Kategoria: Aktualności

  • „Pismaki, biedaki, cebulaki”, grudniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Dyskusyjny ranking najlepiej zarabiających pisarzy tygodnika „Wprost” nie mówi prawdy na temat wynagrodzeń polskich autorów. Ale wybija pewną ogólną zasadę, która w wirze rankingowych kontrowersji mogła umknąć.

    Jak już zdążyliście się zorientować, Adam Szaja, gospodarz smakksiazki.pl, jest czujny jak ważka (nieprzypadkowo robi w internatach). Dzięki temu wypunktował ranking najlepiej zarabiających polskich autorów według tygodnika „Wprost” zaraz po jego publikacji (tekst znajdziecie tutaj). Zgadzam się z większością spostrzeżeń Adama, ale mam też kilka własnych – typowo forbesowych. Wprawdzie aż sześciu wniosków nie uzbierałem, ale trzy powinny wystarczyć.

    Po pierwsze, polscy pisarze się biedni.

    Może to brzmieć dziwnie, widząc prawie 2 mln złotych Remigiusza Mroza, ale uwierzcie: w rankingu nie pojawiają się kwoty, jakie powinny zarabiać największe gwiazdy literatury w 38-milionowym kraju. Spójrzmy na lidera peletonu. Można nie trawić twórczości Mroza, uważać, że to literatura niskich lotów, podważać sens wypuszczania sześciu czy siedmiu książek rocznie, ale ten człowiek to fenomen biznesowy. Jednoosobowa fabryka bestsellerów. Polski James Patterson, który w przeciwieństwie do Amerykanina nie korzysta z armii ghostwriterów.

    James Patterson, fot: oficjalny profil autora na Facebooku

    To teraz wyobraźcie sobie, że w ostatnim roku Patterson – jak policzył amerykański „Forbes” – zgarnął 40 mln dolarów, czyli mniej więcej 140 razy więcej od Mroza. Oczywiście Amerykanin ma wielki wyjściowy bonus w postaci tworzenia po angielsku i natychmiastowego pozycjonowania utworów na przepotężnym anglosaskim rynku, ale czy 140-krotna różnica to aby nie przesada? A przecież Patterson wcale nie jest najlepiej zarabiającym autorem ostatnich dwunastu miesięcy. Więcej – i to o 22 mln dolarów – zarobiła J.K. Rowling. I to nie wydając ani jednej książki: jej wynagrodzenie pochodzi m.in. z parków tematycznych (oczywiście poświęconych Harry’emu Potterowi), sztuk teatralnych czy filmów powstających na bazie jej twórczości.

    Po drugie, polscy pisarze są biedni.

    Zostańmy na chwilę przy Rowling. Brytyjka zajęła 13. miejsce na forbesowej liście najlepiej zarabiających celebrytów. Z 92 mln dolarów na koncie uplasowała się tuż za Rogerem Federerem (93,4 mln), za to przed m.in. Dwaynem Johnsonem (89,4 mln), LeBronem Jamesem (89 mln) czy Eltonem Johnem (84 mln).

    A teraz spójrzmy na nasze podwórko. Nie natknąłem się na wiarygodne rankingi finansowe z udziałem polskich muzyków czy aktorów, ale mniej więcej wiadomo, jak sobie radzą sportowcy. Robert Lewandowski podobno zgarnia około 20 mln euro rocznie (ok. 86 mln złotych); jeśli dodamy do tego wszystkie wpływy marketingowe, wyjdzie pewnie ponad 100 mln zł. Marcin Gortat przez wiele lat zarabiał 12 mln dol. rocznie. Agnieszka Radwańska podniosła z kortu łącznie prawie 28 mln dolarów – i może nawet jedną trzecią tej kwoty zgarnęła dodatkowo z reklam oraz od sponsorów (w swoich najlepszych latach regularnie trafiała do rankingu dziesięciu najlepiej zarabiających sportsmenek świata).

    A teraz weźmy Olgę Tokarczuk (trzecią we wprostowym rankingu), dorzućmy jej 3,5 mln złotych noblowskiej premii i zaokrąglijmy: wyjdzie około 5 mln zł w 2019 roku. To wielokrotnie mniej, niż zarabiają lub zarabiali najlepsi polscy sportowcy. A przecież Tokarczuk jest świeżo upieczoną mistrzynią świata w literaturze. W dziedzinie, którą uprawia się globalnie. W której łatwo się pokonuje bariery geograficzne. Która ma miliony wyznawców nawet w krajach permanentnie utyskujących na zapaść czytelnictwa – takich jak Polska.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Po trzecie, polscy pisarze są biedni.

    Spójrzmy na tyły rankingu „Wprost”. Dwudzieste miejsce zajął w nim Grzegorz Kasdepke. W analizowanym okresie (od 1 stycznia do 18 listopada 2019 roku) uzyskał 134,5 tys. złotych. Dla uproszczenia wyliczeń przyjmijmy, że w skali całego roku zarobi 150 tys. zł, czyli 12,5 tys. miesięcznie.

    Nieźle, prawda? Ale pamiętajcie o tym, że pewnie 99 proc. autorów nigdy nie powącha takich pieniędzy w skali roku. I pewnie większość nie powącha takiej kasy przez całe literackie życie. Kasdepke to ewenement, jeden z przywódców stada, a nie jego typowy przedstawiciel.

    Te 12,5 tys. to wynagrodzenie, na które w warszawskich korporacjach mogą liczyć tabuny ludzi piastujących dziwnie brzmiące menedżerskie stanowiska: key account managerowie, brand managerowie czy inni business partnerzy. Na takie płace mogą liczyć nieźli analitycy finansowi i informatycy – i to często już parę lat po studiach. To wynagrodzenie sporo niższe od tego, jakie otrzymują prawnicy czy lekarze z wieloletnim stażem. Z perspektywy zwykłego Kowalskiego 12,5 tys. złotych brzmi jak spełnienie marzeń o godnym życiu, ale to nie są gwiazdorskie apanaże. To pensja, na którą mogą liczyć miliony Polaków, a nie liderzy ekonomicznego wyścigu.

    ***

    Ważne zastrzeżenie. Tworząc ranking pisarzy, „Wprost” podjął się arcytrudnego zadania. Wyniki bazują na danych odpowiadających jedynie za 10-15 proc. rynku księgarskiego, więc należy je traktować wyłącznie jako dość swobodną ekstrapolację. Ale nie w tym rzecz. Problemem jest przyjęte w rankingu założenie, że czołowi pisarze zgarniają 5 proc. od średniej ceny okładkowej książki, które zupełnie nie trzyma się rynkowych standardów. Jak słusznie zauważył Michał Szafrański (tutaj), gdyby którykolwiek autor z wprostowej dwudziestki współpracował z wydawcami na takich warunkach, byłby negocjacyjnym fajtłapą. Jego zdaniem najlepsi (czytaj: najlepiej komercjalizujący swoją twórczość) mogą liczyć nawet na czterokrotnie wyższe wpływy. Podobnie można interpretować komentarze do rankingu bohaterów zestawienia – m.in. Remigiusza Mroza, Jakuba Żulczyka, Magdaleny Witkiewicz czy Wojciecha Chmielarza. A poza tym kasa z książek to nie wszystko (patrz: Rowling). Są jeszcze pieniądze z praw zależnych, tantiemy za wykorzystanie utworów czy wynagrodzenia ze spotkań autorskich.

    Jednak to wszystko nie zmienia tego, że pod względem zarobkowym polscy pisarze wypadają marnie. Zwłaszcza na tle innych uczestników gigantycznego rynku rozrywkowego – sportowców, aktorów, muzyków czy osobowości telewizyjnych. Nawet czterokrotne pomnożenie szacunków „Wprost” nie wykolei tego stanu rzeczy – co najwyżej zmniejszy skalę zjawiska.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    I nie ma co się zżymać na taki układ. Ludzie, którzy żyją z pisania, wykonują ultraprzyjemną pracę. Opowiadamy historie. Czasem z głowy, czasem zrodzone z rozmów z arcyciekawymi ludźmi. Autorzy, którzy twierdzą, że mają najprzyjemniejszą robotę na świecie, nie mówią tego, żeby się podlizać czytelnikom czy uwiarygodnić swoje oddanie sprawie. Mówią tak, bo w to wierzą. Bo tak jest. Bo uwielbiają pisać.

    A że bardzo niewielu może z tego godziwie żyć? Trudno. Coś za coś. Oczywiście warto walczyć o jak najlepsze traktowanie ludzi piszących, o wzmocnienie naszej pozycji negocjacyjnej, o zabezpieczenie niepewnej pisarskiej starości, ale trudno kwestionować ogólne reguły rynkowej gry. Albo się na nie godzisz, albo powinieneś zająć się czymś innym.

    PS. Mam przywilej otwierania miesięcznego cyklu felietonowego na smakksiazki.pl. Dzięki temu jestem pierwszym autorem, który może Wam złożyć życzenia. A zatem: Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego w 2019 roku! Tysięcy książek – otrzymanych, przeczytanych i wręczonych najbliższym. Jeśli nie z miłości do literatury, to chociaż z litości dla autorów 🙂

    Krzysztof Domardzki

  • Trzydzieści tysięcy minęło jak jeden dzień

    Kiedy czytacie te słowa, blog smakksiazki.pl zbliża się do trzydziestu tysięcy polubień na Facebooku. Fajna sprawa, bo gdy zaczynałem przygodę z książkami, to taki poziom był marzeniem. Są blogi większe, są mniejsze, ale czy to blogowanie, jest naprawdę takie fajne, że garnie się do niego coraz więcej osób?

    Pewnie wyobrażacie to sobie tak: leżę w łóżku do południa, czytam książki, śniadanie jem koło siedemnastej, a pieniądze wpadają na konto. Jeśli tak myślicie, to jesteście bliscy prawdy jedynie z tym, że czytam książki. Paradoksalnie – mam na to coraz mniej czasu, więc ślęczę nad nimi po nocach, ale nie narzekam, bo nadal sprawia mi to ogromną przyjemność, a jeśli przestanie, to pójdę na kasę do Biedronki. Nie narzekam również na to, że jestem swoim marketingowcem, kierowcą, księgowym, kierownikiem produkcji, montażystą, a czasem, nawet i operatorem. Nie narzekam też na to, że czasem chodzę po domu i kombinuję, co wrzucić na tego cholernego Facebooka albo Instagrama, bo przecież coś wrzucić trzeba. Nie wrzucasz, nie istniejesz.

    Innym problemem jest to, że nie mam zbyt seksownych nóg, których zdjęcie z książką mogłoby wygenerować pierdylion serduszek. Nie mam też kota, który leżący na książce wygenerowałby pierdylion kciuków w górę. Mimo wszystko staram się wrzucać rzeczy merytoryczne. Co to oznacza? Ano to, że Michał Rusinek opowiadający o swojej książce nigdy nie wygenereuje więcej serduszek, niż rozmowa o niczym z Blanką Lipińską. No, ale póki mam 100% wpływu na to, co się tutaj pojawia, to o wizytę Blanki się nie martwcie. Swoją drogą, to  Michała będę nagrywał na Śląskich Targach Książki, zobaczymy, czy się Wam spodoba.

    Jo Nesbo, fot: smakksiazki.pl

    Przeczytałem kiedyś w „Forbesie” wywiad z Dodą. Tak, z Dodą. Powiedziała tam kapitalne zdanie, że „podniecanie się lajkami na Facebooku, czy Instagramie, to dokładnie tak, jak podniecać się pieniędzmi z gry Monopoly”. Sam się czasem zastanawiam, dlaczego zdjęcie pustego peronu, na którym miał stać Stanisław Wokulski, ale nie zdążyłem go uchwycić z jadącego pociągu, ma więcej lajków niż Karl Ove Knausgard opowiadający o swojej książce. Mam pewne podejrzenia, dlaczego tak się dzieje, ale mam też nadzieję, że jednak jestem w błędzie.

