Niewiele brakowało, a jedno z najważniejszych świadectw życia w komunizmie w Polsce nie ujrzałoby światła dziennego. Wszystko przez pękniętą rurę, która zalała bruliony Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda.
Polski pisarz od 1945 do marca 1953 pracuje w różnych redakcjach, przy czym z każdej notorycznie wylatuje z hukiem. Gdy w 1950 roku relacjonuje mecz bokserski pomiędzy Polską, a ZSRR, sędzia faworyzuje gości, na co widownia odpowiada buczeniem i hasłami „Bij Iwana za Katyń!”. Lecą butelki, Polska przegrywa, a Tyrmand pisze wkrótce w gazecie, że „publiczność zachowywała się wzorowo”. Krytyka komunistycznego absurdu kosztuje go posadę w „Przekroju”.
Ląduje w „Tygodniku Powszechnym”. Na kolegiach krakowskiej redakcji poznaje wielu intelektualistów – Jana Parandowskiego, Ludwika Stommę. Śpi u Stefana „Kisiela” Kisielewskiego, az Karolem Wojtyłą jeździ na narty. Gdy 5 marca 1953 umiera Stalin, polskie gazety dostają prikaz druku czołobitnego nekrologu wodza. Jerzy Turowicz, naczelny TP, odmawia. Redakcja zostaje natychmiast spacyfikowana, a dziennikarze – w tym Tyrmand, Herbert, Kisielewski czy Najder – lądują na bruku.
fot: archiwum Marcela Woźniaka
Lolek pomieszkuje w skromnym pokoiku w Warszawie i przymiera głodem. Drobne sumy wpadają z korepetycji udzielanych od dwóch lat Krysi, przyszłej maturzystce, z którą ma romans. Czasem tłumaczy jakieś sztuki, wykonuje drobne prace redaktorskie, ale jest naprawdę źle. Jako pisarz jeszcze niczym wielkim się nie wykazał. W 1947 roku wydał zbiór opowiadań, w 1952 napisał dwa rozdziały Siedmiu dalekich rejsów, które wylądowały w szufladzie. Nie wierzy, że coś z tego kiedyś będzie.
W tym samum roku Instytut Literacki w Paryżu wydaje polskie tłumaczenie Roku 1984 George’a Orwella. Książka dociera do Polski i trafia w ręce Leopolda Tyrmanda, który przez wiele miesięcy leczy chorą wątrobę i uszkodzone na nartach kolano. Nie mając przed sobą perspektyw druku ani pracy dziennikarskiej, 1 stycznia 1954 roku postanawia rozpocząć pisanie dziennika…
Pierwsza strona brulionów diariusza. Archiwa Hoovera
Orwell zaczynał, jako… policjant w Birmie. Dopiero potem wrócił do Europy, gdzie opisywał nędzarzy z Londynu i Paryża. Podczas wojny, pracował w redakcji BBC, a potem… A potem napisał książki, z których jego zdaniem, niewiele miało być. Nosiły tytuły: Rok 1984 i Folwark zwierzęcy. Jakże się mylił!
Gdy jest rok 1954, Tyrmand może tylko roić sobie marzenia o literackim sukcesie, natomiast robi to, co robią pisarze: pisze.
Każdego dnia przelewa na kartki swoje myśli, wielokrotnie porównując w nich się do Winstona Smitha. Tak jak literacki bohater Orwella mieszkał w Eurazji, tak bohater Tyrmanda czyli sam Tyrmand, tkwi w satelickiej – względem rozciągniętej przez oba kontynenty ZSRR – Polsce. Orwellowska perspektywa świata Wielkiego Brata rzutuje na jego ocenę brutalnej rzeczywistości. Dziennik nie jest jego opus magnum. To raczej tratwa dla człowieka, który nie ma przed sobą perspektyw ani literackiego, ani towarzyskiego sukcesu.
Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 1 stycznia 1954:
(…) Jak powiedział mi ostatnio „Kisiel”, noszę w sobie wielką potrzebę i umiejętność dzielenia się z ludźmi moją wewnętrzną pracą myśli. Z najgłębszego powołania czuję się dziennikarzem, stąd konstrukcje mych przemyśleń ulegają dezaktualizacji, ponadto nie wierzę w możliwość własnego wysiłku nad kompozycją dzieła sztuki nie przeznaczonego dla kogoś konkretnego w czasie i przestrzeni. Dlatego zdecydowałem, że dziennik przyniesie mi ulgę.
Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 9 stycznia 1954:
(…) Oto leżysz, sławny i popularny dziennikarz, przedmiot podziwu swych czytelników (…) i nie możesz pohamować łez, albowiem w sekundzie najgłębszej nędzy istnienia, nie ma ci kto podać łyka wody. Wśród tych wszystkich akcesoriów udanego życia zabrakło ci ręki matki, żony lub dziecka – tych skarbów nie masz, a więc jesteś w gruncie rzeczy nędzarzem, i teraz widzisz to z oślepiającą wyrazistością.
Dziennik staje się odbiciem marzeń, lęków, wspomnień i futurospekcji. Opisuje w nim przyjaciół, wrogów, wspomnienia wojenne oraz romans z Krystyną, która w książce nosi imię „Bogna”. Pracę nad tekstem przerywa, kiedy podpisuje umowę na napisanie powieści Zły. Wkrótce osiąga literacki sukces, dwukrotnie się żeni. Bruliony dziennika wywozi z Polski w marcu 1965 roku. Na początku lat 70. tekst zaczyna być drukowany w odcinkach, na łamach londyńskich „Wiadomości” – literackiego pisma polskiej emigracji. Na jego łamach ukazuje się 40% objętności – zredagowanego przez Tyrmanda i londyńską redaktorkę – pamiętnika.
