Kategoria: Aktualności

  • „Rewolucja błaznów”, czerwcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznę filmowo.

    Z zaciekawieniem obserwuję zamieszanie jakie towarzyszy, od pierwszego w zasadzie wywiadu, nowemu dziełu Patryka Vegi. Mowa tu o filmie „Polityka”, który, wedle zapowiedzi, ma mówić o tym jak deprawuje władza. I to tak ogólnie, uniwersalnie, jak i konkretnie, z odniesieniami do konkretnych osób z naszej aktualnej sceny politycznej. Kilka dni i głos na temat tego, nieistniejącego przecież jeszcze filmu, zabrał czołowy polityk kraju, mówiąc o tym, że to precyzyjnie wymierzony polityczny atak.

    I mniejsza nawet czy tak jest w istocie. Chodzi raczej o to, że można by odnieść wrażenie, iż artysta (pokuśmy się w tym miejscu, na potrzeby tekstu, o bardzo szeroką definicję tego terminu, nie sięgającą do oceny jakości dzieła) ma moc sprawczą. Ma siłę wpływania na społeczeństwo przez ukierunkowanie bądź porządkowanie faktów w spójny, jednolity strumień wniosków.

    W końcu, jak powiedzą niektórzy, film „Kler” rozpoczął rewolucję, film „Tylko nie mów nikomu” pociągnął ją dalej. Teraz to się zadzieje!

    Tyle, że to nieprawda. Bo, obawiam się, zatraciliśmy zupełnie, na własne życzenie zresztą, chęć odbierania popkultury – w tym literatury – jako komentarza bądź instrukcji rzeczywistości. Inaczej i prościej mówiąc, to co w książce czy filmie, nie ma realnego przełożenia na to, co w życiu.

    A przecież mogło być tak pięknie. Kiedy na bestsellerowy piedestał wstąpił Larsson ze swoją bardzo mocno zaangażowaną społecznie trylogią, nagle dotarło do nas, że wzbogacenie klasycznej powieści gatunkowej prawdziwym życiem, prawdziwymi problemami to jest to, czego czytelnik od nas, pisarzy, oczekuje. Że jest miejsce na wprowadzenie w tło kwestii nurtujących nas na co dzień, pokazanie problemów przeciętnego Szweda, Czecha, Polaka czy obywatela Wysp Owczych. Jest miejsce na rozmowę o polityce, o obyczaju, o równouprawnieniu, ochronie środowiska i religii. Jest miejsce na to cholerne zwierciadło przechadzające się gościńcem.

    www.unsplash.com/Levi Saunders

    Tyle, że to zmyłka, przekręt, szwindel. Fototapeta z palmami na tle której robimy sobie zdjęcia, by udawać, że jesteśmy w tropikach. Bo ogrom czytelników nie chce, by pisarze wypowiadali się o polityce czy kwestiach społecznych. Nie od tego są!

    Ileż to razy, zabierając głos w ważnej społecznie sprawie słyszałem: „Ty już lepiej pisz te swoje książki”, albo „lubię Pana książki, ale po co się Pan tak miesza do tej polityki”, czy też „skąd pomysł, że napisanie książki daje Panu prawo do wypowiedzi na ten temat?”. I nie ma znaczenia, że zabieram głos w tej ważnej sprawie, bo właśnie długo pracowałem nad reaserchem, rozmawiałem ze specjalistami i wyrobiłem sobie wreszcie pogląd podparty czymś więcej niż mitycznym „zdrowym, chłopskim rozumem”.

    Bo pisarz nie od tego jest! Nie od tego są też te wątki w książce! One mają robić tło, mają się kojarzyć odbiorcy z rzeczywistością jak nutki w „Jaka to melodia”. Na wątki społeczne reagujemy trochę jak na scenę w filmie, w której pojawia się w jakimś ujęciu znane nam miejsce. „E, patrz, to dom Kowalskich” – mówimy. I cieszymy się, bo teraz to takie nam bliższe, takie nasze.

    Wątki społeczne, zaangażowany w ten czy inny sposób głos autora gatunkowego nie ma dla nas znaczenia, bo nie po to go czytamy, by się czegoś uczyć. Nie po to jest nam kryminał, fantastyka czy powieść obyczajowa, byśmy się mieli czegoś o życiu dowiadywać. Od tego mamy reportaże. Powieść gatunkowa ma nas zabawiać, przerażać, wzruszać. Nie angażować społecznie ani tym bardziej skłaniać do jakiś działań.

