Kategoria: Aktualności

  • Niektórzy uchodźcy mieli fabryki i kupę forsy. Teraz żyją z dnia na dzień

    Zwracamy na nich uwagę wtedy, kiedy lądują na czołówkach serwisów telewizyjnych, czy na pierwszych stronach gazet. Wiadomo, że świat mediów rządzi się swoimi prawami, więc liczy się efekt skali. Utonęło pięcioro uchodźców? Mhm, może jakaś wzmianka pod koniec serwisu, albo tekst na trzy linijki przed sportem i kulturą. Zginęło ich dwieście? To inna sprawa, wysyłamy reportera, wóz transmisyjny, łamiemy ramówkę. Tak naprawdę, to każdy dramat jest materiałem na opowieść, reportaż, książkę. Agus Morales w swojej doskonałej książce „Nie jesteśmy uchodźcami. Życie w cieniu konfliktów zbrojnych” pokazuje, że uchodźca z markowym telefonem, albo w ubraniach znanej firmy to nie powód do szyderstw. Niektórzy z nich byli w swoich krajach zamożnymi przedsiębiorcami, a musieli zostawić wszystko i szukać drogi do lepszego świata. Drogi, za którą musieli słono zapłacić. A co z uciekinierami z Hondurasu chcą się dostać do Stanów Zjednoczonych? A co z nastolatkiem, który zmarł na pokładzie łodzi ratunkowej u wybrzeży Włoch? Gdyby to stało się kilkanaście mil morskich wcześniej, to nikt by o nim nie napisał. Łapcie naszą rozmowę, a po książkę sięgnijcie obowiązkowo!

    Specjalne podziękowania dla Agnieszki Ziajki-Małeckiej za pomoc przy tłumaczeniu rozmowy. 

     

     

  • „Albo chwała, albo kasa”, premierowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Nie jest tajemnicą, że wielka literatura zwykle nie idzie w parze z wielkimi pieniędzmi, a dobra sprzedaż książek dobrymi ich nie czyni. Dziwić może jedynie to, że odstępstw od tej reguły praktycznie nie ma. Niezależnie od szerokości geograficznej, czasów i okoliczności.

    Zaledwie kilka osób wiedziało, że piszę „Detoks”. Nie chwaliłem się rodzinie, kolegom ani znajomym z pracy. Nie chełpiłem się tym, że może – przy odrobinie szczęścia – uda mi się zostać pisarzem. Wręcz przeciwnie. Wydawało mi się to dość wstydliwe. Do pewnego stopnia zarozumiałe. I z całą pewnością nieracjonalne. Zwłaszcza ekonomicznie (a bycie dziennikarzem ekonomicznym powinno zobowiązywać). Bo żeby wstukanie niemal miliona znaków na klawiaturze było opłacalne, musiałbym w debiucie napisać bestseller. Prościej i rozsądniej byłoby wstukać ten milion do gazety. Za wierszówkę, która pewnie przełożyłaby się na sześciocyfrową sumę. Bez względu na gazetę.

    Pracując w „Forbesie”, nauczyłem się nie wierzyć przedsiębiorcom, którzy się zarzekają, że nie budują biznesu dla pieniędzy. W ich grze chodzi głównie o pieniądze. One są główną metryką sukcesu. Literatura to jednak trochę inna gra. Większość autorów nie zaczyna jej dla pieniędzy, tylko żeby się sprawdzić. Żeby zweryfikować, czy pomysły, które wałęsają im się po głowie, rzeczywiście są takie fajne. Żeby wyrzucić z siebie historie, przemyślenia i emocje. Żeby się zabawić w wymyślanie alternatywnej rzeczywistości. Krótko mówiąc: nie o kasę, lecz o satysfakcję się rozchodzi. Przynajmniej na początku.

    www.unsplash.com/Pepi Stojanovski

    Z kasą u pisarzy najczęściej bywa krucho. I nie jest to mit podsycany historyjkami o głodujących autorach, takich jak H.P. Lovecraft czy Edgar Allan Poe, tylko twardy fakt. Poparty twardymi danymi. Z przeprowadzonego kilka lat temu badania Digital Book World i Writer’s Digest Author wynika, że 54 proc. amerykańskich autorów zarabia mniej niż tysiąc dolarów rocznie (mowa o pisarzach wydających książki w sposób tradycyjny, czyli we współpracy z wydawnictwem). W Polsce – co potwierdzają m.in. badania Alicji Palęckiej – wygląda to podobnie. To znaczy: kwota się zgadza, waluta już nie.

