Kategoria: Aktualności

  • To był moment, czyli historia ślimaka, który ekspresowo wkurzył kuratorium oświaty

    Na dobranoc perypetie ślimaka, który zesłał na jedną z podstawówek w Olsztynie gniew kuratorium oświaty. Na tyle zezłościł jego przedstawicieli, że w szkole zarządzono kontrolę. Wszystko zaczęło się niewinnie, od podarowania przez jednego z rodziców szkolnej bibliotece książki „Kim jest ślimak Sam?”. Miało być jak w bajce, a wyszło jak u Mrożka. Czym zawinił sympatyczny Sam, bohater książki Jakuba Szamałka i Marii Pawłowskiej?

    Poszło o to, że w bajce ślimak nie może się zdecydować, czy jest chłopcem czy dziewczynką, więc szkolna psycholożka wysyła go z misją do lasu. Tam Sam dowiaduje się, że nie ma jednego „prawidłowego” sposobu życia i tworzenia rodziny. Jak na całe zamieszanie związane ze ślimakiem zareagowali autorzy? Łapcie krótką rozmowę.

    Jak się czujecie jako autorzy bajki, która zagraża prawidłowemu rozwojowi dzieci ze Szkoły Podstawowej nr 13 w Olsztynie?

    Przede wszystkim cieszymy się, że rodzice podarowali egzemplarz szkolnej bibliotece – bardzo nam miło, że ktoś pomyślał o naszym ślimaczku jako wartościowym dodatku do księgozbioru. Szkoda tylko, że przysporzyło to tyle kłopotów dyrekcji i nauczycielom oraz nauczycielkom. No, i oczywiście nie wydaje nam się, żeby ta książeczka stanowiła zagrożenie dla rozwoju dzieci. Chcielibyśmy myśleć, że wręcz przeciwnie – miała uczyć akceptacji, a przy okazji pokazać kilka ciekawostek ze świata zwierząt.

    Cała ta sytuacja bardziej Was śmieszy czy żenuje?

    Przede wszystkim nas smuci. Chociaż mamy też małą satysfakcję, że znaleźliśmy się na indeksie ksiąg zakazanych. 

    Kim jest ślimak Sam i czym naraził się przedstawicielom kuratorium?

    Ślimak Sam jest sympatycznym zwierzątkiem, które, w przeciwieństwie do innych uczniów i uczennic, nie jest pewne swojej płci (większość ślimaków jest hermafrodytyczna, to znaczy ma gonady obu płci). Początkowo wywołuje to konsternację i sprawia, że ślimaczek czuje się wykluczony, ale dzięki pomocy mądrej pedagożki kapibary odnajduje swoje miejsce w szkole i poznaje nowych przyjaciół. Kim jest Ślimak Sam” jest też naszym sprzeciwem na wykorzystywanie natury do usprawiedliwiania dyskryminacji. Homoseksualność oraz płynność płci występuje w naturze powszechnie – w przeciwieństwie do homofobii czy transfobii. Argument, że homoseksualizm jest „nienaturalny” jest wybitnie nietrafiony. Zaznaczmy przy tym, że to, czy coś jest naturalne czy nienaturalne – w sensie, czy występuje albo nie występuje u innych niż człowiek gatunków – nie powinno mieć żadnego znaczenia w tym, kto ma pełnię praw obywatelskich, a kto nie. Tu kierunek powinny wyznaczać prawa człowieka, a nie pseudobiologia.

    Książka wzbudzała już kontrowersje po prawej stronie sceny medialnej  w 2015 roku, chwilę po premierze. Dwa lata temu Sam nie spodobał się w Poznaniu, gdzie jeden z mieszkańców miasta zarzucił urzędniczce, że czytanie tej książki dzieciom „stoi w sprzeczności z wartościami rodzinnymi”. Ręce opadają?

    I czułki też. Naszym zdaniem ta książka jest jak najbardziej prorodzinna – na jej kartach pokazujemy wiele szczęśliwych rodzin. A to, że nie wszystkie wpisują się w model „tata plus mama plus dzieci”? Taka jest otaczająca nas rzeczywistość, czy się to komuś podoba, czy nie.

