Kategoria: Aktualności
-
„Romans z Polską nie dla wszystkich skończył się happy endem”
W czasach, kiedy inni próbowali, często z powodzeniem, z Polski uciec, oni przyjeżdżali. Za pracą, miłością, wrażeniami. Przemysław Semczuk odtworzył losy osób, które wybrały Pol(s)kę. Na dobre i na złe. Jak to w życiu bywa, nie wszystkie historie miały szczęśliwe zakończenie. Niektórzy po przybyciu nad Wisłę korespondencyjnie rozwiązywali małżeństwo, inni napisali kilkadziesiąt książek i stali sławni, jeszcze inni finalnie wyjechali i nigdy nie wrócili.
Co takiego widzieli w Polsce bohaterowie książki Semczuka? Czy mogli ten czas przeżyć lepiej, a może gorzej? Łapcie naszą rozmowę w kokpicie Embraera, w końcu pierwsza z opisanych postaci do naszego kraju przyleciała. Szczególne podziękowania dla Piotra Adamczyka z Pyrzowice Airport – bez Ciebie byśmy w takich okolicznościach przyrody nie nagrali 🙂
-
„Mój bohater jest jak Brad Pitt z korporacji w średnim polskim mieście”
Kto z Was nie zna twórczości Eduardo Mendozy, niechaj pierwszy rzuci teraz w ekran kamieniem. No właśnie, albo czytaliście, albo nie macie odwagi zniszczyć sobie sprzętu. Czytając „Miliardera” odnajdziecie klimaty z twórczości hiszpańskiego pisarza, nie mam wątpliwości. Głównym bohaterem jest Maciej Kupczyk, pseudonim operacyjny „Kupa”. Większego niezdary jeszcze w Polsce nie widzieliście, potrafi wywrócić się, czasem dosłownie, na najprostszym zadaniu. Wpada jednak na pomysł, że poda się się za prawnuka pewnego bogatego Szweda. A tak się składa, że ten obrzydliwie bogaty Szwed, może wkrótce umrzeć…
-
Rozmowa z pisarzem, którzy schudł 70 kilogramów. Tomku Sekielski, idź tą drogą!
Gdy rozpoczął odchudzanie, znajomi wołali na niego anorektyk. Gdy poznał swoją przyszłą dziewczynę, a ta zaprosiła go na urodziny, zmusił się do zjedzenia pizzy. Zdarzyły się i takie imprezy, na które przychodził z własnym jedzeniem. To tylko część historii, które Mikołaj Marcela opowiedział o zrzucaniu wagi. Miał 158, teraz ma 83 kilogramy, a do tego napisał kryminał dla dzieci „Best Seler i zagadka znikających warzyw”, w którym główne role grają papryki, bakłażany, seler i inni. Jak zrzucić? Jak utrzymać? Jak żyć?
-
„Gambit”, czyli najlepsza powieść, którą przeczytałem w tym roku
Tak jak w tytule, niewiele więcej mam do dodania. Na ten moment to najlepsza powieść, którą przeczytałem w tym roku. Nie będę Wam zdradzał fabuły, bo granica jest tak cienka, że mówiąc o jednej rzeczy, mogę popsuć lekturę. Powiem tylko tyle, że gdyby Maciej Siembieda to wszystko wymyślił, to nikt by tego pewnie nie wydał. Wstrząsające jest to, że mamy do czynienia z historią, która wydarzyła się naprawdę. W głowie rezonuje do dziś, łapcie fragment.
Wiedział, jak to się odbędzie. Przewidywał tę scenę setki razy. Śniła mu się, nieustannie była obecna w jego wyobraźni, więc zamykał oczy i potrafił odtworzyć każdy detal tego, co musi nastąpić.