    Ale oczywiście są wyjątki. A nawet cała masa wyjątków. Tworzą je pisarscy multimilionerzy, którzy wstrzelili się w jakiś nośny trend. Potrafiący sprzedawać siebie i swoją twórczość. Autorzy, którzy znaleźli sporą grupę odbiorców i nauczyli się zarabiać na jej zainteresowaniach. I którzy wcale nie muszą być wielkimi literatami.

    Amerykański „Forbes” od lat liczy wynagrodzenie gwiazd literatury. Zeszłoroczne zestawienie najlepiej zarabiających pisarzy na świecie otworzył James Patterson, spec od hurtowego wydawania powieści sensacyjnych (86 mln dolarów). To weteran rankingu, już po raz dziesiąty wylądował na szczycie. Za nim znalazła się weteranka – J.K. Rowling (54 mln), która sprzedała ponad pół miliarda książek o Harrym Potterze. Trzecie miejsce zajął mistrz horroru Stephen King (27 mln). W czołowej dziesiątce wylądowali jeszcze m.in. specjalista od thrillerów prawniczych John Grisham (21 mln), popularne autorki romansów Nora Roberts i Danielle Steel (obie po 12 mln), odkrywający religijne tajemnice Dan Brown (18,5 mln) czy twórczyni bestsellerowych książek sado-maso E.L. James (10,5 mln).

    Co ich łączy oprócz kasy? Przede wszystkim powszechna niechęć krytyków. Brown? Grafoman. Rowling? Potrafiła napisać tylko kilka bajek o młodym czarodzieju. Roberts i Steel? Tanie romansidła. Patterson? On nawet nie pisze swoich książek. Grisham? Wszystkie jego utwory są takie same. James? Grafomańskie porno dla mamusiek. Nawet King regularnie dostaje w zęby, a wielu krytyków uważa jego kult za świadectwo literackiego otępienia.

    James Patterson, fot: oficjalny profil autora na Facebooku

    Oskarżeni wypracowali uniwersalną linię obrony: co z tego, że krytycy nas łajają, skoro milionom ludzi sprawiamy radość; to czytelnicy są prawdziwymi recenzentami naszej pracy; oni głosują na nas nogami i rękoma, zasuwając do księgarń albo polując na Amazonie. Nie wypracowali natomiast sposobu na zdobycie uznania. Na wejście do kanonu. Na zyskanie wiecznej chwały. Od dekad kultowymi książkami stają się te, które zwykle omijają mainstream – a przynajmniej szczyty zestawień sprzedażowych.

    Jak zauważył Rafał Pikuła w artykule „Co skrywa literackie bikini” dla tygodnika „Przegląd”, listy bestsellerów zadziwiająco się rozjeżdżają z listami książek uznawanych za kultowe. Gustów amerykańskich czytelników (a często także wydawców) nie poruszyły ani „Ulisses” Jamesa Joyce’a, ani „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ani „Do latarni morskiej” Virginii Woolf. Nie przekonali się do twórczości Gabriela Garcíi Márqueza i Georga Orwella. A „Hobbit” J.R.R. Tolkiena urósł w ich sercach dopiero po powstaniu filmowych megahitów.

    A w Polsce? Wystarczy wspomnieć, że ubiegły rok wcale nie należał do Olgi Tokarczuk czy Wiesława Myśliwskiego, tylko do piosenkarki Katarzyny Nosowskiej i celebryty Kuby Wojewódzkiego – to oni zostali uhonorowani Bestsellerami Empiku. (Choć podobno stuprocentowo pewna swojej wygranej była przyznająca się do grafomanii Blanka Lipińska).

