Kategoria: Aktualności
-
Smakksiazki.pl nadaje! #Podcast, a w nim: Puzyńska, Czubaj, Chmielarz
Trzeci odcinek podcastu, a w nim prawdziwe cuda! Katarzyna Puzyńska opowiada, dlaczego stara się nie czytać internetowych komentarzy, Mariusz Czubaj mówi o ostatniej książce z Rudolfem Heinzem, a Wojciech Chmielarz cieszy się, że nastał lepszy czas dla polskiego kryminału.
To oczywiście nie wszystko, bo porozmawialiśmy też o dwudziestu latach na polskiej scenie pisarskiej Marka Krajewskiego, z którym Mariusz Czubaj grywa(ł) w szachy, wagonie ciszy w pendolino, „Pokrzyku”, czyli najnowszej książce Katarzyny Puzyńskiej oraz ekranizacji „Żmijowiska”. Smacznego słuchania!
-
„Krótka rozprawa o dmuchaniu…”, czyli wrześniowy felieton Jakuba Ćwieka
Zacznijmy od wyliczanki: „Myszy i ludzie” Steinbecka, „Wielki Gatsby” Fitzgeralda, „Miedziaki” Whiteheada, „Wielki marsz” Kinga, „Wysokie okno” Chandlera, „Stary człowiek i morze” Hemingwaya, „Upiór rodu Canterville’ów” Wilde’a.
Co łączy wszystkie te historie? Po pierwsze wszystkie są bardzo dobre i warte przeczytania. Większość to klasyki, a te dwie pozycje, które nimi, być może jeszcze, nie są, to również dzieła znanych i docenianych twórców. To jednak na co chcę zwrócić Waszą uwagę to fakt, że wszystkie książeczki są króciutkie, treściowo skondensowane. Czy też, by wyrazić się dosadniej, pozbawione zbędnego pieprzenia.
Widać to szczególnie w oryginalnych wydaniach. Język angielski pełen jest bowiem słów krótkich, jedno, dwusylabowych, które łatwiej zmieścić na jednej stronie. A skoro można je tak zmieścić, to czy naprawdę jest sens pompować tych stron więcej i więcej? Nasze wydania są grubsze, obszerniejsze z automatu – tekst przetłumaczony na polski zyskuje na objętości, bo nasze słowa są często dłuższe, a do tego dochodzą często bardziej rozbudowane idiomy etc.
Ale mimo tego, że każda u nas wydana książka i tak, automatycznie, zyskuje tak z pięćdziesiąt procent objętości, to i tak zdaje się nie wystarczać. Bo nasze książki muszą być grube.

www.unsplash.com/Ehimetalor Unuabona Dlaczego? Bo tego chce czytelnik. Tego się domaga! Tego oczekuje jego wewnętrzny księgowy, który widząc książkę mającą dwieście pięćdziesiąt stron nie wyda na nią trzydziestu pięciu złotych, bo mu się nie opłaca. Bo przecież wchłonie to raz dwa, w jeden wieczór, a czterdzieści złotych za rozrywkę na jeden wieczór to przecież szastanie pieniędzmi!
Staliśmy się więc niewolnikami słowotoku. Popularna książka nie może schodzić poniżej pewnej liczby stron, bo ją zwyczajnie na półkach ominiemy. Drobnica nas nie interesuje. Mamy poczucie, że w krótszej historii nie zdążymy się zżyć z bohaterami, że nie ma szans, by na takiej liczbie stron znalazła się wystarczająco dobra historia. Co więc musi zrobić autor mający dobry pomysł, ale jednocześnie świadomy potrzeb rynku? Musi swoją opowieść rozwodnić.
Jeszcze więcej pojawia się pisarzy, już w tym trendzie „zrodzonych”, którzy są kompletnie nieświadomi, że można krótko i to żaden wstyd czy ujma. Ci pompują w swoje książki tony syfu według porad z podręczników: „jak napisać bestseller”. Czyli milion zwrotów akcji, milion zagadek pobocznych, a w tym wszystkim rozmywający się główny wątek.
Słowotok to pisarska choroba. I rzeczony słowotok rozumiem tu w znaczeniu nie „pisanie długich powieści”, bo czasem objętość jest zasadna, a w nadprodukcji słów i motywów zbędnych dla historii. Nie podejmujemy wysiłku, by ująć coś sugestywnie w jednej scenie, bo jesteśmy tego oduczani. Nie ma co się oszczędzać, bo więcej znaczy lepiej. W ogromie znanych mi przypadków, długość opisów wynika, paradoksalnie, z niedostatków warsztatu, a nie z jego właściwego opanowania. Lub z leniwego trzymania się utartych niegdyś szlaków.
Patrząc na to w tym świetle, sztuczki wydawców mam za mniejsze zło. Za dostosowanie się do zasad rynku. Bo czy na przykład chciałbym, żeby Wydawnictwo Albatros czekało z „Miedziakami” na kolejną książkę Whiteheada, by wydać je zbiorczo, czy wolę, żeby to, czego nie zrobiło samo tłumaczenie, dopompowano rozłożystym fontem i szerokimi marginesami, tak by pasowało miłośnikom grubych grzbietów? Oczywiście, że stawiam na opcję drugą, bo to najwygodniejszy kompromis.

www.unsplash.com/Sharon McCutcheon Nadal jednak widzę niebezpieczeństwo samego zjawiska. Więcej, pulchniej, rozłożyściej. Zupełnie bez potrzeby.
Ktoś powie: ale ja lubię kiedy powieść jest obszerna, kiedy można się w nią wgryźć. I ja to rozumiem. Co więcej, sam tak mam. Lubię. Ale musi to wynikać z wymogów historii, która sama w sobie jest obszerna wymagająca poświęcenia jej dłuższej uwagi. Nie chciałbym, żeby ktoś skracał mi „Ojca chrzestnego”, bo pomimo kilkukrotnej lektury nie widzę tam specjalnie zbędnych scen czy zbędnego gadania. Podobnie rzecz się ma z, dajmy na to, „Gronami gniewu„. Ale gdybyśmy tylko spojrzeli na literaturę krytyczniej, zauważylibyśmy, że takich tytułów, zwłaszcza współcześnie, nie jest tak wiele. Dziś wielu z nas po prostu marnuje słowa.
