Kategoria: Aktualności
-
„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #10
Ruchliwa ulica błyskała jaskrawymi światłami, ale jej nie widział. Zmęczenie robiło swoje. Poprosił kierowcę ubera o wyłączenie radia i zamknął oczy.
Po głowie krążyły mu urywki rozmowy w ciasnym pokoiku na komendzie policji. Dziwnej rozmowy, z konkluzją, jakiej nie powstydziłby się najlepszy polski autor science-fiction. Żądanie inspektora Madeja było nie do spełnienia. Po prostu niemożliwe. Nawet dla kogoś tak balansującego na pograniczach intelektualnej odpowiedzialności, jak badacz literackich światów.
Jego akademicki umysł nie odpuszczał jednak i zajął się analizą wariantów, w których w ogóle mógłby pojawić się cień szansy na zrealizowanie szalonego pomysłu. Ktoś kiedyś powiedział, że słabość należy obracać w siłę. Jako literaturoznawca obyty był z fikcją literacką, interpretacja to w końcu coś jakby wchodzenie do wnętrza tekstu i myszkowanie po jego zakamarkach. Czytelnik nie jest przecież nikim innym, jak podróżnym w świecie przedstawionym dzieła, na tym polega magia literatury. Ale wejść naprawdę? Przebić pięścią tekturowe ściany? Rozciąć płócienne malowidło rzeczywistości i wleźć do środka jak w jakimś Truman Show? Niemożliwe. Absolutnie niemożliwe, powtarzał bezgłośnie w kabinie taksówki. No po prostu nie.
Powtarzanie ma to do siebie, że próbuje zagłuszyć wątpliwości. Jahwe kazał Mojżeszowi uderzyć w skałę i uwolnić na pustyni źródło wody, którym mógłby napoić swój lud. Mojżesz uderzył, ale dwukrotnie, na wszelki wypadek, ponieważ miał wątpliwości czy raz wystarczy. Nawet nie jakieś wielkie zwątpienie, tylko cień chwiejnego podejrzenia. Może stuknąłem za słabo, może kij się ześliznął po kamieniu i zaklęcie nie zadziała. Stuknę jeszcze raz. W sumie drobnostka. I został ukarany za niewiarę – zobaczył Ziemię Świętą, ale do niej nie doszedł. Tak, powtarzanie nie rozwiewa wątpliwości, tylko je umacnia.
Lewa, racjonalna półkula mózgu profesora Zawijasa powtarzała, że się nie da. Druga zignorowała jej marudzenia i pobiegła przed siebie tropem podjętym intuicyjnie, choć niezupełnie na ślepo. Biegła jakby znała drogę. Uchylił powieki i omiótł wzrokiem zarośla Ogrodu Botanicznego przy Alei Powstania Warszawskiego. Ciemne, mokre i milczące – koiły nerwy. Jakie nerwy? Dlaczego się denerwował? Uniósł dłoń pod światła jadących z naprzeciwka samochodów i przyjrzał się krytycznie. Drżała. Nie trzeba pytać, dlaczego. Diabeł wymyślił pytanie „dlaczego”. Prawa półkula mózgowa profesora Zawijasa pobiegła w kierunku od pięciu lat absolutnie zakazanym, na terytorium zamknięte za płotem znacznie solidniejszym od tego, który okalał Ogród Botaniczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zawróciła z drogi do Kanaan i jak na skrzydłach poleciała ku zupełnie innej Kanie, tej, gdzie siła wiary potrafi zmienić wodę w wino. Niejasne protesty mózgowej lewicy, że idąc od ziemi egipskiej to chyba ten sam kierunek, na niewiele się zdały. Metafora zadziałała. I profesor Zawijas dobrze znał odpowiedź na diabelskie pytanie „dlaczego”.
Chciał się napić.

www.unsplash.com/Kevin Kelly Pięć lat to dużo. Można się odzwyczaić od wielu rzeczy i o wielu rzeczach zapomnieć, nie wyłączając miłości. Zapominanie alkoholu to jednak nieco inny porządek, zwłaszcza jeśli alkoholowej namiętności towarzyszy napięcie twórcze. Picie i pisanie zrośnięte są ze sobą jak bracia syjamscy. Słownik pisarzy świata to zarazem słownik alkoholowych ekspertów. Aleksander Zawijas o tym doskonale wiedział, ponieważ studiował to zagadnienie nie tylko z powodów zawodowych, ale także osobistych, to znaczy zaciekle. Trudno się więc dziwić, że myśl o powrocie do pisania wstrząsała nim równie dogłębnie, co myśl o powrocie do picia.
Taksówkarz musiał się znać na rzeczy.
–Zatrzymać się przy nocnym? – spytał uczynnie.
–Słucham?
Wyrwany nagle z przepaści swych dylematów, profesor Zawijas podskoczył na siedzeniu jak obudzony ze snu.
–No, czy nie trzeba czegoś dla odprężenia na wieczór – wyjaśnił mężczyzna. – Zaraz będzie po drodze.
Powiedział „po dorodze”, w ogóle mówił ze wschodnim akcentem. Jechali wolno ulicą Grzegórzecką, która też była rozkopana, podobnie jak połowa miasta, i faktycznie mijali sklep z błękitnym neonem, płynącym nad otwartym wejściem: ALKOHOLE 24H.
–Nie, nie! Proszę jechać dalej!
Krzyknął za szybko i za głośno. Mężczyzna spojrzał we wsteczne lusterko ze słabo maskowanym zdziwieniem. Widocznie pasażer na tylnym siedzeniu wyglądał na kogoś, komu bardzo potrzebne jest coś na wieczór, inaczej nie zaśnie. A rano gość może mieć kłopot z ogoleniem tej bladej, zapadniętej od niezaspokojonego łaknienia twarzy. Oni tam na wschodzie się na tym znają.
–Jak pan szanowny chce.
Kierowca wzruszył ramionami, a potem dodał:
–Czasem dobrze i anioła nakarmić, i diabła napoić.
Po zagadkowej frazie, w której profesor domyślał się jakiegoś wschodniego przysłowia, w samochodzie zapadła niezręczna cisza i powróciło zagadnienie niemożliwej możliwości z ciasnego pokoiku na Mogilskiej.
Wysłuchali z inspektorem gróźb audiobooka, najpierw razem, potem każdy z osobna, a następnie zgodnie uznali, że padli ofiarą słuchowej halucynacji. Zawijas, jako bardziej wygadany, przodował w wymyślaniu i zgrabnym formułowaniu teorii o autosugestii, częściowej hipnozie, a nawet posunął się do zdefiniowania czegoś całkowicie oryginalnego i nowego, co zgrabnie nazwał audiofantazmatem. Jego źródła miały tkwić w nadmiarze dźwięków w naszym codziennym życiu, co generuje jakby równoległą rzeczywistość akustyczną współczesnego człowieka.
–Żyjemy w swoistej audiosferze – tłumaczył inspektorowi. – Od rana do wieczora słyszymy muzykę, słowa, krzyki, szepty, atakują nas reklamy, komunikaty, wiadomości, telefony, esemesy – ciągle coś słychać! Nawet pisaniu na komputerze towarzyszą jakieś dzwonki, plimki, brzęczki, bez przerwy. – Zapalał się coraz bardziej, porwany falą uderzającej trafności swego wywodu. – Cisza umarła! Niech pan sam sprawdzi, inspektorze. Nie ma ciszy!
–Jak pan zamilknie, zrobi się cicho – zaryzykował inspektor.
– No tak, ale na jak długo? Dziesięć sekund? Pół minuty? Niech pan spróbuje siedzieć obok drugiego człowieka i nic nie mówić przez minutę, a przekona się pan, jakie to trudne. Moim zdaniem tu tkwi tajemnica naszego złudzenia słuchowego. Usłyszeliśmy to, co wydawało nam się, że powinniśmy usłyszeć, i poskładaliśmy ten zaprojektowany tekst z gotowych kawałków, jakie wpadły nam do uszu przez ostatnie, powiedzmy, dwadzieścia cztery godziny.
–Obaj to samo?
–Hmm, no nie wiem – zawahał się profesor, ale tylko na moment. – Nie jesteśmy pewni, że słyszeliśmy obaj dokładnie to samo. W streszczeniu wygląda podobnie, ale słowa mogą być inne. Obaj zacytowaliśmy to nieszczęsne „nowięc”, bośmy je usłyszeli od tego pańskiego aspiranta, ale to może być właśnie dowód na słuszność mojej tezy.
Zakończył jak doświadczony dyskutant, wyćwiczony na konferencjach, sympozjach, seminariach.