    Wniosek z tego taki, że rozdźwięk między powszechnym uznaniem a grubym portfelem wydaje się nieunikniony, a recepta na całkowite spełnienie nie istnieje. Spośród współczesnych autorów najbliżej odnalezienia pisarskiego Świętego Graala jest chyba George R.R. Martin, który najpierw zachwycił świat fantasy sagą „Pieśń lodu i ognia”, a potem dostał wielki finansowy napęd dzięki serialowej „Grze o Tron”. W efekcie przez przez sześć lat (2012–2016) utrzymywał się na liście najlepiej zarabiających autorów, mimo że nie wydał w tym czasie ani jednej książki. I tak najwyraźniej trzeba żyć.

    ***

    PS. Podczas Warszawskich Targów Książki wyciągnąłem Adama Szaję na kawę. „Od czasu do czasu napisałbym coś o kulturze, jakiś felieton” – powiedziałem. „Najlepiej dla smakksiazki.pl. Nie do końca wiem dlaczego, ale czuję taką potrzebę”. Adam na to: „Okej”. Potem jeszcze dodał na facebooku, że czasem mógłbym coś skrobnąć o książkach i biznesie. Z tej lapidarnej wymiany myśli zrodził się plan, abym pisał dla Was (i dla siebie) felietony. Będą się ukazywały w każdą pierwszą niedzielę miesiąca.

     

  • Lipcowe nowości pod palmę

    Umówmy się, że lipiec nie jest miesiącem, w którym jesteśmy zasypani nowościami. Jeśli chodzi o liczbę nowych książek, to szału, rzeczywiście, nie ma, ale jakościowo jest dobrze. Może jeszcze się zastanawiacie, co kupić w ostatniej chwili na lotnisku, albo co zgarnąć z kiosku na dworcu. Podsuwam Wam kilka pomysłów. Wiele wskazuje na to, że nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto, więc zaryzykujcie 😉


  • „Jeśli stówka leży, to raczej się po nią schylisz”

    Poszedłem z Łukaszem Orbitowskim na działki, bo przecież tam wszystko się zaczęło. Kazimierz Domański pojechał rowerem na swój ogródek żeby przyciąć pomidory, a spotkał Matkę Boską. To odmieniło nie tylko jego, ale także życie jego rodziny, a także pielgrzymów, którzy tysiącami przybywali do Oławy. Ta historia jest punktem wyjścia, bo Domański w tej książce nie występuje. Przeczytajcie „Kult”, poznajcie tę historię od podszewki, bo Orbitowski jeździł, rozmawiał, szperał w archiwach i napisał książkę, którą na pewno wrzucę do najciekawszych pozycji tego roku.

  • „Książki, których nigdy nie napiszę”. Czerwcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W trakcie ostatniej edycji Big Book Festival miałem przyjemność wraz z Anną Dziewit-Meller i Tomaszem Michniewiczem brać udział w dyskusji pod przewrotnym tytułem: Czego to ja nie napiszę. Pomysł był prosty – niech każdy z nas podzieli się opowieściami o książkach, którymi może i chciałby się zająć, ale nigdy tego nie zrobi. Zaskoczyło mnie, że w pewnym momencie wszyscy przyznaliśmy, że naszą twórczość blokuje jedna i ta sama rzecz.

    Możemy to różnie nazywać. Pułapką rynkowych oczekiwań albo szufladką, do której wpadliśmy i z której nie za bardzo mamy jak się teraz wydostać. Do tej pory myślałem, że głównie ja mam takie problemy. Autor powieści gatunkowych. Twórca kryminałów. Dobrze to obrazują moje przygody z „Królową Głodu”. Podejrzewam, że większość z Państwa nie zna tej pozycji. I nic dziwnego. Napisałem ją chyba w 2013. Kilka razy pojawiała się w ramach akcji bookrage’a (obecnie artrage) jako ebook. Audiobook jest dostępny w Storytel. I to tyle. Książka nigdy nie ukazała się w papierze. Nie wiem, czy kiedykolwiek do tego dojdzie. I wcale nie dlatego, że nie byłoby wydawcy chętnego, żeby tę pozycję opublikować.

