Kategoria: Aktualności

  • „Obrazki z imprezy”, kolejny odcinek komiksowego cyklu Jakuba Ćwieka

    Mieliście kiedyś tak, że zaproszono was na przyjęcie kompletnie nie w waszych klimatach i nie z waszej bajki i wy najpierw się nieopatrznie zgodziliście, a potem usilnie staraliście się albo wymigać, albo chociaż dowiedzieć, czy będzie tam ktoś ze znajomych, ktoś do kogo będziecie się mogli przykleić?

    Jeżeli zdarzyło wam się to choć raz, myślę, że szybko zrozumiecie, na czym dokładnie polega mój kolejny pomysł na zachęcenie was do czytania komiksów. Chodzi o komiksowe kontynuacje czy adaptacje dzieł znanych z innych obszarów kultury.

    W Stanach jest to praktyka bardzo częsta. Jeżeli jakaś produkcja, czy to telewizyjna, czy filmowa, czy growa, zdoła zbudować sobie fandom – lub ma w sobie zalążki, potencjał na stanie się silnym, zgranym fandomem – wówczas któryś z mniejszych lub większych komiksowych graczy decyduje się wykupić licencję i albo zaadaptować już gotową historię, albo poszerzyć uniwersum danej postaci o komiks właśnie. Jeżeli spojrzeć z punktu widzenia wyłączenie ekonomicznego, przewaga komiksu nad książką jest jasna – komiks to w dużej mierze obrazy, a więc komunikacja wizualna. Dużo łatwiej zrobić gadżet w oparciu o postać, którą mamy skonkretyzowaną niż w oparciu o ogólne, nigdy nie doprecyzowane wyobrażenie na bazie książkowego opisu. Ale my nie o ekonomii i nie o materialnych zyskach będziemy tutaj mówić. Dużo bardziej interesować nas będzie to, jak wykorzystać ową sytuację dla pogłębienia zainteresowania komiksami.

    Zacznijmy od komiksowych kontynuacji bądź rozwinięć światów. Niezwykle popularny serial amerykańskiego scenarzysty Jossa Whedona (później reżysera dwóch pierwszych części Avengers) czyli „Buffy postrach wampirów” doczekał się siedmiu telewizyjnych sezonów. Byłoby więcej, ale koszty produkcji rosły, oglądalność malała, więc zdecydowano się zakończyć produkcję. Fani jednak domagali się dalszych przygód Buffy. Zdecydowano się na komiks i eksperyment zwany komiksem ruchomym, który jest czymś pośrednim między animacją a komiksem właśnie. I choć to drugie się nie przyjęło, dzięki komiksom fani Buffy poznali kolejne pięć sezonów jej przygód, a nowy wydawca, który właśnie odkupił licencję do pogromczyni wampirów, zapowiada kolejne zeszyty w styczniu 2019.

    Buffy jednak, choć mogliście się spotkać z tą postacią za sprawą Polsatu, TV4 czy kto tam ją jeszcze puszczał, to postać w Polsce raczej mało znana.

    Co więc powiecie na Wiedźmina? Ten sam komiksowy wydawca, który do niedawna odpowiadał za Buffy, czyli Dark Horse, wykupił licencję do opowieści o Białym Wilku i od tego czasu zdążył wypuścić szereg historii Geralta w tej formie. Swoją drogą warto tu wspomnieć, że jedna z tych komiksowych historii jest adaptacją jednego z wątków „Sezonu burz” czyli napisanej po latach powieści o Wiedźminie autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Warto się tym opowieściom przyjrzeć chociażby dlatego, że dadzą nam ogląd, jakie podejście do postaci mają Amerykanie, a więc w jakiś sposób czego – w kwestii klimatu, nastroju, akcentów, bo nie fabuły – możemy się spodziewać w serialu. Zwłaszcza, że nie musimy się męczyć sprowadzaniem tej historii, bo jest wydana w Polsce.

    Oba wspomniane powyżej przykłady, myślę, całkiem nieźle nadają się do podstawienia pod metaforę od której zacząłem. Przychodzimy na nieznaną nam imprezę – świat komiksowy – przyklejeni do znajomego (Wiedźmina) lub znajomej (Buffy). Dawno się nie widzieliśmy, wiemy, że generalnie z nim lub nią jest fajnie niezależnie od tego, dokąd pójdziemy, więc jesteśmy skłonni zaryzykować. Najwyżej nie będzie to najlepszy wieczór w życiu.

    Trochę inaczej ma się sprawa z komiksowymi adaptacjami. Tu częstym argumentem przeciwników jest stwierdzenie: po co mam czytać komiks, skoro mogę książkę? Nie jestem w ogólniaku, nie potrzebuję streszczeń. I owszem, takie komiksy będące niepotrzebnymi streszczeniami się zdarzają. Są nim chociażby komiksowy „Percy Jackson” Riordana czy… Biblia w wersji komiksowej. Rysowane przeciętnie, niewnoszące do opowieści niczego od siebie – ot gadżety.

    Ale inaczej sprawa ma się na przykład z wyśmienitymi, wydanymi w Polsce opowieściami o Parkerze Richarda Starka zaadaptowanymi na komiks przez świetnego artystę Darwyna Cooke’a.

    Polski odbiorca nie miał zbyt wielu okazji, by poznać postać Parkera. Mógł go zobaczyć pod zmienionym nazwiskiem w kilku filmach z których najbardziej znane są dwie adaptacje powieści „The Hunter”: w „Zbiegu z Alcatraz” miał twarz Lee Marvina a w „Godzinie zemsty” wcielił się w niego Mel Gibson.

    Pod swoim nazwiskiem bezwzględny złodziej kierujący się nade wszystko bandyckim honorem pojawił się na ekranie raz, w filmie „Parker” (adaptacja powieści „Flashfire”) i zagrał go wtedy Jason Statham.

    Dlaczego piszę najpierw o filmach? Powód jest prozaiczny. W Polsce, jeśli się nie mylę – a mylić się mogę, nie czuję się na tym polu ekspertem i bardzo proszę o korektę jeśli rozmijam się tu z prawdą – wydano tylko jedną książkę Starka o Parkerze czyli wspomnianą już „The Hunter”. W antykwariatach szukajcie filmowej okładki i tytułu „Godzina zemsty”. Albo…

    I tu wracamy do komiksu. Wyśmienita adaptacja Cooke’a to cztery książki Starka. Pierwsza to znany nam już „Łowca”, a kolejne to dalsze losy Parkera. Pierwszym co rzuca się w oczy to dominujący kolor, inny dla każdego tomu. Drugim, że planszami z tego komiksu chciałoby się wyklejać ściany. To niezwykłe jak, wydawać by się mogło, łagodną, trochę karykaturalną kreską artysta buduje solidny, gęsty nastrój opowieści z gatunku hard boiled. Zaskakujące jest też to, jak bardzo to medium pasuje do małomównego Parkera. Kadr komiksu łatwiej jest uczynić nieprzegadanym, zwłaszcza jeśli ma się pomysły na to, jak w nietuzinkowy sposób przedstawiać sceny. Cooke miał tych pomysłów sporo, przez co jego wersje wychodzą daleko poza ramy obrazkowo-słownego streszczenia dzieła. I dlatego tę opowieść czyta się tak wyjątkowo, niezależnie od tego czy zna się książkowy pierwowzór, czy nie.

    A może zamiast ze złodziejem, chcielibyście na przyjęcie wejść z… agentem Jej Królewskiej Mości? Jeśli tak, również macie taką możliwość, bo Bond w wydaniu komiksowym to historia nie tylko dobra, ale wręcz dużo lepsza niż ta z ostatnich kilku filmów. W dwóch wydanych w Polsce tomach jest i dobrze prowadzona narracja, i świetne dialogi, a ponadto wszystko to, co lubicie w Bondzie i kilka nowych pomysłów. Nazwisko odpowiedzialnego za scenariusz Warrena Ellisa może wam jeszcze nic nie mówić, ale pozwólcie, że 007 zapozna was ze sobą, a myślę, że przypadniecie sobie do gustu. Zwłaszcza jeśli w pobliżu kręcić się będzie Spider Jerusalem, sztandarowa postać Ellisa z jego komiksu „Transmetropolitan”.

    Przykłady można by mnożyć, a ja pozwolę sobie na to, by wśród tych wszystkich wyśmienitych tytułów wspomnieć o historii komiksowej, którą sam napisałem czyli „Kłamcy Viva l’Arte”. O ile wiem, komiks nie jest już dostępny w sprzedaży, więc nie traktujcie tego proszę jako reklamy. Wspominam o tej historii z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, jak wiele moja historyjka zyskała na rozbieżności początkowej wizji mojej i Dawida Pochopienia, który ją zilustrował. Groteskowa oniryczność jego kreski nadała tej opowiastce złowieszczości i mroku, o której bym nawet nie pomyślał, a która była jej bardzo potrzebna. Gdy potem, na kolejnym etapie, doszedł do nas Grzegorz Nita z paletą kolorów, nastrój komiksu znowu zmienił się całkowicie. Niesamowite było patrzeć na ten kalejdoskop i powiem wam, nie byłbym w stanie, na tamtym etapie mojego pisania, osiągnąć takiego nastroju, klimatu samym tylko słowem. Nie wiem czy dzisiaj bym umiał.

    Powód drugi to wspomniane przyjęcie. Choć wielu moich czytelników odbiło się czy to od samego medium, czy też od specyficznej, charakterystycznej kreski Dawida, to kilkakrotnie spotkałem się już z takimi, co właśnie z Kłamcą wybrali się na nasze przyjęcie. I nie żałują. Bo dzięki temu, że się odważyli, poznali mnóstwo fantastycznych historii skrojonych pod opowieści obrazkowe.

