Kategoria: Aktualności

  • „Wodolejstwo level pisarz”, listopadowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Moja mama powiedziała mi kiedyś bardzo ważną rzecz. Coś, czego nie rozumiałem długo, aż w końcu szkoła zmusiła mnie do przeczytania „Nad Niemnem” Orzeszkowej. Otóż słowa mojej mamy brzmiały mniej więcej tak: „Nie czytam opisów przyrody, bo wiem, jak wyglądają drzewa.” Czasem mam wrażenie, że pisarze tego jednak nie wiedzą, a ja wcale się tutaj specjalnie nie wyróżniam.

    Wodolejstwa uczymy się już w szkole. Przynajmniej mnie tego w niej nauczono. Razem z tym, żeby mieścić się w pewnych ramach. Te myśleniowe przemilczę, bo dobrze wszyscy wiemy, że osoby niewpisujące się w pewne schematy mają zwyczajnie trudniej. Chodzi mi raczej o ramy objętościowe. Rozprawka na dwie strony. Wypracowanie na cztery, a odpowiedź na pytanie nie krótsza, niż pięć zdań. Ja radziłem sobie z tym różnie, bo szerokie marginesy i duże litery przestały się sprawdzać w późniejszych klasach liceum. Rozciąganie i wodolejstwo mamy we krwi.

    Każdą myśl można zapisać na kilka sposobów. Zostawię na razie tempo i jego różnorodność, bo niektórych rzeczy lepiej nie zdradzać. Wszak pisarze muszą mieć swoje tajemnice. Chciałem podkreślić to, że zdania pojawiające się na kartach powieści, mogą wyglądać… przedziwnie. Szczególnie dla czytelnika, który nie ma pojęcia, po co te zdania się tam znalazły. I powiem wam w tajemnicy, że pisarze też nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Jeżeli mają szczęście, a ich redaktor wie co robi, to straty będą mniejsze. Jednak nie zawsze się to udaje.

    Może zaprezentuję to na przykładzie, który wprawdzie nie pochodzi z konkretnej książki, ale jestem przekonany, że widzieliście podobne zabiegi wielokrotnie.

    Jack poczuł, jak ściska go w żołądku. Przez chwilę zastanawiał się, czy to wina nieświeżego kebabu, który zjadł przed dwoma dniami i ten w końcu dał o sobie znać, czy może to z powodu głodu. Postawił na to drugie, bo ostatnim posiłkiem, który jadł, była ta nieszczęsna wieprzowina owinięta w stary naleśnik o smaku kartonu. Wstał z kuchennego krzesła i podszedł do lodówki. Wewnątrz znalazł to, co w większości lodówek starych kawalerów. Żarówkę, dwa kawałki starego sera i fragment szynki, który niebezpiecznie się świecił. Wyłożył nabiał oraz mięso na blat, a następnie wyciągnął ostatnią bułkę z chlebaka. Była odrobinę za twarda, ale miał nadzieję, że uda mu się ją przekroić bez stępienia noża. Jack robił kanapkę, która mogła kosztować go życie, ale nie miał już nic do stracenia”.

    www.unsplash.com/Patrick Fore

    Powyższy fragment można zapisać też tak: „Jack zrobił sobie kanapkę”. Można też w ogóle ominąć czynność przyrządzania sobie posiłku, bo w sumie kogo to obchodzi, co jadł Jack? Jack nie istnieje, nie musi spożywać niczego. Jeżeli zakładamy, że jednak sama funkcja jedzenia jest tak ważna, to powinniśmy także przeczytać o tym, jak to jedzenie z Jacka wychodzi. Pełna transparentność. Całe szczęście niewielu pisarzy decyduje się na to ostatnie. Jednak spora część z nich skupia się na dość szczegółowe opisywanie prozy życia. Tego, jak ich bohater bierze prysznic, robi sobie kanapkę lub czyta gazetę.

    Czasem ma to usprawiedliwienie fabularne, gdy chce na przykład podkreślić charakter bohatera. Jack jest samotny i niespecjalnie dba o dietę. Jeden taki pasaż wystarczyłby w powieści, ale w sytuacji, kiedy notorycznie się on powtarza, redaktor powinien zareagować. W końcu ile razy można czytać o tym, że koleś wpiernicza kanapkę? NOBODY CARES. Opisy posiłków jestem w stanie zrozumieć, kiedy odnoszą się do potraw wyjątkowych. Podkreślają tym samym charakter postaci oraz otoczenia. Przykład idealny: Marek Krajewski.

    Dlaczego więc w książkach tak dużo jest wodolejstwa? Scen, które nic nie wnoszą, a jedynie opisują to, jak wyglądają drzewa? Cóż, bo sceny czasem muszą być dłuższe, żeby pasowały do innych. Bo pisarze nie zawsze wiedzą, co chcą napisać. Bo czasem trzeba się rozgrzać, żeby pisanie szło sprawniej, a czasem po prostu chcą pokazać, że potrafią. Dobrze jest przecież zaprezentować czytelnikowi swój warsztat i przywiązanie do szczegółów. Ja też nie jestem bez winy. Zdarzają mi się takie kwiatki.

    Lubię pokazać czytelnikowi, że wiem, o czym piszę. To szczególnie odnosi się do miejsc, gdzie przebywa bohater, ale nie jestem fanem oddawania topografii. Zdecydowanie ponad to wolę klimat. Mnie, jako czytelnika, totalnie nie interesuje, czy skręcając z ulicy Różanej w Topolową postać mija dwa śmietniki lub budynek ze świeżo odnowioną elewacją w kolorze łososiowym. Skręca to skręca. Interesuje mnie, po co to robi i co wtedy czuje. Stawiam emocje ponad fotograficzną dokładność. Doceniam ją, ale nie praktykuję. Czytelnik i tak wyczuje, że „odrobiłem pracę domową”.

    Choć wszyscy wiemy, jak wyglądają drzewa i jak robi się kanapkę, czasem możemy o tym przeczytać.

    Byle nie za często. Bartosz Szczygielski

  • „Zabij swoich ukochanych”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Strasznie nie lubię tej niemądrej metafory mówiącej, że pisarza zaskoczyli bohaterowie. Albo że wyrwali się nam spod kontroli. Bo nasze postacie to twory, które żyją tylko i wyłącznie w naszej głowie. Możemy z nimi robić, co tylko chcemy. Ale co mam powiedzieć, jeśli faktycznie zrobili coś, czego nie przewidziałem?

    Pisarze lubią opowiadać o sobie niestworzone historie. Można to sprawdzić sięgając po biografie dowolnego literata. Co najmniej połowa z nich będzie się opierała na dekonstruowaniu mitów, które narosły wokół danego twórcy, który to twórca sam zresztą brał czynny udział w ich tworzeniu. Ale życiorysy to tylko jeden temat. Drugim są opowieści o tym, jak wygląda nasza praca. Niewielu z nas ma odwagę powiedzieć, że w gruncie rzeczy, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent naszego czasu to nudne siedzenie przy biurku i klepanie w klawisze. Z przerwą na drugie śniadanie o jedenastej i herbatę z ciastkiem o czternastej. No, ale to się kiepsko sprzedaje. Dlatego wielu pisarzy podejmuje próby, żeby uczynić ten obrazek trochę bardziej romantycznym. Żeby bardziej wpisywał się wyobrażenia pisarza, który czeka aż na niego spłynie natchnienie i który tworzy tylko i wyłącznie popijając ulubioną kawę przy ulubionym stoliku w ulubionej paryskiej kawiarni.