    Są autorzy, także na naszym rodzimym rynku, którzy dokładnie, od początku, zrozumieli o co w tym tak naprawdę chodzi. Że tak naprawdę bestsellerowa powieść to kolorowanka ze znanymi, mocno sformatowanymi motywami, gdzie tło społeczne to pola do kolorowania. Autor rzuca tylko szkic, a każdy pokoloruje je sobie jak chce i wtedy oceni całość obrazka.

    Wystarczy, że jednym bohaterem w tle będzie ksiądz podejrzany o molestowanie, jedna bohaterka dzwoni na niebieską linię, jeden z bohaterów odwiedzi hipsterski bar, a przejście z lokacji a do lokacji b będzie wymagało towarzyszenie przez stronę paradzie równości czy marszowi niepodległości i już mamy powieść zaangażowaną społecznie. Ktoś pochwali w recenzji, ktoś inny zgani, ale to tyle. Przełożenia na rzeczywistość nie będzie żadnego.

    Bo pisarz czy filmowiec jest jak błazen. Może mówić prawdę, bo nikt nie traktuje go poważnie. Ma zabawić. Błazen rzadko kiedy rozpoczyna prawdziwą rewolucję, za błaznem nikt nie pójdzie na barykady.

    A szkoda, bo być może błazen, poważnie traktujący swoją pracę, to jedyna naprawdę zorientowana osoba na dworze. I jeden z niewielu, który nie ma żywotnego interesu we wprowadzaniu nas w błąd.

    Jakub Ćwiek

  • Czy Robert Hunter zginie? Możliwe!

    Tytuł może Was zaskakiwać, jednak taka jest prawda. Autor przyznał, że dopuszcza taką możliwość. Nie zdradził, w której książce, ani nawet, czy w ogóle to się stanie, ale sam fakt, że to rozważa, może być ciosem dla fanów detektywa. Jest też inna opcja, o wiele bardziej humanitarna. Jaka? Dowiecie się z rozmowy. Chris Carter opowiedział też, że przy pisaniu „Galerii umarłych” miał w głowie pewną scenę jeszcze z czasów, kiedy był psychologiem policyjnym. Łapcie naszą rozmowę, którą nagrywaliśmy w uroczej scenerii warszawskiej Pragi. Zostaliśmy też zaatakowani, ale na szczęście, wszystko dobrze się skończyło 😉

  • „Poglądy można zmieniać, ale w zgodzie ze sobą”

    Na rozmowę przyjechał z miasta R. Spotkaliśmy się w mieście K. Czyli dokładnie tak, jak w jego najnowszej książce. Marek Migalski zabiera nas w podróż do 1989 roku. Po co? Po to, żeby główny bohater mógł przyjrzeć się sobie z czasów młodości. Co więcej, bohaterowie dojrzewają razem z Polską, bo to przecież okres przemian w kraju. Czy można zmienić poglądy? Czy czeka nas Wielka Wojna? Do którego roku przeniósłby się autor, gdyby mógł? Łapcie naszą rozmowę w mieście K.

  • „Szybko się czyta, czyli insta recenzja”, czerwcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Miałem taki okres w swoim życiu, kiedy namiętnie spożywałem zupki chińskie. Kosztowało to grosze, robiło się bez większego zaangażowania i na chwilę sprawiało, że nie myślałem o głodzie. Smakowało za to jak źle przyrządzony gulasz z jeża, ale dawało satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. W końcu zaspokajało podstawową potrzebę. Zupek już nie jem, ale niesmak pozostał.

    Szybko się czyta.” „No, nie wciągnęło mnie.” „Czekam na kolejną książkę.” „Miałem inne oczekiwania.” Cztery różne zdania, które odpowiednio zmiksowane ze sobą, mogą stanowić kwintesencję tego, czym stała się czytelnicza opinia. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że teraz cholernie generalizuję, ale im dłużej przeglądam konta na Instagramie, tym większą mam pewność, że da się napisać „recenzję” książki bez jej przeczytania. Co więcej, da się to zrobić w ciągu dwóch minut, bo i tak pod zdjęciem pojawią się serduszka i moje ulubione stwierdzenie:

    Dopisuję do listy <3”

    Dobrze wiemy, że to „dopisanie” do listy zakupowej nigdy się nie wydarzy, ale warto zostawić po sobie ślad w postaci komentarza, bo może ktoś wejdzie na nasze konto i będzie nowy obserwujący. Pisałem już kiedyś o tym, że zdjęcia na Instagramie pełnią ważniejszą rolę od tekstu pod nim. Dalej podtrzymuję to stwierdzenie, ale niestety należę do tej mniejszości, która dalej czyta. Czasem tego żałuję, ale taki się już urodziłem.

    www.unsplash.com/Luke van Zyl

    Budowanie społeczności wokół swojego konta to ciężkie zadanie. Trzeba wyjść poza ramy zwykłego pisania recenzji książek i odrobinę się odsłonić. Mówić o prywatności i tym co robimy, bo media społecznościowe pełnią teraz rolę Big Brothera, ale zamiast wysyłania SMS-ów na ulubionych uczestników, zostawiamy im komentarze oraz serduszka. Pogodziłem się z tym i zapewne nie tylko ja. Budując społeczność, która składa się z czytelników, trzeba jednak od czasu do czasu napisać coś o samej książce.