    Bardzo jestem ciekaw z kim wy postanowicie się wybrać…

    PS. Wielkim nieobecnym tego felietonu jest dla mnie Conan Barbarzyńca. Pierwotnie chciałem go tu umieścić, ale raz, że w połączeniu z Wiedźminem zdominowaliby imprezę, a dwa, że jest to postać tak dla mnie ważna, a przy okazji z takimi komiksowymi tradycjami (i przyszłością), że pozwolę sobie poświęcić mu w przyszłości cały tekst.

    Jakub Ćwiek

  • „Gra w oczko”, fragment najnowszej książki Grzegorza Kalinowskiego

    W mediach spędził 25 lat, więc więc, co pisze. W „Grze w oczko” odsłania kulisy telewizji i jej pracowników. Do tego piłka nożna, agencje modelek, lewe interesy, gangsterzy oraz policjanci. W książce znajdziecie gwiazdy z pierwszych stron gazet, wystarczy tylko pogłówkować, piłkarzy, ale też ustawione mecze. Dajcie się porwać Grzegorzowi Kalinowskiemu w podróż, po której inaczej spojrzycie na to wszystko to, co widzicie na ekranie. Premiera „Gry w oczko” już 30 stycznia. Smakksiazki.pl jest jednym z jej patronów medialnych. Zanim jednak rozmowa z autorem, łapcie fragment.

    Policja poinformowana, teraz firma. Joanna wybrała numer wydawcy newsów w jej stacji.

    Tu Aśka, przyślijcie kogoś, ale nie jakiegoś rysia, tylko samodzielnego reportera, mój sąsiad został zamordowany, to ten piłkarz Dawid Błochowiak.

    Było jeszcze gorzej niż pod alarmowym i na policji.

    Joanna! Fajnie, że dzwonisz! Takie gwiazdy rzadko zaszczycają nas telefonami. To miłe, że nie robi tego twój wydawca albo asystentka, tylko ty osobiście – ucieszył się wydawca Robert Gołębiewski. Znali się od dawna, pracowali kiedyś w radiu. – Co słychać?

    Gołąb… – podniosła głos. – Dawid Błochowiak leży w kałuży krwi, w głowie ma dziurę po kuli!

    Dzwoni Aśka Becker i mówi, że ma temat dla sportu!

    Błochowiak nie tylko nie ma już lewej nogi, ale i głowy! – Usłyszała, jak Gołąb drze się do załogi newsroomu.

    W tle nastąpił wybuch śmiechu.

    Kurwa mać, Robert, ja nie żartuję! Kurwa, do kogo mam zadzwonić? – krzyczała tak, jakby wszystkie stoły telewizyjnego świata pokrywała warstwa centymetrowego brudu. – Kurwa! Gołąb! Dotarło to do ciebie, czy mam dzwonić do Bożka?

    To, że wyszła z siebie i dodatkowo zagroziła telefonem do programowego sieci Waldemara Jaszczołta, którego nazywano Bożkiem Telewizji, natychmiast przyśpieszyło procedury. W dwie minuty później zdziwiony poseł Alfred Burczyk dowiedział się, że reporter nie przeprowadzi z nim umówionego wywiadu. Polityk nie mógł uwierzyć, że ekipa tak po prostu zawinęła się w okamgnieniu i wybiegła z sejmu. Po prostu ten reporter i ta kamera byli najbliżej domu Aśki Becker, ale Alfred Burczyk lider nowego, trzyosobowego koła poselskiego Rodło nie mógł tego wiedzieć.

    Reporter i operator z kamerą to za mało, żeby przykryć wszystkich. Efekt pełnej dominacji może dać tylko lajf, dlatego wóz satelitarny porzucił rysia i kamerę w sali konferencyjnej Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu na Bagateli. Organizatorzy konferencji, której tematem miała być sprzedaż do Afryki stu dwudziestu polskich kombajnów, byli niepocieszeni, przecież obiecano im lajfa! Starannie dobrali termin, a ich grupa kapitałowa, do której należeli, wykupiła reklamy przy magazynach biznesowych – to nie tak miało być! Rzecznik prasowy zbierał właśnie zjebkę od swoich szefów. Odwrotu nie było, ważni ludzie w telewizji, ci, z którymi się umawiali, powiedzieli twardo, że teraz na antenę wejdzie coś bardzo ważnego.

    www.unsplash.com/Jovaughn Stephens

    Wóz z czaszą satelitarną grzał na Powiśle, a ryś, czyli młody reporter będący asystentem redaktora, oraz operator mieli grać materiał „do puszki”. Poseł Burczyk, sprzedawcy rolniczych cudów, ekspert z zakresu drogownictwa, oraz medycyny, prawa i bankowości, który miał w studiu mówić o opóźnieniach w budowie autostrad, a i tak skończyć na programie swojej nacjonalistycznej partyjki, stadko polityków, które miało się rytualnie poobrzucać błotem – wszyscy oni spadli z anteny.

    Będą spadać też kolejni goście oraz programy i transmisje, było już jasne, że na jakiś czas przestanie obowiązywać ramówka programu. Liczono się nie tylko z łączeniami spod budynku, w którym doszło do zbrodni, ale także z konferencjami PZPN i policji.

    W telewizyjnej armii nastąpiła pełna mobilizacja i przegrupowanie wojsk. Główne siły koncentrowano teraz na temacie śmierci Dawida Błochowiaka, z telewizyjnego parkingu wyruszały dwie dodatkowe ekipy, a w newsroomie pisano wiadomość na czerwony pasek i szykowano się do wydania specjalnego. Grafik szukał zdjęcia Błochowiaka w koszulce z numerem 21, a sam szef wszystkich szefów Valdi Jaszczołt wymyślił tytuł do czołówki: ZAMORDOWANA NADZIEJA, bo przecież nestor polskich trenerów mówił o Oczku nie inaczej, jak tylko „nadzieja polskiej piłki”.

    Waldemar Jaszczołt był programowym całego holdingu, który w swoim kosmicznym, niedostępnym dla telewizyjnej gawiedzi gabinecie, przyjmował wielkich tego świata, czyli całą plejadę twarzy z okładek kolorowych czasopism. Serialowe aktorki, strongmanów, amantów prowadzących telewizyjne konkursy, wokalistki znane z jednego przeboju, a także tych, którzy byli znani z tego, że byli znani, chociaż nikt za cholerę nie mógł sobie przypomnieć z czego. Ze zwykłym personelem spotykał się w telewizyjnym barze, co miało podkreślać, że pępowina łączącą go z dziennikarskim dziedzictwem nie została jeszcze przecięta. W newsy angażował się na żywo tylko przy okazji zamachów i wojen, wielkich katastrof, konklawe oraz wyborów, czyli średnio raz na rok. Dzisiaj był właśnie ten dzień! Młodsi, którzy nie widzieli go w akcji, zrozumieli, dlaczego mówiono o nim „Bożek Telewizji”. Jaszczołt panował nad wszystkim jak dyrygent nad orkiestrą albo pilot wielkiego pasażerskiego samolotu nad pełną instrumentów pokładowych tablicą rozdzielczą. Był w swoim żywiole, wydawał rozkazy.

    Oczywiście już zadzwoniono do słynnego szkoleniowca, wybierano także numery innych ważnych ludzi futbolu oraz do znanych kibiców, aktorów, muzyków, literatów i – ma się rozumieć – polityków. Najpierw się ich nagra przez telefon, a później wymagluje w studiu. Jeden komunikat i nastąpiło przebudzenie mocy, zupełnie jak pod numerem 112, gdzie ruszył łańcuch: patrol policji, zgłoszenie na pogotowie, kryminalni…

    Machiny policji i telewizji pędziły jak TGV i wiadomo było, że wkrótce wejdą na kurs kolizyjny. Funkcjonariusze zaraz będą w mieszkaniu Joanny, to były ostatnie chwile, żeby sfilmować miejsce zbrodni. Nawet gdyby o tym zapomniała, to i tak przypomniał jej o tym wydawca.

    Grzegorz Kalinowski, fot: Skarpa Warszawska

    Wszystko się kręci – powiedział przez słuchawkę Robert Gołębiewski. – Wszyscy zapierdalają jak złoto, procedura odpalona, ruch, jakiego chyba nie było od czasu jedenastego września, papieża i Smoleńska, tylko teraz wszystko idzie znacznie sprawniej. Bożek wziął się za wszystko osobiście, na pewno będzie do ciebie dzwonił. Raz jeszcze sorry za ten słaby początek.

    OK, nie ma sprawy – odpowiedziała wydawcy głosem, który raczej nie był pojednawczy.

    A teraz posłuchaj, uspokoiłaś się? – Gołąb starał się być delikatny.

    Jestem, kurwa, spokojna, czas leciał, a ty…

    OK, raz jeszcze przepraszam, wiem, że jesteś na mnie wkurwiona, masz prawo. – Westchnął ciężko. – To oczywiste, nie ma o co pytać… – Po krótkiej pauzie wydawca ciągnął dalej: – Chodziło mi o całą resztę, o trupa i tak dalej. Masz telefon z nagrywaniem?

    Mam.

    Od pewnego czasu wszyscy mieli, każdy pracownik stacji włącznie z reklamą, księgowością i kierowcami. Kilkaset osób uzbrojonych w urządzenie do nagrywania filmów to potężna armia, było więcej niż pewne, że prędzej czy później coś się trafi. I trafiali, ale nie taki hit jak zabójstwo reprezentanta Polski.

    Gdybyś tyle nie gadał, już bym kręciła.

    OK, to oczywiste, ale pamiętaj, żeby pierwszych paręnaście sekund wysłać przy pomocy naszej aplikacji alarm. Tylko… błagam, nie filmuj w pionie! Sorry, że przypominam, ale wiesz, odruch.