– To zróbmy jeszcze test – zaproponował inspektor Madej. – Każdy z nas spisze słowo w słowo to, co słyszy, i porównamy notatki.

www.unsplash.com/Aaron Burden Zrobili test. Wyszło to samo. Słowo w słowo. Okruchy zmiotłem ze stołu, ogień w piecu rozpaliłem, warzę godziwą strawę specjalnie dla was i czekam. A żebyście nie ociągali się zbyt długo, wysyłam gońców…– i tak dalej. Wynik testu zachwiał nieco teorią audiofantazmatu, ale profesor nie dawał za wygraną.
–Niewykluczone, że w niektórych ludziach pod naciskiem owej audiosfery uwalniają się głęboko skryte skłonności i na przykład popełniają oni samobójstwo albo usiłują dokonać morderstwa. Tego typu odruchy są silnie tłumione i w lęku przed uaktywnieniem spychane – że się tak wyrażę – na samo dno duszy, gdzie zamykamy je na cztery spusty i gdzie w ogóle boimy się zaglądać. Audiobook wchodzi przez ucho wprost do mózgu, oddziałuje silnie na emocje, a te rozwibrowują duszę i mącą dno. Poluźniają zasuwy. Odryglowują bramy. Otwierają loch i wypuszczają demony.
–Emocje wypuszczają demony – powtórzył inspektor nie patrząc na profesora.
Odwrócił głowę do okna i gapił się na czarne, podłużne widma topoli za policyjnym parkingiem. Chwiały się na wietrze jak monumentalne postacie z antycznego teatru, chór bachantek z tragedii Eurypidesa. Od ulicy Mogilskiej było przez nie jarzeniowe światło latarni. W zasadzie była już noc.
–Ładnie pan to ujął. Ja nie jestem taki elokwentny, nie wymyśliłbym na poczekaniu tylu pięknych metafor. Jednak co profesor, to profesor. Ja umiem ujmować rzeczy wyłącznie dosłownie. Jest tak a tak.
Porzucił obserwację chwiejnych widm za oknem i zwrócił się wprost do profesora.
– W leczeniu uzależnień jest takie pojęcie, jak „intelektualizowanie” – ciągnął. – Chory zamiast powiedzieć: „jestem uzależniony od alkoholu”, mówi na przykład: „mój organizm ma problemy z dehydrogenazą aldehydu octowego do kwasu octowego”, albo: „etanol ma pozytywny wpływ na aktywowanie mojej kory mózgowej podczas procesów twórczych, dlatego piję, aby tworzyć”. Odnoszę wrażenie, że pan w tej chwili uprawia właśnie coś w rodzaju intelektualizowania, to znaczy zamiast nazwać rzecz po imieniu, wymyśla pan teorie o audiocośtam i ucieka od tematu. Po raz kolejny zresztą.
–Dlaczego pan tak sądzi?
–Ponieważ widzę, co się dzieje z pańską twarzą – odparł inspektor. – Kiedy puszczam audiobooka i padają te zwariowane słowa, słucha pan ze ściągniętymi policzkami i półotwartymi ustami, jakby się bał uronić choć jedno słówko. A kiedy snuje pan te swoje akustyczne teorie, odpręża się pan, mówi swobodnie i z uśmiechem, rozpierając się na krześle. Mowa ciała. Jest pan zadowolony, że niebezpieczeństwo zostało odsunięte.
–Jakie niebezpieczeństwo?
Inspektor Madej przechylił się przez stół.
–Właśnie o to chciałbym spytać. Czego się pan boi?
Lampa brzęczała cichutko w ciszy, która znowu na chwilę zapadła. Kiedy wreszcie profesor Zawijas się odezwał, bardzo starał się nadać swojemu głosowi odcień rozsądku.
– Ja z kolei odnoszę wrażenie, że pan coś nieustannie insynuuje i wymaga ode mnie jakichś dziwnych deklaracji, by nie powiedzieć – zeznań. Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia, co miałbym zeznać. Jakież to straszliwe tajemnice skrywają się za moim „intelektualizowaniem”. Co takiego mam do ukrycia.
–Czyżby?
Pytanie było szybkie, świsnęło jak szpada.
–Skoro pan wie, proszę samemu odpowiedzieć – odparł profesor, ale dopiero po kilku sekundach, które mu były potrzebne do odzyskania równowagi.
–Dlaczego pan przestał pisać swoją powieść? – spytał inspektor tym samym spokojnym tonem. Lata pracy w policji kryminalnej nauczyły go używać spokoju jako narzędzia perswazji lepszego niż krzyki i zastraszanie.
– Bo była słaba i mi się nie podobała. Nie mam talentu. A co to ma do rzeczy?
–Skoro była taka słaba, dlaczego kradzież paru jej fragmentów przez jakiegoś audiobookowego psychopatę zrobiło na panu aż takie wrażenie?
Profesor zaczął wiercić się na krześle.
– A panu się to nie wydaje dziwne? – odparł pytaniem, ale niespokojnym. Nerwowym.
–Może dziwne, ale nie wstrząsające. A pan mówi o tym niemal jak o naruszeniu jakiejś kosmicznej równowagi.
Trafił. Profesor chciał się żachnąć, ale zrobił to na tyle nieskoordynowanym ruchem, że zrzucił ze stołu swój pusty kubek po kawie. Trzask omal nie strącił go z krzesła.
–Bzdura! Bzdura i jeszcze raz bzdura! Nie wiem, o co panu chodzi, ale tym razem mam już nieodwołalne postanowienie. Żegnam!
Wstał i zaraz usiadł. Usłyszał coś, co osadziło go w miejscu.
–Musimy tam wejść, panie profesorze. Do starego młyna.
–Ale… on nie istnieje.
Inspektor Florian Madej po raz pierwszy od dłuższej chwili uśmiechnął się szeroko.
– No i właśnie o tym powinniśmy pogadać. Poważnie, bez całej tej ściemy o audiosferach i innych bajerach. Bo kto jak kto, ale pan – profesor od literatury, autor demonicznej powieści o starym młynie i niepijący alkoholik – akurat nie powinien twierdzić, że stary młyn z tamtych notatek nie istnieje. Nie, panie profesorze Aleksandrze Zawijasie. Stary młyn istnieje, podobnie jak ta cholerna cegielnia. I musimy tam wejść.
Profesor wstał, powtórzył swoje zasadnicze „żegnam” i wyszedł. Być może nawet nieco trzasnął drzwiami, by podkreślić swoje formalne oburzenie, w którym chyba najbardziej bolało bezceremonialne nazwanie go alkoholikiem. Najbardziej oburza prawda o sobie, wypowiedziana przez kogoś innego bez pozwolenia. W ogóle był zniesmaczony.
A teraz siedział w taksówce i rozmyślał o tym, co byłoby potrzebne do podjęcia nieprawdopodobnej i kompletnie zwariowanej próby wejścia do starego młyna nad małą i dzisiaj już wyschniętą rzeczką o malowniczej nazwie Macocha, całkiem niedaleko stąd, bo zaledwie pięćdziesiąt kilometrów, w południowo-zachodniej Małopolsce. Całkiem niedaleko i bardzo, ale to bardzo daleko. Po drugiej stronie zamalowanego płótna, które oddziela rzeczywistość od literackiej fikcji.
Cdn.
-
„Kamera mocno mnie onieśmiela”, Wojciech Chmielarz o premierze serialu „Żmijowisko”
Plan był taki, że spotkam się z Wojtkiem i nagramy krótkie wideo, w którym opowie o swoich wrażeniach po pierwszym odcinku „Żmijowiska”. Słabo nam jednak poszło zgranie grafików, więc łapcie krótką rozmowę w wersji tekstowej. Oglądaliście, podobało się? A może macie jakieś uwagi co do produkcji Canal+ Polska?
Wojtku, przede wszystkim gratulacje z powodu debiutu aktorskiego. Jako młody chłopak pewnie marzyłeś, żeby zagrać w jednej produkcji z Cezarym Pazurą, a tu proszę, udało się. Jak do tego doszło, że wystąpiłeś w „Żmijowisku”? Casting, a może po prostu przechodziłeś z tragarzami ;)? No i najważniejsze, czy pojawisz się w kolejnych odcinkach?
Ha! Okej. Tutaj historia akurat jest dość prosta. Akurat byłem na planie, a Łukasz Palkowski zapytał, czy nie zechciałbym wystąpić przed kamerą. Chciałem 🙂 Powiem Ci, że ten mój występ jest oczywiście króciutki i raczej w kategorii mrugnięcia okiem do widza, ale nerwy były. Jednak kamera mocno onieśmiela. A do tego masz taką świadomość, że oprócz ciebie na planie jest kilkanaście innych osób i ich praca zależy od tego, czy ty dobrze wykonasz swoją robotę.