    Problem z „Królową Głodu” polega na tym, że jest to powieść fantastyczna. Zupełnie nie przystająca do mojego dotychczasowego dorobku. Napisałem ją w momencie, kiedy jeszcze wiązałem jakieś nadzieje z tym gatunkiem. I do dzisiaj jednym z moich twórczych marzeń jest powrót do tych bohaterów, do tego świata i napiszę kolejny tom tej opowieści. A teraz wytłumaczę Państwu, dlaczego to jest mało prawdopodobne.

    Napisanie każdej mojej książki zajmuje mi około roku. To nie tylko samo pisanie, ale także planowanie powieści, zbieranie materiałów, potem redakcja i korekta. To pierwsza kwestia. A teraz kwestia druga, zbiór miłośników fantastyki i zbiór czytelników kryminałów pokrywają się tylko nieznacznie. Co to dla mnie oznacza, jako autor kojarzonego z kryminałem właśnie? Że na napisanie drugiej części „Królowej Głodu” musiałbym poświęcić co najmniej rok pracy, a przy tym wchodziłbym na zupełnie nowy dla mnie rynek. Znowu musiałbym przedstawiać się czytelnikom. Znowu musiałbym próbować do nich dotrzeć, próbować przekonać ich, że moje pisanie jakąkolwiek wartość. W sumie, zaczynałbym swoją pracę niemal od zera, nie mając żadnej gwarancji sukcesu. Ale co gorsza, istnieje spore prawdopodobieństwo, że mógłbym stracić przynajmniej część swoich dotychczasowych czytelników.

    www.unsplash.com/Jonathan Richard

    Te refleksje i wątpliwości towarzyszyły mi od kilku lat. Rozważam wszystkie za i przeciw za każdym razem, kiedy wraca do mnie myśl, żeby napisać kontynuację „Królowej…”. I żeby była jasność. Uwielbiam kryminał jako gatunek. To wspaniała literacka szuflada, w której jest wiele miejsca i wiele możliwości opowiedzenia fascynujących historii. Ale równocześnie to szuflada, z której nie tak łatwo się wydostać.

    Byłem naprawdę zaskoczony, kiedy podobnymi refleksjami dotyczącej swojej twórczości podzielili się Tomasz Michniewicz, autor książek podróżniczych i reportaży, a także Anna Dziewit-Meller, pisarka, która jednak po tematach trochę skacze i wydawało mi się, że jej problem nie dotyczy. Tymczasem wszyscy czuliśmy, że rynek, czytelnicy mają wobec nas pewne gatunkowe oczekiwania. A pójście wbrew tym oczekiwaniom, jest jednak sporym ryzykiem.

    Są oczywiści e pisarze, którzy to ryzyko podjęli i im się opłaciło. Przychodzą mi do głowy nazwiska Łukasza Orbitowskiego, Jakuba Małeckiego i Szczepana Twardocha. Wszyscy zaczynali do szeroko pojętej fantastyki, żeby pójść potem w stronę prozy realistycznej. Wszyscy odnieśli sukces. Pamiętam też o Annie Kańtoch, która przez lata pisała fantastykę, żeby wejść w kryminał. I o Jakubie Ćwieku, który przeszedł tę samą drogę. No i jest jeszcze osobny przykład Zygmunta Miłoszewskiego, który porzucił kryminał, żeby napisać „Jak zawsze”, powieść, której gatunkowo po prostu nie da się przyporządkować.

    I tak im bardziej się nad tymi wszystkimi historiami zastanawiam, myślę sobie, że te wszystkie moja obawy nie są aż tak mocno uzasadnione. Być może największa szufladka znajduje się po prostu w mojej głowie. I zamiast hamletyzować i dzielić włos na czworo, lepiej zabrałbym się po prostu się za kontynuację „Królowej Głodu”.

    Ale wcześniej napiszę jednak kilka kryminałów.