Jak temu zaradzić? Przede wszystkim, uważam, doceniając opowiadania. Za każdym razem, gdy czytam gdzieś, że ktoś nie lubi opowiadań, że nie odpowiada mu ta forma, jest mi zwyczajnie przykro. Bo opowiadania są solą pisarstwa, są lekcją warsztatu, lekcją pokory. Pokazaniem nam, pisarzom, że liczy się historia, nie rynek, nie nasze ego. To opowiadania tworzą dobrych pisarzy, więc chcąc dbać o rozwój literatury, powinniśmy rzeczonych opowiadań przyswajać jak najwięcej i zachęcać pisarzy do ich pisania i publikowania. To najlepsza wizytówka, najlepszy przykład na to, czy umie zapanować nad warsztatem i historią i opanować słowotok.
A jeśli już trafi się współczesny autor, który odważy się napisać książkę krótką, ale treściwą, wyważoną i bez zbędnego gadania, dajmy mu szansę, a nie przeliczajmy stron na złotówki.
I skoro już przy tym jesteśmy, to oprócz wyliczanki z początku, polecam „Około północy” Mariusza Czubaja. Nie równam tej książki z tamtymi, ale jeśli lubicie jazz, zabawę z kryminalną konwencją i zwarte, solidne historie, to mam dla Was pomysł na wieczór. Tak, jeden wieczór. Ale jaki!
Jakub Ćwiek
-
„Oświęcim przy obozie Gross-Rosen to sanatorium”
Doktor Josef Mengele – Anioł śmierci ucieka z Auschwitz. Krąży wzdłuż obecnej polsko-czeskiej granicy, przeprowadzając selekcje w kobiecych obozach należących do Gross-Rosen. W końcu dociera do Sieniawki, małej miejscowości położonej na Dolnym Śląsku. Sieniawka to jeden z podobozów Gross-Rosen, potwornej maszyny śmierci składającej się ze stu podobnych miejsc rozrzuconych na terenach Polski i Czech. Tu dokonano masowej zagłady, niewolniczo wykorzystywano więźniów i przeprowadzano zbrodnicze eksperymenty medyczne.
Jakie tajemnice kryją budynki po byłym obozie? Czy rzeczywiście istnieją zalane pomieszczenia, do których można dotrzeć? Co takiego jest w Sieniawce, czego nie ma nigdzie indziej na świecie? Zobaczcie moją rozmowę z Joanną Lamparską, autorką „Imperium małych piekieł”.
-
Co nowego w instytucie grozy
Przedwczoraj wieczorem, w dniu siedemdziesiątych drugich urodzin Stephena Kinga, skończyłem czytać jego najnowszą powieść Instytut. Nie żebym rytuał odprawiał, tak się złożyło. Skończyłem, zamknąłem i zapadłem w podszyte niepewnością zamyślenie. O czym to było? To znaczy, wiem, o czym było. Stosunkowo łatwo streścić historię o dzieciach porywanych dla ich parapsychicznych zdolności i wykorzystywanych do brudnych, politycznych celów. Ale co właściwie Mistrz Grozy chciał nam tą kompletnie niewiarygodną historyjką opowiedzieć? Bo on tak pisze: niby duchy, zjawy, złe moce i zombie, ale w gruncie rzeczy są to opowieści o złu w człowieku, jak najbardziej realnym i dobrze nam znanym. O czym więc tak naprawdę jest Instytut?
Żeby było jasne – powieść jest jak najbardziej do czytania. Kto zna Zajasa, wie, że pod jego piórem to niebagatelny komplement. Większość tego typu literatury nie przechodzi u niego próby dwudziestu stron, nieliczne przechodzą pięćdziesiątkę, do stu dochodzą wyjątki. Tu King – szaman wciągającej narracji – podtrzymuje swoją sławę i zasysa czytelnika od początku jak odkurzacz. Wystarczy przeczytać pierwsze trzy strony, by się o tym przekonać. Niby zwykła scenka w samolocie, taka serialowa obyczajówka z agentami w tle i głównym bohaterem – a jakże – działającym inaczej niż reszta, a już jesteś uwiedziony. Już chcesz czytać dalej i dalej, i tak aż do końca. Świetne charaktery, odpowiednio dozowane napięcie, narastająca dziwność i groza, a w finale ogromne bum, godne najlepszych scen katastroficznych. I oczywiście sentymentalny epilog, czyli moja ulubiona wisienka na torcie.
Kto się oczytał w Kingu – a jest nas legion – ten ma w pamięci zestaw jego podstawowych konceptów fabularnych. Wiele z nich znajdziemy również w Instytucie. A zatem: dzieci o specjalnych zdolnościach (Carrie, Podpalaczka, Lśnienie, itd.), parapsychologia (Strefa mroku, Przebudzenie, Doktor Sen, itd.), podejrzane eksperymenty na ludzkich mózgach (znowu Podpalaczka, Łowca snów), samotny bohater, który wbrew okolicznościom i całemu otoczeniu ratuje z opresji dzieciaków, bo tak trzeba (Mroczna wieża), ale i wspólnotowa solidarność ofiar, która daje im siłę (Bastion, To). Innymi słowy, płyniemy swobodnie przez dobrze znane Kingowskie uniwersum, rozkoszując się powrotami do ulubionych konceptów i utwierdzając w przekonaniu, że on wciąż pisze specjalnie dla nas, a my nadal go kochamy.
Nieodmiennie fascynuje mnie jego narracyjny geniusz. Jak on to robi? Przecież te pomysły są już do cna zgrane! Wszystko już było opowiedziane tysiąc razy – upiory wyskakiwały z ciemności, a przedmioty spadały ze stołów na tyle różnych sposobów, że powinny nas nudzić i śmieszyć na przemian. A jednak. Siedzimy i czytamy nawet wtedy, gdy już wszystkie zagadki rozwiązaliśmy i wiemy, do czego to wszystko zmierza. Cholibka, dlaczego?
Gdzieś ponad tym snuje się sama opowieść. Swobodna, luźna opowieść o Ameryce, niby fikcyjnej (jak w wielu poprzednich książkach, miasta trochę się zgadzają, a trochę nie), ale jednak prawdziwej do najdrobniejszych szczegółów. Mały uciekinier, schowany w towarowym wagonie, jedzie pociągiem przez wschodnie wybrzeże spod kanadyjskiej granicy aż do Południowej Karoliny i przez szparę w drzwiach ogląda sobie widoki. Niby nic, ale jest to napisane tak, jakbyśmy razem z nim tam siedzieli i patrzyli jego oczami na mijane w jednostajnym stukocie wioski, pola kukurydzy, opustoszałe stacje kolejowe z zardzewiałymi bocznicami. Jak powiedzieć, że chłopiec jest głodny? Patrzy na robotników jedzących pączki i mimo przerażenia niemal chce, żeby go znaleźli wśród pudeł w kącie, co jest dla niego śmiertelnie groźne. Ale może mu dadzą jeść i pić. Przerażenie i zwierzęce pożądanie w jednym. A co najlepsze, to wściekle sprzeczne pożądanie zostaje zaspokojone – w końcu odkryli go i dali jeść.
