Kategoria: Aktualności

  • „Czasem dostaję skany z odręcznymi dopiskami Stephena Kinga”

    Dlaczego tłumaczy Stephena Kinga nie zamyka się w piwnicach? Z jakiego powodu nie dostają książki do tłumaczenia w formie elektronicznej? Jak bardzo skrupulatny w doborze słów jest autor? To tylko część tematów, które porusza Rafał Lisowski, tłumacz „Instytutu”, który ukaże się w Polsce już jesienią. Łapcie!

  • Jak napisać kryminał? Kwietniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Na tegorocznych Targach Książki w Warszawie będę uczestniczył w ciekawym panelu. Razem z szeregiem zacnych twórców porozmawiamy o tym, jak wygląda przyszłość polskiego kryminału. Cóż, zdania zapewne będą podzielone, bo inaczej przez dwie godziny gapilibyśmy się na siebie, a czytelnicy na nas. I tak mnie naszło,że skoro mamy rozmawiać o kryminałach, to może warto pokazać, jak one powstają.

    Na rynku pojawia się rocznie tyle książek, że nie starczyłoby mi życia, żeby je wszystkie przeczytać. No dobra, może przesadzam, ale istnieje nadprodukcja i nietrudno ją zauważyć. Nie chodzi mi tu tylko o rynek kryminałów, lecz o cały książkowy świat. Początkujący pisarze narzekają, że nikt ich nie chce wydać, bo nie mają znajomości albo właśnie za dużo jest już książek i nie ma dla nich miejsca. Miejsce znajdzie się zawsze, o ile ich książka będziedobrze napisana. Czy musi się jednocześnie czymś wyróżniać? Moim zdaniem nie, bo przecież, jak mawiał klasyk, lubimy to, co znamy.

    I tu, cały na biało, wchodzi właśnie kryminał. Bierze się kilka składowych, miesza ze sobą w jednym garze i wychodzi strawne danie. Takie, które zagości na księgarskich półkach i jak będzie się miało odrobinę szczęścia– nawet w kilku domach. Jak napisać kryminał, żeby dało się go czytać, a odbiorca nie miał wrażenia, że robi się go w chu…?

    www.unsplash.com/David von Diemar

    Mniej więcej tak:

    – Umieść akcję w niewielkiej miejscowości, gdzie wszyscy się znają, ale liczba mieszkańców pozwala na ich mordowanie przynajmniej przez dwanaście kolejnych tomów. Wielkość jest ważna, bo przecież nie chcemy opisywać kolejnego Sandomierza, gdzie strach wyjść na ulicę, bo albo cię zaszlachtują maczetą albo przejedzie cię ksiądz na rowerze.

    – Musisz mieć głównego bohatera, więc najlepiej, jeżeli będzie upośledzony. Wiecie: wszyscy już wiedzą, kto kogo zamordował, a on dalej zastanawia się, co ze sobą zrobić. Nie może być jednak za głupi, bo czytelnik wam nie uwierzy. Dobrze zachować umiar i niech np. wie, gdzie wlewa się benzynę, ale niech nie zna się na pobieraniu odcisków palców. Wtedy na spokojnie wytłumaczy mu to ktoś inny, a ty będziesz mógł popisać się RISERCZEM!

    – Życie prywatne twojego bohatera to istotna kwestia. Nie musi być rozwodnikiem cierpiącym na nadciśnienie i łysienie plackowate. To nie zaszkodzi, ale znaj umiar. Super, jak pojawi się zdrada. Ewentualnie ciąża, najlepiej niechciana. Wiecie – problemy, które przeszkadzają w śledztwie. Problemy są super.

    – Zaszlachtuj kogoś na pierwszej stronie. No, maksymalnie na drugiej. Czytelnik nie lubi się nudzić i jak będzie musiał przebrnąć przez 10 stron ekspozycji, to obsmaruje cię na Lubimy Czytać, że lepiej bawił w kinie się na Planecie Singli 3. Szanuj się.

    – Twisty! Jak najwięcej twistów!

    – Umieść część akcji w przeszłości, to zawsze działa, a szczególnie na okładkach: WIELKI SEKRET POGRZEBANY PRZED LATY! CZY DETEKTYW JACEK ODKRYJE PRAWDĘ ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO?