    Wojciech Chmielarz

  • Stephen King – instrukcja obsługi wielbienia

    Kochamy Stephena Kinga. Jak już ktoś w swoich czytelniczych pasjach trafi na niego i da się wciągnąć, znika z rzeczywistości na dłuższy czas. Pogrąża się w niesamowitej, pasjonującej, uzależniającej fikcji, a kiedy przeczyta niemal wszystko, niechętnie wraca między ludzi i tocząc wkoło zamglonym spojrzeniem mamrocze przejęty: „Uff, ale było! Totalny odjazd! Zaje…te!”, albo i jeszcze dosadniej. Deklarują to po równo zwykli czytelnicy, badacze kultury i autorzy, nie wyłączając piszącego te słowa, który jak wszyscy uległ czarowi Mistrza. Bo Stephen King to nie tylko pisarz – to fenomen socjologiczny.

    Robert Ziębiński nie poprzestał na zauroczeniu, postanowił zrobić z tego książkę. Wydany właśnie pod tytułem Stephen King. Instrukcja obsługi tom jest czymś w rodzaju podróży przez popkulturowe imperium amerykańskiego króla horroru. Według deklaracji autora nie jest to ani biografia, ani monografia twórczości Kinga, a raczej opis „rozwoju jego pisarstwa” połączony z obrazem zmieniającego się świata. Ambitnie. A przy tym ma być ciekawie, by nie „zanudzić nas na śmierć”.

    Zaczyna się nieźle. Są zachęcające anegdoty, jest parę zręcznych zdań wprowadzenia, wyjaśnienie, po co ta książka, czyli usprawiedliwienie czołobitności autora… Właściwie książka mogłaby się skończyć po czterdziestu stronach, ponieważ następne kilkaset stron to nudne (śmiertelnie?) streszczenia powieści i opowiadań, z dołączonymi komentarzami na temat niezliczonych ekranizacji. Zastanawiałem się, dla kogo to jest. Inaczej mówiąc, jeżeli instrukcja obsługi, to czego? Ci, którzy czytali i oglądali Kinga, mają swoje wyobrażenie o treści oraz ocenie poszczególnych dzieł i niepotrzebne im cenzurki Ziębińskiego dawane na zasadzie: to cacy, a tamto be. Ci, którzy nie czytali i nie widzieli (są tacy?), dowiedzą się, że co najmniej połowa twórczości tego geniusza jest be i wygłaszane co chwila uwielbienia są jakby nieco zawieszone w próżni. Bo taka jest cecha uwielbienia – miota emocjonalne sądy, a rozsądku nie słucha.

    By załatwić sprawę uwielbienia. We wstępie Ziębiński deklaruje, że wielbi Kinga nie za mistrzostwo narracyjne, nie za to, że jest królem horroru, ani też nie za to, że „pod płaszczykiem grozy snuje opowieści o ludziach i małych amerykańskich miasteczkach”. Otóż wielbi go za to, że King „uosabia cały rynek wydawniczy” i że to „historia rynku wydawniczego w pigułce”. Co proszę? Kocham pisarza, bo zarobił miliony? Ziębiński mówi jak ten bobas podsłuchany w tramwaju, który wyznawał: „Babciu, kocham ciebie i wszystkie twoje złote pierścionki!”. W tym tkwi podstawowy problem z książką Ziębińskiego o Stephenie Kingu. Jest poświęcona jednemu z najbardziej fascynujących pisarzy współczesnych i zupełnie pomija perspektywę literacką. Jakby King produkował hamburgery, a nie fenomenalnie poczytne powieści. Przecież autor „Instrukcji obsługi” sam podkreśla, że King najbardziej ze wszystkich rzeczy żałuje porównania siebie do sieci McDonald’s! Dlaczego? Ponieważ właśnie uważa siebie za kogoś więcej niż rynkowego dostawcę taniochy, na której zbija kasę. Niestety, tego fenomenu Ziębiński w ogóle nie dotyka.

    Pewnie, że jest wielu autorów grozy, pewnie że niektórzy z nich odnoszą sukcesy, pewnie że King czasem pisze lepiej, a czasem gorzej. W całej wielkiej instrukcji obsługi Kinga nie znalazłem jednak ani jednego akapitu, który w sensowny sposób próbowałby uchwycić styl, kompozycję, konstrukcję świata przedstawionego, tło obyczajowe, polityczne i społeczne powieści. Nie mówiąc o jego intertekstualnych czy metajęzykowych odniesieniach. Który choć w przystępny i zdawkowy sposób spróbowałby zmierzyć się z pytaniem, na czym ten fenomen literacki i socjologiczny polega. Jasne, tekst naukowy może być nudny, ale przynajmniej czasem coś mówi. Książka Ziębińskiego – poświęcona pisarzowi – o pisaniu nie mówi nic. To jakby instrukcja obsługi samochodu ograniczała się do zachwytów nad jego prędkością i kolorem nadwozia.