Chcę powiedzieć, że jest mistrzem szczegółu. Takich scen, kapitalnie prawdopodobnych psychologicznie, jest u niego bez liku i one same wystarczyłyby na całkiem porywającą powieść. Ale jest też mnóstwo scen zupełnie nieprawdopodobnych psychologicznie, czasem wręcz absurdalnych i zatrącających o jarmarczny spirytyzm. I wiecie co – działa! Kupujemy je, ponieważ King był tyle razy wiarygodny i realistyczny, że w apogeum narracyjnego napięcia może sobie pozwolić na każdą bzdurę. Tak jakby jednym kupował sobie prawo do drugiego. Nietzsche mawiał, że prawda obiektywna nie istnieje, ale w kwestii prawd szczegółowych powinniśmy być absolutnie precyzyjni. Coś w tym jest.

King nie byłby Kingiem, gdyby się swoim pisaniem horroru nie bawił. Jako urodzone zwierzę pisarskie nie może sobie odmówić żonglowania aluzjami literackimi i rozmaitego rodzaju intertekstualnymi zaczepkami, także do własnych książek. I tak mamy mojego ulubionego Dostojewskiego (s. 75), mamy siostry bliźniaczki z Lśnienia i Ręki mistrza (s. 120 i 206), spóźnionego na ważne spotkanie królika z Alicji w Krainie Czarów (s. 225), cytaty z wierszy Johna Keatsa (s. 227) i Samuela T. Coleridge’a (s. 414), a także bajkę o Jasiu i ziarnku fasoli oraz orków z Tolkiena. Tyle wynotowałem, uważni czytelnicy na pewno znajdą więcej.
Pojawiają się też, jakżeby inaczej, „weseli klauni z balonami” z To (s. 140). Nawiasem mówiąc, widzieliście już drugi rozdziałTo w kinach? Opinie są bardzo różne, zwykle niedobre, mnie się średnio podobało i wolałem rozdział pierwszy (zakochałem się w Bev!). Ale jakbyście nie mieli innej motywacji, idźcie dla samego Stephena Kinga, który w jednej scenie osobiście gra starego antykwariusza ze Sklepiku z marzeniami. Wyborny epizodzik!
Znaczy się, jest wszystko, co powinno być. Dlaczego więc po zakończeniu upojnej lektury drżę i trwam w miłosnym niezdecydowaniu? Co mnie – dogłębnie wessanego odbiorczo w fikcyjny świat powieści – powstrzymuje przed euforycznym wyciem?
Po pierwsze, miałem wrażenie, że ostatnie dwadzieścia stron jest niepotrzebne. W ciągu całej opowieści wielekroć pojawiały się napomknienia o globalnym systemie wykorzystywania dzieci, o nieludzkim programie rządowym i jego fałszywych, niby-moralnych uzasadnieniach, zatem łopatologiczne ich wykładanie na końcu, kiedy opadł kurz wielkiego bum, niczego nowego nie wnosi. Mógł sobie darować. Wiem, poprawianie Mistrza to bluźnierstwo i będziesz, Zajas, boleśnie pokarany nieudolnością własną, ale trudno. Niepotrzebne i już. King sam się nabijał z Billa Denbrough w To, że nie umie pisać dobrych zakończeń, czyli dobrze wie, o co w tej zabawie chodzi. Najlepiej z nas wszystkich. Jedyne, co go usprawiedliwia, to pozycja hegemona, który może napisać cokolwiek.
Po drugie, te teorie o ogólnoświatowym spisku przeciwko uzdolnionym dzieciom niebezpiecznie balansują na granicy paranoi. King ma zawór bezpieczeństwa w postaci zwariowanej Annie, która te spiskowe teorie głosi, ale coś tu zgrzyta. Gdyby sobie odpuścił łopatologiczne wyjaśnienia i zostawił te mroczne siły w sferze niedopowiedzeń, wyszłoby to powieści na dobre. Takie mam wrażenie. Owszem, nasza epoka pełna jest zwariowanych teorii, także fake teorii, ale może właśnie dlatego mistrzowie powinni się ich wystrzegać. Haracz spłacany wymogom kompozycji, trzeba domknąć i powyjaśniać, wiem, niemniej jednak… Jak powiada King: „Niemądra koncepcja, ale w dobry sposób” (s. 434).
A zatem – O czym jest Instytut? Dla obrony tej szalonej parapsychicznej wizji (żeby się Zajas nie smażył w piekle za czepialstwo), szukam tak zwanej wielkiej metafory. Świat jest w łapach globalnych sił, które nas bezlitośnie drenują z tego, co najlepsze, odbierają przyszłość naszym dzieciom, a je same zamieniają w bezwolne manekiny, tłumacząc to wszystko tanim kitem o ratowaniu ludzkości. Możemy się obronić jedynie solidarnym działaniem wspólnoty dobrych ludzi, którzy chcą naprawdę uratować świat – przed tamtymi fałszywymi zbawicielami. System kontra człowiek. Fałsz i zbrodnia naprzeciw szczerości i dobra. Poświęcenie jednostki dla grupy, dla przyjaciół, dla przyszłości. W jedności siła. Potężna. Mogąca przenosić góry – dosłownie.
Wiem, brzmi jak agitka przedwyborcza, ale nie poradzę. Taką wielką metaforę wyczytałem z najnowszej powieści Stephena Kinga, więc ją przedkładam i jako ostrzeżenie, i jako zachętę. Co odpowiada niesamowitemu klimatowi powieści, który jest i budujący, i dołujący zarazem. Trochę tak, jakby zmieszać Juliusza Verne’a z Drogą McCarthy’ego i Władcą much Goldinga. Eksplozja gwarantowana.
