Kategoria: Aktualności

  • Krótka historia jednego morderstwa, które wstrząsnęło Szwecją

    Co wydarzyło się wieczorem 28 lutego 1986 roku w centrum Sztokholmu, doskonale wiemy. Zabójstwo Olofa Palmego, premiera Szwecji, wstrząsnęło całym krajem. To miało być zwykłe wyjście z żoną do kina, bez asysty ochrony. Niestety, zakończyło się tragicznie. Kto zamordował, dlaczego? Jan Stocklassa chciał napisać książkę zupełnie o czym innym – o miejscach, w których doszło do podwójnych zabójstw. Traf chciał, że w trakcie resaerchu wpadła mu w ręce pewna notatka, która była napisana przez Stiega Larssona. Jak bardzo to znalezisko wpłynęło na pracę Jana ? Czy wie, kto zabił Olofa Palmego?

    Zabieram w Was w podróż do Sztokholmu. Zobaczycie kino, do którego po raz ostani poszedł premier, drogę, którą przebył po wyjściu z niego, miejsce zbrodni, a także schody, którymi miał uciekać morderca by nie dopuścić do pościgu samochodowego. Dodatkowo Jan Stocklassa pokazuje tytułowe „Archiwum Stiega Larssona”…

     

  • „Zawodowiec? Nie polecam”. Sierpniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Ostatnio w ramach festiwalu Confiction – nowego popkulturowego wydarzenia na polskiej mapie – odbył się panel na temat tego czy pisanie to dobry pomysł na karierę i czy warto przejść w nim na zawodowstwo.

    I cóż, spokojnie mógłbym uczynić z tego tekstu najkrótszy felieton jaki kiedykolwiek napisałem. Wystarczyłoby, żebym napisał „raczej nie polecam” i byłoby po wszystkim. Ponieważ jednak zdaję sobie sprawę, że to teza dość śmiała, nieco kontrowersyjna i zaskakująca u, było nie było, zawodowego pisarza, pozwolę sobie tę myśl rozwinąć.

    Zacznijmy od korzyści bycia pisarzem zawodowym. Tu niewątpliwie na pierwszą linię wysuwa się możliwość zarabiania na opowiadaniu historii. Wszyscy chyba znamy powiedzenie „rób to co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia”. To zdanie jest głupie i skrajnie nieprawdziwe, ale w jakiś sposób działa na naszą wyobraźnię. Spisywać opowieści, które siedzą nam w głowie i jeszcze dostawać za to pieniądze? No bajka. Dar od losu.

    W drugiej kolejności dołożyłbym tu możliwość spotykania się z czytelnikami. To nie tylko fajna okazja do poznania nowych ludzi – wielu moich dziś już przyjaciół poznałem właśnie tą drogą – nie tylko fajna opcja na podbudowanie poczucia własnej wartości, ale także niejednokrotnie źródło dodatkowego zarobku z bibliotecznych czy księgarnianych honorariów.

    Jest też punkt trzeci, nieco życzeniowy. Zawsze jest szansa, że twoją opowieścią zainteresuje się świat filmu czy ostatnio gier, wcześniej może trafi ci się ktoś, kto zabierze twoje książki w zagraniczną podróż tłumaczeniową. Słowem, jeśli masz szczęście, to na tym samym będziesz zarabiać długo i w zróżnicowany sposób. A może jeszcze hollywoodzki aktor czy aktorka podziękują ci potem na jakiejś gali?

    www.unsplash.com/Patrick Fore

    Tak, to wszystko są plusy i nie będę kłamał, twierdząc, że nie mogą być one wystarczające. Kierowały mną one gdy piętnaście lat temu słałem swoją pierwszą książkę do wydawcy i w zamian dostałem do podpisania umowę. W jakimś stopniu, bo zweryfikowane, kierują również dzisiaj, bo dwa na trzy to wciąż całkiem nieźle, prawda?