Pierwszy odcinek widziałeś na długo przed premierą, a jak zareagowali znajomi, czytelnicy? Masz już informacje zwrotne?
Póki co jest dobrze. Czytelnicy są zadowoleni, znajomi są zadowoleni, widzowie, którzy nie znali wcześniej książki, również. Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć coś naprawdę fajnego. Ale z oceną poczekajmy jeszcze do zakończenia serialu.

Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy Apetyt rośnie w miarę jedzenia? To znaczy, czy już marzy Ci się ekranizacja „Rany”, ewentualnie cyklu z Jakubem Mortką?
Odpowiem szczerze – nie marzy mi się żadna ekranizacja. Ale żeby była jasność, ja się bardzo cieszę ze „Żmijowiska” i będę się cieszył z każdej następnej propozycji. Ale to nie jest tak, że dniami i nocami chodzę po domu i zastanawiam się, co by się teraz nadawało do ekranizacji i czemu producenci do mnie nie dzwonią. Zawsze marzyłem o tym, żeby być pisarzem. To marzenie udało mi się spełnić. I na dalej będę skupiał, żeby pisać jak najlepsze książki. Jeśli jakąś uda się kiedyś przenieść jeszcze na ekran to super, ale to nie jest i nigdy nie było najważniejsze.
Wracając do „Żmijowiska”, to kiedy uwierzyłeś, że z serialem wszystko się uda, że on na pewno powstanie?
W momencie, kiedy trafiłem w wakacje na plan i zobaczyłem tę grupę blisko pięćdziesięciu osób, które ciężko zasuwają na to, żeby wszystko się udało. Zdaję sobie sprawę, że świat filmowy bywa okrutny. Znam projekty, które były odwoływane w dosłownie ostatniej chwili. Nie jest też wielką tajemnicą, że już lata temu miała powstać filmowa ekranizacja „Farmy Lalek”. Nie udało się, chociaż PISF przyznał już dotację. Dlatego przez cały czas, kiedy pracowałem nad scenariuszem, kiedy rozmawialiśmy z Aurum Films czy Canal Plus, powtarzałem sobie – spokojnie, nie ciesz się za bardzo, to jeszcze nic nie znaczy. Ale tym razem historia znalazła swoje szczęśliwe zakończenie.
Od dzisiaj będziesz sprawdzał oceny nie tylko na lubimyczytac.pl, ale też na filmwebie? A może jednak masz wrażenie, że „Żmijowisko” nie jest do końca Twoim dzieckiem, a raczej dziełem zespołowym?
O! Serialowe „Żmijowisko” to zdecydowanie dzieło zespołowe! Zaczynając od początku, to ogromny wkład wniosła współscenarzystka Dana Łukasińska. Potem reżyser Łukasz Palkowski, odpowiedzialny za zdjęcia Michał Sobociński, ludzie od castingu, dekoracji, charakteryzacji, wybierania lokacji, kierownicy produkcji i planu, a wreszcie aktorzy. Ale to dobrze! To było dla mnie w tej całej historii najciekawsze – co z tą książką zrobią inni! Co z niej wydobędą, co będzie dla nich ważne i istotne. I dlatego to doświadczenie było tak fascynujące.
Czy jest przewidziany drugi sezon serialu, czy wszystko skończy się na siedmiu odcinkach?
Póki co czekamy na reakcję widzów. Co będzie dalej, zobaczymy.
-
„Jak zarobimy na Noblu”, listopadowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Tokarczuk to, Tokarczuk tamto, Tokarczuk dostała tyle i tyle, będzie tu i tam. Nie sądziłem, że kiedykolwiek doświadczę tak ogromnego zainteresowania polskiej opinii publicznej osobą, która zajmuje się literaturą. Ani że od tego będzie zależeć część mojego zawodowego życia.
W tej całej noblowskiej zawierusze najbardziej urzekła mnie publikacja tygodnika „Wprost”. Olga Tokarczuk uplasowała się na drugim miejscu listy najbardziej wpływowych Polaków. Znalazła się przed Mateuszem Morawieckim, Donaldem Tuskiem i Andrzejem Dudą. Przed Dawidem Podsiadłą czy Robertem Lewandowskim. Przed Tadeuszem Rydzykiem, Dodą oraz Patrykiem Vegą. Przegrała jedynie – jakżeby inaczej – z Jarosławem Kaczyńskim.

Mam wrażenie, że wprostowa kapituła parokrotnie pomieszała listę najbardziej wpływowych Polaków z zestawieniem ludzi, o których z różnych powodów w ostatnim czasie dużo się mówi (tak tłumaczę chociażby czternaste miejsce Mariana Banasia). Ale nawet jeśli autorzy rankingu przyznali pisarce bonusowe punkty za świeżość jej wyczynu, drugie miejsce Tokarczuk jest kolejnym świadectwem niebywałej skali noblowskiego sukcesu. Ten w wymiarze osobistym jest oczywisty: 3,5 mln złotych nagrody (zwolnionej z niemal milionowych obciążeń podatkowych), rewelacyjna sprzedaż książek (w dwa tygodnie utwory noblistki sprzedały się w ponad 45 tys. egzemplarzy – i to w samym Empiku), dożywotnie miejsce w literackim panteonie i pewnie dożywotnia utrata świętego spokoju. Ale jak ten sukces wygląda w wymiarze społecznym? Narodowym? Kulturowym? Wydawniczym?
Kiedy w ostatni weekend października tłumy fanów czyhały na autograf noblistki przed siedzibą Wydawnictwa Literackiego, kilka kilometrów dalej odbywały się Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Również tłumnie oblegane – organizatorzy doliczyli się 68 tys. uczestników. To jedna z imprez, na których zapomina się o kryzysie czytelnictwa, ponieważ przestronne progi hali Expo ledwo mieszczą literackiego fioła Polaków. I pewnie nie jest zaskoczeniem, że w tym roku – przynajmniej w wymiarze kuluarowym – targi stały pod znakiem Tokarczuk.
W ciągu paru godzin odbyłem kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt rozmów z autorami, wydawcami, dziennikarzami i czytelnikami na temat noblistki. Kontekst był oczywiście makiaweliczny, ponieważ wszystkich interesował wpływ jej sukcesu na branżę literacką. Efekt Nobla. Profity, jakie na fali tego wyczynu może zgarnąć cały rynek książki. I choć jesteśmy narodem malkontentów, przeważały optymistyczne prognozy.
Poniżej znajdziecie kilka okołobiznesowych predykcji, które usłyszałem albo pomogłem ukuć. Niektóre brzmią jak fantastyka, halucynacje albo żart, ale inne wydają się całkiem zdroworozsądkowe.
1. Pojawią się nowi czytelnicy
Po nie najprostszą twórczość Tokarczuk będą sięgać głównie wprawieni fani literatury, którzy do tej pory nie mieli styczności z jej prozą. Ale oprócz nich rozrywką, jaką jest czytanie, zainteresują się ci, u których do tej pory książki przegrywały z kabaretem, talent show czy Netflixem. I nawet jeśli zatrzymają się na utworach pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya” czy autobiografiach celebrytów, będzie to oczywisty zysk dla złaknionego dobrych wieści rynku, który wzbogaci się o nowych odbiorców.2. Każdy zacznie pisać
Nobel to literackie mistrzostwo świata. A kiedy w sporcie zawodowym pojawia się mistrz, masa amatorów próbuje go naśladować. Dlatego za kilka miesięcy wydawnictwa odczują napór na skrzynki e-mailowe. Potem poczują go autorzy, którym przybędzie konkurentów. Po drodze powstanie mnóstwo literackich potworków, bo przecież pisać każdy może. Zwłaszcza gdy na horyzoncie majaczy trzy i pół bańki za Nobla.3. Wzrośnie zainteresowanie polską kulturą
Skoro nasza literatka zgarnia Bookera oraz Nobla, skoro nasz fantasta daje podkład pod potencjalny hit serialowy Netflixa (Andrzej Sapkowski i jego „Wiedźmin”), skoro filmowcy dostają Oscary (Paweł Pawlikowski) czy inne Srebrne Niedźwiedzie (Małgorzata Szumowska), to najwyższa pora, aby do głównego nurtu przebiła się świadomość, że z naszą kulturą nie jest najgorzej. I że warto z niej czerpać garściami.4. Polskim autorom będzie łatwiej (to chyba najbardziej odjechana prognoza)
Łatwiej debiutować, negocjować z wydawcami, rywalizować na rodzimym rynku z zagranicznymi twórcami. A co lepsi zaczną robić spektakularne międzynarodowe kariery.