I jeszcze trochę mojej prywatnej parapsychologii. W Wiatrakach jest taka scena, kiedy Krzycki zdejmuje bandaż z głowy Dudasa i zakłada na własną, żeby zmylić zasadzających się na niego gangsterów. Bardzo podobny chwyt jest w Instytucie: bohater zamienia się czapeczką ze złą wiedźmą, która musi zginąć. Uuch! Siostry bliźniaczki King nazwał imionami Gerda i Greta. Ja w Wiatrakach kombinowałem, czy najstarsza z sióstr Liebner (klucz do całej trylogii) ma być Gerda, czy Greta. Padło na Gerdę, ale i tak przy pisaniu ciągle się myliłem na rzecz Grety. Uuuch! A kiedy w Instytucie doszedłem do zdania o Oświęcimiu: „Ale ludzie w okolicach obozów wiedzieli, co się dzieje” (s. 456), to normalnie zbladłem. Co on, kurde, Oszpicyn czytał? Uuuch! Uaaach! Albo on nadaje na tych samych falach, co ja, albo ja na tych samych, co on. Z dziesięć minut mi zajął powrót do siebie z tej grobli twórczych paraleli.
Tak to Zajasowi odwala w dekiel, kiedy czyta Kinga. Czego i wam życzę.
Krzysztof A. Zajas
-
„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #3
AUDIOBOOK
3.
Książki dzielą się na mądre, piękne oraz do czytania. Ta stara jak samo czytelnictwo zasada dotyczy wszystkich, nawet osobników tak niezależnych duchowo, jak profesorowie od literatury. Ci muszą jednak szczególnie uważać z jej praktykowaniem, by nie ulec podejrzeniom, że stosują podwójne miary. To byłby brak profesjonalizmu. Książka gruba i mądra, zadana studentom do domu na ferie, powinna być również czytelniczą rozkoszą. Powinna być do czytania. Cóż, kiedy zwykle nie jest. Jedna na dziesięć, jeśli wykładowca jest w miarę rozgarnięty i zorientowany w oczekiwaniach wychowanków. No, ale to mniejszy problem. Zasada ta boleśnie dotyka bowiem i samych profesorów, którzy przecież zostali profesorami właśnie dlatego, że książki mądre uznali za piękne i warte czytania. Czytali je więc z determinacją, a potem pisali o nich inne, równie mądre książki. Dzięki temu sami czuli się mądrzy i piękni. I ważni. Niepokoje i półświadome podejrzenia, że mogłoby być inaczej, skutecznie neutralizował mechanizm uniwersyteckiego awansu, utwierdzający adeptów nauki, że spełnili wymagania i mądrości, i piękna i poczytności.
Profesor Aleksander Zawijas radził sobie z tym dylematem następująco: książki mądre i ważne obowiązują każdego dnia do godziny dwudziestej, a później już każdy czyta co chce. On sam preferował mroczną sensację i horrory. Po skromnej kolacji (odchudzał się) zaczynał takiego na przykład Outsidera Stephena Kinga i później z najwyższą niecierpliwością czekał, kiedy następny dzień dobiegnie ósmej wieczorem, by mógł zdjąć z siebie profesorski półpancerzyk praktyczny i podjąć przerwaną poprzedniej nocy lekturę. Powieści Kinga lubił szczególnie. Demony bezkarnie działające w rejonach parapsychologii sąsiadowały tu z cytatami z Dostojewskiego, Szekspira i Eliota. Takie pomieszanie wysokiego z niskim przynosiło ulgę umęczonemu polonistycznemu sumieniu. Niby głupoty i kicz dla nastolatków, ale jednak Dostojewski i Szekspir. W dodatku, co tu dużo mówić, nieźle napisane.
E tam, nieźle – genialnie! Wciągało jak wir i nie puszczało do późnej nocy. Przezornie profesor Zawijas w drugą stronę nie wyznaczał sobie limitu i niekiedy czytał do czwartej nad ranem. A potem z zaczerwienionymi oczyma biegł na zajęcia, z trudem przypominając sobie po drodze, o którym to z mądrych i pięknych tekstów ma mówić.
Niestety, Kinga dawno już całego przeczytał, a poszukiwania nowych fascynacji nie szły najlepiej, więc profesor popadł w coś w rodzaju frustracji, z braku powodów do nieczystego sumienia. Chciał nocami grzeszyć, a nie miał czym. Ta skomplikowana figura czytelniczej perwersji spowodowała, że na pewien czas odłożył książki i przerzucił się na gry komputerowe. Satysfakcja z dynamicznej narracji rozbłysła na nowo. Odkrył kilka nowych, wspaniałych światów, cyfrowo powrócił do krainy dzieciństwa, zabił wiele potworów i parę razy został superbohaterem, zbawcą ludzkości oraz królem, a raz nawet arcykapłanem. Ale i to go znudziło. Wrócił do książek, pełen wewnętrznych rozterek i rozdarć. Równowaga jego podwójnej osobowości czytelniczej uległa zachwianiu. W ciągu dnia uniwersytecki dr Jekyll miał się świetnie, zgłębiał teksty naukowe, sporządzał notatki i pisał artykuły do wysoko punktowanych czasopism, ale wieczorami horrorowy Mr. Hyde popadał w rozdrażnienie. Nie było czego czytać. Siadał na taborecie przed regałem z tak zwaną literaturą popularną i wertował kolejne pozycje, jednak bez rezultatu. Wszystko albo już znał, albo było tak słabe, że nie przechodziło testu pięćdziesięciu stron i nie kwalifikowało się do czytania nawet po północy, gdy rozum śpi.
Przyszła depresja notorycznego głodu. Całodzienny czas wyrzeczeń nie znajdował ukojenia w wieczornej lekturze. Sytuacja nabrzmiała dramatycznie do tego stopnia, że małżonka profesora stanowczo wysyłała go do psychologa, czemu w końcu uległ, bardziej dla świętego spokoju niż wiary w jakąś bibliopsychoterapię.

Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy – Nie mam co czytać – mówił do szczupłej psychoterapeutki w dużych okularach, upodabniających ją do kobry. Słuchała, potakiwała, notowała coś na kartce papieru i nic nie mówiła. Lakanistka, pomyślał profesor Zawijas. Daje mi się wygadać, żebym sam doszedł sedna moich problemów, nazwał je i tym samym zneutralizował. A ona posiedzi, pomilczy i poobserwuje mnie przez te żmijaste okulary, po czym zgarnie kasę jak ja za tydzień wykładów. O nie, tak łatwo nie pójdzie.
Z pełną ubolewania miną zaczął narzekać, że literatura się skończyła, ludzkość przesiadła się na obrazki, a wyobraźnia z tekstualnej zmieniła się w ikoniczną, w związku z czym jego praca oraz życie nie mają już sensu. Nie ma co czytać.