    A mimo to z jakiegoś powodu niespecjalnie polecam pisanie jako zawód. Dlaczego?

    Paradoksalnie za sprawą sprofesjonalizowania się polskiego rynku wydawniczego. To, że dziś wydawcy mogą sobie pozwolić na zatrudnianie prawdziwych specjalistów od marketingu – i niektóre rzeczywiście to robią – że stać ich na reklamę outdoorową, że podejmują crossowe działania z filmowcami, że profesjonalizują się festiwale i udaje się docierać do masowego odbiorcy jest jednocześnie szansą dla niektórych, nielicznych autorów i zabójstwem dla całej reszty.

    Oto bowiem, jak na wszystkich innych polach gdy pojawia się moda, korzysta na niej kilka podmiotów, a reszta skazana będzie wymogami rynku nade wszystko na trzaskanie nieoryginalnych, gotowych formatów dopasowanych pod oczekiwania. To troszkę jak z polskimi kabaretami. Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie, że – nieważne co sądzicie o nich dziś – że zanim na dobre zaczął się kabaretowy boom, cotygodniowe programy w telewizji, dziesiątki imprez na setki jeśli nie tysiące ludzi etc. mieliśmy szereg odważnych, pomysłowych grup tworzących masę autentycznie śmiesznych i niegłupich skeczy. Dziś tempo i jednocześnie konieczność dotarcia jak najszerzej wypala tę gałąź rozrywki i choć jej nie wykończy ekonomicznie, odbierze resztki artyzmu nawet tym ostatnim nielicznym wizjonerom.

    Z pisaniem jest podobnie. W dzisiejszych tytułach oryginalności wystarczy ledwie szczypta, bądź nawet pozór, reszta musi być formatem, bo format jest nam potrzebny. I żeby nie było wątpliwości, ja lubię formaty, ale nie każdy jest Lee Childem, by jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko. Trzymać latami ten sam schemat, a jednocześnie utrzymywać świeżość.

    Reszta autorów albo ma tyle talentu i odwagi co Zygmunt Miłoszewski, który będąc u szczytu kryminalnej sławy, przerzucił się z ostatnią powieścią na, było nie było, fantastykę, albo szarpie się jak Mariusz Czubaj, u którego z podejściem do wspomnianych formatów bywało ostatnio różnie, ale szczęśliwie wygrała liryczna strona autora, która zaowocowała świetnym „Około północy”.

    Wreszcie są tacy, którzy będą się szarpać, a wreszcie się pogodzą, dadzą sformatować i zrobią co się im każe, wciąż mówiąc sobie, że to nadal lepsze niż biuro i robota od ósmej do szesnastej.

    Ostatnia grupa to ci, którzy już na starcie przyjdą sformatowani, skupieni na ekonomicznym sukcesie i w korporacyjnym trybie zadaniowym. Dla nich pisanie gotowymi schematami będzie przyjemnością, bo przesadna kreatywność to nieproduktywne zużywanie czasu.

    Tyle, że tu pojawia się pułapka. Jeżeli człowiek chce już zaprząc korpomyślenie do zarabiania pieniędzy, to jest dużo dziedzin, w których tych pieniędzy jest dużo więcej. W których pomysły można kapitalizować szybciej i może niekoniecznie prościej, ale dawkując zaangażowanie względem tego ile przyniesie.

    W kwestii czasu spędzanego przy pracy, też nie jest tak kolorowo. Bo co prawda nikt przy pisaniu nie wymaga odbicia karty, ale też każdy pisarz to powie, książka nie opuszcza autora tak długo jak powstaje. Każda zagwozdka nie zawiesza się na kołku o szesnastej i nie odwiesza następnego dnia rano. Problemu fabularnego nie da się odłożyć, paniki związanej z sypiącym się wątkiem nie przetłumaczę sobie na „jakoś to będzie”. Bo może wcale nie być. Może po prostu to nie jest dobra, spójna opowieść, tylko nie zauważyłem tego na starcie i teraz brnę w błoto.

