Kategoria: Aktualności

  • Premierowy fragment książki „M jak morderca. Karol Kot: wampir z Krakowa”

    Już 13 lutego premiera najnowszej książki Przemysława Semczuka. Tym razem autor wziął na warsztat seryjnego mordercę z Krakowa – Karola Kota. Zanim przeczytacie całość, mam dla Was fragment. Jeśli wzbudzi zainteresowanie, możecie kliknąć w okładkę, przeniesiecie się na stronę, na której możecie książkę kupić. W okolicach dnia premiery na stronie pojawi się rozmowa z autorem, którą przeprowadziliśmy w Archiwum Narodowym w Krakowie, przed domem, w którym mieszkał Karol Kot oraz… Niech to ostatnie zostanie, póki co, tajemnicą. 

    Trzy szare warszawy przecinają krakowski Rynek Główny wzdłuż linii AB, łączącej ulicę Szczepańską z placem Mariackim.

    Wycieraczki miarowo zamiatają szyby, strącając strugi rzęsistego deszczu. Leje nieprzerwanie od kilku dni. W Krakowie temperatura spadła do ośmiu stopni, ale w Zakopanem jest poniżej zera i zalega dwudziestocentymetrowa warstwa śniegu. Na Kasprowym Wierchu napadało niemal dwa metry. Nawet najstarsi górale nie pamiętają takiej wiosny.

    Z Małego Rynku wozy skręcają w ulicą Sienną. Dalej jadą wzdłuż Plant i na skrzyżowaniu Bohaterów Stalingradu włączają się do ruchu w Dietla. Pokonują kilkaset metrów, by przy skrzyżowaniu z Krakowską rozjechać się w różnych kierunkach. Nie na długo. Pierwsza warszawa spokojnie wjeżdża w odbijającą od Krakowskiej małą uliczkę, Meiselsa. Mija pachnącą świeżym chlebem piekarnię Spółdzielni Piekarniczej „Społem” i zatrzymuje się przed bramą realności z numerem drugim. Ostatniej kamienicy przed skrzyżowaniem z Augustiańską. Od tego miejsca Meiselsa przechodzi w Paulińską.

    Kierowca nie gasi silnika. Czterech mężczyzn siedzi w milczeniu. Odliczane uderzeniami wycieraczek sekundy wloką się w nieskończoność.

    Są! – Kierowca wskazuje dwa pozostałe wozy.

    Jedna warszawa pojawia się tuż przy skrzyżowaniu z Augustiańską. Parkuje na rogu, przy murze kościoła zakonu św. Augustyna. Druga wolno jedzie Paulińską, od strony kościoła Na Skałce.

    Oba wozy także nie gaszą silników, mają włączone światła i wycieraczki.

    Po chwili na rogu Augustiańskiej od strony Dietla pojawia się mężczyzna, w szarym płaszczu z postawionym do góry kołnierzem. Deszcz ścieka mu z ronda kapelusza, a na ramionach widać ciemne mokre plamy. Rozgląda się, obserwując po kolei zaparkowane wozy. Wreszcie uchyla kapelusz na widok samochodu stojącego przy Meiselsa.

    Akta Karola Kota znajdują się w Archiwum Narodowym w Krakowie Liczą ponad 20 tomów

    Idziemy! – padła krótka komenda mężczyzny siedzącego obok kierowcy.

    Trzech mężczyzn wysiada z wozu. Kierowca zostaje, nie gasząc silnika.

    Gdyby w kamienicy znajdował się bank, przypadkowy przechodzień mógłby pomyśleć, że to napad, jak w amerykańskim filmie gangsterskim. Albo przynajmniej zdjęcia do kolejnego odcinka telewizyjnej „Kobry”. Nie ma jednak ani banku, ani kamer.

