Kategoria: Aktualności

  • „Selfie z Tokarczuk”, październikowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Kiedy piszę ten tekst, „Bieguni” Olgi Tokarczuk uplasowały się na 14 pozycji wśród najczęściej kupowanych książek na stronie Empiku. Jest czwartek wieczór, czyli kilka godzin po tym, jak ogłoszono, że Nagroda Nobla powędruje w ręce polskiej pisarki. Rano tę pozycję zajmowała któraś z pozycji Remigiusza Mroza, a jestem przekonany, że kiedy będziecie czytali ten tekst, „Bieguni” będą już znacznie wyżej. No, chyba, że przegonią ich „Księgi Jakubowe”.

    Nobel dla Olgi Tokarczuk to ogromne wydarzenie i chyba nie ma nikogo, kto by się z tego nie cieszył. Spuszczę zasłonę milczenia na tych, którzy twierdzą, że to „niepolskie” lub nie mieli w sobie tyle samozaparcia, by dokończyć lekturę którejkolwiek z jej książek. Dziś będę pisał o tym, jaki wpływ wywarł na „Internety” sam fakt, że nagrodzono pisarkę. To w ogóle był bardzo ciężki tydzień dla bookstagramerów, bo najpierw Mariusz Szczygieł dostał podwójną Nike za „Nie ma”, a później spadła bomba, czyli Nobel dla Olgi Tokarczuk.

    Nie pamiętam tego, jak Wisława Szymborska dostała Nagrodę Nobla. Coś mi świta, że chyba mówili o tym w Wiadomościach. Wiem za to, że potem często dostawało się tomiki jej wierszy przy różnych świętach. Jestem przekonany, że tak samo będzie z powieściami Olgi Tokarczuk, które już zaczęto masowo kupować na Allegro, bo przecież taniej, niż w Empiku. Tak samo stało się z „Nie ma”, które zajmuje dziś pierwszą pozycję na liście sprzedażowej giganta, choć wysyłka odbędzie się dopiero po 18 października, gdyż zwyczajnie skończyły się egzemplarze.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Pisałem kiedyś tekst o tym, że sława może przyjść do pisarza na jeden z trzech sposobów i niestety, ale musze podtrzymać swoje zdanie na ten temat. Oto powody:

    – pisarz umiera i dostaje czarnobiałe zdjęcie na Onecie;

    – książka pisarza zostaje zekranizowana i dostaje on kolorowe zdjęcie na Onecie;

    – pisarz dostaje nagrodę literacką, kolorowe zdjęcie oraz „jedynkę” na Onecie.

    Olga Tokarczuk może odhaczyć z tej listy już dwie pozycje i mam nadzieję, że na tym poprzestanie, bo sławę już zdobyła, a na chciwą mi nie wygląda. Mariusz Szczygieł jest w sytuacji gorszej, bo zdobył tylko nagrodę, ale przynajmniej okupuje topkę Empiku, co pewnie niedługo się zmieni. Miał po prostu pecha, że to Polka dostała Nobla kilka dni po tym, jak dostał Nike.

    Kiedy Nobla dostała Szymborska, najwięcej zamieszania robiły księgarnie, które szybko musiały zmieniać swoje wystawki. Zapomniane przez los tomiki poezji trzeba było przenieść gdzieś w bardziej widoczne miejsce, bo nie mogły leżeć dłużej w piwnicy. Teraz sprawa jest znacznie prostsza. Księgarnie przeniosły się do sieci, więc po dwudziestu minutach masz gotowy baner i promocję.

    Jeszcze lepiej, kiedy prowadzisz bookstagrama. Masz konto na Instagramie to wrzucasz zdjęcie z książką Tokarczuk i gotowe. Serduszka sypią się lawinowo, o ile było się w pierwszym tysiącu osób, które zrobiły to samo. Teraz możesz po raz kolejny odstawić książkę na półkę i wmawiać sobie, że „teraz to na pewno ją przeczytam”. Gorzej, kiedy książki Tokarczuk w domu nie masz.

    Wtedy widzę dwie drogi: wrzucasz zdjęcie portretowe pisarki lub takie, które zrobiłeś kiedyś na targach książki / spotkaniu autorskim / przystanku tramwajowym i dopisujesz, że czytałeś Tokarczuk, zanim to było modne. Fejm robi się sam, obywatelski obowiązek spełniony. Nawet Lidl zrobił reklamę związaną z Noblem, choć akurat odnosiło się to do marki koszul, którą mieli w swojej ofercie, ale wiecie, ril tajm marketing.

    Bardzo cieszą mnie wszelkie nagrody, które otrzymują pisarze. Niezależnie od tego, czy te są przyznawane na naszym podwórku czy gdzieś za granicą. Docenianie zawsze cieszy, ale dlaczego czytelnicy robią to dopiero po czasie? Czemu z księgarskich półek książki nie znikają w takim samym tempie, jak w momencie, kiedy dochodzą do nas takie wiadomości, jak ta odnośnie Nobla? Wydaje mi się, że czytelnik potrzebuje konkretnego potwierdzenia, że wydaje swoje pieniądze na coś, co w jakimś stopniu mu się zwróci. Nawet jeżeli tej książki nie przeczyta, to przynajmniej będzie miał na półce coś, co warto na tej półce mieć, a nie kolejną „zwykłą” powieść.

    Zawsze będzie się czym pochwalić przed szwagrem na imieninach.

    P.S. Zrobiłem w międzyczasie przerwę na papierosa i herbatę, a „Bieguni” przeskoczyli z miejsca 14 na 3.

    P.S.2 Już miejsce pierwsze.

  • „Mam dla Olgi jedną radę: niech czasem wyłącza telefon”

    Powoli wszystko wraca do normy, już jutro na pierwszych stronach gazet będzie polityka, więc co teraz? Co powinna zrobić Olga Tokarczuk w pierwszych dniach „po Noblu”? Radzi nie byle kto, bo Michał Rusinek, który był przecież sekretarzem Wisławy Szymborskiej.

  • Wraca saga o Lipowie, przeczytajcie fragment „Pokrzyku”!

    Jeśli czekacie na najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej, to mam coś dla Was do porannej kawy. Całkiem spory fragment „Pokrzyku”, który w księgarniach pojawi się już we wtorek. Jeśli jesteście ze Śląska oraz okolic, to dziewiątego listopada poprowadzę z autorką spotkanie w Katowicach. O szczegółach będę jeszcze informował, a teraz zostawiam Was z „Pokrzykiem”.

    Za oknem domu rodziny Orłowskich błysnął flesz. I kolejny. I jeszcze jeden. Mariusz Nowakowski poczuł znajome bicie serca. Nie dało się go powstrzymać. To był odruch bezwarunkowy, wyrobiony przez lata służby w policji.

    Obecność dziennikarzy oznaczała zazwyczaj jedno: zdarzenie, do którego jechał, to nie było jakieś tam pitu-pitu. Czekało go coś mocniejszego. Najczęściej morderstwo. Prasa nie interesowała się sprawami, które uważała za błahe. Zlatywali się jak sępy do ofiary, kiedy czuli, że temat dobrze im się sprzeda. A nic nie sprzedaje się lepiej niż krew na martwym ciele. Tego też Mariusz nauczył się przez lata. W tej robocie człowiek szybko tracił niewinność i złudzenia.

    Bywało, że dziennikarze zjawiali się na miejscu zdarzenia, jeszcze zanim przyjechała grupa dochodzeniowo–śledcza. Zapewne dlatego, że ci bardziej doświadczeni przedstawiciele mediów mieli nasłuchy na policyjne częstotliwości. Nic zaskakującego. Tak się działo na całym świecie. A przynajmniej w c y w i l i z o w a n y c h miejscach, pomyślał Mariusz, uśmiechając się ironicznie. Na przykład w Warszawie, gdzie przesłużył dwadzieścia lat.