    Ostatnia rzecz to owo pracowanie i kochanie, do którego nawiązałem na początku. Z tym jest trochę jak z parami pracującymi razem. Jasne, niektórym się udaje. Nader często jednak dzieje się tak, że zacierają się granice, co jest pracą, co jest domem, które problemy są z której szufladki. W pewnym momencie może cię zwyczajnie obrzydzać nie tylko pisanie, ale samo obcowanie z pisanym słowem. Za dużo miłości, może cię zabić, jak śpiewał Freddy Mercury. W tym przypadku to działa.

    Ktoś może w tym momencie wreszcie zwrócić mi uwagę: hej, stary, ale jak to jest, że Ty piszesz tu, że nie polecasz, a sam jednak z pisania i opowiadania historii żyjesz? Wbrew pozorom nie ma tu ani hipokryzji, ani podstępu. Nie polecam, bo wszystko co powyżej. A sam piszę bo:

    Po pierwsze, jestem minimalistą i generalnie nie potrzebuję do życia za wiele. Po drugie, zainwestowałem w to wszystkie punkty umiejętności, więc zwyczajnie to nie umiem wiele więcej. Wreszcie po trzecie, ja tak naprawdę nigdy nie postanowiłem, że zostanę zawodowym pisarzem. Po prostu opowiadałem historie z czystej pasji tak długo, aż okazało się, że mogę całkiem nieźle radzić sobie z tantiem.

    I tę ścieżkę, mimo licznych tarć po drodze mógłbym nawet polecić. Tyle, że wymaga ona wielkiego życiowego nieogarnięcia przez półtorej najważniejszej dekady życia. Ktoś reflektuje?

    Jakub Ćwiek

  • Czy to koniec przygód Mikaela Blomqvista i Lisbeth Salander?

    Czternaście lat temu ukazała się pierwsza książka z przygodami Blomqvista i Salander. Od tego czasu na całym świecie sprzedało się ponad sto milionów egzemplarzy sagi, z czego w Polsce – dwa miliony. Dziś na księgarskich półkach pojawiła się „Ta, która musi umrzeć”, czyli, przynajmniej w teorii, ostatnia część sagi Millennium. David Lagergcrantz kategorycznie zaprzecza, że będzie pisał kolejne książki cyklu, bo teraz zajmie się wykreowaniem nowego literackiego świata. Czy to oznacza, że to absolutny koniec serii? Oficjalna wersja jest taka, że owszem, jednak gdy przyłożyć ucho tu i tam, w Polsce i w Szwecji, to okazuje się, że kto wie, kto wie. Nie chcę tutaj napisać za dużo, ale sam Lagercrantz przyznaje, że ma nadzieję na powrót Mikaela i Lisbeth. Kiedy? Czy w ogóle? Kto miałby być autorem?

    W poniższym materiale David pokazuje miejsca, w których toczy się fabuła trylogii, opowiada o internetowych trollach, a także o Janku Kowalskim – byłym polskim szpiegu, który pojawia się w najnowszej książce. Wątków jest sporo, więc łapcie materiał ze Sztokholmu.

  • „Millennium – książki, które nie pasują”, sierpniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Pamiętam, jak wiele lat temu, kiedy jechałem pociągiem do pracy, prawie każdy w wagonie miał w ręku książkę. Nie byle jaką, bo był to pierwszy tom sagi Millennium Stiega Larssona. Wielkie, opasłe tomiszcze leżało na kolanach starszych państwa, zwisało nieporadnie z dłoni młodej dziewczyny i było wciskane do aktówki jakiegoś faceta w garniturze. Książka ponad podziałami, pomyślałem.

