aktualności

  • Kim jest Jakub Kania, bohater stworzony przez Macieja Siembiedę?

    Dane pobrane z opisów postaci w powieściach „444” i „Miejsce i imię” po wrzuceniu do programu graficznego dają rezultat jak na obrazku. Tak wygląda Jakub Kania w wyobraźni komputera.

    Jakub Kania

    A w wyobraźni autora? Bohater trzech (wliczając „Wotum”) powieści Macieja Siembiedy urodził się w 1970 roku w Gdyni, skończył prawo, zrobił aplikację prokuratorską i pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie jako ekspert od trudnych spraw z przeszłości. Ma zdrowe podejście do swojego miejsca pracy, dlatego w „Miejscu i imieniu” odchodzi z IPN aby zrealizować prywatne zlecenie izraelskiego „Ipeenu”, czyli Jad Waszem (co po hebrajsku znaczy właśnie „Miejsce i imię”).

    Jakub nie jest typem twardziela z dymiącym rewolwerem i nie wdaje się w walkę wręcz ze złymi facetami, co byłoby dla niego fatalne w skutkach. Posługuje się intelektem, konsekwencją, uporem i dociekliwością, która każe sprawdzać każdy szczegół. A zwłaszcza te, w których mieszka diabeł. Nie ma problemów alkoholowych ani mrocznych tajemnic, za to ma zasady, które czynią z niego człowieka, na którym można polegać. Kocha Kasię (poznali się podczas rozwiązywania zagadki obrazu Matejki w powieści „444) oraz ich dwie córeczki. Lubi jeść. Korekta: Bardzo lubi jeść.

    Chciałbym mieć takiego kolegę – mówi o Jakubie Kani Maciej Siembieda. – To sympatyczny gość, trochę fajtłapa, ale też facet niezawodny, nieugięty strażnik dotrzymywania słowa i niedzisiejszej, wręcz niemodnej lojalności, uczciwości i przyzwoitości. Zależy mi, aby pozostał naturalny dlatego staram się nie kreować jego portretu psychologicznego, trzymając się reguły, że książki, których jest i będzie bohaterem, były książkami „z Jakubem Kanią”, a nie „o Jakubie Kani”.

    A skoro już padło słowo „będzie”: Pielęgnuję dwa pomysły na opowieści z udziałem Kuby. Pierwsza to frapująca i jak zawsze prawdziwa zagadka pewnego żołnierza pewnego oddziału partyzanckiego walczącego w moich rodzinnych stronach podczas wojny. Człowieka o niezwykle ciekawej przeszłości, ale i wyglądzie, bo połowę twarzy miał wykonaną z metalu, co było nie lada osiągnięciem ówczesnej chirurgii plastycznej. Śledztwo Kuby w sprawie tej postaci, doprowadzi go do mrocznej tajemnicy zemsty plemiennej dwóch świętokrzyskich klanów i wielu, bardzo wielu zaskoczeń.

    I drugi pomysł, który pochłania mnie coraz bardziej, to prawdziwy horror. Makabryczne odkrycie na Śląsku wiodące do tajemnic eksperymentów medycznych o rezultatach, które mogą wywołać osłupienie. Już zacieram ręce słysząc głosy oburzenia, że zarówno znalezisko jak i szczegóły prac w laboratoriach naukowych to dowód mojego odurzenia lub chorej fantazji. Cieszę się, że znów będę mógł udowodnić, że to, co opisałem wydarzyło się naprawdę i jest stuprocentowo autentyczne. A to z Kubą lubimy najbardziej.

  • „Pomożecie? Pomożemy? Rzecz o znikających księgarniach”, czyli styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Niedawno pojechałem na spotkanie autorskie do pewnego miasteczka. Było miło. Przyszło sporo czytelników. Rozmawialiśmy sobie, odpowiadałem na pytania. Wydaje mi się, że poszło całkiem nieźle. Po wszystkim jedna z pań zapytała mnie, czy może przywiozłem może swoje książki na sprzedaż, bo ona chętnie by jedną kupiła. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że nie robię takich rzeczy. Trochę dlatego, że nie mam do tego głowy. Nie chce mi się też po prostu rozkładać całego straganu, wydawać paragonów, resztę, a potem jeszcze rozliczać się ze sprzedanych książek. Przede wszystkim jednak, jeżdżę po Polsce, żeby spotkać się ze swoimi czytelnikami, a nie po to, żeby wcisnąć im kolejny egzemplarz. Nie mam natomiast nic przeciwko, jeśli na spotkaniu pojawi się przedstawiciel lokalnej księgarni. Wydaje mi się to zresztą bardzo dobrym rozwiązaniem. Czytelniczka pokiwała ze zrozumieniem głową. A potem powiedziała, że u nich byłoby o to trudno, bo w mieście nie ma ani jednej księgarni.

    Przyznam szczerze, że mnie zatkało. Miasteczko, które odwiedziłem nie było co prawda żadną wielką metropolią. Liczyło sobie około dwadziestu tysięcy mieszkańców, ale fakt, że nie było w nim księgarni jednak mnie zszokował. A potem zacząłem szperać i poznałem liczby. Ostatnie dane pochodzą co prawda z 2019 roku (podaję je za dziennikiem „Rzeczpospolita”), ale myślę, że dobrze oddają również obecny stan. W roku 2009 w Polsce działało około siedem tysięcy księgarni. Przez dziesięć lat ich liczba spadła poniżej czterech tysięcy. Innymi słowy, w przeciągu dekady w Polsce zniknęła co druga.

    Nie jestem w stanie zliczyć tych wszystkich godzin, które spędziłem w różnych księgarniach. W tych mniejszych, tych większych. Specjalistyczny i ogólnych. Akademickich, geograficznych, dziecięcych, językowych i komiksowych. Ale pewnie były ich setki, tysiące. Możliwość wędrowania wzdłuż półek, sięgania po kolejne tytuły, oglądania okładek, czytania opisów, przewracania kartek to przyjemność sama w sobie. A jeśli do tego dodamy rozmowę ze znającym się na swojej pracy księgarzem, to znaleźliśmy miejsce niemalże idealne. Są takie miejsca w Polsce. Z głowy mogę wymienić „Smak słowa” w Sopocie, „Sztukę wyboru” z Gdańska, „Tajne komplety” i Księgarnię Hiszpańską „Elite” we Wrocławiu czy „Big Book Cafe” i księgarnie wydawnictwa Czarne z Warszawy.

    www.unsplash.com/Ugur Akdemir

    Skąd się wziął ten spadek? Powodów oczywiście jest wiele. Wśród nich zmieniające się zachowania zakupowe Polaków, spadek czytelnictwa czy inwazja centrów handlowych. Pytanie, czy coś z tym spróbujemy zrobić? Oczywiście, zawsze można stwierdzić, że wolny rynek zdecydował i tyle. Pozostaje wtedy wzruszyć ramionami i może rzucić jeszcze tę zgraną uwagę na temat mitycznej „niewidzialnej ręki”. Ja jednak z takim postawieniem sprawy się nie zgadzam. Jeśli uważamy, że literatura ma jakąś wartość, że jest nam z różnych powodów (także ekonomicznych przecież!) potrzebna i uznajemy, że należy ją wspierać, to powinniśmy zdać sobie sprawę, że księgarnie są ważnym elementem tego kulturalnego ekosystemu. Do cholery jasnej, jak możemy oczekiwać, że poprawią się wskaźniki czytelnictwa w Polsce skoro ludzie w małych miasteczkach (bo jestem pewien, że to przeze mnie odwiedzane nie jest wyjątkiem) nie mają nawet szans kupić książki? I od razu też powiem, że moim zdaniem księgarnie internetowe nie poprawią sytuacji. Sam jestem ich użytkownikiem, mam zresztą swój ulubiony sklep, ale to jednak coś innego. W Internecie nie spotkamy się z żywym człowiekiem, księgarzem, który czasami pomoże, a czasami zaskoczy, a co najwyżej z bezdusznym marketingowym algorytmem. Nie ma w tym magii. Poza tym, nie mam tutaj twardych danych, raczej intuicję, odpada element impulsywnych zakupów. Do księgarni internetowej przychodzę, żeby kupić konkretną rzecz. Nie buszuję w jej zbiorach, nie sprawdzam, co jest, a czego nie ma. Robię zakupy i wracam na Facebooka. Za to nie raz i nie dwa się zdarzyło, że z tradycyjnej księgarni wyszedłem z naręczem książek, których wcale nie planowałem zakupić. No i wreszcie ostatni element. Tradycyjna księgarnia to konkretny sklep w konkretnym miejscu ze sklepową witryną. Żywy dowód na to, że książki istnieją i są obecne w miejskiej przestrzeni.