    Co dalej? Dalej będę prowadził ten pług przez literackie zaułki i autostrady. Dalej będę jeździł za swoje pieniądze na targi we Frankfurcie, żeby dać radość sobie o raz Wam. Bo naprawdę, pogadanie chwilę z Jo Nesbo, Mają Lunde, czy wspomnianym już Knausgardem, jest dla mnie czymś o wiele ciekawszym, niż wydanie kasy na wyjście do klubu. Opowiem Wam anegdotkę. Gdy Umberto Eco przyjechał na Uniwersytet Łódzki, wziął udział w konferencji prasowej. Zdając sobie sprawę, że zainteresowanie dziennikarzy będzie ogromne, wyjechałem z Katowic na tyle wcześnie, że na miejscu byłem dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania mediów z Umberto Eco. Nie powiem, zdziwiłem się srodze, gdy na dziesięć minut przed godziną zero, na sali było może z dziesięcioro przedstawicieli mediów. Dla mnie sam fakt przebywania w jednym pomieszczeniu z pisarzem tej klasy, był czymś niewyobrażalnym. Chyba z pół dnia układałem pytania – nie miałem pewności, że uda mi się zadać chociaż jedno. Po co Wam to piszę? Po konferencji podeszła do mnie Pani Grażyna Szponder, właścicielka Domu Wydawniczego Rebis, pochwaliła za zadane pytanie i obiecała, że jeśli będę chciał z jej wydawnictwem współpracować, to mam się odezwać. Ta współpraca trwa już od czterech lat. Jak się okazało, Umberto Eco zmarł kilka miesięcy później, a moje nagrane w Łodzi ujęcia były wykorzystane w „Faktach” TVN.

    Nie wierzcie w to, że jeśli robicie to, co kochacie, to nie przepracujecie ani jednego dnia w życiu. Guzik prawda, bo jeśli robicie to, co kochacie, to będziecie pracować o wiele więcej i ciężej niż na umowie o pracę. Kiedy pytają mnie, czy warto zostać blogerem, to odpowiadam, że oczywiście, ale pod jednym warunkiem. Jeśli poświęcisz temu wszystko inne – inaczej to nie ma sensu. Nie zrobisz czegoś na pół gwizdka, nie przeczytasz połowy książki, nie zmontujesz połowy materiału, nie wyjdziesz w połowie prowadzonego spotkania. Kilka lat temu powiedziałem jak w pokerze: „all in”. Póki co, mam chleb, ale mam też czym go posmarować, więc powiem Wam jedno – gońcie za swoimi marzeniam!

    Adam Szaja

  • Drogowskaz targowy, czyli gdzie pójść, z kim porozmawiać na Śląskich Targach Książki

    Już za tydzień rozpoczną się Śląskie Targi Książki (6-8.12), więc jeśli jeszcze nie macie rozpiski, do kogo podejść po autograf, gdzie znaleźć ulubionych autorów, to wtedy wchodzę ja, jako Wasz przewodnik oraz drogowskaz w jednym. Tak, jest to przewodnik subiektywny, tak, są tu też spotkania, które prowadzę. Nie, nie musicie się do niego stosować, ale najważniejsze, żebyście przyszli i pobyli trochę towarzystwie literatury. No to, gdzie bywać, kogo znać, kiedy dyżury podpisywania książek? Częstujcie się, a cały program znajdziecie tutaj

     

                                                                                                      Piątek, 6.12

     

    13:00 –  Uroczyste otwarcie Śląskich Targów Książki  – scena główna

    13:30 – 15:00 –  Spotkanie z Marią Konwicką –  scena główna

    15:00 – 16:00 – spotkanie z Wojciechem Orlińskim – Forum 2

    16:00 – 18:00 –  spotkanie z Mariuszem Zielke – stoisko 34  

                                                                                   

                                                                                                     Sobota, 7.12

    10:10 – 10:55 – spotkanie z Tomaszem Duszyńśkim, Forum 1

    10:15 – 10:55 – Marta Guzowska podpisuje książkę „Rok szczura”, stoisko 81

    10:30 – 11:30 – spotkanie z Magdaleną Piekorz, stoisko 14

    11:00 – 11:50 – spotkanie z Ryszardem Ćwirlejem, Forum 1

    11:00 – 11:50 – spotkanie z Jakubem Szamałkiem i Piotrem Borlikiem, scena główna

    12:00 – 13:00 – spotkanie z Maciejem Pieprzycą, stoisko 80

    12:00 – 13:00 – spotkanie z Robertem Małeckim, scena główna

    12:00 – 13:00 – spotkanie z Małgorzatą i Michałem Kuźmińskimi, stoisko 79

    12:00 – 13:00 – spotkanie z Niną Majewską-Brown, Forum 1

    13:00 – 13:45 – Marek Migalski podpisuje książkę „1989 Barwy zamienne”, stoisko 67

    13:00 – 13:50 – spotkanie z Januszem Szostakiem, Forum 1

    13:00 – 14:00 – spotkanie z Romą Ligocką, scena główna

    14:00 – 15:00 – spotkanie z Jakubem Małeckim, Forum 2

    14:00 – 15:00 – Grzegorz Kalinowski podpisuje książkę „Śmierć z ogłoszenia”, stoisko 63

    15:00 – 16:00 – spotkanie z Wojciechem Chmielarzem, scena główna  

    16:00 – 16:50 – panel „Druga strona kryminalnej fikcji”, Forum 2

    17:00 – 17:40 – spotkanie z prof. Jerzym Bralczykiem i prof. Lucyną Kirwil, Forum 1 

    17:00 – 18:00 – spotkanie z  Jerzym Illgiem, scena główna

    17:00 – 18:00 – Przemysław Semczuk podpisuje swoje książki, stoisko 84

                                                                                                    Niedziela, 8.12

     

    10:00 – 11:00 – spotkanie wokół biografii Krzysztofa Wielickiego, scena główna

    10:15 – 10:55 – spotkanie ze Sławomirem Koprem, Forum 1

    11:00 – 11:50 – spotkanie z Michałem Rusinkiem, Forum 1

    11:00 – 12:00 – spotkanie z prof. Jerzym Bralczykiem, scena główna

    12:00 – 12:50 – spotkanie z Jakubem Ćwiekiem, scena główna

    12:00 – 12:50 – spotkanie z Dariuszem Zalegą, Forum 1

    13:00 – 13:50 – spotkanie z Pawłem Reszką, Forum 1

    13:00 – 14:00 – spotkanie z Martyną Bundą, scena główna

    14:00 – 14:50 – spotkanie z Cezarym Łazarewiczem, Forum 1

    14:00 – 15:00 – spotkanie z Markiem Krajewskim, scena główna

     

     

     

     

     

     

  • Telegramy do Jana Pawła II i Edwarda Gierka. Fragmenty książki „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało”

    Mam szczęście, bo ciągle żyję – przyznaje Krzysztof Wielicki, jeden z najwybitniejszych wspinaczy w historii himalaizmu. Jego reporterska biografia to opowieść o determinacji w dążeniu do celu, sztuce cierpienia na ośmiotysięcznikach, śmierci, związanych z nią dylematach moralnych, miłości, a także cenie, jaką trzeba zapłacić za sukces. To historia jednego z ostatnich Lodowych Wojowników. Człowieka, który zdobył wszystko i znalazł powód, aby powiedzieć sobie dość. Ta biografia to także opowieść o tym, jak bardzo zmieniło się środowisko: od pełnych pasji wspinaczy amatorów, po skupionych na sobie profesjonalistach. Łapcie kilka fragmentów książki „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało”, którą Dariusz Kortko napisał razem z Marcinem Pietraszewskim. Odpowiadając od razu na pytanie: tak, już jest w księgarni, można kupować. 

    Teraz albo nigdy. Pozostali po kolei rezygnują: Andrzej Zawada wykończony, Ryszard Szafirski po nocy na Przełęczy Południowej opada z sił, Andrzej „Zyga” Heinrich nie chce próbować, Marian Piekutowski nie da rady iść do góry. Zakopiańczycy Ryszard Gajewski i Maciej Pawlikowski schodzą. Reszta od dawna siedzi w bazie. Zaczynają się pakować. Oficer łącznikowy, mister Sharma, przypomina Andrzejowi Zawadzie, kierownikowi polskiej zimowej wyprawy na Mount Everest: – Jutro ostatni dzień zezwolenia. Do góry idą tylko Leszek Cichy z Warszawy i Krzysztof Wielicki z Tychów. Bardziej doświadczony jest Cichy, wspina się już od dziesięciu lat. W 1975 roku wszedł częściowo nową drogą na Gaszerbrum II, ma więc na koncie ośmiotysięcznik. Ale nie zimą. Rekord wysokości Wielickiego to Pik Komunizma w Pamirze, 7495 metrów. Rok wcześniej wszedł nową drogą na szczyt Annapurny Południowej, ale to tylko 7219 metrów. Też latem. Na ośmiu tysiącach nigdy nie był.

    15 lutego 1980 roku pozwolenie się kończy, a Cichy z Wielickim siedzą w obozie trzecim. Szczyt jest o 1698 metrów wyżej – daleko. Iść, nie iść? Andrzej Wawrzyniak, polski ambasador w Nepalu, przekazuje przez radio wiadomość do bazy pod Everestem: władze zgodziły się przedłużyć o dwa dni pozwolenie na zdobycie szczytu. Mister Sharma chwali się w bazie: – To moja zasługa!

    Krzysztof Wielicki, rok 1980, Everest. Fot: materiały Wydawnictwa Agora

    ***

    Zdążą?

    Warto spróbować. Albo teraz, albo koniec marzeń. Wielicki:

    Czuliśmy się jak kamikadze, jak niewolnicy misji gotowi do jej wypełnienia. 16 lutego, sobota. Budzą się wcześnie rano. Nie muszą się naradzać, wiadomo, że pójdą. Nastroje dobre, samopoczucie wyśmienite. Konieczne rytuały: gotowanie kawy, gorącej herbaty do termosu, przypinanie raków. Czują się mocni.

    Zaplanowaliśmy z Krzysiem Wielickim, że zabierzemy tylko po jednej butli z tlenem. Lżej i szybciej – tłumaczy Leszek Cichy. – Nawet jedna butla sporo ważyła, około siedmiu kilogramów. Do tego reduktor, maska, radio Klimek z baterią, dodatkowe dwa i pół kilograma. Było co nosić. Mieliśmy więc każdy po butli czterolitrowej, po dwieście atmosfer. Policzyliśmy: ponad osiemset litrów tlenu na głowę. Jeśli będziemy zużywać dwa litry na minutę, wystarczy nam na czterysta minut, czyli około siedmiu godzin. Dość, by wejść na szczyt. A potem? Schodzić jak najszybciej.

    Do Przełęczy Południowej docierają w cztery godziny, choć zwykle idzie się sześć. Nie czują zmęczenia. Na przełęczy rozbijają namiot. – Zimą, kiedy wywiewa śnieg, odkrywają się tam ogromne zapasy wszelakiego dobra wyniesionego przez poprzednie ekipy – wspomina Wielicki. – Człowiek chodzi po Przełęczy Południowej jak hiena i szuka. Tu chleb się znajdzie, tu galaretki, butle z tlenem, butan.

    Uczta na wysokościach: liofilizowany kotlet cielęcy, pasztet, chrupki chleb. Potem połączenie przez radio z bazą. Prognozy są pomyślne: słaby wiatr, zachmurzenie umiarkowane, ale w namiocie temperatura wynosi minus czterdzieści dwa stopnie. Wielicki: – Na noc przygotowaliśmy sobie tlen, ale nie mogłem przyzwyczaić się do spania w masce. Tlen się skrapla, kapie na nos i usta,maska uwiera, wymusza pozycję na plecach.

    Czwarta rano. Znów gotowanie wody, herbata do termosów, śniadanie, meldunek do bazy: pogoda w normie, czują się dobrze, o siódmej rano wyjdą z obozu. To najlepszy moment, bo słońce zaczyna się wznosić. Gdy zaświeci nad przełęczą, będzie co najmniej o stopień cieplej. – Widok jasnego nieba i iskrzącego się śniegu dodawał nam otuchy. Czułem się wyśmienicie, rozpierało mnie, jakbym miał już ten Everest w kieszeni – opowiada Wielicki.

    17 lutego, niedziela. O świcie łączą się z bazą – Będziemy dzisiaj atakować szczyt – meldują. – Powodzenia, chłopaki. – Dziękujemy. Tanio skóry nie sprzedamy!

    Wychodzą z namiotu o 6.45, na zewnątrz minus czterdzieści dwa stopnie. Pierwszy odcinek jest łatwy, śnieżny kuluar osłania wspinaczy od wiatru. Co godzinę wchodzą średnio o sto osiemdziesiąt metrów wyżej. Świetne tempo, ale pogoda się zmienia, zaczyna kurzyć. Wiatr porywa sypki śnieg i dmucha nim w twarze. Pod stopami lodowisko. Wchodzą na grań, a tam też kiepsko, śnieg wywiało, trzeba iść w rakach po gołej skale. Za chwilę pole kopnego śniegu. – Czas dłużył się niemiłosiernie. Straciłem już nadzieję, że to nużące podejście skończy się kiedykolwiek – powie potem Cichy.