    No to teraz mnie wkurwiłeś naprawdę” – pomyślała Joanna, ale nie powtórzyła tego na głos, powiedziała za to: – OK, Robert, ja też nie cierpię takich filmików.

    Włączyła nagrywanie. Najpierw plan ogólny, wytrzymać przez parę sekund nie wiercić się jak cholerni amatorzy, którzy majstrują przy zoomie i robią klipy à la MTV. OK, jest pokój z leżącym

    Błochowiakiem, kadr utrzymany przez prawie dziesięć sekund. Wystarczy. Teraz zaczęła się przesuwać w jego kierunku, aż dojechała do sylwetki. Leżał z kończynami porozrzucanymi na boki, ale nie wyglądało to przerażająco, tylko zabawnie. Trochę jak napastnik, który, trącony w polu karnym przeciwnika, wykonał teatralny pad. Ale nawet prawdziwe faule, i to te najbrutalniejsze, nie kończą się tym, że poszkodowany ma dziurę w czole, z której wypływają mózg i krew. Zrobiła zbliżenie na resztki głowy. To pójdzie na wizji wyblurowane albo z mozaiką, ale liczy się, że mają TE ZDJĘCIA. Teraz jeszcze raz ogólny, bardzo szeroko z maksymalnego oddalenia – te plany przejdą bez autocenzury. Teraz trochę sztuki, fotka przez szybę z balkonu, jeszcze jedno ujęcie i gotowe! Wtedy usłyszała tupot na klatce schodowej. Skończyła nagrywać, nacisnęła ikonkę aplikacjialarm i wysłała trzy ujęcia, które wydawały się jej najciekawsze, resztę wyślą z wozu albo po prostu zawiozą telefon do stacji. Smartfon był połączony z jej szybkim Wi-Fi, więc za parę minut film trafi na telewizyjny serwer. Schowała telefon do kieszeni spodni i czekała. Do mieszkania wbiegło dwóch policjantów w mundurach oraz ochroniarz. Wtedy przypomniała sobie, że nie zadzwoniła na ochronę.

    Zaczął się młyn. Uliczka na Powiślu szybko została zakorkowana. Zaraz za policją przyjechała karetka pogotowia oraz dwa wozy telewizji. Potem jeszcze kilka oznakowanych i nieoznakowanych pojazdów; policyjnych wysypali się z nich mundurowi i tajniacy. Kolejne fale przynosiły zastępy dziennikarzy, techników kryminalnych i wszystkich tych, których zawodowo przyciągają miejsca zbrodni.

    W tym zamieszaniu Aśka zdążyła jeszcze zrobić wejście na żywo przez telefon. Temat był u nich grany na antenie od pół godziny, gdy inni dopiero grzali się w blokach. Kiedy konkurencja była jeszcze w drodze, ich reporter i wóz satelitarny zaczęli nadawanie. Prawa można było wykupić na ligę piłkarską, mecze reprezentacji lub kolejną bokserską walkę stulecia, ale nie na głośną zbrodnię. Do dzisiaj. To słodkie uczucie, gdy się jest monopolistą… To był ich dzień, a także następne, bo rzadko się zdarza, by osoba, która odkryła zbrodnię, pracowała na wyłączność tylko dla jednej stacji. Telefon z nagraniem Joanna przekazała chłopakom z telewizji, dała krótką setkę, ale nie chciała wystąpić na żywo, nie miała do powiedzenia nic ponad to, co powiedziała w nagraniu, uszanowali to, i tak zrobiła więcej w kilkanaście minut niż wielu przez całą reporterską karierę.

  • „Czas przeszły”, fragment najnowszej powieści Lee Childa

    Hoł, hoł, hoł! Jesli jeszcze nie zostaliście pokonanie przez pierniki, sałatki oraz serniki, to przeczytajcie fragment „Czasu przeszłego”, najnowszej książki Lee Childa. Premiera już 16 stycznia. Smacznego!

    W małym miasteczku na wybrzeżu Maine Jack Reacher schwytał ostatnie promienie letniego słońca, a potem, tak jak ptaki na niebie, rozpoczął długą wędrówkę na południe. Ale nie, nie brzegiem morza. Nie jak kacyki, trznadle, tyranki, lasówki czy kolibry o rubinowych gardziołkach. W przeciwieństwie do nich postanowił wziąć kurs na skos, na południowy zachód, z prawego górnego rogu kraju do lewego dolnego, może przez Syracuse, Cincinnati, Saint Louis, Oklahoma City i Albuquerque, a stamtąd jeszcze dalej, aż do San Diego. Gdzie, jak dla byłego wojskowego, takiego jak on, kręciło się trochę za dużo marynarzy, ale można było przyjemnie rozpocząć zimę.

    Miała to być prawdziwie epicka podróż, wyprawa, jakiej nie podejmował od lat.

    Nie mógł się już doczekać. Nie zawędrował daleko.

    •••

    Kilometr, może półtora kilometra od wybrzeża natrafił na wiejską drogę, więc stanął na poboczu z uniesionym kciukiem. Wysoki – w butach miał prawie sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu – potężnie zbudowany, z samych mięśni i kości, niezbyt przystojny, nie za dobrze ubrany i nieco zaniedbany, nie należał do tych, których chętnie się zabiera. Jak zwykle większość kierowców zwalniała, przyglądała się, po czym jechała dalej. Pierwszy, który gotów był zaryzykować – szczupły mężczyzna w średnim wieku – nadjechał po czterdziestu minutach, rocznym kombi subaru. Był w chinosach i wyprasowanej koszuli w kolorze khaki; pewnie ubierała go żona, bo na palcu miał obrączkę. Ale pod gatunkowymi spodniami i koszulą kryło się ciało robotnika. Gruba szyja, duże, czerwone kłykcie – sprawiał wrażenie lekko zaskoczonego tym, że jest biznesmenem, i wcale nie zachwyconego. Jak ktoś, pomyślał Reacher, kto zaczyna od kopania dziur w ziemi i kończy jako szef firmy zajmującej się stawianiem płotów i ogrodzeń.

    www.unsplash.com/Christoph Krichenbaue

    Trafił w dziesiątkę. Już na początku rozmowy okazało się, że – nie licząc starego młotka stolarskiego ojca – facet zaczynał dosłownie z niczym, żeby po latach zostać właścicielem firmy budowlanej zatrudniającej czterdziestu pracowników i odpowiedzialnej za nadzieje i marzenia sporej grupy klientów. Zakończył swoją opowieść lekkim skrzywieniem twarzy, grymasem, z którego przebijały jankeska skromność i szczere zdumienie, miną z cyklu: Jakim cudem? Dbałość o szczegóły, pomyślał Reacher. Siedział obok niego ktoś, kto miał lekarstwo na wszystko, człowiek bardzo dobrze zorganizowany i sypiący starymi maksymami, ktoś o żelaznych poglądach, z których jeden mówił, że pod koniec lata lepiej się trzymać z dala zarówno od międzystanówki I­95, jak i od drogi numer jeden, co więcej, lepiej jest jak najszybciej dać nogę z Maine, czyli zboczyć z utartego szlaku na dwójkę, pojechać prosto do New Hampshire i zahaczyć o południowe przedmieścia Berlina, gdzie jest kilka bocznych dróg, którymi migiem dojadą do Bostonu. Bo tam właśnie jechał, na spotkanie w sprawie marmurowych blatów. Co Reacherowi w sumie odpowiadało. Równie dobrze mógł zacząć wędrówkę od Bostonu, nie widział w tym nic złego. Zupełnie nic. Mógł stamtąd pojechać prosto do Syracuse. A potem do Cincinnati przez Rochester, Buffalo i Cleveland. Może nawet przez Akron w Ohio. Bywał w gorszych miejscach. Głównie w wojsku, służbowo.

    Ale nie dojechali do Bostonu.

    Po pięćdziesięciu kilku minutach jazdy wyżej wspomnianymi bocznymi drogami New Hampshire mężczyzna odebrał telefon. Nawiasem mówiąc, nie przesadzał, bo drogi okazały się rzeczywiście dobre i jego plan miał ręce i nogi. Ruch? Żaden. Ani korków, ani objazdów. Cały czas pruli prawie setką, równo i bez wysiłku. Dopóki nie zadzwonił telefon. Był podłączony do radia i na ekranie nawigacji ukazało się czyjeś nazwisko z miniaturową fotografią w charakterze pomocy wizualnej, w tym przypadku zdjęciem rumianego mężczyzny w kasku budowlańca z podkładką do pisania w ręce. Pewnie brygadzisty. Kierowca dotknął przycisku i w samochodzie rozległ się głośny syk, ze wszystkich głośników naraz, jak w stereo do kwadratu.

    Oby to była dobra wiadomość – powiedział do lewego słupka.

    Ale wiadomość była zła. Chodziło o inspektora z miejskiego wydziału budownictwa i o metalową okładzinę przewodu kominowego w kominku w holu wejściowym, szybu doskonale izolowanego, w stu procentach zgodnie z przepisami, sęk w tym, że nie można było tego sprawdzić wizualnie bez zrywania kamieniarki, w tej chwili na dwa piętra wysokiej, prawie ukończonej – za tydzień wchodziła tam ekipa tynkarzy – albo bez zrywania robionej na zamówienie stolarki z orzecha w jadalni po drugiej stronie szybu, albo rozpruwania palisandrowej stolarki w garderobie na piętrze, nad kominkiem, co byłoby jeszcze bardziej skomplikowane. Inspektor, uparty palant, miał to gdzieś i chciał zobaczyć wszystko na własne oczy.