Olga Tokarczuk, fot: Łukasz Giza/Wydawnictwo Literackie 5. Kryminał zyska poważanie
Autorzy kryminałów nie mogą narzekać na wąskie audytorium. W dodatku za sprawą niektórych twórców (szczególnie skandynawskich), zgrabnie wplatających w utwory wątki społeczne, polityczne czy ekonomiczne, są traktowani śmiertelnie poważnie. Z reguły. Gdzieniegdzie nadal ciągnie się za kryminałami odium literatury niskich lotów. Ale może przestanie, skoro nawet noblistka sięgnęła po ten gatunek (choć pisząc „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, potraktowała go instrumentalnie – jako przystępną powłokę dla moralitetu o szacunku dla naszych braci mniejszych).6. Literatura zbliży się do internetowego mainstreamu
Marzenie ściętej głowy, prawda? A jednak Tokarczuk od kilku tygodni nie schodzi z czołówek serwisów informacyjnych. O niej, o Noblu i o książkach bajają w mediach spece od kultury, politycy i celebryci. Wirtualna Polska zainicjowała nawet kampanię #GdybyNieKsiążka, w ramach której aktorzy (m.in. Andrzej Seweryn) czy ludzie sportu (Adam Małysz) dzielą się refleksjami na temat literatury. Do mainstreamu jeszcze daleka droga, ale to całkiem wyraźny krok w stronę przestrzeni, którą w sieci okupują wiadomości polityczne, doniesienia sportowe czy plotki z życia gwiazd.Żeby była jasność: to nie był zalew jednoznacznie pozytywnych proroctw, powodowany targową duchotą czy chwilowym hurraoptymizmem. Wiele osób z branży uważa, że sukces Tokarczuk to tylko krótkotrwały zryw. Jednorazowy strzał. Bardzo kolorowy i efektowny fajerwerk, który zapada w pamięć, ale jest tylko… kolorowym fajerwerkiem. Błyskotką.
A to z kolei prowadzi do bardzo ponurej konkluzji. Bo jeśli Nobel dla Polki nie wywrze pozytywnego wpływu na rynek literacki, trudno wskazać coś, co mogłoby to zrobić.
PS. Nie jestem pewien, czym „Wprost” bardziej mnie zaskoczył: drugim miejscem Olgi Tokarczuk czy czterdziestą trzecią pozycją Wiesława Myśliwskiego, który wyprzedził m.in. Zygmunta Solorza, Roberta Biedronia i Agnieszkę Holland. Prędzej spodziewałbym się ujrzeć w takim zestawieniu Remigiusza Mroza, którego proza może nie promieniuje na całą polską kulturę (tak autorzy rankingu uzasadnili pozycję Myśliwskiego), ale niewątpliwie dociera do mas. A to nie lada sztuka.
PPS. Nie widziałem w zestawieniu ministra kultury Piotra Glińskiego. Ale może nie doczytałem do końca.
Krzysztof Domaradzki
-
„Moja mamusia przeżyła Auschwitz dzięki SS-manowi. Mówiła, że nie wszyscy Niemcy są źli”
Ta tajemnica czekała na ujawnienie 75 lat. Historia kobiety, która była żoną partyzanta AK, opowiedziana przez jej córkę. Pani Stefania trafiła do niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau dlatego, że jej mąż nie miał odwagi oddać się ręce SS-manów. Ewa Budniak, jej córka, postanowiła opowiedzieć tę dramatyczną historię Ninie Majewskiej-Brown. Czy przebaczyła swojemu ojcu? Jaka była jej reakcja, gdy dowiedziała się o relacji łączącej matkę z Jürgenem, SS-manem z obozu? Czy po 75 latach coś zmieniło się w ocenie tamtych wydarzeń? Przeczytajcie „Tajemnicę z Auschwitz” – dramatyczną, wzruszającą historię o ludzkim piekle, ale też o przyjaźni, a może i miłości za drutem kolczastym. Czy możemy w tym przypadku mówić o szczęśliwym zakończeniu?
-
„To miał być współczesny kryminał”. Ryszard Ćwirlej o „Upiorach spacerujących nad Wartą”
Dwanaście lat. Tyle upłynęło od premiery pierwszej książki Ryszarda Ćwirleja. Z tej okazji kilka dni temu „Upiory spacerują nad Wartą” zostały wznowione. Żeby to uczcić, poszedłem z autorem w miejsce, gdzie pewien wędkarz znajduje ciało kobiety pozbawione głowy. Co dwanaście lat po premierze o książce sądzi Ćwirlej? Dlaczego książka rozpoczyna się w 1985 roku? Zobaczcie sami.
-
Podcast smakksiazki.pl nadaje! W najnowszym odcinku Guzowska, Jakimowicz, Szamałek
Pociąg TLK „Gwarek” ze Słupska do Katowic, planowy przyjazd 18:24, przyjedzie z opóźnieniem około dziesięciu minut. Co to ma wspólnego z tym odcinku podcastu? Ano to, że też się delikatnie spóźnił. Wicie, rozumicie, wszystko przez krakowskie targi, ale już wszystko jest, wszystko gotowe, podcast wjeżdża na Wasz peron. Jeśli zrobicie sobie do słuchania herbatę, to będziecie się czuli jak w wagonie WARS 😉
W tym odcinku pogadaliśmy o technologiach, które coraz bardziej wpływają na nasze życie, o czym pisze w swojej najnowszej książce „Kimkolwiek jesteś” Jakub Szamałek. Wpływają tak bardzo, że Jarek Jakimowicz pogubił się przy kasie bezobsługowej w Lidlu, a ja na lotnisku we Frankfurcie. Jest też oczywiście o archeologii, w tym specjalistką jest Marta Guzowska, której „Rok szczura” chwilę temu wylądował na księgarskich półkach. Jarek Jakimowicz, którego znacie pewnie przede wszystkim z „Młodych wilków” opowiada o swojej autobiografii, w której jest wobec siebie bardzo szczery. Opowiada o wychowaniu przez dziadków, wyskokach za zachodnią granicą, ale też o tym, że oddał synowi część swojej wątroby. Momentami jest wesoło, a chwilami wzruszająco. Smacznego!
Podcast nagrywaliśmy tradycyjnie w Antykwariacie Kwadryga, za co wielkie dzięki, po raz kolejny.
-
Przeczytajcie fragment „Śmierci z ogłoszenia” Grzegorza Kalinowskiego
Warszawa 1664
Nie miała to być zwykła niedziela, królowa pani postanowiła mieszkańcom Warszawy, dworzanom, wojskowym i kupcom, których były w mieście całe tłumy, dać trochę rozrywki. I to nie byle jakiej, nie prostych pokazów linoskoczków czy treserów ze zwierzętami, a prawdziwy teatr.
Nie wszystkim przedstawienie było jednak w smak, bo szybko rozeszła się wieść, że będzie to popis gości królowej pani, jej francuskich faworytów, dworzan i innych obiboków, którzy panoszyli się nie tylko na dworze, ale i w mieście.
Francuzi Marii Gonzagi wystawili opowieść o tym, jak ich król pokonał cesarza niemieckiego. Aktorzy szybko przekonali do siebie widzów, którym wydawało się, że oto na ich oczach najprawdziwszy król Francuzów odbiera hołd od pokonanego cesarza. Reagowano żywiołowo, krzyczano, klaskano, podpowiadano… Jeden z konnych wydarł się nawet: „Zabijcie tego takiego syna, kiedyście już porwali! Nie żywcie go, bo jak go wypuścicie, będzie się mścił, będzie wojnę mnożył, będzie krew ludzką rozlewał, a tak nie będzie nigdy miał świat pokoju; skoro zaś zabijecie, król jegomość francuski osiągnie imperium, będzie cesarzem, będzie, da Pan Bóg, i naszym królem Polskim
[…]. W ostatku, jeżeli wy go nie zabijecie, ja go zabiję!”1. To mówiąc, a widząc, że nikt na scenie nie ma zamiaru cesarza ani ścinać, ani też wtrącać do lochu, chwycił za łuk i wystrzelił. Strzała doszła celu, a posłana z całej siły, jaką miał łucznik, przeszyła aktora grającego cesarza na wylot. Widzowie wpadli w szał. Inni też sięgnęli po łuki i naszpikowali francuskich aktorów strzałami. Ci, co przeżyli, rzucili się do ucieczki, a po chwili zniknęli też strzelcy, którzy chcieli poprowadzić przedstawienie tak, jakby było dziejącą się na ich oczach prawdziwą historią.