    – Akcja z przeszłości musi być tak pokręcona,żeby na końcu książki wszyscy powiedzieli: Łoooooo. Coś w stylu, że dziadek Henio nienawidził sąsiada, bo ten mu ukradł kurę. Więc Henio czekał trzydzieści lat i potem zamordował brata stryjecznego tego sąsiada, ale tak, żeby to wyglądało na robotę ciotki sprzedawcy w pobliskim sklepie. Zostaw na miejscu zbrodni kurze pióro! I pamiętnik! Pamiętaj o pamiętniku ukrytym gdzieś na strychu. To zawsze działa i koniecznie napisz go w formie pierwszoosobowej.

    – Twisty! Jeszcze więcej twistów!

    – Przesłuchuj wszystkich! Każdy może być winny. Nie zapomnij często o tym wspominać, bo wiadomo:twój bohater jest upośledzony.

    – Problemy społeczne, a najlepiej kilka i najlepiej jak najbardziej aktualnych. Tylko musisz szybko pisać, bo inaczej nic ci to nie da.

    – Kolejny twist! Najlepiej na ostatniej stronie.

    To tylko część z porad, które powinniście znać, jeżeli chcecie napisać kryminał. Szczególnie wtedy, jeżeli ma być dokładnie taki sam, jak wszystkie inne. Zawsze możesz próbować czegoś innego, ale to niebezpieczna i kręta droga. Bo przecież, kiedy będziesz świadomie igrał z konwencją, to i tak wyłapią to nieliczni. Reszta powie, że to przecież taka sama książka, jak tysiące innych. To źle?

    Przecież lubimy to, co znamy.

    Bartosz Szczygielski

  • „Romans z Polską nie dla wszystkich skończył się happy endem”

    W czasach, kiedy inni próbowali, często z powodzeniem, z Polski uciec, oni przyjeżdżali. Za pracą, miłością, wrażeniami. Przemysław Semczuk odtworzył losy osób, które wybrały Pol(s)kę. Na dobre i na złe. Jak to w życiu bywa, nie wszystkie historie miały szczęśliwe zakończenie. Niektórzy po przybyciu nad Wisłę korespondencyjnie rozwiązywali małżeństwo, inni napisali kilkadziesiąt książek i stali sławni, jeszcze inni finalnie wyjechali i nigdy nie wrócili.

    Co takiego widzieli w Polsce bohaterowie książki Semczuka? Czy mogli ten czas przeżyć lepiej, a może gorzej? Łapcie naszą rozmowę w kokpicie Embraera, w końcu pierwsza z opisanych postaci do naszego kraju przyleciała. Szczególne podziękowania dla Piotra Adamczyka z Pyrzowice Airport – bez Ciebie byśmy w takich okolicznościach przyrody nie nagrali 🙂

     

  • „Mój bohater jest jak Brad Pitt z korporacji w średnim polskim mieście”

    Kto z Was nie zna twórczości Eduardo Mendozy, niechaj pierwszy rzuci teraz w ekran kamieniem. No właśnie, albo czytaliście, albo nie macie odwagi zniszczyć sobie sprzętu. Czytając „Miliardera” odnajdziecie klimaty z twórczości hiszpańskiego pisarza, nie mam wątpliwości. Głównym bohaterem jest Maciej Kupczyk, pseudonim operacyjny „Kupa”. Większego niezdary jeszcze w Polsce nie widzieliście, potrafi wywrócić się, czasem dosłownie, na najprostszym zadaniu. Wpada jednak na pomysł, że poda się się za prawnuka pewnego bogatego Szweda. A tak się składa, że ten obrzydliwie bogaty Szwed, może wkrótce umrzeć…

  • Rozmowa z pisarzem, którzy schudł 70 kilogramów. Tomku Sekielski, idź tą drogą!

    Gdy rozpoczął odchudzanie, znajomi wołali na niego anorektyk. Gdy poznał swoją przyszłą dziewczynę, a ta zaprosiła go na urodziny, zmusił się do zjedzenia pizzy. Zdarzyły się i takie imprezy, na które przychodził z własnym jedzeniem. To tylko część historii, które Mikołaj Marcela opowiedział o zrzucaniu wagi. Miał 158, teraz ma 83 kilogramy, a do tego napisał kryminał dla dzieci „Best Seler i zagadka znikających warzyw”, w którym główne role grają papryki, bakłażany, seler i inni. Jak zrzucić? Jak utrzymać? Jak żyć?

  • „Gambit”, czyli najlepsza powieść, którą przeczytałem w tym roku

    Tak jak w tytule, niewiele więcej mam do dodania. Na ten moment to najlepsza powieść, którą przeczytałem w tym roku. Nie będę Wam zdradzał fabuły, bo granica jest tak cienka, że mówiąc o jednej rzeczy, mogę popsuć lekturę. Powiem tylko tyle, że gdyby Maciej Siembieda to wszystko wymyślił, to nikt by tego pewnie nie wydał. Wstrząsające jest to, że mamy do czynienia z historią, która wydarzyła się naprawdę. W głowie rezonuje do dziś, łapcie fragment.