    Minęło trochę czasu od momentu, kiedy skończyłem czytać trylogię Larssona i jeżeli mam być zupełnie szczery, nie pamiętam z niej już za wiele. Nie ma w tym chyba nic nadzwyczajnego, bo jestem tylko człowiekiem, a ludzie mają to do siebie, że zapominają. Sam tytuł do mnie jednak powracał, bo często spotykałem się z tym, że wykreowana przeze mnie postać porównywana była do Lisbeth Salander. Dlaczego? Nie wiem, nie mnie to chyba oceniać, ale ja podobieństw nie widzę żadnych – oprócz tego, że obie są kobietami.

    Zacząłem się jednak ostatnio zastanawiać nad jedną rzeczą, która nie daje mi spokoju. Co stałoby się z książkami Larssona, gdyby pojawiły się na rynku dzisiaj? Co więcej: co by się stało, jakby wyszły tylko w Polsce? Jak możecie się domyślać, odpowiedź na te pytania będzie w moim stylu, czyli pełna marudzenia na to, jak wszystko jest do dupy.

    Zamieńmy się miejscami. Ty, drogi czytelniku, jesteś pisarzem i chcesz wydać dzieło swojego życia. Wylałeś nad nim hektolitry potu, wypaliłeś milion papierosów, a drugie tyle litrów kawy krążyło po twoim organizmie. Udało się. Masz to! Setki stron maszynopisu, z którego jesteś dumny. Idziesz z tym do współczesnego wydawcy i… twój tekst jest kastrowany.

    Gdzie trup?

    Pierwsze pytanie, które słyszysz w momencie, kiedy w końcu, po trzech latach czekania, któryś z redaktorów odsyła ci twój tekst. Głowisz się więc, jak sensownie odpowiedzieć na pytanie, bo przecież trup jest. Wprawdzie nie pojawia się na pierwszych stronach, ale zostawiłeś haczyk na początku, więc gdzie leży problem? Czytelnik się nudzi, dostajesz w odpowiedzi. Czytelnik nie może się nudzić, ma być zaintrygowany. Ma ze zniecierpliwieniem przewracać kolejne strony twojej książki, a nie czytać o ekonomicznych przekrętach, których nie rozumie i o politycznych odniesieniach, które nic go nie obchodzą.

    Więcej trupów! Szybciej!

    Myślisz i nie wiesz, co z tym zrobić, bo trupów nie chcesz. Masz ich wystarczającą ilość i chcesz dać czytelnikowi czas na to, by twoja ekspozycja dobrze wybrzmiała. By poczuł klimat i dał się w niego wciągnąć bez reszty. Wiesz o tym ty, ale wydawca nie. Wydawca chce, żeby twoja książka była taka, jak inne, które mu się sprzedają.

    Za długa!

    Książka nie zmieści się do torebki i będzie dużo ważyła. To kolejne, co słyszysz, bo przecież opasłe tomy może wydawać w Polsce tylko Katarzyna Bonda, a ludzie i tak na Lubimy Czytać marudzą, że za długie i oni skróciliby to o połowę. Na ciebie też będą marudzić, bo akcja wolno się rozkręca i – patrz punkt wyżej: masz za mało trupów, by nazywać to kryminałem. Nie upierasz się przy kategoryzowaniu, ale przecież twoja książka musi wpasować się w jakąś szufladkę, więc niechętnie zgadzasz się na kryminał. Masz w końcu śledztwo dziennikarskie.

    Daj pan im jakieś hobby!

    Dziennikarz nie pije na umór, słyszysz. Dopijasz łyk zimnej kawy i zostawiasz to bez komentarza, bo i co masz powiedzieć?Twój bohater ma pracę, która go pochłania, nie potrzebujesz, by zalewał robaka, ale wydawca potrzebuje wyróżnika. Czegoś, co pozwoli mu wypozycjonować twojego protagonistę na jedynego w swoim rodzaju. Mówisz więc, że Lisbeth jest jedyna w swoim rodzaju. Tak, to mu się podoba, ale brakuje mu romantyzmu w relacji z dziennikarzem. Więcej uczucia, mówi. To się sprzedaje, mówi. Ma być szczęśliwe zakończenie, mówi.

