Kategoria: Aktualności

  • „Kolejny prezydent będzie miał dużo sprzątania”, rozmowa z prof. Longinem Pastusiakiem

    Jeszcze nie opadły emocje po wyborach do Parlamentu Europejskiego, a już proponuję Wam zmianę klimatu. Profesor Longin Pastusiak zaprasza w podróż za ocean, żebyśmy zobaczyli, jak wygląda najbardziej kontrowersyjna prezydentura w historii USA. Czy Donald Trump zostanie w Białym Domu na kolejną kadencję? Czy zraził do siebie już wszystkich w Europie i na świecie? I jak to się w ogóle stało, że został wybrany, skoro nigdy nie był politykiem? Łapcie naszą rozmowę, jest sporo ciekawostek!

  • „Trochę inne kryminały”, majowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Słyszałem kiedyś opinię, że obecnie najciekawsze rzeczy w kryminale dzieją się w komiksie. Z przyczyn oczywistych nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić, jednak ta opinia zainspirowała mnie do zrobienia takiego super subiektywnego przeglądu kryminalnych historii komiksowych, które zrobiły na mnie wrażenie w ostatnich latach.

    Zacznę od trzech klasyków. Pierwszy to „Strażnicy” Alana Moore’a i Davida Gibbonsa. Tytuł, który w komiksie zrobił małą rewolucję totalnie demitologizując świat superbohaterów. Ale na pewnym poziomie to również historia kryminalna, która nota bene zaczyna się od jednej z najlepszych, najbardziej ikonicznych scen zabójstwa, jakie kiedykolwiek powstały. A że HBO za niedługo ma przedstawić serial, który będzie nawiązywał do tego tytułu, to warto sobie „Strażników” odświeżyć.

    Za drugi tytuł również odpowiada Alan Moore. Tym razem w parze z rysownikiem Eddiem Campbellem. Chodzi o „Prosto z piekła”. I niech tutaj Państwa nie zniechęca nienajlepszy film z Johny Deppem pod tym samym tytułem. To co prawda adaptacji pracy Moore’a, ale dość luźna. Sam zaś komiks to potężne dzieło i chyba najlepsza rzecz na temat Kuby Rozpruwacza, która kiedykolwiek powstała. A na pewno najlepsza, jaką ja widziałem/czytałem. Olśniewająca.

    Trzeci tytuł to dzieło duetu Jeph Loeb i Tim Sale, a ma tytuł „Długie Haloween”. To już klasyczna opowieść o Batmanie, z czasów kiedy jego najgroźniejszym przeciwnikiem nie był wcale Joker i spółka, ale mafia z Gotham. Loeb nawiązał tutaj do początków Człowieka Nietoperza. Teraz kojarzymy go jako czającego się w cieniu osiłka, który problemy rozwiązuje pięściami i kopniakami, ale kiedyś były to opowieści detektywistyczne. I tylko detektyw nosił dziwny kostium. W „Długim Haloween” Batman, żeby dowiedzieć się kto zabija najgroźniejszych przestępców w Gotham, bardziej będzie musiał pracować mózgiem niż mięśniami.

    A z rzeczy nowszych to zawsze warto śledzić co proponuje duet Ed Brubacker (scenariusz) i Sean Philips (rysunki). Są autorami m.in. całkiem fajnego i mrocznego „Zaćmienia”, a także serii „Criminal”, która właśnie debiutuje na polskim rynku. To zbiór niepowiązanych ze sobą kryminalnych historii. Pierwszą część „Tchórz” czytałem kilka lat temu w oryginale i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem ciekaw, co panowie zaproponują w kolejnych tomach.

    Kolejny tytuł wart polecenia to „Odrodzenie”. Tym razem to połączenie horroru i kryminału. Mamy małe miasteczko na amerykańskiej prowincji, w którym zmarli nagle powracają do życia. Ale nie, proszę się nie martwić, nie zmieniają się w żądne krwi zombie. Żyją i funkcjonują normalnie (przynajmniej do czasu), ale ich pojawienie się sprowadza sporo zamieszania. Z tym wszystkim zmaga się miejscowa policjantka, która równocześnie próbuje odkryć, kto zamordował jej siostrę. Rzecz w tym, że siostra również wróciła do życia i wcale nie jest zainteresowana rozwikłaniem tej zagadki własnej śmierci.