    Jedną z najmniej lubianych przeze mnie takich opowieści, jest ta niemądra metafora mówiąca o tym, że pisarza zaskoczyli jego właśni bohaterowie. Że wyrwali mu się spod kontroli, zrobili coś, czego nigdy nie zaplanował. Powiedzmy sobie jasno – nasze postacie żyją tylko w naszych głowach. Zrobią dokładnie to, co im każemy. Nic więcej, ale też nic mniej. Jesteśmy za nie jako twórcy w pełni odpowiedzialni. ale też, to nie jest do końca prawda.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Faktycznie, coś się dzieje podczas pisania z samymi bohaterami i fabułą. Nie chcę powiedzieć, że wyrywa się nam spod kontroli. Może lepiej stwierdzić, że w pewien sposób ożywa. Zmienia się w naszych głowach i sama pokazuje najlepsze kierunki swojego rozwoju. Przerabiałem to już kilka razy. Ostatnio ledwo kilka dni temu. Piszę kolejny thriller psychologiczny. Przelewam na papier historię, która chodziła za mną od kilku lat, a którą układałem już sobie w głowie tyle razy, że byłem absolutnie pewien, że nic się tutaj nie zmieni. Krótko mówiąc, wiedziałem, kto zabił, jak, kogo i dlaczego. Trzeba to było tylko obudować w słowa. Ale pisanie powieści właściwie od samego początku nie szło mi tak sprawnie, jak planowałem. Zwalałem to na wiele rzeczy. Zmęczenie. Liczne wyjazdy na spotkania autorskie, które są bardzo przyjemne, ale wytrącają człowieka z pisarskiego rytmu. Przeziębienie. Nadchodzącą jesień. I teraz dociera do mnie, że się myliłem. To sama historia stawiała mi opór. Próbowała powiedzieć, że nie wszystko jeszcze przemyślałem. Że są inne, lepsze fabularne rozwiązania, które najpierw powinienem wziąć pod uwagę. Nie rozumiałem tego. Parłem uparcie do przodu. Boksowałem. Pięściami upychałem na kolejnych stronach dialogi, sceny, bohaterów. Aż w końcu zmęczony i zdenerwowany, odważyłem się ich posłuchać. I nagle wszystko mi się ułożyło. Opór zniknął. Fakt, musiałem trochę pozmieniać. Zdarzało mi się to już przy wcześniejszych książkach, więc sam proces jest mi znajomy, ale teraz po raz pierwszy zmienię sprawcę zbrodni. Co w sposób oczywisty mocno wpłynie na zakończenie, ale dzięki temu będzie bardziej spójne. Mniej zaskakujące, ale jak pisałem na tych łamach miesiąc temu, uważam, że od szokującego twistu ważniejsza jest sensowna fabuła.

    Jest takie powiedzenie wśród amerykańskich scenarzystów, że żeby napisać dobrą opowieść trzeba zabić to, co najbardziej się kocha. Mowa tutaj oczywiście o pomysłach, a nie o realnych ludziach. Czasami twórcy są tak przywiązani do scen, postaci, fabularnych zwrotów akcji, że nie zauważają, kiedy zaczynają one szkodzić samej opowieści. Ona wtedy najczęściej protestuje. Buntuje się. Można ten jej opór złamać. A można jej wysłuchać.

    www.unsplash.com/Jamie Taylor

    Niestety, nie każdy pisarz to potrafi. W ostatnim roku przeczytałem kilka książek, których autorom zabrakło tej umiejętności. Albo odwagi, żeby pójść za swoimi bohaterami. Sam nie wiem. W każdym razie czuło się, że fabuła w połowie się boleśnie łamie. Że postacie chcą i powinny zrobić jedno, ale twórca każe im iść zupełnie inną ścieżką. Tą, którą miał zapisaną w planie powieści. I w pewny sposób ich rozumiem. Kiedy mi się to wydarzyło po raz pierwszy, byłem przerażony. Teraz z utęsknieniem oczekuję tego momentu. Bo wiem, że pomysły, które się wtedy pojawiają są najlepsze. Jest w tym jakaś twórcza magia. Iskra, która rozjaśnia szczyptą romantyzmu te nudne dni przepełnione stukaniem w klawisze.

    Wojciech Chmielarz

  • „Biblia papy Kurta”, październikowy felieton Jakuba Ćwieka

    Ostatnio na okładce jednej z antologii zawierających opowiadania kryminalne trafiłem na cytat jednego z moich ulubionych autorów – Elmore’a Leonarda. Zdanie dotyczyło opowiadań, które rzekomo, według autora, są powieściami, z których wycięto wszystkie kawałki zwykle pomijane przez czytelnika.

    Przyznam szczerze – nie wiem, czy to kreatywność tłumacza, czy też Leonard dokonał na potrzeby blurba recyklingu własnych pisarskich mądrości, ale ja jego słowa pamiętam inaczej. W opublikowanej kiedyś poradzie pisarskiej autor sugerował wszystkim młodym adeptom zawodu (tłumaczenie moje):

    To najważniejsza porada dla wszystkich, którzy chcą być pisarzami: kiedy piszecie, starajcie się odpuszczać sobie wszystkie te kawałki, które czytelnicy zawsze pomijają.

    Przyznaję, że długo – być może za długo, zważywszy na ciężar problemu – zastanawiałem się co – o ile rzeczywiście autorem obu cytatów faktycznie jest Leonard – twórca mógł mieć na myśli. Czyżby chodziło mu o to, że jedyną wartościową literaturą są opowiadania?

    I wtedy przypomniałem sobie o Vonnegucie.

    Poczciwy papa Kurt – tak zwykłem o nim myśleć, odkąd przeczytałem to określenie w jednej z książek Kinga i wyjątkowo mi podpasowało – to dla mnie autor ze wszech miar wyjątkowy. Przede wszystkim to on nauczył mnie, że o trudnych, wręcz potwornych sprawach można opowiadać w sposób lekki i zabawny. Że emocjom w czytelniku można pozwolić dojrzeć, dać mu chwilę, by zrozumiał, i że ta chwila może być dla odbiorcy słodka i przyjemna niczym pastylka zanim ją rozgryziesz. Czasem papa Kurt pozwala ci jej nie rozgryzać w ogóle, pozwala ci być naiwnym głupcem. Zwykle jednak nie.

     

    Nade wszystko jednak ogromnym zaskoczeniem dla mnie było to, że jego książki zawsze czytam dłużej niż inne. Nie dlatego, że ich nie rozumiem (a przynajmniej łudzę się, że większość treści, jakie autor chce mi przekazać, jednak do mnie dociera). Powodem jest poczucie, że domknięcie każdego akapitu jest u Vonneguta domknięciem etapu historii, przez co nie czujesz potrzeby, by się spieszyć, za to kipi w tobie chęć, by zrozumieć. To nie Dan Brown manipulujący mną za pomocą cliffhangerów, to nie jeden z tych pisarzy, którzy żywią przekonanie, że czytelnik jak ten wygłodniały głupiutki piesek zrobi wszystko dla najbardziej nawet naciąganego fabularnego twista. Nie, Vonnegut z końcem każdego podrozdziału kończy opowieść i podejmuje ją na nowo w kolejnym. A przy okazji pilnuje, by w jego historii nie było nie tyle wspomnianych przez Leonarda fragmentów, które czytelnik zwykle pomija, co właściwie dba o to, by nie było w niej zbędnych słów!

    Przyznam szczerze – gdy po raz pierwszy, znowu u Kinga, to on zaraził mnie Vonnegutem, przeczytałem o pisarskiej metodzie Vonneguta, stwierdziłem: ej, tak się nie pisze prozy! Chodziło o to, że papa Kurt ponoć nie przechodził do następnej strony, zanim nie był stuprocentowo pewien, że ta aktualnie pisana jest idealna. Nie było w nim parcia ku finałowi historii, nie było surfowania na fali pierwszej wersji. Nie, on przepisywał stronę na maszynie tak długo, aż uznał, że może ją położyć na stosiku tych już ukończonych. Wtedy dopiero brał się za następną.

    Dla mnie niewyobrażalne! Oto jest determinacja godna pochwały! Oto człowiek, którego dzieła winniśmy po wieki wieków hołubić w szkołach zamiast grafomańskich pierdoł zniechęcających nie tylko do czytania, ale i do choćby wybrania się nad pewną, skądinąd piękną, rzekę.

    Swoją drogą tak zarobiłem na polskim swoją pierwszą ideologiczną jedynkę. Wywołany do odpowiedzi na temat „Nad Niemnem” wyrecytowałem odpowiedzi na wszystkie pytania prócz jednego. Zapytany, dlaczego tego nie wiem, odparłem szczerze: bo nie było w pierwszym tomie, ani w późniejszym streszczeniu, a wybaczy pani, mam tu „Matkę Noc” Vonneguta i szkoda mi czasu na to pozbawione sensu pieprzenie o czyichś globusach.

