Kategoria: Aktualności

  • „Być jak Paul Sheldon”, marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jest taki fragment z „Misery” Stephena Kinga, który zapadła mi w pamięć. To jedna z początkowych scen, kiedy główny bohater, pisarz Paul Sheldon, kończy swoją najnowszą powieść „Szybkie samochody”

    Żeby to uczcić, jak przy każdej swojej poprzedniej książce, Paul Sheldon otwiera butelkę szampana. „Misery” czytałem dość dawno temu, nie mam też jej pod ręka, więc proszę mi wybaczyć, ale nie jestem w stanie powiedzieć, jakiej ten szampan był marki. Myślę jednak, że spokojnie możemy założyć, że nie było to „Igristoje”, ale coś z górnej półki. Ta scena zapadła mi w pamięć, bo była w niej jakaś taka godność. Wyrażała satysfakcję z zakończonej pracy. Ten gest picia szampana jest czymś lepszym niż kropka na końcu zdania, niż słowo „Koniec” wystukane na klawiaturze. To pokazanie sobie i całemu wszechświatowi, że coś zrobiłem i zrobiłem to dobrze. Ale przede wszystkim, jest cholernie seksowna. Oto Paul Sheldon. Oto pisarz, który wie, jak świętować sukces. A ja co? Właśnie skończyłem pisać najnowszą powieść i leżę na kanapie z laptopem na brzuchu, kompletnie wyczerpany i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić.

    Rozglądam się wokół. Niby wino stoi w lodówce. Mógłbym je otworzyć, powtórzyć gest Sheldona, ale jest trochę po dwunastej w południe. Głupio pić tak wcześnie i do tego w samotności. W domu oprócz mnie jest tylko pies. Nie mam do kogo otworzyć ust, żeby się pochwalić. Przez chwilę rozważam wykonanie telefonu do wydawcy, żeby podzielić się z kimś tę wspaniałą wiadomością, ale koniec końców wydaje mi się, że to zbyt desperacki gest kogoś. Zamiast tego wysyłam po prostu wiadomość na messengerze. Potem wstaję z kanapy. Wykonuję kilka prostych ćwiczeń, żeby się trochę rozruszać i dalej myślę o tym, jak mogę uczcić swoje dzisiejsze osiągnięcie.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Bo mam potrzebę je uczcić! Domagam sie od siebie, żeby zrobić coś spektakularnego! A równocześnie – nie ma we mnie żadnej radości. Czasami na spotkaniach autorskich, na kursach pisania moi czytelnicy, kursanci mówią, że skończyć powieść to musi być niesamowite uczucie. Uśmiecham się, kiwam głową, ale prawdy im nie zdradzam. A ta jest taka, że zamiast satysfakcji jest pustka. Czasami niezrozumienie. Tak jak teraz. Wracam do komputera, patrzę na napis „Koniec” i nie wierzę. Nie rozumiem, jak to możliwe. Kilka miesięcy pracy, ślęczenie na tekstem, bycia z postaciami, wstukiwania literek i to już? Po wszystkim? Skończyliśmy? Podamy sobie ręce i rozejdziemy się każde w swoja stronę jak para zmęczonych sobą kochanków? Tak, moja potrzeba uczczenia zakończenia pisania to nic więcej, jak chęć udowodnienia samemu sobie, że to już koniec.

    Ale to nie jest koniec. Taka prawda. To może połowa pracy. Przede mną jeszcze autorska redakcja. Wiem, że będę musiał dopisać co najmniej dwie duże sceny. A przede wszystkim sporo się nakombinować nad tym, gdzie je zmieścić. Potem czeka mnie praca z wydawnictwem. Boksowanie się z tekstem i redaktorem równocześnie. Walka podczas której można się poczuć jak Cesarstwo Niemieckie podczas I Wojny Światowej. Bo tutaj nie będzie żadnych blitzkiregów, ale długotrwałe, wyczerpującego siedzenie w okopach i pilnowanie własnych pozycji. Tak, wiem co pisałem w jednym ze swoich poprzednich tekstów – redaktor jest moim przyjacielem. Bo tak jest. Zawsze ich będę chwalił i szczerze opowiadał, ile dobrego zrobili dla moich książek. Ale nie oszukujmy się, podczas samej pracy nad książką, nie wiem, czy jest ktoś, kogo bardziej nienawidzę (nota bene, taka to specyfika tego zawodu, im lepszy redaktor, tym większą pisarz powinien darzyć go niechęcią, tylko redaktorzy którzy traktują tekst po łepkach, tacy, którzy nie przykładają się do swojej pracy, cieszą się sympatią autorów w czasie pracy nad książką).

    Ale też żaden inny moment nie nadaje się bardziej do powiedzenia, że skończyłem, niż właśnie te. Redakcja to proces długotrwały, płynny. Niby już skończyliśmy, ale potem zawsze coś wypływa. Coś się poprawia na szybko. No i jeszcze korekta. Kolejne poprawienia błędów, cyzelowanie tekstu. A potem nie wiadomo kiedy książka wędruje do drukarni. Ale w tym momencie powiedzieć, że skończyłem, byłoby głupio. Wtedy jestem już zmęczony tekstem. Mam go dość. Poza tym ostatnie tygodnie pracy to czynności typowo techniczne. Poprawianie literówek, przecinków, ortografii. Nie ma w tym tego żaru właściwego pisaniu, nie ma tej magii.

    No to skończyłem pisać kolejną książkę. To moment właściwy, żeby to powiedzieć, chociaż to też oczywista nieprawda. Stoję w pustym mieszkaniu, zastanawiam się, co zrobić, żeby samemu wreszcie uwierzyć, że to zrobiłem. A potem sięgam po komputer, otwieram czysty plik i zaczynam pisać ten felieton.