    Kierowca zerknął na Reachera i rzucił: – Który to? – Ten nowy – odparł budowlaniec w kasku. – Wie, że dostanie indyka na Święto Dziękczynienia? – Powiedziałem mu, że gramy w tej samej drużynie. Kierowca znów zerknął na Reachera, jakby prosił go o pozwolenie albo przepraszał, a może prosił i jednocześnie przepraszał.

    Zaproponowałeś mu kasę? – Pięć stów. Nie chciał wziąć. Wtedy stracili zasięg. Brygadzista zabulgotał jak wrzucony do wody robot, a potem umilkł. Na ekranie nawigacji ukazał się napis, że komórka szuka zasięgu.

    Jechali dalej.

    Po co komu kominek w holu wejściowym? – spytał Reacher.

    Robi ciepłą atmosferę.

    Kiedyś miał odstraszać, tak myślę. Jak ognisko u wejścia do jaskini. Żeby drapieżniki nie weszły.

    Muszę wracać – powiedział kierowca. – Bardzo mi przykro.

    Zwolnili, zjechali na żwirowe pobocze i przystanęli. Samotni jak dwa kołki w płocie na zupełnym odludziu. Na drodze nie było ani jednego samochodu. Komórka wciąż szukała sygnału.

    Tu pana wysadzę. Może być?

    Jasne – odrzekł Reacher. Kawałek mnie pan podwiózł. Bardzo dziękuję.

    Nie ma za co. – Czyja to garderoba? – Klienta. – Niech pan każe wyciąć tam dużą dziurę i pokaże ją inspektorowi. A potem niech pan przedstawi klientowi pięć rozsądnych powodów, dla których warto mieć w domu sejf. Bo taki typ na pewno chce mieć ścienny sejf. Może jeszcze o tym nie wie, ale ktoś, kto buduje kominek w holu wejściowym, prędzej czy później pomyśli o sejfie. W sypialni albo w garderobie. Na sto procent. Natura ludzka. Jeszcze pan na tym zarobi. Wybicie dziury trwa. Niech pan mu każe zapłacić za czas.

    Pan też w tym robi? – spytał kierowca. – Kiedyś byłem żandarmem wojskowym. – Hę? Nieźle. Reacher wysiadł, zamknął drzwi i odszedł na bok, żeby facet mógł zawrócić, od żwirowego pobocza do żwirowego pobocza, tam i z powrotem, na kilka razy. Co też zrobił, po czym odjechał, ze smutkiem machnąwszy ręką, pewnie życząc mu w ten sposób powodzenia. Kiedy samochód zmalał w oddali, Reacher ruszył na południe, tam, dokąd zmierzał. Lubił iść naprzód. Nie zawsze przed siebie, lecz zawsze naprzód. Na drodze, dobrze utrzymanej, dość szerokiej dwupasmówce, było trochę zakrętów i wzniesień. Co dla współczesnego samochodu nie stanowiło żadnego problemu. Subaru spokojnie wyciągało tu setkę. Mimo to droga świeciła pustkami. Dosłownie. Nic nią nie nadjeżdżało, ani z jednej, ani z drugiej strony. Panowała kompletna cisza. W drzewach wzdychał jedynie wiatr, a pod nogami cichutko szemrał rozgrzany asfalt.

    Reacher szedł przed siebie.

  • „Skarbnik”, świąteczne opowiadanie Bartosza Szczygielskiego

    Gliwice, kurwa.

    Wyobrażał sobie, jak szczęśliwy byłby, gdyby nie to miasto. Te budynki, które przytłaczały odrapanymi fasadami i ten swąd zepsutego życia. Czuł go stojąc przed dworcem PKP. I z każdym oddechem, drażnił go coraz bardziej. Wszystko wydawało mu się sztuczne i nawet deptak udawał, że został niedawno wyremontowany. Wielkie, szare płyty chodnikowe przetykane rdzawą cegłą raziły go bardziej, niż w zeszłym roku. Odkąd pamiętał, czuł się w tym mieście obco.

    Tak, jakby tu nie pasował.

    Mały.

    Niższy, niż przed kilkoma godzinami. Stawiał wtedy pierwsze, niechętne kroki na schodach prowadzących do wagonu klasy drugiej. Kręgosłup skurczył się o kilka centymetrów. Usztywnił i za nic nie dawał się przywrócić do pierwotnego stanu. Tego, który jeszcze rano Łukasz uznawał za normalny. Tutaj nic nie było takie, jakie powinno.

    On na pewno.

    Dokąd?

    Zastygł z dłonią na zapalniczce. Zmaterializował się przed nim mężczyzna w średnim wieku, ubrany nieadekwatnie do aury. Wełniana kamizelka przyprószona była popiołem z tlącego się jeszcze papierosa, włożonego niedbale między usta. Rozmówca trzymał dłonie w kieszeniach spodni, wypychając je tym samym do granic możliwości i niebezpiecznie przysuwał się w jego stronę. Łukasz nie chciałby go spotkać w ciemnym zaułku, a i teraz nie był przesadnie zachwycony możliwością rozmowy.

    Nie dziękuję – odparł podpalając papierosa. – Ktoś mnie odbierze.

    Tanio – nie odpuszczał. – Święta są to i promocję mam. Taksometru nawet nie włączę. Dogadamy się.

    www.unsplash.com/Lexi Ruskell

    Tego, że urządzenie pomiarowe pozostanie w stanie nienaruszonym, był pewien. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się inaczej. Tym bardziej, kiedy stał przed jakimkolwiek dworcem i wyglądał na zagubionego. Gliwice znał doskonale. Od domu dzieliły go dwa kilometry. Trzy papierosy i czterdzieści minut spaceru. Podciągnął rękaw kurtki, by odsłonić zegarek. Już był spóźniony, ale PKP to nie obchodziło. Pożegnało go tylko bolącym odcinkiem lędźwiowym, zapachem kurzu i nikłym poczuciem skruchy.

    To co? – taksówkarz przechylił głowę na bok. – Tam stoję.

    Wskazał na zaparkowanego nieopodal mercedesa. Pojazd zajmował pierwsze miejsce na początku długiej kolejki aut. Reszta taksówkarzy błądziła pomiędzy pasażerami, którzy dopiero co wyszli z budynku dworca.

    Poradzę sobie.

    Jak chcesz.

    Odszedł niewzruszony porażką. Łukasz przez moment obserwował, jak jego niedoszły kierowca poluje na kolejną ofiarę. Mężczyzna miał zerową skuteczność, a on było coraz bardziej spóźniony. Powrotny miał dopiero za kilka godzin. Wyciągnął smartfon i uruchomił aplikację.

    Dwie minuty.

    Dopalił papierosa i wsiadł do wypastowanego nissana. Delektował się wzrokiem mężczyzny, którego kamizelkę zaczęły znaczyć płatki śniegu. Zatrzasnął za sobą drzwi.

    Żadnych słów.

    Milczeli przez całą drogę do jego domu.

    Osiem złotych.

    Pięć gwiazdek.

    ***

    Cztery osoby.

    To o jedną sztukę więcej, niż Łukasz oczekiwał. Stół wydawał mu się przez to napęczniały. Usilnie starał się sobie przypomnieć, kim jest siedzący naprzeciwko niego człowiek. Próbował, ale jedyne co widział, to szerokie, górnicze barki i brodę, której przydałaby się wizyta u specjalisty. Przejechał dłonią po swojej żuchwie i z zadowoleniem stwierdził, że dalej jest gładka. Zbliżył palce do nosa. Wyczuwał na nich zapach wody kolońskiej.

    Drogiej.

    Jak ci w tej Warszawie – mężczyzna przysunął do siebie filiżankę z czerwonym barszczem. – Lepiej, niż tu u nas? Tęsknisz trochę?

    Chciał odpowiedzieć, że gorzej niż w Gliwicach, byłoby chyba tylko w piekle, ale zagryzł te słowa uszkiem. Smakowało tak, jak wtedy, kiedy był dzieckiem.

    Gorzko.

    Jest w porządku – powiedział zgodnie z prawdą. – A u Ciebie?

    Zupełnie nie interesowała go sytuacja człowieka, którego nigdy nie spotkał. Przynajmniej tak mu się zdawało. Zapytał z grzeczności. Tak jak wtedy, kiedy chłopak z boksu obok pyta o ostatni weekend. Zawsze coś zmyślał, bo nie widział niczego interesującego w chodzeniu na siłownię i graniu na konsoli.

    Dobrze. Pracy dużo.

    Dawno się nie widzieliśmy.

    Ledwie chwilę. Byłem na twojej komunii.

    Brodacz odłożył łyżkę na stół, a bordowe krople barszczu ściekły po jej powierzchni wprost na obrus.

    Cholera – sięgnął po trzymaną na kolanach serwetkę. – Przepraszam, zwrócę za pranie.

    Matka Łukasza tylko się uśmiechnęła. Nigdy nie dawała żadnych innych sygnałów. Niczego, co mogłoby wyprowadzić drugą osobę z równowagi. Szczerzyła się nawet wtedy, kiedy ojciec dobitnie uświadamiał jej, kto zarabia na dom, a kto ma go utrzymać w czystości. Jolanta chowała się za swoimi wykrzywionymi ustami, a Łukasz jej na to pozwalał.

    Syn marnotrawny.

    Nic się nie stało – podniosła się z krzesła i ruszyła do kuchni. – Zaraz przyniosę sodę, nie będzie nawet śladu, że tu byłeś.

    Pomogę ci.

    Wolał to, niż odpowiadać na kolejne nic nie wnoszące pytania. Podejrzewał, że ten obcy mu facet, miał w zanadrzu jeszcze kilka. Łukasz odsunął ciężkie krzesło i dogonił kobietę. Stała przy szafce, z której po kolei wyciągała przedmioty. Blat wypełniły kubki oraz nietłukące się szklanki. Do nich dołączyły słoiki z kawą, a na końcu pojawiła się soda oczyszczona. Zbliżył się i wziął ją do ręki.

    www.unsplash.org/freestocks.org

    Kim jest ten facet? – spytał udając, że czyta skład produktu. – Nie pamiętam go.