    Wtedy się poddajesz.

    Wydajesz książkę sam, bo możesz. Bierzesz wszystkie oszczędności, dostajesz wymarzony numer ISBN, a razem z nim trzysta egzemplarzy, które trzymasz w piwnicy, bo Empik weźmie je wtedy, kiedy ty oddasz nerkę, żeby mieć na to pieniądze. Piszesz kolejną książkę z nadzieją, że coś się w końcu zmieni. Przecież jest dziś miejsce na książki, których nie da się łatwo zaszufladkować i ludzie będą chcieli je czytać.

    Będą?

    Bartosz Szczygielski

  • „Jeśli bywacie w Jastrzębiej Górze, to poczujecie klimat Przeradowa”

    Latem to może być nawet całkiem urokliwa miejscowość. Zapach smażonej ryb, tłumy turystów, krzyk mew, piski bawiących się w morzu dzieci. Jednak Przeradowo poza sezonem, to już zupełnie inne miejsce, szczególnie, jeśli przy brzegu zamiast muszelek, można trafić na ciało młodej dziewczyny. Niby od początku wszystko wiadomo, bo pewnej deszczowej nocy na komisariat zgłasza się Jan Kowalski, który przyznaje się do zabójstwa tej oraz kilku innych kobiet. Do akcji wkracza starszy sierżant Krzysztof Igielski, który… Co Wam będę opowiadał, przeczytajcie sami „Pokutę”. Dodam tylko, że pojawia się tutaj starsza pani ze Szwecji, młoda dziewczyna z Przeradowa. Wszystkich coś łączy, ale czy wszyscy chcą naprawdę dobrze? Łapcie rozmowę z Anną Kańtoch. Dowiecie się też o czym będzie kolejny kryminał pisarki ze Śląska. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to ukaże się w przyszłym roku.

  • „Kiedy pisarz może porzucić godność”, sierpniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Podobno godność kończy się tam, gdzie zaczynają się pieniądze. Pisarze gilotynują ją znacznie wcześniej.

    Każdy autor uparcie przekonuje, że próbuje pisać takie książki, jakie sam chciałby przeczytać. Oczywiście każdy kłamie. Bo nawet amator, który dopiero próbuje wskoczyć w buty zawodowca, starający się dowieść, że potrafi, że jego bazgranina jakoś trzyma się kupy, myśli o odbiorze swojego utworu – przez wydawców, krytyków, czytelników i szeroko rozumiany rynek. Myśli też, rzecz jasna, o pieniądzach. O tych, których pewnie nie zarobi od razu, ale może za jakiś czas, gdy już zyska rozpoznawalność i zbuduje skalę.

    Ale oczywiście zdarzają się wyjątki.

    Bywa, że autor od razu celuje w sukces, koncentrując się wyłącznie na kasie. Nie myśli o tym, żeby stworzyć utwór, który nie poharata krytykom głów, ale coś, o czym z różnych powodów będzie głośno. Ze względu na kontrowersyjny temat, autobiograficzne wstawki, polityczne wtręty. Albo z uwagi na epatowanie przemocą, seksem czy dziwactwami. W myśl oklepanego hasła: „wyróżnij się albo zgiń”.

    Ale to nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze marka autora. Coś, co w biznesie nazywa się unique selling propostition – wyróżnik, który się eksponuje, aby uczynić produkt (w tym przypadku pisarza) rozpoznawalnym. Dzisiaj markę tworzy się w poprzez barwne opowiadanie o przeszłości i podkreślanie bagażu zawodowego. Poprzez chwalenie się nadnaturalną kreatywnością, tempem pisania, zdolnościami reasercherskimi albo zaangażowaniem w opowiadane historie. Poprzez wycieranie się w telewizjach śniadaniowych i zabieranie głosu na każdy możliwy temat (byle się odezwać, pokazać gębę, mignąć okładką).