W 1980 roku Dziennik 1954 zostaje wydany wreszcie w formie książkowej. Czasy „Solidarności” i stanu wojennego są dla lektury przukurzonego tekstu podatnym gruntem. Jest przedrukowywany w Polsce na powielaczach, nagrywany na kasety, czytany w Radiu Wolna Europa i, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, it goes viral. Jest jednak haczyk.
Pierwsze książkowe wydanie, 1980
Na okładce umieszczona zostaje fotokopia jednego z brulionów oryginalnego tekstu. Sfotografowane akapity różnią się nieznacznie od tekstu umieszczonego w książce! Padają zarzuty o apokryfizm tekstu, o stworzenie go nie w tytułowym roku 1954, ale wiele lat później, na emigracji.
List do Romana Zimanda, 13 października 1983:
(…) Bruliony miały zaległości, pisane na luźnych kartkach w dzień dwa lub kilka dni potem. Były one wrzucane do specjalnej teczki, a włączone do maszynopisu w ’73 w New Canaan, Connecticut. Wkrótce po ukończeniu „zedytowanej” – jak Pan słusznie uznaje – wersji, w której zapomniany cytat był nieco inaczej sformułowany, lecz identyczny w sensie i znaczeniu z rękopisem, nasz basement (piwnica) padł ofiarą totalnej powodzi, spowodowanej pęknięciem w wodociągowych w naszej części miasta. Niektóre bruliony ocalały, wśród nich marcowy, obejmujący owe strony, lecz duża część innych papierów, dokumentów, archiwów, w tym rzeczone… (nieczytelne) – uległy zniszczeniu.
W 1984 roku zekranizowany zostaje film Rok 1984. Tyrmand umiera w roku 1985. Czy film widział, nie wiadomo. Po 1989 roku Dziennik 1954 jest w Polsce wielokrotnie wznawiany i z powodzeniem radzi sobie na kapitalistycznym rynku. O czasach orwellowskiego Wielkiego Brata przypomina pierwszy w Polsce program typu reality show czyli „Big Brother”. Na długo przed pojawieniem się smartfonów, aplikacji i portali społecznośniowych ludzie podglądają jego uczestników, dziękując w duchu, że to tylko rozrywka, a nie czasy komunistycznej agentury.
Jakże trudno jest pisać dziennik – wyznaje Tyrmand. Archiwa Hoovera
O rzekome zalanie piwnicy pytam Mary Ellen Tyrmand, trzecią żonę pisarza. Jest zima 2016 roku, przeprowadzam z nią wywiad do książki Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Po chwili zastanowienia, kobieta otwiera oczy i wspomina:
– Tak, pamiętam. Wynosiliśmy te kartki w kartonach. Leopold był wściekły.
Gdy odwiedzan na Manhattanie syna, Matthew Tyrmanda, stos egzemplarzyDziennika 1954 zauważam na najwyższej półce w salonie. Matt mówi, że daje tę książę w prezencie każdemu, kto pyta o to, jaki był komunizm.
Kilka dni później lecę do archiwów w Kalifornii, gdzie odnajduję między innymi list do Zimanda, zaświadczenie z pracy w „Tygodniku Powszechnym” oraz… bruliony Dziennika 1954.
18 stycznia 1954 roku Tyrmand pisze:
(…) za piętnaście lat będę jeszcze ciągle siedział samotny, bez rodziny, chory na wątrobę, w tym zasranym pokoiku i pisał ten dziennik.
Tyrmand w 1954 roku nie wie, że w 1969 roku będzie znanym polskim pisarzem i cenionym dziennikarzem „The New Yorker”. Że do tej najpoczytniejszej gazety w USA trafi dzięki innemu dziennikowi –Zapiskom dyletanta. Że będzie to dziennik równie błyskotliwy, jak ten z 1954 roku, pisany podczas podróży przez Amerykę. W 1954 roku może tylko marzyć o Ameryce, żyjąc w Eurazji. I nawet nie przypuszcza, że ta Ameryka wymyśli w przyszłości publiczny monitoring, Facebooka, Google’a i inne teleekrany.
George Orwell, Roku 1984:
(…) Dla kogo, zaczął się nagle zastanawiać, piszę ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze nie narodzonych pokoleń.
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, 12 lutego 1954:
(…) Piszę ten dziennik dla ludzi, którzy przetrwają komunizm.
Słuchajcie, jest sprawa. Trzeba pomóc człowiekowi, który książkami zarabia na chleb. Pan Włodzimierz od kilkunastu lat sprzedaje książki w Tczewie. Chociaż teraz trzeba użyć czasu przeszłego – sprzedawał. W jednej chwili zawalił się cały jego świat, więc w jego imieniu proszę Was o pomoc.
fot: Katarzyna Gapska
Pan Włodek sprzedawał książki z Żuka, którego widzicie na zdjęciu głównym. Kilka dni temu ktoś postanowił ten samochód po prostu podpalić, a z dymem poszedł nie tylko pojazd, ale ponad półtora tysiąca książek. Dodam tylko, że ze sprzedaży Pan Włodek utrzymywał siebie oraz swoją 80-letnią mamę.