    Wiedział, jak to się odbędzie. Przewidywał tę scenę setki razy. Śniła mu się, nieustannie była obecna w jego wyobraźni, więc zamykał oczy i potrafił odtworzyć każdy detal tego, co musi nastąpić.

    Z pewnością będzie ich dwóch. Dwóch mężczyzn bez właściwości. Ani wysokich, ani niskich, ani krępych, ani szczupłych, o bezbarwnych oczach i twarzach, do których nie da się dopasować rysopisu. Tanie krajowe płaszcze, popelinowe koszule o nieokreślonym kolorze, wypchane na kolanach spodnie z elany, zakurzone wojskowe półbuty. Dwóch smutnych panów. Ile razy słyszał to określenie? Koledzy z biura wrocławskiego Motozbytu najczęściej używali je w żartach. Brzmiała w nich wtedy złowieszcza nuta. „Nie mów źle o Gomułce, bo się zainteresują tobą smutni panowie”. „Śmiej się, śmiej z politycznych dowcipów, zobaczymy, czy smutni panowie też będą mieć poczucie humoru”. „Myślisz o wycieczce do Paryża? Chyba chcesz się spotkać ze smutnymi panami”. Reagował na te stwierdzenia bezradnym uśmiechem, chociaż wszystko w nim drżało. Nikt z kolegów nie mógł nawet przypuszczać, że jeśli smutni panowie rzeczywiście pojawią się w biurze, to właśnie z jego powodu. Że władze PRL-u nigdy nie wybaczą zniewagi, jaką jego brat rzucił im w twarz. Zniewagi, za którą teraz on będzie musiał zapłacić. Prędzej czy później. Czekał na nich codziennie od dwudziestu jeden lat.

    Weszli bez pukania i bez „dzień dobry”. Było ich dwóch. Dokładnie tacy, jak przewidział.

    Obywatel Jerzy Ostrowski? – rzucił ten z lewej, taksując twarze kilku inżynierów, zastygłe nad biurkami.

    Jestem – odpowiedział jak w szkole, zmienionym głosem. Serce podeszło mu do gardła.

    Pójdziecie z nami – stwierdził ten z lewej.

    Koledzy jak na komendę wbili wzrok w rysunki, na których hamował prototyp warszawy 210; już startowała do produkcji, gdy wyprzedziła ją licencja włoskiego fiata.

    Mogę zabrać rzeczy? – spytał.

    Tylko palto – odrzekł tym razem ten z prawej.

    Z biura wyszli bez słowa. Inżynier Ostrowski gorączkowo się zastanawiał, czy powiedzieć coś na pożegnanie, ale wszystko wydawało mu się głupie lub patetyczne. Przed budynkiem czekała nowa czarna wołga. Ten z prawej otworzył tylne drzwi i władczym ruchem głowy wskazał Jerzemu kanapę obszerną jak przedwojenna sofa. Sam zajął przedni fotel pasażera. Ten z lewej usiadł za kierownicą, co chwilę kontrolnie zerkając w lusterko wsteczne. Mechanicy przechodzący przez dziedziniec Motozbytu wciskali głowy w ramiona i stawiali kołnierze waciaków, jakby nagle przypomnieli sobie o zimie. Nikt nie patrzył w stronę samochodu. Kierowca uruchomił silnik. Jego warkot rozwiał resztkę wątpliwości. Jerzy znał ten dźwięk. Pod maską wołgi pracował potężny ośmiocylindrowy motor o pojemności pięć i pół litra. Montowano go tylko w jednej wersji GAZ-a 24; tej przeznaczonej dla rządu i służb bezpieczeństwa. Ruszyli powoli w stronę szlabanu uniesionego przez funkcjonariusza straży przemysłowej. Kiedy opuszczali teren przedsiębiorstwa, wartownik poprawił uszankę z orzełkiem, trzasnął obcasami i zasalutował.

    Maciej Siembieda, fot: Renata Dąbrowska/Wydawnictwo Agora

    Wołga pokonała kilka ulic, wreszcie zawróciła w stronę Nadodrza. Wiozą mnie do więzienia na Klęczkowskiej, przemknęło Jerzemu przez głowę. Nagle jednak skręcili w Podwale. Ostro, aż zapiszczały opony. A więc nie więzienie.Wcale go to nie uspokoiło. Zaskoczony, patrzył na domy na Krzykach, próbując zebrać myśli. Gdy znaleźli się na szosie wylotowej w kierunku Opola, odważył się zapytać:

    Czy mogą panowie powiedzieć, dokąd jedziemy?