    Wśród liczmanów na temat Kinga jest i taki, że to „zwierzę literackie”. Czytał i pisał od zawsze, jego teksty są utkane z cytatów, parafraz, aluzji i mnóstwa podobnych odniesień do innych autorów, zjawisk, tekstów. Bohaterem wielu jego najlepszych powieści jest pisarz, dominuje wątek kryzysu twórczego, przenikanie świata realnego i fikcji, przekraczanie granicy lęku, traumy, śmierci. Jego utwory prowadzą nieustanne i wciągające gry z konwencją, gatunkiem, modą, gustem, przyzwyczajeniami. Wszędzie pełno nawiązań do literatury – naturalnego i oczywistego środowiska, w którym porusza się King. Gdybym o nim pisał książkę, która ma być instrukcją, przynajmniej w jednym miejscu bym się nad tym zastanowił…

    Konstrukcja całości dziwna. Po zachęcającym wstępie przychodzi niezgrabny kulfon, na kilkuset stronach streszczający kilkadziesiąt powieści i tyleż opowiadań, wraz z ich ekranizacjami. Przypomina niektóre pomysły na książki o Kingu (np. wydanego u nas Gomeza), gdyby ktoś jednak potrzebował ze streszczeń skorzystać (ja nie potrzebuję, wolę oryginały), polecam raczej hasła w Wikipedii, które robią to szerzej i dokładniej (np. hasło o „Miasteczku Salem” w angielskiej Wikipedii jest dwa razy dłuższe, niż u Ziębińskiego). Poszczególne części przedzielane są opiniami pisarzy o ich „pierwszym razie” z Kingiem (patrz, pierwszy akapit) oraz wywiadami z ludźmi, którzy w swojej karierze otarli się o Króla. Trochę anegdot, trochę wspomnień ze wspólnej pracy, ale nie składa się to na żadną przydatną całość. Przy okazji dowiadujemy się, że „Instrukcja obsługi” wchłonęła poprzednią książkę Ziębińskiego o Kingu pt. „Sprzedawca strachu”. Nie wiem, co dokładnie znaczy tu „wchłonięcie”, ale z porównania obu tekstów wynika, że mamy do czynienia po prostu z autoplagiatem…

    Jest również osobny rozdział o „Mrocznej wieży”, zwanej opus magnum Kinga, autorstwa jednakże nie samego Ziębińskiego, a jego kolegi Łukasza Radeckiego, ponieważ autor „Instrukcji” przyznaje, że nie jest fanem tego cyklu. Dziwne. Facet deklaruje uwielbienie dla Kinga, na kolanach śledzi wszystko, co się wokół Mistrza dzieje, a nie ceni jego największego dzieła. W dodatku takiego, które jak w soczewce skupia najważniejsze cechy jego twórczości! Do tego stopnia nie ceni, że oddaje głos koledze, który zachwyca się niejako w zastępstwie. Zachwyca również z zastrzeżeniami i rozdaje cenzurki: ocenę obniżam, ocenę podwyższam…

    Parę symptomatycznych szczegółów. Przy okazji „Ręki mistrza” dowiadujemy się, że Roberta Ziębińskiego ta powieść miejscami wkurza, ponieważ zawiera „zupełnie zbędny zabieg narracyjny”, czyli rozdzialiki „Jak powstaje obraz” (s. 257). Pomijam pychę, która deklaruje, że lepiej od Kinga wie, co w powieści powinno się znaleźć, a co nie. Uznanie tych uroczych i przenikliwych uwag o tworzeniu za coś zbędnego i wkurzającego jeszcze raz dobitnie dowodzi krytycznej ignorancji autora „Instrukcji”. Irytuje go Kingowska analiza procesu tworzenia – czyli tego wszystkiego, co dla pisarza najważniejsze i rozstrzygające o jego byciu kimś więcej, niż handlarzem taniochy. King jest cudowny i wyjątkowy, ale kiedy próbuje uchwycić coś z tej swojej wyjątkowości – to wkurza. Mnie z kolei wkurza ta krytyka w krótkich majteczkach.