    Wojciech Chmielarz

  • #Tyrmand

    Co pisaliby na instagramie dawni pisarze? O czym – pomijając oczywistość postępu technologicznego – klikałby w swoich czasach Tyrmand? O tym czy wgląd w pisarskie śniadania zmienia nasz pogląd na mityczne „pisarskie życie”, opowiada Marcel Woźniak.

    Tego dnia lekko wieje. Jest 18 marca 2019 roku i jest zimno, ale tylko na zewnątrz. Pisarze – jak wiadomo – skrywają się we wnętrzach przytulnych kawiarni. Jeden z nich właśnie tam, na miękkiej kanapie, postanawia napisać teskt w przededniu 34. rocznicy śmierci Leopolda Tyrmanda. Jaką obierze taktykę? Będzie popularnonaukowo czy może da coś o siebie? #coffeetime #warszawa

    Przez prawe ramię widzę Plac Trzech Krzyży. Nie jest to moje ramię, a pana na sąsiedniej kanapie. Zagarnia ją i – przy okazji – mój widok naplacowy, oferując w sytuacyjnym barterze woń hugo boss.

    Najważniejsze jest jednak odpowiednie miejsce akcji: właśnie tam, za oknem, rozpoczyna się akcja tyrmandowego Złego, tędy szusuje autobiograf w Dzienniku 1954. Tu – obok Teatru IMKA – jest Pasaż Tyrmanda, mural ze „Złym”, tablica na domu obok Studia BUFFO. Teraz wyobrażam sobie stukot pisarskiej maszyny, Tyrmanda spacerujące gdzieś w okolicach kościoła Świętego Aleksandra. Odpalam komputer. Ma rozbudowaną baterią, można pracować cały dzień. Jeśli się rozładuje, w pogotowiu czekają telefon z podpórką, bezprzewodowa klawiatura, powerbank. W dawnych czasach literaci mieli utrudnione zadanie. Chociażby ctrl+F – nie działało. Jest też kubek termiczny na kawę. Tyrmand pijał czarną, o ile w ogóle miał kawę. W obozie na przykład, w Norwegii, gotował zupę na wygrzebanych ze śmietnika ościach. #foodporn #dipis

    Mural ze Złym na Placu Trzech Krzyży, fot: Marcel Woźniak

    Teraz zastanawiam się, jak zacząć. Jak opisać tę supremację znaczeń nad faktami, zwycięstwo wizerunku nad tym, co naprawdę przymykają pod sobą pisarskie powieki. Myślę, co przetrwało z tyrmandowej aury, ile w nim było prawdy, a ile przeciekło przez sitko cenzury i historii. Autor bestsellera, mistrz ubioru i król sytuacji, guru jazzmanów, antykomunista. Podszewkę pisarskiego płaszcza opisał wDzienniku 1954, ale zarzucano mu autokreację. W roku 2019 jest to zarzut równy wobec nas wszystkich. #influence

    Myślę chwilę nad formą. Legendą obrósł Zły – książka wciąż jest na topce, a rok 2020 ma być w Polsce oficjalnie rokiem Tyrmanda. Jak to opisać? Walnąć popularnonaukowo czy z wątroby? Po prawdzie myślę, że Szaja i tak puści, w końcu rocznica. #szaja #smakksiazki

    Trochę się boję, że dziś człowiek w centrum, to norma. Ale nie taki człowiek witruwiański, tylko człowiek–algorytm. Że książki dogoniły trend zapoczątkowany przez Coca–Colę: by docierać przez emocje. Sądziłem, że to domena tylko kultury popularnej, ale patrząc na rankingi… Wiemy, że dziś nikt nie powie głośno: „w popie jest pewne niebezpieczeństwo, kryjcie się, to Gargamel!” Bo pop napędza sprzedaż, empikowe gale i zasięgi. Wydawcy naginają się na popularne tytuły, książki dostają okładki z plakatem filmowej ekranizacji i aktorami wcielającymi się w bohaterów, których dopiero miałem sobie dowyobrazić. „Nie trzeba, Truman, wszystko już dowyobrażono!” Nawet znajomy pisarz stwierdził niedawno, że „swojego sierściucha toleruje tylko przez jego zasięgi na instagramie”. Ostatecznie, wszystko się kręci. Tyrmand napisał kiedyś: „życie przypomina gówno na kole – raz jest na górze, a raz na dole”. #fame #cat #smellycat

    To samo miałem przy książce Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Chciałem napisać o nim szczery, prawdziwy tekst. Siebie usunąłem w cień, nawet tam, gdzie relacjonuję spotkanie Matthew i Rebeccą Tyrmandami, piszę bezosobowo. Nie wiedziałem czy biografowie tak robią, bo wszystkie inne biografie wpakowałem do kartonów i schowałem w piwnicy. Potem rozmawiałem z Przemkiem Semczukiem, tym, co „przyjaźni się” z seryjnymi zabójcami. Mówił, że uczestnictwo, to sól reportażu, że w pierwszej osobie zabierasz czytelników do środka. To samo Mariusz Szczygieł. Kiedy staliśmy na stoisku w Krakowie, przewertował przy mnie książkę Nie mai pokazał narracyjne sztuczki. Poczułem wrzenie pod czaszką. Czyli może jednak trzeba było inaczej? #inspiration #biopic

    Trębacka 5 – tu Tyrmandowie mieszkali przed wojną. Fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Przerwa w pisaniu. Dzwoni Szaja, że „na spokojnie, tekst na popołudnie”. Mamy się spotkać za kilka dni w Toruniu, ma przelotkę na targi w Gdańsku. Po prawdzie, muszę w końcu zapisać jego numer. Szczerze, po prostu zapominam! Wybacz, Adam, ale… #nieogarniam! A Tyrmand miał tylko stacjonarny i notes z numerami przy aparacie. Kiedy ktoś nie przychodził na umówione spotkanie, to skreślał jego nazwisko. #friends #celebra