    Jak można pomóc księgarniom? Istnieje kilka narzędzi. Po pierwsze, samorządy mogą obniżyć czynsze takim lokalom. To rozwiązanie najprostsze i najszybsze. Ale o ograniczonej skuteczności. Możemy także przyjrzeć się sprawie nie od strony kosztów, ale strony dochodów. I tutaj też pojawiają się pewne propozycje. Możemy sobie wyobrazić na przykład, że szkoły hurtowo kupują podręczniki w lokalnych księgarniach. Tak samo robią biblioteki. Zamiast zamawiać bezpośrednio u wydawcy czy dystrybutora, pieniądze zostawiają u miejscowego księgarza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to się wiąże z kosztami. Takie podręczniki i książki będą wtedy po prostu droższe. Więcej płacić będą rodzice, biblioteki zamówią mniej pozycji do swoich zbiorów. Ale zyskamy przecież coś w zamian. Dobrze funkcjonującą księgarnię. Tylko tyle. Aż tyle. Może warto się nad tym zastanowić i jednak coś zrobić, zanim z miast i miasteczek w całej Polsce zniknie kolejnych kilkaset księgarni.

    Wojciech Chmielarz

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #21

    Budził się z trudem. Mimo otwartych oczu nadal widział przed sobą czarną czeluść z sypiącymi się czerwonymi kamieniami. Zamrugał powiekami. Kamyczki w kształcie rombów migotały jak gwiezdny pył w bajce Disneya. Laptop miał podświetlaną na czerwono klawiaturę, po której palce profesora Zawijasa biegały sprawnie i bezgłośnie.

    – Napisałeś?

    Cisza. Twarz piszącego rozświetlało niebieskie światło, wzrok wbity w ekran, przygryziona warga. I palce biegające we wszystkich kierunkach, jak myszy stłoczone w klatce. Profesor zdawał się być nie całkiem obecny w kabinie samochodu. Dokądś odleciał na tych ruchliwych, rozbieganych po klawiaturze palcach.

    Pozbawiony instrukcji Florian Madej zamknął oczy i spróbował zająć myśl swoimi sprawami. Uznał, że to dobry moment, by poskładać w całość wszystkie zgromadzone dotychczas przesłanki. Należało w ten absurdalny bałagan wprowadzić nieco porządku. Zaczął mamrotać pod nosem.

    Ktoś wgrywa sprytne oprogramowanie komputerowe, zwane dzisiaj aplikacją (apka! fuj!), w ścieżkę dźwiękową audiobooka i następnie za jego pomocą wpływa na umysły słuchaczy. Nakłania ich do samobójstwa, morderstwa, lub też do podpalenia. Albo wszystkich trzech zbrodni naraz. Wywołuje chaos i paraliż miasta, nie to jednak wydaje się być jego właściwym celem. Chodzi mu o zwrócenie uwagi na siebie. Chce, żeby ktoś inny serię wypadków odczytał jako komunikat wysłany właśnie do niego. Tym kimś może być profesor Aleksander Zawijas. Dlaczego? Ponieważ w audiobooku pojawiły się fragmenty jego dawnych notatek do powieści. Ponieważ miał wypadek podczas słuchania, ale nie zginął. Ponieważ kiedy słuchali audiobooka wspólnie, głos z płyty krzyczał wprost do nich. Zapraszał ich. Dla tamtego kogoś chaos w Krakowie był tylko wstępem do właściwej rozgrywki. O co? Tego Zawijas jeszcze nie wyjaśnił, chociaż gadał całkiem sporo. Nie stronił przy tym od stylistycznych zawijasów. No bardzo śmieszne, cha cha.

    Z przelotnej informacji Maceraka wynikało, że jest nawet ktoś w rodzaju podejrzanego, czyli mężczyzna z długimi siwymi włosami, którego widziały tamte dwie kobiety z księgarni. Krzysztof. Dawny przyjaciel, który wpadł w obłęd i postanowił się mścić za jakieś prawdziwe lub urojone krzywdy z przeszłości, wyrosłe na niezaspokojonej twórczej ambicji. Nieco mętne, ale nie nieprawdopodobne. Zdolny informatyk, który w warunkach domowych napisał odpowiedni program komputerowy i wprowadził go do sieci. A przez sieć do cyklu produkcyjnego audiobooków. A przez audiobooki – do umysłów słuchaczy.

    Z grubsza mogłoby być. Słabości?

    Po pierwsze, nawet jeśli istniał program do wpływania na dusze odbiorców, to nie sposób sobie wyobrazić, by za jego pośrednictwem można było również podsłuchiwać, a tym bardziej mówić. Nawet NASA chyba jeszcze nie ma czegoś takiego. Najbardziej zaawansowana technika cyfrowa ma swoje ograniczenia i w tej kwestii inspektor Madej nie był w stanie przebić ściany własnego sceptycyzmu.

    www.unsplash.com/Jahsie Ault

    Po drugie, z wydarzeniami inicjowanymi przez krwiożerczy audiobook mogło się identyfikować wiele osób, nie tylko profesor literatury. Płyty były powszechnie dostępne i generowały liczne ofiary. Zmyślna aplikacja mogła działać również w ten sposób, że każdy słuchający odnajdował w powieści jakieś intymne szczegóły i wokół nich budował własny, indywidualny odbiór. Odbiór dzieła literackiego, jak mówią specjaliści pokroju Zawijasa. To by tłumaczyło, dlaczego tak wiele osób pod jego wpływem ginęło. Każdy słyszał to, co chciał słyszeć. Co było jego najsłabszym punktem. I co w pewnych okolicznościach pozbawiało go sensu życia…

    Z tego jednak wynika, że cała ich wyprawa nie ma sensu! Profesor Zawijas (za jego namową, niestety), wziął komunikat uniwersalny za wyłącznie własny. Błąd subiektywizmu, częsty u humanistów. Może zupełnie niepotrzebnie tu przyjechali, a długowłosy siwy chudzielec nadal w mieście szaleje? Strach pomyśleć, co jeszcze może wywołać. Głos z płyty jednak słyszeli, o omamach słuchowych nie było mowy, więc jednak coś jest na rzeczy. Coś tu się dzieje, tylko nie wiadomo co.

    Po trzecie, profesor twierdzi, że ten jego przyjaciel od czterdziestu lat nie żyje. Czyli to nie on. Czyli znowu błąd…

    Powinni wracać.

    – Olek, słuchaj, chyba powinniśmy…

    – Skończyłem! – wyrzucił z siebie profesor. Zamknął laptop, przetarł palcami oczy pod szkłami okularów i dodał chrapliwie: – Jesteś gotowy?

    – Na co?

    – W zasadzie… na wszystko.

    – To nie jestem.

    – A kiedy będziesz?

    – Jak mi powiesz, dokąd idziemy.

    Profesor odetchnął głęboko.

    – To bardzo proste. Idziemy do starego młyna, jakieś sto pięćdziesiąt metrów stąd.

    – Tylko tyle?

    – Na początek. Później będzie trudniej i powinniśmy się przygotować na reagowanie w miarę rozwoju wypadków. Czy tak mówicie, jak planujecie akcję?

    – Nigdy nie planowałem akcji w starym młynie, przeciwko facetowi, który nie żyje od czterdziestu lat. Ale gdy nie wiadomo, co robić, to tak. Wtedy można powiedzieć wszystko.

    – No widzisz! I o to chodziło! Skoro można powiedzieć, to i można być gotowym. Wykrztuś wreszcie, że jesteś gotów na wszystko.

    – Jestem gotów na wszystko…

    – To dobrze – powiedział profesor zmienionym, chrapliwym głosem. – Bo najprawdopodobniej nie wrócimy.

    – Że co???

    – Ciszej. I przestań z tym „co”. Sam mnie namawiałeś, uprowadziłeś ze szpitala, zmusiłeś do pojechania ze sobą w głuchą noc…

    – Ale…

    – …na jakieś beznadziejne zadupie, które – tak się składa – jest moją rodzinną ziemią, a teraz co i co. Nic. Uprzedzał nas: to droga w jedną stronę. Poza tym musiałem napisać zakończenie. Takie prawdziwe, nie literackie.

    – Zwracam ci uwagę na pewne logicznie brawurowe konsekwencje…

    – Za późno na robienie sobie uwag, drogi Floro. Idziemy do starego młyna. Zresztą – odwrócił się teatralnie, by spojrzeć wstecz na polną ścieżkę między pastwiskami – obawiam się, że już nie ma odwrotu.

    www.unsplash.com/Adrian Dascal

    Nie czekając na odpowiedź swego towarzysza wysiadł i ruszył wzdłuż skarpy stanowczym krokiem.

    Chcąc nie chcąc inspektor również musiał wysiąść i pójść za nim. Sprawdził prowiant w kieszeniach, zamknął starannie samochód i rozchylając gałęzie czarnego bzu podreptał ostrożnie w ciemność, świecąc sobie latarką ze smartfona pod nogi.