    Bajka o Samie kończy się happy endem, jak skończą się jej losy w polskich szkołach?

    Sami chcielibyśmy wiedzieć… Nasza książeczka ukazała się niedawno w Tajwanie, w przekładzie na mandaryński. Poleca ją tamtejsze Ministerstwo Edukacji. Może któregoś dnia i polska wersja doczeka się takiej rekomendacji.

  • Znana reżyserka napisała książkę o boreliozie

    Fani literatury znają Magdalenę Piekorz jako reżyserkę filmu „Pręgi”, który powstał na podstawie „Gnoju” Wojciecha Kuczoka. Już piętnastego maja w księgarniach pojawi się „Nieobecność” – książka Piekorz oparta na prawdziwej historii zmagań reżyserki z boreliozą.

    Dramatyczna opowieść o próbie, na jaką potrafi wystawić życie, i przezwyciężaniu słabości nieposłusznego ciała. Historia o tym, co może się stać, kiedy wszystko w jednej chwili wywraca się do góry nogami. To także gorzka relacja o służbie zdrowia: systemie bezradnym wobec choroby, która nie jest jeszcze do końca zbadana. To wreszcie opowieść o upadku i rozpaczliwej walce o życie.

    Ta historia zaczyna się jak romans…

    Pola jest tancerką Opery Wrocławskiej. Wraca z urlopu na próby spektaklu „Giselle”, w którym chciałaby zagrać tytułową rolę. Zatrudnienie przez dyrekcję teatru nowego choreografa daje nadzieję, że zmieni się także obsada, na co Pola po cichu liczy. W pociągu, którym wraca do rodzinnego Wrocławia, kobieta poznaje 35-letniego Krzysztofa. Mężczyzna jest nią wyraźnie zainteresowany. Mimo początkowych trudności znajomość zaczyna się rozwijać.

    Rozpoczynają się próby do spektaklu. Na krótko przed premierą Pola zaczyna źle się czuć. I choć Krzysztof uważa, że to zwykłe zmęczenie i stres, dziewczyna wie, że jej organizm nigdy się tak nie zachowywał. Mimo to „stawia się do pionu” i nie opuszcza spektaklu. Współautorką książki jest Ewa Kopsik. „Nieobecność” ukaże się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga. 

     

  • Znamy nominacje do Kryminalnej Piły!

    Emocje sięgnęły zenitu, organizatorzy podgrzewali atmosferę, bo niektórzy przez cały dzień odświeżali profil Kryminalnej Piły. W końcu są! Jedni się cieszą, inni smucą – jak to w życiu. Jedno jest pewne. Ktoś z poniższej piątki zgarnie tegoroczną nagrodę. Kto? O tym przekonamy się już w kwietniu. Łapcie komentarze nominowanych, które będą się pojawiały w miarę ich zdobywania. Nie wszyscy mogą odebrać telefon, albo dać się złapać na Facebooku 😉 Nominowani to: Małgorzata Rogala, Robert Małecki, Jacek Ostrowski, Ryszard Ćwirlej, Marek Krajewski. 

    Robert Małecki: „Ta nominacja jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem i nobilitacją. Cieszę się jak dziecko, bo konkurencja była ogromna i wytrawna! Mam nadzieję, że jurorom przypadł do gustu nie tylko mój nowy bohater, komisarz Bernard Gross, ale również  zimowy obraz Chełmży, niewielkiego miasta pod Toruniem, którego powieściowi mieszkańcy skrywają swoje mroczne tajemnice”.

    Małgorzata Rogala: O matko, weszłam na Facebooka, a ludzie piszą, że „Grzech zaniechania” nominowany do Kryminalnej Piły. Jedyna kobieta wśród nominowanych panów. Nie wiem, co mam powiedzieć, Panie Adamie, może to, że „Grzech…” jest poruszającą książką, i bardzo się cieszę, że została doceniona przez jury”.