    Forma tekstu się krystalizuje. Chajzer napisał dziś na Facebooku, że poprowadzi show Big Brothera. Wciąż lubimy podglądać? Sam nie wiem. Myślę o tym, w jakie narracje dziś wchodzimy i na ilu płaszczyznach. Na ubiegłorocznym festiwalu Granda poznałem Marcina Wrońskiego. Rozmowa szła na temat przyszłości gatunku. Gdy spytałem, w co przeewoluuje kryminał, odparł, że „będzie czymś innym, jakimś nowym otwarciem”. #orwell #innowacja

    Za radą Semczuka zabieram czytelników do środka. Mamy XXI wiek, może tak trzeba?

    Tyrmand podczytywał dzienniki Prousta i Tajemnice Paryża w czytelni na ulicy Niecałej. Jako dzieciak zaczytywał się we „Wiadomościach Literackich”. Na studia w Paryżu dostał się jednak nie dzięki pisaniu, a genialnym rysunkom. Dorabiał długo, jako dziennikarz. Pierwszą powieść wydał dopiero w wieku 35 lat i był to Zły. Mówili mu zawsze, że jest zdolnym dziennikarzem i się nie przeliczył. Pierwsza książka okazała się bestsellerem. #złyRLZ #debiut #wydawnictwoczytelnik

    Cofnijmy się do roku 2015. Miałem lat 31 i kilka lat w zawodzie dziennikarza za sobą. Pomysł biografii podsunął mi Bartek Janiszewski, który walczył podówczas z książką o Grzesiuku (Król życia).#ferajnaUsłuchałem go i z wydawcą dogadałem się w trymiga. „Jak zacząć?” – myślałem. #umowaO książce nie powiedziałem prawie nikomu i dłubałem ją długimi wieczorami, jak krzywe freski. Pisanie kosztowało dużo pokory wobec słowa. By tekst oddać na czas, zarwałem ostatnie kilkanaście nocy i odsprzedałem bilety na Polska–Niemcy na Euro 2016.#euro2016 #FIFA #nawałka Sądziłem, że jeśli nie wyrobię się przed terminem, biologicznie rzecz ujmując umrę. Stało się to dopiero, kiedy oddałem tekst, pisząc ostatnią partię od 6 rano w niedzielę do 11 w dzień w poniedziałek. Kawę zastąpiła adrenalina, gdy o 4 rano microsoft office wywalił plik i było blisko utraty 30 stron rozdziału. Po wysłaniu maszynopisu spałem dobę. Obudził mnie dźwięk Gmaila, pisał wydawca: „wszystko świetnie, ale zamiast pdf–a ze zdjęciami, poprosimy plik tekstowy bez fotografii”. Miałem wrażenie, że dostanę zaraz udaru. Kiedy się już wyspałem, a wydawca powiedział, że „dobra robota”, zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy. #warsztat #storytelling

    Pisząc książkę o Tyrmandzie, przewertowałem tony notatek i zapisków. Czymś, co przyszło do mnie z zaskoczenia, była bliskość czyjegoś, pisarskiego życia, gdy, jak w soczewce, zobaczyłem zmaganie tego faceta z losem. Walkę o swoje teksty i wyrywanie kawałka tortu, choć nie za wszelką cenę. Jego pierwsze artykuły sportowe. Nieudane wiersze spisane we Frankfurcie i powrót do Frankfurtu na łamach Filipa.Złegoz kolorytem Warszawy, którą kochał. Dziennik 1954, napisany w duchu orwellowskiego Roku 1984. Odwrót od obiecującego homary i dolary nowojorskiego establishmentu. Walkę o epikureizm w swojej publicystyce. W archiwach po Tyrmandzie są setki, tysiące tekstów. Codziennie wstawał o 6 rano i pisał, redagował, pisał i redagował – mimo, że Ameryka za zielone czeki chciała coś w zamian. Polityczną lojalność, którą odrzucił. #usa #fromherotozero Dbał o wizerunek, jedna z moich rozmówczyń nazywała go 'arbitrum eleganciarium’, ale na instragramie nie miałby zasięgów. Jego marynarka, koszula i skarpetki nie były bowiem facebookowym wcieleniem ani diariuszem przemian na talerzu. Ubierał się dla własnego poczucia godności.#fashion #ciuchy #różyc #bikiniarze #dżolerBywał, a i owszem, ale nie oznaczał się w postach, a jedynie zbierał skrzętnie bileciki i zaproszenia, potem gryzdał na nich notatki, sporo z nich przetrwało pół wieku w tyrmandowych pudłach.#notebook #dyletant Branża? Przyjaźnił się z pisarzami, z tymi, których szanował. Wielu przychodziło z nieetycznymi propozycjami, tłumaczyli się z życiowych wyborów, ich czoło pokrywał pot. Jest piękna scena w Dzienniku 1954,gdy siedzi na kolacji u Koźniewskich. I ci mówią mu, że chyba nie jest mu tak źle w tej komunie: ma koszulę przecież, marynarkę, coś tam pisze… W rzeczywistości wykrawał materiał z pleców koszuli i dosztukowywał u krawca kołnierzyk. Ubranie wciąż wyglądało, jak nowe, mimo, że dziura na plecach rosła. Gdyby Lolek miał w połowie lat 50. jakiś lemowski opton czy inny teleekran, napisałby na Facebooku, że „taka sytuacja”. #takasytuacja#tyrmand #prl #bida.