    Szli tak dłuższą chwilę w miękkiej, aksamitnej ciszy, w dole pod skarpą szemrała rzeczka, w górze świeciły gwiazdy. Mijali kępy krzewów i pojedyncze drzewa, których korony odcinały się na tle gwiaździstego nieba czarnymi, rozcapierzonymi łapami. Po chwili oczy inspektora Madeja oswoiły się z ciemnością i wyłączył latarkę. Warto oszczędzać baterię na później. Obejrzał się i stwierdził ze zdziwieniem, że nie widać zupełnie nic, nawet dalekich świateł wioski, które migały na horyzoncie jeszcze przed chwilą, gdy wysiadał z samochodu. Teraz nic. Zupełnie jakby świat znikał tuż po ich przejściu. Podbiegł truchtem do przodu i znalazł się za profesorem, który szedł pewnym, wolnym od wahania krokiem. Wie, dokąd idzie, pomyślał Madej, ale nie odważył spytać. Już zdołał pojąć, że w profesorze coś się przełamało, jakaś decyzja zapadła kategorycznie i nieodwołalnie, i że zostały w nią wkalkulowane wszystkie, najstraszniejsze nawet konsekwencje. Niekoniecznie logiczne. Z jego energicznego chodu można było nawet wywnioskować, że decyzja go raduje i uskrzydla, podnosi na duchu, odmładza. Zgrabnie przeskakiwał nierówności, zręcznie odchylał gałęzie i błyskawicznie się kulił, gdy któraś znalazła się nagle tuż przed jego twarzą. Obserwując go i wyciągając nogi, by mu dotrzymać kroku, Madej ze zdziwieniem stwierdził, że i jemu idzie się lżej, łatwiej, bez wysiłku. Uśmiechnął się pod nosem. Cuda wrześniowej nocy na drodze do starego młyna.

    Wreszcie go zobaczyli. To znaczy Zawijas stwierdził, że go widzi, ponieważ ciemność nadal była gęsta i cicha jak beczka smoły. Dopiero kiedy przycupnęli w płytkim rowie i profesor pokazał ręką miejsce, Madej również go dostrzegł. Zwalista sylwetka w kształcie prostokąta zajmowała prawie cały horyzont. Wyglądał upiornie. Przez pozbawione okien dziury w ścianie prześwitywało granatowe niebo. W jednym z oczodołów mrugała jasna gwiazda, jakby młyn puszczał do nich oko. Inspektor wzdrygnął się.

    – Co chcesz teraz zrobić? – spytał szeptem.

    – Wejdziemy do środka – odparł profesor z oczywistością w głosie. – Ale nie główną bramą, tylko podziemnym wejściem, prowadzącym od piwnicy dworu. Obejdziemy naokoło, przez park. Wejście od frontu nic by nie dało – dodał widząc niepewne spojrzenie inspektora.

    – No tak, oczywiście – zgodził się Madej. – Nic by nie dało… Ruszamy od razu, czy musimy najpierw ugotować ogon kota i wypowiedzieć zaklęcie?

    – Ruszamy od razu – odparł poważnie profesor. – Zaklęcia będą później.

    – Co? Jakie zaklęcia? Przecież żartowałem!

    – Ciii – uciszył go profesor. – Nie krzycz. Ryzyko jest coraz większe. Słuchaj – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – żeby ci ułatwić poruszanie się w tej przestrzeni umówmy się, że nie stawiasz żadnych pytań, dopóki ci nie powiem, że już można. Okej? Wiem, to niełatwe, ale spróbuj dokonać zawieszenia niewiary. Jest taki termin w studiach nad kulturą popularną. Zawieszenie niewiary. Wiesz, żeby drzewa mogły mówić, kamienie chodzić, a ludzie z palców wypuszczać laserowe promienie. My musimy wejść do piwnicy pod przedszkolem, gdzie jest tunel do młyna, i tam wyjść. Proste? Tam wykonać jedną prostą czynność gimnastyczną, powiedziałbym nawet rekreacyjną, a potem już poleci. To znaczy… no tak, poleci. Chodźmy.

    Nie czekając na odpowiedź pociągnął inspektora za rękaw i zgięci w pół jak żołnierze w okopie obeszli teren młyna, by po drugiej stronie znaleźć się na niewielkiej pochyłości, wiodącej do dworskiego parku. Stare, zdezelowane ogrodzenie miało mnóstwo dziur, więc bez trudu weszli na posesję i kilkoma skokami dopadli okienka w przyziemiu. Zawijas z pewnością stałego bywalca, który ostatnio był tu nie dalej jak wczoraj, sięgnął do górnej listwy framugi, przekręcił dwa zagięte gwoździe i wyjął prostokątną ramę z szybą. W twarze dmuchnęło im wilgotne, zatęchłe powietrze. Profesor wyjął laptop, który trzymał na brzuchu za paskiem spodni, i podał Madejowi.

    – Przytrzymaj – powiedział i schwyciwszy rękami framugę zgrabnie wśliznął się do środka. Zachrzęściło gniecione butami szkło. Madej miał jednak kłopot z pełną akceptacją ryzykownych posunięć swego towarzysza. Od chrzęstu szklanych okruchów przeszedł go dreszcz. Wyobraził sobie niefortunny upadek profesora i porozcinane do krwi dłonie.

    – Teraz ty – usłyszał z głębi. Podał laptop do środka i wskoczył. Wylądował pewnie, bezpiecznie, jakby wchodził do tej piwnicy setki razy. Ostatnio wczoraj. Otrzepał płaszcz i rozejrzał się dokoła, zupełnie bezproduktywnie, ponieważ panowała całkowita ciemność. Profesor jednak najwidoczniej znał drogę. Zatkał okienko oszkloną ramą i pociągnął Madeja za rękaw w głąb podziemi.

    Szli powoli wąskim korytarzem. W głowie Madeja kotłowały się dziesiątki myśli, od całkiem trzeźwych (pochodzimy trochę i wrócimy do okienka) aż po całkiem zwariowane (w tej ciemności demon może z nami zrobić, co zechce). Zgodnie z zaleceniem nie stawiał jednak pytań i szedł grzecznie, prowadzony za rękę przez lepiej od niego zorientowanego przewodnika. W pewnym miejscu korytarz się rozwidlał i profesor wybrał tunel w prawo, po kilkunastu krokach dobił jednak do ściany i musieli zawrócić. Poszli drugą nitką i znowu natrafili na rozwidlenie, wybrali ścieżkę w lewo i po dwudziestu krokach ponownie natrafili na gładką ścianę ślepego korytarza.

    – Kurwa – zaklął profesor ledwie dosłyszalnie.

    – To labirynt?

    – Nie pomyślałem o tym – odparł profesor, co jednakże trudno było uznać za odpowiedź na pytanie. Madej chciał spytać, o czym nie pomyślał, ale bał się odzywać. Napięcie i tak rosło z minuty na minutę.

    Wrócili do pierwotnego rozwidlenia i ruszyli w drogę powrotną do piwniczki z okienkiem. Nie doszli do niej. Korytarz ciągnął się na wprost tak samo jak przedtem, żadnych zakrętów, żadnych rozwidleń, a jednak szli i szli – i nie mogli dojść. Kiedy marsz trwał już na tyle długo, że przekroczył wszelkie granice prawdopodobieństwa, profesor zatrzymał się i powtórzywszy popularne zaklęcie na „k” usiadł pod ścianą. Rozłożył laptop i znowu zaklął.

    – Padł? – spytał Madej. Ograniczał swe nieśmiałe pytania do minimum.

    – W ogóle go nie ma – odparł profesor dziwnie spokojnie i podał Madejowi laptop.

    – Co to jest? – spytał inspektor, zanim zdążył się ugryźć w język. W ręku trzymał kawałek deski.

    – Deska, która była laptopem – wyjaśnił Zawijas i nagle zaczął krzyczeć na cały głos: – By to krew zalała! Niech szlag jasny trafi! Kurwa twoja mać, że też o tym nie pomyślałem! W pizdę trójkątną wieloryba!

    Rozkręcał się. Coś poszło mocno nie tak i Madej podejrzewał, że nie chodziło tylko o zagubienie w labiryncie. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął płaski kawałek tektury, będący jeszcze przed chwilą jego wypasioną komórką. Obrócił w palcach, powąchał, pachniało tekturą. Schował z powrotem drżącą dłonią, ale się nie odezwał. Usiadł pod ścianą obok Zawijasa i westchnął ciężko. Milczeli chwilę. Madej sięgnął i namacawszy łokieć profesora, poklepał go na pocieszenie. Lepsze to niż nic, kiedy się nie ma nic. Hmm, niezłe.

    – On nas jakoś zaczarował, prawda? – spytał, kiedy cisza trwała już na tyle długo, że zaczynała przypominać ciszę cmentarną.

    – Nie, to ja zawaliłem – wyznał profesor. – Jakbyś chciał zapytać, co teraz, to od razu mówię, że nie wiem. Wiedziałem, ale już nie wiem. Myślałem, że dopisałem wszystko, co trzeba, a tu taka wtopa. I to na początku. W dupę jeża!