Mówiono później, że nic się nikomu nie pomieszało, bo każdy pretekst był dobry, by nielubianym Francuzom wy- rządzić jakąś krzywdę. Wyrządzono, i to wielu, i do tego najcięższą. Królowa pani, Maria Gonzaga, była wzburzona, lecz nawet rozkaz króla pana, Jana Kazimierza, nie pomógł. Pościg był bezowocny, żaden z zabójców nie został pojmany i ukarany, jakby zwyczajnym było, że widz może wejść w środek przedstawienia i urządzić je po swojemu.
Warszawa 1931
Siąpiło, wiał nieprzyjemny listopadowy wiatr i nawet na Marszałkowskiej, najgorętszej ulicy Warszawy, było nieprzyjemnie. Tajny ajent Jakub Bond postawił kołnierz prochowca i głębiej wcisnął kapelusz na głowę. Gdyby było lato i środek dnia, pewnie nie postawiłby kołnierza, za to mógłby założyć przeciwsłoneczne okulary. Dla niego każdy sposób, żeby być człowiekiem bez twarzy i wtopić się w tłum, był dobry. Co innego mężczyzna, za którym podążał. Ten wyróżniał się na tle innych przechodniów, było w nim coś wyjątkowego. Miał sprężysty chód, wyprostowaną sylwetkę, ubranie od góry do dołu świadczące o jego klasie i pozycji: dobre buty, pewnie od Hiszpańskiego, kapelusz, ani chybi z domu mody Hersego, i garnitur z bielskiej wełny, szyty na miarę podług najnowszych europejskich mód w pracowni Zaremby lub innego mistrza nożyc i igły.
Emanujący szykiem i elegancją mężczyzna nazywał się Romuald Sarnicki i jeśliby zadać ludziom pytanie, kim jest, zapewne wielu odpowiedziałoby, że ziemianinem lub przemysłowcem. Równie wielu wzięłoby go za oficera w cywilu. Każda z tych odpowiedzi byłaby bliska prawdy, ponieważ Sarnicki pochodził z ziemiańskiej rodziny, miał dużo wspólnego z przemysłem, z wykształcenia był inżynierem, był też majorem Wojska Polskiego – osobą bardzo wpływową i znającą wiele tajemnic państwowych.
Romuald Sarnicki szedł Marszałkowską od Pięknej w kierunku Alej Jerozolimskich, zbliżając się do centrum miasta, które kwadrans na dziesiątą wieczorem dawało wiele możliwości. Mógł iść do któregoś z kin, do hotelu Polonia Palace, baru Pod Setką albo do teatrzyku Ananas. A może po prostu spieszył się na Dworzec Główny? Idący za nim tajny ajent nie musiał się zastanawiać. Był pewny, że Sarnicki nie dojdzie do Alej Jerozolimskich, tylko skręci w lewo, w Nowogrodzką, że jego celem będzie skrzyżowanie ulic Świętej Barbary i Poznańskiej.
Zaokrąglony róg kamienicy pod numerem czterdziestym mieścił szerokie szklane drzwi z pełniącymi funkcję latarni kolumienkami podtrzymującymi daszek. Wymarzone miejsce na restaurację, szynk albo sklep! Ale jak raz była tam poczekalnia oraz kasa Elektrycznej Kolei Dojazdowej, o czym informował pokaźnych rozmiarów szyld i zapalające się nocą litery „EKD” na kolumnach. Ajent znał rozkład zajęć Sarnickiego tak dobrze, jak zawiadowcy stacji kolejowych rozkład jazdy pociągów, mógł więc tam na niego czekać jak pasażer na pociąg. Bond był jednak zawodowcem i wiedział, że życie, tak jak rozkłady jazdy nawet najdosko- nalszych towarzystw kolejowych, robi czasem niespodzianki. Drobny szczegół może wpłynąć na powodzenie lub klęskę przedsięwzięcia, które jego szefowie określali jako jedno z kluczowych w walce z wrogim wywiadem.
Sarnickiego rozpracowywano przez wiele tygodni, czyniąc to z największą starannością i dyskrecją. Plan jego zajęć, zwyczaje i nawyki były doskonale znane i życie inżyniera majora było dla ludzi tajnej służby jak otwarta księga. Romuald Sarnicki mógł jednak, niczym kursowy pociąg, wykoleić się lub spóźnić o parę minut. A wykolejenia, jeśli tak można było nazwać epizody z jego życia, którymi raczej nie lubił się chwalić, zdarzały mu się niezbyt często, za to regularnie, więc w raportach ujęte były niczym świąteczne odstępstwa od codziennego rozkładu jazdy. W tym przypadku jednak notatki ajentów wywiadu nie tyczyły się niedziel, świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, lecz dnia w środku tygodnia. Dokładny zapis brzmiał: Środowe wizyty w instytucie przy ulicy Lwowskiej.
W eleganckiej kamienicy niedaleko gmachu Politechniki mieścił się Instytut Dla Zdrowia i Witalności D. Błaszczyńskiej, organizujący „indywidualne seanse”, podczas których za pomocą naparów ziołowych i masaży „zdejmowano z pacjentów ciężary dnia codziennego i otwierano ich umysły”. A wszystko to podług najnowszych mód, zrodzonych z fascynacji wschodnimi naukami i tradycyjną medycyną. Takie miejsca przyciągały zwykle panie z towarzystwa, w instytucie jednak próżno było ich szukać, bowiem spotykali się tam tylko dżentelmeni. Instytut Błaszczyńskiej był ni mniej, ni więcej tylko domem publicznym dla najlepszej klienteli.
Przybytek ów zajmował dwa połączone lokale, do których nie wchodziło się z tej samej klatki schodowej: jedną klatką się wchodziło, a drugą wychodziło. Do tego, aby uniknąć nieporozumień towarzyskich i zachować jak największą dyskrecję, w użyciu były jeszcze dwa wyjścia kuchenne, także na osobne klatki schodowe.
Instytut mieścił się – a jakże! – w pierwszorzędnej kamienicy, w której znajdował się gabinet wybitnego profesora ratującego pacjentów z najcięższych przypadków chorób płucnych oraz wzięta kancelaria prawna. Dobrze poinformowani wiedzieli, że w każdym z tych miejsc świadczono usługi najwyższej próby, jednak najbardziej ekskluzywnym i drogim miejscem był Instytut Dominiki Błaszczyńskiej. Jego właścicielka, i zarazem kierowniczka, lubiła mówić o swoich zagranicznych kursach, naukach pobieranych u wielkich mistrzów filozofii i literatury, szlacheckim pochodzeniu i koneksjach. Bywalcy jej lokalu chcieli w to wierzyć i przychodziło im to o tyle łatwiej, że gospodyni biegle władała kilkoma językami, jej erudycja była wprost ujmująca, a jakość świadczonych usług oszałamiająca. Jakkolwiek by na to patrzeć, nazywanie jej ciocią – tak jak w przypadku innych kobiet prowadzących podobne przybytki – byłoby dalece niestosowne, zatem zwracano się do niej madame Dominika. A wypowiadali te słowa nie byle jacy ludzie! Oficerowie, przemysłowcy, ziemianie, politycy i artyści. Krótko mówiąc, był to tajny salon stolicy, klub towarzyski, do którego wstęp mieli tylko nieliczni. Niektórzy przychodzili z gronem przyjaciół, inni, jak Sarnicki, strzegli anonimowo- ści. Każdy dostawał to, co chciał, bywalcy niewiele o sobie wiedzieli, choć oczywiście madame wiedziała sporo o każdym z nich, a na pewno więcej niż ich matki, żony, przełożeni i najbliżsi przyjaciele. Z tego też powodu szefowie Jakuba Bonda od kilku już lat myśleli, by otoczyć instytut patronatem, zasilić jego działalność pieniędzmi i mówić do Błaszczyńskiej „wspólniczko”. Stało się więc rzeczą oczywistą, że choć Sarnickiego łatwo można było dopaść w tym miejscu, nie chciano zamykać sobie drogi do przejęcia eleganckiego bajzlu i uczynienia go swoją agenturą. Po morderstwie przybytek madame Dominiki byłby spalony, postanowiono więc zgładzić Sarnickiego w jakimś miejscu publicznym. W związku z tymi planami nie można było dopuścić, by działo się tam cokolwiek podejrzanego. Na miejsce akcji wybrano zatem krańcowy przystanek kolei EKD – tam Sarnicki stawiał się w każdy wtorek, by pojechać do domu, eleganckiej willi w Podkowie Leśnej. Mieszkał w niej z piękną żoną i trojgiem dzieci: Piotrem, Pawłem i Cecylią.