    Ryszard Ćwirlej: „Jesteś siewcą dobrej nowiny, bo właśnie zmywam naczynia, nie widziałem jeszcze nominacji.  Bardzo się cieszę, bo przecież jestem już weteranem Kryminalnej Piły. Z tego co mówisz, to stawka jest bardzo wyrównana. Słyszałem sporo dobrego o książce Jacka Ostrowskiego, Robert Małecki jest odkryciem Kryminalnej Piły, Marek Krajewski to marka sama w sobie, a nazwisko Małgorzaty Rogali również nie jest mi obce”.

    Jacek Ostrowski: „Jestem bardzo zaskoczony i wzruszony. Tym bardziej, że to mój pierwszy pełnokrwisty kryminał. Cieszę się, że coraz więcej czytelników i krytyków zaczyna darzyć sympatią Zuzę Lewandowską”. 

     

     

     

     

     

     

  • Miłosz, Wałęsa, Chotomska. Wszyscy ludzie Kobiety Pracującej

    Pisała pamiętnik, miała problemy z arytmetyką, całe życie podporządkowała pracy, no i tak, żadnej pracy się nie bała. Dokładnie osiem lat temu zmarła Irena Kwiatkowska, którą już chyba na zawsze będziemy kojarzyć z serialem „Czterdziestolatek” oraz rolą Kobiety Pracującej. Jaka była prywatnie? Co ją łączyło z Czesławem Miłoszem? Dlaczego słuchała Radia Maryja i dlaczego miała dużo uwag do swojego wyglądu? O tym wszystkim, a także o wielu innych sprawach związanych z aktorką, rozmawiam z Marcinem Wilkiem, autorem książki „Kwiatkowska. Żarty się skończyły”. Za nami zobaczycie Teatr Syrena, czyli miejsce bardzo ważne dla bohaterki książki.

  • Wiosna, ach to ty! Co przeczytać w marcu?

    Wiosna (nie łączyć z polityką) zbliża się wielkimi krokami, w końcu będzie można czytać w plenerze. Może jeszcze nie w marcu, chociaż pewnie będą takie dni, że usiądziemy z lekturą na ławce. Co przeczytać? Co wybrać? Na co wydać pieniądze? Serwuję Wam listę książek, które bym kupił w ciemno. Czy skorzystacie, to już zależy od Was, ale polecam. Smacznego! Aha, klikając na okładki, przeniesiecie się na stronę ze szczegółami dotyczącymi danej książki. 

  • „Czytelnictwo – jak przez Ministerstwo (nie) jest promowane. Lutowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W połowie lutego Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło wyniki programu „Promocja czytelnictwa”. Od razu pojawiły się głosy krytyczne, bo dofinansowania nie dostał chociażby Festiwal Conrada czy Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Ale moim zdaniem są poważniejsze powody do zmartwienia.

    Oczywiście „Conrada” jest żal. To w końcu najważniejsza chyba impreza literacka w Polsce. Licząca się do tego w Europie. Taka, na którą chętnie przyjeżdżają gwiazdy światowego formatu. Ale też nie mam wątpliwości, że ze wsparciem ministerstwa lub nie, festiwal sobie poradzi. Znajdą się inni sponsorzy. Swoje być może dołożą czytelnicy, bo przykład Europejskiego Centrum Solidarności pokazuje, że jest to możliwe. Na pewno nie będzie łatwo. Być może będzie skromniej. Ale festiwal sobie poradzi. Podobnie z Literackim Sopotem. Zresztą, odejście od dofinansowania dużych imprez literackich być może nawet, zaryzykuję taką tezę miałoby jakiś sens, gdyby zamiast tego stała za tym jakaś głębsza myśl. Ja jednak niestety takiej nie widzę.

     

