Kategoria: Aktualności

  • „Historia Internetu jest historią miłosną”. Rozmowa z Wojciechem Orlińskim

    Paul Baran to człowiek, dzięki któremu możecie obejrzeć tę rozmowę. Wojciech Orliński odkurzył postać Polaka, którego życie to książkowy przykład American Dream. Miał pomysł, chociaż wszyscy pukali się w czoło, bo przecież jak można zamawiać jedzenie za pomocą jakiejś sieci siedząc w domu na kanapie? Tymczasem Baran zarobił gigantyczne pieniądze i zrewolucjonizował życie ludzi na całym świecie. Być może, gdyby nie pewna kobieta z ciężkimi walizkami, to Wojciech Orliński musiałby napisać książkę o kimś zupełnie innym. Skąd więc dziennikarz wytrzasnął w ogóle Paula Barana? Rozmawiamy też o Sztokholmie śladami Stiega Larssona i szukamy wydawcy na kolejne książki Pana Wojtka 😉 

     

  • „Przyszły rok będzie pośmiertnym benefisem Tyrmanda”. Rozmowa z biografem pisarza, Marcelem Woźniakiem

    „W Darłowie, przed małym dworcem w stylu pruskiej prowincji, kończyła się kariera pociągu. Krótkiego pociągu o starych, rozklekotanych wagonach”. Tak rozpoczyna się „Siedem dalekich rejsów” Leopolda Tyrmanda. Piszę o tym dlatego, że właśnie w Darłowie porozmawiałem z Marcelem Woźniakiem, biografem „Lolka”. O czym? Ano o tym, że rok 2020 będzie poświęcony właśnie Tyrmandowi. Autor książki „Moja śmierć  będzie taka, jak moje życie” opowiedział też o tym, dlaczego zapanowała moda na autora „Złego”, jak to się stało, że znów zachwycamy się twórczością faceta w kolorowych skarpetkach? A może nie znów, tylko dopiero teraz Tyrmand ma swoje pięć minut sławy? Niech Was nie zmyli pogoda, bo rozmawialiśmy w lipcu 🙂

     

     

  • Pierwsza jedenastka, czyli najlepsze książki 2019 roku

    Ktoś mądry powiedział kiedyś, że nie ma obiektywnego dziennikarstwa, bo każdy filtruje przez siebie to, w czym uczestniczy, co obserwuje, jaką lekturę czyta. A ten filtr to nasze doświadczenia, przeżycia, światopogląd. Podobnie jest z tym rankingiem – jest subiektywny, ale uczciwy. Przy jego tworzeniu nie brałem pod uwagę tego, jak mi się pije z kimś kawę, albo czy opowiada fajne dowcipy. W tym zestawieniu znalazło się jedenaście książek, który chodziły ze mną zarówno w trakcie czytania, jak i długo po jego zakończeniu. Książek, które prowokowały mnie do zadawania pytań, do myślenia, a także odłożyły się głowie na bardzo długo. Czas zweryfikuje, ile z nich zostanie tam na zawsze – mam wrażenie, że znakomita większość. Od razu odpowiem na pytanie, które pewnie pojawi się w komentarzach. Dlaczego w rankingu jest tylko jedna kobieta? Polecę klasykiem z polskiego filmu: „też chciałbym to wiedzieć, Stefan”. Gdy przejrzałem wszystkie książki, które przeczytałem w tym roku, to okazało się, że wydawcy w 90% współpracują ze mną przy tytułach napisanych przez facetów, co ma oczywiście odzwierciedlenie poniżej. Dobra, nie zanudzam, łapcie moje TOP11 kończącego się roku. Aha, jeszcze jedno – kolejność jest zupełnie przypadkowa, więc się nią nie sugerujcie, traktujcie ten ranking jako całość. I już zupełnie na koniec, jeśli klikniecie w okładkę, przeniesiecie się empik.com, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o książce, a także ją kupić. 

  • Styczniowy szał zakupów, czyli w które książki zainwestować?

    Pewnie sporo książek znaleźliście pod choinką, ale zaraz zaczynamy nowy rok, więc przed nami nowe lektury, nowe wyzwania, nowe wydatki. Po co sięgnąć w styczniu? Przygotowałem dla Was subiektywną listę, z której część książek już przeczytałem, a w innych widzę spory potencjał. Mam nadzieję, że nie będziecie zawiedzeni, jeśli zdecydujecie się sięgnąć po poniższe tytuły. No to co, miłych lektur 😉

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #17

    – Dlatego bardzo pana proszę, niech pan zostawi Olka w spokoju – poprosiła cichym głosem Magda Zawijas na koniec swej opowieści. – Drugi raz tego nie przetrzyma. Obiecuje pan?

    Niezdarnie otarła wilgotne policzki, pociągnęła nosem i czekała. Na takie postawienie sprawy inspektor mógł tylko skinąć głową w akcie kapitulacji.

    – Obiecuję – zapewnił czując, jak gadzina nikczemności budzi się w jego trzewiach. – My jesteśmy od pomagania ludziom, nie od ich pogrążania.

    Liczył, że szlachetność wygłoszonej prawdy, która z policyjną praktyką miała tyle wspólnego, ile niedzielne kazanie z obyczajami dnia powszedniego, przesłoni jego niecne intencje. Musiał dostać się do profesora. Im dłużej myślał o tym, co się dzieje, tym bardziej był pewien słuszności obranego kierunku działań.

    Pokazał ręką na telewizor, transmitujący dantejskie sceny z centrum miasta, gdzie samozwańcze grupy mieszkańców, pozbawione już wszelkich hamulców i skrupułów, polowały na ludzi ze słuchawkami i książkami.

    – Muszę z nim porozmawiać – powiedział – inaczej to się nigdy nie skończy.

    W tym momencie obraz telewizyjny zachwiał się, zamigotał, zza kadru dobiegło ni to westchnienie, ni to kaszel, po czym wszystko ujechało w górę i zgasło.

    – Jezus Maria, co się dzieje – jęknęła Magda Zawijasowa. – Dlaczego policja nic z tym nie robi?