    – Ładne – zgodził się Madej. – Mam na myśli tę dupę jeża. Ale może jednak nie siedźmy tu tak bezczynnie, aż nas dworskie szczury zjedzą, tylko chodźmy dalej. Przecież to wyjście musi gdzieś tu być.

    www.unsplash.cpm/Anna Hunko

    Pociągnął profesora, który z oporami wstał i poszedł tym razem jako drugi, wlokąc się noga za nogą. W ciągu kilku dramatycznych minut cała para zeszła z niego. Był słaby, ledwo szedł i co chwila pokasływał, ponieważ brakowało mu powietrza. Madej też zauważył, że w podziemiu zrobiło się jakby duszniej. Trudno się oddychało, więc szli powoli, przystając na zmianę raz jeden, raz drugi.

    – Czy jeże nie polują przypadkiem na szczury? – zagaił, żeby zająć czymś uwagę załamanego profesora.

    – Nie wiem, jestem od literatury – odparł ciężko Zawijas. – Na pewno szczury nie polują na jeże. Nikt nie poluje na jeże. Hyyy, hyyy… Poczekaj, Floro, nie mam siły.

    Usiadł pod ścianą, co inspektor wywnioskował z szurania kurtki po betonie. Namacał ramię swego towarzysza i usiadł obok. Zaczął obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zapałek, które kupił razem z papierosami. Namacał je i wyjął. Poruszał pudełkiem. Grzechotały jak zapałki.

    – Chyba nie zamieniły się w tekturę – powiedział z uśmiechem i zapalił jedną. Mrok rozjaśniło żółte światło. Korytarz w obu kierunkach tonął w mroku. Głowa profesora zwisała ciężko na pierś, oparte na kolanach dłonie wyglądały jak zdechłe ryby.

    – Cholera, napiłbym się – mruknął głucho Zawijas. Inspektor zaczął grzebać w kieszeniach swojego płaszcza. Po chwili wyjął stamtąd płaską butelkę żołądkowej gorzkiej.

    – Mówiłem ci, że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.

    Oczy profesora Zawijasa rozpaliły się nagłym blaskiem. Sięgnął po butelkę, wprawnym ruchem odkręcił i pociągnął  solidnie łyk. Zakrztusił się, odkaszlnął i pociągnął następny. I jeszcze trzeci. Oczy mu się zaszkliły.

    – Jesteś cudotwórcą – wyszeptał liturgicznym głosem.

    – Jestem skończoną kanalią – odparł Madej. – Twoja żona błagała mnie, żebym tego jednego właśnie absolutnie nie robił. Przysiągłem, że nie zrobię.

    – To już nieważne – stwierdził Zawijas. – Ważniejsze, żeby wymyślić, gdzie jest… Jasna dupa, ależ oczywiście! Jaki ze mnie bałwan! Chodźmy!

    Poderwał się i nim inspektor zdążył spytać, o co chodzi, pociągnął go za rękę. Poszli w głąb podziemi, ale znacznie szybciej niż poprzednio. Zmęczenie ustąpiło równie szybko, jak się pojawiło. Prawie biegli. Zawijas bezbłędnie skręcił na dwóch kolejnych rozwidleniach i wkrótce znaleźli się przed pierwszą ze ślepych ścian. Profesor podszedł do niej, rozłożył ramiona i przywarł całym ciałem. Mimo zupełnej ciemności Madej widział jego sylwetkę całkiem wyraźnie na tle betonowej płaszczyzny. Po chwili rozległ się zgrzyt mechanizmu i ściana się poruszyła. Jej prawa strona popłynęła w głąb, lewa najechała na nich. Przejście stało otworem. Weszli.

    Po dwóch metrach natrafili na kręte kamienne schody. Weszli na górę i znaleźli się w pustej hali starej fabryki. Ciemność straciła nieco na pewności siebie, przez otwory okienne od wschodu płynęła szarość świtu. Profesor rozejrzał się wkoło, westchnął, jakby miał się zaraz rozpłakać, a potem energicznie szarpnął inspektora za rękaw.

    – Na górę! Musimy zdążyć przed wschodem słońca!

    – Że niby wampiry…? – spytał niepewnie Madej. – Ale kto, my?

    Po raz kolejny tej nocy nie doczekał się odpowiedzi, więc posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem ku metalowym schodom na piętro. Minęli wielki korpus silnika, kwadratowy lej opadający z sufitu tuż nad podłogę i dudniących stopniach wbiegli na piętro. Niebo na wschodzie jaśniało. Profesor śpieszył się niemal gorączkowo. Znowu wiedział, co robić, z tą swoją nieznośną profesorską pewnością siebie. Podbiegli do dziwnego urządzenia, które ze wszystkich znanych Madejowi rzeczy najbardziej przypominało dziecięcą zjeżdżalnię na palcu zabaw, i Zawijas nakazał mu usiąść na tym.

    – Że co?

    – Jeszcze ci nie pozwoliłem pytać. Siadaj i zjeżdżaj. Szybko, bo zaraz się zrobi dzień, a po tobie muszę jeszcze ja. No już, zjeżdżaj!

    – Dobrze, ale wyjaśnij mi tylko jedno – mówił inspektor siadając w drewnianej rynnie. – Kiedy mi opowiadałeś o starym młynie, to wspominałeś, że dwadzieścia lat temu go zburzyli i został po nim tylko betonowy plac. To znaczy, że teraz go nie ma. A myśmy go przedtem widzieli, w nocy, a teraz w nim jesteśmy, i z tego by wynikało, że nas również…

    – Nie ma – wyszeptał mu do ucha profesor i mocno pchnął w dół.

    KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

  • Lutowe premiery, na co zwrócić uwagę?

    My tu sobie czytamy, a już luty za pasem. Przyznajcie, że szybko to leci, bo ani się obrócimy, a spotkamy się na Stadionie Narodowym, a wtedy będzie już maj. Nie zmienia to faktu, że jeszcze kilka miesięcy przed nami, a to oznacza pewnie kilkadziesiąt potencjalnie ciekawych premier. Potencjalnie, bo tworząc te zestawienia nowości opieram się jednak na tym, czy poprzednie książki autora mi się podobały, na tematyce, a część z nich, po prostu już przeczytałem i polecam. Nad którymi tytułami warto pochylić się w lutym? Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę, na której będziecie mogli przeczytać więcej o książce, a w większości przypadków także ją kupić. 

  • „Czerwony świt”- fragment najnowszej książki Jędrzeja Pasierskiego

    Nina Warwiłow powróci już 26 lutego, ale zanim to nastąpi, przeczytajcie fragment „Czerwonego świtu”, najnowszej książki Jędrzeja Pasierskiego. Co wydarzyło się tym razem? Gdy 20 marca 2015 roku Polacy oglądają zaćmienie słońca, to w lofcie na warszawskiej Pradze umiera wzięta aktorka młodego pokolenia. Okazuje się, że w momencie śmierci Sary Kosowskiej w mieszkaniu było kilka bliskich jej osób. Czy na pewno tylko oni?. Każdy krok komisarz Warwiłow śledzą wszędobylskie media. Czy uda się rozwikłać tę sprawę? Poniżej macie fragment, a jeśli klikniecie w okładkę, to będziecie sobie mogli książkę już zamówić.

     

    Zimno kawy podrapało Pawłowi gardło, było jednak orzeźwiające. – Robi się już jaśniej – zauważył z rozczarowaniem Lutek.

    Nie przejmuj się – skomentowała Karolina. – Zobaczysz jeszcze zaćmienie.

    Takie za pięć lat – powiedział Borewicz.

    Mogę nie dożyć – zaśmiał się Lutek.

    Jesteś chory? – zapytał Paweł.

    Nie.

    To po co tak chrzanisz? – powiedział Paweł, a potem podszedł do telefonu i zmienił w nim muzykę. Poleciały dźwięki Syren Artura Rojka. Lutek wzruszył ramionami, a Bartek złożył palce w prostokąt i mrużąc oczy, skierował dłonie w stronę słońca.

    Do czegoś cię to inspiruje? – zapytała Karolina.

    Być może – odparł, mrugając. – Jeszcze nie wiem.

    Paweł rozejrzał się.

    Gdzie jest Sara? – zapytał.

    Lutek spojrzał na tackę z tektury, stał tam jeszcze jeden kubek z frappé. Nie był to jednak kubek z owcą.

    Pewnie wyszła – skomentował.

    Karolina rzuciła Pawłowi pytające spojrzenie. Poczuł instynktowny niepokój.

    Sprawdzę, co u niej – powiedział.

    W mieszkaniu, w którym zdążyli zapalić wszystkie światła, panowała teraz jasność jak na zewnątrz. Pół górnego salonu zajmowała gigantyczna, pachnąca jeszcze nowością kanapa. Paweł przyjrzał się leżącej na niej postaci. W rzeczywistości Sara była drobniejsza niż na ekranie. Obydwoje byli mali. Sara mierzyła niewiele ponad metr sześćdziesiąt, telewizja dodawała jej wzrostu. Niedawno obcięte krótkie blond włosy opadły jego siostrze na oczy, nie poruszała się.

    Do pokoju weszła Karolina, za nią reszta. Paweł wyczuwał zapach spirytusu w powietrzu.

    Co z nią? – zapytał Lutek. – Jakoś dziwnie wygląda.