    Literacki Sopot, fot: smakksiazki.pl

    Osobiście mnie boli, że dotacji nie dostały takie imprezy jak Festiwal Literacki Góry Literatury, Festiwal MiedziankaFest czy Festiwal im. Zygmunta Haupta w Gorlicach. Wszystkie trzy prezentują bardzo wysoki poziom. Mają już swoją markę. I przede wszystkim, odbywają się nie w wielkich miastach, ale w często zaniedbanych kulturalnie miasteczkach. Wydaje mi się, że jest coś niesamowicie pozytywnego i ważnego w tym, że do takich miejscowości jak Gorlice, Miedzianka czy Nowa Ruda przyjeżdżają najważniejsze nazwiska polskiej literatury. I mogą tam liczyć na wspaniałą publiczność. Dzieją się przy tym jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, następuje aktywizacja i integracja lokalnej społeczności. Widziałem to na własne oczy. Mieszkańcy, organizatorzy, wolontariusze – wszyscy są niewiarygodnie (i słusznie) dumni z tego, co udało im się osiągnąć. Wkładają w organizację festiwalu ogromną ilość pracy i robią wszystko, żeby kolejna edycja była jeszcze lepsza od poprzednich. Po drugie, w Polsce powoli wykształca się pewna moda na jeżdżenie na letnie festiwale literackie (Góry Literatury i MiedziankaFest). Pojawiła się publiczność, która lubi swój urlop spędzać jeżdżąc po Polsce za ulubionymi autorami. To zjawisko, które należałoby wspierać i promować. Ministerstwo ma jednak inne plany. Jakie? Tego nie wiem.

    Nie wiem również w jaki sposób można promować literaturę, totalnie przy tym olewając literaturę gatunkową i komiks. Dotacji nie dostała żadna impreza związana z fantastyką, kryminałem czy horrorem. Żadna! Na wsparcie nie mogą liczyć festiwale kryminału, czy to takie, który miałby się odbyć w większym mieście, czy te z mniejszych ośrodków. Odpadły takie uznane konwenty fantastyczne jak Falkon i Pyrkon. Tymczasem, jak to napisał u siebie na Facebooku Marcin Zwierzchowski (publikujący min. w Nowej Fantastyce, Tygodniku Polityka) są to dla wielu młodych ludzi wydarzenia wręcz formacyjne. Dają możliwość odnalezienia, jak to określa publicysta – „swojego plemienia”. A ja się z nim absolutnie zgadzam. To właśnie na takich fanowskich imprezach można znaleźć podobnych nam miłośników gatunku. To tam poznamy swoich ulubionych pisarzy. Weźmiemy udział w prelekcjach, spotkaniach, warsztatach. I wreszcie, co najważniejsze – to najczęściej są imprezy, które powstają oddolnie. W oparciu o kluby fantastyki, czytelników kryminałów, środowiska fanowskie albo po prostu są dziełem garstki zapaleńców, którym kiedyś wpadł do głowy szalony pomysł. Jeśli gdzieś promować literaturę, czytelnictwo to właśnie tam! To ci ludzie wiedzą, czego pragną czytelnicy. Są na bieżąco z kulturalnymi zjawiskami, trendami i na bieżąco na nie reagują. Dają czytelnikom to, czego ci oczekują i pozwalają zdobyć nowych. Tymczasem Ministerstwo z jakiegoś powodu postanowiło nie zauważyć ich ciężkiej pracy.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Kto w takim razie dostał dotację? 180 tysięcy złotych przypadnie Fundacji Augusta hr. Cieszkowskiego na produkcję programu telewizyjnego „Kronos”. Nawet zakładając, że audycja jest wartościowa, to niech mi ktoś wytłumaczy w jaki sposób program typu gadającej głowy (na czarnym tle), emitowany na antenie niszowej TVP Kultura miałby promować czytelnictwo. To dla mnie przykład skrajny, ale dużo jest w wynikach konkursu inicjatyw, które z założenia są kierowane do bardzo ograniczonego grona osób. Do specjalistów w danych dziedzinach. Czytelników już zaangażowanych. Wręcz wyrafinowanych. Pewnie tym wszystkim działaniom przydałoby się ministerialne wsparcie, ale czy koniecznie z programu, który ma promować czytelnictwo!? W obecnej sytuacji trzeba zachęcać ludzi, żeby w ogóle wzięli książkę do ręki, a nie przekonywać ich zapoznania się z twórczością awangardowych poetów czy mało znanych, trudnych pisarzy.

    A na koniec odrobina optymizmu. W ramach programu spore kwoty wyłożono na promocję czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży. Nawet biorąc pod uwagę, że przynajmniej część tych projektów budzi moje poważne wątpliwości, to widać w tym jakąś głębszą myśl. Mam nadzieję, że przyniesie do pozytywne skutki. No i drugi powód do optymizmu – jest jeszcze czas na złożenie odwołania. Co prawda pula pieniędzy jest dużo mniejsza, ale jest szansa, że Ministerstwo naprawi część swoich błędów.