    Mówiąc krótko: chodzi o to, żeby być. W prestiżowych tygodnikach opinii i portalach plotkarskich. Na Facebooku, Instagramie i YouTubie. Na spotkaniach autorskich, targach, imprezach celebryckich. W portkach i bez portek. Wszędzie. Zawsze.

    Kilka tygodni temu widziałem się z Camillą Läckberg (robiła tournée po Europie, promując swoją najnowszą powieść – „Złotą klatkę”). To szwedzka autorka kryminałów, która sprzedała już 23 miliony książek. Umówiliśmy się na wywiad do „Forbesa”, a więc na rozmowę o pieniądzach, budowaniu wizerunku oraz przedsiębiorczości. I Läckberg bez ogródek przyznała, że stała się literacką gwiazdką w dużej mierze za sprawą nieliterackiej działalności. Dzięki udzieleniu setek wywiadów (nawet do magazynów jeździeckich), wizytom w telewizjach śniadaniowych, występowi w szwedzkim „Tańcu z Gwiazdami”, aktywnemu prowadzeniu mediów społecznościowych, epatowaniu kobiecością (naście lat temu kryminalistka w jaskrawych sukienkach i wysokich szpilkach silnie kontrastowała z kolegami po fachu, często smutnymi podstarzałymi panami w szarych garniturach). Przekonywała, że kiedy pisze, w stu procentach skupia się na utworze, ale zaraz potem wskakuje w buty bizneswoman i marketera.

    Camilla Lackberg, fot: camillalackberg.com

    Niby logiczne – książkę trzeba wypromować. Ale nienaturalne. Przynajmniej dla przeciętnego pisarza. Człowieka, który miesiącami tłucze w klawiaturę, nierzadko wyrzucając z siebie około miliona znaków; który marzy o tym, żeby po napisaniu i redakcji książki nie musieć już nic robić, żeby to wszystko sprzedawało się samo; który chciałby wreszcie otrzymać nagrodę za to, że coś nabazgrał. Ale to właśnie wtedy zaczyna się najtrudniejszy etap. Ten, na którym autor się nie zna, którego nie lubi, który generuje stres. I który jest cholernie wymagający. Bez względu na to, czy twórca dopiero wyskrobał pierwszą książkę, czy jest literackim celebrytą.

    Weźmy taką Läckberg. Podczas wizyty w Warszawie towarzyszyli jej ludzie z wydawnictwa, agentka oraz – uwaga! – specjalistka od mediów społecznościowych, która nieustannie ją obfotografowywała i zalewała relacjami Instagrama. Ale najcięższą pracę do wykonania miała pisarka. Profesjonalny makijaż, seria wywiadów, sesja zdjęciowa, wizyta w radiu, spotkanie autorskie, podpisywanie książek. Od wczesnych godzin porannych do późnego wieczora na nogach, przez cały czas skoncentrowana, w pełni sił intelektualnych. I jeszcze z obowiązkowym uśmiechem na twarzy, żeby nikt nie uznał jej za rozkapryszoną gwiazdeczkę. Koszmar.

    Jak twierdzi Szwedka (a wie, co mówi, na książkach zarobiła grube miliony), celebryctwo to konieczność. To nie pisanie, tylko makiaweliczne budowanie marki autora – jakakolwiek by ona nie była – jest najlepszą przepustką na listę bestsellerów. Nieodzownym elementem poważnej pisarskiej kariery. Nie zawsze przyjemnym, bo w showbizie trudno się taplać ze smakiem.

    Jeżeli chce się wejść do tego świata, trzeba coś poświęcić. Najczęściej godność, która zwykle kończy się tam, gdzie zaczynają się marketing i sprzedaż, czyli po prostu kasa. Takie są zasady tej gry. Ale żeby czuć się dobrze we własnej skórze, godność nie może paść wcześniej. Na pewno nie na etapie budowania naszych małych literackich światów.