– Mówię pani, nie ma co czytać – powtarzał swoją myśl monotonnie, z obojętną intonacją, co miało wytwarzać wrażenie zawodowego wypalenia.
– To niech pan słucha – odpaliła kiedyś kobra lakanistka. – W końcu czytanie nie jest przymusowe.
– Dla mnie tak. Jestem polonistą.
– Książek też można słuchać.
– Nie, droga pani. Prawdziwe książki są do czytania. DO-CZY-TA-NIA!
– Słyszał pan o audiobookach?
– A pani słyszała o grafomanach? – odpalił pytaniem, choć nie bardzo widział związek.
Wzruszyła ramionami i zarządziła koniec sesji. Z satysfakcją skonstatował, że udało mu się wyprowadzić ją z równowagi i jego humor nieco się poprawił. Małe zwycięstwo, zwycięstewko, a jednak cieszy. Pożegnał się, zapłacił sto pięćdziesiąt złotych (zdzierstwo!) i wyszedł.
W drodze powrotnej z upodobaniem przypominał sobie co trafniejsze kwestie, czym mile łechtał swe profesorskie ego. Wytrącić lakanistkę z równowagi to nie byle co. To jak zmusić żółwia do galopu. Nauczyć krowę samby. Zamówić wykład u ryby i przymusić małpy do słuchania.
Podbudowany swymi ciętymi ripostami zadzwonił do Jacka. Komuś trzeba było dać odczuć tę siłę.
– Co robisz, synku? Zaliczyłeś już całą sesję?
– Tato, jest sierpień.
– I co z tego? Zaraz się skończy i staniesz twarzą w twarz z zagadnieniem przyszłości.
– Została mi grafika. To się zdaje bez uczenia.
– To czemu nie zdałeś?
– Nie miałem czasu.
– Na co nie miałeś czasu? Żeby podejść? Przecież to się zdaje bez uczenia, synuś.
Zapadła cisza i ojciec Aleksander Zawijas mógł posycić się chwilą.
– Przyjedziesz na obiad? – spytał.
– Dzisiaj nie – bąknął syn. – Mam coś zaplanowane.
– Szkoda. Pokazałbym ci, jak się przechodzi dwunastego kolosa. Słyszysz? Dwunastego!
Mówił o grze komputerowej, jedynej, w której, jak mu się wydawało, był lepszy od swojego syna. Nie usłyszał jednak żadnej reakcji, więc się pożegnał i skręcił z nawyku do Taniej Książki.
Mieściła się tuż obok uniwersyteckiego parkingu i nosiła ksywę Tania Jatka. Kupował tu sporadycznie, ale samo przekładanie w rękach tomów, znanych i nieznanych, sprawiało mu niemal fizyczną przyjemność. Są jeszcze na tym świecie takie zboki. Przeszkadzała mu jedynie ciasnota. Trzeba było się wąskim przejściem przepychać wśród innych podobnych jemu książkowych fetyszystów, którzy w nabożnym skupieniu grzebali, wertowali, macali, odkładali i sięgali po następne. Panował tu klimat powszechnej bibliofilskiej manii. Lubił go. No, może jeszcze gdyby powietrze było trochę czystsze. Z reguły pokonywał całą trasę w głąb księgarni, aż do ostatniego regału z nikomu niepotrzebnymi przewodnikami turystycznymi sprzed piętnastu lat, przy każdym dziale zatrzymując się na nie więcej niż pół minuty, po czym wracał, niespiesznie gładząc dłonią grzbiety nieskończonego szeregu ludzkich opowieści.
Dzisiaj było wyjątkowo tłoczno. Całe watahy oglądaczy i macaczy pochylały się nad stołami z takim zawzięciem, jakby inni nie istnieli. Profesor Zawijas z mamrotliwym „przepraszam” zręcznie przeciskał się między nimi, ale w pewnym momencie zaczepił plecakiem o wąski stojak. Z trzaskiem godnym odpustowych fajerwerków na podłogę posypały się płyty CD. Uczony zaklął całkiem nieuczenie i ze dwie osoby obrzuciły go karcącymi spojrzeniami, więc szybko wrócił do swojego „przepraszam, przepraszam”.
– Ludzie, uważajcie trochę – burknął młody sprzedawca w okularach i z rudą, mało przyjazną brodą. Odepchnął profesora i zaczął zbierać z podłogi rozsypane płyty, by na powrót powkładać je do plastikowych pudełek. Dwa z nich uległy jednak nieodwracalnemu zniszczeniu i chłopak, obracając w dłoni osierocone krążki, mierzył go pełnym wyrzutu wzrokiem.
– Wezmę je – pośpiesznie zadeklarował profesor Zawijas, biorąc od rudzielca obie płyty.
– Niech pan poprosi przy kasie o nowe pudełka – powiedział sprzedawca takim tonem, jakby mówił: „niech pan sprzątnie to gówno”, po czym oddalił się w głąb sklepu. Winowajca chciał jeszcze raz przeprosić i podziękować, ale już nie było komu. Z niejasnym zawstydzeniem zbliżył się do kasy i położył płyty na ladzie, a gdy kasjer zaczął szukać zastępczych pudełek, nerwowo zaprotestował. Weźmie tak. Gdy tylko na wyświetlaczu kasy pojawiła się kwota 9,98, rzucił dziesięciozłotowy banknot na ladę, porwał płyty i niemal uciekł ze sklepu. Uff, ale fajans. Zakup roku, normalnie. No buchacha, profesorze.

www.unsplash.com/Alex Bello Dopiero kiedy usiadł w samochodzie i odprężył się łykiem wystygłej kawy z termicznego kubka, obejrzał mimowolny nabytek. Na jednej płycie była składanka kolęd w wykonaniu zespołu „Leśne nutki” i tę od razu wyrzucił przez okno. Niech sobie znajdzie nocny stróż i posłucha w cichą, świętą noc. Na drugiej dużymi literami napisane było CEGIELNIA, pod spodem mniejszymi: czyta Jan Nowak. Audiobook. Bez nazwiska autora. Wyglądało na bezczelną podróbkę, taką, co to w fabryce w Bangladeszu tłuką po nocach wykorzystywane dzieci, gdy szefostwo idzie do domu. Nazwisko lektora powalało oryginalnością – równie dobrze mógł się nazywać XX lub AA. Kilka razy obrócił płytę w dłoni, a potem wcisnął do odtwarzacza. Zobaczymy, czy tam w ogóle jest jakaś powieść. „Cegielnia”? Tytuł nic mu nie mówił, choć jego polonistyczna pamięć do tytułów i autorów była akurat niezła. Uruchomił silnik i wyjechał z parkingu na ulicę Grodzką.