    Wąski korytarz oświetla tylko jedna słaba żarówka. Więcej światła pada przez umieszczony nad drzwiami świetlik. Podłogę zdobią wytarte płytki przypominające szachownicę. Ich lata świetności dawno minęły. Brudne, niegdyś żółte ściany, dopełniają przygnębiającego obrazu krakowskiego Kazimierza. Dzielnicy o złej reputacji. Przed wojną kamienica przy Meiselsa 2 wyznaczała południową granicę tętniącego życiem żydowskiego Kazimierza. Należała do Żyda Aszkenazego, który w narożnej części budynku prowadził restaurację koszerną. Uciekając z Krakowa przed Niemcami, prosił swoich lokatorów, gojów, by zadbali o majątek. Za- dbali, prowadząc przez całą wojnę wyszynk. Po wojnie Aszkenazy nie wrócił. Chodziły słuchy, że zginął w Auschwitz. Nikt się tym nie zmartwił. Lokal działał do czasu, gdy zo- stał znacjonalizowany. A że w Krakowie bardziej niż pijackich mordowni brakowało izb mieszkalnych, zmieniono go w mieszkanie służbowe dla milicji.

    W czasie wojny wielu Żydów podzieliło los Aszkenazego. Niewielu wróciło na stare śmieci. Władze szybko zapełniły pustkę. Niestety, Kazimierz stał się siedliskiem lumpenproletariatu. Pełno tu było melin, w których handlowano bimbrem, paserów, prostytutek i złodziei. W żadnej innej dzielnicy nie dało się spotkać tylu typów spod ciemnej gwiazdy, co tu.

    Kamienica przy Meiselsa 2 miała sporo szczęścia. Zasiedlili ją przyzwoici obywatele.

    Pokonanie skrzypiących schodów na drugie piętro zajmuje ledwie chwilę. Na półpiętrze mężczyźni się zatrzymują. Jeden ostrożnie spogląda w górę. Piętro wyżej dostrzega postać w szarym płaszczu.

    Broń! – komenda pada przyciszonym głosem.

    Mężczyźni wyjmują i ostrożnie przeładowują pistole- ty. Potem wolno podchodzą kilka ostatnich schodów. Stają po obu stronach drzwi z numerem siedem. Jeden z nich puka trzy razy. Wewnątrz panuje głucha cisza. Puka jeszcze raz, tylko mocniej. Nadal nic. Ponawia pukanie, po którym w końcu słychać jakiś szmer. Ktoś podchodzi ostrożnie do drzwi i wygląda przez wizjer. Ale nie otwiera ani się nie odzywa. Kolejne pukanie także nie przynosi rezultatu.

    Co robimy?

    Czekamy – mężczyzna odpowiada bez namysłu przy- ciszonym głosem i puka kolejny raz. Spogląda na towarzyszy i wreszcie uderza kilka razy pięścią. – Otwierać! Milicja Obywatelska!

    Mężczyzna stojący pół piętra wyżej schodzi ostrożnie. – Jesteś pewien, że są w środku? – Tak jest, panie pułkowniku. Ojciec wyszedł wpół do siódmej. W środku są matka i dzieci. – Zostań tam. – Pułkownik kiwa głową, wydając rozkaz. – A my schodzimy na półpiętro. Trzeba się zastanowić, co robić.

    Schodzą kilka stopni niżej i zatrzymują się przy oknie wychodzącym na wąskie betonowe podwórko. Widać stąd niewielką galeryjkę, na którą prowadzą drzwi kuchenne mieszkania numer siedem. Od dawna są nieużywane, ale na wszelki wypadek i tego wyjścia pilnuje milicjant po cywilnemu. Siedzi skulony przy ścianie, wykorzystując niewielki gzyms do osłony przed deszczem.

    Andrzej – pułkownik zwraca się do jednego z milicjantów. – Biegnij na dół. Sprawdź posterunek na ulicy. Niech dają migiem znać, czy coś się dzieje. Może będzie próbował uciekać albo skoczy.

    Milicjant pospiesznie zbiega na dół. Pozostała dwójka wciąż czeka z pistoletami w dłoni. Nagle drzwi otwierają się i na korytarz wychodzi dziewczynka. Najwyżej dziesięcioletnia. Ma na sobie płaszczyk, a na plecach tornister. Milicjanci podrywają się, ale jest za późno. Mała zatrzaskuje drzwi i zbiega po schodach.

    Czekaj, mała! – Pułkownik zatrzymuje ją gestem ręki. – Mama jest w domu?