    Ziębińskiego fascynuje sprawa uzależnienia i wyjścia z niego. Wielokrotnie i z autentyczną pasją wraca do problemu picia i ćpania pisarza, jakby alkohol (nieznośnie powtarzany brzydki kolokwializm „wóda”) był co najmniej równie ważnym autorem, jak sam King. Pewnie, że to problem, ale nie tylko jego. Historia literatury to również historia uzależnień i walki z nimi, i King jest tu tylko jeszcze jednym żołnierzem nieprzeliczonej armii. Umiał to wykorzystać, zręcznie opisać, przekuć w fikcję – ale i sprzedać w atrakcyjnym opakowaniu promocyjnym. Co ciekawe, kiedy w „Lśnieniu” znajdujemy jeden z najbardziej przejmujących obrazów walki pisarza z własnym uzależnieniem, Ziębiński uważa go za – nieświadomy! Kto ciemną nocą, przy piwie, gadał z własnym piciem – a robi to każdy alkoholik – wie, ile w tamtym ujęciu jest przenikliwej, bolesnej samowiedzy. Podpowiadał to zresztą w wywiadzie Mick Garris (s. 311) mówiąc, że „Lśnienie” to powieść dla Kinga bardzo osobista. A ten trąbi – nieświadomie!

    Przy okazji „Lśnienia” (s. 280) pada fraza o „przeintelektualizowanym bełkocie naukowców perorujących o tym, jak zły wpływ na ludzi ma alkohol”. Prosiłbym o przykłady, bo nigdy nie spotkałem się z taką wypowiedzią. Zaś co do przeintelektualizowanego bełkotu – lepszy on od bełkotu bez intelektu.

    A tego w książce sporo. Na tej samej stronie stwierdzenie od czapy, że „Doktor sen” jest o niebo lepszą powieścią o uzależnieniu od „Lśnienia”. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto sobie z własnym uzależnieniem jeszcze uczciwie nie porozmawiał. Podobnie dziwacznym jest twierdzenie, jakoby ekranizacje „Zielonej mili” i „Skazanych na Shawshank” były uznawane za najlepsze wyłącznie przez tzw. „niedzielnych fanów”, którzy niczego oprócz tych dwóch produkcji nie znają. No cóż, to naprawdę dobre filmy, bez względu na to, co o tym sądzą „niedzielni krytycy”…

    Tak, irytują te wygłaszane co krok arbitralne sądy, że to świetne, a tamto liche… Czy naprawdę film „Worek kości” z Piercem Brosnanem „jest tak zły, jak tylko mogą być złe tanie filmy grozy”? (s. 233). Czy naprawdę „Kinga w Polsce albo się nienawidzi (…), albo kocha”, a o jego słabościach nie pisze? (Też prosiłbym o przykłady.) I znowu „nuży i wkurza”, tym razem przy okazji całkiem niezłej powieści „Desperacja” (s. 228). Można mieć swoje sądy, każdy wielbiciel Kinga je ma i nie trzeba w tym celu pisać grubaśnej książki. Spytam jeszcze raz – jeśli uwielbienie, to czemu ciągle wkurza i irytuje? Czy niedzielnego krytyka nie stać na bardziej wyrafinowane sądy o tej fascynującej literaturze, choćby z ociupinką naukowego intelektu?

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Ale nie. Zamiast tego wygłasza błyski myślowe w rodzaju: „King głupi nie jest” (s. 205); albo: „Trzeba być nie tylko rzemieślnikiem, ale też wybitnym twórcą, by stworzyć powieść taką jak „Doktor Sen” (s. 280). Na stronie 416 Ziębiński poucza jakiegoś recenzenta, że jak się chce krytykować, to należałoby obejrzeć przynajmniej rzecz do końca. Zgoda. Ale przy okazji filmu „Skazani na Shawshank” twierdzi, że reżyser Frank Darabont wyciął wszystkie sceny więziennych gwałtów. Oglądam film i w 31. minucie widzę brutalną scenę gwałtu w więzieniu, dokonaną na głównym bohaterze. No więc, Panie Robercie, jak już oglądać, to nie tylko do końca, ale i uważnie. I sprawdzać, co się pisze.