    Lipowo i okolice to było co innego. Przypominały Nowakowskiemu raczej d z i c z. Może nieco okiełznaną, ale jednak. Wszędzie lasy, łąki, lasy, pola, lasy. Lasy. Lasy. L a s y. Szczerze mówiąc, rzygał już wszechobecnym drewnem. Drzew było tu tyle, ile zapewne w całym życiu nie widział. I wcale by tego nie żałował.

    Nie ciągnęło go do natury ani trochę. Jego domeną było miasto. Wśród betonu Warszawy czuł się najlepiej. W zaułkach starej Pragi, w przejściach podziemnych Śródmieścia, wśród blokowisk na południu miasta. A tu? Tu teren był obcy i nieznany.

    Nie chcę, kurwa, żeby mnie kręcili – warknął Rafał Domański wściekle. – Nie możesz czegoś z tym zrobić? Skoro zostałeś wynajęty?

    Mariusz Nowakowski spojrzał w jego stronę. Domański był wysokim mężczyzną o aparycji członka gangu motocyklowego z amerykańskiego filmu. Tatuaże, wąsy i broda, długie włosy, nabijana ćwiekami skórzana kamizelka i kowbojki. Brakowało tylko ciemnych okularów. Domański nie założył ich chyba tylko dlatego, że zimowy dzień był mglisty i ciemny, a dom Orłowskich należał do słabo doświetlonych.

    Nie jestem twoim ochroniarzem – odparł spokojnie Mariusz. Nie tacy jak Domański próbowali go wyprowadzić z równowagi. – Nie taka jest moja rola w tym wszystkim.

    No właśnie – rzucił wyzywająco Domański. – Zastanawiam się, jaka jest w tym wszystkim twoja rola. Bo nie rozumiem.

    Mariusz wzruszył ramionami. Emerytowani policjanci najczęściej zostawali albo ochroniarzami, albo detektywami. Nowakowski obiecał sobie, że jak zdejmie mundur, nie powieli tego stereotypu. Wytrzymał miesiąc, no może półtora. Potem samo jakoś tak się potoczyło, że obecnie był prywatnym detektywem.

    Przestań narzekać, kochanie – upomniała swojego partnera Iga Orłowska.

    Była średnią z trzech sióstr. Przypominała latynoską piękność. Ciemne włosy i oprawa oczu, do tego krągłości dokładnie tam, gdzie trzeba. Iga podkreślała swoje atrybuty obcisłymi sportowymi strojami. Sądząc po sylwetce, nikt by nie odgadł, że przekroczyła już pięćdziesiątkę. Nowakowski dałby jej najwyżej czterdzieści. Może nawet mniej.

    Iga podeszła do okna w korytarzu i przysiadła na parapecie. W zalotny sposób, ale nienachalnie. Wyraźnie miała w tym doświadczenie. Trwała tak przez chwilę w bezruchu. Najwyraźniej czekała, aż flesze znów błysną i dziennikarze uwiecznią jej nienaganną sylwetkę w swoich materiałach z miejsca zbrodni.

    Opanuj się – warknęła Elżbieta Orłowska.

    Mimo całego uroku i seksapilu Igi najstarsza z sióstr Orłowskich bardziej się Mariuszowi podobała. Było w niej coś przyciągającego, mimo że z reguły Nowakowski nie spojrzałby nawet na kogoś w jej wieku.

    Elżbieta miała klasę. Być może o to chodziło. Była rudowłosą posągową kobietą o alabastrowej cerze i nienagannej elegancji. Granatowy żakiet, który dziś włożyła, musiał pochodzić z atelier jakiegoś projektanta. Do tego cieniusieńki łańcuszek z najnowszej kolekcji popularnej firmy biżuteryjnej. Ledwo widoczny, a jednak dopełniający całości. Nowakowski doceniał takie szczegóły. I dobre, markowe rzeczy. Sam ubierał się tylko u najlepszych. Nawet jak musiał tarzać się w rynsztokach Wołomina i Pruszkowa. Pensja gliniarza nie starczyłaby na taką rozrzutność, ale miał to niewiarygodne szczęście, że pochodził z bardzo majętnej rodziny. Mógł służyć i chronić w spokoju ducha, wspierany pieniędzmi rodziców. Nigdy się tego nie wstydził ani przed nikim tego nie ukrywał. Mimo że wielu uważało to za doskonały powód do obrzucania go mniej lub bardziej idiotycznymi docinkami.

    Szybko przekonywali się, że nie powinni. Mariusz doskonale bowiem wiedział, że na ulicy, czy to wśród i n t e r e s a n t ó w, czy kolegów w mundurach, pieniądze nic nie znaczą, jeśli nie wyrobisz sobie respektu. To z kolei wymagało hartu ducha, brawury i czasem o d r o b i n y siły. Dokładnie w tej kolejności.

    Nawet teraz kręcisz tyłkiem na użytek dziennikarzy? – ciągnęła Elżbieta. Szeptała półgębkiem, ale w jakiś sposób nadal zachowywała klasę. – Teraz? Kiedy mama została zamordowana? Miej litość, Iga. Robisz z siebie pośmiewisko. I z nas wszystkich. Opanuj się.

    Iga rzuciła krótki uśmiech w stronę siostry. Pilnowała jednak, żeby kąciki ust nie powędrowały zbyt wysoko. Najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że na zdjęciach nie będzie wyglądało dobrze, gdyby uśmiechała się zbyt szeroko. W łazience leżał przecież trup jej matki.

    Czy to długo potrwa? – zapytał Michał Chojnacki.

    Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Chojnacki był mężem Elżbiety, choć najstarsza z sióstr nie przyjęła jego nazwiska. Być może chciała podkreślić swoją odrębność, a może miała jakieś inne powody.

    Chojnacki był lekarzem i właścicielem centrum medycznego. Ubierał się równie elegancko jak żona. Pasowali do siebie. Sweter w serek i dżinsy lekarza musiały kosztować majątek. Nowakowski był tego pewien. Miał w szafie podobne.

    No i proszę, cóż za ton? – zadrwiła Iga i zeszła z parapetu. Stawiała nogi z wdziękiem. Jak zawodowa baletnica. Musiała kiedyś trenować taniec. – Mężulka temperować nie będziesz, Elżbieta? Mówi, jakby śmierć naszej matki była dla niego zwykłą niedogodnością. Coś jak korek na obwodnicy, kiedy spieszysz się na samolot.

    Iga, przestań wkładać w moje usta to, czego nie powiedziałem – żachnął się Michał Chojnacki. – Od dziecka to robiłaś. Tylko teraz nie masz już kilkunastu lat, więc chyba nie wypada zachowywać się w ten sposób. Mogłabyś wreszcie troszeczkę zmądrzeć. Chcę się tylko dowiedzieć, ile takie oględziny zwykle trwają. Ja i Rafał jesteśmy umówieni na tenisa.

    Rafał Domański niespokojnie przejechał ręką po długiej brodzie. Wyglądał, jakby chciał się odciąć od słów Chojnackiego. Miał rację. Jeżeli bowiem lekarz usiłował zatrzeć złe wrażenie, to jego ostatnie słowa tylko jeszcze je pogłębiły.

    No proszę. Czyli jesteście we dwóch umówieni na tenisa? – zadrwiła Iga. W jej głosie wyraźnie słychać było szyderczą nutę. – A tu mama zabita. Co za szkoda. Rezerwacja hali przepadnie? Biedactwa!

    Przestań – syknęła Elżbieta.

    Wasza mama nie żyje, więc nic już jej nie pomoże. Czy będziemy sterczeć w korytarzu, jak banda idiotów, czy nie. Leokadia nie wstanie nagle i nie zacznie tu radośnie pląsać – ironizował Michał Chojnacki. Przejechał ręką po włosach, poprawiając doskonale przyciętą grzywkę. Fryzjer też musiał kosztować go majątek. – A ja zwyczajnie pytam, ile to wszystko zajmie. Nic więcej!