    Dziewczynka przez chwilę przygląda się nieufnie. – Jesteśmy z milicji. Widać, że to jej nie przekonuje. Odpowiada niepewnie, odwracając wzrok. – Śpi.

    A brat? – Lolek też śpi. – To może otwórz drzwi i obudź mamusię, musimy z nią porozmawiać. – Nie mam klucza. Muszę już iść, bo się spóźnię do szkoły. Milicjant cofa się, robiąc jej przejście. Minutę później na półpiętro wraca Andrzej. – Wszystko dobrze, nic się nie dzieje. Chłopaki z Augustiańskiej zauważyli, że ktoś wyglądał przez okno z pokoju na rogu. Obserwował ulicę. Ale nie widzieli, czy to mężczyzna, czy kobieta.

    Czyli mała kłamie. Nie śpią. – Panie pułkowniku, wyważamy drzwi? – Za duże ryzyko. Ma broń. Albo sobie coś zrobi, albo ktoś z nas oberwie. – Oficer zastanawia się przez chwilę. W końcu stanowczym głosem ponownie zwraca się do Andrzeja: – Weź kogoś z obstawy i pędź do zakładów remontowych na Rakowiecką. Przywieź tu ojca. I przypilnuj, aby miał przy sobie klucze.

  • Bukowce, czyli miejsce, które nie istnieje

    Pojechaliśmy do miasta, którego próżno szukać na mapie, ale dzięki wskazówkom Jędrzeja Pasierskiego, trafiliśmy. Znaleźliśmy też dom, który w „Roztopach” odgrywa bardzo ważną rolę. W tych wyjątkowych okolicznościach przyrody porozmawialiśmy o Beskidzie Niskim i Łemkach, lokalnym policjancie, zwanym Kojakiem, ale też o umieszczaniu akcji książki w bardzo małych miejscowościach. Nie zabrakło tematu Niny Warwiłow, która stara się rozwiązać kolejną skomplikowaną zagadkę oraz tajemniczego pana Pajdzika, który zimą jest królem okolicy.

    Jednak przede wszystkim, „Roztopy” to kryminał o samotności, miłości i przeszłości. Uważajcie, komu ufacie, bo niektórzy bohaterowie mogą Was zaskoczyć. Niekoniecznie pozytywnie.

  • Clinton i Patterson. Duet marzeń?

    Wyobraźcie sobie sytuację, gdy w wyniku ataku terrorystycznego Stany Zjednoczone są kompletnie odcięte od świata. Ludzie nie mają dostępu do swoich pieniędzy na koncie, nie działają telefony, zaczyna brakować wody. Sytuację może uratować tylko prezydent, który wymyka się z Białego Domu i… Przekonajcie się sami. Ta książka jest ciekawa nie tylko ze względu na fabułę, ale też na duet autorów. Bill Clinton dorzucił sporo smaczków z działaności Białego Domu i sekretów pracy prezydenta. Jest taki fragment, w którym książkowy prezydent upewnia się, że jego ochroniarze, którzy mają lecieć do kraju ogarniętego wojną nie mają małych dzieci. Sam jestem ciekaw, czy to prawdziwa praktyka. W każdym razie książkę warto przeczytać, a ja rozmawiam z doktorem Markiem Migalskim, politologiem z Uniwersytetu Śląskiego o tym, dlaczego Bill Clinton zdecydował się na bycie współautorem książki „Gdzie jest prezydent”. Czy zrobił to tylko dla pieniędzy?

     

  • Śmiertelna „Gra w oczko”

    MZKS-u Czarnocin nie szukajcie na piłkarskiej mapie Polski, jest fikcyjny. Jednak problemy i patologie w nim występujące – jak najbardziej realne. Już jutro premiera najnowszej książki Grzegorza Kalinowskiego. Jest sporo o hazardzie wśród piłkarzy, są kulisy świata telewizji, a także wielkiej polityki. Z rozmowy dowiecie się, że początek książki autor zawdzięcza opowieści Mateusza Borka, ile Kalinowskiego w książkowym dziennikarzu sportowym – Miśku, ale też o butach Moniki Olejnik. Zapraszam(y).