Całą grozę i powagę sytuacji pokazują zdjęcia, za które dziękuję Pani Katarzynie Gapskiej. I teraz tak, jak można pomóc? Na portalu zrzutka.pl została zorganizowana zbiórka, z której pieniądze zostaną przeznaczone na zakup nowego samochodu, z którego Pan Włodek będzie mógł nadal sprzedawać. Część pieniędzy pójdzie też na książki, bo wszystkie się spaliły. Kliknijcie tutaj – zostaniecie przeniesieni na stronę zbiórki. Na razie na liczniku jest ponad tysiąc złotych.
Tęskniliście za Eduardo Mendozą? Ja bardzo, bo to mój ulubiony zagraniczny pisarz. Już 19 września ukaże się w Polsce jego najnowsza książka „Co z tą Katalonią?” Jeśli już zacieracie ręce na myśl o tym, że to kolejny doskonały kryminał z dużą dawką komedii, to muszę Was rozczarować. Będzie to esej polityczny, w którym Mendoza mierzy się z niepodległością Katalonii, a także stosunkiem do niej w stołecznym Madrycie. Nie oznacza to, że powinniście tę książkę opuścić, wręcz przeciwnie. Pamiętacie pewnie „Awanturę o pieniądze albo życie”, w której autor już poruszył wątki polityczne, czyli stworzony przez niego hiszpański fryzjer miał zapobiec zamachowi na Angelę Merkel. Tym razem będzie jednak dużo poważniej. Premierowo fragment książki możecie przeczytać poniżej.
WSTĘP
Od wielu lat zdecydowaną większość czasu spędzam poza Katalonią i Hiszpanią, dlatego chciałbym wierzyć, że odległość, znajomi oraz lektura prasy lokalnej i zagranicznej pozwalają mi śledzić bieżące wydarzenia z innej perspektywy. Będąc za granicą, kilkakrotnie byłem proszony o wyjaśnienie lub chociaż próbę zrelacjonowania, co się obecnie dzieje w Katalonii. Przy tych okazjach dostrzegałem nie tylko brak dostatecznej wiedzy na temat aktualnej sytuacji, ale również istnienie uprzedzeń obciążających wizerunek Katalonii i Hiszpanii – a co za tym idzie – mylne zrozumienie tego, co ma tutaj miejsce, przyczyn oraz sposobu, w jaki widzą i przeżywają obecne wydarzenia osoby zaangażowane w nie bezpośrednio – zarówno zwolennicy niepodległej Katalonii, jak i ci, którzy się jej sprzeciwiają. Odkryłem także, że wiele z tych uprzedzeń i fałszywych interpretacji podzielają również obywatele naszego kraju, co daje de factopoczątek wielu dominującym poglądom.
Przeświadczenie, że mogę udzielić pewnych wyjaśnień, skłoniło mnie do napisania poniższego tekstu. Nie zrobiłem tego, żeby opowiedzieć się po którejś ze stron. Osobiście nie jestem zwolennikiem żadnej z nich, chociaż przypisuję to swojemu temperamentowi, poglądom i życiowym doświadczeniom. Napisałem ten tekst, żeby spróbować zrozumieć, co się tak naprawdę dzieje.
Jednym z najczęściej podejmowanych tematów na spotkaniach z zagranicznymi czytelnikami jest reżim frankistowski. Wielu obcokrajowców doszukuje się przyczyn wszystkich bieżących wydarzeń w hiszpańskiej wojnie domowej i trwającej następnie wieloletniej dyktaturze. Takie przeświadczenie wynika z tego, że na szczęście od śmierci dyktatora nie wydarzyło się nic naprawdę traumatycznego i można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że Hiszpania po raz pierwszy weszła na drogę demokracji w tak spokojny i stabilny sposób. Od tamtej pory upłynęło dużo czasu i wydarzyło się wiele rzeczy. Być może najważniejszą z nich jest to, że większość obecnie żyjących Hiszpanów nie pamięta lat dyktatury ani nawet trudnego etapu transformacji, a ich nikła wiedza na temat frankizmu ożywiana jest poprzez wykorzystanie melodramatyzmu tego niefortunnego historycznego etapu zarówno w literaturze, filmie, teatrze, jak i telewizji. Istnieje mało etyczny przemysł eksploatujący okres dyktatury generała Franco i wiktymizm, który jest nieszkodliwy, dopóki te kwestie traktowane są jako element danej kreacji i nie podlegają instrumentalizacji.
Skoro to się dzieje w Hiszpanii, jest logiczne, że zdarza się również poza granicami naszego kraju. Są ludzie, którzy żyją i funkcjonują, jakby hiszpańska wojna domowa zakończyła się wczoraj, a Franco nadal decydował o losach Hiszpanii z pałacu El Pardo. Jedni robią to z niewiedzy, inni – po uważnym przestudiowaniu tematu.
Na próżno próbowałem ich przekonać, że ten etap historii mamy już za sobą i że od dłuższego czasu Hiszpania boryka się z nowymi problemami, do których rozumienia i postrzegania należy podejść zupełnie inaczej. Moje starania i dobre chęci okazały się w dużej mierze daremne ze względu na upór, z jakim w niektórych kręgach – szczególnie w Katalonii – postać Franco i jego dyktaturę wykorzystuje się do usprawiedliwienia swojego zachowania lub zdyskredytowania działań przeciwników.
Eduardo Mendoza, fot: smakksiazki.pl
Wbrew wszystkiemu nadal uważam, że sposób, w jaki obecnie przywołuje się reżim frankistowski, jest zwykłą, bardzo szeroko pojmowaną manipulacją. Na szczęście nie ma nic wspólnego z jego prawdziwą istotą.