    Lekarz odwrócił się do Nowakowskiego.

    Ile to zazwyczaj trwa? – zapytał jeszcze raz.

    Nie ma reguły – odparł Mariusz. Wszystko przecież zależało od tego, czy trup był łatwy do obrobienia, czy skomplikowany. Co technicy zastali w pomieszczeniu i tak dalej.

    Wciąż nie mogę uwierzyć, że mama nie żyje – odezwała się płaczliwie Adriana Orłowska.

    Detektyw nie musiał nawet odwracać się w stronę najmłodszej z sióstr, żeby wiedzieć, że na jej pulchnej twarzy wykwitł purpurowy rumieniec. Tak się działo za każdym razem, kiedy się denerwowała. Szarpała też wtedy strąki przetłuszczonych blond włosów. Były na tyle cienkie, że można było przypuszczać, że Adriana przy okazji je sobie wyrywała. Celowo bądź nie.

    Mariusz wiedział już, że trzy siostry zostały adoptowane. O ile jednak można było pomyśleć, że Igę i Elżbietę łączą jakieś więzy pokrewieństwa, mimo fizycznych różnic, o tyle najmłodsza z kobiet zupełnie do nich nie pasowała.

    Katarzyna Puzyńska, fot: Agata Adamczyk

    Adriana przypominała Nowakowskiemu rozhisteryzowane dewotki z mokotowskiego kościoła, do którego czasem z przyzwyczajenia wpadał. Siedziały w ciasnej grupie w pierwszych rzędach i rzucały księdzu dobrodziejowi tęskne spojrzenia. Adriana pasowałaby tam idealnie. I nie chodziło wcale o religijność. Raczej o umiejętność toczenia gierek, którą te panie miały w małym palcu. Mariusz nie ufał Adrianie. Histeria i zbytnia emocjonalność mogły być jedynie zasłoną dymną. Pułapką dla tych, którzy chcą otoczyć ją opieką.

    Nie bądź śmieszna – zaśmiała się Iga. Jej piękne białe zęby musiały być dziełem doskonałego specjalisty od stomatologii estetycznej. Odrzuciła ciemne włosy na ramię. Gest zdawał się wystudiowany. Jakby średnia siostra nadal czekała na błyski fleszy. – Nienawidziłaś matki, Adriana. Jak my wszyscy.

    Proszę sobie nie pozwalać – wtrącił się Kornel Tomczyk.

    Był najmłodszym mieszkańcem tego domu. Mariusz nie uważał do tej pory za istotne ustalić, ile chłopak ma dokładnie lat, ale oceniał go na mniej więcej trzydzieści. Czyli dobre dwadzieścia mniej niż średnia wieku pozostałych osób. Tomczyk był rehabilitantem i zajmował się rodzicami Orłowskich. To znaczy póki starszy pan nie zmarł kilka dni temu, a jego żona nie została właśnie zamordowana, pomyślał Mariusz.

    Tomczyk stał dotychczas w głębi korytarza. Jakby dla podkreślenia, że nie należy do rodziny. Albo może chciał zachować się taktownie i pozwolić Orłowskim przeżywać żałobę w swoim gronie.

    Adriana zajmowała się rodzicami doskonale… – dodał jeszcze chłopak. – Była im bardzo oddana.

    Na te słowa najmłodsza z trzech sióstr znów spłonęła rumieńcem. Mariusz przyjrzał jej się uważnie. To właśnie Adriana skontaktowała się z agencją detektywistyczną, w której pracował. Oficjalnie to ona była więc jego klientką. Nowakowski ciągle jednak utwierdzał się w przekonaniu, że nie ufa jej ani trochę. Tak jak dewotkom z mokotowskiego kościoła, które ostatecznie okazały się pomagierkami grupy przestępczej.

    Podstawową zasadą mądrego policjanta jest nie ufać nikomu. To nie była tylko jego fanaberia. Tego Mariusz nauczył się już drugiego dnia służby. Jeszcze kiedy odrabiał wojsko w oddziałach prewencji. Kolega namotał wtedy tak, że o mało nie wylecieli. O ile nie gorzej.

    Mariusz musiał sporo się natrudzić, żeby to odkręcić. Uparł się, że go nie wyrzucą. Zrobił to też trochę na przekór bogatym rodzicom. Uważali, że syn powinien zająć się tym, co rówieśnicy z jego kręgów. Czyli n i c z y m. Powinien brylować na przyjęciach, a nie szarpać się z kibicami pod stadionem. Nowakowski natomiast uważał, że można jedno z drugim połączyć. I postawił na swoim.

    Potem wielokrotnie jeszcze przekonywał się, że nawet najbliższym kolegom należał się niewielki kredyt zaufania. Jak człowiek się tego trzymał, spotykał go mniejszy zawód, kiedy okazywało się, że ma rację. Jeśli zaś nie miał racji, to przecież tylko lepiej. Bezpieczniej jest pozytywnie się rozczarować, niż dostać kulkę w plecy, bo partner cię zostawił, kiedy powinien cię wspierać.

    Skończcie te dyskusje – syknęła Elżbieta. Na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień. Nie pozwoliła sobie na żaden grymas. – Nie jesteśmy sami. Zapominacie chyba o tym.

    Skinęła głową w stronę końca korytarza. Dało się stamtąd słyszeć przytłumione głosy policjantów pracujących w łazience.

    Tak. I pamiętajcie, wszystko, co powiecie, może być wykorzystane przeciwko wam – dodał Mariusz. Nie mógł się powstrzymać. Wyraz niepokoju na ich twarzach szczerze go bawił. – Także…

    Zapadła cisza. Mariusz czuł, że jego obecność w tym domu nie została powitana z zachwytem, ale mimo to traktowali go z respektem. Był przecież emerytowanym gliną i znał się na tych sprawach lepiej niż oni.

    Straszna tragedia – podsumował Kornel Tomczyk. – Dobrze, że chociaż wiadomo, kto to zrobił.

  • „Boję się czekania latami na wielkie wyróżnienie”. Olga Tokarczuk z literackim Noblem

    Wszyscy się tego spodziewali, ale mam wrażenie, że dzisiejsza decyzja Akademii Szwedzkiej jednak wszystkich zaskoczyła. Po dwudziestu trzech latach literacki Nobel znów wraca nad Wisłę, a w uzasadnieniu czytamy, że Olga Tokarczuk otrzymała tę nagrodę za wyobraźnie narracyjną, która z encyklopedyczną pasją prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Co teraz? Autografy, zdjęcia, wizyty w zakładach pracy, no i pewnie kolejna książka. Olga Tokarczuk jest już w takiej sytuacji, że niczego nie musi, a wiele, a może nawet wszystko, może. Gdy rozmawiałem z nią kilka miesięcy temu mówiła, że boi się klątwy czekania na dużą nagrodę. No to ma. Zasłużenie. O skali sukcesu niech świadczy fakt, że w księgarniach zaczyna brakować jej książek. Coś wspaniałego. 

    Zobaczcie materiał.

     

     

     

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #6

    6.

    Gdyby nie sympatyczny pan w szarym płaszczu, który przyszedł ze swoją sprawą nie na pierwszy lepszy komisariat, ale wprost do budynku Komendy Wojewódzkiej na ulicy Mogilskiej, dzisiaj inspektor Florian Madej spokojnie konsumowałby zapasy sławy i emerytury, gromadzone przez lata pracy dla dobra i porządku publicznego w królewskim mieście Krakowie. Gdyby przyszedł do komendy na Mogilską w normalny dzień roboczy, a nie w sobotę popołudniu, kiedy prawie nikt nie urzęduje, może udałoby się ocalić spokój długo wyczekiwanej emerytury inspektora. Ba, sympatyczny pan w szarym płaszczu mógł sobie przychodzić w każde inne sobotnie popołudnie, proszę bardzo! Dlaczego pojawił się w dyżurce przy szlabanie właśnie w tę sobotę w chwili, gdy on, już nieomal emerytowany inspektor Florian Madej, wysiadł z samochodu celem pożegnania się z długonogą sierżant Nowicką, której ciasno zapięty mundur przyciągał go katastrofalnym wręcz magnetyzmem? Komu i do czego potrzebny był ten obciążony ponurymi skutkami zbieg okoliczności?