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Podobnie Herbert. W latach 50. dorabia jako chronometrażysta w spółdzielni produkującej… budziki. #poezja#toughlife #pancogito

    Konwicki działa w zespole filmowym. Z Tyrmandem obaj wstają o świcie, piszą do 10, potem spotykają się na kawę, dyskutują o sztuce.#wniebowstapienie Są literatami, zgodnie ze słownikową definicją. Obaj pisywali sportowe kolumny, obaj do starości oglądać będą w telewizji tenisowe mecze, bo tylka ta dyscyplina przywoła im w pamięci olimpizm i ducha fair play. Piszą reportaże i scenariusze filmowe. To Konwicki pomaga Lolkowi w realizacji Naprawdę wczoraj, główne role zagrają Tyszkiewicz i Łapicki. #cinemagram

    Tyrmand albo Konwicki wiedzieli, że piszą, by ich czytano. Nie wiedzieli, co przyniesie przyszłość, tak, jak Baczyński nie wiedział czy wojna się skończy, a Tyrmand – czy komuna w Polsce upadnie. Pisali, bo tak im podpowiadało serce. Nie roili sobie nadziei, że kiedyś ktoś się dowie, jak to było naprawdę, a wtedy ich uhonoruje, nazwie ich imieniem jakiś pasaż czy ulicę. Nie liczyli na to – i na tym właśnie ich pisarskie życie polegało. Nie dzielili się swoją niedolą w trybie live. Żyli z tą niedolą, starali się ją akceptować i ubogacać nią duszę swoją oraz te czytelnicze. Była to, w gruncie rzeczy, bardzo samotna droga. Pozostawały tylko maszyny do pisania, cholernie ciężkie i bez baterii. Albo notesy i pióra, bez powerbanków. #reallife

    Leopold Tyrmand zmarł 19 marca 1985 roku w nieswoim domu, w Fort Myers na Florydzie. Złapał się za serce i runął na ziemię jak długi. Kilka lat później jego syn przechadzał się po Central Parku i zobaczył na straganie książkę ze swoim nazwiskiem. Był to Zły.#deathatflorida

    Badanie życia pisarza skłoniło mnie do zostania pisarzem. A jak zostać pisarzem?

    Po pierwsze, pisania nauczyć się trzeba tak, jak chodzenia. To drugie następuje mniej więcej po roku, a pisanie?.. Są podręczniki, które obiecują stworzenie książki w miesiąc. Ciasto z paczki też można wypiec w kwadrans, posypać brokatem i podać na złotej paterze… Pisarstwo nie obiecuje niczego, prócz bólu. Serca, wątroby lub mózgu – zależnie od usytuowania najwrażliwszych na egzystencję ośrodków nerwowych. I żadna aktywność na instagramie tego bólu nie uśpi. #nopainnogame

    Po drugie, życie pisarza nie jest usłane różami, a rachunkami, które wpycha pod drzwi nieprzychylny, niepisarski świat. Nikt pisarzowi nie powie, jak negocjować, jak niepodpalać się gonitwą, w którą wrzucają go społecznościowe media i wydawcy. „Czy da pan radę cztery książki w roku?”, pytają. Ale dlaczego miałbym „dać radę”? Dlaczego rzecz rozchodzi się wokół dawania rady, a nie dawania światu możliwie najlepszych, książkowych wypieków? Wokół pisarza wciąż toczy się wydawnicza gonitwa. Na rynek wchodzą nowi pisarze, wychodzą nowe książki. Gdzie wydać, kiedy wydać? Sami pisarze nawet mają problem z rozróżnieniem, co jest prawdą, a co nie. Siedzieliśmy swego czasu z Robertem Małeckim, dzieląc się swoimi perypetiami, aż w końcu obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

      • Żartujesz? – mówił. – U mnie było jeszcze gorzej!

      • Nieprawda, u mnie! – przekonywałem.

    Słupki, zasięgi, promocje, opinie, recenzje. Żeby wejść w rynek, trzeba wiedzieć dużo więcej, niż kiedyś. Brać na klatę, nie marudzić, przetrzymać. Nie wystarczy talent i miłość do książek. Choć bardzo bym chciał, żeby tak było. Nie obraziłbym się za powrót do czasów terkoczących maszyn do pisania. #publishers #share

    Po trzecie, życie pisarza nie polega na kawie z pianką każdego dnia, choć zasięgi to lubią. To raczej prokrastynacja, znana większości z nas albo desperacka próba wyrwania się z zaklętego kręgu domowizmy. Zaliczyłem wszystkie kawiarnie w moim Toruniu i wiem, że nie ma lepszego miejsca, niż biblioteka albo dom. Dom z wysłużonym fotelem, na którym napisałem trzy książki. Oparcie się siepie, kot zostawia kłaki. Na parapecie po roku hibernacji zakwitł nam hiacynt. Jest bliższy mojemu sercu, niż kwiaty ze wszystkich kawiarni świata. #workplace

    Po czwartek, życie pisarza nie polega też na ciągnięciu rozmów na Facebooku, bo nie z ich powodu pisarz jest pisarzem, choć bardzo to lubi robić, bo nie musi wtedy pisać. Ci, co ich stać, mają swoich ludzi od social mediów, ale się do tego nie przyznają. Czemu nie piszemy do swojego fryzjera czy hydraulika. Powinniśmy! Jestem przekonany, że ci majstrzy mają o wiele więcej do powiedzenia o życiu, niż niejeden z nas. Oni znają sól życia! #lifeislife

    Pasaż Tyrmanda w Warszawie, fot: Marcel Woźniak

    Miało być o Tyrmandzie, a zrobiłem jak Kapuściński. Był w tym jednak pewien trick. Czy gdyby dziś konta w mediach społecznościowych miał Leopold Tyrmand, wrzucałby zdjęcie z Kawiarni u Literatów, oznaczając na fotce Konwickiego i Herberta? #writerslife