Z pewnością będzie ich dwóch. Dwóch mężczyzn bez właściwości. Ani wysokich, ani niskich, ani krępych, ani szczupłych, o bezbarwnych oczach i twarzach, do których nie da się dopasować rysopisu. Tanie krajowe płaszcze, popelinowe koszule o nieokreślonym kolorze, wypchane na kolanach spodnie z elany, zakurzone wojskowe półbuty. Dwóch smutnych panów. Ile razy słyszał to określenie? Koledzy z biura wrocławskiego Motozbytu najczęściej używali je w żartach. Brzmiała w nich wtedy złowieszcza nuta. „Nie mów źle o Gomułce, bo się zainteresują tobą smutni panowie”. „Śmiej się, śmiej z politycznych dowcipów, zobaczymy, czy smutni panowie też będą mieć poczucie humoru”. „Myślisz o wycieczce do Paryża? Chyba chcesz się spotkać ze smutnymi panami”. Reagował na te stwierdzenia bezradnym uśmiechem, chociaż wszystko w nim drżało. Nikt z kolegów nie mógł nawet przypuszczać, że jeśli smutni panowie rzeczywiście pojawią się w biurze, to właśnie z jego powodu. Że władze PRL-u nigdy nie wybaczą zniewagi, jaką jego brat rzucił im w twarz. Zniewagi, za którą teraz on będzie musiał zapłacić. Prędzej czy później. Czekał na nich codziennie od dwudziestu jeden lat.
Weszli bez pukania i bez „dzień dobry”. Było ich dwóch. Dokładnie tacy, jak przewidział.
– Obywatel Jerzy Ostrowski? – rzucił ten z lewej, taksując twarze kilku inżynierów, zastygłe nad biurkami.
– Jestem – odpowiedział jak w szkole, zmienionym głosem. Serce podeszło mu do gardła.
– Pójdziecie z nami – stwierdził ten z lewej.
Koledzy jak na komendę wbili wzrok w rysunki, na których hamował prototyp warszawy 210; już startowała do produkcji, gdy wyprzedziła ją licencja włoskiego fiata.
– Mogę zabrać rzeczy? – spytał.
– Tylko palto – odrzekł tym razem ten z prawej.
Z biura wyszli bez słowa. Inżynier Ostrowski gorączkowo się zastanawiał, czy powiedzieć coś na pożegnanie, ale wszystko wydawało mu się głupie lub patetyczne. Przed budynkiem czekała nowa czarna wołga. Ten z prawej otworzył tylne drzwi i władczym ruchem głowy wskazał Jerzemu kanapę obszerną jak przedwojenna sofa. Sam zajął przedni fotel pasażera. Ten z lewej usiadł za kierownicą, co chwilę kontrolnie zerkając w lusterko wsteczne. Mechanicy przechodzący przez dziedziniec Motozbytu wciskali głowy w ramiona i stawiali kołnierze waciaków, jakby nagle przypomnieli sobie o zimie. Nikt nie patrzył w stronę samochodu. Kierowca uruchomił silnik. Jego warkot rozwiał resztkę wątpliwości. Jerzy znał ten dźwięk. Pod maską wołgi pracował potężny ośmiocylindrowy motor o pojemności pięć i pół litra. Montowano go tylko w jednej wersji GAZ-a 24; tej przeznaczonej dla rządu i służb bezpieczeństwa. Ruszyli powoli w stronę szlabanu uniesionego przez funkcjonariusza straży przemysłowej. Kiedy opuszczali teren przedsiębiorstwa, wartownik poprawił uszankę z orzełkiem, trzasnął obcasami i zasalutował.

Maciej Siembieda, fot: Renata Dąbrowska/Wydawnictwo Agora Wołga pokonała kilka ulic, wreszcie zawróciła w stronę Nadodrza. Wiozą mnie do więzienia na Klęczkowskiej, przemknęło Jerzemu przez głowę. Nagle jednak skręcili w Podwale. Ostro, aż zapiszczały opony. A więc nie więzienie.Wcale go to nie uspokoiło. Zaskoczony, patrzył na domy na Krzykach, próbując zebrać myśli. Gdy znaleźli się na szosie wylotowej w kierunku Opola, odważył się zapytać:
– Czy mogą panowie powiedzieć, dokąd jedziemy?