Jeśli nawet reżim frankistowski w rozumieniu systemu władzy przeszedł do historii, to czas nie wymazał jednego z jego elementów. Mam na myśli mentalność polityczną, którą subtelnie dozowano przez lata dyktatury, aż w końcu przeniknęła do sposobu myślenia i postępowania Hiszpanów – w tym Katalończyków. To pewna metoda rozumienia władzy, a szczególnie – konfrontacji z nią, kiedy dochodzi do konfliktu interesów lub idei. W tym sensie moglibyśmy powiedzieć, że w czasach hiszpańskiej transformacji ustrojowej przeszli do rezerwy ludzie, którzy nauczyli się rządzić za czasów Franco, ale czynni pozostali ci, którzy nauczyli się podczas jego rządów posłuszeństwa i nieposłuszeństwa.
Zabierając się za pisanie książki nigdy nie przypuszczałem, że będę korzystał z Instagrama. Te dwie czynności wydawały mi się czymś zupełnie różnym, ale jak się okazało, byłem w dużym błędzie. Media społecznościowe zmieniły wszystko, także to, jak dziś wygląda codzienność twórcy. I to jest odrobinę przerażające, bo odnoszę wrażenie, że niedługo przestanie liczyć się treść, a wszyscy zachwycać się będziemy jedynie obrazkami. I dajemy na to ciche przyzwolenie.
Zanim zacząłem pisać powieści, byłem blogerem. No, może nie do końca w tym rozumieniu tego słowa, do jakiego większość z nas się przyzwyczaiła, ale całkiem blisko. Pisałem recenzje książek na kilku portalach. Przez lata powstały setki tekstów, które dalej można gdzieś tam wygrzebać w sieci. Za żaden nie dostałem ani złotówki, a co najwyżej egzemplarz książki. Innymi słowy, byłem w dokładnie tej samej sytuacji, co dziś większość blogerów książkowych. Bywało tak, że poświęcałem swój czas wolny na czytanie tego, co nie do końca mi pasowało, bo wcześniej się do tego zobowiązałem. Bywało też tak, że dokładałem do całego tego interesu, kiedy należało pojechać na wywiad czy wysłać komuś paczkę z wygraną powieścią. Doskonale więc zdaję sobie sprawę z tego, ile czasu i energii potrzeba na to, by stworzyć bloga. Miejsce, gdzie czytelnicy będą chcieli wracać.
www.unsplash.com/William Iven
Nie narzekałem na ogrom pracy, bo lubiłem to robić. Lubiłem pisać recenzje, później felietony i w końcu opowiadania. Cieszył mnie każdy czytelnik, któremu chciało się napisać jakikolwiek komentarz. Dziś nie publikuje już recenzji w tej formie, co kiedyś – z prostego powodu: zwyczajnie nie mam na to czasu. Praca zawodowa i praca nad powieścią zabiera cały mój czas, a trzeba czasem coś zjeść i po prostu się wyluzować. Dalej jednak mam kilka blogów, na które lubię zajrzeć, bo wiem, że pojawiające się tam teksty są tego warte. Szkoda tylko, że tych blogów niedługo zacznie ubywać. A wszystko przez social media.
Facebook przyzwyczaił nas do tego, że jest darmowy. Oczywiście to nie jest prawdą, bo płacimy za korzystanie z platformy swoimi danymi oraz zachowaniami, które specjalne algorytmy przekształcają później tak, żeby trafiały do nas profilowane reklamy. Obecnie bez płacenia za sponsorowane posty, można zapomnieć o dużych, organicznych zasięgach. Facebook nie lubi też „wypuszczania” nas poza swoje granice, więc linki przekierowujące poza portal radzą sobie jeszcze gorzej, jeżeli chodzi o zasięgi. Wrzucając dziś post z linkiem, zobaczy go zapewne mniej osób, niż jeszcze powiedzmy trzy miesiące temu.
www.unsplash.com/Jakob Owens
To przekłada się na ruch na stronie. Mniej osób wchodzi na bloga, a my jako twórcy przestajemy odczuwać z radość z publikowania nowych wpisów. Nie dostajemy w końcu żadnej gratyfikacji za wykonaną pracę. Co z tego, że recenzja książki powstawała długie godziny, skoro przeczytało ją potem osiem osób? Co innego Instagram. Pięknie wystylizowane zdjęcie przynosi niemal natychmiastową satysfakcję, bo serduszka pojawiają się jak opętane. Owszem, pod fotografią jest miejsce na opis, ale nie jest on najważniejszym elementem całości. Co z treścią? Co z merytorycznymi tekstami?
Uwielbiam patrzeć na ładnie skomponowane kadry z książkami, ale powoli zaczyna brakować mi miejsc w sieci, gdzie pojawiają się wnikliwe analizy książek. Obawiam się, że za kilka lat zostaną jedynie zdjęcia. Blogi przenoszą się na Instagram, a wpisy zastępowane są materiałami wideo, gdzie najważniejszy jest prowadzący.
Pamiętacie film animowany „Odlot”? To pełnometrażowa kreskówka studia Disney Pixar. Ci, którzy mają dzieci, z pewnością oglądali. Pozostałym polecam i to z kilku powodów. Po pierwsze, jest to doskonały film, który bawi i wzrusza do łez. Po drugie, bo coś go łączy z… Zacznijmy od fabuły „Odlotu”.