    Impertynenckie, wiem. Godne potępienia za formę jaką przyjęło. Ale nie za treść, nie za przekaz, bo pod nim do dziś podpisuję się całym sercem. To dzięki Vonnegutowi wiem, że wolałbym żyć w społeczeństwie, które zamiast uczyć się patriotyzmu z Orzeszkowej, podejmie próbę nauczenia się bycia człowiekiem z „Rzeźni numer pięć”.

    ***

    Pretekstem do napisania tych słów jest, nie będę tego krył, zbiór opowiadań „Opowiadania wszystkie” wypuszczony właśnie przez Albatrosa. W wydawnictwie wiedzieli, że uwielbiam Kurta po tym, jak chwaliłem wydane przez nich listy Vonneguta i jego biografię. Teraz zapytany o to, czy nie napisałbym czegoś o zbiorze, powiedziałem: oczywiście, dajcie mi tylko książkę. Ale przyznać muszę, że choć sporo opowiadań znałem wcześniej, choć pdfa z całością nowego wydania mam już od dłuższej chwili, a papierową książkę od czterech dni, wciąż jeszcze nie przeczytałem całości. Smakuję te teksty, nurzam się w ironii, rozmyślam nad rzuconymi mi zadaniami, a czasem, jak kilka razy podczas lektury tekstów z pierwszej części zatytułowanej „Wojna”, odłożywszy tekst, siedzę i gapię się w ścianę. To nie są łatwe historyjki. Nieodmiennie to jednak znakomicie napisane, w pełni przemyślane teksty, a to dziś nie tylko komplement. To literacki ewenement.

    Czytam tę wielką księgę na wyrywki, trochę jak katolicy zwykli serwować innym katolikom Biblię. I wiem, trochę to kontrowersyjne porównanie, ale podobieństw jest wiele. Wielkość księgi i ilość zawartych w niej historii, drobny druk, tak by jak najwięcej pomieścić na każdej stronie, ogólne przesłanie, pozytywne, które jednak pewnie niejeden idiota wypaczy w przyszłości. Różnica jest jedna. Czytanie Vonneguta na wyrywki ma sens. Bo on, w przeciwieństwie do biblijnych skrybów, wie, jak omijać kawałki, których nikt nie przeczyta. I dać nam ostatecznie to, czego może nie chcemy, ale co powinniśmy dostać.

    ***

    Pisałem ten felieton na raty, w międzyczasie, szukając sobie różnych rzeczy w sieci. I tchnęło mnie, by poszukać w wywiadach z Elmorem Leonardem wzmianek o jego ulubionych pisarzach. Możecie zgadywać, czy na wymienianej liście znalazł się Vonnegut. A jeśli tak, to czy wysoko.

    Z tą myślą Was zostawiam.

    Jakub Ćwiek

  • „Oceniam po okładce”, październikowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zapewne każdy zna powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce”. Ja tak samo, co nie zmienia faktu, że kiedy myślę o nim dosłownie, to absolutnie się z nim nie zgadzam. Są chwile, kiedy nie zależy mi na treści książki, a na tym, jak ona wygląda. I mam nadzieję, że nie jestem w tym sam. Tak, oceniam po okładce.

    Nigdy nie uważałem się za specjalnego pedanta, dopóki nie kupiłem pierwszego regału na książki. Wtedy także odkryłem coś jeszcze. To, że wydawnictwa nienawidzą czytelników. Nie potrafię znaleźć na to innego wytłumaczenia, niż czysta, nieskrępowana niczym nienawiść do ludzi, którzy książki kupują i traktują je z szacunkiem. A może to ja po prostu jestem dziwny.

    Książki muszą stać u mnie w pewnym porządku. Najlepiej, jakby jedna półka miała ustawione pozycje tej samej wysokości, ale to ideał, który udało mi się osiągnąć tylko w kilku przypadkach. Zazwyczaj dotyczy to książek tego samego autora i to w konkretnym wydawnictwie. U mnie udało się w przypadku tytułów Chucka Palahniuka, bo Niebieska Studnia odwaliła w tym przypadku dobrą robotę. Czego nie mogę powiedzieć niestety o Prószyński i S-ka, gdzie jedno z wydań „Blasku fantastycznego” Pratchetta, ma błękitny grzbiet. Inne książki z serii mają odcienie żółto-pomarańczowe. Więc nie, nie mam u siebie „Blasku”, bo nie pasuje mi na półce. Ledwo też przetrawiłem to, że „Ruchome obrazki” są o dwa milimetry niższe, niż cała reszta.

    www.unsplash.com/Susan Yin

    Największe moje rozczarowanie to chyba jednak wydawnictwo Czarne, które z niewiadomych mi przyczyn, postanowiło wydać czwartą część cyklu olandzkiego Johana Theorina z zupełnie nieprzystającą do innych okładką. Pierwsze wydania może nie zachwycały grafikami, ale na pewno były one czymś wyjątkowym. Wyróżniającym się. „Duch na wyspie” dostał typowo kryminalną okładkę. Żeby było zabawniej, Czarne zrobiło wznowienia poprzednich części Theorina w nowej oprawie z wyjątkiem trzeciej części. Jako czytelnik mam więc wybór, ale żaden z nich, nie jest dla mnie w pełni satysfakcjonujący. I w chwili, kiedy stawiam książkę na półce, chcę po prostu, żeby tam pasowała.

    Przykłady tego typu można by wymieniać w nieskończoność. Upierałem się przy tym, żeby każda z książek, które napisałem, miała swój rozróżnialny, ale dalej pasujący do reszty styl graficzny. Nie dlatego, że to pozycje z serii i powiązane ze sobą. Przynajmniej nie tylko dlatego. Książki są produktami, a to, jak są przygotowane, wyraża szacunek do czytelnika. Nie bez powodu konkretne powieści mają swoje kody kolorystyczne i określone motywy.

    Lawenda na okładce – romanse, ale gdzie uczucie stoi na pierwszym miejscu. Czerń i wyrzeźbione damskie lub męskie ciało – erotyki. W kryminałach rządzą ciemne, przytłumione barwy, ale nie pogardzimy także zbliżeniem na oko, rękę, nóż, broń itd. Wszystko po to, żeby wchodząc do księgarni, nikt nie musiał się zbyt długo zastanawiać nad wyborem. Lubimy przecież to, co dobrze znamy, a wszelkie odstępstwa od normy, działają na nas stresująco.

    www.unsplash.com/Ugur Akdemir

    I tak, oceniam po okładce, czy tego chcę czy nie. Widząc ją, mam już określone wyobrażenie o tym, czego mogę się spodziewać. Okładki i obwoluty mają dla mnie także inną wartość i jest ona czysto estetyczna. Mam pierwsze wydanie „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda, które ma jeszcze papierową obwolutę. Kolejne już nie mają, choć były wydawane przez Wydawnictwo Literackie w krótkim odstępie czasu. Tej książki nie wymienię ma inne wydanie tak, by pasowało do reszty, bo miałem przyjemność uzyskania autografu autora i zwyczajnie szkoda mi się go pozbywać. Nie tylko dlatego, że jest personalizowany, czyli Karl wpisał do środka moje imię, ale także dlatego, że powieść stała się dla mnie czymś więcej niż produktem. Dużo mam takich książek, które wiążą się z jakimiś wspomnieniami i chciałbym, żeby wyglądały na półce po prostu ładnie.

    Widocznie wymagam za dużo.

    Bartosz Szczygielski 

  • Jestem Matthew, syn Leopolda Tyrmanda

    Gdy pisałem biografię Leopolda Tyrmanda, cały czs powtarzał: pisz jak było. Przed państwem Matthew, syn Leopolda, który najwięcej o ojcu dowiedział się z Dziennika 1954.

    Znaleźliśmy się na Facebooku w 2008 roku. Czytałem wtedy Złego, gdy Matt mignął mi w sieci.

    – Hej. Jestem wielkim fanem książek twojego ojca – napisałem.

    – To wspaniale! – odpisał.

    Nie przypuszczałem wtedy, że osiem lat później będziemy w zaśnieżonym Nowym Jorku wertować papiery jego ojca. Gdy powstawała książka Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie, zawsze był pomocny. Nic dziwnego – to dzięki jego aktywności wznowiono książki i uregulowano kwestię zagranicznych wydań. Trochę bałem się jednak tej zażyłości – bo co, jeśli znajdę coś niewygodnego w historii Leopolda?

    – Pisz, jak było – odparł bez wahania.