    Cisza. Nic. Jakby pytanie w ogóle nie padło. Poczuł się skrępowany. Chrząknął, a potem lekko pochylił się w stronę kierowcy.

    Gaźnik trochę się krztusi. Słyszy pan?

    Dalej cisza.

    Pracuje nierówno – wyjaśnił, zwracając się do tego drugiego w poszukiwaniu potwierdzenia, ale tajniak ani drgnął.

    W tych radzieckich motorach, dwugardzielowych z oszczędzaczem dokończył Jerzy jakby z obowiązku – trzeba często regulować gaźnik. Najlepiej… – urwał, widząc, że mówi w próżnię. Ludzie, którzy wieźli go w nieznane, milczeli jak roboty zaprogramowane tylko na wykonanie zadania. Jerzy poczuł na plecach zimny pot. Czego ja się spodziewam?, zganił się w duchu. Wyjaśnień? Koleżeńskiej pogawędki? Oni mają rozkazy. Zlikwidować i zatrzeć ślady. Przecież za to, co zrobił brat, nie wytoczą mi procesu po dwudziestu latach. Im chodzi o wyrównanie rachunków. Kula w tył głowy i do bezimiennego dołu. Tylko dlaczego jedziemy tak daleko za Wrocław? Pewnie mają jakieś swoje miejsce. Zwykłego grobu w lesie nie wykopią, bo ziemia zamarznięta na kość. Tymczasem wołga wjechała do Siechnic, a widok kilkunastu mężczyzn przytupujących z zimna na przystanku PKS-u wywołał u Jerzego rozpaczliwy przebłysk optymizmu. Ludzie! Przecież w Motozbycie widzieli, jak go zabierają. Koledzy z biura, mechanicy na placu, wartownik. Skoro było tylu świadków, nie mogą go tak po prostu wywieźć i zastrzelić. Nie mogą, wmawiał sobie, ale lęk powrócił ze zdwojoną siłą. Pewnie pojawią się oficjalne zarzuty w sprawie brata, a on udowodni, że też jest winny, podejmując próbę ucieczki, podczas której zginie. Prasa odpowiednio to wszystko opisze, piętnując Włodzimierza i Jerzego Ostrowskich, potomków obszarników, z których pierwszy zhańbił ludowe państwo polskie, a drugi mu w tym pomagał. Po dwudziestu jeden latach został zdemaskowany i dosięgła go surowa ręka sprawiedliwości. Teraz Jerzy drżał już jak w ataku febry. Wykorzystując moment, gdy tajniak przestał obserwować go w lusterku wstecznym i gapił się na coś za szybą, sięgnął do kieszonki marynarki, w której zawsze przechowywał tabletkę owiniętą w kawałek bibułki. Szybkim ruchem umieścił ją w ustach, ale nie miał ani grama śliny. Pokonał gorycz pigułki, którą udało mu się przełknąć dopiero po minucie. Obsesyjnie myślał o tym, co prasa napisze o jego śmierci. Redagował treść notatki, zastanawiając się, na której szpalcie zostanie zamieszczona. Nagłówek w „Gazecie Robotniczej”, który podsunęła mu wyobraźnia, był na początku bardzo wyraźnym obrazem, ale po paru chwilach zaczął tracić ostrość i kształt czcionek, wreszcie rozmył się jak farba spłukana strumieniem wody.

     

  • „Jak umierać, to z przytupem”, rozmowa z Krzysztofem Bochusem

    Ułożenie ciał ofiar jednoznacznie wskazuje na inspirację dziełami pewnego polskiego malarza. Kto zabija i dlaczego? Ile osób znajduje się jeszcze na liście Lucyfera? Czy można zapobiec kolejnym morderstwom? Pewnego dnia dziennikarz i historyk sztuki odbiera nietypowy telefon. Od tego momentu wszystko się zmieni – zarówno w jego życiu, jak i w pracy policji. Poznajcie mroczne zakamarki Gdańska oraz sprawdźcie, czy uda się zatrzymać szalejącego z brzytwą Lucyfera.