     

  • Gluten, Madagaskar, papryczki czili. Rozmowa z Michałem Kuźmińskim

    Ta rozmowa mogła trwać dwie godziny, bo Michał potrafi opowiadać nie tylko o kryminałach. Tym razem solo, tym razem o nauce oraz o kuchni. Czym jest Milenijny Bank Nasion, czym powinniśmy popijać papryczki czili, co ma wspólnego nutella z Madagaskarem i Amazonią? Czy jedzenie bezglutenowa to moda, a może jednak wpływa na nasze zdrowie? Jak hodować wiewiórkę syberyjską? Między innymi o tych sprawach rozmawiam z Michałem Kuźmińskim, autorem książki „Nauka w kuchni”, zapraszam. Dziękuję restauracji Ed Red w Krakowie za udostępnienie przestrzeni do nagrania materiału. 

     

  • „Praca na promie pozwoliła mi na pisanie książek”, rozmowa z Piotrem Rozmusem

    Świnoujście i Ystad zna jak własną kieszeń. Przez 8 lat pływał na tej trasie promem. Nie dziwi więc, że w swojej najnowszej książce pojawią się sceny na morzu. „Piętno mafii” nie jest jednak powieścią marynistyczną, a bardzo sprawnie napisanym thrillerem. Co więcej, Piotr Rozmus stworzył bohatera, którego uśmiercić nie może, bo czytelnicy mu tego nie wybaczą. Chodzi o Olgierda Merka, byłego policjanta, który życiorys ma bardziej skomplikowany niż obecna sytuacja polityczna Polski. Zestawiając ze sobą Ystad i policjant z przeszłością, mamy oczywiście przed oczami Kurta Walladenra, bohatera stworzonego przez Henninga Mankella. Merk jest tak dobrze skonstruowany, że Rozmus może spokojnie nim obdzielić jeszcze kilka powieści. Może nawet pójdzie w ślady skandynawskiego mistrza kryminału? Z autorem rozmawiam o włoskiej mafii, która zajmuje sporo miejsca w książce, o stracie bliskich, ale też rozrysowywaniu fabuły w trakcie czytania. Miejsce do rozmowy wybraliśmy nie przez przypadek, bo za rogiem jakiś mafiozo mógł się czaić 😉 Nie przedłużając – obejrzyjcie rozmowę, przeczytajcie książkę. Zanotujcie sobie także nazwisko autora, bo jeśli nie osiądzie na laurach, to może być o nim jeszcze głośno.

  • „Roztopy”, fragment powieści Jędrzeja Pasierskiego

    Wczoraj w swoim felietonie (klik) „Roztopy” chwalił Wojciech Chmielarz, że tak powiem, nie po próżnicy, bo to naprawdę dobra rzecz. Dziś łapcie fragment, a w środę (w dniu premiery) będzie rozmowa z Jędrzejem Pasierskim. Aha, będzie też książka do wygrania. Smacznego!

    Przez kilka następnych dni starała się o tym nie myśleć, lecz teraz, kiedy miała perspektywę nowego domu, stary stał się całkiem nie do zniesienia. Latem wszystko wyglądało korzystniej i ładniej pachniało. Teraz spróchniałe ściany waliły stęchlizną i z dnia na dzień robiło się coraz zimniej. Mogła wynająć znowu pokój w pensjonacie, może Łowiccy daliby jej żebraczą zniżkę. Hotel albo mieszkanie w Gorlicach stanowiły ostateczność: w krótkim czasie miasto zaczęło ją irytować tym, że wszyscy wszystko wiedzieli. W Gorlicach miała tylko zarabiać pieniądze, taki od początku był plan. Ale może ten plan nie był taki dobry.

    A kiedy w pewien deszczowy październikowy czwartek wróciła z pracy, obiecując sobie, że podejmie decyzję w weekend, przed domem i na schodkach prowadzących do drzwi zauważyła ślady. Męski rozmiar podeszwy z protektorem bardzo dobrze odciśniętej na błocie. Serce podeszło jej do gardła i przypomniała sobie o tym dziwnym czymś na tle lasu. Pchnęła drzwi: były otwarte. Zalała ją fala gorąca. Wycofała się na podwórze i wyrwała siekierę z pieńka, na którym rozrąbywała szczapy, kiedy jeszcze chciało jej się palić w piecu. Weszła do domu i zapaliła światło.