    Do szczytu już niedaleko, ale to najtrudniejszy odcinek. Nie można iść granią, bo śnieżne nawisy są niestabilne, można spaść razem z nimi. Nieco bezpieczniej jest pod samą granią, ale wiatr się wzmaga. Ryzykują, nie asekurują się liną, nie zakładają stanowisk. Nie ma czasu. Nim zapadnie zmierzch, muszą wejść na wierzchołek i zejść do obozu na Przełęczy Południowej. Na uskoku Hillary’ego – skale o wysokości ośmiu metrów broniącej dostępu do szczytu – wiszą stare poręczówki. Latem skała jest łatwa do przejścia, ale zimą oblepia ją gruba warstwa śniegu. Jeden nieostrożny ruch i można odpaść razem z bryłą śniegu.

    Szybka decyzja: nie będą go odrąbywać od skały, wygląda na dobrze utwardzony, zaryzykują. Szczęście im sprzyja, wdrapują się bez problemów. Widać wierzchołek? Jeszcze nie.

    Porywisty, lodowaty wiatr smagał nas po twarzach. Odwracaliśmy głowy i szliśmy z twarzami zwróconymi do stoku – wspomina Cichy. – Co chwila wydawało się, że szczyt jest tuż-tuż, że najwyżej kilka kroków dzieli nas od końca wspinaczki. A potem wchodziłem na któryś z kolejnych wierzchołków i widziałem następny, następny, następny. Dokładnie o godzinie 14.25 stanąłem na tym prawdziwym, najwyższym, najważniejszym wierzchołku. Chwilę potem Krzysiek był już przy mnie. Powinienem przeżywać największą euforię swojego życia, czuć, jak rosną mi skrzydła, albo mieć jakieś mistyczne omamy. Nic z tych rzeczy, po prostu stałem i ciężko dyszałem.

    ***

    Zawada przy radiu, przekrzykuje wiatr: – Halo dwójka, halo dwójka. Słyszycie? Gdzie jesteście? Odbiór! Nie słyszę! Wielicki: – Na szczycie jesteśmy! Na szczycie zimą! Wasza zasługa. – Hurra, hurra! – krzyczy Zawada. – Są na szczycie! Hurra, całujemy! Hurra, rekord świata!

    Wielicki: – To dzięki wam, dzięki wszystkim w bazie, w Katmandu, w kraju mogliśmy wejść. Sukces jest wspólny!

    Zawada jest podejrzliwy, chce mieć pewność, że chłopaki są na Evereście: – A jest tam triangul? Oczywiście, że jest. Konstrukcję ze stalowych rurek wznieśli Chińczycy w 1974 roku. W jednej z rurek tkwi karteczka, wiadomość od poprzedniego zdobywcy szczytu, Raya Geneta: „Jeśli chcesz się dobrze zabawić, zadzwoń do Pat Rucker w Anchorage na Alasce, pod numer 274-2602”. Podczas prelekcji na Alasce Cichy odczyta treść kartki, wszyscy będą się śmiali, bo Genet podał numer do prostytutki.

    Ale teraz wszyscy są ciekawi, jak jest na szczycie. – Zimno tu, wieje jak cholera, strasznie ciężko. Gdyby to nie był Everest, to chybabyśmy nie weszli – mówi Cichy.

    Trudny odcinek między południowym wierzchołkiem a szczytem robiliśmy półtorej godziny – relacjonuje Wielicki. – Straszne nawisy – dodaje Cichy.

    Bardzo boimy się zejścia.

    Będziemy uważać, ale mamy, mamy Everest zimą!

    ***

    Zawada szaleje z radości, łączy się z Warszawą. Hannie Wiktorowskiej, sekretarz generalnej w Polskim Związku Alpinizmu, każe powiadomić wszystkich o niesamowitym wyczynie.

    Wszystkich, czyli kogo? – dopytuje Wiktorowska.

    No wszystkich, od papieża po pierwszego sekretarza! – emocjonuje się Zawada.

    Wiktorowska skrupulatnie wypełnia polecenie. Najpierw wysyła telegram do Jana Pawła II, potem do Edwarda Gierka, pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jeszcze nie wie, jaki będzie z tego kłopot. Kolejny zgrzyt. Informacja idzie w świat, a radiooperator Bogdan Jankowski nie może się połączyć z ministerstwem turystyki w Katmandu. W Nepalu ze względu na hinduistyczne święta urzędy nie pracują. Nepalczycy bardzo pilnują, żeby informacje o sukcesach himalajskich wypraw wychodziły od nich. Andrzej Wawrzyniak, polski ambasador w Nepalu, próbuje ratować sytuację – dzwoni do jednego z urzędników w ministerstwie, ale to nieoficjalna rozmowa. O sukcesie Polaków informują już światowe agencje, Nepalczycy są więc śmiertelnie obrażeni.

    Wolna Europa podaje, że Polacy na szczycie ustawili krzyż czterometrowej wysokości. W Polsce euforia, nikt nie dementuje tej absurdalnej informacji.

    Najpierw wyciągnęliśmy flagi polską i nepalską. Próbowałem zrobić zdjęcie Leszkowi, który trzymał je w dłoniach, ale migawka w enerdowskim aparacie Certo zamarzła i ocalała tylko jedna klatka – opowiada Wielicki. – Na triangulu zawiesiliśmy różaniec poświęcony przez polskiego papieża i czterocentymetrowy krzyżyk od matki operatora filmowego Stanisława Latałły, który zginął sześć lat wcześniej na stokach sąsiedniej Lhotse. Do schowka włożyliśmy kartkę z napisem: „Polish Winter Expedition”. Leszek pozbierał ze szczytu kilka kamieni, a ja włożyłem do plastikowych torebek kilka garści śniegu, prosili o to naukowcy.

    ***

    Na dole ekscytacja, na Evereście spokój. – Przyjąłem to wejście jak coś, co nieuchronnie musiało się stać, jak coś najbardziej zwyczajnego i naturalnego – zwierzy się potem dziennikarzom Leszek Cichy.

    Wielicki: – Bałem się euforii, chciałem jej uniknąć za wszelką cenę. Wiedziałem, że sukces liczy się naprawdę tylko wtedy, kiedy „doniesie się” go do bazy.

    Pięć po piętnastej zaczynają schodzić. Najpierw idzie łatwo, kłopoty czekają przy uskoku Hillary’ego. Cichy myśli o asekuracji liną, ale Wielicki się spieszy. Szkoda mu czasu, pierwszy wchodzi tyłem na oblepioną śniegiem skałę. Wbija stylisko czekana w śnieg, sprawdza, czy jest stabilne, chwyta obiema rękami głowicę i szuka stopami kolejnego miejsca podparcia. Przy każdym uderzeniu butem w stok stopy bolą go coraz bardziej. Jest niemal pionowo, więc maska tlenowa zsuwa się mu z twarzy. Zaczyna wiać, wskaźniki w butlach z tlenem pokazują zero. Wspinacze mogą teraz wyrzucić butle, ale najpierw muszą odkręcić reduktory. Trzeba je szanować, w Polsce są trudno dostępne.

    Na wierzchołku południowym mają się połączyć z bazą, ale wolą iść dalej. Czas! Trzeba liczyć każdą minutę w strefie śmierci. – Nagle straciłem wzrok – mówi Wielicki. – Widziałem tylko białe plamy, żadnych kształtów, proporcji i barw. Przede mną biała, nieprzenikniona ściana. Utraciłem poczucie kierunku. Stałem bezradny na stoku i bałem się ruszyć. Założyłem okulary przeciwsłoneczne, które zdjąłem przy podejściu, bo wciąż zachodziły mgłą. Czekałem, aż oczy odpoczną.

    Trwa wyścig ze słońcem, które na Evereście w połowie lutego zachodzi kilka minut przed osiemnastą. Cichy: – Kiedy skręcaliśmy z grani na stok, robiło się już szarawo. W odległości około pięćdziesięciu metrów zobaczyliśmy siedzącą na śniegu sylwetkę. Hannelore Schmatz.

    Dobrze znali jej historię. Hannelore zaginęła na Evereście rok wcześniej. Razem z Amerykaninem Rayem Genetem i dwoma Szerpami schodzili ze szczytu. Też skończył im się tlen – to tak, jakby kogoś przenieść nagle z wysokości sześciu tysięcy na osiem tysięcy metrów. Tylko najsilniejsi mają szansę przetrwać taki szok. Mózg żąda tlenu, a jeśli go nie dostanie? Genet wpadł w szał, wyrzucił plecak, chciał się rozbierać, przytrzymał go Ang, jeden z Szerpów. Błagał, by jak najszybciej schodzić, ale Genet nie słuchał. Zaczął kopać w śniegu jamę, zamierzał w niej zostać na noc.

    Szerpa prosił Hannelore, żeby się ratowała i zeszła z nim niżej, ale Niemka nie miała siły. Postanowiła zostać z Genetem. Angz szedł do obozu po pomoc samotnie, z dwójką himalaistów zostawił dwudziestoletniego Szerpę Sundarego. Genet umarł w nocy. Hannelore rano próbowała zejść z Sundarem, ale po stu metrach usiadła i powiedziała cichutko: „Dajcie mi pić, bo umieram”. Już nie wstała.

    Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy ściągają jej z szyi aparat fotograficzny i łańcuszek. Odeślą to potem mężowi Hannelore. – Czy was to nie przestraszyło? Co myśleliście w tym momencie? – zapytają ich dziennikarze.

    Nic nie myśleliśmy – odpowie Wielicki. – Wyczerpany człowiek, który walczy o przetrwanie, traci wszelką skłonność do filozofowania. Bierze rzeczy takie, jakimi są. Słucha tylko własnego organizmu, myśli jedynie o tym, czy są jeszcze siły, by walczyć. Człowiek zamyka się w sobie, nie ma najbliższych, nie ma kolegów w bazie, nie ma nikogo na świecie. Jest się skupionym wyłącznie na tym, gdzie postawić stopę i co się ma przed sobą. Nie wolno myśleć o tym, co się może złego zdarzyć, jakie przeciwności trzeba jeszcze pokonać. Nie wolno panikować. Panika to wyrok śmierci.

    Powtarzałem sobie: Będziesz szedł, nie wiem, jak długo, ale w końcu dojdziesz.

    A refleksje, rozmyślania, uogólnienia? – dopytują dziennikarze.

    Przychodzą później, w domu. Nie tam, na stoku.

    Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski, fot: Anna Lewańska
  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #13

    Skąd pani wie o audiobooku?

    Inspektor Madej zawiesił głos. Miał ochotę uzupełnić pytanie o jeszcze jedno słowo, powszechnie znany nic nieznaczący przerywnik na „k”.

    Ja wiem wszystko, panie inspektorze – odparła zimno Marta Massalska zwana Massą. Siedziała z założonymi nogami w tym samym ciasnym gabinecie, w którym wczoraj odsłuchiwali z profesorem Cegielnię, i bębniła palcami po blacie biurka. – A czego nie wiem, zaraz mi doniosą. Moja praca, jakby pan zapomniał. Proszę darować sobie głupie pytania i powiedzieć mi, kto to napisał.

    Nie wiem.

    Czyli anonim. A kto wydał? I nagrał?

    Nie wiem. I nie wiem.

    Bez jaj, inspektorze. Płyta jest na rynku, można kupić i przeczytać na okładce.

    To proszę kupić i przeczytać. Z jajami albo bez.

    Pomilczała chwilę. Młode dziennikarki w starciu ze starszymi facetami na urzędach mają swój zestaw narzędzi pozasłownej perswazji: seksowne ubranie, ostry makijaż, nieruchomy i przenikliwy wzrok plus przytykanie języka do górnej wargi. Massa zastosowała je wszystkie naraz w sposób daleki od powściągliwości. Zadziałało i inspektor Florian Madej się skulił.

    Już to zrobiłam. Nic się nie wydarzyło. Leciało jakieś stare romansidło, marna kopia Jane Austin. W księgarni również niczego mi nie umieli powiedzieć. A teraz się jeszcze w dodatku sfajczyła. Dlatego przyszłam do pana. Prowadzicie śledztwo?

    Analityczna myśl inspektora opukiwała każde słowo dziennikarki. Romansidło? Kopia Jane Austin? Ciekawe. Takiego wariantu fabuły Cegielni jeszcze nie napotkał. Potwierdzało to jego wcześniejsze przypuszczenie, że każdy słyszy z audiobooka nieco inny tekst, jak gdyby Cegielnia dobierała fabułę do słuchacza. Absurdalność tego przypuszczenia była wprawdzie obezwładniająca, ale całą tę historię przenikał absurd.

    Jeśli spyta Massę o fabułę, zdradzi jej trop. Zdradzi w ogóle fakt, że prowadzą jakieś dochodzenie w sprawie Cegielni, co nie do końca było prawdą. On prowadził. Bez wiedzy komendanta i kolegów, którym nie miał nawet jak o tym opowiedzieć. Nie było języka. Jeśli jej nie spyta – będzie uboższy o informację. Na tyle ważną, że zdołała przyciągnąć do jego biura słynną Massalską.