    W ich czasach pisarskie życie wpozostało niedostępne dla czytelników. Był zatem nimb wielkiej pani autor i pana autora, obiektów szacunku i westchnień. I był też samotny pan autor i pani autorka klepiący biedę, kruszący ostatne suchary na stosie niesprzedanch rękopisów. Pisarskie życie objawiało się więc po prostu w obranej przez pisarza drodze. Ta droga nie skadała obietnic, prócz tej jednej, że będzie się przed pisarzem wiła i spływała atramentem. Widać to bardzo na łamach Dziennika 1954.#journey #pisanie #dziennik1954

    Siedzę dziś w tej kawiarni z premedytacją, za oknem już pociemniało, sąsiad z wielkim łokciem zniknął. Chciałem patrzeć na Plac Trzech Krzyży i myśleć o Tyrmandzie, wyobrażać sobie, że przechodzi za oknem. Co by powiedział na darmowe wifi? #hotspot

    Przed wyjściem, wyjmuję z plecaka biografię Tyrmanda i piszę dedykację dla tych, którzy tu kiedyś wejdą i usiądą nad kawą z pianką. W środku jest wskazówka, jak trafić do Pasażu Tyrmanda i czemu Plac Trzech Krzyży. Obsługa lokalu jest zaskoczona. Dodaję pytanie o media społecznościowe, może jakiś pościk… Niestety, fanpage idzie centralnie, to sieciówka. Zostawiam książkę na półce.#nerocoffee #plactrzechkrzyzy

    Szaja dzwoni. Obejrzał nagranie z kawiarni, wrzuci zapowiedź na Facebooka. Żaden z nas nie jest kotem akceptowanym za robienie zasięgów, ale jaramy się książkami. #PR

    Do Torunia dojeżdżam o 23:01.

    Co tak patrzysz? – pyta moja narzeczona, gdy od pół godziny wlampiam się bez ruchu w ekran.

    A wiesz, chciałem mieć taki pisarski look. Ja, zamyślony nad książką…

    Acha, acha. Myślałam, że po–pro-stu myślisz nad czymś, niepisarsko – mówi z uroczą kpiną. – Teraz mam pełen obraz.

    Śmiejemy się chwilę. Bliskie osoby najlepiej wiedzą, jak się żyje z pisarką czy pisarzem. Mają też wpływ na jego głowę, temperują go. Mogłyby powiedzieć „wziąłbyś się do jakiejś roboty”. Ale zamiast tego wspierają i wierzą. Jak czytelnicy, tylko, że bardziej. No i czytają, jako pierwsi.#koszmar #misery

    Idę ze śmieciami. Po napisaniu tego zdania nie wierzę, że napisałem je w felietonie. No więc, śmietnik. Ostatni łyk powietrza przed powrotem nad klawiaturę. Mam opowiadanie do wykończenia. A może ono ma mnie?..

    Wracam. Siadam. Już 19 marca, rocznica śmierci Lolka. Jego syn, Matthew, przesłał pozdrowienia z plaży na Florydzie. Fort Myers jest niedaleko stamtąd.

    Kawa grzeje się w termicznym kubku. Dysk szumi. Hiacynt rośnie. Kot przejmuje kontrolę nad światem. Jeszcze tysiąc znaków i spać, jeszcze tylko jeden trup na kartce. Żeby być pisarzem bowiem – jak mówi mistrz Stephen King – trzeba czytać i pisać. Tylko czemu doba jest tak krótka? #read #write

    #autor

  • „Są takie rany, których nie wyleczy żaden plaster”. Rozmowa z Małgorzatą Rogalą

    Śmiało można użyć nieśmiertelnego sformułowania: „tylko dla ludzi o mocnych nerwach”. Książka Małgorzaty Rogali to historia Weroniki, której najpierw zgwałcono i zamordowano matkę, a kilka lat później ofiarą takiej samej zbrodni padła jej najlepsza przyjaciółka. Zwyrodnialec wciąż jest na wolności, nie ma żadnych śladów, nie ma tropów. Jak go złapać? Weronika za namową swojej sąsiadki, zatrudnia się w szkole – na tym samym stanowisku, na którym pracowała zamordowana przyjaciółka. Co uda się jej odkryć? Czy mordercę kobiet znajdzie w pokoju nauczycielskim, czy sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana? Kto kogo kryje i dlaczego? Była zbrodnia, ale czy będzie kara? Przeczytajcie „Kiedyś Cię odnajdę”, a zupełnie inaczej spojrzycie na Wasze relacje z rodziną, ze znajomymi…

  • Dlaczego warto…czytać mniej? Marcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznijmy od ciekawostki: wiecie czym jest przeciążenie informacyjne? W dużym skrócie i uproszczeniu jest to sytuacja, w której otrzymujemy tak wiele różnych informacji, że nasz umysł nie wytrzymuje i przestaje je rejestrować. To znaczy nadal przepływają one przez naszą głowę, ale przestajemy mieć wpływ na to, co w niej zostaje, nie analizujemy też, czy dana wiadomość to szum czy informacja w jakiś sposób dla nas istotna. Oczywiście w zaistniałych okolicznościach nie jesteśmy też w stanie zweryfikować samego komunikatu. Najczęściej polegamy więc na tym, co się nam powie.

    Kilka lat temu znany brytyjski mentalista Derren Brown eksperymentował z przeciążeniem informacyjnym próbując płacić sprzedawcom w sklepach czystymi kartkami papieru zamiast pieniędzmi. Zanim jednak sięgał po portfel, wciągał ich w konwersacje w których zasypywał ich tyloma różnymi komunikatami – jednocześnie wymagając tak wielu różnych odpowiedzi – że jego rozmówca zwyczajnie się gubił. Czy naprawdę do tego stopnia, by jego umysł nie rozróżniał białych kartek od pieniędzy? Tak twierdzi Brown i jego ukryta kamera.