    www.unsplash.com/Miika Laaksonen

    Natomiast ostatnio zachwycam się serią „Grass Kings”. To mocno liryczna, poetycka opowieść, o społeczności wyrzutków, którzy stworzyli swoje własne królestwo, własne prawa i starają się trzymać z dala od normalnego życia. Zajmują się tylko własnymi sprawami i tego samego oczekują od innych. Wszystko się jednak zmienia, kiedy pojawia się podejrzenie, że jeden z tych romantycznych wyrzutków jest tak naprawdę seryjnym zabójcą, a całe królestwo zostało zbudowane na tajemnicach jego mieszkańców. Powiem tak, oprócz tego, że „Grass Kings” mają całkiem intrygujący scenariusz, to chyba najładniej narysowany komiks, jaki kiedykolwiek trzymałem w rękach. Po prostu prawdziwe dzieło sztuki.

    I wreszcie na koniec seria, która w ostatnich latach zrobiła na mnie największe wrażenie. „Skalp”, gdzie za scenariusz odpowiada Jason Aaron. Gęsta, mroczna i brutalna kryminalna saga, której akcja dzieje w indiańskim rezerwacie. Jakakolwiek, skrótowa próba opisania fabuły jest skazana na niepowodzenie. Za dużo się tu dzieje, zbyt wiele wątków, konfliktów, postaci, ale całość jest po prostu oszałamiająca. „Skalp” to pięć całkiem grubych tomów, ale jeśli kiedykolwiek wpadnie wam w ręce, to nie wahajcie się ani chwili. Naprawdę warto. Szczególnie, że coraz głośniej mówi się o planowanej ekranizacji.

    Wojciech Chmielarz

  • Miłość w czasach wojny, czyli „Kontra” już w księgarniach

    Dożyliśmy czasów globalnego konfliktu, Rosja pod przywództwem cara Władimira Putina stała się znów imperium, a z założonymi rękami nie zamierzają tego obserwować Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, których prezydentem jest Mike Pence. Gdzieś w tym wszystkim jest oczywiście Polska, Ukraina, czyli sprawy jakże nam bliskie. Z Wojtkiem Miłoszewskim rozmawiamy o „Kontrze”, ale też o tak wielu sprawach, że wymienię tylko kilka. O ocenach na lubimyczytac.pl, które można sobie kupić, o Franku Underwoodzie, Pałacu Kultury i Nauki, ale o też o deprecjonowaniu własnej twórczości i tęsknotą, a właściwie jej braku, za swoimi bohaterami. Smacznego! Aha, zróbcie sobie większą kawę, byle nie latte. Dowiecie się, dlaczego 😉

  • „Okładki level stock”, majowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Kiedy stoisz w księgarni i szukasz dla siebie tej nowej, cudownej książki, która pochłonie cię choćby na jeden wieczór, ostatnie co robisz, to interesujesz się jej treścią. Czymś, co z założenia powinno być najważniejsze w momencie podejmowania pierwszego kroku, prowadzącego bądź nie, do decyzji zakupowej. Powieść wybierasz inaczej. Wzrokiem.

    Nie będzie chyba niczym nowym, jeżeli powiem wam, że prezencja jest najważniejsza. Nie tylko w świecie książek, ale ogólnie. Znacznie łatwiej zaufamy uśmiechniętemu facetowi w garniturze, niż mężczyźnie ze złamanym nosem i w podartych ubraniach. Nie ma tutaj znaczenia, że ten pierwszy może od nas wyłudzić kilka tysięcy złotych naciągając na coś, co sprzedaje, a ten drugi miał po prostu pecha i przed chwilą zaliczył bliskie spotkanie z chodnikiem, bo zapatrzył się na przechodzącą obok blondynkę w obcisłej sukience. Pierwsze co widzimy, to nasza okładka i powiedzenie, żeby po niej nie oceniać, można włożyć między bajki.

    Oceniamy po okładkach – czy tego chcemy, czy nie. Potem może przyjść „opamiętanie” i zmieniamy zdanie, ale pierwsze wrażenie jest dalej czymś najważniejszym. Przywołuję to z prostego powodu, bo o tym pierwszym wrażeniu doskonale wiedzą graficy projektujący książkowe okładki. W większości wyglądają one podobnie w danym gatunku literackim, ale robione jest to z rozmysłem i z tego samego powodu, dla którego idąc do IKEA, czujemy się tam, jak w domu.