    Ktoś tu jest?! – zawołała.

    Ślad urywał się na klepisku w przedpokoju. A drewniana podłoga w kuchni była czysta. Joanna szła dalej, siekierę trzymała przed sobą.

    Obeszła dom, zaglądając też do ostatniego pokoju. Cokolwiek miała cennego, zostało na miejscu. Jeśli grasował tu złodziej, mógł połasić się na telewizor, na który przerzucała sobie filmy z laptopa. I sam komputer. Ale ten stał na miejscu, tak jak wieża wifi i drobny sprzęt kuchenny.

    Jednak ktoś wysunął szufladę biurka, papiery wyglądały na przetrząśnięte. A może zostawiła je w takim bałaganie? Gapiła się chwilę na wybebeszone biurko, usiłując sobie przypomnieć ostatnie dni, ale wspomnienia przysłaniała biała mgiełka. Zdenerwowana zanurkowała pod stół kuchenny, gdzie pod ruchomą klepką trzymała saszetkę z gotówką na zakupy dla Fuszary. Leżała na swoim miejscu.

    Joanna odetchnęła, a zaraz potem strasznie rozbolała ją głowa. Usiadła na krześle, dopiero po chwili przypominając sobie o strychu. Nie miała schodów, używała zwykłej drabiny. Poddasze było tak wilgotne i zakurzone, że weszła tam tylko raz.

    Wahała się. Mogła przecież pójść do Anety i Rafała. Albo pozostałych sąsiadów, których jeszcze nie poznała, choć wiedziała już, kto gdzie mieszka.

    A może to ktoś z nich do niej „zajrzał”? Na oko węszący, nieco obleśny Styczko pasował na włamywacza, ale tak samo pasował siwy rzeźbiarz, znajomy Łowickich. Na razie widziała go tylko z daleka. I co właściwie miała im powiedzieć? Czy drzwi stanowiły dowód włamania? Może zwyczajnie zapomniała zamknąć jena klucz? A ślady mogły należeć do każdego, nawet zbłąkanego turysty.

    Spoglądała w górę, jakby przeciekający strop miał odpowiedzieć, czy kogoś nad sobą kryje. Potem po prostu wstała i wspięła się po drabinie. Serce podchodziło jej do gardła, kiedy podniosła klapę strychu i wgramoliła się na podłogę. Pachniało tu mokrym sianem. Zapaliła latarkę w telefonie.

    Halo! – krzyknęła, kierując ostrze siekiery w stronę wyimaginowanego przeciwnika.

    Usłyszała trzepot albo tylko jej się zdawało, że coś przeleciało tuż koło głowy, muskając włosy. Odgarnęła je, omal nie raniąc się głowicą, a kiedy opanowała nerwy, zbadała każdy kąt przepastnego poddasza. Jeśli ktoś zakradł się do domu, musiał wyjść przed jej powrotem.

    Na dole wyjęła saszetkę z pieniędzmi i wrzuciła do torebki. Uznała, że bezpieczniej już będzie trzymać je w Karamedzie, nosić przy sobie lub oddać do banku.

    Wyszła na ganek. Noc była ciemna, cicha, wilgotna po deszczu. Zatrzasnęła skobel, zastanawiając się, czy zaśnie.

    Nie zasnęła.

    Tak samo jak następnej nocy, aż w końcu sięgnęła po nitrazepam i pogrążyła się w głębokim, choć krótkim śnie. A potem jechała już na lekach aż do 27 października. Kiedy półżywa ze zmęczenia wróciła z pracy, pod domem ktoś na nią czekał.