    A z tym, niestety, bywa różnie.

  • „Janusz Korczak pokazał, że dzieci mogą być partnerami”

    W Internecie można się czasem natknąć na tego typu reklamy: „szok! Polak znalazł sposób na bezstresowe i przyjemne uczenie się historii. Wielkie koncerny go nienawidzą, bo wystarczy tylko niecałe 36 złotych”. Tak mogłaby brzmieć reklama „Skarbu getta” Adama Michejdy, bo czytanie tej książki to czysta radość. Teoretycznie, jest to lektura skierowana do młodzieży, ale jeśli wyszliście z tego przedziału wiekowego, to nie ma obowiązku oprawiania książki w gazetę przed wyjściem na miasto, nikt się przecież nie dowie co i jak. Nie będą Wam tutaj za dużo zdradzał, bo zachęcam jednak do obejrzenia naszej rozmowy, ale jest tutaj sporo o Januszu Korczaku, tajemniczym pamiętniku, amerykańskiej szkole, wyprawie do Polski śladami dziadka…Historia przez duże H, w książce przez duże K.

  • Sierpniowe zapowiedzi, czyli bida z nędzą

    Oczywiście jeśli chodzi o liczbę sensownych zapowiedzi, bo jakościowo sprawa powinna wyglądać zupełnie inaczej. Umówmy się, że w sierpniu to rodacy skupiają się na wbijaniu parawanów w piasek, a nie na buszowaniu po księgarniach. Nie zmienia to faktu, że Wasz portfel nie zostanie za bardzo obciążony. Gdybym miał coś w sierpniu kupić, to pewnie bym zainwestował w poniższe zestawienie. Część z tych pozycji już czytałem, reszta przede mną.

  • „Ulubiony pisarz, o którym ciągle zapominam”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Są wakacje, a więc okres, kiedy teoretycznie jest trochę luźniej (nie jest) i można nadrobić z lekturami (co pomimo wszystko staram się robić).

    Jest to kolejny dowód na siłę wpojonych nam w dzieciństwie nawyków, ale już w czerwcu, jak zresztą co roku, cieszyłem się na nadchodzące szybkimi krokami wakacje. Cieszyłem się pomimo tego, że zdawałem sobie sprawę, że czasu na odpoczynek będę miał niewiele. W jakiś niewiarygodny sposób udało mi się jednak tę świadomość zepchnąć w ciemny kąt mojego umysłu i zupełnie nie brać tego pod uwagę, kiedy robiłem czytelnicze plany na wakacyjne miesiące. A potem boleśnie rozbiły się one o realia. Większość lipca spędziłem w samochodzie jeżdżąc z północy na południe i ze wschodu na zachód. Poznałem mnóstwo fascynujących ludzi, odbyłem świetne spotkania, byłem w górach i nad morzem. O pewnych rzeczach wkrótce zresztą napiszę. Do tego promocja nadchodzącej „Rany”, a więc spotkania, wywiady, gorączkowa wymiana maili z wydawnictwem, ustalanie terminu kolejnych spotkań autorskich (o których będę wkrótce informował). Czasu na czytanie było w tym wszystkim niewiele. I cholernie mnie to zabolało, bo pewnie jak wielu innych czytelników, przez cały rok pracowicie buduję swoją prywatną kupkę wstydu – zbiór książek i komiksów, których nie dałem rady przeczytać w przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy. Są tam i reportaże, i kryminały, i literatura piękna. Mijam je każdego dnia i zawsze odwracam wzrok, jakbym się bał, że wszystkie te książki zaraz zaczną robić mi wyrzuty. Niestety, z tej kupki w lipcu dałem radę zmierzyć się tylko z jedną pozycją. Z „Olimpem” Dana Simmonsa. I cholera, nie żałuję.