    Paweł wzruszył ramionami, czując w mięśniach lekki paraliż. Minął go Lutek, usiadł na brzegu kanapy i położył dłoń na czole Sary. Obserwowali go, kiedy nachylił się nad jej ustami. Przystawił dwa palce do szyi dziewczyny, usiłując chyba znaleźć tętno, a potem spojrzał w ich stronę. Wyglądał na przestraszonego.

    Kurwa, nie oddycha – powiedział.

    Nikt nie skomentował. Czas zatrzymał się w miejscu.

    Chyba musimy wezwać lekarza – dodał.

    Ciszę przerwał zduszony krzyk Karoliny.

    Był 20 marca, pierwszy dzień wiosny i policja powinna zajmować się tym, żeby nikt dzisiaj nie wpadł do Wisły. Tymczasem Nina Warwiłow czuła się, jakby ktoś pomylił tygodnie i tak naprawdę był piątek trzynastego. Dochodziła dwunasta i od pół godziny wiedziała, że nie żyje Sara Kosowska, primadonna telewizji i kina, co dla Warwiłow oznaczało jedno: strumień szlamu. Prasa nie zdążyła jeszcze wyniuchać tematu, ale stanowiło to kwestię minut.

    Technicy zabezpieczyli pomieszczenia, zwłoki Kosowskiej odjechały już do prosektorium na Oczki, wraz z nimi zaś prokurator Maciej Stassberg, pozostawiając Warwiłow nadzór nad śledztwem. I patrzyła teraz na jedno z lepszych mieszkań, jakie widziała w tym mieście: dwupiętrowy loft z oknami na całą wysokość ścian, wykończony w klasycznym, ale niezłym stylu.

    Podłogi wyłożono dębowym parkietem, kuchnię umeblowano mnóstwem lakierowanych białych szafek, ładnie kontrastujących z blatami z czarnego marmuru. Nawet kominek tutaj się znalazł, w rogu przepastnego salonu. Jednego z dwóch: ten wyższy, sąsiadujący z tarasem, umieszczono na antresoli. Cała ta chata musiała kosztować majątek.

    Przy tym wszystko wyglądało jak wyjęte prosto z pudełka i tak samo pachniało: świeżą farbą, tekstyliami, plastikiem. Ani śladu woni człowieka, w ogóle jego obecności. Jedynym w miarę zamieszkałym miejscem wydawała się sypialnia Sary Kosowskiej. Bluzki i bielizna walały się po podłodze obszernej garderoby, na toaletce stało kilkanaście kosmetyków i nawet pachniało tutaj trochę kobiecymi perfumami.

    Warwiłow z zadowoleniem odnotowała jednak, że biała toaletka, służąca wyraźnie także za biurko, jest dosyć zaśmiecona. Leżały tutaj kluczyki do samochodu marki Audi, poza tym ołówek, przewrócona butelka po wodzie i kalendarz, do którego przyklejono szereg karteczek. Nie był zbyt skrupulatnie prowadzony. Komisarz przewróciła parę stron, a potem wróciła do pierwszej.

    Kilka razy pojawia się nazwisko Stern. Sprawdź to – poleciła Chodkowskiemu, który pojawił się w sypialni niedługo po niej.

    W porządku. Zatrzymujemy też kluczyki do samochodu?

    Starszy aspirant zakręcił je sobie na palcu. – Chyba dobry wózek.

    Zabezpiecz. I sporządź mi notatkę o naszych świadkach.

    Za pięć minut zaczynamy przesłuchania.

    Tutaj?

    Tak.

    Kogo pierwszego?

    Tego, kto znalazł zwłoki. – A po chwili namysłu dodała:

    Albo nie. Przepytam wszystkich naraz. Sprawdźmy zbiorowe oko. Co o nich wiesz?

    Brat Kosowskiej, jego dziewczyna i dwóch facetów. Podobno wszyscy są bardzo blisko. Przyjaźnią się od zawsze.

    Skąd wiesz?

    Nie ukrywali tego przede mną.

    Tym lepiej. Zbierz ich, zaraz do ciebie przyjdę.

    Minąwszy ekipę techniczną skupioną wokół kanapy, na której znaleziono Sarę Kosowską, Warwiłow wyszła na zewnątrz. Zmrużyła oczy od słońca, które po zaćmieniu wydawało się atakować ze zdwojoną siłą.

    Powierzchniowo taras korespondował z resztą apartamentu; wyglądał tak, jakby można było na nim zagrać w golfa. I nikt by się nie dowiedział, co się tutaj wyprawia.

    Biała, wysoka i gruba szyba osłaniała flanki tarasu, a betonowa ściana – jego przód. Tutaj człowiek mógł swobodnie opalać się nago. Od kiedy takie mieszkania powstawały w Warszawie? I to dwieście metrów od Ząbkowskiej, dawniej najniebezpieczniejszej ulicy w mieście, i trzysta metrów od królestwa bloków spółdzielni RSM Praga. Tego samego, na którym Nina się wychowywała.

    Wróciła do środka. Czworo świadków już zajęło miejsca przy stole prezydialnym. Słyszała szelest folii, którą pokryte były jeszcze krzesła. Sama usiadła u szczytu, jak gdyby właśnie rozpoczynali obiad rodzinny.

    Trzech mężczyzn i kobieta. Tuż po trzydziestce albo nawet młodsi, bo byli wyraźnie szarzy, zmarniali i to mogło ich postarzać. W każdym razie bez dwóch zdań przedstawiciele generacji Y, czyli pokolenia, które komunizm pamiętało przez pryzmat pewexów. Wydawali się otępiali i wyczuwała w powietrzu dość nieprzyjemny zapach przetrawianego alkoholu.

    Skoro ofiara była kobietą, to była – dawniej – grupa dwa plus trzy. Jaką rządziła się dynamiką? Jeden z mężczyzn podobno był bratem Kosowskiej. Który?

    Na oko odpadał zupełnie niepodobny do ofiary brunet o semickim typie urody, równie ładny, co brzydki. Bo czy przystojnym można nazwać faceta z nosem jak lotniskowiec, o twarzy pozbawionej wszelkich obłości? A jednak Warwiłow nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to jeden z atrakcyjniejszych mężczyzn, jakich ostatnio spotkała. Nawet pasowała mu trupia bladość twarzy. Pozostali mężczyźni nie byli tak charakterystyczni: mocno zbudowany ciemny blondyn z wysokim czołem i lekko postawionymi włosami i drugi, drobny blady szatyn o zmierzwionej fryzurze a la młody Brando. Dziewczyna zaś miała krótkie włosy, wydatną brodę i była pięknie zbudowana, wąskie biodra i szerokie barki. Androgeniczna, ale bardzo atrakcyjna.

    Chodkowski usiadł na krześle obok i wręczył Warwiłow ściągę. Zerknęła na nią, zadowolona z metodyczności podwładnego i jego zdrowego rozsądku. Imiona i nazwiska świadków zapisane były w takim samym układzie, jak siedzieli przy stole, i zagadka brata szybko się rozwiązała.

    Mamy do państwa kilka pytań – oznajmiła, przesuwając spojrzenie z twarzy na twarz.

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl
  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #20

    Czytaliśmy na wyścigi. Kto więcej stron dziennie. Na koniec tygodnia robiliśmy podsumowanie i zwycięzca opowiadał te swoje przeczytane. Uwielbialiśmy opowiadać! Obaj, chociaż ja ciągle cierpiałem, że Krzysztof ma do tego większą smykałkę, większy dryg, jak mawiała babka. Uwodził umiejętnością gawędy, zręcznego streszczania fabuły z wplataniem fragmentów dialogów, opisów postaci… Miał fenomenalną pamięć, potrafił z głowy zacytować cały akapit z Potopu albo z Biesów. W każdą niedzielę udawaliśmy przed rodzicami, że jedziemy do kościoła i wysiadaliśmy dwa przystanki wcześniej, żeby uciec na stawy i włóczyć się dwie godziny po groblach z naszymi opowiadaniami. Zima, lato, przy każdej pogodzie, nie zważając na świat wokoło – gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. O książkach. O tym, co po drugiej stronie kartki.

    Profesor zamilkł, a inspektor wykorzystał moment, by sprawdzić w nawigacji dalszą drogę. Zabrnęli w jakieś ciasne drogi łączące miejscowości o dziwnych, nieledwie bajecznych nazwach, jak Wieprz, Nidek, Malec, Kańczuga… zupełnie jak imiona diablików ze starej baśni. Dotknął ikonki telefonu i okazało się, że połączenie bluetooth działa. Wybrał numer córki. Cisza. Nie można zrealizować połączenia. Wybrał numer żony, ale gdy zaczęło łączyć, przerwał. Nie ma sensu.