Pan Carl Fredricksen zostaje zmuszony przez zachłannego dewelopera by opuścić swój domek i zamieszkać w domu spokojnej starości. Staruszek ma jednak inny plan. Gdy pojawiają się pielęgniarze, wypuszcza przygotowane wcześniej balony i ucieka porywając dom. Celem podróży Carla jest wodospad przy Podniebnych Źródłach. Dżungla w Ameryce Południowej. Przez całe życie marzyli z żoną by tam dotrze. Niestety Eli odeszła, a Carl stał się samotnym złośliwym staruszkiem.
Przez przypadek do wyprawy dołącza skaut Russell, który wchodzi na ganek domu w chwili gdy ten odrywa się od ziemi. Latający dom szczęśliwie dociera do celu, lądując gdzieś w Ameryce Południowej. Tam uciekinierzy spotykają zaginionego przed laty podróżnika, Charlesa Muntza. Carl jest zachwycony, Muntz od dawna był jego idolem. Oboje z żoną marzyli by go poznać. Muntz zaginął szukając ostatniego żyjącego ptaka z gatunku Dropów. Musiał znaleźć dowody na jego istnienie, bo oskarżono go o kłamstwo. Przez lata wiódł życie w dżungli, gdzie ukrył swój sterowiec.
Kadr z filmu „Odlot”
Jeśli chcecie dowiedzieć się co było dalej, musicie obejrzeć „Odlot”. Koniecznie. Film był ogromnym sukcesem studia. Wystarczy wyliczyć. Pięć nominacji do Oscara – otrzymał dwie statuetki, za najlepszy animowany film pełnometrażowy i fenomenalną muzykę Michaela Giacchino. Dwa Złote Globy. Cztery nominacje i dwie nagrody BAFTA. To dowód, że film jest doskonały. Ale moją uwagę przykuł scenariusz. Właściwie postać zaginionego podróżnika Charlesa Muntza. Gdzieś już o tym czytałem. Nie, nie chodzi o Tonyego Halika. A tak, chyba kojarzę. James Bond?
Pamiętacie pierwszą powieść Iana Fleminga, „Casino Royale”? Z pewnością. Ale bardziej zapadł Wam w pamięć film z Danielem Craigiem. W tym wypadku chodzi jednak o książkę. Fleming w czasie wojny pracował w wywiadzie marynarki wojennej. Sam nie był szpiegiem, ale to on przygotowywał plany operacji szpiegowskich. Po wojnie przeszedł do cywila i zaczął pracę w gazecie. Nudę zabijał licznymi romansami. Wśród jego kochanek znalazła się także Kristina Granville vel Krystyna Skarbek, agentka Secret Intelligence Service. To ona posłużyła jako pierwowzór partnerującej Bondowi Vesper Lynd.
Powieść powstała podczas wakacji na Jamajce, gdzie Fleming posiadał dom. Nomen omen, noszący nazwę Golden Eye. Miał tam służącą Many Peny. Ciekawe, ale pewnie niecierpliwicie się, co z tym „Odlotem”. Jeszcze chwilka. Po powrocie do Wielkiej Brytanii, Fleming rozesłał „Casino Royale” do wydawców. Większość nawet nie odpowiedziała. Skąd ja to znam drodzy Wydawcy? Jonathan Cape, który od 1921 roku prowadził w Londynie duże wydawnictwo, odrzucił książkę, twierdząc, że fabuła jest zbyt przewidywalna a postać głównego bohatera mało wiarygodna. Musze dodać, że Bond jest zlepkiem kilku szpiegów, których Fleming poznał w czasie wojny. Wtedy za Ianem wstawił się jego starszy brat, Peter.
Peter Fleming był nie tylko starszym bratem, ale i tym lepszym. Oczkiem w głowie matki , która zresztą stała się pierwowzorem matki Bonda, Moique Delacroix (imię Monique pochodzi od narzeczonej Iana, a nazwisko jest panieńskim nazwiskiem jego matki). W czasie gdy Iana wyrzucano z kolejnych szkół, a romanse z mężatkami doprowadzały do kolejnych skandali, Peter robił karierę. Był oficerem, podróżnikiem, członkiem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Jeszcze przed wojną wydał trzy książki podróżniczo-reporterskie. Po wybuchu wojny, trafił na pierwszą linię jako komandos. Nie przeszkadzało mu to w pisaniu. Już w 1940 roku wydał humorystyczną powieść o Adolfie Hitlerze oraz zbiór opowiadań. W chwili gdy Ian pukał do drzwi wydawców z powieścią o agencie 007, Peter był uznanym autorem. I to uratowało Jamesa Bonda. Peter wstawił się za młodszym bratem i wyprosił u Jonathana Capea aby wydał powieść „Casino Royale”. Cape zgodził się, ale aby obniżyć koszty nakazał Ianowi, aby sam zaprojektował okładkę.
fot: oficjalny profil Jamesa Bonda na Facebooku/ @JamesBond007
Książka odniosła zaskakujący sukces. W ciągu miesiąca sprzedano blisko osiem tysięcy egzemplarzy. Kolejne dwa dodruki sprzedały się na pniu. Cape zrozumiał, że trafił na żyłę złota i podpisał umowę na kolejne trzy części. W międzyczasie sprzedał prawa Amerykanom, którzy lekceważąc propozycję autora odrzucili tytuł The Deadly Gamble, nadając własny – You Asked for It. Co więcej, James Bond stał się Jimmym Bondem. Profanacja. Amerykanie jednak nie polubili Jimmyego. Bond, James Bond, podbił ich serca dopiero za sprawą Hollywoodzkich ekranizacji. Które z kolei nie podobały się Flemingowi. Ian kręcił nosem na Seana Conneryego, który jego zdaniem nie przypominał agenta 007. Widzowie mieli odmienne zdanie.