    I tutaj pojawia się problem, bo przecież wpis pod zdjęciem ma określoną liczbę znaków, a linków ni chu chu pod nim nie umieścimy. Nie oszukujmy się, o wiele łatwiej zrobić sensowną fotografię, niż napisać sensowną, podpartą argumentami opinię. Mam wrażenie, że istnieje wśród ludzi przeświadczenie, że skoro potrafią pisać, to potrafią PISAĆ. Nie, nie potrafią. Żeby nie być gołosłownym, pozwalam sobie zamieścić fragment opinii pochodzący z konta na Instagramie z około tysiącem obserwujących. Zaznaczę tylko, że pisownia jest oryginalna.

    Jesli lubicie ksiazke w klimacie mrocznym i niebiezpiecznym.Doswiadczyc niesamowitych wrażeń z czytania.Pojawiałacymi sie tajemnicami to bardzo ja wam polecam.Byla to moja pierwsza książka tej autorki jestem pod ogromnym wrażeniem pod jakim względem zrobilo to na mnie cos czego sie nie spodziewalam.Tylko jedno moge powiedziec przeczytajcie te ksiazke bo kazdy powienien poznać ta historie.Jestem pod ogromnym wrażeniem stworzenia bohaterow i w jakich sytuacjach sie znaleźli .

    Nazwy konta wam nie zdradzę, bo nie mam zamiaru nikogo tutaj wytykać palcami. Nie trzeba się specjalnie wysilać, by zobaczyć, że nie jest to opinia, któnależy traktować jako coś chociażby aspirującego do miana profesjonalizmu. O wiele bardziej niż to, co powyżej, zmartwiły mnie komentarze pod zdjęciem: „Piękne słowa” (serduszko). Kolejny komentarz mówił o tym, że ktoś musi w końcu przeczytać książkę widoczną na zdjęciu, a „tak wogule” to jest ono piękne.

    www.unsplash.com/lalo Hernandez

    Po co więc się starać? Pisać cokolwiek, co ma sens i poprawną składnię. Przecież i tak nikt naszych słów na poważnie nie bierze, bo jeżeli napiszemy opinię pozytywną to pojawią się „dopisuje do listy”, „muszę po nią sięgnąć” lub „nie znam”. Dajemy opinię negatywną? „Dzięki za ostrzeżenie”, „A już miałam kupować” i „nie znam”. Mam więc dla wszystkich leniuszków uniwersalną opinię na temat każdej książki, którą możecie swobodnie umieszczać u siebie. Formę gramatyczną proszę sobie dostosować:

    Pozytywna: Dawno nic mnie tak mocno nie wciągnęło, jak ta lektura. Nie mogłem się oderwać, a strony same się przewracały. Do samego końca nie wiedziałem, co się może wydarzyć. Miałem swoje podejrzenia, ale to, co zrobił autor, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Czekam na kolejną powieść!

    Negatywna: Ledwo przebrnąłem przez to coś. Spodziewałem się wartkiej akcji, a dostałem flaki z olejem. Na dodatek wszystko strasznie przegadane, a fabuła przewidywalna od samego początku. No nie polecam, ale kto wie, może wam się spodoba. Czytaliście?

    Warto skopiować jeszcze opis z książki i gotowe. Ja wiem, że nie każdy potrafi pisać ciekawe opinie. Chciałbym tylko, żeby ludzie zrozumieli, że nie muszą tego robić. Jeżeli ich „recenzje” mają wyglądać w ten sposób, to ja już wolę czytać blurby na kryminałach, bo są tak samo bezosobowe. A może właśnie o to chodzi. O to, żeby szybko się czytało i zapominało – książki i opinie o nich.

    Chciałbym wierzyć, że jest inaczej.

    P.S. Na stronie Dziennik.pl (klik) pojawiła się rozmowa z Jackiem Dukajem na temat jego ostatniej książki. Pierwsze zdania z materiału brzmią tak:

    Nie przeczytałam „Po piśmie” do końca, bardzo interesujące, ale to lektura raczej na miesiące niż na kilka dni…

    Jacek Dukaj: Dlaczego?

    Bo to lektura wymagająca skupienia i jest jej prawie 500 stron…”

    Czy muszę cokolwiek tutaj dodawać?