    Facet palił papierosa i oglądał budowany dom, jakby chciał go kupić. Ubrany w nieco brudną kurtkę i kalosze, spojrzał na nią i dostrzegła chytre oczka pośrodku czerwonej, zapuchniętej twarzy. Twarzy o bardzo niezdrowym odcieniu. Niski, mocno zbudowany mężczyzna miał w sobie coś dzikiego i małpiego i wcale jej się nie spodobał. Głos, którym przemówił, był jednak jedwabiście miękki.

    Mariusz Niciński – przedstawił się. – Słyszałem, że szuka pani majstra.

  • „Dlaczego boję się 2019 roku?” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jakub Szamałek, Jędrzej Pasierski i Bartosz Szczygielski, to trzech polskich autorów, z którymi rozpocząłem rok 2019. I każdy z nich napisał książkę co najmniej bardzo dobrą.

    O Jakubie Szamałku i jego „Cokolwiek wybierzesz” pisałem już sporo u siebie na facebooku. Tutaj powtórzę tylko, że to bardzo udana powieść. Dostępna jest już zresztą na rynku, więc każdy może po nią sięgnąć i sam się przekonać. Na powieści pozostałych dwóch autorów trzeba jeszcze kilka dni poczekać. Pierwszym z nich jest Jędrzej Pasierski ze swoimi „Roztopami”, czyli drugą częścią cyklu o podkomisarz Ninie Warwiłow. Pierwszy tom „Dom bez klamek” dział się w Warszawie. W drugim Pasierski wysyła swoją bohaterkę w Beskid Niski. Już tym mnie ujął, bo osobiście uważam, że dobre cykle kryminalne cechują się tym, że pierwszy tom dzieje się w wielkim mieście, a drugi w jakiejś zagubionej mieścinie w polskich górach (okej, na odczepnego może też być Sandomierz).

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl

    No dobra, ale teraz to już na poważnie. Pierwsza rzecz, która mnie ujęła w „Roztopach” to język. Pasierski po prostu pięknie pisze i trochę mu tego zazdroszczę. Jego zdania są precyzyjne, porównania i metafory trafione, a równocześnie jest w swoim pisaniu bardzo oszczędny. Nie ma tutaj żadnego zbędnego słowa. Przez tę powieść po prostu się płynie. Druga rzecz, to sama podkomisarz Nina Warwiłow. Świetnie zbudowana i przemyślana postać. Wieloznaczna, niekoniecznie kryształowa, czasami trudna, nieustępliwa. Bardzo prawdziwa, w taki zwyczajny, ale również fascynujący sposób. Nie chcę za dużo o niej tutaj opowiadać, żeby nie spoilerować, ale to taka bohaterka, o której można gadać i gadać, analizując jej kolejne decyzje życiowe. Zresztą, już po jednej takiej dyskusji jestem. No i wreszcie intryga. I to jest kolejna rzecz, za którą Pasierskiego muszę pochwalić. Bo to nawet nie chodzi o to, że ona się trzyma kupy, jest logiczna, a jedno wynika z drugiego. Nie. Przede wszystkim imponuje mi jej precyzja. Znowu, nie chcę za wiele zdradzać, ale jest w tej książce jeden element, który mnie absolutnie zachwycił. Element, na który wielu czytelników być może nawet nie zwróci uwagi, ale dla mnie jest dowodem tego, jak ta historia jest dokładnie przemyślana i zaplanowana. Tam nie ma ani jednej luźnej nitki. Chodzi o motywację jednej z postaci. Najpierw poznajemy jedną wersję. Która byłaby nawet wystarczająca. Odrobinę za prosta, ja sam kręciłbym nosem, ale w sumie to nawet, zawieszając trochę niewiarę, kupiłem ją. Ale potem Pasierski przedstawia nam drugą wersję tej samej historii. Tą prawdziwą. I tutaj kurczę zrobił na mnie wrażenie, bo już naprawdę nie miałem się do czego przyczepić. No i teraz najważniejsze – Pasierski mógł pójść na łatwiznę. Mógł zostać przy pierwszej wersji. Ale wybrał trudniejszą drogę. I wygrał na tym. Naprawdę od bardzo dawna nie czytałem tak dobrze skonstruowanego kryminału. Na jednym ze spotkań Pasierski powiedział, że odwołuje się do dziedzictwa Agathy Christie. Że to jest ten rodzaj kryminału, który najbardziej mu odpowiada. Powiem tak, „Roztopy” to książka współczesna i napisana w nowoczesny sposób. Ale czuć w nim ducha Christie. Naprawdę go czuć.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Z kolei Bartosz Szczygielski kończy „Sercem” swoją trylogię o komisarzu Gabrielu Bysiu z Pruszkowa. Od razu się przyznam, że czytałem tylko pierwszą i ostatnią część. Pierwsza, „Aorta” zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Niestety, miała jedną, bardzo dużą wadę konstrukcyjną, która mocno psuła odbiór całości. „Serce” jest już tych błędów pozbawione. Tak jak u Pasierskiego to bardzo solidnie przemyślana i przepracowana historia. Idzie do przodu, logicznie się rozwija i ma mocny finał. Bohaterowie są specyficzni, ale mocni i wyraziści. Przede wszystkim jednak Szczygielskiemu udało się w przeciągu pracy nad trzema książkami, coś czego niektórym innym autorom nie udaje się osiągnąć całe życie – dorobił się własnego stylu. Pisze więc Szczygielski powieści mroczne, ciężkie, brudne, często nieprzyjemne. Nie ma litości ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników. Nie oszczędzi nam niczego.