    W dwa lata od wydania książki, zgodził się na szybką rozmowę dla smakksiazki.pl.

    Marcel Woźniak: Kiedy się zorientowałeś, że twój ojciec, no wiesz, był znanym gościem?

    Matthew Tyrmand: Miałem wtedy z 10 lat, chodziłem do czwartej klasy podstawówki. Przyjechała do nas polska telewizja, na Brooklyn.

    Tam, gdzie dorastałeś, gdy wyjechaliście z Rockford. To był film dokumentalny o Leopoldzie Tyrmandzie?

    Tak. Rozmawiali dość szczegółowo z moją mamą (Mary Ellen Tyrmand – przyp. M.W.). Moja siostra (bliźniaczka Rebecca – przyp. M.W.) i ja znaleźliśmy się w czołówce nagrania. Kazali mi grać na trąbce…

    Wyszło ci całkiem nieźle!

    Żartujesz? Wyszło potwornie! (śmiech) Na szczęście, ten materiał przepadł w odmętach przeszłości (śmiech). Po tej historii zakiełkowała mi jednak myśl, że gdzieś tam w Polsce faktycznie mają mojego ojca za intelektualistę, artystę i człowieka, który pisał o polityce.

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Wspominałeś mi raz, jak na ulicznym straganie wypatrzyłeś książkę ojca. Pamiętasz tytuł?

    To były Zapiski dyletanta. Znałem już wtedy trochę, sporo tytułów mieliśmy na półkach w domu. Ale tak, to było naprawdę cool… Oczywiście, w jakimś małym wymiarze. To było miłe pomyśleć, że wciąż ma jakichś odbiorców. To było niedługo przed tym, jak wróciła moda na niego.

    Wkrótce „Tyrmand przyjechał do Polski”, to było dekadę temu. Wiele osób napisało wtedy do ciebie, zapychając ci skrzynkę na Facebooku. Byłem jedną z nich! (śmiech)

    Social media! (śmiech) To była naturalna kolej rzeczy. Wiesz, to ten wspaniały potencjał social mediów, że możesz dotrzeć po prostu do kogokolwiek na świecie. A ja bardzo przeżywałem te wszystkie rozmowy z nowymi ludźmi, cieszyłem się. Inna sprawa, że to chyba ja więcej się dowiedziałem od nich, niż odwrotnie.

    O ojcu?

    O Polsce! Do dziś wielu z poznanych wówczas ludzi, to moi przyjaciele. Niektórzy opowiadają mi, co się dzieje w Polsce zza kulis. Zobaczyłem z bliska politykę i też rozumiem teraz więcej. I… o, kurde (ten zwrot mówi po polsku – przyp. M.W.).

    Co się zmieniło przez te lata? Mam na myśli to, co mówimy o Tyrmandzie.

    Tyrmand przeszedł długą drogę. Od lat 50., gdy po tym, jak był znany i wydawany, ocenzurowano go. Następnie jego książki krążyły po czarnym rynku. Potem przyszły lata 90. i ta popularność rosła – aż do teraz. Myślę, że byłby podekscytowany tym, jak jego książki radzą sobie na wolnym rynku. Na przełomie stuleci o Tyrmandzie mówiło się głównie od lewicowej strony, jako o liberale i rewolucjoniście. O jego etapie życie w USA, gdy był konserwatywnym antykomunistą, milczano. Dziś się to zmienia. Myślę, że miałem w tym udział, by zaczęto dostrzegać także jego filozofię i sposób myślenia z Ameryki. Teraz obraz jest spójny.

    Istotnie, Leopold Tyrmand przestał być tylko „barwnym ptakiem PRL”.

    Dziś jest rozpoznawalny, jako niezwykły intelektualista i pisarz, który opowiadał o systemie i rozterkach egzystencjalnych. O wolności jako takiej, o cenzurze, możliwościach życia. Ilu pisarzy z XX wieku było na tyle nieustępliwych?

    Widać to zwłaszcza w Dzienniku 1954.

    Czytając jego zapiski widzimy bardzo wyraźnie, z czym zmagali się emocjonalnie wolnomyśliciele i intelektualiści w tamtych czasach. To nauczka dla nas wszystkich, by nigdy ponownie nie stworzyć takiego świata, jaki – bardzo dokładnie – opisywał. Myślę, że Polacy, tak jak inne narody ze środkowo-wschodniej Europy, wyciągnęły lekcje z przeszłości.

    Matthew Tyrmand

    CzyDziennik 1954,to twoja ulubiona książka? Pamiętam, że widziałem cały stos u ciebie w mieszkaniu. Powiedziałeś wtedy, że dajesz ją często ludziom, by zrozumieli, jak wyglądał komunizm.

    To w niej najbardziej odkryłem i zrozumiałem mojego tatę, czytając jego rozważania i monologi. Książka poruszyła mnie tak mocno, jak tylko książka może poruszyć. Zrozumiałem też, czego od niego mogę się uczyć. Tak, spotkanie z dziennikiem,to niezwykłe dla mnie doświadczenie.

    Jest wciąż wiele jego anglojęzycznych tekstów nieznanych polskiemu czytelnikowi.

    Tak, przede wszystkimThe Media Shangri-La, teksty dla „The New Yorker” z końca lat 60., artykuły na temat polityki, społeczeństwa i kultury z „Chronicles of Culture”, gdy był redaktorem magazynu, aż do śmierci w 1985 roku. Okazuje się, że miał trafne diagnozy na temat komunizmu, kapitalizmu i popkultury.

    Nie tylko zająłeś uporządkowaniem spraw wydawniczych. Masz też udział w ekranizacji Złego. Kiedy zobaczymy ten film?

    W setną rocznicę urodzin mojego ojca czyli roku 2020, roku Leopolda Tyrmanda oczywiście! (Sejm w styczniu tego roku uchwalił rok 2020 oficjalnym rokiem L. Tyrmanda – przyp. M.W.). To dobry moment na to. I będzie zrobione z rozmachem. Zły, to niesamowita historia, porywająca dla każdego. A zwłaszcza dla Polaków.

    Jeśli o książkach Tyrmandów mowa… Masz na koncie dwie pozycje: Jestem Tyrmand, syn Leopolda oraz Patrzeć jak świat płonie. Szykujesz coś?

    Może coś w rodzaju abecadła? Abecadła Tyrmanda. Ten pomysł będzie musiał jednak trochę poczekać. Gdybym napisał wszystko, co myślę na temat ludzi, których poznałem, zwłaszcza polskich polityków… Szczerze? Książka chyba byłaby ciężka, niż Abecadło Kisiela(Stefana Kisielewskiego – przyp. M. W.).Przysporzyłbym sobie o wiele więcej wrogów, niż mam teraz. Póki co, powinienem chyba trzymać język za zębami! (śmiech)

    Dzięki za rozmowę!

    Dziękuję również. Pozdrawiam czytelników smakksiazki.pl!

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    —-

    Podróżowaliśmy z Leopoldem Tyrmandem przez ostatnie dziesięć tygodni. Jego życie przeglądaliśmy, jak mgnienia z kalejdoskopu. Stąd nazwa: model do składania. Życzę nam wszystkim wielu powrotów do tej barwnej biografii. Jawi się ona, niczym barwny album życia – życia o smaku książek.

    Marcel Woźniak

  • Sapkowski wziął z góry, a my jesteśmy narodem prawników

    60 milionów złotych. Wezwanie do zapłaty. Andrzej Sapkowski. Jeden z najbardziej rozgrzewających sieć tematów ostatnich dni w dużej mierze opiera się na tym, co kiedyś powiedział sam pisarz. Szkoda tylko, że zamiast przyjrzeć się sprawie bliżej, większość stwierdziła, że nic mu się nie należy. I ja ich rozumiem, bo przecież tak samo jak komentujący, jestem prawnikiem.

    Nie wiem czy czytaliście przesłane do CD Projekt pismo od pełnomocnika Andrzeja Sapkowskiego, ale ja je czytałem. Jest napisane… źle. Nie brzmi też tak, jak ja wyobrażam sobie pisma przygotowane profesjonalnie. Najbardziej uderzające w tym piśmie nie jest jednak to, jakim językiem je napisano, ale sama treść. Ile widziałem nagłówków, gdzie napisano, że Sapkowski chce 60 milionów? Nawet tego nie zliczę. Ile widziałem tekstów, które chcą pisarza choć trochę obronić? Kilka. Nawet sam jeden poczyniłem, bo uważam, że nie znamy całej sytuacji, by wypowiadać się i atakować Sapkowskiego.