    Wojciech Chmielarz

  • Autorze, szacunek do twojej pracy to ja mam gdzieś

    Nie jestem święty. Zdarzało mi się ściągać z sieci filmy czy seriale, do których dostępu w legalny sposób nie miałem. Czy jestem z tego dumny? Nie. Czy robię to dalej? Też nie, a od kiedy korzystam z Netflix czy HBO GO, to już w ogóle nie mam pojęcia, co dzieje się po tej złej stronie Internetów. Książek nie ściągałem z nielegalnych źródeł nigdy, ale widać jestem wyjątkowy, bo dużo osób to robi, a autora ma po prostu w dupie.

    Serce”, moja ostatnia książka, zawitała do księgarń 13 lutego. Dzień przed Walentynkami, cudownym okresem, gdzie miłość pojawia się w każdej sklepowej witrynie i nawet osiedlowe nurki rzygają wtedy tęczą. No po prostu różowo do kwadratu. Szkoda tylko, że kilka dni po tym święcie dostałem maila, który dosadnie pokazał mi, że moja praca jest gówno warta. Przynajmniej dla niektórych.

    Ustawiłem Alert Google na interesującą mnie frazę, bo przecież może się zdarzyć, że jakiś ciekawy tekst do mnie nie trafi. Wiadomo, ktoś nie oznaczy, coś przegapię itd. I takiego maila dostaję raz w tygodniu, ale poważnie zastanawiam się nad tym, czy z funkcjonalności nie zrezygnować, bo jedyne co uzyskałem to wkurw. Wprawdzie Google napisało do mnie, że jest kilka recenzji czy zapowiedzi, ale dostarczyło mi także sporo linków do mojej książki. Torrenty, fora internetowe i portale, szumnie reklamujące się „darmowymi” e-bookami. Klikasz i masz.

    www.unsplash.com/rawpixel

    Co mam z tego ja? Egoistyczny, nastawiony na zysk autor? Mam wkurwa, ale to już zapewne wiecie. Wiem, że nie da się zapobiec rozpowszechnianiu e-booków. Serio, zdaję sobie z tego sprawę, bo przecież przez lata przyzwyczailiśmy się, że w Internecie to wszystko jest za darmo. Książki jak widać także, bo nikt na tym nie ucierpi, prawda? Tylko, że cierpi i to nie sam autor, któremu po ściągnięciu z Chomika, nie wpadnie na konto 1,50 zł, ale czytelnik.

    Każdy taki ściągnięty plik to mniejsza liczba w Excelu, która świadczy o opłacalności inwestycji. Inwestycji, którą jestem w tym wypadku ja. Wydawnictwo wykłada pieniądze na zaliczkę, korekty, redakcję, druk, wystawki w Empiku (szok, co nie?) i marketing. I te pieniądze zwrócić się powinny, jeżeli mam napisać kolejną książkę. Bo i po co inwestować w kogoś, kto nie przynosi zysków? Dla samej idei? Bądźmy realistami.

    Nie mam pojęcia, ile osób ściąga moje książki lub w ogóle jakiekolwiek powieści z nielegalnych źródeł. Podejrzewam jednak, że trochę ich może być, bo inaczej by się na nich nie pojawiały. Dostając Alert Google uderzyło mnie to, jak powszechnie dostępna jest moja książka i jak niewiele potrzeba, by mieć ją za darmo. Za to, żeby zniknęła z takich serwisów, to już droga przez jebaną mękę. Serio, spróbujcie sami. Na Chomiku trzeba zgłosić to samodzielnie, bo choć istnieje tam link do oficjalnego sklepu, to widocznie algorytmy nie wyszukują innych treści, które do niego nie prowadzą. Znaczy wiem, że wyszukują, tylko serwisowi się to nie opłaca.

    Ja, jako właściciel praw, muszę:

    – podać swój adres korespondencyjny

    – wkleić linki prowadzące do materiałów

    – napisać obszerne wyjaśnienie w tym określić, jaki to rodzaj pliku, bo przecież sam link tego nie weryfikuje (kurwa, serio?).