Znowu zapytacie, co to ma wspólnego z „Odlotem”? Chodzi o pierwszą książkę Petera Fleminga (w sumie wydał ich kilkanaście, a Wy nawet nie widzieliście o jego istnieniu). W 1932 roku Peter uczestniczył w wyprawie do Brazylii. Oficjalnie była to ekspedycja kartograficzna. Ale przy okazji postanowiono odnaleźć, zaginionego brytyjskiego oficera Percyego Fawcetta. Fawcett owładnięty obsesją odnalezienia zaginionego miasta, które miało znajdować się gdzieś w okolicach Mato Grosso, kilkakrotnie wyruszał na wyprawy poszukiwawcze. W 1925 roku podczas kolejnej wyprawy, jego ekspedycja została prawdopodobnie wymordowana, a być może zjedzona, przez dzikich Indian. I właśnie Percy Fawcett posłużył scenarzystom do stworzenia postaci Charlesa Muntza. Zaginione miasto zmieniono na wymarły gatunek ptaka. Ptak był po prostu fajniejszy. Można mu było nadać cechy i zachowania, które sprawiły, że dzieci natychmiast go polubiły. Niestety Muntz został czarnym charakterem. Ktoś musiał, bo w każdym scenariuszu jest protagonista i antagonista.
I tak drodzy Czytelnicy James Bond zaliczył Odlot. Uwielbiam odnajdywać podobne tropy, łączące bohaterów z książek i filmów, i ich przygody, z prawdziwymi wydarzeniami. Za miesiąc opowiem Wam co łączy Sherlocka Holmesa z… Niech to będzie niespodzianką.
Wysiadła. Odurzył ją mdlący zapach gryki wypełniający czerwcową noc. Jej olbrzymie połacie jaśniały w mroku po obu stronach drogi, dobrze widoczne w bladym świetle przysłoniętego chmurami księżyca. W dzień gryka ma lekko różowy odcień, ale nocą robi się biała. Było cicho. Wiatr trącał drobne listki, ale pączki kwiatków tkwiły nieruchomo na polu jak ustawiona do boju armia w białych hełmach. Ciągnęły się po horyzont. Jakieś dwieście metrów od niej leniwie kręcił się najbliższy wiatrak, dalej dwa następne. Widocznie górą wiało mocniej. Weszła w szparę między pędami gryki, rozpięła spodnie i już miała przykucnąć, gdy nagle się poderwała. Nie, dwa dalsze się nie kręciły, tylko ten najbliższy. Dziwne. Punktowy wiatr, który kręci tylko jednym wiatrakiem. Przyjrzała mu się uważniej. Skrzydła bezgłośnie przesuwały się na tle czarnego nieba, łyskając na czerwono w miejscach, gdzie przecinały się ze smugą bijącą od migającej lampy. Szły powoli, leniwie, ale jednak szły, w przeciwieństwie do pozostałych. Oni je czasem wyłączają, jak dobiją do tygodniowych limitów, pomyślała i trochę się uspokoiła. Kucnęła i błogo oddała się fizjologicznej uldze. Nagle coś zachrzęściło za jej plecami. Poderwała się i jednym szybkim ruchem podciągnęła majtki razem ze spodniami. Dźwięk się nie powtórzył. Wsłuchana w ciszę nieruchomego pola gryki starała się bezgłośnie zapiąć guzik dżinsów, darując sobie zamek błyskawiczny. To było jak nieostrożny krok w wysokiej trawie. Ktoś przechodził w pobliżu. Ktoś albo coś. Tu w okolicy kręci się pełno dzikiej zwierzyny: dziki, sarny, jelenie. Mógł być też pies, lis. Co jeszcze? Słyszała, że krążą tu jenoty, a nawet kiedyś przechodziły szakale, jak jej opowiadał pewien leśniczy. Ostrożnie wypuściła powietrze. Zwierzęca wyliczanka nieco ją uspokoiła. Ale tylko nieco i wiedziała dlaczego. Dźwięk przypominał szurnięcie materiału o liście. To oczywiście nic nie znaczyło, mogło jej się po prostu wydawać, ale swojemu panicznemu strachowi nie zdołała tego wyjaśnić. Podchodził do gardła, jakby niedawne podniecenie u pana Palanta wracało na swoje miejsce. Co robić?
fot: smakksiazki.pl
Uświadomiła sobie, że nie jest całkiem ciemno i jej twarz widać w księżycowej poświacie, więc znów przykucnęła, tym razem powoli. Od zwilżonej ziemi doszedł ją zapach własnego moczu. Jakimś zupełnie niepojętym sposobem podziałał na nią uspokajająco. Skuliła się i rozłożyła ciężar ciała na całe stopy, żeby dłużej wytrzymać w tej pozycji. Zaczęła nerwowo rozmyślać nad tym, czy jej granatowego golfa widać przy tym świetle z odległości, dajmy na to, dziesięciu metrów. Doszła do wniosku, że nie, i znowu zrobiło jej się odrobinę lepiej. Żałowała, że zostawiła na siedzeniu komórkę.