    Niezależnie jednak od tego, czy rzeczywiście tak było w tamtym przypadku czy nie, przeciążenie informacyjne nie tylko istnieje, ale doświadczamy go na co dzień. Czym innym bowiem wytłumaczyć, że nie reagujemy na jawne próby zrobienia nas w durnia?

    Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Hasła reklamowe na książkach. Niby drobiazg, bo któżby się nimi kierował, ale z drugiej strony są ważne, bo to często te zdania, które zapadają w pamięć. Zawarty w jednym, dwóch zdaniach komunikat, który niczym haczyk ma się wbić w nasze mózgi i tam zostać aż świadomie zainteresujemy się tytułem. Nie musi być prawdziwy. Ba, czasem jest paskudną, kłamliwą bzdurą, którą ktoś tworzy z pełną premedytacją, wiedząc, że w zalewie informacji, nikt nie będzie hasła analizował, zastanawiał się nad nim. Po prostu przyjmie i już.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    By nie być gołosłownym. Niedawno znalazłem w księgarni piąty tom książki Michaela Dobbsa „House of cards” wydanego w Polsce nakładem wydawnictwa Znak Literanova. A na nim, nad nazwiskiem autora hasło:

    „Książka na podstawie której powstał najpopularniejszy serial XXI wieku”.

    Brzmi mocno, prawda? Dumnie dla wydawcy, że dorwał taki tytuł i zachęcająco dla czytelnika, bo przecież najlepszy serial wieku to nie w kij dmuchał. Nawet jeśli ten wiek trwa dopiero niecałe dwadzieścia lat. Tyle, że to całkowita nieprawda!

    Gwoli przypomnienia lub uświadomienia na spokojnie: chodzi o ten sam wiek, w którym HBO zaprezentowała między innymi: „Kompanię braci”, „Rodzinę Soprano” czy, uwaga, uwaga, „Grę o tron”!

    To to samo stulecie w którym pojawiły się mało u nas popularne, ale uwielbiane i chętnie oglądane w Stanach seriale takie jak „The Walking Dead” czy „Supernatural”. To stulecie doktora House’a, którego oglądaliśmy przecież tak chętnie. Że już nie wspomnę nawet o wszelkich CSI, NCIS, które rosną w sezony i pączkują spin-offami albo o sitcomach jak chociażby te od Chucka Lorre’a: „The Big Bang Theory” i jeszcze popularniejsze „Two and half man” ze średnią oglądalnością powyżej piętnastu milionów widzów!

    W całym tym serialowym zamieszaniu serialowy „House of Cards” to ledwie średniak, w dodatku z oglądalnością spadającą sukcesywnie aż do dramatycznych jak na tak kosztowną produkcję wyników oglądalności szóstego sezonu.

    Czyli uraczono nas ordynarnym kłamstwem. Ofiarowano brownowskie białe kartki papieru, a my się nie zorientowaliśmy, po prostu przyjmując informację świadomie, albo podświadomie. A często, co jeszcze gorsze, puszczamy później taki bzdurny slogan w świat zwiększając szum czyli tym samym generując idealną sytuację dla coraz większych przeciążeń.

    Inny przypadek to głośna ostatnio sprawa wydawnictwa Agora, które jednego dnia chwali się tym, że wykupiło erotyczny magazyn „Twój weekend” aby go zamknąć i w ten oto sposób symbolicznie domknąć też erę seksizmu i przedmiotowego traktowania kobiet. To samo wydawnictwo chwali się, że podpisało kontrakt z Blanką Lipińską i wyda trzeci tom jej pornograficznej serii, w której kobiety traktowane są jako seksualne zabawki. Dwa newsy podane nam w przeciągu miesiąca. Gdyby nie przeciążenie informacyjne, pewnie zarejestrowalibyśmy, że ktoś tutaj robi z nas kretynki i kretynów, ale w sytuacji, w której się znaleźliśmy nikt nie ma na to wolnych zasobów. Rejestrujemy więc te dwa wydarzenia jako zupełnie ze sobą niepowiązane.

    Jak to działa w praktyce? W poradniku „Pisanie na chłodno” najpopularniejszy polski pisarz Remigiusz Mróz mówi o tym jak powstają jego książki. Mówi między innymi o pisaniu około dwudziestu stron dziennie, dzień w dzień przez cały rok. Powinno dać nam do myślenia, bo przecież taka liczba stron każdego dnia to proszenie się o przeciążenie umysłu w tydzień, dwa. A co dopiero w skali roku, czy – jak w przypadku Remigiusza – kilku lat? Nie da się analizować tylu informacji w takim tempie i Remigiusz nie jest od tej reguły wyjątkiem, a właśnie idealnym przykładem. W jego prozie łatwo zauważyć iż nie analizuje on przyswojonych informacji, a po prostu je wprowadza. Nie zauważa też, że stoją one w sprzeczności z tymi już wprowadzonymi wcześniej. I nic dziwnego, bo zwyczajnie nie ma na to czasu.

    Jednocześnie, co bardzo ironiczne, nikt tego przykładu nie widzi. Bo fakt, że w zasadzie większość książek Remigiusza nie spina się fabularnie, jest kompletnie nielogiczna, a rozwiązania nieprzemyślane i pretekstowe nie ma znaczenia, gdy my sami, przeciążeni, nie analizujemy dostarczanych nam informacji. Przeciążenie informacyjne autora, skutkujące taką a nie inną książką, zderza się z przeciążeniem informacyjnym odbiorcy, którego szum tak już zobojętnił i wyjałowił, że ten nie poddaje czytanych treści pod wątpliwość.