    Wciąż-jeszcze-nie-emerytowany inspektor Madej podejrzewał jednak, że nie był to wyłącznie zbieg okoliczności. Słowa tamtego wkręcały się w uszy jak refren, a tajemniczy uśmiech towarzyszący zerkaniu na jego rozpaczliwie dziarskie wysiadanie z passata podkręcało atmosferę tajemniczości.

    Nie można wykluczyć, że chodzi o ważny dowód w sprawie – podsłuchał Madej, jak pan w szarym płaszczu tłumaczy cierpliwie strzelistonogiej policjantce. – Czy mógłbym porozmawiać z kimś od spraw wypadków?

    Nie ma u nas takiego wydziału – odparła zniechęcająco sierżant Nowicka. – Niech pan się zgłosi na swój macierzysty komisariat.

    A który to jest?

    To zależy, gdzie pan mieszka.

    Powiedzmy, w centrum.

    Ale w centrum gdzie?

    Noo – mężczyzna się zawahał – w centrum miasta. To się chyba nazywa śródmieście.

    Nie może pan po prostu podać adresu? – zdziwiła się Nowicka. – Do każdego zgłoszenia potrzebne są dane osoby zgłaszającej. Musi pan podać jakiś adres.

    Nie chcę żadnego zgłoszenia. Byłem świadkiem wypadku i chciałbym dołączyć dowód. Nie mam nic nowego do zgłaszania, wolałbym nie uruchamiać niepotrzebnie całej proceduralnej machiny. Czy nie mogłaby pani wezwać kogoś, kto się zajmuje takimi sprawami?

    Mówił spokojnie, ale z jakąś ukrytą stanowczością, a poły jego płaszcza powiewały w podmuchach popołudniowego wiatru. Dopiero kiedy wysiadł, inspektor Madej uświadomił sobie, że wcale nie wieje i nawet liście na pobliskich topolach zwisają bezwładnie.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag

    Dzisiaj nikogo już nie ma. Jest sobota wieczór. Niech pan zostawi, przekażę koledze, jak przyjdzie. O, panie inspektorze, proszę mi pomóc! Może pan wyjaśni obywatelowi, jak się załatwia takie rzeczy!

    Madej wygramolił się z samochodu i usiłował raźno podejść do dyżurki. Spirytusowym ogniem paliło go podejrzenie, że Nowicka słyszy, jak mu skrzypią kolana.

    O co chodzi, pani Violu?

    Człowiek chce zostawić dowód w jakiejś sprawie.

    Dzień dobry, inspektor Madej. Jaki dowód?

    Przybrał poważny, urzędowy ton i wyprostował się, nieco zadzierając brodę. To miała być postawa dominująca. Zakładał, że działa na kobiety z kategorii niebotycznonogich policjantek. Był rozwodnikiem, mógł sobie pozwolić.

    Mężczyzna wyciągnął rękę i przedstawił się imieniem i nazwiskiem, którego Madej w ogóle nie zrozumiał. Nigdy nie umiał zapamiętać nazwiska nowopoznawanej osoby. Ten brzmiał mniej więcej jak „Amadeusz Bez”. Równie dobrze mógł to być jednak „Amorfeusz Bas”. Albo „Asmodeusz Bies”. Każdy z wariantów uchylał drzwi ku innym możliwościom.

    Pan Amadeusz wyjął z kieszeni brązowe słuchawki.

    Znalazłem je na miejscu wypadku. Dziewczyna wpadła pod tramwaj. Zabrało ją pogotowie, a one leżały na chodniku, więc wziąłem – tłumaczył głosem tak spokojnym, jakby całe życie ćwiczył tylko po to, by brzmieć przekonująco.

    Mówi pan o tym wypadku pod Galerią Krakowską?

    Skinął głową, nadal wyciągając rękę ze słuchawkami. Komisarz odruchowo odebrał je od niego i obejrzał. Zwykłe słuchawki, ale bez kabla, nie było też żadnego śladu uszkodzenia. Pewnie bezprzewodowe, teraz takie robią. Wszystko zrobią, co byś nie wymyślił.

    Wskazał ruchem głowy na ławkę obok „kibla z policją”, jak między sobą nazywali budkę wartowniczą przy szlabanie, i obaj usiedli. Strzeliste nogi powiodły sierżant Nowicką do środka, gdzie pewnie zajęła się przeglądaniem internetu w poszukiwaniu promocji na wizytę w Centrum Paznokcia. Miała ich do obrobienia dwadzieścia, jeden okazalszy od drugiego.

    Dlaczego pan uważa, że to może być ważny dowód w sprawie? – spytał.

    Mężczyzna widocznie się odprężył. Owinął się szarym płaszczem jak książę na tronie i patrzył przed siebie z uśmiechem. Nie odpowiedział od razu, jakby szukał słów dla wyjątkowo skomplikowanej treści. Od ulicy Mogilskiej dochodził szum samochodów, wspomagany czasem turkotaniem tramwaju.

    Ta dziewczyna jechała schodami obok mnie z tymi właśnie słuchawkami na uszach – zaczął powoli, mrużąc oczy przed wrześniowym słońcem. Nowicka przesadziła z tym wieczorem.

    Jak to „jechała schodami”?

    Z galerii na ulicę Pawią się wyjeżdża schodami – mówił Amadeusz Bez (czy Asmodeusz Bies) z tym swoim terapeutycznym spokojem. – Mówiła do siebie. Początkowo sądziłem, że z kimś rozmawia przez bluetooth, czy jak tam zwą ten kapsel na uchu. W pewnym momencie wyjęła telefon, żeby coś sprawdzić. Wie pan, oni ciągle na tych komórkach coś sprawdzają. Zerknąłem na wyświetlacz smartfona. Tak to się chyba nazywa, prawda? Smartfon? No więc spojrzałem i zobaczyłem zielony trójkącik, taka strzałka do przodu, na pewno widział pan kiedyś, i zrozumiałem, że ona czegoś słucha.

    W inspektorze Madeju narastała irytacja. Mężczyzna w szarym płaszczu co rusz trącał go zwrotami w rodzaju „wie pan”, „widział pan”, traktując jak półgłówka. Na tym punkcie policjanci bywają szczególnie wrażliwi. Oczywiście, że zauważył, jak młodzi ciągle gapią się w komórki. Oczywiście, że smartfon nazywa się „smartfon” i że wyświetlacz na nim jest po prostu wyświetlaczem. A zielona pozioma strzałka oznacza włączony odtwarzacz. Nawet inspektor krakowskiej policji w średnim wieku jest w stanie coś takiego wiedzieć.

    Nie tylko o to chodziło. Ten człowiek mówił, wręcz zaczepiał jego uwagę, a równocześnie był nieobecny. Patrzył na wprost, w gładką ścianę parterowego budynku przed nimi. Madejowi nawet przemknęło przez myśl, że pod przymrużonymi od słońca powiekami widzi zupełnie nie to, co się rozciąga w jego polu widzenia, czyli kremowy tynk siedziby Małopolskiej Platformy Elektronicznej Komunikacji Policji oraz pustawy parking wśród drzew. Może wczuwał się w tamtą dramatyczną sytuację tuż przed śmiercią dziewczyny, ale w takim razie byłoby bardzo dziwne wczuwanie. Na zimno. Przypominało trans lub ćwiczenie jogi.