    Wujek Staszek – odparła. – Ile razy mam ci to powtarzać?

    Opuścił głowę, jak karcony pies.

    Nie widziałam go od twojej komunii. Boże, ile to już lat.

    Ania go kojarzy?

    Ania już nic nie kojarzy – uśmiechnęła się. – Odkąd pojechała do tego Londynu ludzi na ulicy nie poznaje. Wczoraj na pasterce nawet się z sąsiadem nie przywitała. Gapiła się tylko w ten telefon, aż jej się rozładował.

    Westchnął.

    No właśnie – matka odwróciła się w jego stronę. – Mógłbyś trochę częściej do mnie dzwonić.

    Dzwonię przecież.

    Raz do roku się nie liczy.

    Możemy tego nie robić w święta – odsunął się na bezpieczną odległość. – Nie po to przyjechałem, żeby się z tobą kłócić.

    Dalej widział jej nierówne zęby.

    Zanieś wujkowi sodę – nie patrzyła już w jego stronę. – Podgrzeję pierogi.

    Posłuchał.

    Chociaż tyle mógł dla niej zrobić. Innych rzeczy i tak nie zauważała, a przecież przelewał jej pieniądze regularnie. Jedenastego miała na koncie środki, o których mogła marzyć, kiedy ojciec żył. Czasem łapał się na tym, że dalej chciałby go zobaczyć. Obserwować jak siedzi w fotelu i sączy wygazowane już piwo. Dziwnie spajał rodzinę. Jego fotel stał pusty od lat. Kurzył się w rogu salonu i służył za wieszak, kiedy w korytarzu brakowało miejsca na zimowe płaszcze. Jego wisiał dokładnie w tym miejscu, gdzie ojciec opierał plecy.

    Gdzie ten wuj? – spytał siadając do stołu.

    Nie wiem – siostra przejechała kciukiem po wyświetlaczu swojego telefonu. – W łazience chyba. Podałbyś mi powerbank?

    Mogłabyś poprosić.

    Czy mógłbyś proszę podać mi powerbank? – Anka podniosła głowę i uśmiechnęła się dokładnie tak, jak ich matka. – Leży na kanapie.

    Westchnął.

    Robił tak zdecydowanie zbyt często i zbyt głośno. Dziewczyna odpowiedziała dokładnie tym samym dźwiękiem. Przedrzeźniała Łukasza odkąd pamiętał. Młodsza od niego o dwa lata dalej pozostawała tym samym dzieciakiem, który chował się pod łóżkiem, kiedy ojcu włączał się tryb rozkazujący. Zmieniła się, doskonale to widział. Rozumiał, ale nie potrafił do końca zaakceptować. Powinien był zostać tam, gdzie mu dobrze.

    Niepotrzebnie przyjeżdżał do domu na święta.

    Widziałaś mój telefon?

    Podszedł do kanapy i złapał za powerbank. Odłączył go od listwy. Tej samej, do której podłączył wcześniej iPhone’a. Kabel dalej leżał na podłodze. Poskręcany i z naderwaną końcówką.

    Mówiłeś coś?

    Anka położyła swój smartfon na stole i zaczęła w końcu jeść barszcz. Widocznie zapach pierogów, który wydostał się z kuchni, uruchomił jej soki trawienne. Do tej pory jako jedyna nie zdecydowała się na spróbowanie przygotowanych przez matkę potraw.

    Weź się nie zgrywaj – Łukasz zaczął przesuwać poduszki rozrzucone na kanapie. – Wiesz, ile kosztował mnie ten sprzęt?

    Nie ruszałam twojego głupiego smartfona.

    www.unsplash.com/Malte Fleuter

    Zaczęła siorbać, co tylko pogorszyło sytuacje. Anka chciała mu dopiec. Zawsze znajdowała coś, co skutecznie wyprowadzało go z równowagi i robiła to tak długo, aż wybuchał. Za pierwszym razem jej darował. Przy dwudziestym zastanawiał się, czy eutanazja jest w Polsce karalna.

    Przecież go tu położyłem.

    Kucnął i zajrzał pod mebel, gdzie odkrył jedynie pokłady kurzu.

    No, kurwa, nie wyparował!

    Język!

    Matka nigdy nie krzyczała, gdy koegzystowali w mieszkaniu całą rodziną. Kiedy każde z nich poszło w swoją stronę, Jolanta odzyskała swój głos, którego Łukasz nie słyszał przez całe życie. Miał prawie trzydzieści pięć lat, a skulił się jak podlotek przyłapany na podglądaniu sąsiadki.

    No bo ona zabrała mi telefon – wypalił bez namysłu.

    Nic ci nie zabrałam, debilu.

    Sama jesteś debilem – wyszeptał i wrócił do poszukiwań.

    Kiedy upewnił się, że iPhone’a nie ma w okolicy kanapy, zaczął przetrząsać kieszenie. W spodniach miał tylko portfel. Zamknął oczy. Potrzebował chwili skupienia, by przypomnieć sobie, czy faktycznie podłączał urządzenie do ładowarki. Pamiętał, że kiedy zamawiał Ubera, pasek baterii pokazywał dziesięć procent. Smartfon nie przeżyłby rodzinnego obiadu, a i on sam był teraz bliski wykończenia.

    Rozejrzał się po salonie. Nic się w nim nie zmieniło odkąd się wyprowadził. Meblościanka dalej zajmowała niemal całą ścianę, a jej przeszklona część oddzielała postronnych od alkoholu. Obecnie zamiast wyborowej stały tam zdjęcia. Łukasz podszedł bliżej i przyjrzał się fotografiom. Na żadnej nie dostrzegł postaci ojca. Mógł zobaczyć za to siebie w albie. Włosy miał ulizane na bok, a ręce złożone do modlitwy wyglądały, jakby sklejono mu je siłą. Anka na studniówce przypominała gwiazdę filmową, a jej ówczesny partner faceta, który miał tylko nosić za nią torebkę.

    Nie pamiętał, jak dzieciak miał na imię.

    Kolejne zdjęcie znów przedstawiało jego komunijny dzień wstydu, kiedy nie czuł na sobie oddechu Boga, a jedynie parzące spojrzenia rodziny. Za aparatem stał ojciec, więc obraz był lekko rozmazany. Wyobrażał sobie, że tak właśnie widział świat człowiek naciskający wtedy migawkę. Matka miała na sobie wyjściową sukienkę w kwiaty, a ciotki, które przyjechały na darmową wyżerkę, z zazdrością na nią spoglądały. Jedyna osobą, która uśmiechała się na zdjęciu był mężczyzna stojący na uboczu. Ubrany w dwurzędowy i za duży garnitur ściskał w dłoni kolorową torebkę. Łukasz nie pamiętał, co wtedy od niego dostał.

    Nie pamiętał też, kim był.

    Kto to? – spytał odsuwając szklaną przegrodę. – To też jakiś wujek?

    Odwrócił się w stronę stołu.

    Ostatnie co zobaczył, to zbliżającą się w stronę jego oczu pięść.

    ***

    To, czego tak usilnie szukał, miał dokładnie przed sobą.

    Smartfon leżał na stole. Wyświetlaczem do góry. Jego powierzchnię co chwila rozświetlało nowe powiadomienie. Znajomi widocznie przypomnieli sobie o tym, by wysłać kolejny łańcuszek. Ostatnie szczerze życzenia dostał od bezdomnego, któremu kupił kanapkę na dworcu w Warszawie. Dzwoniło mu w uszach, a lewa strona twarzy bolała go tak, jakby przejechał nią po asfalcie. Czuł, jak po jego gładkim policzku spływa krew.

    Opuścił głowę i zobaczył, że spodnie powinien oddać do prania, a najlepiej od razu wyrzucić. Przynajmniej wiedział, skąd wziął się nieprzyjemny zapach amoniaku w mieszkaniu. Spróbował się podnieść, ale dłonie i nogi miał przywiązane do krzesła.

    Co do kurwy…

    Po przeciwnej stronie stołu dostrzegł matkę i siostrę. Obie siedziały wyprostowane, a w usta miały wciśnięte świąteczne serwetki. Płakały. Widział ich łzy, ale nie potrafił usłyszeć ich głosów. Wpatrywały się w niego mokrymi oczyma.

    Jola – głos dochodził z kuchni. – Musisz dać mi przepis na ten barszcz.

    Mężczyzna wszedł do salonu. Jego broda była mokra od zupy, która rozlała się także na opinającej brzuch koszuli. Łukasz nie mógł uwierzyć w to, co ma przed oczami. Facet w jednej dłoni trzymał filiżankę. Jej białe ścianki znaczyły czerwone smugi. Pomagały skupić wzrok tak, by nie ogniskować go na drugiej dłoni. W niej brodacz dzierżył tłuczek do mięsa. Gruba, drewniana rękojeść miała przynajmniej dwadzieścia lat, ale dalej potrafiła utrzymać solidne metalowe zwieńczenie. Łukasz słyszał w swojej głowie dźwięk, który wydawał tłuczek w każdą niedzielę, kiedy matka uderzała nim w miękkie mięso.

    Przełknął ślinę.

    Smakowała tak, jakby chwilę wcześniej polizał metalową rurkę.

    Nie mamy pieniędzy – wydusił z siebie, kiedy mężczyzna podszedł do Anki i dał jej do powąchania barszcz. – Nie wiem, czego tu szukasz, ale mam trochę gotówki w portfelu.

    Ładny telefon.

    Jest twój.

    Nawet przez chwilę się nie zawahał. iPhone był ubezpieczony.