    – Właśnie robi – odparł stukając się palcem w pierś. – Gdzie on jest? W Babińskim?

    Chciał mówić dalej, ale nie dał rady. Opadło go nagłe zmęczenie, tak dojmujące, że zachwiał się i osunął się na kanapę. Podparł się łokciem jak pijak, który chce koniecznie sprawiać wrażenie trzeźwego, i usiłował powrócić do pionowej pozycji. Profesorowa pomogła mu usiąść i podała szklankę wody. Jeszcze parę minut temu to on wykonywał podobnie troskliwe gesty wobec niej.

    – Pan się wykończy – powiedziała trzymając go za ramię. – Trzeba odpocząć. To samo zrobił mój mąż. Poszedł odpoczywać. Mężczyźni w waszym wieku za dużo pracują. Chcą za wszelką cenę zaprzeczyć upływowi czasu, a kończy się zawałem albo wylewem.

    – Coś w tym jest – wymamrotał niewyraźnie Madej. Jego obwisłe usta nie kwapiły się do precyzyjnej artykulacji. – Ale tak trzeba. Inaczej śmierć.

    – Śmierć, śmierć. Co wy się tak boicie tej śmierci? I tak przyjdzie we właściwym czasie. O, tam jest śmierć.

    www.unsplash.com/Aron Visuals

    Zamierzała pokazać prawdziwe oblicze śmierci na ekranie telewizora, ale ten po wygaśnięciu już nie odzyskał przytomności. Na czarnym ekranie pulsowało jedynie kilka żółtych punkcików. Tańczyły figlarnie po czarnej tafli, jak robaczki świętojańskie w otchłani czerwcowej nocy, by ostatecznie znaleźć jeden wspólny rytm i ułożyć się w dwie kropki i kreskę. Buźka z poziomej obróciła się w pionową i wygięła pikselowe usta w podkówkę. Smile.

    Magda Zawijasowa pobladła.

    – Czy to ma coś wspólnego… – Co to w ogóle jest?

    – Nie wiem – odparł inspektor. – I właśnie dlatego muszę porozmawiać z pani mężem. Ponieważ mam wrażenie, że on wie.

    Znowu ogarnęła go fala słabości i opadł głową na oparcie kanapy. Dziwne. Nie sądził, że starość przyjdzie tak nagle. Może sama myśl o emeryturze tak działa? Jak on to powiedział? „Ścieżka w jedną stronę”. Nie oglądaj się, bo przepaść przed tobą. Kto o śmierci myśli, buźkę sobie kryśli. Na ekranie, drogi panie. Cicho już, cichutko. Wieczność jest niema. Studnia ciemna i głucha, a w duszy posucha…

    Cholera.

    – Tylko niech mi pan tu nie mdleje – powiedziała profesorowa, klepiąc go w policzek. – Wody proszę łyknąć.

    – Tak, przepraszam – wymamrotał otrzeźwiawszy. Ostrożnie odepchnął jej dłoń ze szklanką. – Ja już sobie pójdę. Dziękuję pani i proszę mi wybaczyć to najście, chciałem tylko…

    – Nigdzie pan teraz nie pójdzie – zakomenderowała Zawijasowa z nową energią. – Trzeba odpocząć. W gabinecie męża jest leżanka, wdrapiemy się teraz po schodach i pan się położy. To nie ma sensu. I tak dzieje się dosyć złego – zakończyła machając ręką w nieokreślonym kierunku.

    Ujęła go pod ramię i energicznym ruchem postawiła na nogi. Zachwiał się, nie upadł jednak, podtrzymany jej silnym uchwytem. Ruszyli na piętro.

    W pogrążonym w mroku gabinecie profesora jaśniała jedynie smuga światła pobliskiej latarni. Wąskim paskiem przecinała pokój. W zawodowym odruchu inspektor potoczył za nią wzrokiem i ujrzał na kawałku ściany niewielki portret w złotej ramce oraz jakiś sztylet na łańcuszku. Zapewne pamiątki profesora z konferencyjnych wyjazdów. Reszta pokoju tonęła w czerni, smuga była żółta. Na jej tle korpus monitora na biurku wyglądał jak łeb przedpotopowego stwora. Madej miał wrażenie, że łeb obraca się ku niemu i szczerzy paszczę. Pstryknęło światło i zjawa znikła. Tak, zdecydowanie powinien odpocząć.

    – Dziękuję pani, ja chyba rzeczywiście…

    Przerwała mu biorąc go za ramiona i sadzając na łóżku.

    – Dobrze już, dobrze. A teraz proszę spać. Gdyby pan potrzebował, łazienka jest na końcu korytarza po lewej.

    Potrzebował, więc znowu się podniósł. Przechodząc korytarzem zerknął w uchylone drzwi jednego z pokoi na piętrze. Dziewczyna w słuchawkach siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczyma. Kołysała się lekko w jakimś ukrytym rytmie i uśmiechała do wypełniających ją dźwięków.

    – Nie rób tego – powiedział stając w progu.

    Spodziewał się, że ją spłoszy, w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwał jednak aż takiej reakcji. Rzuciła krótkie, wściekłe spojrzenie na drzwi i jednym skokiem zatrzasnęła je tuż przed nosem Madeja. Gdyby się nie cofnął, dostałby nimi w twarz. Oparł się o ścianę, a z wnętrza pokoju dobiegło zwierzęce warknięcie. Nie zrozumiał słów i może to nawet lepiej. Zgrzytnął klucz w zamku, a zaraz potem sprężyny w łóżkowym materacu. Wróciła do słuchania.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Dyszał oszołomiony jak człowiek, który ledwie uszedł z życiem z katastrofy. Powinien walnąć w te zaryglowane drzwi, w razie potrzeby nawet wyważyć, i odebrać jej te cholerne słuchawki wraz z telefonem. Nie miał siły. Nie potrafił porządnie zebrać myśli, a nogi ledwie go utrzymywały. Dowlókł się do toalety i usiadł na sedesie. Zaryglował drzwi od środka. Chciał posiedzieć na chwilę w spokoju, inne potrzeby odsunęły się na dalszy plan.