    Nie pamiętam, który z nas pierwszy wpadł na ten pomysł – ciągnął profesor Zawijas. – Pewnie Krzyś, bo jak mówiłem, był lepszy w opowiadaniu. Miał coś takiego, wiesz, co jest już w języku, w sposobie formułowania zdań, dobierania słów, wchodzenia w intymną relację z materiałem literackim. Powiedziałbym, że zatracał się w fabule, czasami do tego stopnia, że tracił kontakt z rzeczywistością. Jakby… wchodził w książkę. Rozumiesz, do środka. Mnie się to również przydarzało, to zresztą warunek empatycznej lektury, dzisiaj nazywanej imersją. Nie umiałem jednak o tym tak barwnie opowiadać. Trochę się jąkałem. Nie śmiej się, naprawdę miałem wtedy kłopoty z wymową, chyba na tle nerwicowym, bo potem mi przeszło. Pomogły seks i alkohol. Terapia przez dorastanie. Później jeszcze zacząłem namiętnie palić. Co robisz?

    A propos – mruknął inspektor i zjechał z drogi.

    Niewielki sklep o aparycji pasterskiej budy, oświetlony – a jakże! – niebieskim neonem ALKOHOLE 24H stał niemal w polu, przy zjeździe z szosy do wioski o kolejnej malowniczej nazwie: Babuda, i rzeczywiście był otwarty. Opel zajechał na gliniany plac pełniący funkcję parkingu, Madej wyłączył silnik i z rękami zawieszonymi na kierownicy spojrzał w oczy profesora Zawijasa.

    Potrzebujesz coś?

    Mierzyli się wzrokiem. To była noc skrzyżowanych spojrzeń.

    Nie. A ty?

    Papierosy.

    Nie wiedziałem, że palisz.

    Ja też nie wiedziałem, ale trzeba się przygotować na każdą ewentualność.

    Wiesz, że to może być nieodwracalne. W twoim wieku…

    W twoim też. „Droga w jedną stronę” – pamiętasz?

    Profesor Zawijas przygryzł wargę i nic nie odpowiedział, co inspektor uznał za zamknięcie sprawy i wysiadł. Szybkim, niemal uskrzydlonym krokiem wbiegł na schodki sklepowej budy, co przy jego tuszy i rozwianych połach krótkiego płaszcza wyglądało dosyć niesamowicie. Po chwili wrócił z kieszeniami wypchanymi tajemniczymi zapasami.

    Kupiłem też coś na zagrychę. Tam chyba trzeba jeść, co?

    Ponieważ profesor w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, Madej rozerwał torebkę z chipsami o smaku zielonej cebulki i wpakował sobie całą garść do ust. Żuł systematycznie i głośno, parę razy zachęcając towarzysza do poczęstowania się wyborną, mocno spóźnioną kolacją. Następnie wyjął z kieszeni małą brązową puszkę mrożonej kawy i wypił duszkiem.

    Żeby nie zasnąć za kierownicą – wyjaśnił. – I co dalej z tym opowiadaniem książek?

    Wyjechali na nocną szosę, zostawiając za sobą migające światełka nocnego sklepu, i profesor wrócił do opowiadania.

    www.unsplash.com/Alex Bello

    Dopiero wiele lat później przyszło mi do głowy, że on zagadywał swój kompleks. Bo ja nie umiałem opowiadać tak jak on, ale pisałem lepiej. Chyba. On tak uważał i strasznie go to gryzło. Po pewnym czasie Krzyś regularnie wygrywał zawody czytelnicze i niedzielne opowieści należały praktycznie bez wyjątku do niego, podczas gdy ja pisałem. Może o to gdzieś między wierszami w naszym układzie chodziło: on mówi, ja piszę. Może ja mu dawałem wygrywać, żeby się wygadał, i przegrywałem specjalnie, zyskując w ten sposób czas na pisanie. To dzisiaj nie ma żadnego znaczenia… – zamyślił się, jakby to była jakaś szczególnie odkrywcza refleksja. – Namawiał mnie później na czytanie tego, co napisałem, i wtedy oczy zachodziły mu takim bezdennym smutkiem. To znaczy, tak teraz o tym myślę, że to przez moje czytanie, bo wtedy tego nie widziałem. Myślałem, że po prostu jesteśmy parą przyjaciół, którzy mają bzika na punkcie literatury i nadają na tych samych falach. O, właśnie tak – nadawanie na tych samych falach! O to chodziło.

    Przerwał, ponieważ droga zrobiła się znowu kręta i musiał dla równowagi złapać się uchwytu nad głową.

    Wiesz, co mnie w życiu najbardziej wkurza? – spytał retorycznie, gdy wyjechali na prostą. –Że wprawdzie dowiadujesz się wszystkiego, co ci było potrzebne, tylko za późno i nic już nie można zmienić. Brniesz na ślepo przez jakieś cholerne życiowe paści, a kiedy potem – pokaleczony i nauczony na własnej skórze – odwracasz się, żeby poprawić, nic już nie ma znaczenia. Zostaje ci tylko czekanie, że jeszcze raz, kiedyś, druga szansa, powtórka tamtej jednej chwili, ale już z korektą, bo jesteś mądrzejszy… Gdybym wtedy wiedział, co wiem teraz… Natomiast jestem prawie pewien, że to on pierwszy rzucił hasło przejścia na drugą stronę.

    „–Wiesz, chciałbym tam zostać.”

    „–Gdzie?”

    „–W środku. Wejść do książki i zostać.”

    „–Dlaczego właściwie?”

    „–Tam jest lepiej. Przytulniej. Jaśniej.”

    „–Może czytamy takie pogodne książki? Inne mogą być straszne. Mogą być okrutne”.

    „–Nie! Każda książka jest lepsza od rzeczywistości! Rozumiesz? Każda! Prawdziwe życie jest w literaturze! Wszyscy wielcy pisarze tak mówią!”

    „–Ale nie da się żyć w literaturze.”

    „–Musi być jakiś sposób. Musi!”

    Samochód znowu wjechał między drzewa i inspektor zwolnił pomny niedawnych przygód z leśnymi mieszkańcami. Sięgnął do torebki z chipsami, leżącej między nimi, ale na widok karcącego spojrzenia profesora cofnął rękę.

    Tak to mniej więcej brzmiało – powiedział Zawijas przytakując jakimś swoim wątpliwościom. – Naiwne pogaduchy gówniarzy z liceum, którzy liznęli parę książek i wydawało im się, że już wszystko wiedzą. Żywiłem wtedy sztubackie przekonanie, że wszyscy w miarę rozgarnięci licealiści tak mają, że jesteśmy raczej regułą niż wyjątkiem, chociaż wystarczyło rozejrzeć się po klasie w czasie lekcji polskiego, by zaobserwować coś przeciwnego. Gdybym teraz wrócił do tamtych czasów, inaczej bym to rozegrał…

    Skąd wiesz, że lepiej?

    Bo do tego służy wiedza: żeby coś zrobić lepiej.

    Aha – zgodził się inspektor. – I teraz jedziemy, żeby tam wrócić, z naszą wiedzą, i zrobić to lepiej…

    Wymienili szybkie spojrzenia i wrócili do obserwowania drogi przed samochodem.

    Nie całkiem.

    To co będziemy robić?

    Jeszcze nie skończyłem – odparł szorstko profesor.

    Masz okazję, by następne zdanie zacząć od „no więc”.

    Profesor uśmiechnął się pod nosem.

    No więc Krzyś wpadł na pomysł, byśmy wspólnie pisali jedną powieść, równocześnie, siedząc obok siebie i wymyślając postacie, ich perypetie, zwroty akcji. Powiedział, że to będzie taka nasza ścieżka z tego do tamtego świata. Dokładnie tak się wyraził: „z tego do tamtego świata”. Mieliśmy wczuć się w akcję na tyle mocno, by tu zniknąć i tam się pojawić. To też jego wyrażenie. Na moje sceptyczne uwagi odpowiadał, że to zależy wyłącznie od stopnia zaangażowania i jak nie chcę, to nie muszę w tym brać udziału. On spróbuje sam.

    Trochę jak dwaj harcerze, którzy się umawiają na wąchanie kleju – rzucił inspektor.

    Mniej więcej. Krzysztof miał w sobie coś z nałogowca. Zawsze trzymał w pogotowiu wielką pasję, gotów zaangażować ją w każdą sprawę, która mu się zamieni w opowieść. Myślę – Zawijas zawiesił głos – że on miał w sobie coś z prawdziwego pisarza. Był prawdziwym pisarzem.

    Znowu zamilkł i pogrążył się w jakichś swoich wspomnieniach.

    Daleko jeszcze do początku tej historii? – spytał Madej po odczekaniu stosownej chwili. – Bo nawigacja pokazuje mi, że za pół godziny będziemy na miejscu. Przeszliście na drugą stronę?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Wiem, że dzisiaj brzmi to śmiesznie – odparł profesor – ale wtedy traktowaliśmy rzecz najzupełniej poważnie. Pewnej niedzieli w ogóle nie wsiedliśmy do autobusu i zamiast do kościoła, udaliśmy się w przeciwną stronę, do parku przy przedszkolu mieszczącym się w dawnym dworze ziemiańskim. Pod gankiem z tyłu budynku znajdowało się okienko do piwnicy, które nieraz otwieraliśmy i właziliśmy do środka, trudno powiedzieć, po co. Tym razem mieliśmy konkretny plan i wyposażeni w zeszyty oraz długopisy usiedliśmy w kącie, gdzie padało trochę światła przez brudną szybę. Zaczęliśmy układać naszą powieść. Wymyśliliśmy, że będzie się działa w naszej wsi, a głównymi bohaterami będą dwaj chłopcy, którzy wolą świat wymyślony od prawdziwego. Super oryginalne! Zabraliśmy się do rysowania mapy topograficznej naszej powieści, imion bohaterów, ustalania miejsc akcji poszczególnych rozdziałów. I wtedy doszło do pierwszej kłótni.