Część tygodnia inżynier major spędzał w Warszawie, gdzie pracował, dysponując dwupokojowym mieszkaniem. Piątkowe, wieczorne odjazdy do Podkowy i poranne, poniedziałkowe powroty stały się rytuałem, o którym wiedzieli wszyscy, a zatem i wrogi wywiad. W raportach ajentów wszystko było opisane i uporządkowane: w dziewięciu przypadkach na dziesięć inżynier major kwadrans po dwudziestej drugiej lądował w domu, witał się z dziatkami, jadł z żoną kolację, wypijali wspólnie lampkę wina albo dwie, a następnie znikali w sypialni.
Tego dnia doszło jednak do nieplanowanego „wykolejenia” i wszystko przesunęło się aż o trzy godziny – spotkanie, w którym brał udział, przedłużyło się i jego pociąg odszedł. Jak i kolejne.
Następny kurs kolejki miał być o dwudziestej drugiej jedenaście, zatem Romuald Sarnicki usiadł na ławce w poczekalni, wyjął z kieszeni płaszcza książkę i zagłębił się w lekturze. Śledzący go tajny ajent stanął pod ścianą, rozpostarł gazetę i ukry- ty za wielką, papierową płachtą czekał na otwarcie ciągu zdarzeń, które miały doprowadzić do tego, co nieuchronne.

Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, Grzegorz Kalinowski, fot: smakksiazki.pl Pierwszym zwiastunem było przybycie kolejki, która nadjechała od strony Emilii Plater i Ogrodu Pomologicznego. Zanim się pojawiła, siedzący w poczekalni przyszli pasażerowie usłyszeli jej elektryczny brzęczek oraz zobaczyli snop światła reflektorów. Dwuwagonowy skład nie zdążył wjechać na przystanek i wypuścić pasażerów na peron, gdy ludzie z poczekalni ruszyli tak, jakby miało zabraknąć dla nich miejsc. Sarnicki szedł spokojnie, jako jeden z ostatnich, nie przepychał się, po prostu, jak przystało na majora Wojska Polskiego, wolno i dystyngowanie przesuwał się w kierunku drzwi. Okazało się jednak, że i tak za szybko, bo idąca przed nim para szła jeszcze wolniej. Stanęli w drzwiach poczekalni, jakby nie mieli pokonać progu, a skoczyć w przepaść. Sarnicki czekał cierpliwie. W tym momencie pojawił się za nim tajny ajent. Zrobił się sztuczny tłok, a Jakub Bond jakby przypadkiem wpadł na jego plecy. Najpierw poczuł klepnięcie, później zaskakująco przeszywający ból, a po chwili nie czuł już nic. Bond szybko i dyskretnie wyciągnął sztylet, który przed chwilą wbił po lewej stronie pleców Sarnickiego. Było to pchnięcie tak precyzyjne, jak ruchy operującego lancetem chirurga albo posługującego się nożem sprężynowym zawodowego mordercy. Jakub Bond był tym drugim typem człowieka, a jako tajny ajent specjalizował się w najkrwawszych i najtrudniejszych zadaniach. Dlatego teraz, zachowując zimną krew, chwycił osuwającego się na posadzkę Sarnickiego i krzyknął dramatycznym głosem:
– Ratunku!Pomocy!Człowiek mdleje,czy jest tulekarz?!
Para, która przed chwilą robiła sztuczny tłok, pierwsza zareagowała na jego wezwanie: mężczyzna podtrzymywał Romualda Sarnickiego, a kobieta darła się wniebogłosy. Zanim położyli rannego na posadzce, Bond wyjął z jego kieszeni oprawiony w jasnobrązową skórę notes. Kobieta wciąż zawodziła, a jej towarzysz wołał o lekarza. Ludzie tłoczyli się i patrzyli, jak z Sarnickiego uchodzi życie. Lekarza nie było.
Korzystając z zamieszania, para, która z początku tak przejęła się losem rannego, ruszyła w stronę pociągu, nie wsiadła jednak do niego, a zdecydowanym krokiem poszła za wagony kolejki. Kiedy nikt ich już nie widział, przestali się obejmować i niemal biegiem ruszyli w stronę Marszałkowskiej. W tym samym czasie ajent zmierzał na Poznańską numer piętnaście, gdzie mieściła się sowiecka ambasada. Nie był bowiem, jak stało napisane w dokumentach, kupcem Jakubem Bondem. Nazywał się Wsiewołod Władimirowicz Isajew, miał stopień komandira i był sowieckim szpiegiem!
-
„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #9
Całe złoto dnia spłynęło po ścianie lasu do wąskiego potoku, który promienistą strugą podążył dalej w głąb ciemności, owijając pnie drzew bezgłośną cynfolią. Pomruk wieczoru niósł się wilgotnym basem. W gęstniejącej melasie nieba zapalały się pierwsze gwiazdy. Ptaki zasnęły w locie, furkot ich wartkich skrzydeł połknęło stygnące powietrze. Wąż tracił czucie w sztywniejącym ciele. Wiewiórka zacisnęła powieki i łapkami nakryła rudy łeb. Zaszeleściła gałąź. Szła groza.
–Nie wchodź do cegielni – usłyszał Wędrowiec szept znikąd. – Jest tyle dróg do tylu miejsc, możesz wybrać każdą inną, wedle twojej woli. Ale nie tę. Nie musisz wchodzić akurat tutaj. Po co? Po co?
Siedział na trawie pod okazałą brzozą i oderwanym od serwety kawałkiem płótna usiłował przewiązać ranę na lewym ramieniu. Materiał był krótki i po owinięciu wokół skaleczonego mięśnia niewiele zostawało na węzeł. Mimo to próbował go zaciągnąć, pomagając sobie zębami.
– Po co? Takie pytanie nie istnieje – wyjaśnił nikomu. – Nasze Pismo święte obszernie i szczegółowo referuje powstanie oraz rozwój najlepszego ze światów i znajdziesz tam wszystkie pytania, oprócz tego jednego. Żaden z proroków nie wyjaśnia, po co jest to wszystko. Jest i tyle. Na pytanie „po co” jakby również nieco za późno.

www.unsplash.com/Sylas Boesten Kiedy już uznał odpowiedź na poziomie dyskursywnym za wystarczającą, sięgnął w charakterze wsparcia po argument estetyczny i zanucił przyśpiewkę:
–Nie wchodź do cegielni –
zahukała sowa –
bo ci spadną portki,
a może i głowa.
–Nie wchodź do cegielni –
zakwakała kaczka –
bo cię chwyci kaszel,
a może i sr…
Nagły świst przeciął pieśń na pół. Zafurczały trafione bełtem liście. Wędrowiec upadł na prawy bok i zwinnym ruchem przeczołgał się za pień. Torba podróżna i broń zostały tam, z przodu, poza zasięgiem ramion. Przywarł do pnia i nasłuchiwał, skąd padł strzał. „Cóż to, miły świecie, nawet śpiewać już nie wolno?”, zdziwił się, było to jednak zdziwienie zastępcze, by tak rzec – figuratywne, ponieważ domyślał się, kto do niego strzelać może. Doszedł wszelako do wniosku, że jeszcze nie czas na tłumaczenia i lepiej poczekać na rozwój wydarzeń mogących przynieść pomyślne zwroty w akcji, należał bowiem do ludzi, którym kapryśna fortuna nie szczędziła swych wdzięków.
Jakoż wkrótce usłyszał trzask gałązki pod ciężkim butem. Dwadzieścia metrów na lewo. Duże, niezgrabne, sapiące ciało. Jego domysł uzyskał nowe potwierdzenie. Poprzedniego wieczora z nieprzyjemnością odwracał wzrok od resztek jedzenia oklejających tłusty wąs, który teraz stanowił tak stanowczą przeszkodę w bezszelestnym oddychaniu prącego ku niemu przez leśny gąszcz człowieka. Starego i brzydkiego męża, którego największym nieszczęściem była młoda i ładna żona.
Ciężki krok ucichł. Wędrowiec domyślił się, że napastnik przystanął, by poobserwować okolicę i zorientować się w sytuacji. Kto wie, może nawet uniósł powtórnie naładowaną kuszę i mierzył w mrok wypatrując ruchu, który zdradziłby cel. Nieborak. Po pierwszym chybionym strzale miał na udaną powtórkę mniej więcej takie same szanse, jak na dozgonną wierność swej małżonki. Mmm, pyszności! – westchnął na wspomnienie mlecznych piersi, wyłuskanych spod rozwiązanej bluzki karczmarzowej.