    Nie wychowałem się na Sadze o Wiedźminie, ale czytałem ją całą i dalej stoi na półce w tym „białym” wydaniu z Supernowa. Nie chce wypowiadać się o samy pisarzu i tym, jakim jest człowiekiem. Czytałem z nim wywiady, gdzie o graczach i samej grze od CD Projekt Red mówił w nienajlepszych słowach. Czy jest burakiem? Nie wiem i niewiele mnie to obchodzi. Obchodzi mnie to, że większości osób, które temat komentowały, widocznie znała treść umowy pomiędzy Sapkowskim, a spółką CD Projekt. W końcu musiały, bo przecież inaczej to nie miałoby sensu.

    www.unsplash.com/Chris Liverani

    Owszem, Sapkowski sam przyznawał, że wziął pieniądze z góry i mówi się, że było to 35 tysięcy złotych płatne w dwóch transzach. Patrząc na to, ile dziś warta jest spółka, która przygotowała grę, kwota jest śmiesznie niska. Tylko, że wtedy nie była. Sapkowski miał za sobą nieudane adaptacje filmowe oraz jedną grę, która nie ujrzała nigdy światła dziennego. Pisarz sprzedawał też licencję do czegoś, co może i było popularne, ale nie było zapewne warte więcej, niż wspomniane 35 tysięcy (co w tamtych czasach było bardzo dużą kwotą). I to o tej umowie wypowiadają się ciągle w komentarzach ludzie nazywający Sapkowskiego „cebulą”.

    Mało kto interesuje się tym, że wspomniana umowa dotyczył pierwszej części gry, a co więcej, była jeszcze aneksowana przed samą premierą tytułu, bo wydawca spóźnił się z wypuszczeniem produktu na rynek. Przynajmniej do takich informacji dotarłem, co specjalnie trudne nie było, bo temat poruszany był wielokrotnie. Szkoda tylko, że nikt o nim pamiętać nie chce, a widzi jedynie dwie kwoty. 35 tysięcy. 60 milionów.

    Komuś się jednak chciało pójść o krok dalej i zapytać u źródła. Strona Strefa Inwestorów dostała od CD Projekt odpowiedź na podstawowe pytanie. Czy pełnomocnik pisarza ma rację?

    Nie komentujemy wartości umów z Panem Andrzejem Sapkowskim w tym przytaczanej przez media pierwotnej umowy z 2002 roku. Spółka w latach 2002 – 2016 zawarła z Panem Sapkowskim szereg różnych umów”. (Karolina Gnaś – dyrektor ds. relacji inwestorskich CD PROJEKT).

    Jak widać, umów było więcej, a my nie wiemy, co w nich było. Wątpię, żeby pisarz zdecydował się na to, żeby nie zawrzeć w nich informacji o procencie od sprzedaży. Szczególnie w późniejszych latach, kiedy wiadomo było, jakim sukcesem jest Wiedźmin. Nie wiem jednak, jak to działa w przypadku gier i adaptacji, bo to zupełnie inna bajka, niż książki czy ich tłumaczenia. Czy pisarz może w pełni zaufać wydawcy?

    Powinien, choć w branży zdarzały się już przypadki, kiedy twórca wysyłał do swojego wydawcy rewidenta, bo „coś” mu się nie zgadzało w przesyłanych rozliczeniach. I cóż, znam przypadek, gdzie ów pisarz miał rację, ale jakoś nie przypominam sobie wtedy, by nazwano go „cebularzem”.

    www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky

    Żeby było jasne – sukces gry to sukces CD Projekt i tysięcy ludzi, którzy na niego pracowali. Wiedźmin 3 był produkcją wybitną, stworzoną przez cały zespół i zapewne powstającą w wielkich bólach. Jednak czy spółka byłaby dziś tam gdzie jest, gdyby wypuścili produkt nie oparty na Sadze o Wiedźminie? Tego się nie dowiemy. Niezależnie od tego, jak Sapkowski wypowiada się na temat gier i ile smrodu sobie tym narobił, jego udziału w sukcesie produkcji odmówić się nie da.

    Nie wiem czy pisarzowi należy się jeszcze cokolwiek, bo nie wiem, jak wyglądały jego umowy, ani ile do tej pory naprawdę zarobił. Nie widziałem też rozliczeń. Sprawa skończy się pewnie ugodą, a Sapkowski dostanie jeszcze jakieś pieniądze, ale my nigdy nie dowiemy się jakie. Jestem za to pewny, że w przyszłości nikt nie będzie pamiętał o 35 tysiącach, ale o 60 milionach.

    Bartosz Szczygielski

  • „Szukając zebry” – w roli łowcy Przemysław Semczuk

    Pierwszego House’a zobaczyłem gdzieś w połowie trzeciego sezonu. Bezczelny typ urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Ja to gdzieś już czytałem – ta myśl przyszła mi zaraz do głowy. Ale przecież nie ma książki o Housie. Znaczy teraz już jest, wtedy nie było. Chwilę myślałem skąd znam tę postać. Zagadka nie była trudna. Kojarzycie? Przecież to Sherlock Holmes. Holmes, House. No i jest doktor Watson, w roli doktora Wilsona.

    Wszystko się zgadza, ale czy ja nie naciągam faktów? Okazuje się, że nie. Wystarczyło poszperać w sieci, by znaleźć wywiad z Davidem Shorem, producentem i pomysłodawcą serialu. Tu jednak zaczyna się nieprawdopodobna historia.

    M.D. House, pierwotnie miał być serialem dokumentalnym. Czymś w rodzaju medycznego CSI. Shore napisał treatment i poszedł z nim do telewizji FOX. Pomysł, nad którym pracował z Paulem Attanasio i Katie Jacobs, oparł o serię artykułów publikowanych w New York Timesie przez lekarkę Lisę Sanders z Yale – New – Haven – Hospital (w serialu udaje szpital Princeton Plainsboro Teaching Hospital). Sanders pisała o zagadkowych przypadkach medycznych, w slangu lekarzy nazywanych „poszukiwaniem zebry” (Chasing Zebras). O co chodzi z zebrą? O błąd atrybucji. Jeśli usłyszymy za oknem dorożkę, to pomyślimy, że ciągnie ją koń. Ale równie dobrze, zamiast konia w zaprzęgu może iść zebra. Analogicznie jeśli do lekarza przychodzi pacjent z kaszlem, to pierwszym skojarzeniem jest przeziębienie. W ośmiu przypadkach na dziesięć, właśnie tak jest. Ale dwóm pacjentom dolega coś poważniejszego. Jeden ma zapalenie płuc, a drugi raka. I tą zasadą kierują się lekarze (z pewnością nie w Polsce), najpierw szukają u pacjentów zebry. Jeśli jej nie znajdą, są pewni, że to jednak koń. Dlatego serial nosił roboczy tytuł „Chasing Zebras”.

    Tak bardzo mi się to spodobało, że umieściłem historyjkę z zebrą w mojej powieści „Tak będzie prościej”. Przynajmniej tak ocaliłem zwierze, którą w serialu zastąpił M.D.House. Producenci poczuli, że pomysł ma potencjał na coś więcej niż kolejny dokument. Zmienili tytuł, obsadzając w nim ekscentrycznego lekarza i napisali scenariusz kilku pierwszych odcinków. A potem sami zaczęli szukać zebry, znaczy aktora, tego jednego z dziesięciu.

    www.unsplash.com/Piron Guillaume

    O rolę ubiegało się wielu znanych aktorów. Casting i zdjęcia próbne zorganizowano w Stanach Zjednoczonych. Hugh Laurie był wtedy na planie „Lotu Feniksa”, który kręcono w Namibii. Agent przesłał mu faksem kilka stron scenariusza. Poprosił by zagrał scenę i wysłał film przez internet. Laurie był pewny, że to drugoplanowa rola. Bo kto mógł zrobić z takiego wariata głównego bohatera? Postać jednak mu się spodobała i postanowił nagrać filmik. Kłopot w tym, że nie miał gdzie i kiedy.