    Jakie romansidło? – spytał pozornie obojętnym tonem. Nie dała się nabrać.

    Ha! A jednak! Chce pan wiedzieć, co usłyszałam! Cegielnia ma jednak swoje tajemnice! Doskonale. Chcę wiedzieć wszystko o tym pieprzonym audiobooku, albo zrobię taki rozpiździel, że się tu nie pozbieracie! Jazda, inspektorze, wszystko! Od początku! Kto był pierwszą ofiarą?

    Niepotrzebnie się odezwał. Ci dziennikarze potrafią wyciągać informacje nawet z tego, czego w ogóle nie powiedziałeś. Zwłaszcza z tego. A potem się jeszcze okazuje, że te informacje jakimś cudem są prawdziwe.

    Pierwsza ofiara? O czym pani w ogóle mówi? To jakaś totalna bzdura! Pytałem o audiobook, ponieważ właśnie taki znaleźliśmy przy ofierze pożaru w księgarni. Stopione pudełko i niedopalone resztki obwoluty…

    On tego słuchał?!

    – …stąd znamy tytuł – ciągnął inspektor nie dając się zbić z tropu. – Jeśli pani wie więcej na ten temat, proszę mi powiedzieć. Dla dobra śledztwa.

    Jakiego śledztwa?

    Śledztwa w sprawie pożaru. Przy ofiarach śmiertelnych zawsze jest obecna policja kryminalna.

    Ten chłopak słuchał Cegielni? Jak on się nazywał?

    Hmm…

    No już, panie inspektorze. I tak się dowiem.

    Wykrzywiła usta w instagramowym uśmiechu i dotknęła językiem kącika warg.

    Eliasz Baumgarten.

    Serio? To też jakaś postać z audiobooka?

    Nie, z rzeczywistości. To znaczy teraz już nie…

    Dobrze, dobrze. Czyli on zginął przy słuchaniu Cegielni, tak samo jak moja córka. Kto jeszcze? Ile macie tych ofiar? No już, inspektorze, oszczędźmy sobie zachodu i porozmawiajmy szczerze. – Wychyliła się nad biurko, by pan policjant miał głęboki wgląd w jej dekolt. – W przeciwnym razie dowiem się sama, a pan ze swoją nieżyczliwością dla prawdy znajdzie się po drugiej, ciemnej stronie. Chyba pan nie chce, prawda?

    www.unsplash.com/Bank Phrom

    Uśmiechnął się pod nosem. Nie miała pojęcia, jak bardzo chciałby się znaleźć po drugiej, ciemniejszej stronie tej historii. Znacznie bardziej niż po drugiej stronie biurka, falującej mu teraz przyjemnie przed oczyma. Powstrzymywał go brak sposobu na przedostanie się TAM. Nie do dekoltu Massy, tylko do cegielni. Trochę rozpaczliwie liczył na pomoc tego profesorka o twarzy myśliwskiego ogara, który stracił trop i rozgląda się po lesie z głupią miną nie wiedząc, co począć. Zawiódł się i zaczynał żałować, że mu tak wiele zdradził ze swoich pomysłów. Ale o tym wszystkim nie mógł Massie powiedzieć.

    Zastanawiał się, czy w ogóle powinien jej cokolwiek mówić. Jeśli to zrobi, uruchomi machinę podejrzeń, insynuacji i zwykłych plotek, nad którą trudno będzie zapanować, a konsekwencje mogą być nieprzewidywalne. Jeśli tego nie zrobi, ona pozbiera strzępy danych i wysmaży jakąś bzdurę o równie nieprzewidywalnej szkodliwości. Tak źle i tak niedobrze. Najchętniej by ją utopił w kubku kawy i zamknął jej niewyparzoną jadaczkę na zawsze, ale takie marzenia się nie spełniają. Pozostaje żmudne rzeźbienie scyzorykiem w kamieniu. Wziął głęboki oddech.

    Mogę to zrobić pod jednym warunkiem: że pani nikomu nie powie. Wiem, jak pozbawione szans powodzenia jest takie żądanie wobec profesjonalnej dziennikarki, ale apeluję do pani sumienia. Nie ma żadnego śledztwa, nie korzystam z pomocy zespołu techników i prokuratorów, jestem sam. Gdybym tylko spróbował uruchomić procedury, mój przełożony uruchomi natychmiast procedurę przeniesienia mnie na emeryturę, z sugestią diagnozy psychiatrycznej. A ja chcę jeszcze trochę popracować. Powiem pani jako pogrążonej w żałobie matce, która ma prawo wiedzieć. Chociaż trudno stwierdzić, co dokładnie. Gotowa?

    Oczywiście, po to tu jestem.

    Takich przypadków, jak pani córka, naliczyłem w tym roku co najmniej siedem.

    Kurwa mać… – wyrwało się Massalskiej. Przygryzła wargę tak mocno, że Madej z napięciem czekał na wytryśnięcie strumienia krwi.

    Mówię „co najmniej”, ponieważ niektóre są na tyle niejasne, że zakładamy pomiędzy zgonem ofiary a audiobookiem związek możliwy, ale o nieznanym stopniu prawdopodobieństwa.

    Czyli w sumie ile? – spytała zduszonym szeptem.

    Powiedzmy… piętnaście?

    Ja pierdolę… – ciągnęła w swoim stylu. – Audiobook seryjny morderca. W dupę jeża, to przecież niemożliwe! Jak on to robi? Co tam jest? Dlaczego słuchałam i nic mi się nie stało? A pan? – spytała nagle pokazując go palcem. – Pan też słuchał i nic? Super! Kurwa jego mać, ale kosmos!

    Spokojnie, to żaden kosmos. Nie możemy wykluczyć zwykłego zbiegu okoliczności. Tania płyta w taniej księgarni, intrygująca okładka i pełen zachęt opis na pudełku… po prostu rozeszło się wśród ludzi i dlatego znajdujemy je na miejscu kilku zgonów…

    Kilkunastu.

    Dyskusyjne. Nie w tym jednak rzecz. Chodzi o techniczną definicję narzędzia zbrodni. Nie tylko „kto zabija”, ale i „czym”. Powiedzieć, że audiobook zabija fabułą to mniej więcej tyle, co uznać za mordercę zmiany atmosferyczne. Na przykład halny w Tatrach, który morduje za pomocą gwałtownych skoków ciśnienia. Że się wytwarza jakaś aura, klimat do zbrodni, krwiożerczy albo samobójczy nastrój – trudne.

    Nie moglibyście po prostu zakazać rozpowszechniania tej Cegielni? – odezwała się Massalska. – Wystarczy byle powód w rodzaju społecznej szkodliwości czy niedopełnienia formalności prawnych. Przecież macie takie narzędzia.

    Mamy i nie mamy. To musi iść przez sądy, a te żądają dowodów. Co mam im dać – zdjęcie ofiary ze słuchawkami na uszach? Nadtopione w pożarze pudełko? Zrobię z siebie idiotę.

    Tego to bym się akurat nie obawiała – wtrąciła enigmatycznie dziennikarka. – W każdym razie powinniście jeszcze przed ustaleniem czegokolwiek zakazać słuchania tego audiobooka. Na wszelki wypadek i dla dobra ludzi.

    Przez krótką chwilę patrzyli na siebie i każde z nich usiłowało potraktować tę wymianę spojrzeń jak próbę sił przed walką. Szachiści przed zajęciem miejsc przy stoliku. Rywale w pojedynku na miny.

    Niczego nie wiemy na pewno. Nie ma nawet jako tako prawdopodobnych przypuszczeń.

    Mam inny pomysł, panie inspektorze. Posłuchajmy razem i zobaczymy, co się stanie. Mam płytkę ze sobą…

    Zaczęła grzebać w przepastnej torbie na ramieniu, gdzie grzechotały przedmioty reprezentujące bliżej mu nieznane królestwo, mamrocząc pod nosem dalsze ciągi przygody z ciałem jeża.

    Niech pani da spokój – powstrzymał ją ręką. – Nie będziemy niczego słuchać. To bezcelowe.

    Dlaczego? – zdziwiła się. – Już próbowaliście? Oczywiście, przecież użył pan liczby mnogiej: „zakładamy możliwy związek”. Z kim pan zakłada?

    Cholera – zaklął cicho żałując, że w ogóle zaczął tę rozmowę. Wyciągnie z niego wszystko.

    Pani Marto, niech mi już pani da spokój. Wystarczy na dzisiaj. Jestem wykończony, a mam jeszcze całą kupę papierów do przerobienia. Porozmawiamy później, jak będę miał coś więcej. To sprawa nie tylko dziwna, ale i niezwykle delikatna. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby taka informacja przedostała się do opinii publicznej. Zatem koniec, niczego więcej nie powiem.

    To nieuczciwe – oświadczyła ostro. – Obiecał mi pan powiedzieć wszystko, a teraz nagle milknie.

    Nie wszystko, tylko tyle, ile mogę – bronił się. – Koniec, do widzenia.

    Właśnie o to mi chodzi, panie inspektorze – odparła tajemniczo i podniosła się z krzesła. – Niech pan do mnie zadzwoni, kiedy dowiecie się czegoś nowego. Jako matka powinnam wiedzieć. I złapcie go, bo to bardzo niebezpieczny przestępca – zakończyła unosząc palec w górę jak biblijna prawodawczyni.

    Nikomu ani słowa – przypomniał również unosząc palec.

    Pożegnali się i Massalska wyszła, a on usiadł za biurkiem i chwilę oddychał ciężko. Był na siebie zły. Każda rozmowa z tą kutą na cztery nogi babą kończyła się poczuciem totalnej klęski. Miał nic nie powiedzieć, a powiedział wszystko, w zamian otrzymując jakieś zdawkowe zapewnienia i sarkastyczne komentarze. Powinien ją od razu przegnać, ale nie miał sumienia. Załatwiła go tą nieżyjącą córką. Każdego ojca można załatwić nieżyjącą córką. To jeden z najpotężniejszych związków pomiędzy ludźmi.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Myśl o córce Massalskiej skwapliwie podjęła wątek i powędrowała do Justyny. Nie widział jej od ponad roku. Parę razy pisał do niej mejla i pytał ogólnie, co słychać, bo na więcej nie było go stać. W jednym zapytał, czy nie będzie kiedyś przejazdem w Krakowie, bo on teraz jest mniej zajęty i mogliby zamienić parę słów przy kawie, i w ogóle… Na żaden z listów nie odpowiedziała. Bolało. Gdyby potrafił być trochę mniej okrutny wobec siebie, z łatwością poszukałby usprawiedliwień za tamte przegapione lata, kiedy pracował jak szalony, a dziecko czekało na niego w domu bez końca dopytując matki, czy tatuś dzisiaj wróci. Ale nie – wolał okrucieństwo. To wszystko jego wina.

    Jakie to cholernie niesprawiedliwe, że dostajesz jedno krótkie życie, bez przygotowania, bez prób, nawet bez korektora, którym można by to i owo wymazać i zapisać czymś innym. Nie. Raz, bez poprawek, a rachunek w całości do zapłacenia na miejscu. Odroczenia jeszcze pogarszają sprawę. Gdyby mógł teraz chociaż na chwilę wrócić tam, do tamtej ciasnej kuchni w ich małym mieszkaniu na nowohuckim osiedlu, usiąść przy stole i powiedzieć: „Wybaczcie, już więcej nie będę. Dosyć. Zostaję w domu. Jesteście dla mnie najważniejsze”. Takie fajne, proste słowa, które później powtarzał dziesiątki razy do brudnego lustra w łazience jego jeszcze ciaśniejszej, porozwodowej kawalerki. Później. Kiedy już było za późno.

    Dopił łyk kawy, tej samej, w której przed chwilą chciał utopić natrętną dziennikarkę. Dał się ponieść emocjom. Jej matczyny ból po stracie córki miał swoje prawa i on chciał je zwyczajnie uhonorować. Co w tym akurat przypadku nie miało większego znaczenia, ponieważ Massalska potrafiła się dowiedzieć wszystkiego, za wszelką cenę i bez względu na wszystko. Jak nie od niego, to od kogoś innego…

    Cholera.

    Podniósł słuchawkę i wybrał wewnętrzny do budki wartowniczej na dole.

    Dobry wieczór pani Violu, czy ta dziennikarka już wyszła?

    Massalska? Tak, już pojechała.

    Rozmawiała z panią?

    Właściwie nie… tylko, no wie pan inspektor, „do widzenia”, te sprawy.

    Usłyszał ten ton, którego się właśnie obawiał.

    Miła była?

    Tak, bardzo! Dała mi nawet parę próbek lakierów do paznokci. Takich drogich, co bym sama sobie nigdy nie kupiła.