    Identyfikacja kolorystyczna to coś, co wpływa na odbiorcę w ogromnym stopniu. Korzystają z tego marki na całym świecie i korzystają z tego wydawcy. To, że ci drudzy wykorzystują do produkcji okładek zdjęcia ze stocka, nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo nawet powtarzalność okładek jest czymś drugorzędnym. Znacznie ważniejsze jest to, jakie barwy ona przybierze, a przynajmniej ja mam taką teorię. Na czym ją opieram? No właśnie między innymi na wspomnianej już IKEA.

    www.unsplash.com/Paul Gaudriault

    Niebieski kolor to coś, co wywołuje konkretne emocje u większości z nas. Są to spokój, siła, zaufanie czy nawet szczerość i troska. Dodajmy do tego szczyptę żółtego, który odpowiada za pewność siebie, logiczne myślenie czy optymizm, a w wyniku otrzymujemy…logo IKEA. Logo Castorama także doskonale się w to wpisuje. Czerwona barwa to energia, siła, miłość i pasja, a za tym wszystkim stoi… Coca-cola, która przecież jest już synonimem młodości oraz energii, a przynajmniej na taką jest kreowana.

    Zastanawialiście się, dlaczego Facebook jest niebieski? To teraz zastanówcie się, dlaczego Starbucks jest zielono-biały. Kawiarnia stawia na połączenie czegoś naturalnego, spokojnego, ale także na swój sposób ekskluzywnego. Kiedyś w logo była jeszcze czerń, która dziś widoczna jest w wystroju, a ta daje tą ekskluzywność. Czarny kolor to w ogóle ewenement, bo chyba nie wyobrażamy sobie tego, żeby logo Chanel było purpurowe, prawda?

    Te kody kolorystyczne wchłaniamy od dziecka. Około 80 procent konsumentów wybiera towar, kierując się jego kolorem. I jestem przekonany, że duża część czytelników robi dokładnie to samo, szukając dla siebie nowej książki. Takiej, o której nic nie wie, nie czytało jej opisu i nie widziało jej zdjęcia na Instagramie. Pierwsze, co widzimy stojąc w księgarni, to okładka i to ona decyduje, czy sprawdzimy całą resztę. Czytelnik nie jest przecież idiotą, ale trzeba mu czasem pomóc w wyborze.

    Wyobrażacie sobie powieść kryminalną, gdzie na okładce widniałoby pole rzepaku i kobieta w wiosennym kapeluszu? Ciepłe kolory i wymyślny font? No nie, jak kryminał, to ma być ciemno, ponuro i mrocznie, a jak nie jest, to na okładce napiszemy „kryminał”. To takie nakierunkowanie kupującego, żeby nie czuł się przypadkiem zagubiony. Tego przecież byśmy nie chcieli.

    www.unsplash.com/Paul Gaudriault

    Zdjęcia ze stocka przepuszcza się przez filtry, gdzieś tam doda kilka kropel krwi i gotowe. Wydawca jest zadowolony, a czytelnik z miejsca wie, czego może się spodziewać. Tak było kiedyś i niestety, ale dalej widać, że niewiele się w tej materii zmienia. Na szczęście nie wszyscy wydawcy sztywno się tego trzymają i można zauważyć zmiany na lepsze. Spójrzcie na nowe okładki Mariusza Czubaja, no i powiedzcie, czy „Dziewczynka z zapalniczką” nie jest cudowna? Minimalistyczna, a jednocześnie dopasowana kolorystycznie do tego, co pisałem wyżej. Czerwień nadaje jej dynamizmu, choć sama powieść może go wcale tak dużo nie posiadać.

    Kult” Łukasza Orbitowskiego ma wybitną okładkę. „Nikt nie idzie” Jakuba Małeckiego również. Okładka nadaje ton całej powieści i zawsze, ale to zawsze, będzie wpływała na odbiór całości. Zdjęcia mogą być stockowe, ja nie mam z tym żadnego problemu, o ile zostanie to zrobione z pomysłem. Tutaj przywołam okładki, które zdobią moją trylogię – oprawa „Aorty”, „Krwi” i „Serca” powstała w oparciu o zdjęcia na licencji, a finalny efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Czy uważam, że oddają w pełni to, co jest w środku? Nie, bo oddać się tego nie da obrazem, ale obraz potrafi wprowadzić w klimat.