    Wróćmy jeszcze na chwilę do Derrena Browna. Mentalista próbował sztuczki w kilku miejscach – w sklepie rybnym, u jubilera – i udawało się wszędzie, tylko nie… u ulicznego sprzedawcy hot-dogów. Dlaczego? Bo tego człowieka ulica nauczyła odpowiednich reakcji. Kilka razy się pewnie sparzył, wiedział, że wielu będzie go chciało oszukać i już na dzień dobry poddawał pod wątpliwość intencje klientów. I patrzył im na ręce.

    www.unsplash.com/Aris Sfakianakis

    Ktoś zapyta: czy tego właśnie chcesz? Żeby czytelnicy patrzyli pisarzom i wydawcom na ręce, zakładając, że ci mogą ich oszukać? I odpowiadam: TAK! Dokładnie tego chcę!

    Chcę, żebyśmy zrozumieli wreszcie, że należy pieprzyć wszystkie blogowe wyzwania czytelnicze, czy systemowe zachęty do czytania większej liczby książek! Nie powinniśmy się wstydzić tego, że jako Polacy czytamy mało, tylko tego, że czytamy nieudolnie, że nie umiemy czytać! Że idąc na ilość wzmagamy szum informacyjny i wspomniane wyżej przeciążenie, a bzdurnym gadaniem, że o gustach się nie dyskutuje zamykamy usta wszystkim, którzy mogliby nas przed czymkolwiek przestrzec. Oczywiście, że dyskutuje się o gustach! Nie dyskutujemy w zasadzie o niczym innym!

    Wyśmienity amerykański komik George Carlin powiedział kiedyś, że ważne jest nie tyle uczenie ludzi czytania, ale uczenie ich wątpienia w to co czytają, kwestionowanie tego. Tylko wtedy to ma sens. I nieważne czy bierzemy do ręki kryminał czy zbiór reportaży. Szczerze mówiąc wolałbym, żeby przeciętny czytelnik, podejmujący wyzwanie pięćdziesięciu dwóch książek rocznie przeczytał zamiast tego sześć, po jednej na dwa miesiące. Ale przeczytał naprawdę, zastanawiając się nad motywacjami bohaterów, zastanawiając czy podane przez autora rozwiązanie ma sens czy nie. Bo często nie ma!

    Chciałbym, by wybierał lektury uważnie. By, wchodząc do księgarni, wziął do ręki książkę, przeczytał hasło na okładce i zapytał: naprawdę? Najpopularniejszy serial ostatnich dwudziestu lat? Sprawdźmy, mam przecież telefon z Internetem. A! Mam Was, kłamliwe gnojki! Ten serial nie jest nawet w pierwszej dwudziestce! To pieprzę Waszą książkę, oszuści!

    Bo przy obecnym szumie informacyjnym i sposobie dobierania lektur, przy obecnym naszym podejściu do procesu czytania, przeciążeniu, możemy właściwie wchodzić do księgarni i brać książki na chybił trafił. I tak nie będzie to miało najmniejszego znaczenia.

    Jakub Ćwiek

  • „Szmata” jest w każdym z nas?

    Historia umiejscowiona w piłkarskiej szatni, ale nie oszukujmy się – wybory, przed którymi stoją bohaterowie „Szmaty” stoją przed każdym z nas. Czy sprawiedliwy gest wykonany w przeszłości może wrócić pod postacią napiętnowania? Owszem, może. Czy są pytania, na które w życiu bardzo trudno znaleźć odpowiedź i wybrać najlepszą drogę? Jak wiemy, były, są, będą. Co musi się stać, żeby z postaci niemal pomnikowej zrobić szmatę? Cześć osób zwraca uwagę na tę książkę, bo napisał ją były piłkarz, jednak powinniście ją przeczytać, bo to naprawdę dobrze napisana powieść. Nie ma znaczenia, czy byliście kiedyś w piłkarskiej szatni, a nawet na meczu. „Szmatę” ma w sobie każdy z nas, ale najważniejsze jest to, żeby nikt nie dał nam pretekstu do wyciągnięcia jej na światło dzienne. Przenieście się z Tomaszem Łapińskim w świat piłki nożnej, pokus, sprzedajnych kolegów z drużyny i powędrujcie z nim w głąb. Również siebie. 

     

  • „Czasem stuletnia książka może być nic niewarta”. Kulisy działania antykwariatu

    Znajdujecie na strychu lub w piwnicy dziesiątki starych książek. Pierwsza myśl? Pewnie taka, że zaniesiecie je do antykwariatu i wyjdziecie bogatsi o co najmniej kilkaset złotych. Brzmi pięknie, ale trzeba mieć dużo szczęścia, żeby książka, którą chcecie sprzedać, była cenna dla kolekcjonerów. O jej wartości świadczy wiele rzeczy, np. czy to jest pierwsze wydanie? Czy jest z autografem, a jeszcze lepiej, z dedykacją? W jakim jest stanie? Okazuje się, że nie zawsze stary egzemplarz musi być wart fortunę. Zajrzeliśmy z kamerą do Antykwariatu Kwadryga, obejrzyjcie rozmowę, a dowiecie się, że z książkami jest jak z muzyką – są różne mody, że rozkład kolejowy z lat trzydziestych ubiegłego wieku może być warty nawet kilkaset złotych, a także o tym, że encyklopedia, która była kiedyś warta pół malucha, teraz nadaje się tylko na makulaturę. Jak wygląda praca antykwariatu od kulis? Zobaczcie.