    A na koniec dostaje jeszcze taką oto notkę: „Zgodnie z przepisami dotyczącymi świadczenia usług drogą elektroniczną, możemy uniemożliwić dostęp do plików jedynie w reakcji na urzędowe zawiadomienie lub wiarygodne zgłoszenie. Prosimy wypełnić powyższe dane, by zgłoszenie spełniało warunek wiarygodności. Proszę pamiętać, że podane informacje mogą zostać przekazane osobie, która dostarczyła materiały podejrzane o łamanie zasad, w celu umożliwienia jej złożenia wyjaśnień.”

    www.unsplash.com/freestocks.org

    Ciekawe tylko, czy moje dane kontaktowe także zostaną udostępnione użytkownikowi, który postanowił podjebać moją książkę, a następnie wrzucić ją do serwisu. Jakoś wątpię, żeby on musiał wypełniać tyle pól, by uwodnić swoje prawa do danego tytułu. Prędzej tylko odhaczył zapis w regulaminie, którego nie czytał, a który chroni go lepiej, niż mnie.

    Ja wiem, ja rozumiem, że to walka z wiatrakami, bo serwisów jak Chomikuj, jest więcej, niż ja miałem pryszczy na czole w liceum. I tak, książki są drogie. E-booki są drogie. Audiobooki są drogie. To nie są produkty pierwszej potrzeby, ale spokojnie, już niedługo nie będzie tego problemu. Zwyczajnie nikomu nie będzie opłacało się wydawać książek innych, niż te z Empikowej topki.

    Pora pogodzić się ze smutną rzeczywistością i uświadomić sobie jedno.

    Jakość nie zawsze idzie w parze z popularnością, a Excel jest bogiem.

    P.S. Tak, felieton zawierał przekleństwa, bo jestem zawiedziony tą sytuacją. A jak ktoś mi powie, że przecież książkę trzeba najpierw sprawdzić, zanim się ją kupi, to odsyłam go do Legimi, gdzie za niewielką opłatę miesięczną mamy nieograniczony dostęp do tysięcy książek. I niech nikt mi więcej nie mówi, że książki są drogie.

    Bartosz Szczygielski

  • Sztokholm, miasto uwodziciel

    Jeśli uwielbiacie Skandynawię, a konkretnie Szwecję, a jeszcze konkretniej Sztokholm, to tej książki nie możecie przeoczyć. Sama autorka mówi, że stolica Szwecji to sprytny uwodziciel. Jakie to miasto jest naprawdę? Co kryją w sobie dzielnice Sztokholmu, jak wpływa na nie polityka, ile czasu zajmuje dotarcie z centrum na bezludną wysepkę? O tym wszystkim przeczytacie już na początku kwietnia, bo wtedy w księgarniach pojawi się najnowsza książka Katarzyny Tubylewicz „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”. Poczujcie przedsmak, zobaczcie wideo.

  • „Samotność w sieci dwa zero”, lutowy felieton Jakuba Ćwieka

    Nigdy nie byłem fanem książki, do której tytułu pozwoliłem sobie nawiązać, ale teraz jak nigdy wcześniej mam wrażenie, że jej przekaz jest mi bliski.

    Kiedy w 2005 roku rozpoczynałem swoją przygodę pisarską – jako początek tej konkretnie przygody celowo wskazuję rok debiutu, nie napisania pierwszych tekstów – byłem już mocno zaangażowanym środowiskowo fanem fantastyki. Regularnie jeździłem na konwenty, gdy była okazja wygłaszałem prelekcje albo organizowałem konkursy i ogólnie robiłem tyle, ile się dało, by się środowisku przysłużyć. Bo, to myślę ważne, traktowałem te wydarzenia jako coś, co fani robią dla fanów. Trochę jak – pozwolę sobie użyć porównania mego przyjaciela, Piotra W. Cholewy – składkowe ognisko, gdzie każdy się dorzuca, a i tak przynosi, co może. Jeden kiełbasę, drugi gitarę, śpiewnik i masę zapału…

    Gdy zadebiutowałem książkowo, nie zmieniłem podejścia. Wciąż najważniejsze było dla mnie spotkanie z fanami, rozmawianie z nimi, spędzanie czasu. Jedyna różnica była taka, że część spośród tych fanów była już nie tylko fanami fantastyki ogólnie, ale także moimi i moich książek. To była nowa sytuacja, w której musiałem się odnaleźć.