    Czy chciałbym, żeby każda okładka, każdej nowej powieści pojawiającej się na rynku, była unikatowa? Oczywiście, że tak, ale wiem, że tak się nie stanie. Nie stanie się tak, bo jesteśmy wychowani przez światowe marki, które przyzwyczaiły nas do kolorów, kształtów i fontów, a my dalej kierujemy się wzrokiem wybierając to, co chcemy kupić. Dalej więc będziemy dostawać to samo, z niewielkimi wyjątkami, bo książka dalej jest opakowana w okładkę, a my kupujemy oczami.

    Tylko, co ma zrobić ten biedny, nieświadomy czytelnik, kiedy stanie w księgarni przed półką i ujrzy stos takich samych okładek? Wybierze tę, która najmocniej do niego „krzyczy” i mówi mu, że oto kolejny arcymistrz, król, królowa i woźny kryminału.

    W końcu trzeba się jakoś wyróżnić, choć wszystko jest takie samo.

    Pozornie.

    Bartosz Szczygielski

  • „W polskim Kościele biskup jest Bogiem i władcą”

    Zazdrość, rywalizacja, walka o stanowiska. Życie księży wygląda dokładnie tak samo, jak codzienność ich parafian. Artur Nowak oddał głos tym, dla których sutanna to wciąż strój służbowy, a także tym, którzy ją zrzucili na zawsze. Co ważne dla tej książki, wszyscy występują pod nazwiskiem, nikt się nie kryje. Momentami jest boleśnie. Pieniądze, seks, ludzkie żądze. „Duchowni o duchownych” porusza trudne tematy, dlatego jest ważną i potrzebną książką.

  • „Szwindel”, fragment najnowszej książki Jakuba Ćwieka

    Gdy zachrobotał klucz w zamku, a zaraz potem poruszyła się klamka, obie kobiety niemal równocześnie znalazły się w przedpokoju – Kaśka w progu kuchni, Kinga pokoju dziennego. I to właśnie tę drugą Mikołaj zobaczył po wejściu do mieszkania. Zdziwiony przystanął, uniósł brwi, zabawnie marszcząc przy tym czoło i lekko rozchylił usta. Gdyby nie była na niego taka wściekła, Kaśka uznałaby, że wygląda w tym momencie uroczo i zabawnie. No i na pewno nigdy wcześniej nie widział Kingi Wilk na oczy.

    Dzień dobry? – odezwał się. Zabrzmiało to jak pytanie. Drugie zadał spojrzeniem, gdy odwróciwszy głowę, dostrzegł Kaśkę.

    Kinga Wilk poprawiła torebkę na ramieniu, postąpiła krok i wyciągnęła rękę.

    Dzień dobry, panie Mikołaju – powiedziała, próbując się uśmiechnąć. Zerknęła na Kaśkę, jakby na szybko rozważała, co powinna teraz zrobić.

    Kaśka zmrużyła oczy i zacisnęła zęby. No dalej, tylko spróbuj. Tylko, kurwa, spróbuj poprosić go teraz o rozmowę na osobności!

    Nazywam się Kinga Wilk – podjęła kobieta. – I jestem… to znaczy byłam, pielęgniarką pańskiego ojca.

    *

    Proszę, Miki, twoja woda – powiedziała, stawiając przed nim szklankę.

    Dzięki, kochanie – odparł machinalnie. Przez niemal całą rozmowę czy też bardziej monolog pielęgniarki siedział na krawędzi sofy, prawie jakby kucał, z łokciami na kolanach i dłońmi zaciśniętymi w pięści, jedna tuż obok drugiej, nie odrywając oczu od Wilk. Kaśka próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej go takim widziała, ale nie przychodziła jej do głowy żadna sytuacja, w której zachowywałby się w ten sposób.

    Na początku Mikołaj często przełykał ślinę i otwierał usta, jakby chciał się wtrącić. Potem już w zasadzie tylko słuchał, może zostawiał sobie pytania na koniec, tylko że pod wpływem szoku zupełnie o nich zapomniał. Nic dziwnego, wieści rzeczywiście, musiała to przyznać, były poruszające i szokujące. I nie chodziło nawet o śmierć ojca, bo trudno czuć stratę po kimś, kogo przecież się nie znało. W osłupienie raczej wprawiało to, że Ferdynand Górski, tak według pielęgniarki nazywał się ojciec Mikołaja, nie tylko wiedział o synu, miejscu jego zamieszkania, nawet całkiem sporo o jego pracy i życiu prywatnym, ale i od ponad roku przebywał w ośrodku w Piasecznie niespełna godzinę drogi od ich domu. Czy możliwe, że cały czas mieszkał w okolicy? Także wtedy, gdy Mikołaj, jeszcze przed śmiercią matki i jakiś czas później, szukał go intensywnie, zatrudniając w tym celu nawet detektywa? Czy było możliwe, że facet wiedział o tym wszystkim i specjalnie się ukrywał?