     

  • „Audiobook to nie książka”, marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Natrafiłem ostatnio na stwierdzenie, że książki w formie audiobooków to najlepsze, co mogło się przytrafić czytelnikom. Przecież można ich słuchać robiąc pranie, obiad, sprzątając, wyprowadzając psa, prowadząc samochód, rzeźbiąc w drewnie czy układając płytki w łazience. No i pięknie, ale audiobook to nie książka. Nie i koniec.

    Nie jest tak, że nie lubię audiobooków. Zwyczajnie nie jest to format stworzony dla mnie. Nie potrafię się na tyle wciągnąć w historię, którą słyszę lub mam słyszeć przez naście godzin, by odebrać ją tak, jak życzyłby sobie tego autor. I tutaj mam największy problem z rzeczonymi audiobookami, bo nie mam nad nimi kontroli. Nie wiem, jak to wygląda w przypadku innych autorów, ale mniemam, że podobnie. Format powstaje i tyle.

    Pracowałem jako copywriter i zdarzało mi się, że tworzyłem radiówki. Krótkie formaty: 10 i 15 sekund plus tyłówka. Czasem wpadało coś dłuższego, ale to maksymalnie 25 plus 5 na stałą końcówkę. Tworzyłem formaty dla bardzo dużej i bardzo poważnej firmy, której nazwy mówić mi nie wolno, ale zawsze była to dla mnie przyjemność. Stworzenie czegoś, co potem leciało w radiu – dokładnie w takiej formie, jakiej  sobie zażyczyłem. Stworzenie skryptu było jednym z moich zadań, ale kolejnym było uczestniczenie w nagraniu. Na ile sposobów można powiedzieć dwa, trzy zdania, żeby zmieścić się w 10 sekundach? Na więcej, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić.

    www.unsplash.com/Dan LeFebvre

    Tak więc siedziałem w studinagraniowym z kartką, na której miałem swoje teksty i słuchałem jak lektor raz za razem powtarza te same zdania. Tutaj dajmy akcent na to słowo. Może trochę szybciej, a może jednak trochę wolniej. Nie, nie całość, ale ostatnie pół zdania. Nagranie formatu dziesięciosekundowego potrafiło zająć nam czasem dziesięć minut, a czasem pół godziny. I każda z tych wersji czymś się od siebie różniła. Jednak jako twórca miałem nad nimi kontrolę. W mniejszym lub większym stopniu. Tak samo jak przy pisaniu powieści.

    To, kiedy złamię konkretny akapit i zdecyduję się na danie większego światła w tekście, zależy ode mnie. Przełamania są dla mnie ważne, bo pozwalają na odpowiednie granie z tempem opowieści. Krótkie zdania tak samo. W moim przypadku tekst nie powstaje tylko po to, żeby przekazać konkretne informacje, ale po to, żeby przekazać je w odpowiedni sposób. W przypadku audiobooka nie mam nad tym żadnej kontroli, a interpretacja zależy od lektora. Więc finalnie słuchacz otrzymuje tekst przefiltrowany przez zewnętrzną osobę.

    Nie to, żebym narzekał na lektora, który czytał „Aortę”, „Krew” czy „Serce”. Tomasz Sobczak zrobił to po swojemu, ale w duchu moich powieści. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo przesłuchałem jedynie fragmenty audiobooków. Dalej jednak to zupełnie inny tekst, niż ten, który ja stworzyłem, choć ułożony jest z tych samych słów, kropek i przecinków. I o ile w przypadku książki wydrukowanej czy pod postacią e-booka wiem, czego się spodziewać, to audiobook zawsze jest dla mnie niespodzianką.

    Nie wyobrażam sobie tego, ile czasu musiałoby zająć nagranie audiobooka, gdybym np. ja siedział w studio nagraniowym i razem z lektorem przechodzilibyśmy przez każde zdanie z książki. Pewnie do tej pory nagrywalibyśmy „Aortę”. Jednak otrzymalibyśmy na końcu coś, co byłoby bliższe mojemu wyobrażeniu. I dlatego właśnie nie uważam audiobooków za książki. Cieszę się, że powstają, ale dalej to coś zupełnie innego, niż wydrukowana powieść.

    Więc proszę, nie nazywajmy audiobooków książkami. Tak, jak nie nazywamy teatru telewizji filmem.

    Bartosz Szczygielski

  • „Zamieszkałem w Kambodży, żeby lepiej ją zrozumieć”, rozmowa z Wojciechem Tochmanem

    Chciał się przekonać, czy na pewno chce napisać o tym kraju książkę, więc skończył podróżować do Kambodży i po prostu zamieszkał tam na dwa lata. Nie był do końca przekonany, czy chce napisać tę książkę, jednak po przeczytaniu pewnego wywiadu z psychiatrą, podjął decyzję, której efektem jest „Pianie kogutów, płacz psów”. Tochman pokazuje jak wygląda Kambodża po ludobójstwie i rządach Pol Pota. Pisze o uwięzionych ludziach, samotności, pustce, ciemności. O tym, że Khmerzy Khmerom zgotowali ten los.

  • „Warszawa może być jak Szanghaj”, rozmowa z Dominiką Tarczoń

    Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w Warszawie. Niby nic wielkiego, ale dołóżcie do tego fakt, że jest to Warszawa za lat kilkaset, a wy żyjecie w podziemiach, bo być może promieniowanie słoneczne jest szkodliwe. Poukładaliście to sobie? Dobrze, idźmy dalej. Jesteście oskarżeni o morderstwo, a co gorsza, znaliście ofiarę. Sprawa się komplikuje, nie? Jest jednak nadzieja na oczyszczenie się z zarzutów – musicie wykonać skomplikowaną misję. W towarzystwie Pisarza trzeba się przedrzeć na Powiśle, a tam… Dobra, starczy. Sami dajcie się zabrać w tę podróż, a przewodniczką będzie Dominika Tarczoń.