Ukrycie ma swoje zalety, ale i wady. Mniej widzisz i mniej słyszysz. Nagle wyobraziła sobie, że ten ktoś stoi tuż za jej plecami, szykując się do ataku, i wstrząsnęła nią nowa fala strachu. Obejrzała się tak gwałtownie, że omal nie pacnęła tyłkiem we własne siki, ale nikogo nie było. Oczywiście, przecież tu nikogo nie ma. Uroiła sobie. Wszystko przez te cholerne wiatraki i ich migające lampy! Plus podniecenie, które nie chciało jej opuścić. Co za popieprzona noc!
Kiedy się podnosiła, rozległ się głośny trzask. Drgnęła, a potem zaklęła cicho. Tym razem chrupnęło jej własne kolano. Roztarła je dłonią i wyprostowała plecy, rozglądając się i nasłuchując. Cisza. Uznała, że dosyć tych bzdur, i energicznym krokiem wróciła na polną drogę. Samochód stał na swoim miejscu, w kabinie paliło się światło. Wysiadając, nie domknęła drzwi. Całe jej harcerskie ukrywanie się w gryce ze spodniami w garści warte było funta kłaków, skoro intruz mógł zobaczyć samochód z kilometra. Bez sensu. Wskoczyła za kierownicę, grzmotnęła drzwiami z całej siły, aż golf się zakołysał, i wcisnęła kołek blokady. Urojenia urojeniami, ale zawsze lepiej się zabezpieczyć. Pomacała siedzenie pasażera i znalazła swoją komórkę. Pomyślała, że da się jej użyć w charakterze latarki, a potem przypomniała sobie o dużej latarce w bagażniku i po chwili wahania wysiadła. „Po co wysiadasz, głupia?!”, wrzasnęła w niej ta druga Magda, więc udzieliła jej rozsądnej odpowiedzi. Po pierwsze, nie jest wcale strachliwą kurą, uciekającą przed byle szelestem. Po drugie, należy sprawdzać swoje podejrzenia, choćby kosztem komfortu i nawet wtedy, gdy na cyferblacie jest akurat północ. A po trzecie, najważniejsze: nie wysikała się do końca.
Wyjęła z bagażnika wielką wodoszczelną latarkę na akumulator, która mogła również służyć za broń, i wróciła na wydeptany placyk w łanie gryki. Poświeciła wkoło, ale oprócz odcisków swoich butów oraz mokrej plamy na ziemi niczego nie znalazła. Postanowiła najpierw dokończyć zaczęte, więc odpięła guzik, zsunęła spodnie i przykucnęła. Kucała już do tego cholernego sikania czwarty raz i uśmiechnęła się do siebie, wyobrażając sobie minę Zbysia, kiedy o tym słucha. Ulga wyparła z duszy resztki strachu. Nabrawszy pewności siebie, poświeciła wkoło, a potem – żeby pokazać sobie i całemu światu, jaka z niej dzielna dziewczynka – zrobiła kilka kroków w głąb pola. To gdzieś stąd doszedł ją ten cholerny szelest. Faktycznie, parę metrów dalej pośrodku pola gryki była kępa krzaków. Chyba głóg. Wyrósł na pryzmie kamieni zebranych pewnie ze sto lat temu przez niemieckich robotników rolnych. Tak się dawniej oczyszczało grunty pod uprawę, zresztą i dzisiaj chłopi znosili kamienie na małe sterty na krańcach pól. Ta zarosła gęsto i na tle białej gryki stanowiła ciemną wyspę. Doskonała kryjówka dla zwierząt. I ludzi. Zacisnęła mocniej dłoń na latarce i snopem światła omiotła wysepkę. Zrobiła dwa kroki do przodu i znieruchomiała. W gryce przed nią był wyraźny ślad. Ktoś tędy przechodził. Poświeciła niżej – w czarnej ziemi widniał odcisk wielkiego buta.
fot: smakksiazki.pl
Przestała na chwilę oddychać. Usiłując nad sobą zapanować, zrobiła trzy kroki w tył, powoli, jakby stąpała po polu minowym. Spojrzała za siebie. Droga do samochodu była wolna. Ostrożnie, krok po kroku ruszyła do auta. Kiedy już otworzyła drzwi golfa, obejrzała się.
Stał piętnaście metrów od niej. W szerokiej żółtej kurtce, takiej, jaką noszą rybacy podczas sztormu, obcisłych legginsach i dziwnym kapeluszu na głowie, którego rondo zasłaniało twarz. Patrzył na nią. Kojarzył jej się z niezgrabnym strachem na wróble, dla kawału ubranym przez kogoś w sztormiak. „Kim jesteś?”, chciała krzyknąć, ale wyszedł jej tylko bezdźwięczny świst, jakby sama była wiatrakiem.
Poruszył się. Podniósł głowę i zanim zdołała przyjrzeć się jego twarzy, odwrócił się i odszedł. Zrobił kilka kroków środkiem drogi, a potem skręcił i zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Jednym skokiem znalazła się na siedzeniu i z hukiem zatrzasnęła drzwi. Niezawodny golf odpalił natychmiast. Nie zamierzała wracać na wstecznym do głównej szosy, ponieważ musiałaby przejechać obok miejsca, gdzie tamten właśnie zniknął. Wiedziała, że farmy wiatrowe mają wewnętrzne ścieżki i między wiatrakami musi być połączenie dla obsługi technicznej. Powinien też być inny wyjazd. Ruszyła w tamtą stronę. Intensywnie czerwone światło pozycyjne jedynego kręcącego się wiatraka pulsowało nieregularnie, gasnąc i rozbłyskując według sobie tylko znanego wzoru.