    Aha, drogich. A za co?

    Pięć sekund ciszy.

    No… za nic. Tak po prostu.

    Wciągnął głęboko powietrze. Znał tę zasadę jak zły szeląg: jeśli coś może iść najgorzej, to pójdzie. Przekazał mu ją pewien stary inspektor, dawno temu, kiedy on był młodym ambitnym, śledczym i brał wszystkie roboty jak leci, żeby pokazać, jaki jest dobry. I kiedy zaniedbywał żonę i córkę, na tyle skutecznie, że go porzuciły. A stary inspektor (który wtedy był młodszy od niego dzisiaj) całkiem już stracił wiarę w dobry świat i robotę chętnie mu oddawał. Nie widział żadnego sensu w dalszym łapaniu przestępców, więc wrócił do odstawionego wcześniej picia i umarł na marskość wątroby. W policji to klasyka.

    Pani Violu, powiedziała jej pani, że wczoraj był u mnie profesor Zawijas?

    Noo, to znaczy… nie wiedziałam, że to takie ważne. Ona jest dziennikarką.

    Tak, do diabła! Właśnie o to chodzi, że jest dziennikarką! Coś jeszcze jej pani powiedziała? Adres? Telefon?

    No, komórkę. Ale panie inspektorze…

    Rozłączył się. Przejechał dłonią po włosach. Westchnął ciężko jak hipopotam. Nie to szlag. Niech to jasna cholera!

    Nie zdążył wybrać numeru do Zawijasa, kiedy odezwał się sygnał jego komórki. Dzwonił Macerak.

    Panie inspektorze, jeszcze jedna ciekawostka – mówił szybko i niewyraźnie, jak zawsze, kiedy był czymś poruszony. – Jestem tu u techników w laboratorium, badają smartfona tego truposza z księgarni…

    Jak ty mówisz.

    No, tej ofiary z pożaru. O dziwo, telefon jest w miarę cały i udało się ustalić, jaki plik facet miał włączony w chwili śmierci. To ta Cegielnia. Kurcze, panie Florianie, coś jest na rzeczy.

    Tak, wiem – mruknął inspektor. – Bartek, słuchaj, nie rozgaduj tam naszych podejrzeń co do tego popieprzonego audiobooka, dobrze? Możemy sobie więcej zaszkodzić niż pomóc.

    Ale…, bo ja im już trochę zleciłem zbadanie tego pliku.

    Trochę? To znaczy, co im powiedziałeś?

    Żeby szukali jakiegoś wirusa, albo dziwnej apki.

    Czego?

    Noo, aplikacji. To jest taki mały programik…

    Wiem, co to jest aplikacja – przerwał mu z irytacją Madej. – Nic im więcej nie mów. I wracaj tu do mnie, trzeba dzisiaj zrobić jeszcze jedną ważną rzecz.

    Jaką?

    Dowiesz się na miejscu.

    Rozłączył się i schował telefon do kieszeni, po czym natychmiast wyjął go z powrotem. Na środku czarnego ekraniku pulsował czerwony punkt. Od pojedynczego piksela rósł do rozmiarów gałki ocznej, po czym malał z powrotem do ledwie widocznej kropki. Puls był powolny i jednostajny, jak otwierające się i zamykające czerwone oko. Istotnie, w swoim maksymalnym powiększeniu plama miała w środku czarną źrenicę. Wpatrywała się wprost w niego.

    Ki diabeł?

    Przytrzymał palcem przycisk wyłączania i komórka spytała, czy „turn off”. Potwierdził i posłusznie się wyłączyła. Odczekał zalecane dziesięć sekund i włączył ponownie. Najpierw zatańczył czerwono-niebieski napis SAMSUNG, potem zajaśniała tapeta z widoczkiem stawu i zachodzącego za groblą słońca. Jeszcze raz wcisnął guzik i ekranik zgasł, przechodząc w stan czuwania. Był kompletnie czarny. Oko znikło.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Nie było czasu na zabawy. Wybrał numer do profesora i natychmiast dowiedział się, że jest za późno. Massalska już do niego dzwoniła i wprawdzie ją zbył, ale bez poczucia oszałamiającego sukcesu. Zdaniem profesora, dziennikarka była mocno zdeterminowana i gotowa na rzeczy, od których można było nabawić się solidnego niepokoju. W charakterze rewanżu inspektor podzielił się informacją o Cegielni w uszach chłopaka, który zginął w pożarze księgarni na ulicy Grodzkiej.

    – „Pojmiecie znaki niechybnie”… – mruknął Zawijas ponurym głosem.

    Otóż to, profesorze. Otóż to. Dlatego musimy podjąć jakieś działania. Jak pan widzi, czasu w tej sprawie coraz mniej, podobnie jak wątpliwości.

    Chciał dać Zawijasowi do zrozumienia, że również wie więcej niż ujawnił w rozmowie, ale tamten nie dał się nabrać. Wiedział – i nie chciał.

    Przepraszam, panie inspektorze, ale jestem bardzo zajęty. Mam inne sprawy na głowie i przede wszystkim na nich muszę się skupić. Może kiedyś wrócimy do naszej rozmowy…

    W słuchawce zaszeleściło, jak nagły wiatr w suchych trzcinach, i inspektor Madej usłyszał oczyszczony z wszelkiej niewieściej delikatności kobiecy głos profesora.

    Proszę zostawić mojego męża w spokoju! Słyszy pan?! On jest chory i potrzebuje pomocy! Właśnie jedziemy do lekarza. Ma nawrót poważnej, śmiertelnej choroby i to nie są żarty! Niech się pan odczepi! – I po krótkiej pauzie: – Do widzenia!

    Połączenie zostało przerwane i ekranik przez chwilę zalecał się jeszcze do Madeja swoim sielskim jesiennym widoczkiem, po czym zgasł. Inspektor odczekał pół minuty, czy z głębi szklanej czerni nie prześwietli go czerwone oko, wzbogacone dodatkowo o złośliwy chichot z głośniczka, ale nic takiego nie nastąpiło. Schował do kieszeni martwy prostokącik, ciepły i śliski od jego spoconej dłoni.

    Chory? Jedzie do lekarza? Nawrót śmiertelnej choroby? Inspektorowi Madejowi usta same rozciągnęły się w ironicznym uśmiechu. Bynajmniej nie dlatego, że bawiły go kłopoty zdrowotne profesora, ale dlatego, że tak właśnie wyobrażał sobie rozwój tej do bólu absurdalnej i niemożliwej sytuacji. Że ktoś – coś – będzie mu ciągle przeszkadzać, rzucać kłody pod nogi i odbierać najpotrzebniejszych współpracowników. Będzie mu gasić światło w połowie schodów do piwnicy, puszczać wrzątek pod prysznicem i rozlewać na kafelkach mydło w płynie. Jak w tanim horrorze. A zawsze chciał być bohaterem gangsterskiego kryminału!

    Trudno. Nikt nie obiecywał, że świat to harmonia czystych konwencji.

    Właściwie to powinien się porządnie puknąć w głowę. Najlepiej swoim kubkiem do kawy, po czym straciłby na chwilę przytomność i po jej odzyskaniu powrócił do normalności. Był jednak wystarczająco stary i doświadczony by wiedzieć, że normalność w sensie powszechnym nie istnieje. Dla każdego jest inna. Jego prywatna normalność mogłaby na dzień dzisiejszy wyglądać tak: inspektor Florian Madej po odzyskaniu przytomności będzie miał audiobook wymazany z pamięci, a wraz z nim wszystkie fakty, poszlaki i koincydencje, które wskazywały na jego morderczą działalność. Obudzi się z tego głupiego i nieco już męczącego snu, by na nowo podjąć heroiczną pracę zmierzającą do przejścia na rychłą i niewątpliwie zasłużoną emeryturę oficera policji. Kropka. Punto. Co miało być, już było i fanaberie wyobraźni tego nie odwrócą. Zapada ciemność nad republiką życia, idzie dyktatura śmierci. Cisza wieczności.

    Wieczność jest niema!

    Podskoczył na krześle. Krzyk w głowie zsynchronizował się z dwoma innymi dźwiękami. W kieszeni zabrzęczała komórka, a za jego plecami włączył się odtwarzacz kompaktowy, w którym od wczoraj tkwiła Cegielnia. Jedną ręką sięgnął do kieszeni, podczas gdy drugą usiłował wyłączyć urządzenie. Nie zdążył. Gapił się w pulsujący czerwony punkt na wyświetlaczu komórki, pod którym widniało w tym samym kolorze: JUSTYNA. Dotknął go palcem i przytknął do ucha. Pulsujące oko zgasło. W słuchawce szumiał górski potok przerywany rytmicznymi pluśnięciami, jakby ktoś wiadrem nabierał wody i wylewał ją z powrotem.

    Halo? Justyna?

    Nikt się nie odezwał. Napis na ekranie przekręcił się pionowo i wyglądało to teraz tak, jakby JUSTYNA wspinała się na stromą górę. Trwał w tej pozycji kilka sekund, a następnie obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i jego córka zaczęła spadać w przepaść. Nagle zrozumiał i się przeraził.

    Justyna? Jesteś tam? Justyna!!!

    Szum górskiego potoku ścichł jak skręcony na potencjometrze i w słuchawce odezwał się niski, chrapliwy głos:

    Kto potrzebuje widomych znaków, już jest zgubiony, błogosławieni albowiem ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Buuuaaach! Dobre, co? Justyyyna. Brrrlumlumlum, Justyyyna. Tak, inspektorze, potężny związek! Więc na co czekasz, na jeszcze jedno rozczarowanie? Na ostatnie, największe rozczarowanie dzielnym tatusiem, który latami tak się poświęcał dla rodziny? Biedaczek! A miało być tak pięknie!

    Gdzie jesteś, pajacu! Wyjdź stamtąd!

    Zza pleców inspektora dobiegł dźwięk startującego odtwarzacza i wkrótce rozległ się drugi głos, nieco łagodniejszy od tego w telefonie.

    Nasz dzielny Wędrowiec charakteryzował się wrodzoną dobrocią i życzliwością, a jego honor nie był nadmiernie splamiony podłym występkiem. Kochał ludzi, jego duszę przepełniała ta dobra miłość, od której tak trudno się opędzić młodzieńcowi układnemu i pełnemu namiętności dla człowieczego piękna. Być może dlatego nie umiał się oprzeć. Stała w kącie i patrzyła na niego okrągłymi z przerażenia oczami. Nie miała już dokąd uciec. Sięgnął do dekoltu białej koronkowej bluzki. Zasłoniła się dłońmi. Schwycił je razem z kawałkiem materiału i szarpnął w dół. Chwilę patrzył na obnażone piersi.

    Jesteś pani najpiękniejszą kobietą na świecie – powiedział . – W każdym razie najpiękniejszą dzisiaj, ponieważ nie przewiduję już większych odmian losu tego rozkosznego letniego popołudnia.

    Sprawnie zdarł z niej resztę podartej odzieży i chwilę sycił oczy skuloną nagością. Czuł zapach trwogi i podniecenia, podstawowych składników cudownego eliksiru miłości…

    Puść ją, draniu! – ryknął inspektor Madej odwracając się gwałtownie. W krzyżach szarpnął go ból naciągniętych ścięgien. – Zostaw ją, gnoju!

    Walił pięścią po obudowie odtwarzacza, dopóki nie trafił w przycisk EJECT. Plastikowa kieszeń z audiobookiem Cegielni wyskoczyła z głośnym szczękiem zwolnionego mechanizmu. Głośniki zamilkły, czerwone oko i napis z imieniem jego córki nadal jednak pulsowały na telefonie.

    Zabiję cię, słyszysz? Powiedz gdzie, a przyjdę i zabiję cię!

    Krzyczał coraz głośniej, waląc palcami po ekranie smartfona w niejasnej intencji – chciał wyłączyć czy włączyć? Nie zwrócił uwagi na uchylające się drzwi. Do gabinetu zajrzał aspirant Bartosz Macerak z miną petenta w publicznym szalecie, który już nie może wytrzymać.

    Panie Florianie! – zaczął pośpiesznie. Używał imienia inspektora tylko w szczególnie poufałych sytuacjach i widocznie uznał, że to jedna z nich. – Można na chwilę?

    Zagadany z pulsującą komórką Madej potrzebował paru sekund, by wrócić do rzeczywistości. Wciąż patrzył tępo w wyświetlacz, który wraz z wejściem Maceraka momentalnie zgasł i powrócił do swej martwej postaci. Imię jego córki również znikło. Pokazał aspirantowi krzesło i na migi wyjaśnił, że musi skończyć sprawę. Ten usiadł i zaczął się wiercić jak dzieciak w ławce, który wyrywa się do odpowiedzi.