    Czy mi się udało, czy nie, to temat na osobne rozważania. Ważne jest jednak, żeby podkreślić, że od 2005 roku do 2011 odbyłem kilkaset spotkań autorskich, średnio pięćdziesiąt na rok, a rekordowo prawie dwa razy więcej. I jeżdżąc tak od Przemyśla po Szczecin i od Olsztyna po Kłodzko nieustannie powtarzałem, że to najlepsza część mojej pracy. Ten nieustanny kontakt z ludźmi, możliwość porozmawiania z nimi, napicia się piwa. Chciałem kontaktu z czytelnikami nie dlatego, że podbudowywało to moje ego – chociaż, nie ukrywajmy, to też miało znaczenie – ale przede wszystkim dlatego, że lubię rozmawiać z ludźmi. Lubię ich słuchać, spierać się z nimi i zgadzać. Inspirować ich i dać im się zainspirować. Dość powiedzieć, że wielu moich fantastycznych przyjaciół, nauczycieli różnych dziedzin życia poznałem dzięki temu, że czytali moje książki!

    Ktoś może zapytać, skąd taki, a nie inny czasowy przedział w zdaniach powyżej. Dlaczego wspominam o 2011 roku? Otóż wtedy właśnie, o ile pamięć mnie nie myli, powstał mój fanpage na Facebooku.

    Byłem jednym z pierwszych autorów, którzy się na to zdecydowali. Współpracowałem akurat z pewną agencją Social Mediową, budując dla niej komunikację dla kilku dużych marek i byłem pod wrażeniem tego, co działo się wokół mnie. To były początki tej branży w Polsce, wiele zasad się dopiero kształtowało, ale powietrze aż iskrzyło potencjałem. Dla mnie, człowieka, który w jednej chwili był na Facebooku Królem Sobieskim i uczył, jak nie przeklinać na fanpage’u wódki, innym razem cwaniackim podrywaczem rodem ze starych reklam dezodorantów AXE, a wreszcie troskliwym wsparciem dla matek w ramach Mothercare, najważniejsze było jednak to, że ludzie chcą w sieci rozmawiać. I to rozmawiać inaczej niż na hermetycznych forach, na których muszą się logować, zapisywać i regularnie sprawdzać, co się dzieje. Tu pojawiałeś się, lubiłeś i komentowałeś. Buńczuczne hasła, że oto Internet dorobi się wreszcie komunikacji dwukierunkowej pełną gębą zdawały się działać.

    www.unsplash.com/Glen Carrie

    Nie będę krył, czułem się wielki, gdy mój fanpage przekraczał kolejne granice polubień. Gdy mój prywatny Facebook, na który przyjmowałem każdego dorobił się najpierw tysiąca, potem dwóch, wreszcie prawie pięciu tysięcy znajomych. Każdy mój wpis był, tak czułem, wypowiedzią z wysokiej katedry. Był przemówieniem, ale i spotkaniem autorskim w wersji online. Opcją dla moich czytelników zderzenia się ze mną we własnym domu. A potem przyszły rozczarowania.

    Pierwszym było spostrzeżenie, że ludziom nie chce się czytać. Wyrywane z kontekstu hasła, słowa klucze – prawdziwe lub nie – stanowią podstawę do dziesiątek komentarzy nie na temat. Chęć podzielenia się myślą nie wywołuje dyskusji, a jedynie kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt wzniesionych w górę kciuków. Wiem, jak utrzymać czytelniczą uwagę na spotkaniu autorskim, ale tu, w sieci, czuję się w tym względzie całkowicie bezradny. Trochę jak różnica między kinem, a Netfliksem, którego możesz zapauzować na siku, na odebranie telefonu czy cokolwiek innego. Korzyść czy strata?