    Nic z tego nie rozumiał. Po pierwsze, nie rozumiał agresji, która budziła się i u tych, którzy słuchają, i u tych, którzy ich ścigają. Po drugie, nie wszyscy słuchali Cegielni, w gruncie rzeczy niewielu, a krwiożercza epidemia rozprzestrzeniała się w błyskawicznym tempie, jakby jej wirusy latały w powietrzu. Po trzecie, paraliż miasta wydawał się zupełnie nieadekwatny do skali zjawiska. Tłumy ruszyły jak na umówiony sygnał, jakby tylko czekały na okazję do wyrzucenia z siebie nagromadzonych pokładów nienawiści. Ktoś kiedyś powiedział, że agresja tłumu rotuje. Miał nieodparte wrażenie, że właśnie domyka się kolejne koło.

    I po czwarte – był dziwnie słaby. Ledwie się ruszał, a przecież ten trudny i pełen wysiłku dzień nie wyczerpał go do tego stopnia, by nie mógł teraz ustać na nogach. Ani porządnie się skupić. Coś go osłabiało, jakieś tajemnicze fluidy, które pozbawiały umiejętności sprawnego działania. Fajne.

    Ekscytujące.

    Kompletnie bzdurne.

    – Zośka, otwórz drzwi! – rozległ się okrzyk Magdy Zawijasowej, któremu towarzyszył nerwowy łomot. – Otwórz te cholerne drzwi!

    Z najwyższym trudem podniósł się i wyszedł na korytarz. Profesorową przestało interesować samopoczucie gościa, cała jej uwaga skierowała się ku zamkniętej w pokoju córce. Oczy zdradzały przerażenie.

    – Niech pan coś zrobi!

    Florian Madej, który w każdy krok wkładał cały – bardzo skromny – zapas sił, szedł powoli opierając się rękami o ściany wąskiego holu. Kiedy jednak dysponuje się odpowiednią masą ciała, do wyważenia drzwi siła nie jest potrzebna. Łagodnym ruchem odsunął Zawijasową, odwrócił się tyłem i odepchnął od ściany naprzeciw wejścia. Jego plecy, wsparte bezwładnością stu dziesięciu kilogramów, runęły na zamknięte skrzydło, które z suchym trzaskiem upadło na podłogę, a Madej wraz z nim. Jęknął z bólu, kiedy klamka wbiła mu się w sadło okalające lędźwie. Na moment stracił kontakt z rzeczywistością. Ocucił go krzyk.

    – Nie ma jej!

    O sprawnym wstawaniu nie było mowy, z wysiłkiem przewrócił się na brzuch i podniósł na czworaka. Rozejrzał się zamglonym wzrokiem tucznika przyprowadzonego do rzeźni. Nic nie widział. Coś mu zabrało siły, a teraz zabierało widzenie. Podpełzł do łóżka i oparł się obiema rękami, co umożliwiło zajęcie pozycji nieco bardziej pionowej, dającej z kolei lepsze złudzenie przytomności u kogoś, kto właśnie usiłuje wstać i nie może. Teraz klęczał jak grzeczna panienka przy wieczornej modlitwie.

    Pościel na łóżku, na którym przed chwilą siedziała młoda Zawijasówna, była solidnie skopana i zmięta. Dziewczyna znikła. Okno za łóżkiem było otwarte na oścież, z zewnątrz wlatywały nocne owady i obsiadały mleczny klosz lampy pod sufitem.

    – Zośka, wracaj! – krzyknęła w ciemność Zawijasowa. Przechyliła się przez parapet i spojrzała w dół. – Nie ma jej! Uciekła!

    Florian Madej nie odpowiedział. Pomacał zmierzwioną pościel i po chwili wyjął spod narzuty komórkę z doczepionymi do niej słuchawkami. Włożył jedną z nich do ucha.

    W głębokiej nocnej ciszy jedynym słyszalnym dźwiękiem był szelest ostrożnych dziewczęcych kroków. Szła samotnie przez las, wolna od lęków i niepokojów, zwyczajnie przynależnych jej wiekowi i płci. W jednej ręce dzierżyła skórzaną sakwę, w drugiej – obnażony carski bebut. Nie znała jeszcze celu swej drogi ani czekającego nań u jej kresu przeznaczenia, mimo to przemierzała niebezpieczny las z godną podziwu śmiałością. Która, jak powszechnie wiadomo, w najmniejszym stopniu nie zmniejsza śmiertelnego zagrożenia. Szła powolna rozkazom, nie znając ich źródła ani charakteru…

    Wyrwał słuchawkę z ucha.

    – Co to jest bebut? – ryknął do profesorowej w nagłym przypływie energii.

    – Co…? – spytała zaskoczona Magda Zawijas. Była jednak bystrą kobietą i błyskawicznie połączyła fakty. – Matko Najświętsza! – zajęczała i wybiegła z pokoju. Madej poszedł za nią.

    W gabinecie profesora paliło się światło. Zawijasowa natychmiast skręciła w lewo i podeszła do ściany z pamiątkami. Obok staroświeckiej fotografii kobiety w długiej sukni tkwił w tynku goły hak. Sztylet znikł.

    – Co ona wyprawia? Zośka! Wracaj!

    Nie zwracając uwagi na inspektora kobieta wypadła z gabinetu i z łoskotem zbiegła po schodach. Wkrótce trzasnęły drzwi wejściowe i do uszu Floriana Madeja doleciały piskliwe nawoływania z ogrodu Zawijasów. Pomacał puste miejsce po zabytkowym sztylecie. Czyżby to miał być ten cały bebut?

    Wyszedł przed dom. Profesorowa zdążyła w tym czasie obiec wkoło całą posesję i przekonać się, że po dziewczynie nie ma śladu. Wyszła przed furtkę, zawołała parę razy to swoje „Zośka, wracaj!”, i pełna bezradnej rozpaczy wróciła do domu. Chcąc ją czymś zająć inspektor wziął ją pod rękę i razem przeszukali cały dom jeszcze raz. Tym razem on robił za stronę silniejszą, całe osłabienie nagle opadło z niego jak zły sen.