    W każdej chwili skurwiel mógł się odezwać, pomyślała, porozmawiać, jakoś zaistnieć w życiu Mikołaja. W każdej chwili, wystarczyło wybrać numer lub wziąć taksówkę. Ale nie, on postanowił zrobić to dopiero po śmierci, wysyłając obcą kobietę, a wcześniej napychając ją mnóstwem wiadomości o ich prywatnym życiu. Jak bardzo trzeba być podłym, zadufanym w sobie, małym człowiekiem, by postępować w taki sposób?!

    Na pewno nie chce pani jeszcze jednej herbaty? – zapytała. – A może dla odmiany coś zimnego?

    Kinga Wilk potrząsnęła głową i zerknęła na maleńki zegarek na nadgarstku.

    Właściwie to powinnam już się zbierać powiedziała z przepraszającym uśmiechem. – I tak zajęłam państwu dużo czasu, a teraz pewnie będą państwo chcieli porozmawiaćPodniosła się, obciągnęła bluzkę i sięgnęła po torebkę. Zamiast ją jednak zawiesić na ramieniu, sięgnęła do środka i wyjęła grubą, brązową kopertę formatu A4. Na kopercie starannym, choć lekko rozchwianym pismem wykaligrafowano nazwisko Mikołaja i ich adres.

    Właściwie to przyszłam przede wszystkim po to, panie Mikołaju. – Podała gospodarzowi paczkę. – Ojciec chciał, żeby to trafiło do pana. A, no i pogrzeb odbędzie się pojutrze, w czwartek o trzynastej na cmentarzu komunalnym w Piasecznie. Gdyby pan… to znaczy państwo chcieli się zjawić.

    Mikołaj podniósł się bardzo powoli, wyjął kopertę z ręki pielęgniarki i ostrożnie, jakby miał do czynienia z czymś na- prawdę delikatnym, odłożył ją na stół. Gdy się wyprostował, zrobił coś, od czego Kaśka dostała ciarek. Uśmiechnął się, lek- ko przechylając głowę i miłym, ciepłym głosem powiedział:

    To nie był mój ojciec i proszę nigdy więcej tak nie mówić.

    Kinga Wilk obejrzała się na Kaśkę, a nie znajdując w niej wsparcia, zarzuciła torebkę na ramię.

    Cóż, panie Mikołaju, nie zamierzam usprawiedliwiać czy tłumaczyć pana Ferdynanda…

    To dobrze – ostro wszedł jej w słowo, by zaraz ponownie uśmiechnąć się w ten paskudny, sztucznie miły sposób. – I dziękuję, że pani przyszła. Mogę pani zamówić taksówkę.

    Dziękuję, poradzę sobie.

    Ruszyła w stronę drzwi wyjściowych, mijając Kaśkę i posyłając jej smutny, współczujący uśmiech. Dziewczyna skinęła lekko głową, doceniając gest.

    Naprawdę dziękujemy, że pani przyszła – powiedziała. – Rozumie pani, że to dość trudny temat i…

    Wtedy Kinga Wilk chwyciła ją za rękę i delikatnie pociągnęła za sobą do przedpokoju. Zaskoczona Kaśka pozwoliła jej na to, a gdy obie znalazły się już poza zasięgiem wzroku Mikołaja, pielęgniarka nachyliła się nagle do gospodyni i szepnęła:

    Myślałam, że zareaguje dużo gorzej. Zadba pani o niego, prawda?

    Pytanie, zwłaszcza z ust obcej przecież kobiety, zabrzmiało tak absurdalnie i było tak zaskakujące, że Kaśka mało się nie roześmiała. Zamiast tego przytaknęła z uśmiechem i otworzyła przed nią drzwi wejściowe.

    Naprawdę jeszcze raz dziękuję za wizytę. Do widzenia. – Do widzenia.
    Kaśka zamknęła drzwi i przywarła do nich, upewniając się przez wizjer, że pielęgniarka wsiadła do windy. Dopiero wtedy wróciła do pokoju dziennego.