    Nie – odstawił filiżankę na stół. – To twój telefon.

    Stanął pomiędzy Anką, a jego matką. Wyglądał przy tym jak dumny ojciec, którego pociechy zdobyły właśnie pierwsze miejsca w konkursie na literowanie. Wolną dłonią głaskał jego siostrę po włosach, by po chwili zjechać palcami na skórę twarzy i zetrzeć zbierające się na policzku łzy.

    Czego chcesz?

    Zastanawiał się, czy ma szanse w starciu z takim przeciwnikiem. Chodził na siłownię, ale większość czasu spędzał na bieżni ze słuchawkami w uszach. Nie interesowało go nabijanie masy mięśniowej.

    Nie przyszedłem tu, żeby coś wam zabrać. Przeszedłem, żeby coś wam dać.

    Obszedł stół i zbliżył się do Łukasza. Czuł zapach mokrej ziemi. Dostrzegł ją pod paznokciami brodacza. Brudna, czarna skaza.

    Spójrz na nie – nachylił się nad jego twarzą. – Czyż nie są piękne, kiedy tak na ciebie patrzą? Kiedy widzą w tobie swojego obrońcę. Ostatniego z rodu. Ostatniego, który może coś zrobić.

    Na policzku czuł jego oddech. Ciężki, torfowy posmak wdarł mu się do nosa.

    Daj im odejść.

    Tak, jak ty?

    Brodacz wyprostował się i przycisnął jego lewą dłoń do oparcia krzesła.

    Zamknij oczy – poprosił. – Może zaboleć, ale inaczej tego nie zapamiętasz.

    Łukasz nie posłuchał.

    Patrzył jak kolejne uderzenia tłuczka do mięsa miażdżą mu kości śródręcza, odrywając jeden fragment skóry od drugiego. Patrzył tak długo, aż pojawiła się ciemność.

    www.unsplash.com/Fabrizio Verrecchia

    ***

    Jasno dano mu do zrozumienia, że powinien już sobie pójść.

    Zdjęto mu opatrunek przed dziesięcioma minutami, a on dalej wpatrywał się w swoją dłoń. Nie przypominała już tego, do czego był tak przyzwyczajony. Brakowało dwóch palców, a skóra dalej wyglądała jak poparzona. Schował rękę do kieszeni płaszcza i wyszedł ze szpitala.

    Wziął głęboki oddech i omal nie zakrztusił się od ciężkiego, śląskiego powietrza.

    Czuł, jak cudownie wypełnia mu płuca.

    Telefon w kieszeni zawibrował. Nie musiał nawet sprawdzać, co takiego miał mu do zakomunikowania. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Przypomnienie ustawiono tak, żeby włączało się codziennie, choć to nie jego zasługa. Dostał je w prezencie. Zawsze o tej samej porze przekazywało mu jedną informację.

    Wyciągnął smartfon ze spodni i spojrzał na wyświetlacz.

    Odblokował się automatycznie.

    Łukasz wpatrywał się w napis umieszczony na szarym tle i uśmiechał.

    Zadzwoń do mamy.

  • Wspaniałe lata dziewięćdziesiąte

    Z tamtych czasów pamiętam granie w piłkę na trzepaku, Mistrzostwa Świata w 1994 roku w USA, wymienianie się obrazkami z gum Turbo, a także wołanie: „mama, zrzucisz złotówkę na oranżadę?”. Były to lata beztroskie, dopiero pod ich koniec zaczęło robić się poważnie, czyli liceum, itd. To były czasy, kiedy zamiast telefonów komórkowych używało się domofonu, ale jeszcze częściej – nawoływania. Miałem wtedy komputer Atari, potem Commodore, a szczytem marzeń była Amiga 500. Są jednak tacy, którzy byli już wtedy dorośli (dziwne!). Oni mają zupełnie inne wspomnienia. Mogą pamiętać czajnik, który sparaliżował Giełdę Papierów Wartościowych, mogli też handlować biustonoszami na Stadionie Dziesięciolecia, ale mogli też, na przykład, korzystać z usług uzdrowicieli reklamujących się w gazetach. Bez względu na to, ile macie lat, zachęcam Was do przeczytania książki Piotra Lipińskiego i Michała Matysa, „Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.” Zanim po nią sięgniecie, obejrzyjcie naszą rozmowę.

     

  • „Getto Kaczora Donalda”, czyli początek cyklu komiksowego

    To pierwszy felieton z tej serii, muszę się więc, wybaczcie, przyasekurować wstępem.

    Bodaj najtrudniejszym pytaniem z jakim spotykam się przy okazji spotkań autorskich jest: „Panie Jakubie, czy mógłby mi pan polecić jakiś film/książkę/komiks/grę?” Może Was to zaskakiwać, wszak skoro tyle rzekomo czytam, oglądam, gram, wskazanie tytułu czy dwóch nie powinno stanowić dla mnie problemu. A jednak!

    Uważam, że odpowiadając na to pytanie wedle własnego gustu, mówiąc po prostu o rzeczach, które mi się podobają, idę na łatwiznę. Mój gust, jak każdy, kształtował się bowiem w określony sposób latami i coś, co dla mnie wielce satysfakcjonujące, innym wcale nie musi się podobać. Truizm? Być może. Jednak w tym konkretnym kontekście – truizm problematyczny.

    Zapytany więc o coś takiego, zwykle robię krótką sondę, by dowiedzieć się czegoś o guście rozmówcy i na podstawie tego krótkiego wywiadu staram się dać najuczciwszą rekomendację zgodną tak z moim gustem jak i, mam nadzieję, z gustem pytającego. Zwykle, na ile mogę to zweryfikować, jakoś się udaje.

    Najgorzej jest jednak z polecaniem komiksów, bo tak się składa, że najczęściej o jakąś polecajkę pytają mnie ludzie, którzy z tym medium za wiele wspólnego nie mieli, a pod wpływem czy to spotkania, czy prelekcji, chcieliby spróbować. Słyszysz coś takiego i nagle czujesz brzemię odpowiedzialności, bo to trochę jakbyś usłyszał: „Pokaż mi te wszystkie wspaniałości, ale bądź delikatny, dobrze? Jestem dziewicą.”

    Pytasz samego siebie, czy na pewno jesteś odpowiednią osobą, czy to nie za dużo. W końcu postanawiasz spróbować:

    – Dobra, a czy kiedykolwiek w życiu zdarzyło ci się czytać komiksy?

    – Tylko Donaldy za dzieciaka. Potem już nic.

    – No tak, mogłem się domyślić.

    Bo faktycznie mogłem. Czytałem kiedyś kilka tekstów na ten temat. O tym, jak to wydawany od lat Donald jest jednocześnie wielką szansą, jak i ogromnym przekleństwem komiksu w Polsce. Szansą, bo to właśnie dzięki historiom o Kaczogrodzie masa młodych ludzi w ogóle sięga po to konkretne medium, ale i przekleństwem, bo wyrastając z niego i nie przechodząc gładko na inne komiksy, Polak, nie będący mocno osadzony w komiksowej kulturze, już na zawsze zaczyna utożsamiać wszelkie opowieści obrazkowe w pierwszej kolejności jako coś banalnego, dziecięcego. Opowieści o antropomorficznych zwierzątkach – kto dorosły chciałby w ogóle po coś takiego sięgać?!

    By nie zostawiać niedomkniętego wątku, powiem, że zwykle w takiej rozmowie jak powyższa, zanim polecę medium, szukam z rozmówcą punktów styku w innych mediach, polecam komiksy na podstawie lubianych przez kogoś książek czy filmów. Dziś jednak spróbuję to zrobić inaczej i zamiast kluczyć, poszukam odpowiedzi na pytanie: Czy są komiksy, które przeprowadzą nas od komiksu dziecięcego do dorosłego wyłącznie szlakiem zwierzątek, którym nadano cechy ludzkie?

    Oczywiście nie gwarantuję, że fakt, iż kiedyś podobał Ci się Donald, dziś sprawi, że i tymi publikacjami będziesz zachwycony, ale hej, chociaż spróbuj! Kto wie?

    Zacznij może od Usagiego Yojimbo autorstwa Stana Sakai.

    Jeżeli słowo Yojimbo zadźwięczało Ci, drogi Czytelniku w głowie, to fantastycznie. Taki tytuł nosi bowiem wyśmienity film Kurosawy, znany u nas potem jako „Straż Przyboczna”. Samo słowo wywodzi się z języka japońskiego i oznacza ochroniarza. Nim właśnie jest tytułowy Usagi, królik ronin, samuraj bez pana, przemierzający pełen niebezpieczeństw kraj i oferujący swoje usługi tym, którzy ich potrzebują.

    Naprawdę trudno przecenić te opowiastki rysowane prostą na pozór kreską, ale jednocześnie pełne niuansów zawartych w tle, elementów obcej nam kultury przedstawionej w przejrzysty sposób dla zachodniego odbiorcy. Czytając poszczególne tomy, szybko zrozumiecie, dlaczego Stan Sakai – który wygląda jak pan Miyagi z filmowej serii o Karate Kidzie, serio, możecie to wygooglać! – zdecydował się na opowiedzenie swojej historii przy pomocy sympatycznie wyglądających zwierzątek. A przy okazji zrobicie sobie, czy też własnym nastoletnim dzieciom, doskonałe wprowadzenie do wyśmienitych filmów wspomnianego już Kurosawy.