    Dziewczyny nigdzie nie było, Magda Zawijasowa nie zauważyła, by zniknęły jakieś inne przedmioty oprócz sztyletu ze ściany i skórzanego plecaka, z którym chodziła do szkoły. „W ręce dzierżyła skórzaną sakwę”, powtórzył w myślach Florian Madej. Kiedy kobieta trochę się uspokoiła, usiedli w kuchni.

    www.unsplash.com/Niilo Isotalo

    – Zaraz wróci – pocieszał ją klepiąc po wierzchu dłoni. – To co z tym bebukiem?

    – Mąż go przywiózł przed laty z Kaukazu. Jakaś stara rosyjska broń, podobno pochodzenia czeczeńskiego. – Nagle podniosła na niego wzrok. – Skąd pan o nim wiedział?

    Chwilę milczał zastanawiając się, jakiej udzielić odpowiedzi. Co mu wolno powiedzieć. Profesorowa wiedziała już całkiem dużo, ale jeszcze sobie dobrze tej wiedzy nie przyswoiła. Taki proces przebiega stopniowo, jak każda nieprawdopodobna informacja, zwłaszcza jeśli dotyczy katastrofy. Wyjął z kieszeni komórkę jej córki, owiniętą białymi sznureczkami słuchawek, i położył na stole.

    – Niech pani to dobrze schowa – powiedział. – Skuteczniej byłoby wyjąć baterię, ale w tym modelu się nie da. Więc proszę ukryć gdzieś głęboko i pod żadnym pozorem nie włączać. Tak, w niej usłyszałem to słowo, przed chwilą, kiedy znalazłem ją w pokoju pani córki. Nie, proszę tego nie robić – dodał widząc, jak majstruje przy wyłączniku. Odłożyła.

    – Ale… dokąd ona poszła? – spytała patrząc mu w twarz. Już nie płakała, tylko próbowała coś zrozumieć. Jej szeroko otwarte, błyszczące oczy były całkiem ładne. W ogóle była ładna, pomyślał zerkając na jej falujący w napięciu biust, kiedy z trudem formułowała następne pytanie. – Czy to wszystko jest aż tak… przerażająco absurdalne?

    Podniósł wzrok. Ile tu można powiedzieć, a ile przemilczeć? Patrzyła w niego już bez histerii, powoli docierały do niej nowe warstwy przerażającej i nieprawdopodobnej wiadomości, której próbowała zaprzeczyć niezgrabnym pytaniem.

    – Myślę, że tak – odparł powoli. – Nie wiem jeszcze, jak bardzo, ale jakoś jest.

    Siedzieli naprzeciwko siebie na kuchennych krzesłach i patrzyli sobie w oczy. Ponieważ nie wiedział, co ma mówić dalej, kazał jej wyjąć własną komórkę i zadzwonić do syna. Wykonała polecenie i po chwili odłożyła niechętnie na stół.

    – Nie ma połączenia.

    Wyjął własną i wybrał numer byłej żony. Wcisnął funkcję głośnego mówienia. „Nie można zrealizować połączenia”, zaskrzeczał głośnik. Przerwał i wybrał numer Aleksandra Zawijasa, który miał na liście ostatnich połączeń. Aparat powtórzył: „Nie można zrealizować połączenia”.

    – Nie wiem, czy to pani wystarczy za odpowiedź. Jeśli nie, to mogę jeszcze trochę poopowiadać o bezradności policji, która właśnie zajmuje się doraźnym gaszeniem najbardziej zapalnych ognisk buntu nie mając pojęcia, gdzie szukać przyczyny. Na pani życzenie mogę przytoczyć dane – mocno już nieaktualne – o liczbie ofiar dzisiejszych zamieszek i rosnących od paru godzin problemach w funkcjonowaniu miasta. Słowo „problemy” brzmi niemal jak kłamstwo. W istocie mamy do czynienia z katastrofą. Przyjechał minister spraw wewnętrznych i obraduje teraz w gronie dowództwa krakowskich sił porządkowych, jak powstrzymać lawinę strasznych i kompletnie irracjonalnych wydarzeń. Być może coś im się uda wymyślić, niewykluczone, że nawet wprowadzeniem tych pomysłów w życie spowolnią nadejście następnych rozruchów i ulicznych samosądów, zduszą w zarodku jedno z licznych nowych zarzewi ognia. Być może. Mam jednak wrażenie, że nie zdołają zaradzić dalszym nieszczęściom. Nie da się tego zrobić, nie znając przyczyny.

    – A pan zna przyczynę?

    Popatrzył uważnie w jej błyszczące oczy. Wróciła do równowagi i trwała przy niej z godną podziwu determinacją, z rzadka tylko poprawiając palcem powiekę, co stanowiło dyskretny sposób na usunięcie wiszącej pod nią łzy. Zrozumiał, że ma przed sobą kobietę umiejącą czytać z własnego doświadczenia wiedzę na przyszłość. Panowanie nad rozpaczą należało do najważniejszych lekcji.

    – Ja nie. Ale jestem przekonany, że pani mąż zna. Dlatego muszę z nim…

    – Wiem, wiem, mówił pan to już dziesięć razy.

    – Trzy.

    – Cztery. Nieważne. Jak pan zamierza się tam dostać?

    Uniósł brwi w zdziwieniu.

    – Czyżby pani zmieniła zdanie w kwestii…?

    – W takim razie jedźmy – zarządziła stanowczo. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą. – Nie ma czasu na gadanie.

    Wstała z krzesła nieco zbyt szybko i odrobinę zbyt nerwowym ruchem porwała torebkę z kuchennego blatu. Inspektor postanowił niezwłocznie skorzystać z okazji.

    – Świetnie, jedźmy. Czy mogę jeszcze na krótką chwilę do…?