    Zajmująca historia – mruknął Madej z niejasną intencją w głosie.

    Już się zaczyna – uspokoił go Zawijas. – Otóż w pobliżu przedszkola, czyli dawnego dworku, był betonowy plac po młynie, który podobno stał kiedyś w tamtym miejscu. Mówię „podobno”, bo nigdy go nie widziałem, dopiero wiele lat później zobaczyłem na jakiejś starej fotografii jego zwalistą, prostokątną bryłę z szeregiem niewielkich okien. I ja się upierałem, że akcja naszej powieści ma się rozgrywać w tym młynie, nawet proponowałem, żeby cała powieść tak się nazywała: „Stary młyn”. Wiem, kojarzysz. Przy okazji zapewniam cię, że będzie jeszcze parę punktów w tej historii, w których możesz się śmiać. W każdym razie stanowczo domagałem się, żeby stary dworski młyn stanowił miejsce naszej akcji. Natomiast Krzysztof upierał się, że nie, że on ma lepszy pomysł. Że to będzie…

    Cegielnia.

    Właśnie. Cegielnia. Skąd wiesz?

    Madej westchnął i nabrał do ust garść chipsów.

    Gdybym nie umiał skojarzyć takich rzeczy, nie przepracowałbym tyle lat w policji śledczej. I nie wyrywałbym cię z wariatkowa, gdzie ci było tak dobrze…

    Gówno wiesz o moim siedzeniu w wariatkowie! – krzyknął profesor tak głośno, że Madej zdziwiony wcisnął hamulec i zjechał na pobocze.

    Hej, co jest? Przepraszam. Nadepnąłem ci na coś?

    Przyglądał się z uwagą profesorowi, który zamachał rękami, a potem zaczął ogryzać paznokcie. Ten trochę wulgarny i całkiem szczeniacki odruch zupełnie do niego nie pasował. Jakby na chwilę przestał być profesorem, pomyślał Madej.

    Wcale mi nie było dobrze. Było fatalnie. Wszystko tamto, wiesz… wróciło. Eee, do diabła! Pieprzę jakieś głodne kawałki, bo nie umiem, rozumiesz? Nie umiem!

    Czego nie umiesz?

    Nie umiem tego opowiedzieć! Gdzie jesteśmy?

    Nagle zmienił temat i przystawił dłoń do czoła, by widzieć, co jest w ciemności za oknem.

    Według nawigacji mijamy wiochę o malowniczej nazwie Malec. Zaraz będzie Smarkacz, a potem Konus…

    Ale to nie jest Malec! – wykrzyknął profesor. – Jedziemy w drugą stronę!

    Inspektor zrobił zdziwioną minę i wziął się do sprawdzania ustawień nawigacji samochodowej. Wszystko było w porządku. Pomyślał chwilę i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Kiedy wyjeżdżali z Krakowa, sieć przez chwilę działała normalnie, wybrał nawet numer do córki i żony, co prawda bezskutecznie. Teraz znowu padła. Odwrócił się do Zawijasa, by mu to pokazać i wtedy na czarnym ekranie zamigotała buźka. Jestem tu z wami.

    Cholera, on nas cały czas śledzi! – wykrzyknął. – Twierdziłeś, że nie żyje. Zaczniesz wreszcie tę popieprzoną historię?

    Spokojnie – powiedział profesor matowym głosem. – Po pierwsze, wyłącz te wszystkie elektroniczne zabawki i zawróć samochód. Powiem ci, którędy masz jechać. To już niedaleko.

    Madej posłusznie zawrócił na pierwszym polnym zjeździe i jechał teraz powoli, czekając na dalsze instrukcje.

    Niedaleko do śmierci – mruknął do siebie, a potem dodał trochę głośniej: – W co ja się wpakowałem!

    Nie doczekał się wyjaśnień, w co się mianowicie wpakował, więc nabrał jeszcze jedną garść chipsów i zaczął chrupać tak głośno, że aż się zakrztusił. Zaklął brzydko i popił ziemniaczaną miazgę zimną wodą. Zrobiło się jeszcze gorzej, miał teraz kamień w żołądku, więc klął dalej, obracając złość przeciwko własnej głupocie.

    Profesor nie zwracał uwagi na jego perypetie. Na następnym skrzyżowaniu nakazał skręcić w lewo i znaleźli się na łagodnym zjeździe w dół, dalej droga wiodła pomiędzy stawami hodowlanymi, oddzielanymi cienkimi jak miedze groblami. Za ostatnią z nich na rozległym wypłaszczeniu majaczyły w ciemności bryły kilku domów. Ciemne, wygaszone, przycupnięte między drzewami – bardziej przypominały drzemiących olbrzymów, niż siedziby ludzkie. Asfaltowa szosa biegła prosto jak od linijki, jakiś kilometr przed nimi mrok rozświetlała pojedyncza latarnia. Pod nią szosa się rozwidlała i profesor polecił skręcić w lewo, a kilometr dalej w prawo. Znowu jechali między drzewami, wąskim mostem przekroczyli rzekę i znaleźli się wśród łąk. Druty biegnące między drewnianymi kołkami wskazywały na tereny pastwiskowe.

    Tu! – krzyknął nagle profesor i Madej gwałtownie zahamował. Między dwoma słupkami schodziła w pola wąziutka drożyna. Wjechał w nią bardzo ostrożnie, ale Zawijas i tak kazał jeszcze zwolnić.

    Ostrożnie, pomalutku, ostrożnie… – powtarzał w napięciu. Wkoło panowała czarna noc, przecięta reflektorami ich samochodu. Jedynym jaśniejszym punktem w kabinie monotonnie mruczącego opla była tablica rozdzielcza. W jej mdłym świetle inspektor zobaczył krople potu na czole Aleksandra Zawijasa.

    Boisz się? – spytał cicho.

    Nie – skłamał profesor. Głos mu drżał.

    Minęli kępę gęstych zarośli i droga, która zwęziła się do rozmiarów ścieżki, skręciła ostro w lewo. W światłach ukazała się następna kępa krzewów, większa, z półkolistym zwieńczeniem z gałęzi u góry.

    Mam tam wjechać?

    Tak. Tylko błagam cię, powoli. I wyłącz światła.

    Co?!

    Jedź na postojowych – sprecyzował poirytowanym głosem profesor. – I powoli!

    Dobrze, dobrze.

    Madej zrobił wszystko zgodnie z nerwowymi instrukcjami profesora. Ten z wybałuszonymi od natężonej uwagi oczyma wpatrywał się w krzaki, jakby chciał wzrokiem rozchylić pędy dzikiego bzu i utorować im drogę.

    Stój! – zakrzyknął w pewnym momencie i Madej wdepnął hamulec. Samochód zatrzymał się i zgasł. Profesor wyjął z torby Madeja swój laptop, rozłożył na kolanach i włączył.

    Teraz możesz się na chwilę zdrzemnąć.

    A co ty będziesz robił?

    Muszę coś napisać?

    Co?! Teraz?

    Przestań się pytać „co?”, jak półgłówek, tylko wyłącz te cholerne światła postojowe i daj mi pół godziny. Może trzy kwadranse.

    Co chcesz napisać?

    Zakończenie naszej historii.

    Madej miał ochotę krzyknąć, ale ugryzł się w język. Następne „co” mogło wywołać niepotrzebną burzę. Wyłączył światła, rozejrzał się po ciemnościach wkoło i stwierdziwszy, że patrzenie w którąkolwiek stronę jest pozbawione sensu, oparł się o fotel i zamknął oczy. Był przekonany, że po wieczornych kawach nie zmruży oka, ale zasnął prawie od razu.

    Śnił mu się młody człowiek w staroświeckim stroju, który szpadą rozcinał brzuch wielkiego jaszczura. Z gadziego wnętrza sypały się drogie kamienie. Najwięcej było czerwonych. Świeciły.

    Cdn.

  • „Kto pyta, nie czyta”, styczniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Czytanie ze zrozumieniem to, jeżeli się nie mylę, jedno z kryteriów na maturze. Przynajmniej kiedyś nauczyciele bardzo zwracali na to uwagę. Dokładnie pamiętam, jak na lekcjach języka polskiego kazano mi przeczytać jakiś tekst i później odpowiedzieć na kilka pytań. Dziś wydaje się to zadaniem banalnym, a i w podstawówce nie sprawiało zbyt dużo kłopotów. Odnoszę jednak wrażenie, że niestety umiejętność czytania ze zrozumieniem powoli odchodzi do lamusa. To chyba jednak nie jest najgorsze.