  • Które kwietniowe tytuły zapisać w notesie? Podpowiadam

    Zasada jest prosta: czym bliżej targów (Warszawa, Kraków), tym więcej dobrych książek. Co za tym idzie, trzeba przeznaczyć na nie więcej pieniędzy, niż, np. w styczniu. Przejrzałem kwietniowe nowości, podrzucam Wam ściągę. Gdybym miał coś kupić, to kupiłbym te, które zamieszczam poniżej. Mimo, że dziś 1 kwietnia, to nie ma co żartować, wszystkie tytuły potraktujcie jak najbardziej poważnie. Kliknijcie w interesującą Was okładkę, przeczytacie więcej szczegółów o danej książce. 



    \

     

     

  • „Bestseller to nie nagroda”, tekst Bartosza Szczygielskiego

    Zapewne większość z was pamięta, co działo się po gali Bestsellerów Empiku. Ileż to jadu wylało się w komentarzach po tym, jak ogłoszono wyniki. No bo niby dlaczego taki Wojewódzki czy Nosowska dostali nagrodę? Jacy są z nich pisarze? Odpowiedź jest prosta – nie są pisarzami, a bestseller nie jest nagrodą.

    Jeszcze jakiś czas temu, każdy plebiscyt popularności, gdzie pojawiał się Remigiusz Mróz, kończył się podobnie. Pisarz wygrywał i deklasował konkurencję. Ostatnio się to zmieniło, bo na Lubimy Czytać nagrodę zdobył Wojciech Chmielarz. W jego ręce, a przynajmniej taką mam nadzieję, trafiła przepiękna statuetka, a „Żmijowisko” dzierży tytuł najlepszego kryminału 2018 roku. I choć nie zauważyłem pod tą konkretną informacją komentarzy mówiących, że wynik jest niesprawiedliwy, to już w przypadku Literatury Pięknej oraz wygranej Katarzyny Nosowskiej i owszem.

    Sytuacja tożsama z tym, co działo się po wspomnianej już gali Empiku. Głosy nienawiści lub przynajmniej wzburzenia, widywałem wszędzie. „Jakim prawem? To nie literatura! Gdzie jej/jemu do kogoś tam/czegoś tam”. I takich głosów wcale nie było mało, bo przecież zawsze warto powiedzieć swoje zdanie. Nawet wtedy, kiedy jest identyczne z trzydziestoma innymi komentarzami pod wpisem. W końcu lubimy dzielić się swoimi przemyśleniami.

    Szkoda tylko, że te przemyślenia zazwyczaj pisane są pod wpływem emocji. I w tym przypadku, a raczej w tych dwóch przypadkach, powstały z niezrozumienia. Owszem, na Lubimy Czytać widnieje piękny napis „Wybraliśmy najlepsze książki 2018 roku”, co może niektórych boleć. Najlepsze? Najlepsze czy najpopularniejsze?

    www.unsplash.com/Robert Anasch

    Żeby była jasność, bo jeżeli nie napiszę czegoś wprost, to potem będą pretensje. Nie neguje wartości żadnej z książek. Niech sobie je piszą celebryci, muzycy czy rzeźbiarze. Niech nominacje do Bestsellerów Empiku też dostają, bo nie trafiają w ich ręce z powodu jakości dzieła. Trafiają tam, bo zwyczajnie się dobrze sprzedały. Bardzo dobrze. Dlatego nominację dostała Blanka Lipińska. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi, że jej książka dostałaby jakąkolwiek nominację w jakimkolwiek konkursie, gdzie jury ocenia wartości literackie dzieła. Ewentualnie, gdzie jury potrafi czytać.

    Plebiscyt na Lubimy Czytać i gala Empiku mają ze sobą dużo wspólnego. Pokazują, co najchętniej czytamy. Tyle. Tak było od dawna i nie sądzę, żeby kiedykolwiek mogło się to zmienić. Możemy żałować, że wyznacznikiem jakości poniekąd stała się popularność. Przynajmniej z tym jest ona mylona, bo jeżeli ktoś komentuje wyniki tego typu konkursów to znaczy, że nie potrafi tego rozróżnić. Książki, które dostały nagrody Bestsellerów, wcale najlepsze nie są, ale to moja subiektywna opinia.

    Podobnie jak każdy oddany na Lubimy Czytać głos był czyjąś subiektywną opinią. Czemu więc przy tego typu plebiscytach pojawia się słowo „najlepsze”? Pewnie dlatego, że nazwa „Rekordowo sprzedające się książki 2018 roku”, brzmiałaby jak hasło reklamowe ogórków konserwowych.

    A dobrze przecież wiemy, że książki to coś znacznie więcej niż produkt.

    Wiemy?

    Bartosz Szczygielski