    Mężczyzna tymczasem ciągnął swoje dywagacje o dziewczynie i słuchawkach.

    Z nikim nie rozmawiała, tylko komentowała to, co słyszy, wie pan, z tych słuchawek. Od razu zaznaczam, że jej komentarze nie cechowały się nadmierną kulturą osobistą. Nawet się zdziwiłem, że nikt z ludzi wokół nie zareagował na brzydko przeklinającą dziewczynę.

    To znaczy jak?

    Wykrzykiwała słowo „penis”.

    To nie jest żadne przekleństwo.

    Usta pana Beza (Bza?) rozciągnęły się w uśmiechu. Wyglądał teraz jak meloman zanurzony po uszy w arii z „Tannhäusera”. Najwyraźniej polemika sprawiała mu przyjemność. Madeja przepełniał niejasny niepokój w odniesieniu do tego człowieka, jednakże nie potrafił swoich odczuć sprecyzować.

    Uważa pan, że jak czternastoletnia uczennica w publicznym miejscu wykrzykuje raz po raz słowo „penis”, to wszystko jest w porządku? Naprawdę pan tak sądzi?

    Palant. Zaakcentował tę uczennicę, by podkreślić moralną wagę problemu. Madej wcale nie uważał, że to w porządku, ale facet nie musiał mu tego tak dobitnie unaoczniać. Był inspektorem (ciągle jeszcze), ale nie półgłówkiem.

    Fakt, że drugi raz podczas tej rozmowy musiał zapewniać siebie, że nie jest półgłówkiem, nieco go rozsierdził.

    Nie bardzo rozumiem, do czego pan zmierza. Chciałbym uprzejmie zauważyć, że jest sobota popołudniu, a ja właśnie jadę do domu. Mógłby pan skierować już łódź do brzegu?

    – Tak, naturalnie, koniecznie – pośpieszył tamten z wyjaśnieniem. – Już mówię, o co chodzi. Jak wspomniałem, rzuciłem okiem na wyświetlacz i nad zieloną strzałką dostrzegłem tytuł:CEGIELNIA. Otóż ona słuchała powieści czytanej przez lektora, czyli oni to nazywają audiobookiem…

    (jasna cholera, nie jestem półgłówkiem)

    Ale, oczywiście, pan wie takie rzeczy, przecież inspektor policji w Krakowie nie może być półgłówkiem…

    (szlag mnie zaraz trafi!)

    … więc kiedy ona wykrzykiwała te swoje penisy, a ja zobaczyłem ten tytuł, to, rozumie pan, pomyślałem sobie, że jedno do drugiego nie pasuje. No chyba że chodziło o jakąś tanią erotykę w rodzaju Harlequina, takie soft porno, bo ta dziewczyna zupełnie nie wiedziała, co się dokoła niej dzieje. Szła przed siebie jak nakręcana lalka, albo android, wie pan…

    Wiem, co to jest android – przerwał mu inspektor unosząc dłoń. Zaraz potem znowu się zirytował. Facet z nim się bawił, a on dał się wkręcić.

    Właśnie dlatego tu jestem. Bo widzi pan, ja ją uratowałem od śmierci.

    Jak to?

    No właśnie. Za pierwszym razem ją uratowałem, bo wchodziła prosto pod tramwaj, że się tak wyrażę, z tym penisem na ustach…

    Za ich plecami trzasnęły metalowe drzwi od dyżurki. Madej obejrzał się i napotkał surowy wzrok sierżant Nowickiej. Z jego perspektywy nogi sięgały daszku nad wejściem. Ciekawe, ile zdążyła podsłuchać.

    To się dało inaczej powiedzieć – mruknął. Pan w szarym płaszczu go zignorował, zatopiony we własne opowiadanie.

    …i zdołałem ją zatrzymać. Powiedziała „przepraszam” i poszła dalej. Prosto pod drugi tramwaj, z naprzeciwka. Nie mogłem nic zrobić. Zresztą nie wiem, może mogłem. Ale sam byłem pod wrażeniem tej nietuzinkowej osóbki i jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po tamtym incydencie, kiedy ona znowu… Tak mi przykro. Czy umarła od razu?

    Zdawał się być bliski płaczu. Madej spojrzał na jego oczy i stwierdził, że nadal były przymrużone i niespecjalnie obecne, a usta zdobił ni to uśmiech, ni to grymas. Jakby błazen odgrywał żałobę. „Nietuzinkowa osóbka”, „ochłonąć po incydencie” – co to za wyrażenia? Normalnie jak z brukowego powieścidła!

    Nie wiem, czy umarła od razu. Nie wiem również, do czego pan zmierza. Chyba sobie pójdę. Proszę zostawić dowód u sierżant Nowickiej.

    By potwierdzić powagę groźby, podniósł się z ławki i wyjął kluczyki z kieszeni kurtki. W głębi duszy jednak wcale nie miał wielkiej ochoty odejść. Coś w tej historii było intrygującego. Coś… głupiego. Raz ją uratował, drugi raz nie zdążył? Zginęła z „penisem na ustach”?

    Niech pan siada – powiedział twardo pan w szarym płaszczu. Już nie był tak sympatyczny, jak na początku. – Zaraz kończę.

    Madej posłusznie usiadł.

    Kiedy ją zabrali, podniosłem słuchawki z chodnika. Coś w nich nadal chrobotało, więc przyłożyłem do ucha. Usłyszałem spokojny głos lektora uważnie czytającego powieść morską, jakiegoś Conrada czy Melville’a, nie znam się na tym. W eleganckich, pełnych i malowniczo złożonych zdaniach nie było niczego z rzeczy, o które można by podejrzewać tekst na podstawie reakcji tej biednej dziewczyny. Kapitan stał na mostku i z niepokojem obserwował pierwsze oznaki nadchodzącej burzy, nie będąc pewnym należytego przygotowania jego statku i załogi do tak niebezpiecznego starcia. Miał przeczucie katastrofy, ale, powiedziałbym, bardzo przyzwoite. Zero penisów, zero taniej pornografii, zero jakichkolwiek nieskromnych rzeczy. No i zero cegielni.

    www.unsplash.com/Barrett Ward

    Skończył, by wreszcie obrócić swoje zmrużone oczy na słuchacza. Przez inspektora Madeja przebiegł dreszcz. Jeszcze przed kwadransem miał do czynienia z miłym rencistą na sobotnim spacerze, a teraz siedział obok niego niepokojący typ o powierzchowności sprytnego magika, prestidigitatora, który z przymrużonymi oczyma obmyśla coraz to nowe zagadki i sztuczki. Używał dziwnych zwrotów i mówił jakby kilkoma językami naraz. Już się nie uśmiechał, tylko patrzył. Inspektor wytrzymał jego spojrzenie kilka sekund i odpuścił. O stopień dyżurki stuknął obcas.

    Zrobić panom jakiejś kawy? – spytała nieco za głośno Nowicka. Słówko „jakiejś” zdradzało, że wcale nie ma zamiaru robić żadnej kawy. Chciała rozładować napięcie.

    Nie trzeba – odparł Madej otrzepując spodnie na tyłku, chociaż ławka była czysta. – Pan już sobie idzie. Pani Violu, proszę przyjąć dowód w sprawie i wypisać kwit.

    Odwrócił się do pana w szarym płaszczu.

    Dziękuję za pomoc, pańska relacja była bardzo ciekawa, a teraz pozwoli pan, że pójdę. Czekają na mnie sprawy domowe.

    Wyciągnął dłoń na pożegnanie, ale mężczyzna go zignorował. Nadal siedział na ławce, z rękami w kieszeniach płaszcza i wzrokiem zawieszonym na kremowej ścianie naprzeciwko.

    Wie pan, jak się nazywał ten kapitan z powieści? Peter North Sundick. Dziwne, prawda? Coś to panu mówi?