    Tak jak się obawiał, Justyna nie odebrała. Zadzwonił do byłej żony. Odpowiedziała po kilku sygnałach, czyli przekładając na język komunikacji międzyludzkiej – po długim wahaniu.

    Czego chcesz?

    Gdzie jest Justyna?

    A co cię to obchodzi?

    Krystyna, nie mam czasu. Muszę się natychmiast skontaktować z Justyną.

    Natychmiast? Po roku? A cóż takiego się stało, że wielki pan inspektor nagle sobie przypomniał o córce?

    Krystyna, nie teraz, błagam. Wyjaśnię później. Gdzie ona jest? Nie odbiera telefonu.

    Pojechała z przyjaciółmi na Mazury. Ma jeszcze parę dni wolnego.

    Kiedy pojechała?

    Godzinę temu. A co?

    Zadzwoń do niej, żeby… żeby… – szukał jakichś oględniejszych wyrażeń, ale miał zamęt w mózgu i błądził w kolokwialnej ciemności.

    Żeby co? Oddzwoniła do tatusia, który chciałby jej powiedzieć, że nadal ją bardzo kocha?

    Krystyna!!! – wrzasnął, aż Macerak podskoczył na krześle. – Zadzwoń do niej i powiedz, żeby natychmiast wracała! Nie może tam być! Niech wraca i siedzi w domu!

    Florian – usłyszał chłodny głos byłej żony. – Ty całkiem zwariowałeś…

    Tak, tak, być może – przytaknął pośpiesznie, by zyskać jej przychylność. – Ale błagam cię, zrób to dla mnie. Zadzwoń do niej, a potem oddzwoń, że ci się udało i że Justyna wraca do domu. Musi wrócić! Nie wolno jej nigdzie jechać! A najlepiej niech nigdzie nie wychodzi!

    Aspirant Macerak, który przysłuchiwał się rozmowie byłych małżonków z rosnącym zniecierpliwieniem, wziął komórkę z rąk inspektora i przyłożył do ucha.

    Tu Bartosz Macerak, dzień dobry pani. To bardzo ważna sprawa. Proszę zrobić to, o co prosi mąż. To znaczy były mąż…

    Bał się byłej żony szefa od pierwszego dnia znajomości, a po rozwodzie jego lęk przed tą kobietą jeszcze wzrósł. Rozpierająca go wiedza i wrodzona niecierpliwość wzięły jednak górę. Chciał wyjaśnić, ale ona tylko mruknęła „dobrze” i się rozłączyła.

    Dzięki, Bartek – sapnął inspektor i potarł dłońmi stężałe od wysiłku policzki. – Przepraszam, chyba faktycznie kompletnie wariuję. Wybacz. Co tam masz dla mnie? Dlaczego w ogóle uważasz, że moje obsesje to „bardzo ważna sprawa”?

    Zanim jego asystent zdążył odpowiedzieć, telefon znowu zabrzęczał. Krystyna była Madejowa powiedziała tylko dwa zdania i znowu się rozłączyła.

    Justyna wyszła do toalety, jej chłopak obiecał przekazać prośbę o kontakt. Oddzwoni do ciebie.

    Inspektor chciał dopytywać i nie miał już kogo. Telefon zgasł na amen, jakby mówił, że na dzisiaj koniec. Florian Madej rzucił go z niechęcią na biurko.

    No dobra, mów. Mam nadzieję, że coś dobrego. Zdaje się, że wyszedłem na idiotę. Narobiłem rabanu i jeśli miałem jeszcze jakieś widoki na poprawienie relacji rodzinnych, to chyba właśnie zgasły. Jak ten zasrany smartfon. Jestem cholernie zmęczony, Bartek. No i zwariowałem.

    Chyba nie do końca, panie inspektorze – odparł Macerak z dziwną miną.

    A ty skąd wiesz? Znasz się na tym?

    To miało być żartobliwe rozładowanie napiętej sytuacji, Bartosz Macerak jednak pozostał niewzruszony.

    Płonie kolejna księgarnia – oświadczył. – A właściwie trzy.

    Cdn.

  • Mikołajowy poradnik prezentowy

    Hoł, hoł, hoł! W końcu nadszedł ten moment! Przepełnione sklepy, przepełnione koszyki, przepełnione głowy, puste portfele. Wielkimi krokami zbliża się szósty dzień grudnia, praktycznie wszędzie można już usłyszeć „Last Christmas”, więc co to oznacza? Tak! PREZENTY! Dużo prezentów, ale co kupić? Ha! Wtedy wchodzę ja, cały na biało i podrzucam Wam kilka pomysłów. Nie muszę przypominać, że to właśnie książka jest najlepszym upominkiem, bo nie spleśnieje, nie straci walorów smakowych, nie ma daty ważności – same plusy. Specjalnie nie dzielę poniższych książek na kategorie „dla niej” oraz „dla niego”, bo doskonale wiemy, że jest to strasznie płynnie. Wszystkie tytułu w zestawieniu pochodzą z tego roku, niektóre są nowsze, niektóre ciut starsze, ale pod wszystkimi się podpisuje rękami, a jak trzeba, to też nogami. Zasada jest prosta – klikacie w okładkę, lądujecie na stronie sklepu, dodajecie do koszyka, płacicie, czekacie, obdarowujecie. Proste? Proste. No to hoł, hoł, hoł, Mikołaje!

  • „Kraj bez Playboya”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Wiadomość, że polska edycja „Playboy’a” zwija żagle była dla mnie sporym zaskoczeniem. Chociaż nie powinna być. Trendy na rynku prasy drukowanej są, jakie są. Jeśli inni kończą działalność, a właściwie każdy tytuł walczy o byt, to czemu nie miałoby to spotkać „Playboy’a”?

    Moje związki z „Playboy’em” nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie. Niemniej, opublikowałem tam dwa teksty. Rzutem na taśmę (w przedostatnim numerze) ukazał się tam wywiad ze mną. Ba! Znalazłem się nawet na sesji zdjęciowej (w ubraniu, żeby uprzedzić komentarze). W sumie, zawodowo wycisnąłem z tego tytułu niemal wszystko, co się dało. Ale jednak wiadomość o rychłym końcu „Playboy’a” w Polsce wywołała we mnie pewien smutek. Z dwóch podstawowych przyczyn. Po pierwsze, jak zwracało uwagę wielu dziennikarzy, których znam i szanuję, był to jeden z niewielu na rynków magazynów, gdzie dało się opublikować duży i poważny tekst na tematy kulturalne i literackie. Odnoszę wrażenie, że nawet tzw. „tygodniki opinii” mają teraz z tym problem. Druga rzecz, to obserwacja bardziej ogólnej natury. Trendy na rynku prasy papierowej od lat są niezmienne. Spada sprzedaż, nakłady i przychody poszczególnych tytułów. Mowa tu o miesięcznikach, tygodnikach, dziennikach, tytułach lifestylowych, hobbystycznych, politycznych. Nie ma segmentu, który nie musiałby się z tym zmagać. Bronią się zaledwie pojedyncze tytuły, ale wszyscy wiedzą, że jest to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Miarą tego upadku jest inna wiadomość z ostatnich dni, kiedy koncern Agora poinformował, że przychody spółki ze sprzedaży popcornu w należącej do niego sieci kin Helion przewyższają przychody ze sprzedaży „Gazety Wyborczej”. Oczywiście, że do przychodów, które generuje dziennik, należy też dodać przychody z reklam publikowanych na jego łamy. Ale nawet jakby dodać obie te sumy (sprzedaż i reklamy) to okazuje się, że Agora więcej zarabia na samej sprzedaży biletów w Heliosie. A mówimy przecież nie o byle jakiej tam gazetce, ale ciągle jednym z największych i najważniejszych tytułów prasowych w Polsce!

    www.unsplash.com/Max Letek

    Nie jest wielką tajemnicą, że kiedyś wiązałem swoje plany życiowe z dziennikarstwem właśnie. Co więcej, miała to być właśnie prasa papierowa. Widziałem siebie jako poważnego pana redaktora, który pisze poważne teksty, a potem może je sobie przeczytać następnego dnia w wydaniu porannej gazety. Moje życie z różnych powodów potoczyło się inaczej, w sumie lepiej, ale i tak robi mi się trochę smutno na myśl, że to moje nastoletnie marzenie nigdy się nie spełni. Ale upadek prasy papierowej martwi mnie z jeszcze jednego powodu. Na papierze czyta się jednak inaczej i tutaj mogę się podzielić dowodem anegdotycznym z mojego własnego życia. Przez lata byłem wiernym czytelnikiem magazynu „Książki”. Pędziłem do kiosku, kiedy tylko ukazywał się kolejny numer i czytałem właściwie od deski do deski. W pewnym momencie kupiłem jednak internetową prenumeratę „Gazety Wyborczej” i dostałem również dostęp do artykułów z „Książek”. Przestałem je więc kupować i, jak się niedawno zorientowałem, także je czytać. Nie do końca wiem, dlaczego. Jakby czegoś mi brakowało. Papier powodował jakiś przymus czytania. Leżąca na stole gazeta nieustannie o sobie przypominała, a z czasem potrafiła nawet stać się wyrzutem sumienia. Nigdy nie miałem takich uczuć w stosunku do treści z Internetu. Artykuły, które chciałem przeczytać najpierw znikały w odmętach sieci, a potem z mojej pamięci. Prasa papierowa ma też swój ciężar. Wspominał o tym Cezary Łazarewicz, który w jednym z wywiadów powiedział, że kiedy pisał dla Wirtualnej Polski jego teksty były znacznie częściej czytane i komentowane przez tysiące ludzi, ale nic z tego nie wynikało. Publikacje „na papierze”, chociaż miały mniejszą widownię, przynosiły znacznie bardziej konstruktywny odzew czytelników i potrafiły realnie coś zmienić.

    Oczywiście, dostrzegam też ironię sytuacji, bo czytacie Państwo ten tekst w internecie właśnie. Na ekranach komputerów czy komórek. I raz jeszcze powtórzę, trendy są jakie są i jakoś nie widać szans, żeby się odwróciły. Ale śmierć polskiego „Playboy’a” wydaje mi się jednak kamieniem milowym. Szkoda tego tytułu. Szkoda polskiego rynku prasy.

    Wojciech Chmielarz

  • Pokaż pisarzu, co masz w garażu

    Myślę, że reakcje na dzisiejszy ranking najlepiej zarabiających pisarek i pisarzy, opublikowany przez tygodnik „Wprost”, może wywołać reakcje różnorakie. Niektórzy się oburzą, bo dlaczego ktoś zagląda do czyjegoś portfela? Inni, pewnie będzie ich większość, z rumieńcami na twarzy przejrzy gazetę, a potem zadzwoni do znajomych i powie: „ej, ale ona/on trzepią kasę, a siedzą przy biurku i tylko piszą książki”.

    O czym tak naprawdę mówi ten ranking? Po pierwsze, jak można przeczytać w tygodniku „Wprost”, dane w nim przedstawione dotyczą okresu do pierwszego stycznia do osiemnastego listopada tego roku. Dlaczego jest to takie ważne? Ano dlatego, że promuje ludzi pióra, którzy premiery mieli, np. wiosną. Gdyby Katarzyna Bonda swoją najnowszą książkę wydała w maju, a nie w październiku, to pewnie byłaby dużo wyżej, a tak jest na miejscu siedemnastym (na dwadzieścia). To samo tyczy się, np. Jakuba Żulczyka, który premierę swojej najnowszej książki miał dopiero przed chwilą. Wiadomo, że w tym roku sprzedawały się też starsze książki Kasi i Kuby, ale jednak co premiera, to premiera.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl

    Po drugie, wychodzi na to, że mimo miażdżących recenzji części krytyków, Polki i Polacy uwielbiają kupować książki Remigiusza Mroza. Z rankingu wynika, że w tym roku pisarz z Opola mógł zarobić blisko dwa miliony złotych. O blisko milion złotych gorsza jest grafomanka (sama tak o sobie mówi, ja tylko przytakuję), której portem macierzystym jest obecnie Wydawnictwo Agora, czyli Blanka Lipińska. Na najniższym stopniu podium znalazła się Olga Tokarczuk, której książek sprzedało się w tym roku blisko pół miliona – około dwieście tysięcy mniej niż książek Blanki Lipińskiej. Boże, jak to brzmi, przeczytajcie to sobie na głos. Nadzieją jest jednak to, że rok jeszcze się nie skończył, więc laureatka literackiego Nobla może wygrać z literacką pornografią. Biedakami w tym zestawieniu zdają się być Jakub Żulczyk i Wojciech Chmielarz, którzy mogli zarobić około dwustu tysięcy złotych. Wojtek, następnym razem Ty stawiasz kawę!