    Po całym dniu zdjęciowym poprosił operatora by małą kamerką nagrał krótką scenkę. Poszli do łazienki, bo tylko tam było spokojnie. Laurie usiadł na klozecie i przeczytał kilka razy swoją kwestię. Dobre światło było tylko przy lustrze (teraz już wiemy skąd w serialu sceny w łazience). Stanął i zagrał najlepiej jak potrafił, mówiąc z akcentem z New Jersey. Choć tym chciał nadrobić to, że był brudny, zakurzony i nieogolony. Po prostu przyszedł tak jak stał, w charakteryzacji z „Lotu Feniksa”. Miał na sobie jeansy i starą zniszczoną kurtkę.

    Hugh Laurie, oficjalny profil FB

    Gdy producenci zobaczyli tę scenę, powiedzieli – Wow! Właśnie takiego amerykańskiego aktora nam trzeba! – Hugh Laurie jest Brytyjczykiem, ale to nic. Tak to się zaczęło. Zapytacie pewnie, co z tym Holmesem? Otóż, producent David Shore jest wielkim fanem londyńskiego detektywa. Oficjalnie przyznał, że tworząc głównych bohaterów wzorował się na powieści Arthura Conana Doyle’a. Ale to nie jedyna inspiracja. Holmes grał na skrzypcach. House na fortepianie i gitarze. Holmes palił opium. House nadużywał Vicodinu. Holmes mieszkał w Londynie przy Baker Street 221B. A House przy tej samej ulicy, pod tym samym numerem tyle, że w Jersey. W pierwszym pilotażowym odcinku pacjentka Housea nazywa się Rebecca Adler. Pamiętacie Irene Adler, bohaterkę „Skandalu w Bohemii”, pierwszego opowiadania o Holmesie? W finale drugiego sezony, House zostaje postrzelony przez szaleńca. W filmie nie pada jego nazwisko, ale na tyłówce, przy nazwisku aktora pojawił się zagrany przez niego bohater – Moriarty. Wróg Serlocka Holmesa. W kilku docinkach widzimy też książki Doyle’a. House podnosi klucze i Vicodin, leżące na wydaniu przygód Holmesa. Innym razem otrzymuje książkę w prezencie na Boże Narodzenie.

    Jak widać scenarzyści świetnie się bawili, pozostawiając nam okruszki historii Sherlocka Holmesa. Tak na marginesie dodam, że to nie jedyne inspiracje do innych, tym razem prawdziwych historii i postaci. Ale o tym przy innej okazji.

    Przemysław Semczuk

     

  • Almanach kobiecy. Leopold Tyrmand: model do składania

    Odnoszę wrażenie, że walczysz z kobietami. Nie możesz się z nimi pogodzić i nie o to chodzi, powinieneś czy nie, ale o to, że tu już na pewno nie ma wygranej. Tu przegramy zawsze, jeśli nasz stosunek do nich ustawimy jako rozgrywkę – pisał do Tyrmanda Sławomir Mrożek. Zapraszam na dziewiąty felieton o Leopoldzie Tyrmandzie.

    Almanach kobiecy. Co to takiego? Album, zbiór i kalejdoskop twarzy, które przemknęły przez życie Tyrmanda, a on postanowił je zatrzymać. Kim były? Czy pisarz faktycznie był amantem, jak pisano po latach? Co o tym sądzimy?

    Zdaniem pani Basi Hoff – jak widać na większości zdjęć – wokół Tyrmanda stali głównie mężczyźni. Uwielbiał męski sznyt, braterstwo i męską solidarność.

    Był chłopcem, który nie rozumiał samego siebiepisał w Życiu towarzyskim i uczuciowymo dzieciństwie Mikołaja Planka, swojego alter ego:– Gdy wszyscy tańczyli, stał oparty o fortepian albo siedział przy perkusji, w pozie oznaczającej ironiczną obojętność.

    Jak pisze dalej, zazdrościł im beztroski, ponieważ sam nieustannie chciał dbać o niezależność.

    Męczyła go obsesja godności, wykrzywiająca się łatwo w urażoną wrażliwość – podsumowuje. – Albowiem jak tu uwolnić się od warunkujących wszystko współzależności tylko dlatego, że właśnie jest zabawa?

    Janina Balukiewicz, wileńska miłość Leopolda. Fotografię podarowała mu w 1946 roku

    Nazywał ją jasnowłosym Elfem. Po wybuchu wojny wylądował w Wilnie i dopiero tam zaczął dorosły etap życia. W stolicy Litwy życie artystyczne kwitło. Tak poznał Jankę – siedział w pierwszym rzędzie w teatrze, a ona występowała na scenie. Gdy do miasta weszli Niemcy, romans szybko się zakończył. To ona widziała, jak Tyrmanda i Zawiszę pakują do wojskowego łazika Sowieci z NKWD i to jej ojciec zabronił widywania się z Żydem.

    Młodzieńcza miłość Tyrmanda zostaje brutalnie podeptana ciężkimi butami. Żydzi umieszczani są w getcie albo od biorą ich lasów w Ponarach. Każdy kontakt z nimi jest surowo karany. Wkrótce Tyrmand weźmie na nazistach odwet…

    Erni. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Gdy Lolek ucieka do Niemiec, pracuje we Frankfurcie nad Menem oraz Wiedniu, udaje tam Francuza z Warszawy. Tak mówią papiery. Spotyka się tam z Niemką, która wkrótce zostawia go… dla Niemca.

    Nigdy nie pojmę, jak ty mogłaś to zrobić? Jak mogłaś? – zapisze po latach w Filipie.Przecież niemożliwe jest, żebym nie przebiegł jej przez myśl, przez pamięć, moje oczy, moje usta lub tylko moje istnienie. I wybrała… (…) I oto znalazłem się w samym środku rezerwatu bolesnej, płaczliwej ironii, zamazującej serce pozytywnym rozżaleniem na własny los, do którego przez ten cały czas starałem się nie wpuścić nawet samego siebie.

    Sypiał z Niemkami, bo za to Polakom groziła kara śmierci – wspomina Matthew Tyrmand. – A on w dodatku był obrzezany. To musiała być niezła adrenalina.

    Jak mówi tytułowy bohater książki, „dla skrzywdzonych dwudziestotrzylatków miłość jest jedną z racji istnienia”. Może dlatego Tyrmand bierze odwet na Niemcach i na odwrocie fotografii Erni zapisuje dumnie: „zhańbienie rasy”.

    Rysia, lata 50. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Poznają się na gruzach wyzwolonej Warszawy. Rysia, nazywana też Czusią, jest córką działacza Józefa Stemlera – jednego z czterech uniewinnionych w „procesie szesnastu”. To ona namawia go na (ponowny?) chrzest i 29 czerwca 1951 roku – razem ze Stefanem Kisielewskim – są świadkami na ceremonii, którą prowadzi ksiądz Jan Zieja. Tyrmand z Rysią będą razem pięć lat – to wtedy Lolek odnisie największe dziennikarskie sukcesy. A potem wszystko się posypie. Jak zawsze, gdy odchodzi kobieta.

    Według wspomnień z Dziennika 1954 coś „po prostu nie wyszło”. Ale pisarz Jerzy Przeździecki, choć nie chce mówić o szczegółach, przyznaje, że to Tyrmand sam wpakował się w kłopoty i nie był w porządku wobec dziewczyny. Co przeskrobał? Rysia nieraz jeszcze Tyrmandowi się przyśni.

    MARYSIA

    Nie ma do czego wracać – mówi po latach Maria Iwaszkiewicz. Spędzieli ze sobą kilka miesięcy na przełomie 1951 i 1952 roku. Jak zapisze potem Tyrmand, „po rozstaniu się z Rysią zapragnąłem potępieńczo małżeństwa. Bałem się śmiertelnie zmarnowanego życia, bałem się, że jest już za późno…” Niektórzy będą zarzucać Lolkowi chęć wżenienia się w rodzinę Iwaszkiewiczów. Ale to nieprawda – do Jarosława nigdy nie pałał sympatią.

    Ślad po krótkim romansie wypływa na światło dzienne dość nieoczekiwanie, w 2016 roku. W Stawiskach odnaleziony zostaje rękopis opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza Trzydzieści godzin. Powieść detektywistyczna. Maszynopis liczy dziewięć stron formatu A4. Tyrmand jest jedną z postaci, występuje jako „Tyrmand”. Tekst można przeczytać w „Zeszytach Literackich”.