    Spotkałem się ze stwierdzeniem, że „nieważne co, ważne, że czytają”. Częściowo się z tym zgadzam, bo owszem czytanie rozwija wyobraźnię, słownictwo i tak dalej, i tak dalej. Tylko że tak działa czytanie świadome, czyli w moim odczuciu coś, co niestety powoli zanika. Może wytłumaczę, co mam na myśli, bo samo stwierdzenie „czytanie świadome”, można interpretować różnie, a nie lubimy przecież, jak ktoś coś nadinterpretuje lub co gorsza nie zrozumie i wyciąga wnioski, które uważa za słuszne.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Dla mnie czytanie świadome to coś, co pozwala mi patrzeć na tekst szerzej. Czytając zdanie: „Siedział na krześle i patrzył w ścianę” przed oczami wyobraźni nie będę miał faceta, który po prostu patrzy, jak łuszczy się farba. Ja będę widział zamyślonego, może zmartwionego mężczyznę z problemami. Wszystko zależy oczywiście od kontekstu, ale mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Wiem, że niektórym może się to kojarzyć z interpretacją wierszy w szkole, gdzie przez 45 minut zastanawiano się, czy niebieskie zasłony to metafora śmierci, a może nieba. Czasem zasłony są po prostu niebieskie, bo autorowi brakowało przymiotnika.

    To jednak rzadkość, a przynajmniej ja chcę w to wierzyć. Chcę wierzyć w to, że słowo pisane dalej ma większe znacznie, niż tylko prosty i klarowny przekaz informacji. Ja przynajmniej staram się pisać tak, żeby czytelnik sam musiał dojść do pewnych wniosków. Jednak teraz się złamałem. Napisałem kilka zdań w mojej nowej książce („Krok trzeci” – premiera 29 stycznia – autopromocja), które jasno tłumaczą, co i jak. Podczas ostatniej już redakcji, dostałem jednak uwagę do nich, która brzmiała mniej więcej tak: „To już bardzo łopatologicznie, czytelnik powinien do tego momentu sam wszystko rozgryźć”. Mogłem ten akapit wyrzucić, ale tego nie zrobiłem.

    Pisząc poprzednie książki rozrzucałem w nich okruszki. Małe, bardzo małe. Czasem jednowyrazowe. Czym to się dla mnie skończyło? Tym, że część czytelników nie wyłapała rzeczy bardzo ważnej w „Krwi”. Bez tego był to po prostu kolejny kryminał i tyle, a ja chciałem, żeby to było coś więcej. Czy to oznacza, że przy „Kroku trzecim” przestałem się starać? Pisać wszystko tak, żeby nawet idiota zrozumiał? Nie. I obawiam się, że po raz kolejny mi się za to dostanie. Skąd takie obawy?

    Nie jeden już raz natknąłem się w sieci na posty w stylu:

    – Od której części zacząć czytać (wstaw nazwę dowolnej serii książkowej)?

    – Ej, podoba wam się ta książka? Właśnie ją kupiłem/kupiłam i nie wiem czy czytać?

    – Przeczytałem/przeczytałam 100 stron książki i mnie nudzi, czytać dalej? Co sądzicie?

    Przykłady można mnożyć i mnożyć. Na pierwsze pytanie odpowiada wujek Google. Wystarczy jedna fraza i gotowe. Kolejne pokazują już niestety coś, co mnie martwi. Część czytelników swoją własną opinię opiera na cudzym zdaniu. Coś, co podoba się większości, musi być przecież dobre, prawda? Owszem może, ale do takich wniosków warto dochodzić samodzielnie. I tu właśnie odnoszę wrażenie, że z tym jest coraz gorzej.

    Czytając książkę, która wychwalana jest na każdym rogu, mimowolnie sami szukamy w niej czegoś innego, czegoś więcej, niż w chwili, kiedy czytalibyśmy ją „na czysto”. Przecież te zachwyty muszą skądś się brać. Sam łapię się na tym, że daje ponieść się tłumowi, choć częściej w kwestiach filmowo/serialowych, niż tych literackich. Książki lubię chłonąć zdanie po zdaniu. To zupełnie inne medium, które wymaga większego skupienia. I czasem odnoszę wrażenie, że jestem już w mniejszości.

    Wiem jednak, że są czytelnicy, którzy wyłapują szczegóły, którzy patrzą dalej i którzy czytają świadomie, a nie na rekord. Trudno mi uwierzyć w to, że da się delektować, przeżywać lekturę w momencie, kiedy w roku przeczytało się ich 200 lub 300. To tylko mój punkt widzenia, ale jeżeli ja bym tak robił, nie pamiętałbym większości z nich. I mam cholerną nadzieję, że się mylę i te 300 książek w roku przeczytano dokładnie.

    Świadomie.

    Zadając właściwe pytania.

    Ponieważ zasłony nie zawsze są po prostu niebieskie.

    Bartosz Szczygielski

  • Tajemnica Pauliny Świst rozwiązana?

    Wypadki chodzą po ludziach, chociaż w tym przypadku chyba trzeba napisać, że chodzą po Facebooku. Dziś przez kilka godzin na tym portalu społecznościowym bez problemu można było sprawdzić, kto edytuje posty na fanpejdżach. Wystarczyło kliknąć w historię edycji i pojawiał się profil osoby majstrującej przy danym profilu. Jak uprzejmie doniósł mi zaprzyjaźniony dziennikarz, wiadomo kto majstrował przy postach Pauliny Świst. Kto?

    www.unsplash.com/Jon Tyson

    Okazuje się, że nie będzie wielkiej sensacji. Paulina Świst to nie jest kolejny pseudonim Remigiusza Mroza. Książek nie napisała też Katarzyna Bonda, a przecież takie plotki obiegły literacki światek jakiś czas temu. Co więc wiadomo o autorce? W Internecie można znaleźć informacje, że Paulina Świst to adwokat, która prowadzi swoją kancelarię we Wrocławiu oraz ukończyła prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z informacji, które mi przekazano wynika, że autorka poczytnych książek faktycznie prowadzi swoją kancelarię, ale nie we Wrocławiu, a w innym mieście na południu Polski. Ukończyła też prawo na uniwersytecie, ale nie tym podanym w oficjalnym biogramie. Udało mi się nawiązać kontakt z osobą, która edytowała posty na profilu Pauliny Świst, czyli prawdopodobnie z autorką książek. Jesteśmy na etapie umawiania wywiadu. Co ciekawe, fanpejdż pisarki nie pojawia się już w wyszukiwarce Facebooka.

  • Handel śmiercią. Czy wszystko trzeba sprzedać?

    W literaturze mieliśmy już modę na hygge, sekretne życie krzaków, krów oraz ślimaków. Był też czas, kiedy każde szanujące się wydawnictwo musiało umieścić na rynku książkę o pielęgniarkach. Teraz nastała moda na ludzi gór, ale to jeszcze nie szczyt. W najbliższym czasie ukaże się kilkanaście książek inspirowanych tematyką niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych. Książki obozowe już dziś rozpychają się w księgarniach, a szykuje się ich prawdziwa inwazja. O co tu chodzi? O pamięć, czy popyt i podaż?

    Pamiętacie pewnie zeszłoroczne szaleństwo związane z „Tatuażystą z Auschwitz”. Rzekomo powieść oparta na faktach, piszę rzekomo, bo eksperci nie zostawili na książce suchej nitki (klik). Książka sprzedała się, z tego co wiem, w ponad dwustu tysiącach egzemplarzy, a już za moment ukaże się jej kontynuacja – „Podróż Cilki”. Mam nadzieję, że tym razem będzie o wiele lepiej udokumentowana niż jej poprzedniczka. Co jeszcze przed nami? Książka o bibliotekarce z Auschwitz, położnej z Auschwitz, o sile kobiet i miłości w Auschwitz i ucieczce z Auschwitz. I nie wiadomo o czym jeszcze, co prowokuje pytanie czy moda ma swoje granice?

    Brama byłego niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. fot: smakksiazki.pl

    Możecie powiedzieć, że wielkimi krokami zbliża się 75. rocznica wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau (27.01), więc wiadomo, że wydawcy właśnie w okolice tej daty będą celować z takimi książkami. Z drugiej strony, czy naprawdę wszystko musi być na sprzedaż? Czy jeśli zostaną już wyczerpane powyższe tematy, to za rok przeczytamy o, za przeproszeniem, makijażystce z Auschwitz, albo o dentyście z Dachau? Żeby nie było, że tylko narzekam, to w ostatnim czasie przeczytałem dwie wstrząsające książki, które kwalifikują się do tematyki obozowej. Pierwsza z nich to „Komando Puff” Dominika Rettingera oraz kapitalną „Tajemnicę z Auschwitz” Niny Majewskiej-Brown. Za ponad miesiąc pojawi się druga „obozowa” książka autorki. I mam wrażenie, że tylko właśnie przy niej będę w jakiś sposób pracował.

    Adam Szaja