Z samochodowego głośnika popłynęły pierwsze słowa. Jednak powieść. Słuchał jednym uchem, ale zanim dotarł do mostu Grunwaldzkiego, dał się pochłonąć i omal nie przegapił skrętu w lewo na rondzie. Brzmiała ciekawie. Lektor czytał całkiem dobrze, wręcz świetnie. Klimat i stylistyka dziewiętnastowiecznej powieści angielskiej, gdzieś między Jane Austin a Charlesem Dickensem. Przypomniał sobie słowa lakanistki o słuchaniu i w duchu zaczynał przyznawać jej rację. Oczywiście, tylko w tej jednej kwestii.
Nagle drgnął. Czy na pewno słyszy to, co słyszy? Tekst już nie brzmiał staroświecko, tylko całkiem współcześnie. Więcej – brzmiał znajomo. Podkręcił głośność i chciwie łapał słowa. Nie przesłyszał się, padały jedne po drugich dokładnie w takiej samej kolejności. Kurczę, czyżbym był aż tak zmęczony? Przejechał dłonią po włosach i cofnął nagranie, żeby posłuchać jeszcze raz. Niemożliwe. Nie ma takich zbiegów okoliczności. Istnieje rachunek prawdopodobieństwa, który wyklucza powtórzenie tak długiej sekwencji wyrazów. Jeszcze pogłośnił, ale nie o głośność tu chodziło. Nie było żadnej wątpliwości. Może i profesor Zawijas miał zadatki na wariata (w chwilach duchowej słabości nawet pragnął mieć), jego świadomość mocno jednak trzymała się rzeczywistości.
Słyszał dokładnie to, co słyszał: własne zapiski sprzed lat, szkice do nigdy nienapisanej powieści:
Gdyby nie było czasu, nie wiedziałbym, że te drzewa tak stoją i stoją, chmury po niebie płyną i płyną. Upływ czasu pozwala nam widzieć życie – w ogóle. On umożliwia życie. Wieczność nie istnieje, ponieważ jest niczym, bezczasem, nic w niej nie może być. „Jest niczym” to oksymoron. Dlatego i Bóg nie istnieje – ponieważ jest poza czasem. A jeśli nawet istnieje, to nie żyje. Gdybym nie miał czasowego dystansu do wydarzeń i do siebie samego sprzed lat, nie miałbym życia. Jeszcze inaczej: coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd.
Gdy fragment dobiegł końca, nadusił przycisk cofania, by po raz trzeci odsłuchać ułożone przez siebie słowa. Dokładnie te same!!! Ale jak to możliwe? Czyżby ktoś włamał się do komputera i je wykradł? Ale dlaczego? Przecież nie był żadnym pisarzem, nie był nawet wybitnym profesorem, w każdym razie nie na tyle, by mieli się nim interesować hakerzy od literatury. Jeśli tacy w ogóle istnieją…
Wdepnął hamulec z całej siły. Zapiszczał tarty oponą asfalt, a on sam prawie wylądował nosem na kierownicy. Jego astra zatrzymała się nie więcej niż dziesięć centymetrów od tyłu autobusu, który nagle wyrósł przed nim jak góra lodowa przed Titanikiem. Cudem uniknął katastrofy. Jeszcze nie nabrał porządnie powietrza do nagle wstrzymanych płuc, gdy znowu rozległ się pisk i odczuł lekkie puknięcie. Jasna cholera! Autobus przed nim ruszył, a we wstecznym lusterku mignęła mu wystraszona twarz młodej kobiety za kierownicą białego bmw.
Szok zręcznie ustąpił miejsca wściekłości. Profesor szarpnął klamkę i pchnął drzwi. Nie zdążył wysiąść, gdy klamka wyleciała mu z ręki i drzwi poszybowały nad ulicą Konopnickiej, niesione podmuchem ciężarówki, która je urwała. Serce stanęło mu gdzieś między gardłem a mózgiem i potrzebowało ładnych paru sekund, by wrócić na swoje miejsce. Gdy znowu zaczęło bić, wziął głęboki oddech, wrzucił jedynkę i z włączonymi światłami awaryjnymi zjechał na prawy pas. Kobieta za nim zrobiła to samo. Na szczęście, ponieważ już wyobrażał sobie, jak bmw rusza z kopyta i tyle je widzieli. Oddychał, by dojść do siebie. Z głośnika usłużnie padły słowa:
…nie miałbym życia. Jeszcze inaczej: coś mogę powiedzieć, bo minął jakiś czas, odtamtąd dotąd. Wieczność jest niema.
– Aaaa! Co sieee dziejeeee! – krzyknął na całe gardło, jakby chciał się upewnić, że teraźniejszość nie jest niema.
–Dobrze się pan czuje? – usłyszał. Przez dziurę po drzwiach zaglądała do środka kobieta z bmw. Pokiwał głową.
–Nnic mmi nnie jjest. – Bardzo chciał to powiedzieć spokojnie, ale jego głos drżał jak pieśń Céline Dion nad idącym pod wodę żelaznym pudłem Titanika. – Ka-karetka ww każdym rrazie nniepotrzebna.
–Zaraz spiszemy notatkę o zdarzeniu. To moja wina. Bardzo pana przepraszam.
Była elegancko ubrana i bezlitośnie blada, panowała nad sobą jednak znacznie lepiej od niego. Nawet delikatnie poklepała go po ramieniu. No, ale jej nie urwali drzwi. Cholera, cholera, cholera! Jak on teraz dojedzie do domu? Jak opisze całe to zdarzenie w zgłoszeniu? I jak w ogóle ma dalej żyć?
Zdziwił się. To ostatnie pomyślało się samo.
Krzysztof A. Zajas
Cdn.
-
Płonący garaż, seryjny morderca oraz bohater, który nigdzie nie pasuje. Dziś premiera „Resetu”
Różne rzeczy się robi, żeby materiał wyszedł atrakcyjnie. Czasem trzeba się gdzieś wspiąć, przeskoczyć przez płot, a czasem…podpalić garaż. Albo chociaż zrobić taką symulację. W jednej z pierwszych scen „Resetu” taki garaż rzeczywiście płonie, jednak gdy spojrzeć na ściany, to ogień nie ze wszystkim sobie poradził. Co dostrzegli policjanci? Czy te wskazówki pomogą ująć seryjnego mordercę, który w „Resecie” ma jeszcze zadanie do wykonania? Czy Tomasz Kawęcki przestanie w końcu pić?