    Była akurat po rozwodzie, szukała pociechy po przejściach i tarapatach pierwszego małżeństwa– zapisał 20 lutego w Dzienniku 1954. – Ja byłem właśnie po rozstaniu z Rysią. Odetchnęliśmy po naszych przejściach przez paromiesięczną chwilę przy sobie. Potem poznałem ją z mym przyjacielem, Jankiem Wołosiukiem, nie wiedząc, że kroję romans.

    KRYSIA

    Zdjęcie Krystyny na basenie Legii. Archiwum Mary Elle Tyrmand

    Albo Bogna. Poznają się, gdy ona uczy się do matury. To ona jest słynną „lolitą” z Dziennika 1954. Po latach wcale nie będzie z tego wspomnienia dumna i zarzuci Tyrmandowi, że był despotyczny i próbował ją urobić według własnych potrzeb. Pewnym jest, że w literackiej przestrzeni dziennika dziewczyna ma „szesnaście i coś wiosen”, a podupadający na zdrowiu, biedny i bezrobotny Tyrmand żyje z udzielania jej korepetycji. Romans z nastolatką nie przeszkadza mu w spotykaniu się z innymi kobietami, co szczegółowo w diariuszu opisuje. Jedną z zabawniejszych jest historia kolacji w krakowskim hotelu, na którą jedzie mając w kieszeni ostatnie grosze. Obiecuje sobie, że zapłacą po połowie, ale w przypływie emocji, po burzliwej kłótni unosi się honorem i pokrywa sam rachunek, a później nie ma na powrotny bilet do Warszawy. Jednocześnie, wciąż myśli o Rysi. Wkrótce dowiaduje się, że wyszła za mąż.

    – Kiedyś, przed dekadą, wystarczyło trafnie włączyć kontakt myśli –zapisuje 18 lutego 1954.– Wystarczyło napięcie naskórka, rąk, ust, ud – aby to „coś” zaczynało wibrować jak prąd w całym organizmie, by zapaliło lampy rozsadzających doznań. A teraz czekam daremnie.

    Cała historia z Krysią kończy się wiosną 1954 roku. Ona zdaje maturę, on kończy pisać dziennik, bo podpisuje umowę na Złego. Podobno fotografię Krysi przez lata będzie trzymać na biurku.

    KOPIEJKA

    Małgorzata, pierwsza żona. Nazwisko – Żurowska, po pierwszym mężu matki, ale jej ojcem naprawdę jest Ludwik Rubel. Znany też, jako Ludwik Tyśmienicki, przeszedł z Andersem bojowy szlak aż pod Monte Cassino, redagował „Dziennik Żołnierza” wydawany przez 2 Korpus Polski w latach 1943–1946. W powojennej Polsce jest na cenzurowanym, mieszka w Londynie. O pochodzeniu Małgosi wiedzą nieliczni. Ci, jak na przykład Jan Kott, nazywają Rublównę po prostu Kopiejką. Lolek nazywa ją „cielątkiem”. Po plotkach o jej romansie z amerykańskim jazzmanem, ma powiedzieć „mnie się nie zdradza!” Ich małżeństwo przemyka, jak meteor. Małgosia jest dużo młodsza, zaczęła dopiero co studia na Akademii Sztuk Pięknych. Według niej, miała być pierwowzorem postaci Marty Majewskiej ze Złego. Ale nie zgadzają się daty. Gdy się poznawali, maszynopis książki był już gotowy.

    BASIA

    – Nie jestem byłą żoną Tyrmanda – mówi pani Basia Hoff, gdy pytam o przeszłość.

    Z początku się nie polubili. Pisała dla „Przekroju” artykuł o sopockim festiwalu jazzowym i Lolek nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Wbrew podejrzeniom Kopiejki, spotkali się dopiero po jego rozwodzie. Gdy się oświadczył, również nie zgodziła się od razu.

    Przeszli razem wiele. Telefony z pogróżkami, tajemnicza śmierć jej ojca, podsłuchy w ścianach, brak zgody na wydanie paszportu, gdy po ciężkiej chorobie chciała wyjechać na kurację. Widziała, jak zaciskał pięści na kołdrze, jak zaciskał usta ze złości i nie spał miesiącami ze stresów.

    Pożegnali się w 1965 roku, gdy wyjeżdzał z Polski. Nie wiedziała, że już nigdy nie wróci, choć wiedziała, że mają już swoje oddzielne życia. Rozwiedli się korespondencyjnie. Gdy Tyrmand miał odesłać z Ameryki papiery rozwodowe, miał czelność poprosiłć o wsadzenie do koperty znaczka na list zwrotny.

    Historia z Tyrmandem wydarzyła się pół wieku temu, podczas gdy od czterdziestu lat jest szczęśliwie zamężna. Mimo to, o Lolku nigdy nie dałaby powiedzieć złego słowa. Wie, że zawsze ją szanował i kochał. Po artykule pt Bokseł, pijak i dziwkarzwysmażyła do redakcji „Gazety Wyborczej” sprostowanie. Nie podobała się jej także książkaZły TyrmandMariusza Urbanka, ale jej uwagi do treści nie zostały uwzględnione w drugim wydaniu. Gdy Polskę odwiedziła kilka lat temu Mary Ellen Tyrmand, wdowa po Tyrmandzie, pani Basia nie chciała brać udziału w spotkaniu „byłych żon Tyrmanda”.

    BEVERLY

    To Beverly pomogła Tyrmandowi w zyskaniu sławy w USA. Wbrew namowom agenta literackiego, przetłumaczone na angielski zapiski z podróży po Ameryce wysłał do redakcji „The New Yorker” i gazeta przyjęła je entuzjastycznie. Ale to Beverly, niczym anioł stróż, czuwała nad Lolkiem tłumaczyła mu realia rynkowe amerykańskiej prasy. Niewykluczone, że pomogła mu też w transkrypcji rękopisu.

    Lolek i Beverly de Luscia, 1966. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    MARY ELLEN

    W starej, japońskiej komodzie odnalazła listy. W pamięci były zatarte, jak dawno temu wypowiedziane słowa. Aż do wtedy. Korespondencja przypomniała jej, jak się to zaczęło. Nie ona jedna była pod wrażeniem tekstów polskiego imigranta, dziennikarza piszącego na łamach „The New Yorker”. Ale na tyle uporczywie zabiegała o spotkanie, że w końcu do niego doszło, na Cooper Square. Nie spodobały mu się jej przesadnie umalowane usta. Usta dziewczyny młodszej o dwadzieścia pięć lat. Ona kończyła właśnie iberystykę na Yale, on był u szczytu popularności. A jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że to Tyrmand uwiódł młodą studentkę. Było odwotnie, a największą rolę odegrały tu właśnie listy. Podróżujący po ośrodkach naukowych Lolek korespondował z młodą Mary Ellen, a ta coraz bardziej, jak kropla, drążyła skałę jego serca. Była nią zafascynowany, ale bał się. Ona, wbrew sprzeciwowi rodziców, nie miała w sobie strachu.

    Państwo Tyrmandowie, lata 70. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    List Sławomira Mrożka do Tyrmanda. Paryż, 6.04.1969:

    (…) Odnoszę wrażenie, że walczysz z kobietami. Nie możesz się z nimi pogodzić i nie o to chodzi, powinieneś czy nie, ale o to, że tu już na pewno nie ma wygranej. Tu przegramy zawsze, jeśli nasz stosunek do nich ustawimy jako rozgrywkę. Tu naprawdę nie ma silnych, żeby przytoczyć zdanie ze „Złego”. (…) Zaryzykowałbym stwierdzenie, że masz odczucie tragiczne całej tej sprawy, w dosłownie wielkim wymiarze tragedii. Że jest coś nieodwracalne, nieuniknione, a jednak nie do przyjęcia przez człowieka. (…) Jest w tym żądaniu coś z tęsknoty do czystości i trwałości, bardzo ludzkie pożądanie, żeby coś nareszcie było takie, jakie chcemy, określone, trwałe, żeby to krzesło było z oparciem. Może i to jest element Twojego niezgadzania się na kobiety mistrzynie w nieokreślonym.

    Nie wiadomo, jaką moc sprawczą miał mentorski głos autora Tanga, ale kilka miesiecy później Tyrmand ożenił się po raz trzeci. I ostatni. Ślubu udzielał pijany ksiądz, a rodzina Mary Ellen decyzji córki nie akceptowała.