    Nic mu nie mówiło. Natomiast coś mu mówiło w duszy, że ten człowiek przyszedł tu specjalnie z jego powodu. Dokładniej rzecz biorąc, by się zabawić jego kosztem. On czytał kiedyś Conrada, ale to było dawno i nawet tytułu nie zapamiętał. Coś o jakimś szaleńcu na jednej z wysp Oceanii. Natomiast ten tu przyszedł i…

    Jako śledczy powinien pan mieć rozwinięty zmysł kombinatoryki. Zapraszam do wspólnej zabawy.

    Wstał, minął jego nadal wyciągniętą rękę i nie pożegnawszy się odszedł stanowczym krokiem ku ulicy Mogilskiej. Madej i Nowicka odprowadzili go wzrokiem, a potem spojrzeli po sobie.

    Wariat jakiś – skwitowała pani sierżant z typową dla siebie delikatnością.

    Zasadniczo miała rację. Umysł inspektora zaprzątała jednak inna sprawa. Wreszcie zrozumiał, co go w tym człowieku niepokoiło. Starszy pan, w płaszczu, ale bez kapelusza. Włosy jasne, ale nie siwe, tylko blond, jak u młodzieńca. I rzęsy. Facet nie miał rzęs, ani brwi. Florian Madej nie był już taki pewien, że wie, co to jest android.

    Kiedy specjalista od dziwnych audiobooków zniknął za zakrętem ulicy, inspektor wręczył sierżant Violi Nowickiej brązowe słuchawki, które jakimś cudem znowu znalazły się w jego rękach, i poczłapał do samochodu. Uruchomił silnik, podkręcił głośność i zanurzony w uwerturze do „Latającego Holendra” skręcił w prawo na Nową Hutę. Po drodze do domu zrobi zakupy w M1.

    Trąby, dużo trąb. Spieniona woda bije w skalisty brzeg. Okręt wpływa ostrożnie i rzuca kotwicę na środku zatoki, z dala od niebezpiecznych skał. Ale prawdziwe niebezpieczeństwo idzie nie od lądu, a od coraz bardziej wzburzonego oceanu. Na mostku kapitańskim sir Sundick w chmurnym namyśle pociera gęstą brodę. Jak się ratować? Sundick, Sundick… co to ma być? Sun to po angielsku słońce, a dick to ptaszek. Ptaszek, ha, fiutek, mały penis. Czy o to chodziło w tej zagadce?

    Z całej siły wcisnął hamulec. Tuż przed jego nosem świecił bagażnik złotej toyoty, która zatrzymała się na żółtym świetle. Uniósł dłoń w przepraszającym geście, człowiek za kierownicą tamtego samochodu zrobił to samo. Uff. Co za bzdura. Omal się nie wpakował przez tego głupiego fiutka. Penis, penis!

    Kiedy tak wykrzykiwał przed siebie to pobrzmiewające raczej medycyną niż pornografią słówko, stwierdził, że nawet nadaje się na przekleństwo. Ale słabe. Jak on miał na imię? Peter Nor Sundick? Jakoś tak to brzmiało. Inspektor od kombinatoryki. W skrócie inspek. Prawie jak penisek…

    Kurwa, znowu żółte!

    Tym razem hamował jako pierwszy. Przednimi kołami stanął pół metra za linią, tuż przed przejściem dla pieszych. Młody człowiek z kapturem na głowie pokazał mu wyciągnięty środkowy palec. Penis. Peter North Sundick, inicjały P-N-S. To samo.

    Phi, o to chodzi w tej zagadce?

    Za jego plecami rozległo się trąbienie. Wrzucił bieg i ruszył powoli prawym pasem, pozwalając się wyprzedzać i machać sobie przez szybę środkowymi palcami. Za to jego myśl przyspieszyła. Dziewczyna słuchała powieści Cegielnia, o statku na pełnym morzu przed zbliżającą się burzą, i wykrzykiwała słowo oznaczające męski narząd, które z dziejącą się właśnie akcją nie miało nic wspólnego. Poza inicjałami jednej z postaci. Nawet jeśli miała takie samo skojarzenie jak on, to nikt przy zdrowych zmysłach nie wykrzykuje tego na głos przy ludziach, jakby co najmniej natrafił na żyłę złota. W dodatku dziewczyna była tym (czym właściwie?) tak zaaferowana, że dwukrotnie weszła pod jadący tramwaj, za drugim razem skutecznie. Z powodu głupiego skojarzenia inicjałów?

    Nic tu do niczego nie pasowało.

    Wysiadł zamyślony na parkingu pod centrum handlowym i sam o mało nie wszedł pod samochód, chociaż szedł prawidłowo przejściem dla pieszych. Uskoczył. Kobieta za kierownicą coś mówiła, nie chciał zgadywać, co. Wszedł do ogromnego holu i wtedy przypomniał sobie, że niedaleko po prawej jest księgarnia. Skręcił.

    Przepraszam, czy dostanę audiobook powieści Cegielnia? – spytał młodą sprzedawczynię w okularach. Sądząc z wyglądu, absolwentka polonistyki albo wiedzy o kulturze.

    Mieliśmy, ale się skończyły – odparła przyglądając mu się z zaciekawieniem.

    A będą jeszcze?

    Szczerze mówiąc, nie wiem. To była jednorazowa dostawa.

    Podziękował i już miał wyjść, ale jeszcze coś mu przyszło do głowy.

    A czy jest może wersja papierowa?

    Przez dwie sekundy wpatrywała się w niego swymi megawielkimi okularami, zanim odparła:

    A wie pan, to ciekawe. W wersji papierowej nigdy jej nie mieliśmy. Ani mobi. Tylko audio.

    Nie był pewien, co to jest mobi, ale nie chciał się kompromitować dopytywaniem o najwyraźniej oczywiste dla niej rzeczy. Przecież nie był półgłówkiem.

    Jest pani pewna?

    Cmoknęła głośno.

    Proszę pana. Kończyłam polonistykę i w kwestii książek z grubsza wiem, co mówię.

    Ano proszę. Podziękował, skłonił się i wyszedł. Machinalnie skierował kroki w stronę supermarketu, przy wejściu odpiął wózek i wjechał między regały, zupełnie nie myśląc o tym, co z nich zdejmuje. Kombinatoryka. Coś gdzieś mu jeszcze świtało. Stając przed półką z nabiałem i ważąc w dłoni wielkie jak cegły kostki białego sera, wreszcie zdecydował. Wyjął telefon.

    Bartek, słuchaj, pamiętasz sprawę tego gościa, co się rzucił ze szkieletora?

    Jego podwładny, aspirant Bartosz Macerak, bardzo starał się ukryć swoje westchnienie, co mu się nie do końca udało. Zza jego pleców dochodził gwar ogrodowej imprezy. Znowu grill w rodzinnym gronie, z dzieciaczkami na huśtawkach, piwem na pompkę i łomotem disco z głośnika na balkonie. Był gliniarzem, sąsiedzi mogli mu skoczyć.

    Chodzi panu o tego z kwietnia?

    Uhm. Czy ja dobrze pamiętam, że on zleciał w dół ze słuchawkami w uszach?

    No, to znaczy raczej wystartował – poprawił Macerak. – Bo na dole to on już je miał nie w uszach, tylko w mózgu. Ale, panie inspektorze, ja teraz…

    Wiem, wiem, pozdrów żonę i szwagra. Pamiętasz może ten protokół? Czego on słuchał?

    Aspirant odsunął telefon od twarzy i krzyknął do kogoś, żeby przypilnował mięsa na ogniu.

    Mam go w lapku, to znaczy w komputerze. Sprawdzę i oddzwonię.