  • Kiedy polska „Gra o tron”? Najpierw „Król” i „Żmijowisko”

    Internet żyje wieloma zdarzeniami, ale od połowy kwietnia naczelnym tematem jest finałowy sezon Gry o tron. A teraz to moment szczególny. Jesteśmy świeżo po trzecim odcinku ósmego sezonu, na który w napięciu czekały setki milionów widzów na całym świecie. Przed jego emisją tysiące ludzi obstawiały, kto ich zdaniem straci życie w nadchodzącej Bitwie o Winterfell, a jeszcze więcej z nich z wypiekami na twarzy śledziło fanowskie teorie na temat tego, kim jest słynny Nocny Król i co łączy go z Trójoką Wroną. Z kolei już po premierze fani podzielili się na dwa obozy, tocząc zaciekłą wojnę w komentarzach na Facebooku i YouTubie – dla jednych była to najbardziej epicka bitwa, jaką zobaczyli na ekranach co najmniej od czasu kulturowej bitwy o Helmowy Jar z Władcy Pierścieni, dla drugich mieliśmy do czynienia z taktycznym bublem spowitym w egipskich ciemnościach.

    Dziś można odnieść wrażenie, że już niemal wszyscy znają Jona Snowa, Daenerys Targaryen (niektórzy nawet nazywają na jej cześć swoje córki) czy Tyriona Lannistera. Jeśli nawet ktoś nie ogląda samego serialu, z pewnością widział przynajmniej jeden z licznych memów mu poświęconych. Mało jednak brakowało, by największy hit telewizyjny HBO nigdy nie powstał. Pierwszy pilot serialu został odrzucony przez kablówkę i zdobył uznanie włodarzy stacji dopiero po przerobieniu go w niemal dziewięćdziesięciu procentach. Ale Gra o tron nigdy by też nie powstała, gdyby nie jej literacki pierwowzór – seria powieści fantasy Pieśń lodu i ognia George’a R.R. Martina, który jest także scenarzystą serialu.

    www.unsplash.com/Avel Chuklanov

    To prawda, że w dzisiejszych czasach częściej rozmawiamy o serialach niż powieściach. To losy bohaterów telewizyjnych, a nie literackich rozbudzają nasze emocje. Niemniej – i może warto to wszystkim przypomnieć – wiele znakomitych i kochanych przez widzów seriali swój początek bierze właśnie w literaturze. To nadal pisarze – a nie scenarzyści – są twórcami najciekawszych pomysłów na fabuły i nieszablonowe postaci: czy jest to Sherlock BBC, czy Wielkie kłamstewka HBO, czy Altered Carbon Netflixa, czy Dexter stworzony przez stację Showtime. Często nawet nie mamy świadomości, że historie oglądane na ekranie telewizora czy monitora miały swoje literackie pierwowzory. A dziś można odnieść wrażenie, że stacje telewizyjne i producenci coraz częściej i chętniej sięgają po powieściowe cykle, by stworzyć z nich seriale. Tym należy tłumaczyć między innymi zapowiedź ekranizacji przez Netflix czternastu (!) książek Harlana Cobena.

    Tę tendencję widać także coraz wyraźniej u polskich producentów. Ostatnio internet żyje doniesieniami z planu przygotowywanego przez Canal+ serialu na podstawie Króla Szczepana Twardocha. Wiele się także mówi o innej adaptacji, której dokona ta sama stacja –Żmijowisku opartym na książce Wojciecha Chmielarza. A przecież to nie będą pierwsze polskie bestsellery przeniesione na telewizyjne ekrany. Niedawno głośno było we wszystkich mediach o najnowszej produkcji HBO Polska, czyli serialowej adaptacji Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka, której wizualna strona jest oszałamiająca, choć różnie oceniać można samą fabułę i grę aktorską. Nie mniej emocji budzi serial Chyłka oparty na prozie Remigiusza Mroza – pisarza co najmniej kontrowersyjnego na polskim rynku powieści kryminalnej. Także tutaj zdania są podzielone, ale – jak wiadomo – o gustach się nie dyskutuje. Jedno jest pewne: polskie seriale zaczynają żyć polską literaturą.