    Jest tych nieokrzesanych emocjonalnych blurbów więcej, kto ciekaw, niech czyta. Mnie po przebrnięciu sześciuset stron nadal dręczy pytanie: po co ta książka? O tym, że Ziębiński wielbi Kinga, już wiemy. Sami też wielbimy. On wielbi do tego stopnia, iż nawet tytuł oraz pomysł swojej właśnie wydanej powieści „Furia” zaczerpnął z jednej z Kingowskich ekranizacji (pisze o niej na s. 49). Jeśli jednak mamy rzecz całą czytać jako instrukcję obsługi, to nie tyle samego Stephena Kinga, ile fascynacji Roberta Ziębińskiego, jego zachwytów i rozczarowań, wzlotów i upadków jego zniewolonej ogromem zjawiska duszy. A także jego przeoczeń, pominięć i wypaczeń, bez czego nie ma prawdziwej miłości. Stephen King, instrukcja obsługi wielbienia.

    Jak kto potrzebuje. Pozostałym polecam czytanie samego Kinga. I to jest jedyna z prawd Roberta Ziębińskiego, pod którą się podpisuję z całym przekonaniem: czytajmy Stephena Kinga. W myśl zasady, że jak masz do wyboru odlotowego drinka oraz instrukcję obsługi do niego, to nie ma sensu czytać instrukcji. Lepiej od razu wypić i odlecieć.

    Krzysztof A. Zajas

  • „Nigdy nie będę jak Georges Simenon”, rozmowa z Bernardem Minierem

    Tytułowy Simenon pojawił się w naszej rozmowie w ramach anegdoty, bo Bernard Minier wciąż się zastanawia, czy zabić Martina Servaza. Georges Simenon, który podobno książkę pisał w dwanaście dni, miał podobny problem ze swoim głównym bohaterem. Jaką Belg podjął decyzję? Dowiecie się z naszej rozmowy. Porozmawialiśmy także o Witoldzie Gombrowiczu, detektywach pijakach, a także o kolejnej książce, która pojawi się w Polsce jeszcze w tym roku. Bernard wymyślił też na poczekaniu scenę, która mogła być początkiem kryminału, a związana jest z miejscem, w którym nagrywaliśmy rozmowę. Smacznego!

  • „W imię natury”, czyli z Jędrzejem Pasierskim w krzakach

    Wszystko dobrze się skończyło. Nie zjadły nas komary, nikogo nie wciągnęły bagna, nikt się nie utopił. Poszliśmy z Jędrzejem Pasierskim nad jezioro, bo to ważne, a może nawet kluczowe dla fabuły miejsce akcji w jego najnowszej książce. Pogadaliśmy o liczbie trupów w jego powieściach, o kryminale w wersji eko, podwójnej tożsamości, Instagramie, podglądających sąsiadkach, ochronie przyrody, a nawet o Janie Kulczyku. Jeśli będziecie się zastanawiać, czy przeczytać „W imię natury”, to się nie zastanawiajcie, bo warto.

     

  • W jednej ławce z Yrsą Sigurðardóttir, czyli rozmowa o „Porachunkach”

    Z Yrsą Sigurðardóttir spotkałem się w szkole, bo przecież to jeden z wątków jej najnowszej książki. Pogadaliśmy o „Porachunkach”, skandynawskich kryminałach, duchach, a także o tym, co to znaczy być Polakiem na Islandii. W wolnej chwili postarajcie się przeczytać z naturalną prędkością nazwisko autorki, łatwo nie jest 😉 Jeśli jeszcze nie czytaliście „Porachunków”, to zachęcam. Yrsa zdradziła, że jej kolejna książka będzie związana z social mediami. Tak, też będą trupy. Realne.