    Pokazała mu palcem toaletę na parterze, ale stwierdził, że chyba ostatnio zostawił tam po sobie nieporządek i chciałby poprawić tutejszą opinię o sobie. Wzruszyła ramionami, a on poszedł i po chwili wrócił, poprawiając niezgrabnie spodnie w pasie. Ekran telewizora był martwy, podobnie jak wyświetlacze ich komórek. Znikło wszystko, łącznie z buźkami. Demon sobie poszedł.

    – Czy ona wróci dzisiaj? – spytała Magda Zawijasowa, gdy wsiadali do samochodu. Chciała prowadzić, ale stanowczym gestem odebrał jej kluczyki tłumacząc, że to może nie być po prostu zwyczajny przejazd do Krakowa i niech lepiej zachowa siły na drogę powrotną.

    – Nie wiem – odparł i zaraz szybko dodał: – Raczej tak.

    – Niech mi go pan nie rozbije – powiedziała profesorowa klepiąc w pulpit swojej corsy, gdy mijali słupki bramy wjazdowej. – To najlepsze auto na świecie.

    – Nie wiem. Raczej tak.

    Ta odpowiedź wydała mu się dowcipna i liczył na rozładowanie napięcia, które wzrastało w miarę zanurzania się samochodu w mogilański mrok. Gdzieś w pobliżu padł strzał i Magda skuliła się na fotelu. Ta sama broń, nie miał wątpliwości. Ktoś sobie poluje. Dzisiaj można.

    Cdn.

  • „To jest dobry moment żeby rozstać się z Rudolfem Heinzem”

    Jeśli jesteście fanami Rudolfa Heinza, to mam dla Was dwie wiadomości. Jak się domyślacie, jedna jest dobra, ale ta druga jest jednak bardzo zła. W kwestii tej pierwszej, to „Cios kończący” ukaże się wiosną. Akcja będzie toczyła się na przełomie 2015 i 2016 roku na terenie Śląska i Warszawy. Jeśli chodzi o drugą wiadomość, to ja tego nie napiszę, żeby się nie narażać, ale powie Wam to Mariusz Czubaj. Będzie też trochę o jeszcze następnej książce, która na razie jest tylko w głowie autora.

  • „Miałem już dość policjantów, którzy piją”. Z Tomaszem Duszyńskim rozmawiam o „Toksycznych”

    Tajemnica zza grobu, którą może rozwikłać tylko jedna osoba – emerytowany glina z zanikami pamięci. Jest tonący samochód, są trupy, a także, nie tylko powiatowi gangsterzy. Czy Jan Nowicki znajdzie, a potem zniszczy dokumenty schowane przez nieżyjącego już prokuratora Wilczyńskiego? Tomasz Duszyński zabiera Was w podróż, w trakcie której dowiecie się, co to znaczy kibolska lojalność, dlaczego porządne kobiety często trafiają na niewłaściwych facetów, a także ile poziomów może mieć miłość. Wszystko to autor podlał strachem, wartką akcją, ale też, nie oszukujmy się – krwią. O „Toksycznych” rozmawiamy na cmentarzu, bo tam coś się kończy, ale jednak dla tej książki wiele się zaczyna.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #16

    Źle spał w nocy. Szpitalne łóżka nie są wygodne i poprzestańmy na tym miłosiernym eufemizmie. Wiercił się i przewracał z boku na bok do wtóru jęczących sprężyn, które tworzyły sugestywne muzyczne tło do jego półprzytomnych majaków. Trudno je było nazwać snami, przypominały raczej paradę dawno znanych twarzy, gestów, powiedzianych i zapisanych zdań. Kolejność ich zjawiania się i znikania nie tworzyła żadnego rozpoznawalnego porządku, była raczej manifestacją wolnej woli podświadomości, uwolnionej od długotrwałej opresji. Gdyby Aleksander Zawijas lepiej znał się na komputerach, mógłby to nazwać defragmentacją dysku.

    Zasnął na dobre dopiero nad ranem i wtedy przyśnił mu się rodzinny dom. A raczej to, co z niego zostało. W smudze księżycowego światła biegł ścieżką od pól i nie mógł trafić. Tam, gdzie powinny stać budynki czterech gospodarstw, w tym ich dom z ogrodem, widniały w ziemi wklęsłe placki gołej ziemi, jak leje po jakichś anihilujących bombach. Bezradny krążył po okolicy szukając choćby jednego punktu orientacyjnego w doskonale mu znanym terenie, ale na próżno. Puste łąki i cztery gliniane plamy w trupim świetle księżyca. Nagle od południa pojawił się ruchomy wał ziemi, szybko zmierzający w jego stronę. Natychmiast pomyślał o gigantycznym krecie, który połknął wszystkie cztery domostwa i teraz chce połknąć jego. Rzucił się do ucieczki przez pola. Kret był szybszy. Szelest grud rozrywanych wielkimi, kosmatymi łapskami zbliżał się nieuchronnie. Mały Olek obejrzał się i zobaczył kawał trawiastej darni wzniesiony jak łeb kobry. To coś wiło się i syczało: „Uciekaaaj! Uutssekaai!”. Uciekał, przebierał nogami z całych sił. Poczuł zimne plaśnięcie w kark. Wtedy się obudził.

    www.unsplash.com/Marcelo Leal

    – Panie profesorze, lekarstwa.

    Nad nim stała pielęgniarka z plastikowym kieliszkiem, zawierającym trzy tabletki: dwie białe i jedną zieloną.

    – Dzień dobry. Nie musi mnie pani klepać, wystarczy się przywitać. Mam płytki sen.

    – O czym pan mówi? – zdziwiła się obrażona. – Nawet pana nie dotknęłam!

    – Widocznie mi się przyśniło – stwierdził sucho.

    – Jest już wpół do ósmej, pacjenci od siódmej mają śniadanie – przypomniała mu z wyrzutem zasady regulaminu szpitala. – Jak pan chce tu zagrzać miejsca na dłużej, trzeba przywyknąć. Chyba że pan nie chce jadać, to zaraz powiem salowym, żeby nie przynosiły. Klepać, też coś! – wykrzyknęła na koniec i wyszła.