Odłóżmy słodycz wspomnień. Nasz Wędrowiec uniósł się na łokciach i czubkach palców, po czym ostrożnie przesunął ciało bliżej swych porzuconych w trawie rzeczy. Powinien poczekać, aż zapadnie całkowita ciemność i jego przeciwnik straci resztki przewagi, chęć zabawy wzięła jednak górę. Przywarł ciałem do mokrej ziemi i zacisnął prawą dłoń na rogowej rękojeści swej eleganckiej, napoleońskiej szpady. Lubił ten chwyt. Napełniał jego umięśnione ciało przyjemną wibracją. W precyzyjnym pchnięciu wirującego ostrza jest jakieś oczyszczenie, ulga, jak zanurzenie dłoni w chłodnym strumieniu. Potarł palcem pozłacany kabłąk. Gotowość. Ulga. Gotowość i ulga. Bardzo wolno wycofał się z powrotem za pień brzozy. Rozerwane lewe ramię przestało dokuczać, ból wyłączyła adrenalina. Był napięty i spokojny. Teraz może czekać. Chodź, nieboraku.
Po kwadransie sapanie powróciło, tym razem bliżej. Ciemność wypełniła przestrzeń między drzewami gęstą mazią i gdzieś z jej głębi dochodziły kroki niezgrabnie skradającego się karczmarza z Nieporaju. Szeleścił trącanymi pędami krzewów, łamał podeszwą patyki, ocierał się o pnie – i szedł. Po śmierć. Nasz Wędrowiec przelotnie pomyślał ze współczuciem o desperacji rogatego małżonka, który z narażeniem życia stanął w obronie resztek honoru małżonki oraz własnego, których przecież już nie było. Zdumiewające, ile energii ludzie tracą
w obronie spraw beznadziejnych i rzeczy nieistniejących. A wystarczyło odrobinę pomyśleć. Skalkulować ryzyko i zrobić bilans, nieco wcześniej, zanim ruszyły nieodwracalne wydarzenia…
Z twarzą przy ziemi i szpadą w dłoni miał idealną pozycję do przeprowadzenia ataku z zaskoczenia. Wysoka trawa pochłaniała ostatnie drobiny światła. Drzewa od strony zbliżającego się karczmarza z kuszą otaczał gąszcz zarośli z jednym tylko wąskim przesmykiem. Zbliżając się karczmarz musiał wyjść wprost na niego. Jak każdy otyły człowiek w ciemności – będzie patrzeć przed siebie. Szczupły mógłby przykucnąć i spróbować przemieszczać się na klęczkach, lub wręcz czołgać. Jednak nie ten sapiący grubas, któremu Wędrowiec aż nazbyt dobrze przyjrzał się zza stołu przydrożnej karczmy, nim wymknął się za gospodynią do stodoły. W izbie było tłoczno i gwarno, karczmarz za ladą miał pełne ręce roboty. Żonę wysłał, by zajęła się wieczornym karmieniem dobytku. Kusza wisiała na ścianie za ladą. Pod ręką. Do obrony przed napastliwą klientelą. Czyżby przed kochankami żony również?
Zaszeleściły trącone liście. Blisko, może pięć metrów. Cztery. Trzy. Ścisnął mocniej rogowy chwyt. Zabić? Ale właściwie po co? Przypomniał sobie oklejony jedzeniem wąs. W Biblii nie ma pytania „po co”.
Zabić.
Pierwsze cięcie na wysokości kolan, od tyłu, przez ścięgna. Musi upaść i już nie wstanie. Nigdy. Na Sąd Ostateczny będzie kuśtykał wsparty na żebraczym kiju…
Szelest rozległ się tuż nad uchem Wędrowca. Naprężył mięśnie i kiedy energia wezbrała w nim jak tamowany wodospad, wypuścił bezgłośny cios. Świst napoleońskiej szpady miał w sobie lekkość wiatru i szybkość jaskółki. Wędrowiec odchylił ciało, by lepiej prowadzić w powietrzu zabójcze ostrze. Zgrzytnęła trafiona kość…
–Czego słuchasz?
–Aaa! Nie strasz mnie! – krzyknęła Zośka zrywając się z łóżka.
Szybkim ruchem zsunęła słuchawki na szyję, odepchnęła rękę matki i roztrzęsiona zaczęła chodzić po pokoju. Na policzkach wykwitły rumieńce, jakby ją przyłapano co najmniej na masturbacji.
–Hej, spokojnie. – Pani Magda Zawijasowa uniosła obie ręce w obronnym geście. – To już nawet pogadać nie można?
–Jakoś mnie uprzedź, a nie tak… Jezu, chyba mi się serce kopyrtnęło do góry nogami.
Dreptała w kółko zaciskając lewą dłoń w pięść, prawą teatralnie masując klatkę piersiową. Nosiło ją jak po złotym strzale.
–Mam najpierw wysłać esemesa z kuchni?
–Wystarczy zapukać. Wiesz, co to jest? Puk – puk!
–Dobrze, tak zrobię. Dziękuję za pouczenie. Masz chwilę?
–Jasne. Co jest, mamcik?
– To usiądź przynajmniej. Nie będę mówiła do karuzeli.
Pojedynek na kose spojrzenia nie trwał długo. Matka wygrała. Zośka usiadła po turecku na środku łóżka, wyprężyła plecy, złączyła kciuki z palcami środkowymi i oparła je na kolanach, jak w pozycji „kwiat lotosu”. Wzięła trzy głębokie oddechy i nawet pomogło.
–Tak jest dobrze?
–Nie musisz się zgrywać, słoneczko. Wystarczy, jeśli dobędziesz ze swego przebogatego wnętrza jedną z bardziej życzliwych masek i założysz na chwilę.
Zośka rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.
–Może tak być?
–Niech ci będzie. Skup się, bo chciałam poważnie porozmawiać o ojcu.
– Co z nim? Znowu po godzinach przeprowadza dogłębne konsultacje z jakąś doktorantką?
–Nie. W każdym razie nic o tym nie wiem – odparła Magda Zawijasowa. – Mam nadzieję, że tamte problemy skutecznie zażegnaliśmy, chyba że… znowu jestem tą, która się dowie ostatnia.
Blady uśmiech miał zbagatelizować nagle wywołaną z przeszłości troskę, ale sukces był chyba tylko połowiczny, ponieważ szybko spytała:
– A ty coś podejrzewasz?
–Nie, tak tylko powiedziałam. Mamcik, spokojnie – Zośka zburzyła kapliczkę kwiatu lotosu i wyciągnęła obie ręce, żeby potrząsnąć mamą za łokieć. – Przecież nic się nie dzieje.
– No właśnie – wpadła jej w słowo Zawijasowa. – Nie zauważyłaś u niego czego podejrzanego ostatnio? Jakichś dziwnych zachowań? Może powiedział coś takiego, co ci dało do myślenia?
Znów skrzyżowały spojrzenia, by zaraz spuścić wzrok. Tym razem remis. Córka zmarszczyła czoło na znak, że bardzo myśli, matka zmrużyła oczy szukając fałszu w jej reakcjach. Nigdy nie miała rozeznania, jak dalece tamtych dwoje stanowi frakcję przeciwko niej. Komitywa ojców i córek to kawał historii ludzkości.
–Chyba nie – stwierdziła w końcu Zośka wzruszając ramionami. – Gada za dużo, ale to normalka. Jakby zamilkł, to byłoby trochę dziwne. Do pracy jeździ, na terapię chodzi, wszystko jak trzeba. Powiedzże wreszcie, co cię gryzie. Jak nie kochanka, to co? Narobił długów? Zaczął ćpać? Chciał cię uderzyć?
Profesorowa Zawijasowa cierpliwie potrząsała głową, a przy ostatnim pytaniu zagryzła wargi. Potem przeszła do rzeczy.
–Pamiętasz tę historię z pisaniem powieści przez tatę? Tak, pięć lat temu, wtedy kiedy jeszcze, no wiesz…
–Wiem. Pił.

www.unsplash.com/Jack Ward – No właśnie. Twierdził, że alkohol mu pomaga na wyobraźnię, a powieść będzie genialna i musi ją skończyć, inaczej zwariuje. Ile to trwało, rok? Może półtora. Pamiętasz te pokrzykiwania na nas? „Albo oszaleję, albo kogoś zabiję!”, piszczał. To miały być takie żarty, ale mnie wcale nie bawiły. Ciebie chyba też nie, prawda?
Córka pokręciła głową i wpatrywała się w matkę czekając ciągu dalszego. Robiło się coraz ciekawiej i na chwilę oderwała się od tamtej leśnej fabuły.
–Wtedy, owszem, raz chciał mnie uderzyć. Ale ja nie o tym. Trzy dni temu, jak pamiętasz, miał wypadek. Jakaś kobieta dobiła do niego, a potem na dodatek ciężarówka urwała mu drzwi. Auto stoi w warsztacie, a ojciec jeździ tramwajami i uberem. Nawet za bardzo nie narzeka, bałam się, że będzie gorzej.