    Czytając „Serce” i mając w pamięci „Aortę” kiwałem z uznaniem głową nad rozwojem twórczym Szczygielskiego. To jest już inny pisarz niż przy debiucie. Znacznie lepszy i dojrzalszy. Ale mam też wrażenie, że bohaterowie wykreowani w pierwszej książce, wydawali się krępować autora. Nie pozwalali mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Przecież nie mógł zignorować tego, co opisał w poprzednich dwóch książkach. Musiał pozamykać wszystkie wątki, opowiedzieć historię Bysia do końca. I żeby była jasność – „Serce” to bardzo dobry kryminał. Ale aż boję się myśleć, co Szczygielski nam zaserwuje, kiedy będzie mógł opowiedzieć zupełnie nową i zupełnie świeżą historię. Boję się i nie mogę się doczekać.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    To chyba dobry moment, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego felietonu. Trzy pierwsze kryminały przeczytane w 2019 roku. Trzy znakomite książki. Odpowiadając żartobliwie – boję się, bo konkurencja w gatunku zrobiła się naprawdę ostra. A przecież to nie wszystko. Bardzo dobre recenzje zbiera Piotr Rozmus z „Piętnem mafii” i Marta Matyszczak z „Morderstwem w Hotelu Kattowitz”. Sporo szumu zaczyna robić wokół siebie Grzegorz Kalinowski z „Grą w oczko”. A to tylko dwa pierwsze miesiące tego roku! A co dalej? Następną książkę zapowiada Anna Kańtoch i Ryszard Ćwirlej. Plotkuje się o kolejnej pozycji od Marty Guzowskiej, a swój pierwszy kryminał ma wydać Jakub Ćwiek. Oj będzie się działo. Zobaczycie Państwo, 2019 to będzie bardzo dobry rok dla polskiego kryminału.

    Wojciech Chmielarz

  • „Podsumowując, czyli Nowy Rok, nowa ja”. Styczniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Ach, styczeń! Mój ulubiony miesiąc w roku, bo wtedy wszyscy nagle dostają wiatru w skrzydła. Siłownie zapełniają się pełnymi wigoru trzydziestolatkami ze słuchawkami w uszach, spada sprzedaż papierosów i alkoholu, a świat staje się po prostu piękniejszy. I nie szkodzi, że za oknem szaro, buty przemakają, a do roboty i tak trzeba chodzić. I w związku z tym, że nastał nam nowy rok, ja także mam pewne postanowienie. Czytał będę mniej.