    A może zamiast tego mroczny kryminał? Jeśli tak, poznajcie Johna Blacksada, prywatnego detektywa żyjącego w świecie, do którego jak raz pasuje wyświechtane określenie „betonowa dżungla”. Jeżeli podobał Wam się animowany „Zwierzogród”, to wyobraźcie sobie taką opowieść stworzoną jednak dla starszego odbiorcy, być może nawet takiego, który już na swej drodze spotkał Philipa Marlowe’a czy Sama Spade’a. Blacksad, nieco nieokrzesany, dobrze zbudowany, antropomorficzny kocur w nieodłącznym prochowcu, to w oczywisty sposób postać budowana na bazie tamtych dwóch, ale dzięki specyfice świata przedstawionego szybko zyskująca własną osobowość. I następuje jeszcze jedno bardzo ciekawe zjawisko, które, choć obecne również u Stana Sakai, w serii komiksowej Canalesa i Guarnido uderza ze zdwojoną mocą. Nagle, patrząc na łasicowatego kapusia, na nieokrzesanego osiłka nosorożca i im podobnych, i przyjmując ich z automatu jako takich właśnie, zdajemy sobie sprawę, że jeszcze łatwiej niż w życiu ulegamy zbudowanym w dzieciństwie stereotypom. Twórcy Blacksada, świadomi tego procesu, nieraz zabawią się w tej serii naszym kosztem. Ale zrobią to z takim wdziękiem i w takim stylu – serio, zobaczcie sobie malarskie kadry z komiksów tej serii! – że nie będziecie im mieli tego za złe.

     

    W tym miejscu chciałem nawiązać do zabawy w kotka i myszkę, by płynnie przejść od Blacksada do następnej propozycji, ale doszedłem do wniosku, że oszczędzę Wam podobnych czerstwych żartów. Zamiast tego zapytam czy znacie „Toma i Jerry’ego”? Bo jeśli tak, a obstawiam, że większość zna, to spróbujcie sobie wyobrazić sposób prezentowania w nim postaci. To, jak uroczo rysowano zaprezentowane tam zwierzątka i ludzi. Jak byli oni pocieszni, uroczy i nawet gdy straszni, to w sposób karykaturalny i przez to nieodmiennie śmieszni. Widzicie to? Jeśli tak, to wyobraźcie sobie obsadzoną takimi właśnie postaciami… mroczną, przejmującą postapokaliptyczną opowieść w stylu Mad Maxa. Nie, nie parodię takowej. Mroczne, krwawe postapo. Powiecie, że niemożliwe? A jednak taki właśnie jest wydany niedawno w Polsce hiszpański „Solo: Świat kanibali” Oscara Martina. Przygody Toma i Jerry’ego przywołałem tu celowo, bo hiszpański artysta odpowiadający za „Solo” pracował kiedyś przy opowiastkach o słynnych kocie i myszce. I wykorzystuje teraz tamte doświadczenia, by wywołać w nas gamę kompletnie niespodziewanych emocji. Bo wbrew pozorom wcale nie jest tak trudno wniknąć w ten świat i zgrać się z jego bohaterem, a stopniowanie okrucieństwa świata, egoizmu zwierząt i ludzi walczących o przetrwanie następuje inną drogą niż ta, do której przywykliśmy. Jakbyśmy oglądali animację z dzieciństwa, która w którymś momencie poszła źle. Bohaterowie nie wykpią się już ze wszystkiego, nie ruszy ich sumienie. Takie a nie inne zachowanie wywoła całkiem dorosłe konsekwencje. Świetna rzecz, znakomicie opowiedziana i nie biorąca jeńców.

    A gdy już uporacie się z tą wyimaginowaną apokalipsą, możecie spróbować zmierzyć się z tą prawdziwą. To opowieść, która powinna być szkolną lekturą, bo z tematem Holocaustu radzi sobie jak mało która. Nade wszystko jednak to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto szuka odpowiedzi na pytanie, jak sztuka w różnych mediach radzi sobie z próbą ogarniania świata.

    Pełna osobistych wątków opowieść Arta Spiegelmana o jego ojcu, który przeżył piekło wojny, byłaby, wierzę w to mocno, przejmująca niezależnie od przyjętej formy. Dlaczego więc artysta zdecydował się na opowiedzenie jej w formie komiksu o zwierzątkach, gdzie Żydzi to myszy, Niemcy koty, a pozostałe nacje przyjmują postaci świń czy psów? Odpowiedź kryje się między wzruszającymi i przerażającymi kartami „Maus. Opowieść ocalałego” komiksu słusznie nagrodzonego Pulitzerem.

     

     

    Taka to droga, moi kochani. Od Donalda po Oświęcim. Od feudalnej Japonii pełnej duchów i niezrozumiałych dla nas zasad po pustkowia jałowej ziemi, gdzie jedyną regułą jest „zabij lub zgiń”. Od każdej z tych zwierzątkowych opowieści możecie w każdej chwili odskoczyć w inne historie splecione ze słów i obrazów, bo ścieżek jest tak wiele, że wydają się niezliczone.

    Przygodę z komiksem można zacząć na wiele, wiele sposobów. Jeżeli jednak do tej pory trzymaliście w rękach tylko Donaldy, ta zaproponowana przeze mnie to, myślę, całkiem dobry punkt wyjścia. To co, próbujemy?

    Jakub Ćwiek

  • Krótka historia spotkania, do którego nie doszło

    Na wstępie dziękuję, że smakksiazki wyraził zgodę na publikację tego tekstu na swoich łamach.

     Teoretycznie na stronie z oświadczeniem znajduje się propozycja umieszczenia tam polemiki, ale myślę sobie, że kwestia może zainteresować szersze grono czytelników, stąd uznałem, że wskazane jest wyjście poza stronę Stowarzyszenia.  

    Zanim przeczytacie Państwo tekst w załączniku, kilka słów wprowadzenia. Gdy okazało się, że wydana zostanie książka „Bezpański”, Stowarzyszenie Komendantów Policji Polskiej wyraziło chęć zorganizowania spotkania autorskiego z Adamem Bigajem i ze mną w miejscu spotkań Stowarzyszenia. Termin wyznaczono na 21 albo 22 listopada (nie pamiętam teraz dokładnie) i odwołano na blisko tydzień przed planowaną datą, bez podania przyczyn. Oficjalne wyjaśnienie pojawiło się na stronie Stowarzyszenia cztery dni po zaplanowanej dacie spotkania i około dziesięciu dni po odwołaniu wydarzenia. My, to znaczy Adam i ja, dowiedzieliśmy się o nim przedwczoraj. Tyle kontekstu.

    Teraz przejdźmy do samego oświadczenia. Szczerze zachęcam, by uprzednio zapoznać się z nim, by jasne było, do czego się odnoszę (klik, klik). 

    A zatem:

    Szanowny Zarządzie Stowarzyszenia Komendantów Policji Polskiej!

    Zacznę od tego, że dziękuję za oświadczenie. Do milczenia trudno się odnosić, teraz przynajmniej poznałem Państwa motywacje. A co wydaje mi się najważniejsze, do oświadczenia można się odnieść. Zacznę zatem od pytania.

    Piszą Państwo: „Zarząd Stowarzyszenia Komendantów Policji Polskiej zapoznał się: […]

    – z opiniami swoich członków, a w tym uczestników wydarzeń opisywanych w powyższej publikacji oraz uczestników tych wydarzeń spoza kręgu Stowarzyszenia;”

    I szczerze mówiąc nie wiem, co to właściwie znaczy i jaką ma wagę. Przez strony „Bezpańskiego” przewija się bardzo dużo osób – z iloma z nich Zarząd rozmawiał?

    Dlaczego zamiast konfrontacji umożliwiającej zweryfikowanie wydarzeń, niemal bez słowa wycofano się ze spotkania? Czy mamy do czynienia z cenzurą w ramach ZSKPP?  

    Adam Bigaj i Jakub Ćwiek, fot: smakksiazki.pl

    Przejdźmy dalej:

     „w świetle jednoznacznie negatywnego odbioru pokazywania w książce osób i wydarzeń oraz wygłaszanych w niej opinii, oświadcza, że nie widzi żadnej możliwości odbycia pod patronatem Stowarzyszenia spotkania autorskiego i zorganizowania promocji publikacji.”

    O czyim jednoznacznie negatywnym odbiorze mówimy? Nie chcę tu odpowiadać w imieniu Adama Bigaja, ale osobiście przyszło mi spotkać przynajmniej kilkunastu bohaterów książki, – są do znalezienia na zdjęciach chociażby ze spotkania autorskiego we wrocławskim Empiku – ich opinia o książce jest bardzo pozytywna.

    Skąd więc ta drastyczna rozbieżność? Czyżby tak starannie dobrano grupę focusową, by odpowiedź pasowała pod tezę? Bo jeżeli tak, jesteśmy już w tym miejscu dość blisko próby manipulowania narzędziami statystycznymi, co jak Państwu wiadomo, – zapoznaliście się wszak z treścią „Bezpańskiego” – jest jednym z głównych zarzutów wobec formacji, jakie padają w książce. Przy okazji pozwolę sobie nadmienić, że nikt o Państwa patronat specjalnie nie zabiegał, inicjatywa spotkania wynikła z luźnej rozmowy Adama Bigaja z przedstawicielami Stowarzyszenia na temat książki i miało być tym właśnie – spotkaniem z policjantami z Wrocławia. Spotkanie promujące książkę odbyło się dnia 15.11.2018 w Empiku Renoma.  

    Odwołane spotkanie byłoby wręcz doskonałą okazją do konfrontacji, porozmawiania z autorami, zgłoszenia ewentualnych przekłamań. Bierzemy odpowiedzialność za to, co napisaliśmy i chcemy o tym rozmawiać. 