    Drugie spostrzeżenie jest takie, że w sieci nie widzisz, kiedy odchodzi wzajemna fascynacja. Mam obecnie przeszło trzynaście tysięcy fanów w ramach mojego fanpage’a. I nie ma znaczenia czy to dużo, czy mało. Liczy się bardziej to, że ogrom tych ludzi zalajkował Jakuba Ćwieka, pyzatego typka, który zapylał z konwentu na konwent i obiecał, że domknie rozpoczętą i lubianą serię książek fantasy. Rzecz w tym, że to już dawno nie ja i już nam się z wieloma z tych wczesnych fanów drogi rozeszły. Im zmieniły się gusta, mnie pisarskie ambicje, a lajki na stronie wiszą. Jesteśmy jak stare małżeństwo, które już się nie kocha, może nawet nie lubi, ale też sobie nie wadzi. A że mieszkanie duże, można się mijać.

    Widać to szczególnie, gdy wrzucam jakiś post i promuję go na fanów strony. Jednocześnie z dużym odzewem na sam wpis pojawia się spory odpływ ludzi z fanpage’a. I oczyma wyobraźni widzę tego typka czy koleżankę, któremu wyskakuje nagle mój wpis, a on czy ona patrzą na niego zdziwieni: To ja go jeszcze w ogóle lubię? Ilu wtedy odkliknie, a ilu oleje, bo w końcu nie wyskakuję im aż tak często?

    Wspomniałem o targetowaniu. Nie żebym miał przeciwko, że Facebook chce na mnie zarabiać – w końcu w idealnym świecie ja też czerpię ze współpracy z nim korzyść – ale chyba nie umiem się odnaleźć w świecie, w którym płacę za to, że ktoś pomaga mi się narzucać ludziom. Widzę jednak różnicę między chęcią zbudowania więzi między czytelnikiem a autorem, relacji dwustronnej opartej na częstych rozmowach w sieci, a bezpośrednim przekazem reklamowym. Gdy umieszczam grafikę z zapowiedzią nowej książki czy spotkania, to płacąc za to, nie czuję się dziwnie. Ale gdy piszę tekst, w którym dzielę się jakimś przemyśleniem, odkryciem, mam z tym problem, którego nigdy nie miałem na autorskim.

    www.unsplash.com/Marc Schäfer

    Wiem, brzmię trochę jak zgorzkniały typ gadający truizmy. Rzecz jednak w tym, że z jednej strony czuję tę presję istnienia w świadomości społecznej, w social mediach, o której pisał tu kiedyś Wojtek Chmielarz. Z drugiej mam poczucie, że ulegając przystępności nowej formy komunikacji z odbiorcami, krok po kroku szedłem przez te lata na coraz mniej korzystne kompromisy. Najpierw skrócenie tekstów i złagodzenie ich przekazów – bo kto chce nieustannie wychodzić na pieniacza? Następnie pójście w zdjęcia kosztem tekstu. W filmiki kosztem notatek. W szybkie, znikające zaraz Instastory. Mówiąc krótko, obecne Social Media chcą, żebym wyrażał się krótko, szybko i możliwie za pomocą obrazka, a dodatkowo wynajmował specjalistów, którzy skutecznym nagabywaniem ściągną mi więcej ludzi, którzy sami z siebie raczej by do mnie nie przyszli.

    Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę znikać z social mediów, nie o to chodzi. Po prostu nie wiem czy jest w nich miejsce dla pisarza czy w ogóle gawędziarza, który tym właśnie chciałby pozostać. I choć bawi mnie wrzucenie takiej czy innej fotki na Insta, nie wiem czy chciałbym być człowiekiem pozą, chodzącym bon-motem. Czy naprawdę chcę, jak to już parę razy robiłem w przeszłości, zabiegać o uwagę sztuczkami, jakie wyniosłem z agencyjnych czasów?

    Wiem natomiast jedno i z tym zamierzam coś wkrótce zrobić. Z przeszło trzynastu tysięcy ludzi na moim FP spora część musiałaby się dziś pewnie zastanowić, kim jestem. I to w zasadzie jedyne, co nas w tym momencie łączy. Czas to zmienić.

    Jakub Ćwiek