    Bartosz Szczygielski

  • „Zwyczajny szpieg”, ale za to w kapeluszu

    John Le Carre, Vincent V. Severski, Aleksander Makowski. Wspólny mianownik dla tych nazwisk jest wiadomy – szpiedzy. Mam wrażenie, że byli agenci wcale nie zamierzają milczeć, więc książek ich autorstwa na księgarskich półkach będzie coraz więcej. Filip Hagenbeck poszedł trochę pod prąd, bo nie napisał powieści szpiegowskiej, a spisał swoje wspomnienia z pracy. Możemy krok po kroku prześledzić drogę, jaką przechodził kandydat na szpiega, aż po jego codzienne funkcjonowanie, gdy już nim został. Sporo anegdot, sporo branżowego mięsa, no i te kapelusze… „Zwyczajny szpieg” już w księgarniach, ale zanim kupicie, zobaczcie naszą rozmowę. 

     

  • „Przemycało się papierosy, ale zdarzały się pościgi za drogimi samochodami”

    Zamiast spotkać się i pogadać o książce przy kawie, to przejechaliśmy kilkaset kilometrów, żeby spotkać się na moście łączącym Zgorzelec z Goerlitz. Przemysław Semczuk przyjechał z Torunia, natomiast my, z Katowic. Z tej eskapady mogło nic nie wyjść, bo na naszej drodze pojawił się bojowo nastawiony policjant zza naszej zachodniej granicy – możecie to zobaczyć na nagraniu, ale tego, jak Przemek negocjował nasze uwolnienie nie zobaczycie, bo policjant kazał nam wyłączyć kamerę 😉 Nie zmienia to faktu, że jednak pogadaliśmy o „To nie przypadek”, o życiu w czasach granic, dziesięciu kilogramach materiału wybuchowego i spektakularnych pościgach, których nie powstydziliby się w Hollywood. Obejrzyjcie więc, a potem przeczytajcie książkę. Albo odwrotnie.

     

  • „Mam nadzieję, że oszukałem i zmanipulowałem czytelnika”

    Niech pierwszy podniesie rękę ten, kto nigdy nie dał się zrobić w konia. Czy to przez dorzucenie złotówki do bułki, która i tak wiadomo, że poszła na alkohol, albo w jakiś inny, może bardziej spektakularny sposób. Artyści przekrętu, których Jakub Ćwiek opisuje w „Szwindlu” nie idą w detal, bardziej w hurtową grabież swoich ofiar. Myślicie, że znacie triki oszustów, więc nie dacie się im podejść? Pomyślcie o tym, gdy będziecie się po raz kolejny logować do niezabezpieczonej sieci wi-fi. Czy to na pewno darmowy Internet z kawiarni, w której właśnie siedzicie? A może zaraz stan Waszego konta ekstremalnie się zmniejszy? Żeby nie było, „Szwindel” to także historia o miłości, zaufaniu, tajemnicach, który każdy z nas nosi w sobie. Łapcie naszą rozmowę.

  • Co zabrać ze sobą na plażę? Przegląd czerwcowych nowości

    Wreszcie pogoda sprzyja czytaniu w plenerze, ale po co sięgnąć? Przejrzałem czerwcowe nowości większości wydawnictw, wybrałem dla Was tej najsmakowitsze (tak mi się wydaje) kąski. Myślałem, że po majowym wyspie premier niewiele zostanie na ten miesiąc, a tu proszę, są bardzo ciekawe tytuły. Wybierajcie, czytajcie, dawajcie znać!

  • „Byłem nastolatkiem, gdy Chandler mnie uwiódł”

    Sprawy mają się tak, że detektyw Philip Malrowe powraca, i to powraca mówiąc głosem Przemysława Bluszcza. W wirtualnej rzeczywistości wszystko jest możliwe, więc dlaczego nie to? Na tę chwilę fani jednego z najsłynniejszych detektywów wszech czasów mogą posłuchać dwóch książek Raymonda Chandlera: „Głębokiego snu” oraz „Żegnaj, laleczko”. To jednak nie wszystko, bo Czytelnicy smakksiazki.pl mogą zasłuchać się w całej storytelowej bazie przez 30 dni – całkowicie za darmo! Wystarczy, że klikniecie TUTAJ, zarejestrujecie się, a potem… słuchaj dusza, piekła nie ma 😉 Łapcie moją rozmowę a Przemysławem Bluszczem, który opowiada o Chandlerze, a także o fascynacji kryminałami Marka Krajewskiego. Dodam, że książki Chandlera przetłumaczył ponownie Bartek Czartoryski, a redakcją zajął się Jakub Ćwiek.