    Czy w najbliższych latach możemy spodziewać się kolejnych adaptacji powieści polskich autorów? Zapewne. Dlaczego? Ponieważ to w pewnym sensie pewniaki. Jest już grupa zagorzałych fanów, dzięki którym dana książka stała się bestsellerem, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że ci zechcą również się zapoznać z serialem na podstawie książki…. albo gry komputerowej opartej na serii książek, by wspomnieć o chyba najbardziej wyczekiwanej produkcji telewizyjnej na podstawie polskich powieści, czyli Wiedźminie Netflixa. Poza tym wcześniejszy sukces książki jest już – przynajmniej w teorii – potwierdzeniem jakości opowiedzianej historii i pokazanych w niej postaci. Ale powiedzmy sobie szczerze, to nic nowego: zawsze łatwiej było zainwestować duże pieniądze w pewniaka niż nowy, nieszablonowy pomysł, choć mogło się trafić na Breaking Bad albo Stranger Things

    www.unsplash.com/Noom Peerapong

    Nie jest chyba więc tak źle z tą naszą literaturą, a wiele wskazuje na to, że może być jeszcze lepiej. Z drugiej strony my pisarze (bo jestem jednym z nich) – wbrew pozorom – stoimy na o wiele lepszej pozycji niż scenarzyści. Ogranicza nas tylko wyobraźnia, papier jest cierpliwy, a jego zapełnianie tanie w porównaniu z wieloma milionami przeznaczonymi na produkcję filmu czy serialu. Najbardziej produktywni z nas – tu znów wypada przywołać wspomnianego już Remigiusza Mroza – są w stanie wydać pięć czy sześć powieści rocznie. I nawet jeśli cztery z nich będą słabe, jedna może zaskarbić sobie sympatię czytelników, którzy z wypiekami na twarzy czekać będą na kolejne odsłony serii. Sam Mróz pisze w rok więcej książek niż cała stacja HBO jest w stanie wyprodukować seriali w tym samym czasie, co w pewnym sensie unaocznia możliwości produkcyjne pisarzy.

    W zeszłym roku na polskim rynku ukazało się ponad 30 tysięcy nowych tytułów literackich, wśród nich setki bestsellerów i – zapewne – potencjalnych pomysłów na seriale. Literatura więc wcale dziś nie wygrywa jakością, ale ilością. Choć może wcale nie powinniśmy mówić o rywalizacji, a raczej o symbiozie? Przecież telewizja kupuje prawa do tych powieści, które „kupiły” serca czytelników danego gatunku, a z kolei magia ekranu sprawić może, że te same książki trafią do masowego odbiorcy, który często nawet nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia. W końcu G.R.R. Martin w środowisku fantastyki znany był jeszcze przed przeniesieniem jego cyklu powieściowego do telewizji. To jednak HBO uczyniło z Gry o tronglobalną markę, a z pomysłodawcy pierwowzoru powszechnie rozpoznawalnego pisarza, który popularnością może spokojnie dziś rywalizować z J.K. Rowling czy Danem Brownem – pisarzami, którzy z kolei bardzo wiele zawdzięczają magii kina.

    Nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za polskie serialowe adaptacje literackich bestsellerów (co dziwne, w trakcie pisania uświadomiłem sobie, że w telewizji głównie ekranizuje się męskich autorów, może więc czas na pisarki?) i mieć nadzieję, że telewizyjne produkcje nie tylko nie będą gorsze od pierwowzorów, ale – jak w przypadku Gry o tron – będą od nich jeszcze lepsze.

    Dr Mikołaj Marcela jest wykładowcą na Uniwersytecie Śląskim, znawcą popkultury, pisarzem. 

  • Maj, czyli książkowe żniwa

    Nie będę ukrywał, że w maju ukaże się całkiem sporo rzeczy, które mają potencjał na bycie dobrymi książkami. Wydawcy kuszą czytelnika, bo przecież za moment Warszawskie Targi Książki, więc pewnie nie wrócicie z pustymi rękami. Co kupić, żeby później nie żałować? Przebrnąłem przez chyba wszystkie zapowiedzi wydawnicze, poczytałem, a efektem tych kilku godzin przed ekranem komputera jest to zestawienie. O niektórych książkach będzie na smaku głośno, bo planuję rozmowy z autorami, o niektórych pewnie tylko wspomnę. No to jak, wybierzecie coś dla siebie?