    www.unsplash.com/Kimberly Farmer

    Bo to jest tak, że Dan Simmons to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych pisarzy. Do tego stopnia, że nawet kiedy mnie, jego zapalonego przecież fana, pytają o ulubionego pisarza, to bąkam coś o Flanaganie, albo zwracam się w stronę klasyki i wspominam Chandlera, a dopiero po jakimś czasie, zazwyczaj wtedy kiedy rozmowa dotyczy już czegoś innego, przypominam sobie o Simmonsie. A przecież uwielbiam jego książki! Kupuję każdą, która tylko pojawia się w księgarni. W oczekiwaniu na „Olimp” bombardowałem wydawnictwo Mag wściekłymi mailami domagając się, żeby wreszcie tę powieść wydali (nie żałuję, należało się im. Przekładali datę premiery chyba pięć razy. I to nie o kilka dni, ale kilka miesięcy!). Ale jednak o Simmonsie trochę zapominam. Może dlatego, że pisze on powieści, które są po prostu ogromne. „Olimp” ma prawie tysiąc stron. I to nie w żaden sposób napompowanych, jak to się czasami na rynku zdarza. Format książki jest większy niż w przypadku większości pozycji. Druk normalny, marginesy zaskakująco małe. Powiem szczerze, grubość tej powieści trochę mnie onieśmielała. I dlatego tyle czekała na swoją kolej.

    Ale było warto. Dan Simmons ma w swoim dorobku horrory, a zwykłemu czytelnikowi jest pewnie najlepiej znany z niedawno zekranizowanego jako serial „Terroru”. Ale swoje mistrzostwo pokazuje, jako autor powieści science fiction. To książki niesamowicie oryginalne i po prostu oszałamiające. Weźmy jako przykład „Olimp” właśnie (który notabene jest drugą części dylogii, którą zapoczątkował „Ilion”). Próba opisania fabuły tej sagi jest z góry skazana na niepowodzenie. Ale spróbuję, żeby dać Państwu jakieś pojęcie o pisarstwie Simmonsa. Mamy więc greckich herosów, którzy oblegają Troję. Wydarzenia przebiegają w zgodzie z opisem zawartym w eposie Homera, ale szybko się orientujemy, że oblężenie odbywa się nie w przeszłości, ale w przeszłości albo w jakimś dziwnym miejscu poza czasem. A greccy bogowie (bo oni też się pojawiają) dysponują niesamowicie zaawansowaną technologią. Równocześnie grupa robotów (chociaż Simmons używa określenia morowce), z których dwójka specjalizuje się w analizie pism Prousta i Szekspira wyrusza na wyprawę na Marsa. Tymczasem Ziemię zamieszkują ludzie, ale pozbawieni swojej historii, umiejętności czytania i całkowicie uzależnieni od tajemniczej technologii. Są rozleniwieni i ogłupieni. Żeby było jeszcze zabawniej, ich ulubioną rozrywką jest obserwowanie za pomocą urządzeń zwanych „całunami” oblężenia Troi. Nagle kilku z nich wyrusza w szaloną wyprawę, która zmieni dosłownie wszystko. I te wątki się ze sobą mieszają, przeszłość z przyszłością, antyk z futuryzmem, mity z nauką, Homer z Szekspirem tworząc coś po prostu niewiarygodnego i wspaniałego. A przecież to nie pierwsza tego typu książka Simmonsa. Podobny efekt osiągnął przecież w „Hyperionie”, o którym też mógłbym opowiadać godzinami!

     

    Także do czytania Simmonsa zachęcam. Na początku proponuję sięgnąć po trochę bardziej hmm… zwyczajny, ale ciągle wspaniały „Terror”. Przede wszystkim publikuję jednak ten felieton, żeby samemu sobie wbić wreszcie do głowy, że Dan Simmons jest obecnie moim ulubionym pisarzem. I sięgnąć wreszcie po „Letnią noc”, która była podobo jedną z inspiracji dla twórców „Stranger Things”. Już nie mogę się doczekać.

    Wojciech Chmielarz