    Po trzecie, ciekawie wygląda to zestawienie w kontekście gałęzi literatury, na których siedzą uwzględnieni w rankingu. Pierwsze miejsce to kryminał/sensacja/thriller, drugie – erotyk, trzecie – literatura piękna. Kolejne cztery miejsca to literatura dziecięca/młodzieżowa – i właśnie książek z tej kategorii jest w zestawieniu najwięcej, bo siedem.

    Po czwarte, brakuje mi na tej liście, np. Vincenta V. Severskiego, który miał w tym roku aż dwie premiery („Odwet”, „Christine”), a przecież jego książki sprzedają się bardziej niż dobrze. Chociaż tak patrzę na ostatniego w zestawieniu Grzegorza Kasdepke, którego książki wg rankingu sprzedały się w ponad stu trzydziestu tysiącach egzemplarzy, to tak sobie myślę, że Włodek mógł jeszcze nie dojechać w tym roku do tej liczby. Nie wiem jak Państwo, ale ja chętnie zobaczyłbym ranking o najlepszych książkach tego roku, tylko jak to zmierzyć?

    Po piąte, niepokojący jest fakt, że wśród wymienionych księgarń stacjonarnych oraz internetowych nie jest wymieniony Empik, ale być może się czepiam. Po prostu są wymienione inne, ale tej w zestawieniu nie ma. Gdyby brakowało jednak empikowych danych, to byłaby duża strata, bo sami Państwo wiedzą, że co hegemon, to hegemon.

    Po szóste, ostatnie. Żyjemy w kraju, w którym uwielbiamy porównywać się z innymi, że nie przytoczę porzekadła o krowie sąsiada. Dostajemy więc do ręki kolejny argument w swoich małych wojenkach, bo przecież z takimi pieniędzmi można zrobić wszystko i wszędzie, więc po pisać kolejne (w niektórych przypadkach) kiepskie książki?

    Adam Szaja

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #12

    Trzy razy najeżdżał kursorem na plik i cofał. Serce waliło mu jak młot. Zwilgotniałą dłoń wytarł o udo. Zagryzł wargi. To absurd, żeby się bać własnych notatek, a jednak powstrzymywał go potężny lęk. Spojrzał na zegarek, dochodziła jedenasta przed południem. Jeżeli Magda spełni swe pogróżki, lada moment wpadnie tu z informacją, że rozmawiała z terapeutką (kobrą lakanistką) i – był tego pewien – poleceniem, że ma natychmiast przyjechać do niej na rozmowę.

    Te sakramentalne rozmowy. Bo ludzie powinni ze sobą rozmawiać. W rozmowie człowiek się otwiera, mówi, co mu na sercu leży i oczyszcza duszę z niedobrych emocji. Powiedz, co cię gnębi, a będzie lżej. Co wymówione, opisane, nazwane – będzie rozbrojone i zneutralizowane, uzewnętrznione i wyrzucone. Czym się stresujesz? Chcesz o tym, porozmawiać? Nie bój się, jestem po twojej stronie. I tak przez godzinę, do skośnego rzygu. Wielkie snobistyczne pierdu, pierdu. Co to za rozmowa, kiedy ty mówisz, a ona słucha i świdruje cię na wylot tym swoim żmijowatym spojrzeniem, rzucając w ciągu całego seansu zdanie, najwyżej dwa? Jedna wielka ściema.

    Tymi i podobnymi refleksjami profesor Zawijas próbował zmobilizować się do otwarcia pliku z niedokończoną powieścią pod tytułem Stary młyn, do której nie zaglądał od pięciu lat i która teraz wzywała go do siebie, jak zapomniana kochanka nagłym telefonem o północy. Czego się bał? Wszystkiego. Może z wyjątkiem śmierci, ta akurat niewiele się liczyła. Bał się własnego upadku w jakieś stare, nieświeże i żenujące ja, które pociągnie go w dół jak kamień młyński. Bał się ujrzeć w całej okazałości swój brak, tę niespełnioną ambicję sprzed lat, aby być kimś więcej, niż jest. To gorsze od śmierci. Dopóki tam nie zaglądał, mógł jeszcze żyć złudzeniem, cieniem cienia nadziei, że nie wszystko stracone. A przecież nie było dnia bez cierpienia, że już wszystko stracone i nie pozostawi po sobie niczego więcej poza tymi kulawymi, niezbornymi notatkami, układanymi językiem dalekim od tego, którym się delektował u literackich mistrzów. Notatki. Jego własne notatki sprzed lat, on sam sprzed lat. Czy prawdziwa śmierć nie jest tym właśnie – lękiem przed powrotem do tego, co było najdroższe?

    www.unsplash.com/Trent Erwin

    No i bał się smoka.

    Kiedyś do pisania puszczał muzykę i pomyślał, że może to jest właściwy trop. Czego słuchał wtedy, pięć lat temu, zapisując ostatni akapit, nim odłożył pióro, butelkę i resztę mięsistego życia, by po prostu trwać? Oczywiście, że pamiętał. Takich rzeczy się nie zapomina. Sięgnął na półkę ze starymi winylami i położył na talerz gramofonu czarny ebonitowy placek. Ujął palcem ramię z igłą i bezbłędnie upuścił we właściwym miejscu.

    Żyjesz i jesteś meteorem

    lata całe tętni ciepła krew

    rytmy wystukuje maleńki w piersiach motorek

    Aż mu się w głowie zakręciło. Uderzenie rozkoszy. Przełknął zdrewniałą ślinę i położył dwa palce na przycisku komputerowej myszy. Czego się boisz? Siebie?

    jesteś system mechanicznie doskonały

    i nagle coś się zepsuło

    Najechał kursorem na folder o nazwie SM i kliknął ostrożnie, jakby bał się zburzyć jakąś wyjątkową delikatną i kruchą konstrukcję. Dyszał ciężko, niczym długodystansowiec dobiegający do mety. Otwarła się lista plików, wybrał „Rozdział I” i zaczął przesuwać tekst tam i z powrotem. Nie czytał. Delektował się słowami i muzyką z płyty.

    Oto płaczesz

    po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień

    Notatki. Jego notatki. Nie musiał ich czytać. Znaczki na papierze są tylko protezą, ułatwieniem dla tych, którzy potrzebują bodźców. On nie potrzebował. Jednym skokiem przesadził granicę i znalazł się w samym środku tamtego niepokojącego pomieszczenia, w półmroku popołudniowego światła, przenikającego do wnętrza przez szpary w potłuczonych dachówkach. Czuł zapach kurzu i rozkładu. Stał twarzą ku zachodowi, za plecami szumiała Macocha. Miał dwanaście lat i z dreszczem podniecenia czekał na nadejście zmroku, kiedy wśród gasnących konturów okiennych oczodołów będzie mógł zobaczyć na platformie pod szczytem dachu świetlistą postać.

    namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    a wszystko to ty

    Nie czytał notatek. Zanurzył się w nie i płynął rozgarniając ramionami ciepłe, miękkie litery o zapachu pomarańczowego nieba i smaku błękitnego kurzu. Trącały go delikatnie, wiotkimi palcami głaskały jego dwunastoletnie ciało, a on drżał już nie ze strachu, ale z napięcia i rozkoszy. Płynął. Płynie. Z kąta wyłania się ciemny kontur, wielki i bezkształtny, i wie, że to przykryty plandeką silnik do napędzania żaren, ale nie może sobie przypomnieć właściwej nazwy. Ciepłe, miękkie i ruchliwe zwierzątka oplatają go i szepczą sekretne imię. Kamienna podłoga pod stopami jest chłodna i twarda niczym okładka starodruku. Jak brzmiało tamto zdanie, ostatnie z prawdziwych zdań, nim pogasły światła festynu? „To nie jest księga o starym młynie. To stary młyn jest księgą”.

    Potarł palcami kąciki oczu. Wrócił do biurka.

    Czym jest literatura? Na to pytanie – podstawowe dla jego zawodu – nigdy nie potrafił składnie odpowiedzieć. Następne kwestie literackie były już znacznie prostsze, istniała dla nich odpowiednia aparatura pojęciowa, teorie i szkoły interpretacji, to pierwsze założycielskie pytanie nie miało jednak odpowiedzi. To trochę jak z filozofami, którzy o człowieku mogą dyskutować godzinami, ale czym jest życie – nie powiedzą. Uciekną w procesy biologiczne albo w metafizykę. On sam w pewnym okresie (który skończył się pięć lat temu) między literaturą i życiem stawiał znak równania.

    Jedno jest drugim – tu nie trzeba znikąd donikąd przechodzić.

    Zabij ten lęk”, powtarzała Maryla Rodowicz na płycie Marka Grechuty Szalona lokomotywa, nagrywanej w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym, czyli mniej więcej wtedy, kiedy on łaził do starego młyna, by oglądać na platformie pod szczytem świetlistą sylwetkę samobójcy z Cygańskiego Lasu. Najechał strzałką kursora na inny plik, ten z luźnymi zapiskami do wykorzystania, i po krótkiej wątpliwości nacisnął myszkę. Kiedy parę dni temu żona pytała go, czy sprawdził zgodność słyszanych fragmentów z notatkami, skłamał że tak. Teraz mógł nadrobić tę niesumienność.

    Z pisaniem powieści to było tak. Podejrzał kiedyś w rękopisach pozostałych po Wybitnym Pisarzu, że facet miał osobny zeszyt na notowanie pomysłów, wątków, szczegółów historycznych i biograficznych, imion postaci, nazw geograficznych – wszystkiego tego, co jest potrzebne do skonstruowania tak zwanego świata przedstawionego. Na kartkach zeszytu Wybitnego Pisarza rozrysowane były schodki, drabinki, wykresy ze strzałkami, kolumny słów, frazy i w rodzaju: „Jeżeli człowiek trwa tyle, ile pamięć po nim, to na tym świecie żyje więcej ludzi martwych niż żywych”. Spodobało mu się. Pomysły przychodzą i – niezanotowane – odchodzą. Trzeba notować.

    Kiedy postanowił układać swoją powieść, najpierw założył folder z notatkami. Zapisywał myśli, frazy i głupstwa, którym się teraz przyglądał z nową ciekawością. „Synantrop – żyjący w środowisku silnie zmienionym przez człowieka (np. pies) – dobry tytuł na powieść”; albo: „Wstyd i hańba – to zarazem synonimy i przeciwieństwa. Wstyd, żeby się nie zhańbić, i wstyd, bo się zhańbiłem”; inne: „Gryćmofenazol, znany również jako babi smętek lub dwulufka”. Znalazł się tam nawet taki cukiereczek: „GINEKOLOGIA ESTETYCZNA – odmładzanie i rewitalizacja pochwy”. Uśmiechnął się pod nosem; pamiętał doskonale dzień, kiedy wpadł mu w oko ogromny bilbord przy zakopiance, niedaleko prywatnej kliniki. Wracał wtedy samochodem do domu i miał w sobie trzy piwa oraz pomysł na następny rozdział, a z głośników leciała płyta Yesów Close To The Edge, którą wyrykiwał na cały głos. Na widok napisu dostał ataku śmiechu i omal nie dobił do autobusu.

    No tak, Yesi. Czy choć raz ich słuchał w ciągu ostatnich pięciu lat?

    Patrzył na zdania zapisywane w błysku, przypływie weny twórczej. Raczej wenki, która atakowała jak kolka – krótko i boleśnie. Nigdy nie wykorzystał tych mądrości, zbieranych dosłownie na ulicy, jak niedopałki przez bezdomnego. Po prostu leżały sobie w folderze „SM – Notatki” i czekały na swoją kolej w cichym szumie twardego dysku; ziarenka uśpione na wieczność w grobowcu faraona.

    Bo wieczność jest niema.

    Notatki obejmowały niecałe sześć stron i właśnie dotarł do ostatniego zapisu z sierpnia dwa tysiące czternastego roku, który brzmiał: „Wieczność jest niema. A ja nie żyję”. Nie pamiętał, żeby je tutaj wpisywał. Na pewno nie wtedy, pod koniec poprzedniej epoki, kiedy tamten Zawijas odchodził w przeszłość i rodził się nowy – dziarski i trzeźwy jak przemówienie Niemca w europarlamencie. Sprawdził własności pliku, ostatni zapis był z dnia 15 sierpnia 2014, godzina 10:27. Zgadzało się niemal co do minuty z ostatnim piwem imbirowym, wypitym na pożegnanie tamtego świata. Siedział wtedy w swoim domu rodzinnym, z puszką w ręku, a za oknem majaczył korpus tego cholernego młyna. W chwilę później kluczyki od samochodu i portfel oddał siostrze (żona wyjechała nad morze, a właściwie uciekła), wziął zgrzewkę wody mineralnej i położył się na trzy dni do łóżka, żeby wytrzeźwieć. Terapię zaczął na początku następnego miesiąca.

    www.unsplash.com/Thomas Picauly

    Niektórym picie zabiera pamięć, a wyparcie jeszcze pogłębia amnezję i potem z niejaką dozą uczciwości twierdzą, że nie pamiętają zbyt wiele. On niestety pamiętał wszystko. Ławice tamtych obrazów spływały na niego z zaciekłością moskitów, kąsały, drażniły i całymi nocami nie pozwalały zapomnieć. Był wobec nich bezradny. Film ruszał po zamknięciu powiek i nie dawał się wyłączyć, od początku do końca, jak chińska tortura, czasem minuta po minucie, żeby nie przegapić żadnej z okrutnych scen. Żeby bolało aż do rdzenia. Żeby Aleksander Zawijas nie zapomniał, co to jest prawdziwe istnienie.