    Był to najszczęśliwszy i najdłuższy związek pisarza, który w swoim życiu tyle razy odtrącał, co bywał odtrącany. Wybudowali wspólnie dom i zamieszkali w nim na kilka miesięcy przed nieoczekiwaną śmiercią Leopolda. Mary Ellen również patrzyła na niego, gdy leżał na łóżku. Nie zaciskał już ze złości pięści. Żona miewała ataki paniki – jeden z lekarzy stwierdził, że chodzi o ich małżeństwo. Po czasie okazało się, że miał rację. Mary Ellen czuła, być może we śnie, że jej mąż oddycha inaczej, inaczej sypia, a może inaczej patrzy. Czuła, że nie jest sobą. Zmarł nieoczekiwanie na atak serca. Kolejne miesiąca to wyrwa w pamięci wdowy po nim – była tak rozbita jego śmiercią, że z pogrzebu, przeprowadzki i żałoby nie pamięta zupełnie nic.

    Dwadzieścia pięć lat później odnalazła ich wspólne listy. Przy pomocy Doroty Tuszyńskiej opracowała je i wydała. To wtedy przyjechała do Polski i – ostatecznie – nie spotkała się z Basią Hoff.

    Z resztą, to był wieczór Mary Ellen – wspomina pani Basia. – I jej książka. Po co tam ja w tym wszystkim?

    TAJEMNICZY LIST

    Kobiety Tyrmanda? Kochał je i walczył z nimi całe życie. W archiwum pisarza – raptem jeden, tajemniczy list, pełen wspomnień o pocałunkach i pieszczotach. Ale coś jakby ktoś tam grzebał w archiwum i wyciągnął kilka niewygodnych kartek. W komodzie – album ze zdjęciami. Osobliwy to album, bo pełen kobiet i dziewcząt zdobytych, ustrzelonych i pokochanych. Jest elf, esesmanka, dziennikarka, żony. Po co to trzymał? Po co kolekcjonował twarze? W 1981 roku, trzy dni przed narodzinami dziecka, spisał wspomnienia ze swojej młodości. Jedno z nich dotyczyło pokojówek, które przebierały się w mieszkaniu po drugiej stronie ulicy. Tak, jakby chciał zatrzymać swoją młodość w momencie nadchodzącej starości.

    Ostatnia refleksja Mrożka w liście do Tyrmanda z 6.04.1969:

    Z książki „Komu bije dzwon” najmądrzejszy dla mnie jest tytuł. Rzecz wyjaśniona w motto tejże książki: „Nie pytaj, komu bije dzwon. Zawsze bije dla Ciebie”.

    Marcel Woźniak

  • „Jak przestałem kochać twisty”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Kryminał jako gatunek zmaga się z kilkoma schorzeniami. Przesadna pogoń autorów za spektakularnym twistem jest chyba najpoważniejszym z nich wszystkich.

    Zacznijmy od tego, żeby wytłumaczyć sobie, czym ten twist jest. W skrócie, to nieoczekiwany zwrot akcji lub niespodziewane zakończenie, które do góry nogami wywraca całą fabułę powieści. Dokładnie tak, jak w absolutnie klasycznej powieści, jaką jest „Zabójstwo Rogera Ackroyda” Agathy Christie. Finał jest taki, że po jego poznaniu właściwie chcemy przeczytać całą powieść od początku, żeby zobaczyć, czy wszystkie wątki naprawdę tak ładnie się zgadzają. Co więcej, pomimo wielu lat od premiery „Zabójstwo…” ciągle się broni. Mam wrażenie, że odrobinę się zestarzało w sferze języka, ale strukturalnie to ciągle majstersztyk, któremu mało kto potrafi dorównać. Inny przykład? „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn. Fantastyczny zwrot akcji w połowie książki, który wywraca historię do góry nogami. Z mniej znanych autorów, świetny twist wyszedł Johanowi Theorinowi w „Świętym Psycholu”.

    Dobry twist to skarb. Przyzna to każdy autor kryminałów. Zostawia on czytelnika z szeroko otwartymi ustami, zdumionego, że dał się aż tak zrobić w konia, a przy tym jednak literacko usatysfakcjonowanego. Bo po to też czytamy kryminały – żeby dać się autorowi oszukać. Problem pojawia się w chwili, kiedy autor szuka tego niespodziewanego zwrotu akcji na siłę. A takich książek, mam wrażenie, że jest coraz więcej.

    www.unsplash.com/Alfons Morales

    Ostatnio tak miałem z dwoma dość głośnymi tytułami. Czytało się w miarę łatwo, umiarkowanie przyjemnie, ale mniej więcej potrafię zrozumieć, skąd się bierze ich popularność. Wraz z kolejnymi stronami pojawiały się kolejne fabularne zgrzyty. Trochę kręciłem nosem, ale ciągle miałem nadzieję, że autorzy to jakoś naprostują. A potem następował twist, a ja za każdym razem zdębiałem. Ale nie ze zdumienia. Ze złości. Bo za każdym razem nie miały one żadnego sensu. Oba nie rozwiązywały żadnych fabularnych problemów, ale tworzyły gigantyczne logiczne dziury. Miałem wrażenie, że twórcy nawet nie próbowali ich załatać. Miał być zwrot akcji, to jest, proszę bardzo, czekam na oklaski. Tylko ja osobiście poczułem się jako czytelnik obrażony. Cholera, czytałem w swoim życiu książki lepsze i gorsze. Czytałem nawet takie zupełnie złe. Ale za każdym razem czułem, że pisarz się mniej lub bardziej starał. Nawet jeśli mu nie wychodziło, to przynajmniej . Nie tym razem. Tym razem autorzy pokazali, że mają mnie w swoich czterech literach. O co dokładnie chodziło? Nie opowiem, bo nie chcę zdradzać nazwisk twórców, ale generalnie były to zwroty akcji w typie kopniaka w jaja. O co dokładnie chodzi? Proszę sobie wyobrazić, że zapraszacie mnie na obiad. Przychodzę. Jemy rosół, potem schabowego. Rozmawiamy sobie o literaturze i o innych rzeczach. Jest bardzo miło i sympatycznie. W momencie, kiedy na stole pojawia się ciasto i kawa, podrywam się na równe nogi, wywracam stół, kopię gospodarza w krocze i wychodzę. Czy byłoby to zaskakujące? Niewątpliwie. Czy miałoby jakikolwiek sens? Żadnego. A jednak takie książki nie tylko są wydawane, ale co więcej – świetnie się sprzedają.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donell

    Zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę bezsensowny twist wystarcza, żeby zastąpić postacie, fabułę, dialogi, opisy, słowem wszystko? Mam nadzieję, że nie. Ale ciągle mnie to dręczy. Mam wrażenie, że gatunek podąża w ślepą uliczkę. Że ta pogoń za twistem będzie nas wszystkich drogo kosztować. A przecież – nie zawsze o to chodzi. Jednym z najciekawszych kryminałów, jakie niedawno czytałem było „Miasto Glin” Karin Slaughter. Intryga była tam solidna, ale szału nie robiła. Za to opis Atlanty lat siedemdziesiątych! Opowieści o pierwszych policjantkach, które walczyły o szacunek swoich kolegów! Kawał wspaniałej, fascynującej literatury. „Łaska” i „Wiara” Anny Kańtoch. Nieustannie chwalę obie te powieści i nie mogę doczekać się „Pokuty”. Ale w przypadku pierwszej z nich dość szybko domyśliłem się, kto jest sprawcą. W przypadku drugiej nie, ale też rozwiązanie intrygi nie było aż tak rewelacyjne. Ale to nie miało aż tak wielkiego znaczenia. Liczyła się sama opowieść, jej intensywność, nastrój, język. Wspaniałe są te książki. Podobnie ze „Skazą” Roberta Małeckiego. To co buduje siłę tej powieści to bohaterowie drugoplanowi i ponury obraz dnia codziennego gliniarza z prowincji.

    Chcę państwu chyba powiedzieć, że kryminał jest wspaniałym, bogatym gatunkiem, który ma o wiele więcej do zaoferowania niż kopniak w krocze z zaskoczenia. Wystarczy tylko trochę poszukać.

    Wojciech Chmielarz