    Wypił pół szklanki wody, by czymś wypełnić żołądek, i połknął tabletki. Nie był głodny, chociaż od wczoraj popołudnia właściwie nic nie jadł. Magda przywiozła go do szpitala im. Babińskiego prosto od terapeutki, zabierając po drodze na późny obiad w postaci wegetariańskiego kebaba. Trudno było wywnioskować, z czego został zrobiony, jego smak wszelako wracał do profesora w postaci cichych czknięć. By ich nie słuchać, włączył radio i natychmiast je ściszył słysząc jakiś żałośnie wysilony żart prezentera. Zaraz potem wskoczyły reklamy i jakieś truskawki zaczęły zapewniać, że pływają w jogurcie. To było znacznie bardziej zabawne.

    Szpital uzgodnili w gabinecie terapeutycznym po długiej i rzeczowej naradzie we trójkę. To znaczy kobiety się naradzały, on słuchał. Częściowo. Udawał, że słucha. Było mu obojętne i kiedy kobra lakanistka zadzwoniła do znajomego psychiatry, który akurat miał dyżur, by zechciał przyjąć na oddział jej zaufanego pacjenta, na jej pytające spojrzenie odpowiedział wzruszeniem ramion. Wszystko jedno.

    – Olo, dasz radę – powiedziała żona poklepując go po ręce. Użyła zdrobnienia zastrzeżonego wyłącznie do sytuacji nadzwyczajnych, wymagających ich wspólnego, solidarnego działania. Ostatnio tak go nazywała, gdy miał sadzić nowe róże na klombie. „Olo, tylko ty możesz to zrobić. Masz świetną rękę do róż, magiczną. Wszystkie, które sadziłeś, się przyjęły”. Jasne, magicznie. Posadził chyba osiemnaście.

    – Jest, panie Olku – powiedziała terapeutka z poważnym uśmiechem. – Będziemy w kontakcie – dodała nie precyzując, z kim mianowicie będzie w tym kontakcie: z nim, z jego żoną czy z lekarzem, który ma go przyjąć. Skinął głową. Wszystko jedno.

    Wcześniej się bronił. Walczył inteligentnie, dyskutował z umiarem, szermował zręczną frazą jak szpadą, by jak najlepiej zaprezentować sprawność i trzeźwość swego profesorskiego umysłu. Poniewczasie zorientował się, że gra w ten sposób do własnej bramki.

    – Jest pan bardzo inteligentny – podsumowała terapeutka. – Powiedziałabym: inteligentny za wszelką cenę. Trzeźwy na dwieście procent. To, panie Olku, o sto procent za dużo.

    – Nic na to nie poradzę – odparł cicho i łagodnie. Ciche i łagodne mówienie chodzi u psychologów po wyższym kursie. – Jestem trzeźwy.

    – Pańska żona twierdzi co innego. Podobno jakiś audiobook groził panu śmiercią. To, przyzna pan, nie brzmi już tak inteligentnie. Ani trzeźwo.

    – Przypominam uprzejmie – ciągnął cichym i łagodnym tonem – że to pani sama kazała mi słuchać audiobooków. Nic na to nie poradzę, że jeden z nich wypełniał swoją rolę z nadmierną gorliwością. Mówiłem, że książki mają być do czytania.

    – Dlaczego z nadmierną gorliwością?

    – No, był niezwykle sugestywny. Jak żywy. Ale zostawmy to, na dzisiaj nie umiem ująć tego fenomenu w dość precyzyjne pojęcia.

    – Myślał pan dzisiaj o alkoholu?

    Zaskoczyła go. Oni w tym są mistrzami. Gadu gadu, ple ple ple, a potem nagły cios w żołądek.

    – Nie.

    – To dlaczego słuchałeś Grechuty? – wtrąciła żona. Przyjęła na siebie rolę strażnika i musiała czuwać nad zgodnością szczegółów.

    – Bo go lubię. I dawno nie słuchałem.

    – Owszem, dawno – odparła Magda Zawijas zwracając się do terapeutki. – Dokładnie od pięciu lat, czyli od ostatniego picia. I pisania. Bo wie pani, on pił, a potem pisał i słuchał. Albo pił, potem słuchał, a potem pisał, nie wiem dokładnie. W każdym razie jedno wiązało się z drugim, a drugie z trzecim. Jak słyszę to głupie „żyjesz i jesteś meteorem”, to aż mnie ciarki przechodzą. O, nawet teraz.

    Terapeutka kiwała głową nie patrząc na profesorową, po której przechodziły ciarki. Wbiła wzrok w jakiś punkt na blacie biurka, blisko guzików od koszuli jej „zaufanego pacjenta”, i myślała. Wreszcie wymyśliła.

    – Pan jest bardzo inteligentny i wie, że słuchanie, pisanie i picie, o których mówi pańska małżonka, to szereg wyzwalaczy. Każdy z nich z osobna może zaprowadzić do picia, ale wszystkie razem zaprowadzą do picia z pewnością. Pozwoli pan, panie Olku, że spytam ponownie: myślał pan dzisiaj o alkoholu?

    Teraz on utkwił wzrok w punkcie na krańcu blatu, w okolicy guzika jej bluzki, i myślał. Nie, nie o ukrytym pod bluzką pępku na płaskim brzuchu terapeutki. Był na to zbyt inteligentny. Przeprowadzał w myślach szybką kalkulację zysków i strat z obu wariantów przedstawionej mu alternatywy, zwłaszcza w kontekście niedawnej groźby, wygłoszonej pod jego adresem przez demona z audiobooka. Przyjąć wyzwanie i rzucić się głową w dół do studni, czy przeleżeć niedobry czas naruszonej harmonii w łóżku, dopóki zdarzenia nie przeminą samą mocą upływu czasu. Myślał i nie mógł się zdecydować.

    – Gdzie jest Zośka? – spytał żonę.

    – Siedzi w domu. Przed chwilą z nią rozmawiałam. Nie słyszałeś?

    – Tak, słyszałem – pośpieszył z zapewnieniem, by zatrzeć wrażenie utraty kontroli nad faktami. – Powiedz jej, że ma nie słuchać żądnych audiobooków. Żadnych, rozumiesz? To jest mój warunek.