Cisza. Nic. Jakby pytanie w ogóle nie padło. Poczuł się skrępowany. Chrząknął, a potem lekko pochylił się w stronę kierowcy.
– Gaźnik trochę się krztusi. Słyszy pan?
Dalej cisza.
– Pracuje nierówno – wyjaśnił, zwracając się do tego drugiego w poszukiwaniu potwierdzenia, ale tajniak ani drgnął.
– W tych radzieckich motorach, dwugardzielowych z oszczędzaczem – dokończył Jerzy jakby z obowiązku – trzeba często regulować gaźnik. Najlepiej… – urwał, widząc, że mówi w próżnię. Ludzie, którzy wieźli go w nieznane, milczeli jak roboty zaprogramowane tylko na wykonanie zadania. Jerzy poczuł na plecach zimny pot. Czego ja się spodziewam?, zganił się w duchu. Wyjaśnień? Koleżeńskiej pogawędki? Oni mają rozkazy. Zlikwidować i zatrzeć ślady. Przecież za to, co zrobił brat, nie wytoczą mi procesu po dwudziestu latach. Im chodzi o wyrównanie rachunków. Kula w tył głowy i do bezimiennego dołu. Tylko dlaczego jedziemy tak daleko za Wrocław? Pewnie mają jakieś swoje miejsce. Zwykłego grobu w lesie nie wykopią, bo ziemia zamarznięta na kość. Tymczasem wołga wjechała do Siechnic, a widok kilkunastu mężczyzn przytupujących z zimna na przystanku PKS-u wywołał u Jerzego rozpaczliwy przebłysk optymizmu. Ludzie! Przecież w Motozbycie widzieli, jak go zabierają. Koledzy z biura, mechanicy na placu, wartownik. Skoro było tylu świadków, nie mogą go tak po prostu wywieźć i zastrzelić. Nie mogą, wmawiał sobie, ale lęk powrócił ze zdwojoną siłą. Pewnie pojawią się oficjalne zarzuty w sprawie brata, a on udowodni, że też jest winny, podejmując próbę ucieczki, podczas której zginie. Prasa odpowiednio to wszystko opisze, piętnując Włodzimierza i Jerzego Ostrowskich, potomków obszarników, z których pierwszy zhańbił ludowe państwo polskie, a drugi mu w tym pomagał. Po dwudziestu jeden latach został zdemaskowany i dosięgła go surowa ręka sprawiedliwości. Teraz Jerzy drżał już jak w ataku febry. Wykorzystując moment, gdy tajniak przestał obserwować go w lusterku wstecznym i gapił się na coś za szybą, sięgnął do kieszonki marynarki, w której zawsze przechowywał tabletkę owiniętą w kawałek bibułki. Szybkim ruchem umieścił ją w ustach, ale nie miał ani grama śliny. Pokonał gorycz pigułki, którą udało mu się przełknąć dopiero po minucie. Obsesyjnie myślał o tym, co prasa napisze o jego śmierci. Redagował treść notatki, zastanawiając się, na której szpalcie zostanie zamieszczona. Nagłówek w „Gazecie Robotniczej”, który podsunęła mu wyobraźnia, był na początku bardzo wyraźnym obrazem, ale po paru chwilach zaczął tracić ostrość i kształt czcionek, wreszcie rozmył się jak farba spłukana strumieniem wody.
-
Które kwietniowe tytuły zapisać w notesie? Podpowiadam
Zasada jest prosta: czym bliżej targów (Warszawa, Kraków), tym więcej dobrych książek. Co za tym idzie, trzeba przeznaczyć na nie więcej pieniędzy, niż, np. w styczniu. Przejrzałem kwietniowe nowości, podrzucam Wam ściągę. Gdybym miał coś kupić, to kupiłbym te, które zamieszczam poniżej. Mimo, że dziś 1 kwietnia, to nie ma co żartować, wszystkie tytuły potraktujcie jak najbardziej poważnie. Kliknijcie w interesującą Was okładkę, przeczytacie więcej szczegółów o danej książce.






