– To czego się boisz?
–Tak – przyznała Magda Zawijasowa napotkawszy przenikliwy wzrok córki. – Boję się. Nie wiem, jak ty to zapamiętałaś, ale mnie wtedy dręczyło jego takie jakby… wyizolowanie. Separował się, zamykał w pokoju i nie wychodził całymi godzinami, nawet do toalety. Jak facet pisze i pije przez pół dnia, to powinien przynajmniej raz wyjść za potrzebą, nie wydaje ci się? Albo chociaż po popitkę do kuchni. Potem na szczęście się skończyło. I picie, i pisanie. Zaczął chodzić na terapię i Bogu dzięki trzyma się do dzisiaj. Jakbyś kiedyś chciała wiedzieć, co to jest prawdziwa ulga, daj znać. Opowiem ci. Nie ma dnia żebym nie myślała o tym, jak siedzę i czekam w napiętej gotowości na powrót demonów. Codziennie. Ulga i gotowość. Gotowość i ulga.
–Co??? – krzyknęła Zośka i zakryła dłonią usta. – Co powiedziałaś?
Przeszył ją dreszcz. Nagle poczuła na twarzy powiew chłodnego, leśnego powietrza, poczuła zapach wilgotnej trawy. Za chwilę usłyszy szelest trącanych liści. I sapanie.
– No nic, chodziło mi o to, że ojciec wtedy był taki niepewny… Ale nie w tym rzecz. Zośka, powiedziałam coś nie tak? – Przyjrzała się uważnie córce. – Czyżbyś jednak chciała mi coś o nim powiedzieć?
Ta potrzebowała paru sekund, by ukryć zdumienie i powrócić do równowagi.
–Mamo, nie róbmy scen. Tata jest w porządku, odwalmy się od niego. Wykrztuś wreszcie, co masz do powiedzenia, bo mi już bateria uwagi siada.
– No więc, zaraz jak wrócił do domu po tym wypadku, zamiast się przejąć rozwalonym samochodem, wiesz jak go dopieszcza, zaczął opowiadać o audiobooku, którego słuchał po drodze. Że tam było coś dziwnego, coś… znajomego. No dobra, powiem. Twierdził, że na tym audiobooku są nagrane jego notatki. Rozumiesz, kawałki tej cholernej powieści, co ją pisał na bani pięć lat temu. Upierał się, że to na pewno było to, słowo w słowo! Mało powiedzieć, że byłam sceptyczna. Wierzyłam mu mniej więcej tyle, co pięć lat temu, kiedy nawalony jak stodoła zapewniał, że „wszystko jest pod kontrolą”. Brzmiał jednak na tyle przekonująco, że uległam perswazji i zgodziłam się wysłuchać tego kawałka z jego notatkami. Oczywiście niczego tam takiego nie było. Zamiast odetchnąć z ulgą, obraził się na mnie i poszedł na górę.
– A co miał zrobić? – spytała obojętnie Zośka.
Matka zaskoczona patrzyła chwilę na córkę. To był jeden z tych momentów, kiedy czuła się zdradzona i samotna, mając przeciwko sobie ojcowsko-córczany duet.
–Najbardziej tobym chciała, żeby zapomniał wreszcie o tym pieprzonym Starym młynie! – krzyknęła. – Mam dosyć jego pisaniny! Trawnik mógłby raz porządnie skosić!
– To mu o tym powiedz.
–Mówiłam sto razy! Ale nie o to chodzi, tylko że on jest taki…
–Mamcik – przerwała jej Zośka. – Trzeci albo czwarty raz mówisz, że nie o to chodzi. Może zdecyduj się, co chcesz powiedzieć i po prostu zrób to. Inaczej sobie nie pogadamy.
– Po prostu, po prostu. Łatwo ci mówić. Boję się, żeby tamto licho nie wróciło. Jak sobie pomyślę, że znowu zacznie pisać, to aż mnie mdli. Ech… Dobra, sorry, poniosło mnie, przepraszam. Chciałam tylko sprawdzić, czy nie zauważyłaś czegoś podej… czegoś nietypowego w jego zachowaniu. Rozumiem, że nie. W porządku. To chyba w zasadzie tyle. Już nie przeszkadzam.
Wstała i wytarła ręce o biodra, jakby to one najwięcej się w tej przemowie napracowały i miały prawo być spocone. Nie rozumiała, dlaczego tyle nerwów kosztowało ją opowiedzenie głupiej historyjki o omamach słuchowych męża. W końcu Olek od pięciu lat był całkiem w porządku. Uczynny i grzeczny (no dobra, trochę neurotyczny), uległy jak ilustracja z podręcznika o prawidłowym ustawieniu domowego mężczyzny. W każdym razie tak wypadał w porównaniu z poprzednim Olkiem, o którym chciałaby jak najszybciej zapomnieć, a którego nalana i woniejąca przetrawioną wódką twarz czasami jeszcze nawiedzała ją w snach.

Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy –Wybacz, już sobie idę.
–Pa, mamcik, kocham cię – odparła szybko Zośka i sięgnęła po komórkę, uśmiechając się wyczekująco do matki. Bardzo chciała znowu zostać sama, co Magda Zawijas doskonale widziała swoim czujnym okiem. Dodatkowo jeszcze wyczulonym ostatnio po tej historii z audiobookiem. Co za bzdura. Czas się stąd zabierać, żeby nie wdepnąć w nią zbyt głęboko.
Właśnie się odwracała, żeby sobie pójść, gdy zabrzęczał telefon w kieszeni jej spodni. Olek. Całkiem, jakby wyczuł…
–Cześć, kochanie, kiedy wrócisz…
Nie zdążyła dokończyć, kiedy usłyszała jego drżący głos. Ten sam, którego tak pragnęła nigdy więcej nie słyszeć. Wibrował nadczułym timbrem, jak tuż przed napiciem. Cholera, kiedy to się skończy!
–Olek, co się dzieje. Miałeś wypadek?
Zaczął tłumaczyć, że wróci później, ale słuchała piąte przez dziesiąte. Włączyła głośnik i stanęła przed Zośką ze znaczącą miną. Sama widzisz, jak on brzmi.
Zośka nie zwracała na nią uwagi. Wpatrzona w gadający ekranik bladła i wierciła się coraz niespokojniej. Papcio coś mętnie tłumaczył o konieczności pozostania na komendzie (policja?), a na koniec zakazał włączania audiobooka, kategorycznie i jak na swoje nerwowe usposobienie – dosyć przekonująco. Zakaz dotknął ją do żywego, a zdziwione oczy rozszerzyły się do dwóch wybałuszonych węgielków.
–Hyyy – jęknęła. – Dlaczego to ma być takie ważne?
Dopiero kiedy telefon zamilkł, mama zdecydowała się odpowiedzieć.
–Nie wiem, Zotka, ale na wszelki wypadek nie włączaj tego idiotycznego audiobooka. Lepiej teraz nie wyprowadzać z równowagi. Miejmy nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Niech on już wróci do domu.
Po czym wydała z siebie westchnienie bogini Wiecznej Troski, ucałowała córkę i wyszła z pokoju. Zośka miała nadzieję, że nie zauważyła ruchu jej biodra, którym usiłowała zasłonić leżący na łóżku smartfon. Było to bez sensu, ale co z tego? Powieść znajdowała się gdzieś tam w środku, drobny cyfrowy zapis, który według taty miałby być złodziejem jego notatek do powieści Stary młyn. W obliczu ostatnich wydarzeń otoczenie go mgiełką panieńskiego sekretu wydawało się rozwiązaniem optymalnym. Nie ma lepszego sposobu na podkręcenie ciekawości, niż zakaz. Cień niepokoju, zalegający w niej jak źle strawiony łosoś, odepchnęła w najciemniejszy zakątek swej dziewczęcej duszy. Posłusznie usunął się pod naporem ekscytacji. O tak to było dobre – „najciemniejszy zakątek mej dziewczęcej duszy”.
Cegielnia, stary młyn – normalnie jak jakieś archaiczne squoty! Gdy tylko ojciec wróci, musi go zapytać o szczegóły tej jego nienapisanej powieści. Możliwe, że była całkiem dobra, a biedna mamcik nic nie zrozumiała.
Ciekawe, czy też był tam jakiś Wędrowiec.
Namacała słuchawki ukryte pod zmiętą narzutą i naciągnęła na uszy. Przed powrotem papcia dosłucha przynajmniej tej sceny w lesie. Brrr! Ależ tam się dzieje!
Cdn.