    Przejdźmy dalej do kolejnego cytatu:

    „Zarząd Stowarzyszenia zauważa, że pod pozorami szczerych wypowiedzi i głoszenia prawdy o służbie na straży porządku i bezpieczeństwa publicznego, realizowane są w książce także osobiste porachunki z racji rzeczywistych bądź urojonych krzywd oraz opinie o charakterze paszkwilanckim.”

    fot: smakksiazki.pl

    A tu najwyraźniej wkradła się Państwu literówka, którą spieszę skorygować. Zarząd nie tyle „zauważa”, co „uważa”, bo tego, co rzekomo zauważono w tekście zwyczajnie nie ma. Tym bardziej nic nie jest ukrywane pod jakimikolwiek pozorami.

    Forma książki określona jest jasno. Nie powinien dziwić charakter osobisty wypowiedzi w niej zawarty. To wspomnienia konkretnej osoby, odnoszące się do pracy, jaką rzeczona osoba wykonywała przez przeszło trzy dekady. Publikacja zawiera tak myśli, jak i opinie wyciągnięte na podstawie doświadczeń oraz wspomnień z tych doświadczeń Adama Bigaja, przetworzone przeze mnie na język literacki.

    Uważam, że właśnie spotkanie byłoby najlepszą okazją do skonfrontowania tej opinii. 

    Idźmy dalej.

    ” Zarząd Stowarzyszenia solidaryzuje się z osobami lub ich bliskimi dotkniętymi zafałszowanym obrazem rzeczywistości.”

    Czyli jest coś, co nas łączy. To ważne, by solidaryzować się z ofiarami przekłamań. Jak się to jednak ma do naszej książki? Bo nie widzę związku.

    ” Wyraża także dezaprobatę dla uprawiania w prezentowanej formule „literatury faktu” oraz dla tego typu manipulacji, które są z łatwością możliwe do dokonywania, jako trudne do weryfikacji właśnie faktów,  ze względu głównie na znaczny upływ czasu.”

    Właśnie dlatego, szanowni Państwo, podtytuł książki brzmi „Ballada o…”, a publikacja w żadnych materiałach prasowych nie jest określana mianem reportażu.

    Nie wiem, w jaki sposób ostatnia część oświadczenia dotycząca swobody wypowiedzi ma się odnosić do nas i naszej publikacji napisanej uczciwie i w dobrej intencji, ale na wszelki wypadek napiszę też coś mądrego, co dla odmiany będzie pasowało do tematu. Słowa te w formacji od niedawna starannie zdeubekizowanej powinny być doskonale znane, czuję się więc zwolniony z obowiązku przytaczania tytułu dzieła:

    „Jeśli źle powiedziałem, daj świadectwo o złu, a jeśli dobrze, dlaczego mnie bijesz?”

    Z wyrazami szacunku

    Jakub Ćwiek

    Współautor książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”

  • „Mróz, jak ja go nienawidzę”, grudniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Ostatnio przez Facebooka przelała się fala wpisów, komentarzy i zdjęć, które miały jeden czynnik wspólny. Mróz. Zdałem sobie wtedy sprawę, że faktycznie nie da się otworzyć nawet lodówki, a konkretniej zamrażalnika, żeby nie znaleźć go w środku. Boże, czemu mi to robisz?

    Jestem marudą. Wiem, dobrze zdaję sobie z tego sprawę, ale nic na to nie poradzę. Owszem, mógłbym, ale jestem też leniwą bułą i tak mipo prostuwygodniej. Trochę marudzenia nikomu nie przeszkadza, prawda? Dlaczego więc zacząłem ten artykuł tak, a nie inaczej? I czemu biedny mróz jest przeze mnie tak nielubiany? Pewnie dlatego, że optymalną dla mnie temperaturą do życia jest jakieś 20 stopni Celsjusza. Jeżeli dodamy do tego lekkie zachmurzenie i przyjemny, ciepły wiatr to już w ogóle jestem w siódmym niebie.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Ten felieton to po części eksperyment i mam wielką nadzieję na to, że będzie on nieudany. Bardzo bym tego chciał, bo nie bez przyczyny posłużyłem się nazwiskiem, które zna każdy czytelnik kryminałów w Polsce. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie musi czytać Remigiusza, ale nazwisko znać powinien. Tak idealnie się złożyło, że wraz z pojawieniem się jego ostatniej książki, pojawiła się także pierwsza fala mrozów. O tym poinformowały mnie liczne portale internetowe i nawet nieliczni znajomi, bo przecież nie mam w domu okna, a termometr to narzędzie szatana, którego chrześcijanin używać nie może.

    Skoro już wyjaśniłem ten zagmatwany wstęp oraz tytuł, to może warto by było, żebym wyjaśnił, po co to zrobiłem. Kilka lat temu stacja radiowa NPR opublikowała na Facebooku artykuł, który zatytułowała „Dlaczego Ameryka już nie czyta?”. Pod wpisem rozgorzała dyskusja, że to oczywiście nieprawda i ludzie dalej czytają. Pojawiły się nawet głosy, że to wina nowych technologii itd. itp. Najzabawniejsze w tym było to, że wchodząc we wspomniany artykuł, oczom czytelnika pojawiała się informacja, że to tylko żart na Prima Aprilis. Żart, który udowodnił smutną prawdę. Najlepiej czyta nam sięsame nagłówki, bo to wystarczy do wyrobienia sobie opinii.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    To trochę jak z opisami, które pojawiają się na okładkach książek. Wiem coś o tym, bo właśnie sam próbuję napisać to, co zobaczycie na „Sercu”. Szukam chwytliwej frazy. Takiej, która sprawi, że ktoś tą książkę weźmie do ręki i zajrzy do środka. Zdecyduje się na to, żeby odkryć to, co kryje się za tymi kilkoma streszczającymi fabułę zdaniami. Chciałbym, żeby czytelnicy wyrobili sobie zdanie dopiero po tym, jak przeczytają całość. I po tym, jak ją zrozumieją. Czasem obawiam się, że to ostatnie nie jest już tak oczywiste, jak kiedyś.

    Wielokrotnie widziałem na forach i grupach posty, które można opisać tak: zdjęcie książki i tekst „właśnie czytam, co sądzicie o tej pozycji?”. Zupełnie tak, jakby ktoś potrzebował potwierdzenia, że czyta coś dobrego, bo sam nie jest w stanie do takiego wniosku dojść. Łatwiej jest przecież przeczytać odpowiedź, kilka słów i wyrobić sobie opinię na ich podstawie, niż pomyśleć samemu. Taka inna forma nagłówka.

    I mam ogromną nadzieję na to, że się mylę. Nadzieję, że nikt nie skomentuje tego felietonu tylko na podstawie tytułu. Tak byłoby zdecydowanie prościej. Wyrobić sobie opinię na podstawie krótkiego zdania. Ja natomiast chciałbym czegoś innego.

    Tego, by chciało nam się czytać, zanim cokolwiek powiemy.

    I tego, że dalej będziemy czytać po COŚ.

    Bartosz Szczygielski

  • Rabat na książki oraz darmowa dostawa. Możliwe?

    Ja wszystko wiem, wszystko rozumiem. Też mam dość korków do centrum handlowego, też mnie wkurza szukanie miejsca parkingowego. Czasem zakupy trwają krócej niż wymienione wyżej czynności. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Święta zbliżają się wielkimi krokami, będzie więc coraz gorzej. Powiem Wam jednak, że mamy prościej, o wiele prościej. Dlaczego?

    Odpowiedź jest banalnie prosta. Bo książka nie jest sukienką, nie jest marynarką, nie jest też dezodorantem. Nie musimy jej więc przymierzyć, nie musimy dotknąć materiału, nie musimy też powąchać (tak, sam też wącham;)). Generalnie rzecz ujmując, siedząc w domu w kapciach jesteśmy w stanie zamówić książki dla całej rodziny. Bez tłoku wybrać, wsadzić do wirtualnego koszyka, jednym kliknięciem zapłacić. I czekać. No tak, ale gdzie kupić, żeby nie przepłacić, a jeszcze dostać coś w gratisie?

    Korzystając z tego, że (jeszcze) praktycznie każdy z nas ma blisko siebie kiosk Ruchu, to zamawiając książki na merlin.pl w dniach 27 listopada – 19 grudnia, książki zostaną tam dostarczone bezpłatnie. Co więcej, jeśli jako metody płatności użyjecie masterpass, to dostaniecie 15 złotych rabatu na zamówienia powyżej 49 złotych.

    www.unsplash.com/freestocks.org

    No dobra, dobra, pomyślicie, ale co wybrać? Oczywiście droga wolna, ale jeśli miałbym coś polecić, to polecam poniższe. Niech te święta będą zaczytane, a to, co zaoszczędzicie na zakupach, wydajcie na kolejne prezenty 😉 Jestem wyznawcą tezy, że „Królestwo” jest lepsze od „Króla”, ale nawet jeśli na te słowa zarzucacie focha, to jest to lektura obowiązkowa i na pewno znajdzie się w moim zestawieniu najlepszych książek roku. Autora „21 lekcji na XXI wiek” przedstawiać chyba nie trzeba. Swoją drogą, czytałem wywiad z nim, w którym powiedział, że w 2055 roku będzie można wydrukować wątrobę 3D (!) i wszczepić ją w ciało człowieka z pewnością, że się organizm jej nie odrzuci (!!). Poza tym, Harrari jest forsuje pogląd, że śmierć jest tylko problem technicznym, a za jakiś czas bardzo bogaci, będą mogli sobie bardzo wydłużyć życie. Co do Marcina Wichy i „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, to tegoroczna Nagroda NIKE niech mówi sama za siebie. Wybitna pozycja. I na koniec luźniej, czyli „Jadłonomia”. Bo kto powiedział, że w święta trzeba się objadać aż po kokardę;)? Pewnie i tak skończę jak w tym memie z kotem, który ledwo żyje, a pod nim widnieje takie hasło: „ już niczego nie wcisnę, no, może serniczka”.

    *Tekst powstał przy współpracy z merlin.pl