    Rozłączył się, a inspektor Madej popchnął wózek w kierunku regału z piwami melancholijnie rozmyślając nad tym, że jego młodszy kolega ma go za półgłówka, który nie wie, co to jest lapek. Przeglądał zgrabne flaszki z niszowych browarów o dziwacznych nazwach, jak Baba Jaga czy Brodacz, produkujących piwa Czarna Wdowa i Masochista. Było nawet piwo Sailor Girl i pomyślał, że tamta dziewczyna, Oliwia Derko, mogłaby je mieć za swoje ulubione. Gdyby kiedyś dorosła…

    O mało nie upuścił butelki Dybuka z browaru Golem, gdy jego lewą piersią targnęła wibracja. Trzy razy musiał przejechać palcem po czarnym ekraniku, nim się połączył. Kiedyś to był zwykły przycisk. Do diabła z tym światem, coraz mniej poręczny.

    Szefie, mam. To się nazywało Cegielnia.

    Dzięki, Bartek. I przepraszam za kłopot.

    Nie czekając na odpowiedź rozłączył się i drżącą ręką schował komórkę do kieszeni, tym razem spodni. Bał się o serce.

    Cegielnia. Niech to szlag. Jednak zagadka.

    Zagadka jak sto penisów.

    Cdn.

  • Czy jutro zapamiętamy na zawsze?

    To będzie wyjątkowy dzień. Jutro o 13:00 zostaną przyznane literackie Noble. Boże, jak to brzmi – Noble. Dwa razy więcej emocji, dwa razy więcej dyskusji, dwa razy więcej radości. Kto w tym roku będzie na ustach całego literackiego świata? Dwie kobiety? Kobieta i mężczyzna? Dwóch pisarzy? Czy w Polsce wystrzelą szampany?

    Kilka miesięcy temu spotkałem się z Anne Swärd, która została wybrana do Akademii Szwedzkiej (oficjalnie wstąpi w jej szeregi 20 grudnia) – instytucji decydującej o przyznawaniu literackiego Nobla. Co sądzi o książkach Olgi? Czy Polka jest brana pod uwagę w tegorocznym rozdaniu?

  • „Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia”. Fragment książki Cezarego Łazarewicza

    Wychodzi z domu, podchodzi do zaparkowanej na podjeździe srebrnej toyoty, wsiada do środka.

    Jest sam, bez żadnej obstawy. Gdyby miał obstawę, nie pozwoliliby mu chyba wyjść samemu z domu – myślę.

    Obserwuję go z wnętrza swojego auta. Widzę, jak odpala samochód i rusza.

    Taka okazja już się może nie zdarzyć – myślę i jadę za nim.

    Żadnych wątpliwości już nie mam, bo wątpliwości możesz mieć do chwili podjęcia decyzji, a tu już wszystko jest postanowione. Nie ma odwrotu.

    Czy czuję wtedy mrowienie w palcach? Raczej nie, bo nie ma w tym nic osobistego. Mam zadanie do wykonania, chcę je wykonać, jak najlepiej potrafię. Jadę więc za nim osiedlowymi uliczkami, które prowadzą mnie do centrum handlowego. [Dawn Park Center Shopping. Wtedy była tu galeria handlowa dla białych mieszkańców osiedla, a dziś tani super­market z wielkim parkingiem, pralnią, myjnią samochodów i lokalnymi fast foodami: Steers, Fishways, Debonairs, w których przesiadują dzieciaki po powrocie ze szkoły. Stąd do domu Haniego jest niecały kilometr].

    Wjechał na parking, wysiadł z auta, wszedł do środka, a ja czekam i się zastanawiam, czy to jest odpowiednie miejsce. Rozglądam się wokół i od razu rezygnuję. Za dużo ludzi, a ja mam w magazynku naboje głęboko penetrujące. Łatwo trafić kogoś przypadkowego. Nie chcę ryzykować. Mam wyraźną instrukcję od Clive’a: nikt inny nie może zginąć.

    Sam zresztą zgadzam się z tą instrukcją w stu procentach.

    Czekam.

    ***

    Widzę, jak wraca do samochodu, z gazetą pod pachą.

    Gdzie może jechać? Tylko z powrotem do domu. Nie chcę go płoszyć, więc jadę inną drogą, by mnie nie widział.

    Na miejscu jest przede mną. Gdy podjeżdżam, parkuje właśnie samochód na podjeździe. Już nie pamiętam, czy zatrzymałem się zaraz za nim, czy na drodze.

    Z torby na tylnym siedzeniu wyjmuję pistolet, wsadzam z tyłu za pasek spodni i wysiadam z auta.

    On stoi już przy garażu, ale jest obrócony do mnie tyłem. Nie widzę twarzy, a chcę mieć pewność. Robię więc kilka kroków do przodu i wołam: „Mister Hani!”. On się odwraca… I robi gest, jakby się chciał ze mną przywitać. Nie ma to dla mnie znaczenia. Już go poznałem. Wyciągam zza paska pistolet.

    Zobaczył go. Może się przestraszył? Zrobił skręt, jakby chciał tego uniknąć. Za późno. Pierwszy strzał w korpus. Gdy upadał, wydał z siebie nieartykułowany okrzyk. Może ze strachu, a może z bólu. Drugi strzał w głowę. On upada na podjeździe.

    Po drugim strzale zobaczyłem wolno przejeżdżający obok samochód. Rozproszyło mnie to. Za kierownicą biała, dość młoda kobieta. Za nią, na tylnym siedzeniu, dwoje starszych ludzi – rodzice albo teściowie. Patrzyli na mnie, a ja na nich, stojąc z bronią w ręku na podjeździe.

    Wiedziałem, że jest bardzo źle i że coś powinienem zrobić. Nic nie przychodziło mi do głowy. Nie zastrzelę przecież trojga niewinnych ludzi. Nie jestem terrorystą, tylko żołnierzem wykonującym zadanie.

    Dopiero gdy odjeżdżają, dla całkowitej pewności, strzelam dwa razy za ucho.

    (Czy warto to tak dokładnie precyzować?)

    Chowam pistolet i szybkim krokiem idę do auta. Staram się, by nie wyglądało to na paniczną ucieczkę. Ruszam spokojnie, bez pisku opon. Ale myślę tylko, jak stamtąd uciec.

    Wszystko w rękach tej białej kobiety – z tą myślą wyjeżdżam z osiedla Dawn Park. [Według śledczych: około 10:10].

    [„Czuję, że to, co zrobiłem, jest złe, ale też ulgę, że mam to już za sobą” – mówi dwadzieścia trzy lata później południowoafrykańskiej dziennikarce Melindzie Ferguson].

    Jeśli mam satysfakcję, to z wykonania zadania, a nie z powodu bólu i śmierci, które wtedy zadałem. Nie jest przyjemnie do tego wracać, bo to żaden dla mnie moment satysfakcji.

    Ale też nic, co wraca do mnie w koszmarach i mnie prześladuje.

  • David Lagercrantz zapowiada kolejną trylogię!

    Ledwo David Lagercrantz zakończył jedną serię (trzy części kontynuacji „Millennium” Stiega Larssona), a już zapowiada książkową ofensywę. Co tym razem? Szwedzki pisarz pracuje nad trzema thrillerami, z których pierwszy ma się ukazać już za dwa lata. Kim będą bohaterowie? O tym opowie Wam już David.

  • „Kimkolwiek jesteś” – fragment najnowszej książki Jakuba Szamałka

    Aneta była sfrustrowana. Uważała się za inteligentną dziewczynę – i miała ku temu podstawy. Studia ukończone z wyróżnieniem. Świetne wyniki w pracy. Testy IQ, które kwalifikowałyby ją do Mensy. Ale jak obsługiwać klimatyzator w partyjnym biurze – tego za cholerę nie potrafiła rozgryźć. Był tu już, kiedy się wprowadzili do lokalu. Białe blaszane pudło podwieszone pod sufitem, pilot z wytartymi guzikami. Instrukcja oczywiście gdzieś się zgubiła, więc trzeba było to ustrojstwo rozpracować metodą prób i błędów. Na razie Anecie udało się odkryć dwa tryby: dmuchanie gorącym powietrzem oraz dmuchanie gorącym powietrzem i kapanie.