    O niemej wieczności na pewno nie pisał.

    Drżącymi palcami przejechał po czole, było mokre od potu. To by się zgadzało. Smoka można uśpić, ale nie zabić. Drzwi do tamtego, poprzedniego świata zostały zatrzaśnięte, cóż jednak nas powstrzyma, jeśli zechcemy je znowu uchylić? Pewien wytrzeźwiały mistrz literatury grozy (leksykon pisarzy to katalog nałogów, z alkoholizmem na czele) powiadał, że kiszonego ogórka nie da się odkisić, i to jest prawda. Inny z mistrzów naszego profesora napisał: „Kiedy nie mogłem bez alkoholu, jechałem na alkoholu”, i to też jest prawda. Właściwie każdy aforyzm o piciu nosi znamiona prawdy w sensie ścisłym, jakby powiedział jeszcze inny ekspert od literackiego chlania. W tej kwestii zasadniczo każdy jest ekspertem.

    Wiesz, gdzie są te zatrzaśnięte drzwi, bo sam je zamykałeś – i to kusi.

    Pojechał kursorem do rogu ekranu i kliknął krzyżyk. Wystarczy. Kiedy pokusa jest zbyt silna, należy dać opór. Można podejść na krawędź przepaści i popatrzeć w dół, ale lepiej tam zbyt długo nie stać. Sprawdził co trzeba i czas wracać do normalności, cokolwiek to znaczy.

    Był tam, we młynie? Nie potrafił powiedzieć. I tak, i nie. W nozdrzach czuł jeszcze zapach kurzu i wilgoci. Jakaś cząstka jego duszy przynajmniej przez chwilę znalazła się w czymś, co do pewnego stopnia dawało się porównać z fantomem starego zrujnowanego młyna niedaleko jego rodzinnego domu. Tyle tylko można uczciwie stwierdzić. Ani tak, ani nie. Między życiem i literaturą już nie ma znaku równości.

    Igła dojechała do końca płyty i gramofon się wyłączył. Podniósł palec wskazujący i przyjrzał mu się uważnie. Trafi? Spróbuje. Kiedyś trafiał. Podłożył opuszek palca pod dźwigienkę na głowicy i delikatnie uniósł ramię. Wycelował w rowki na płycie i opuścił. Pamiętał. Trafił.

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop hop hop szklankę piwa

    Hop szklankę piwa hop.

    Drzwi do pokoju otwarły się z gwałtownością stanowiącą absolutne przeciwieństwo ostrożnego uchylania.

    Zbieraj się – zakomenderowała żona. – Jedziemy do terapeutki.

    Nie spytała nawet, co robi, albo czy w ogóle ma ochotę się gdziekolwiek wybierać. Po prostu: „jedziemy do terapeutki”.

    Teraz? – zdziwił się.

    Tak, teraz. Natychmiast. Umówiłam nas oboje.

    Oboje? Ty też masz problemy z audiobookiem?

    Nie, do jasnej cholery! Mam problemy z tobą. I chciałabym je zrelacjonować terapeutce tak szczegółowo, jak tylko potrafię.

    A potrafisz?

    Uniosła wyprostowaną dłoń do kuchennego ciosu karate, po czym opuściła.

    Przestań głupio odpowiadać! I ubieraj się. Mamy niecałą godzinę, a są korki.

    Dobrze – powiedział łagodnie i wstał od komputera. – Chciałem tylko delikatnie zaznaczyć, że w czasach demokracji i swobód obywatelskich przysługują mi pewne prawa…

    Ty już miałeś swoje prawa obywatelskie i wykorzystałeś je z nawiązką. Wszystkie. Nic ci nie zostało.

    Sąd mnie jeszcze nie ubezwłas…

    Porozmawiamy po drodze – ucięła Magda Zawijas i popchnęła męża ku wyjściu. Omiotła pokój lustrującym spojrzeniem i zamknęła za sobą drzwi z ulgą, że poszło łatwiej niż się spodziewała. Pokój wyglądał normalnie. Przede wszystkim PACHNIAŁ normalnie.

    Gdyby poczekała w progu pięć sekund dłużej, dostrzegłaby krótkie mignięcie pikseli na ekranie komputera męża. Dwie gwiazdki i półksiężyc. Buźka.

    Do terapeutki wybrali się samochodem Magdy, małą i zgrabną corsą z instalacją gazową, która miała być inwestycją oszczędnościową, a w efekcie generowała koszty wyższe niż samochód benzynowy. Mimo to pani Zawijasowa twierdziła, że jest to najlepsze auto na świecie, ponieważ jest najlepsze dla niej. Jedyne, jakie lubiła prowadzić. W połowie drogi zadzwoniła komórka profesora.

    Dzień dobry, Massalska z „Wyborczej”, mogę zająć chwilę?

    Już to pani robi – odparł Zawijas i zerknął na żonę. – A w jakiej sprawie?

    W sprawie audiobooka Cegielnia. Czy to prawda, że on zabija?

    Madej miał rację. W jej głosie istotnie pobrzękiwały ułamki żyletek, które ktoś wsypał do kieliszka i mocno zakręcił. Kiedy usłyszysz coś takiego, boisz się odpowiadać, nie mówiąc o kłamstwie czy udawaniu.

    Może najpierw mi pani uprzejmie zdradzi, skąd ma mój numer – powiedział Zawijas przełykając ślinę. – A po drugie, nic nie wiem o żadnej Cegielni.

    Magda Zawijasowa ostro wcisnęła hamulec i profesor poleciał głową na pulpit, szczęśliwie wyhamowując czołem tuż przed skrytką zawierającą poduszkę powietrzną. Z jedną ręką nadal przy uchu, drugą masował nadwyrężony kark, podczas gdy żona zjechała corsą do zatoczki przystanku autobusowego i zatrzymała się. Zaciągnęła hamulec i patrzyła na męża.

    Tymczasem ułamki żyletek nadal zgrzytały w telefonie.

    Panie profesorze, nie mam czasu na zabawy w kotka i w myszkę. Wczoraj spędził pan kilka godzin na komendzie policji, gdzie z inspektorem Madejem rozmawialiście o tym audiobooku. Kilka godzin! Od niego mam numer. Proszę mnie nie obrażać podejrzeniem o debilizm, tylko odpowiedzieć.

    Skąd ona wie o audiobooku!”, pytała bezgłośnie Magda wymachując przy tym rękami, na co profesor odpowiadał wzruszeniem ramion. Nie to było dla niego teraz najważniejsze.

    Że pani mnie podejrzewa, że panią o coś tam podejrzewam, to pani prywatny problem – wyjaśniał tonem rasowego panelisty na międzynarodowej konferencji o związkach literatury i psychologii. – Zwracam także uwagę na fakt, że nawet gdybym posiadał wiedzę, którą mi pani imputuje, nawet gdybym znał odpowiedź na tak dziwaczne pytanie, dlaczego miałbym na nie odpowiadać? Co mnie obliguje? Paragraf o wolności prasy? Najpierw proszę posłuchać siebie, zanim pani posłucha mnie. „Czy ten audiobook zabija”? Przepraszam, ale jak to brzmi? Tu jest możliwa tylko jedna odpowiedź. Pomijając pani podejrzenia o własną kondycję intelektualną, co wymyka się prostemu wartościowaniu.

    Woli pan, aby ten materiał ukazał się bez pańskiego udziału? – warknęła.

    Jaki materiał?

    Artykuł! W gazecie! Jestem dziennikarką! Halo, jest pan tam jeszcze, profesorze? Więc proszę słuchać. Piszę artykuł o audiobooku, który zabił moją córkę. Sprawdziłam, w ciągu ostatniego roku było kilka, albo nawet kilkanaście takich przypadków, wszystkie związane z Cegielnią. Mam tę płytę, posłuchałam i nic się nie wydarzyło poza przelotną sraczką, ale to chyba z nerwów. Tam jest potrzebne jeszcze coś, jakiś dodatkowy czynnik, żeby zadziałało, prawda? Co łączy te wszystkie ofiary? Jaki to czynnik?

    Nie pomyślał o tym. Dodatkowy czynnik? Co tych ludzi ze sobą łączyło poza słuchaniem audiobooka? Madej twierdził, że nic, ale on też wielu rzeczy nie wiedział. Massalska sprawiała wrażenie, jakby już wiedziała wszystko. Zaniepokoił się.

    Nie mogę z panią rozmawiać o prowadzonej przez Wydział Kryminalny sprawie. Wie pani lepiej ode mnie, że tego typu śledztwa objęte są klauzulą tajności…

    Jakiego typu? – przerwała mu.

    Przepraszam, ale muszę kończyć. Wszystkiego się pani dowie bezpośrednio od inspektora Madeja, skoro i tak już jesteście w kontakcie. Nie wiem niczego więcej od niego.

    Wie pan.

    Nie.

    W porządku – zgodziła się tonem osoby, która nie ma zamiaru się zgadzać. – Nie to nie. Obawiam się, że będzie pan żałował, ale to pańska sprawa. Pańska zasrana, objęta klauzulą tajności, sprawa. A moja córka nie żyje, kurwa wasza mać!

    Rozłączyła się. Chwilę jeszcze patrzył w komórkę, jakby szukał potwierdzenia, że ona to naprawdę powiedziała.

    Tymczasem Magda Zawijasowa pełnym obaw spojrzeniem obserwowała pobladłą twarz męża.

    Jezus Maria, Olek, w coś ty się wplątał – wymamrotała. – A ja się tak cieszyłam, że najgorsze za nami.

    Ja też – odparł nieswoim głosem. – Coś mi się jednak wydaje, że złe rzeczy dopiero idą. Naprawdę złe.

    Nagle poderwał głowę.

    Gdzie jest Zośka? Nie widziałem jej rano!

    Opanuj się, poszła do szkoły. Chciała ci powiedzieć „dzień dobry”, ale spałeś jak rozrywany granatami i postanowiła dać ci spokój. Olek, czy… czy ty mi czegoś nie mówisz?

    Jedź, bo się spóźnimy.

    Pokazał palcem na przednią szybę i wybrał numer do inspektora. Jego żona bez szemrania uruchomiła silnik i wyjechała z zatoczki na ulicę. Mieli jeszcze tylko pięć minut na dotarcie do gabinetu terapeutki.

    Dobrze, że pan dzwoni, profesorze – uprzedził powitanie Florian Madej. – Właśnie szukałem pańskiego numeru. Proszę uważać, bo lada chwila może do pana zadzwonić ta dziennikarka z „Wyborczej”, o której panu wczoraj…

    Massalska. Właśnie dzwoniła – wtrącił Zawijas. – Ona już wszystko wie. Może mi pan wyjaśnić, skąd?

    O tym chciałem pogadać. Nie możemy jej potwierdzać żadnego z naszych podejrzeń, inaczej gotowa zrobić aferę na całe miasto. A tego akurat powinniśmy unikać. Zwłaszcza teraz, po tym cholernym pożarze. Pewnie pan słyszał?

    Tak, słyszałem – mruknął niechętnie profesor. – Nawet się minąłem z wozami strażackimi, wracając nocą do domu.

    No tak. Znał pan tego człowieka?

    Nie… to znaczy – którego?

    Buuu, profesorze… Proszę nie obrażać mojej inteligencji…

    Podejrzeniem o debilizm? Dlaczego nie, w tym podobno akurat jestem dobry. To co z tym człowiekiem?

    Nie łapię za bardzo. Ale mam co innego. Kolejny punkt dla mnie. Ten chłopak, co zginął na zapleczu, spłonął żywcem ze słuchawkami na uszach. Czy muszę dodawać, co miał włączone na odtwarzaczu w cudem ocalałym telefonie?

    Jasna dupa… – szepnął profesor całkiem nieprofesjonalnie. – „Pojmiecie znaki niechybnie”…

    Otóż to, profesorze – przytaknął inspektor Madej. – Otóż to.

    Cdn.