  • „Czy serial wiernie odda książkę? Nie”. Kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Może się to Państwu wydać dziwne, ale wcale nie skakałem z radości, kiedy dowiedziałem się, że znalazł się producent chętny do ekranizacji „Żmijowiska”. Aż za dobrze wiem, jak niepewne są takie projekty.

    Na przestrzeni lat pracowałem przy kilku projektach telewizyjnych i filmowych. Żaden z nich nie wszedł w fazę realizacji. Posypały się na różnych etapach i z różnych powodów. Dużo się po drodze nauczyłem, spotkałem kilkoro fajnych ludzi, ale generalnie doszedłem do wniosku, że wielki i mały ekran nie są dla mnie. Dobrze się czuję przy pisaniu książek. Zresztą, tym i tylko tym zawsze się chciałem zajmować. Dlatego informację, że znalazł się chętny do ekranizacji „Żmijowiska” przyjąłem z pewną ambiwalencją. Z jednej strony, fajnie. To zawsze miła wiadomość. Z drugiej, cholera wie, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Tymczasem kończy się kwiecień. Minął niecały rok od premiery „Żmijowiska” i już mamy scenariusz (którego jestem współautorem), obsadę (Paweł Domagała, Daveena Reeves-Ciara, Agnieszka Żulewska, Cezary Pazura, żeby wymienić tylko kilku aktorów) i jesteśmy po pierwszych zdjęciach. Całość reżyseruje (jakby komuś ta informacja umknęła – Łukasz Palkowski). Powiem krótko – to tempo w branży filmowej po prostu niespotykane.

    Plan serialu „Żmijowisko”, fot: Jarosław Sosiński/Canal+

    Jak to się w ogóle udało? Znaleźli się właściwi ludzie na właściwym miejscu. I w przypadku Canal+ i producenta, czyli Aurum Films. Aurum to ludzie odpowiedzialni między innymi za wielokrotnie nagradzaną „Ostatnią rodzinę”, a którzy równolegle ze „Żmijowiskiem” robią (również zresztą dla Canal+) serialową adaptację „Króla” Szczepana Twardocha. Czy trzeba mówić więcej? Dla mnie współpraca z Aurum była jak współpraca z idealnym redaktorem. Czyli nienawidziłem ich gorąco w trakcie, ale kiedy już mogę ocenić efekt naszej pracy, jestem im cholernie wdzięczny za wszystkie uwagi, czepianie się drobiazgów, wielogodzinne wałkowanie scenariuszy, telefony i maile.

    To oni mnie też skontaktowali z Daną Łukasińską, która jest współautorką scenariusza do serialowego „Żmijowiska”. I która jest właściwie bohaterką tego felietonu. Pisanie adaptacji zaproponowano mi na bardzo wczesnym etapie. Zgodziłem się dość chętnie. Głównie dlatego, że chciałem trzymać rękę na pulsie. Z bliska obserwować jak rozwija się produkcja. Ale wiedziałem też, że sam tego nie udźwignę. Zdawałem sobie sprawę, że brakuje mi wiedzy, wyczucia, umiejętności. Poprosiłem więc o pomoc. Tak poznałem Danę. Pisząc krótko, bez niej to wszystko by się nie udało. Zebrała wszystko w całość, chwyciła w scenariuszowe szczypce, odpowiednio dopasowało do telewizyjnej formuły, zaproponowała zmiany, rzucała pomysłami, znosiła moje uwagi i długie rozmowy, gdzie przerzucaliśmy się nawzajem pomysłami, w którą stronę poprowadzić tę historię i jak dostosować to, co w książce do wymogów małego ekranu. Powieściowe „Żmijowisko” jest moje. Scenariusz natomiast jest naszym wspólnym dziełem.

    I tak jest ze wszystkim. Ten serial powstaje na podstawie książki, którą napisałem, ale będzie wspólnym dziełem grupy wielu osób. Z których każda dołoży coś od siebie, przefiltruje tę historię przez własną wrażliwości i doświadczenia, i każda zrobi wszystko, żeby efekt końcowy był jak najlepszy. I tak powinno być. Jeśli więc jesteście Państwo ciekawi, czy telewizyjne „Żmijowisko” będzie w stu procentach wierną adaptacją książkowego pierwowzoru, to powiem szczerze, że nie. Ale jestem głęboko przekonany i póki co wszystko na wskazuje, że będzie za to znakomitym serialem. A o to od początku chodziło.

    Wojciech Chmielarz