    – Panie Olku, warunki są tu nie na miejscu… – zaczęła protestować terapeutka, ale Magda Zawijasowa nie bawiła się w subtelności. Najważniejsza była decyzja.

    – Dobrze, powiem jej. Mówiłam już pięć razy, ale zrobię to znowu. Będę mówiła codziennie, zgoda?

    – Zgoda – odparł z nikłym uśmiechem. – I niech czasem do mnie zadzwoni.

    To ostatnie również zostało mu obiecane, nieco jednak na wyrost wobec faktu, że już następnego dnia pod wieczór posypały się połączenia komórkowe i płaskie czarne ekraniki stały się w okolicy Krakowa nieprzydatne.

    – Panie Olku, wszystko będzie dobrze – powiedziała na pożegnanie terapeutka mocno ściskając mu dłoń. – To tylko parę dni. Poczuje pan ulgę, zobaczy pan.

    Do szpitala jechali w milczeniu. Ona zatopiona w smutnej satysfakcji, on na autopilocie obojętności. Opadło z niego całe napięcie i rzeczywiście poczuł ulgę, jeszcze zanim dojechali na miejsce. Może one miały rację? Może naprawdę dopadł go nawrót choroby alkoholowej i właśnie zdecydowali się na najlepsze rozwiązanie? Podobno to się zdarza nawet u tych najlepiej rokujących. A on przez pięć lat nie miał najmniejszego problemu, nic, nawet zapicia terapeutycznego nie miał. Z tej perspektywy obecny nawrót jawił się jako zupełnie logiczny, wręcz konieczny. Należało go spokojnie przyjąć do wiadomości i przeczekać na szpitalnym łóżku. Z największą obojętnością.

    A potem łóżko w specjalnie załatwionej za „dodatkową opłatą” izolatce okazało się niewygodne, nie mógł zasnąć, sprężyny gniotły go w wątrobę jak namacalne znaki ostrzegawcze, a kiedy wreszcie zasnął, przyśniły mu się cztery doły w ziemi po czterech wiejskich domach pośród rozległych łąk, z których jeden był jego domem rodzinnym. „Uutssekaai!”. Tak, właśnie to robię. Uciekam. Tylko nie wiem od czego, ani do czego.

    – I jak, panie profesorze, wszystko w porządku? – spytał z uśmiechem lekarz, który go wczoraj przyjmował. Widocznie miał jeden z tych długodystansowych dyżurów, o których piszą w gazetach obrońcy praw pracowniczych w służbie zdrowia. Zawijas sięgnął ręką do radia, by je nieco przyciszyć.

    – Czy coś takiego może być w porządku? – odparł profesor zataczając ręką wkoło. – Żyję i jestem trzeźwy, a o to zdaje się chodzi.

    – Czyli w porządku – podsunął lekarz uprzejmie. – Jakieś życzenia?

    – Kieliszek wódki i papierosa.

    Lekarz nie uśmiechnął się, tylko pochylił twarz nad pacjentem i obejrzał dokładnie jego oczy.

    – Sytuacja skazańca? Czyżby było aż tak źle?

    – Nie, w porządku – odparł Zawijas poprawiając sobie poduszkę. – Już to ustaliliśmy. Jakie są następne punkty programu? Skoro nie wolno żartować…

    Niezniechęcony zaczepkami profesora lekarz przysiadł na brzegu łóżka i zabrał się do wyjaśniania.

    – Żarty, panie profesorze, dla psychiatry w zasadzie nigdy nie są śmieszne. A zwłaszcza dla specjalisty od uzależnień. Wie pan, dlaczego? Ponieważ kiedy pacjent żartuje, to zwykle znaczy, że nadrabia miną. A to znaczy, że nie czuje się zbyt pewnie. A to z kolei znaczy, że jest jakiś poważny problem, który pacjent usiłuje za pomocą dowcipu zasłonić, zamaskować, schować pod poduszkę. Tak jak to pan teraz właśnie zrobił.

    – Ja? Przecież tylko poprawiałem poduszkę! – obruszył się profesor. – Niczego nie ukrywałem.

    – To pan tak twierdzi – stwierdził spokojnie lekarz. – Ale miałem na myśli właściwie nie poduszkę, tylko pański żart. Dobrze, zostawmy to. Co z tym audiobookiem, który chciał pana zabić?

    Profesor zagryzł wargi i nie odpowiedział. Odwrócił głowę do okna i przyglądał się kawkom skaczącym po gałęziach ogromnego kasztana. Tyle warta jest szczerość. Ktoś tu przypadkiem wspominał, że prawda popłaca? Nie? To przepraszam bardzo.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Zaczynał – na razie nieśmiało – żałować, że nie ma tu z nim inspektora Madeja. Z nim jednym można było normalnie porozmawiać. Tak zwyczajnie, po prostu, na luzie pogadać sobie o audiobooku, który miotał pod ich adresem śmiertelne groźby. No dobrze, poproszę następne pytanie.

    – Całkowicie rozumiem pańskie milczenie, dlatego pozwoli pan, że ja będę mówił, a pana pozostawiam w komfortowej sytuacji dobrowolnego słuchacza. Z dokumentacji mi przedstawionej wynika, że ukończył pan terapię na oddziale dziennym naszego szpitala pięć lat temu. Wie pan zatem doskonale, bo tak brzmi jedna z najważniejszych lekcji na terapii, że proces chorobowy nie zatrzymuje się wraz z odstawieniem alkoholu. Przeciwnie, pewne destrukcyjne zjawiska neurofizjologiczne zachodzą nadal. Inaczej mówiąc, pacjent już nie pije, ale jego organizm owszem. I to przez dłuższy czas. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie chcę bynajmniej sugerować, że ma pan, dajmy na to, mózg przeżarty do cna przez alkohol i właśnie mamy tego ewidentną oznakę w postaci urojeń. Nie o to mi chodzi. W każdym razie nie przede wszystkim o to. Jednakże, panie profesorze… Ujmę to może tak. Zna pan słowo „powidoki”, prawda? Humaniści je teraz lubią i z upodobaniem używają. Otóż, w panu odezwało się coś w rodzaju powidoków stanu chorobowego z czasów jego największego nasilenia.