    Jak tam? – Artur wszedł do pokoju konferencyjnego, zamknął za sobą drzwi. – Gotowa?

    Tak, tylko… Cholera jasna… – Wciskała wszystkie guziki po kolei. – Wiesz, którym się ustawia temperaturę?

    Myślałem, że tym z góry? W kształcie strzałki?

    Nie, to regulacja kąta nawiewu…

    Dobra, nieważne. – Artur zdjął marynarkę, podwinął rękawy. Powyżej prawego nadgarstka miał tatuaż z wilczycą karmiącą Romulusa i Remusa. – Jakoś przeżyjemy. Pokaż, co tam dla mnie masz.

    A może otworzymy okno?

    Nie, nie, jest okej. Nie przejmuj się. No, lecisz, bo za godzinę muszę wychodzić.

    Aneta włączyła projektor: przynajmniej on działał bez zarzutu. Na ścianie naprzeciwko stołu wyświetlił się pierwszy slajd prezentacji. Był na nim człowiek gapiący się tępo w ekran.

    Zacznijmy od dobrych wieści – powiedziała. – Około osiemdziesiąt procent internautów czerpie wiadomości z mediów społecznościowych i na ich podstawie wyrabia sobie zdanie o bieżących wydarzeniach. Ponad dziewięćdziesiąt procent nie weryfikuje tych informacji. Jak możemy to wykorzystać? – Klik, następny slajd. – Zacznijmy od podstaw. Po pierwsze: wynajmuje się studenciaków, żeby pisali w sieci pochlebne komentarze i atakowali przeciwników. Widać to było podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Warszawie, podczas których najaktywniej udzielali się internauci z Sanoka. Po drugie: kupuje się followerów i fanów, żeby sztucznie podbić sobie statystyki. No i po trzecie: płaci się Facebookowi za wyświetlanie materiałów promocyjnych, używając podstawowego mikrotargetowania. Z tych metod korzystali wszyscy już w dwa tysiące szesnastym, w trakcie kampanii przed wcześniejszymi wyborami.

    Klimatyzator, nie wiedzieć czemu, zaczął nagle dmuchać lodowatym powietrzem, od którego cierpła skóra na karku. Aneta przeszła na drugą stronę pokoju.

    Oczywiście, my też to będziemy robić, tylko że lepiej. Jak wynajmiemy farmę trolli, to będziemy wymagali od nich maskowania adresu IP, żeby nie było widać, skąd piszą. Jak kupimy followerów, to nie z Indii i Bangladeszu. A jak będziemy robili mikrotarget, to z głową, nie tylko w oparciu o geografię. Ale, tak jak mówiłam, to absolutne podstawy. Przejdźmy do ciekawszych rozwiązań.

    Klik. Następny slajd. Polak przy grillu. Skwierczą kiełbaski, na stole puszki z piwem.

    Jak wiesz, nam, Polakom, nie chce się głosować. Przekonywać ludzi, którzy nie uczestniczą w życiu politycznym, żeby jednak poszli do urn, to orka na ugorze. Dużo łatwiej jest przekonać elektorat przeciwnika, żeby sobie odpuścił. To możemy osiągnąć niewielkimi kosztami, za pomocą tych trzech zagrań.

    Aneta rzuciła okiem na Artura. Siedział w skupieniu, nie wyjął nawet telefonu. Dobrze.

    Metoda pierwsza – ciągnęła – negatywne targetowanie. Do perfekcji opanował to sztab Trumpa w dwa tysiące szesnastym. Wiedzieli, że Afroamerykanie nigdy go nie poprą, więc zamiast przekonywać ich do siebie, zniechęcili ich do oddania głosu na Clinton. Jak? Zidentyfikowali czarnoskórych wyborców na Facebooku i przez cały miesiąc przed wyborami bombardowali ich nagraniami sprzed dwudziestu lat, gdzie Clinton mówi, że czarni to przestępcy. W Polsce używa się tej metody od jakichś dwóch lat, ale w ograniczonym stopniu, my możemy zrobić to lepiej: przypominać wyborcom PO o ośmiorniczkach, a zwolennikom PiS do znudzenia puszczać taśmy o Srebrnej. W efekcie i jedni, i drudzy będą mniej skłonni pofatygować się do urn.

    Metoda druga. – Aneta przewinęła slajd. – Wykolejenie debaty. Popularne na Zachodzie, ale na krajowym rynku się z tym jeszcze nie spotkałam. Kupujemy kilka tysięcy sztucznych profili na Facebooku, ale takich dobrze utuczonych, założonych kilka lat temu, aktywnych, ze zdjęciami i znajomymi. Na miesiąc przed wyborami nakładamy im na zdjęcie profilowe partyjną ramkę, a potem wrzucamy prowokacyjne wpisy. Na przykład fejkowy profil przypisany do Razem proponuje legalizację zoofilii, inny, z logo PiS, nawołuje do wyjścia z Unii Europejskiej, a ten od PO dowodzi, że eksmitowanie ludzi na bruk jest okej, bo służy gospodarce. W efekcie robi się gównoburza, ludzie skaczą sobie do oczu, a wyborcy danej partii mają problem, bo czują, że powinni jej bronić, ale nie zgadzają się z ekstremalnymi poglądami głoszonymi przez rzekomego współtowarzysza. Wtedy słabnie identyfikacja z własnym obozem politycznym i spada motywacja do jego poparcia.

    Metoda trzecia. – Robiło się coraz zimniej. Aneta próbowała wyłączyć klimatyzator, ale bez skutku, pilot chyba się zepsuł. No nic, pomyślała, rozcierając zgrabiałe palce, jakoś wytrzymam. – Fake newsy. Badania pokazują, że ludzie lajkują i udostępniają artykuły bez czytania treści, na podstawie samego nagłówka. A tam można wsadzić wszystko, największą bzdurę. Tak długo, jak długo będzie rezonować z poglądami użytkownika, będzie skłonny w nią uwierzyć. Przykład: parę lat temu ktoś założył fejkowy profil Morawieckiego, a potem wypisał peany na cześć premiera z tego samego konta. Wyglądało to tak, jakby Morawiecki sam siebie wychwalał, bo zapomniał się przelogować między profilami. Ściema ewidentna, ale to nikomu nie przeszkadzało, dziesiątki tysięcy ludzi dało się nabrać, bo chcieli w to wierzyć. Kancelaria premiera oczywiście wydała dementi, ale sprostowania docierają do jednej setnej odbiorców fałszywej wiadomości, no bo, umówmy się, są nudne. Więc co robimy? Zakładamy pięć portali informacyjnych, za kilka stów sztuka, i każdego dnia wypuszczamy jakiegoś fejka. A to, że prezydent wysłał swoje nagie zdjęcia Ruchadełku Leśnemu na Twitterze, a to, że prezes nie jest wcale chory, tylko przechodzi operację zmiany płci. Najlepsze jest to, że nawet jeśli ktoś się domyśli, że to wyssane z palca, to podminuje to jego zaufanie do mediów w ogóle, więc kiedy później pojawi się jakaś niekorzystna dla nas historia, zawsze możemy ją podważać jako…

    Oj, Aneta, Aneta… – Artur pokręcił głową, wstał od stołu.

    Tak?

    To wszystko jest bardzo ciekawe, no i jestem pod wielkim wrażeniem twojego otrzaskania w temacie, ale… Nie o to chodziło.

    Aneta skrzyżowała ręce na piersiach. Po trochu dlatego, że była urażona. A po trochu dlatego, że było jej cholernie zimno.

    Nie będziemy tak robić polityki – ciągnął. – To jest walenie się pałami po łbach.

    Do tego właśnie służy internet. I ten, kto wali mocniej, wygrywa.