Krzysztof Domaradzki zakończył swoją łódzką trylogię kryminalną. Co dalej? Łapcie naszą rozmowę. Zaświadczam, że w trakcie nagrania nie ucierpiał ani jeden garaż.
-
„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #2
AUDIOBOOK cd.
2.
Na dźwięk słowa „penis” zatrzymała się w pół kroku. Kminiła co znaczy, jak chyba już wszystkie dziewczyny w klasie, kiedyś nawet zajrzała w empiku do książki „Sztuka obsługi penisa”. Wiedziała, ale zadziałało. Są takie słowa, na które bez pudła reagujesz z takim samym podjaraniem, i to do nich należało. Powieść była cieniasta, w zasadzie totalna bieda, i właśnie miała ją wyłączyć, żeby sobie zapodać Arianę Grande… ale nie. „Przysłonił lewą ręką penisa, a prawą zadał potężny cios”. Miał go na wierzchu? Powinno być: „przysłonił sobie krocze”, albo co tam jeszcze… pachwinę, o właśnie! Tak się dawniej pisało, a to przecież jakiś staroć, ze sto pięćdziesiąt lat ma albo więcej. „Wyprowadził sztych wzorem najzacniejszych bohaterów epoki płaszcza i szpady” – co za ramota! Nikt tak dzisiaj nie kombinuje w literaturze, na ile umiała ocenić. Mieli fajnego profesora od polaka, jedyny spoko w gromadzie pedagogicznych neptków, na których trafiła w rozpoczętym trzy tygodnie temu „renomowanym krakowskim liceum”. Taa. Co z tym penisem?
…nasz Wędrowiec należał do tych dzielnych młodzieńców, co to byle czego się nie ulękną, swoje największe skarby chronią jednak z najlepiej pojętą troską. Opuściwszy lewą rękę na przyrodzenie, zacisnął palce wokół skórzanego mieszka wzmacniającego od przodu jego podróżne spodnie i od razu poczuł się bezpieczniej. Z tym większym impetem ruszył na potwora…
Ona również ruszyła z impetem, ponieważ od dłuższej chwili stała pośrodku szerokiego holu Galerii Krakowskiej z – jak jej się wydawało – uniesioną w powietrzu stopą. Idiotyczne. Z tym audiobookiem też coś było nie tak. Nie wszędzie brzmiał jak powieść z dziewiętnastego wieku. Przemykały przez tekst zwroty, które mogłaby z powodzeniem usłyszeć choćby tutaj, od któregoś ze szwendających się dokoła galerników. Nie, to też nie to. Wyobraziła sobie bardzo dokładnie młodego człowieka ze sztyletem w jednej ręce i własnym fiutkiem w drugiej, z impetem ruszającego na jakiegoś tekturowego potwora, i parsknęła głośno. Scena była kompletnie absurdalna. Nikt normalny by tego tak nie napisał, ani sto pięćdziesiąt lat temu, ani teraz. Lektor też od czapy, seplenił jak wujaszek Wiem Wsysko na rodzinnym obiadku. Dosyć tego bredzenia…
…wysunęła się nagle z ciemności i złapała go za gardło. Odruchowo poderwał w górę lewą rękę, a wtedy coś miękkiego i gorącego wpiło mu się w pachwinę…
No proszę, mówisz – masz! Jednak jest pachwina! Ucieszyła się, jakby odgadła ukrytą w tekście łamigłówkę i wsunęła smartfon do kieszeni kurtki. Jeszcze da jej szansę. Niech sobie jeszcze poleci ta głupia opowieść o junackim wędrowcu, zajawionym na napierdalankę z potworem. Ale co to właściwie za potwór? Coś jej chyba umknęło. Nie, słuchała uważnie, nawet zaczęła sama myśleć staroświecko (junacki wędrowiec?). No i odkleiła się całkiem od rzeczywistości. Zdaje się, że schody ruchome w środku galerii obeszła trzy razy wkoło, zanim na nie trafiła. Czuła się nie do końca realnie, jak w jakimś 4D, oblepiona mrokiem powieściowej cegielni i oszołomiona dziwacznym językiem, w którym słowa pulsowały neonowym światłem. W jednej chwili zlało jej się wszystko razem w sugestywny mem: ciemna hala, mężczyzna z jedną ręką uzbrojoną w sztylet i drugą zaciśniętą na kroczu, a w głębi migocze na czerwono pięć liter: P-E-N-I-S. Jakby mu cegielnia podpowiadała, za co się złapał. Przejaja.
Zacisnęła powieki, żeby pozbyć się kretyńskiego obrazka (hej, sama do niego dorobiłaś napisy), poprawiła słuchawki na uszach i skręciła do wyjścia na przystanek tramwajowy. Spojrzała na zegarek. Zanim coś przyjedzie i doturla się pod Bagatelę, to będzie akurat mniej więcej tak, jakby się właśnie lekcje skończyły. I można się katapultować do chaty!

www.unsplash.com/Maria Teneva …ślizgał się po kałużach ciemnobrunatnej brei, która ciągle jeszcze wyciekała z rozprutego cielska i poszerzającym się rozlewiskiem zajmowała coraz to nowe połacie podłogi. Był zmęczony, ale szczęśliwy. Od towarzystwa uczynnych i zacnych ludzi wolał bliską i agresywną obecność wcielonego zła. Przynajmniej racje były jasno przyznane: ja dobry, ty zły. A wkoło jakże ożywczy mrok! Kopnął butem zwiotczałą mackę, której rozcapierzone końcówki przywodziły na myśl spazmatycznie rozwarte w agonii palce, po czym raźno ruszył w głąb ciemnej hali. Na jej przeciwległym końcu migotał ogień. Palenisko służące do wypalania cegieł buzowało w najlepsze. Pomacał skórzany mieszek między nogami, czy z penisem wszystko w porządku…
Przegapiła koniec ruchomych schodów i omal nie wyciągnęła się jak długa przed wyjściem na ulicę Pawią. Ja nie mogę, co on z tym penisem? Wkurzało ją niejasne poczucie, że ktoś podsłuchuje jej myśli i od razu wrzuca je do audiobooka. Wiedziała, że to niemożliwe, ale wkurzało. Z drugiej strony, nie umiała zapanować nad dreszczami dziwnego podniecenia na dźwięk tego trochę technicznego, a trochę obscenicznego słowa. Jakby ze słuchawek, przez mózg, przenikało prosto do krwiobiegu. Co to ma być? Jakaś kryptopornografia dla nieletnich? Przekaz podprogowy?