    – Nigdy nie miałem pijackich omamów – burknął profesor ponuro.

    – Ale utratę poczucia czasu już tak, prawda? Mylił się panu zmierzch ze świtem? Niedziela z poniedziałkiem?

    – Jak był ciepły styczeń, to nawet zima z latem – przyznał Zawijas niechętnie, ponieważ przypomniało mu się, jak przedwczoraj nie mógł ustalić, czy jest koniec września, czy sierpnia.

    – No właśnie – ucieszył się lekarz. – I coś podobnego stało się w kwestii tego nieszczęsnego audiobooka. To nie jest żaden wielki problem, panie profesorze. Po prostu niewielkie spięcie w mózgu. Drobna awaria. Zwarcie między komórkami.

    – To dlaczego tu jestem?

    – Ponieważ to spięcie, ten przeskok iskry ma siłę symptomu. To znak, że coś się dzieje. I jeśli nie zareagujemy, spięcia mogą się nasilać, aż doprowadzą do awarii. Awaria może doprowadzić do katastrofy, a ta do innej, jeszcze większej katastrofy. Zareagowaliśmy prawidłowo, wszyscy, począwszy od pańskiej żony, przez terapeutkę, a skończywszy na panu. Zlikwidujemy spięcie, usuniemy drobne psychiczne skutki, i wróci pan do swego życia. Zgoda?

    – Kiedy to będzie?

    – Powiedzmy, za tydzień.

    – Zgoda.

    – Bardzo się cieszę! Naprawdę bardzo się cieszę! – podsumował radośnie lekarz. – I żadnych nastrojów wisielczych, dowcipów o skazańcach i tym podobnych, dobrze?

    Po uzgodnieniu warunków umowy uśmiechnęli się do siebie ciepło, jak zadowoleni kontrahenci. Dogadane. Profesor Zawijas położył się na świeżo strzepniętej i przyjemnie miękkiej poduszce, by posłuchać, co tam mówią w radiu. Lekarz skierował się do wyjścia. W progu zatrzymało go pytanie.

    – Panie doktorze, a jeśli ten audiobook naprawdę zacznie zabijać? Co wtedy zrobimy?

    Lekarz wrócił do łóżka chorego. Ponowne pochylenie i głębokie spojrzenie w oczy pacjenta.

    – Jeśli kiedykolwiek dowiem się z wiarygodnego źródła, że jakiś audiobook kogoś zabił, to ma pan u mnie darmową dostawę koniaku do końca życia, panie profesorze. Ach, co ja mówię, najmocniej przepraszam! Chodziło mi oczywiście o mleko.

    Chwilę mierzyli się wzrokiem. W oczach lekarza igrały iskierki rozbawienia. Profesor zachowywał skupioną powagę. Nie spuszczając wzroku z doktora sięgnął ręką ku szafce i przygłośnił radio. Usłyszeli twardy, zdeterminowany głos dziennikarki.

    nie umiem w tej chwili podać dokładnych danych, ale według szacunków krakowskiej policji kryminalnej, od początku roku co najmniej osiem osób poniosło w Krakowie śmierć w okolicznościach związanych z audiobookiem. Nazywa się „Cegielnia” i można go kupić praktycznie w każdej księgarni w mieście. Nie wiadomo, kto jest jego autorem, nie wiadomo, kto go wyprodukował i wypuścił na rynek – w zasadzie nic nie wiadomo. Tylko tyle, że kto go słucha, ten umiera. Wiem na pewno, bo jedną z ofiar jest moja córka…

    www.unsplash.com/Rayan Almuslem

    Lekarz słuchał jak zahipnotyzowany, po czym zerwał się z łóżka i zaczął obmacywać radioodbiornik. Sprawdzał kable i pokrętła jak dzieciak, który ma nową zabawkę. Całą jego profesjonalną łagodność diabli wzięli.

    – To niemożliwe! – wykrzykiwał. – To jakiś idiotyczny żart! Pan to puścił z komórki? Ale, ale… skąd pan wiedział?

    – Audiobook mi powiedział – odparł spokojnie Aleksander Zawijas. – A co do mleka, poproszę trzyprocentowe. Najlepsze do kawy.

    Obmacawszy całe radio lekarz opanował wreszcie wzburzenie i wybiegł z sali. Po drodze wymamrotał niewyraźne „kurwa mać”. Profesor przytulił policzek do poduszki, zamknął oczy i słuchał dalej. Massa mówiła w radiu tak konkretnie i z taką pewnością siebie, jakby była jednym z uczestników ich rozmowy w małym, ciasnym pokoiku na Mogilskiej przedwczoraj wieczorem. Albo jakby ktoś jej tę rozmowę dokładnie powtórzył. Kiedy wezwała ludzi do wzięcia sprawy w swoje ręce, otworzył nagle oczy. Wydawało mu się, że ktoś przed nim stoi. Za oknem zaskrzeczała kawka. Zadrżał. To ten cholerny nawrót choroby.

    Cdn.

  • „Ciężko się przyzwyczaić, że go nie ma”. Jerzy Trela wspomina Kazimierza Kutza

    Dokładnie rok temu świat filmu i kultury zatrzymał się na dłuższą chwilę – zmarł Kazimierz Kutz. Reżyser, pisarz, polityk. Jego „Piąta strona świata” stała się dla Ślązaków książką niesamowicie ważną, podobnie jak jego filmy. Kilka tygodni temu w księgarniach pojawiła się jego autobiografia, w której, jak to on, szokuje, bawi, uczy, pokazuje przywary, miłość i nienawiść do swojego ukochanego Śląska. Posłuchajcie proszę, jak Jerzy Trela pięknie wspomina Kazimierza Kutza. Skoro już przy Panu Jerzym jesteśmy, to polecam Wam jego kapitalna biografię pióra Beaty Guczalskiej. Tak, to o tę książkę opiera się aktor na zdjęciu głównym do tego materiału.