    Czytanie stało się czymś ekskluzywnym, a przynajmniej tak wynika z moich obserwacji. A już na pewno takie jest w oczach wielu osób, które chętnie stają się „niestatystycznymi Polakami”, bo wiadomo, że ci statystyczni książek nie czytają. Nie jestem w stanie tego pojąć, bo sam proces czytania nie jest rzeczą specjalnie skomplikowaną. Czytanie ze zrozumieniem już tak, ale o tym za chwilę. Dobrze też wiemy, jak to wygląda ze statystykami. Ilekroć mówi się o stanie czytelnictwa, zawsze przywołuje się konkretny raport. Mało kto przywołuje wtedy liczebność próby, która za 2017 rok wynosiła… 3185 osób.

    www.unsplash.com/Susan Yin

    Nie da się jednak ukryć, że chyba nie czytamy za dużo. Małe księgarnie upadają, bo wygodniej jest pójść do centrum handlowego i tam coś kupić. Zresztą najtaniej i najlepiej to jest w sieci, więc sytuacja księgarni raczej nie ulegnie poprawie. Czemu jednak zamiast czytać więcej, moim postanowieniem noworocznym będzie czytanie mniej? Z prostego powodu – w czytaniu nie ma nic magicznego. Nie czyni mnie lepszym człowiekiem, a już na pewno nie stanę się nim czytając coś, co mnie po prostu męczy.

    I dlatego będę czytał mniej, a pozycje wybierał w prosty sposób. Kierując się intuicją i z polecenia osób, którym ufam w tej kwestii bezgranicznie. Mam to szczęście, że w swoim otoczeniu takie osoby mam. Niestety, nauczony doświadczeniem, wiem, że opinie znalezione w Internecie na niewiele się zdają. Często mam wrażenie, że powstają po przeczytaniu opisu książki, a nie jej samej. I tu dochodzę do kolejnego spostrzeżenia, a mianowicie tego, że czytać lubię ze zrozumieniem. Nie interesują mnie zapychacze umysłowe, bo od tego mam filmy. Kolorowe obrazki, które sprawiają, że się wyłączam. Jestem niestety chyba starej daty, bo książki według mnie powinny robić z głową coś innego.

    Czytanie dla samego czytania nie jest, a przynajmniej dla mnie, żadną wyższą formą rozrywki. Nie lubię też tego „ciśnienia”, które gdzieś tam zakotwiczono w mojej głowie i które nieustannie przypomina mi: czytaj więcej, bo jak nie czytasz, to jesteś głupi. Cóż, może i jestem, ale wiem też, że pochłanianie książki za książką prowadzi do jednego. Do zmęczenia materiału. Zaczyna się szukać czegoś, co wywoła w nas emocje, a z każdą kolejną lekturą jest po prostu coraz gorzej. Nic nie cieszy, nie sprawia przyjemności, a strony po prostu się przewraca, bo jak się tego nie robi, to jest się gorszym. Jest się tym smutnym, statystycznym Polakiem, który siedzi przed telewizorem i żłopie piwo.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Mnie taki czytelniczy marazm też dopadł. Książki przestały mi dawać przyjemność, a już na pewno nie taką, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Kartki leciały jedna za drugą, a ja czułem się tak, jakby oglądał coś, co już widziałem tysiąckroć. Może wybierałem zbyt podobne do siebie lektury, bo w większości były to kryminały. Może, nie wiem, ale to nieistotne. Uświadomiło mi to, że czytanie może po prostu… zmęczyć. Zaorać.

    Mam więc zamiar czytać mniej. Zrobić sobie detoks, który mam nadzieję doprowadzi do tego, że kolejna książką, za którą złapię, znów sprawi, że poczuję się jak dzieciak. Tak, że będę ją chłonął, a nie czytał. Przeżywał, a nie przekartkowywał. Brakuje mi tego uczucia. Brakuje mi tej dziecięcej zabawy z odkrywania. Odnajdywania smaczków i szczegółów utkanych przez autora. Potrzebuję odwyku i patrząc na to, jak i ile książek pojawia się na rynku, mam wrażenie, że taki odwyk przydałby się także wydawcom.

    Można wydawać i można czytać wszystko, jak leci. Można też czytać mniej i mieć z tego dziecięcą radość. Nawet jeżeli ma to oznaczać chwilowe odstawienie, bo jest ono warte emocji, które potem się pojawią.

    A przynajmniej taką mam nadzieję.

    Bartosz Szczygielski