W ostatniej chwili złapała wahadłowe drzwi, które leciały jej prosto w twarz. Wychodząc pchnęła je mocno za siebie z nadzieją, że przefasują komuś nochal, najlepiej temu mieszczuchowi w szarym płaszczu. Palenisko w głębi. Więc jednak coś tam się świeciło na drugim końcu. Na czerwono, jak moment wcześniej litery w jej wyobraźni. Przewidziała czy usłyszała? Nie, niczego wcześniej o piecu nie było. Przecież słuchała uważnie! Może nawet trochę za bardzo, co nie? Przyznaj się, laluniu, czekałaś na to czerwone słówko. Dreszczyk w krzyżu. Gul w przełyku. Zaraz będziesz miała mokre majty…
–Uważaj, jak chodzisz! – krzyknął ktoś obok niej i podskoczyła tak gwałtownie, że słuchawki zsunęły jej się na czoło.
–Przepraszam – wymamrotała.
Powinna skląć gościa, który bezceremonialnie szarpnął ją za ramię w tył, ściągając z torowiska. Sekundę później tuż przed jej nosem przetoczył się tramwaj. Stała wyprężona na baczność jak żołnierz kompanii honorowej, dopóki niebieski, zgrzytający potwór (potwór???) nie przegramolił się dalej, łyskając na odjezdne czerwonymi (czerwonymi???) lampami płaskiego tyłka. Spojrzała na faceta obok.
–Nie ma za co – powiedział z uśmiechem pan w szarym płaszczu.
Speszona odwróciła się i szybko ruszyła przed siebie. Zdążyła zauważyć, że jego nos był w porządku, zdołał umknąć przed wahadłowymi drzwiami. Przynajmniej tyle dobrze, to jej bozia policzy na plus. Może. Nieważne. Nałożyła z powrotem słuchawki na uszy. Idzie. Środkiem hali. Nie powinien podchodzić…
…kilka kroków do paleniska, gdy zwolnił kroku zaniepokojony mglistym przeczuciem nienaturalnego porządku rzeczy. Po chwili się zorientował. W miarę zbliżania się do pieca uwolnił swe szczęśliwie ocalone w walce przyrodzenie i lewą ręką owinął wokół siebie poły płaszcza osłaniając się przed żarem ognia. I choć był już nie dalej niż dwa metry od paleniska, nie czuł na twarzy żadnego ciepła, niczego, co by świadczyło o tym, że płomienie w piecu są prawdziwe. Na domiar złego, zimne płomienie w swoich tanecznych formach układały się uparcie w jedno doskonale mu znane słowo, złożone z pięciu liter i jak w zwierciadle odbijające jego prawdziwe imię…
Parsknęła śmiechem i wypowiedziała na głos pięcioliterowe imię junackiego wędrowca, ułożone z czerwonych płomieni w środku cegielnianego paleniska. Było to ostatnie słowo, jakie wypowiedziała w tym życiu. Zdążyła jeszcze obrócić głowę w prawo i dostrzec baranią minę tramwajarza, który otwierał usta, żeby…
Pogotowie przyjechało bardzo szybko, ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego na Lubiczu było bliziutko. Co w tym przypadku akurat nie miało żadnego znaczenia. Według policji i sądu żadnego znaczenia nie miał również fakt, że maszynista z baranią miną w chwili wypadku oglądał sobie ukradkiem pisemko pornograficzne, które przed chwilą otrzymał od swojego zmiennika jako prezent urodzinowy. To miał być taki żart. Tramwajarz nie był żadnym zbokiem, tylko zwykłym facetem, a między kolorowe okładki magazynu dla panów zajrzał z czystej ciekawości, by na chwilę zdumieć się rozmiarami przyrodzenia, jakimi bozia potrafi obdarzać swoich wybrańców. Do których on się bynajmniej nie zaliczał. To także nie miało żadnego znaczenia.

www.unsplash.com/Marc Schaefer Ktoś wyjął spod tramwaju szkolny plecak, ktoś inny przyniósł przybrudzoną tenisówkę z rozwiązanymi sznurowadłami i wrzucił do karetki, w ślad za wsuwanymi tam przez dwóch ratowników noszami. Pan w szarym płaszczu podniósł z chodnika brązowe bezprzewodowe słuchawki i zdziwił się, że nadal dobywają się z nich dźwięki. Przystawił do ucha. Młody człowiek mówił miękkim, aksamitnym głosem, z nienaganną dykcją:
…nikt nie przewidział, że sztorm nadejdzie tak szybko. Jedynie tkwiący niewzruszenie na mostku kapitańskim sir Peter North Sundick odczuwał pewien niepokój w związku z nadmierną ciszą, przenikającą wszystko wkoło jak nagły mróz o zmierzchu. W istocie, zrobiło się zimno. Nikt również nie przewidział nieprzyjemnych konsekwencji rubasznego żartu, na jaki pozwoliło sobie dwóch prostych majtków, wpisując pomiędzy inicjały ich dowódcy, wygrawerowane na drzwiach kapitańskiej kajuty, samogłoski: e oraz i. A już na pewno nie do przewidzenia było skojarzenie obu tych dziwnych zbiegów okoliczności z trzecim, o daleko bardziej nieprzyjemnych konsekwencjach…
Głos nagle się urwał i pan w szarym płaszczu odprowadził wzrokiem znikającą za zakrętem karetkę pogotowia. Wraz z nią oddalił się telefon komórkowy, z którym słuchawki właśnie straciły połączenie. Tak, pomyślał filozoficznie, śmierć to przerwanie połączenia. Którego nikt nie przewidzi. Nagły mróz o zmierzchu. A zaraz potem pomyślał, że obywatelski obowiązek wykonał i już raz wyciągnął tę biedną dziewczynę spod tramwaju. No, ale ileż można?
Schował słuchawki do kieszeni i nieco przygnębiony ruszył w swoją stronę.
Cdn.
Pns.
Jeśli chcecie przypomnieć sobie pierwszy odcinek powieści, kliknijcie tutaj.