Mijając go, zerknęła w górę. Po dziesięciu metrach nacisnęła hamulec. Nie, to niemożliwe. Za dużo jak na jeden wieczór.
Wiatrak kręcił się trochę nierówno, w rytmie dwutaktu, przyspieszał i zwalniał, wpadając w irytujący rytm. Magda zadławiła się z wrażenia i musiała odkaszlnąć. W rozbłysku czerwonego światła zobaczyła, jak obroty wirnika zwalniają i od dołu podjeżdża kolejna łopata, wolno, z trudem wspinając się pod górę. Gdy dotarła do punktu szczytowego, niemal znieruchomiała w pozycji pionowej i wtedy Magda je zobaczyła. Było obwiązane sznurem jak baleron, z głową opadniętą na ramię i rękami rozłożonymi w proszalnym geście. Tkwiło w bezruchu przez ułamek sekundy, prezentując się w rubinowej poświacie, a potem nagle lampa zgasła i śmigło, przyśpieszając, ruszyło w dół. Ciało znikło, przesłonięte czarnym skrzydłem nocy, a potem wyłoniło się jeszcze raz. Musiała krzyknąć, żeby się nie udusić. Jej charkotliwy wrzask podziałał na nią jak środek pobudzający. Wrzuciła bieg i ze skręconą kierownicą ruszyła na pełnym gazie.
Ogonek kolejki ciągnął się przez pół ulicy. Nie stano jednak ani za masłem, ani pastą do zębów – oblegano… księgarnię. Zimą 1956 roku bowiem to powieść o warszawskim superbohaterze była najchodliwszym towarem na rynku. A nosiła tytuł Zły.
Gdy Henryk Sienkiewicz święcił triumfy, jego czytelnicy tak gorąco wierzyli w realizm odmalowanych przez niego wydarzeń, że za Podbipiętę dawali na mszę. Kilkadziesiąt lat później czytelnicy wyrywali sobie Złego. Czasem na dwa dni, czasem na jedną noc, bo na „czytanie” były zapisy. Ot, chętnych więcej, niż egzemplarzy.
Zaczęło się od Tajemnic Paryża. Młody Tyrmand zaczytywał się w tej – kluczowej dla francuskiej kultury popularnej – powieści i pewnie nie przypuszczał, że podobnie, jak Eugeniusz Sue, tak i on zawładnie kiedyś wyobraźnią czytelników. Potem były teksty Egona Erwina Kischa – wybitnego reportera, zwanego „szalejącym”. Był też Zorro i uliczne ballady. Historie o zabijakach z Grochowa, Woli i Pragi. Ciężko powiedzieć, który z nich zabierał bogatym i oddawał biednym, ale jedno jest pewne. Mieszkającemu do 1938 roku na Trębackiej 5 w Warszawie Lolkowi długo kotłowało się pod kopułą i od najmłodszych lat ukochał swoje miasto tą miłością, z jaką pisarze i poeci patrzą na znajome szynki i esplanady. Gdy w 1945 wrócił do Polski, kolejne siedem lat przepracował, jako reporter. Reporter szalejący po Warszawie. Po jej zakątkach, melinach, stadionach, bazarach, jadłodajniach, autobusach.
W pierwszych dniach stycznia 1954 roku odwiedził go Stefan Kisielewski – przyjaciel, pisarz, kompozytor. Poznali się na gruzach stolicy, polemizując na łamach „Ruchu Muzycznego”. Tyrmanda toczyły robaczywe rozstroje egzystencjalne. Wykopali go z kilku redakcji, do garnka nie było co włożyć. Przesiadywał u niego Zbyszek Herbert, dziennikarz Andrzej Roman, pisarz Jerzy Przeździecki. Albo Stefan. I Stefan właśnie, bo zawsze był dla Lolka drogowskazem, powiedział tak.
– Musisz znaleźć dla siebie jakieś zajęcie.
– Kiedy właśnie nie mam jak! – pomstował Lolek. – Nie mogę dostać pracy nawet, jako tragarz na Dworcu Głównym, bo blokuje mnie UB. Moje scenariusze filmowe giną w kolejnych biurach wytwórni filmowej. Wciąż jestem „młodym, zdolnym scenarzystą i dziennikarzem”, ale nie wiem, co mam robić, żeby nie zaprzedać swoich ideałów.
– Może więc znajdź jakieś zajęcie, które pozwoli ci się spełnić, a jednocześnie, wykonując je, pozostaniesz w zgodzie ze swoimi przekonaniami?
Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka
Tyrmand przerabiał dziesiąty raz z rzędu scenariusz filmu o chuliganach. Była to plaga powojennej Warszawy i powojennego świata: całe pokolenie dzieciaków wychowanych na gruzach wojny, którzy weszli do powojennego świata z zaciśniętymi ustami. Formujące się struktury szkolnictwa, ekonomii czy prawa nie nadążały za galopującą młodością nowego pokolenia, które chciało brać wszystko, co wpadnie im w ręce.
W Dzienniku 1954 Tyrmand zapisuje, jak podróżując wiosną pociągiem na południu Polski, słyszy rozmowę o współczesnym Janosiku. Gość ma napadać bogatych i rozdawać pieniądze biednym… 2 kwietnia dziennik niespodziewanie się urywa. Podobno miał w tym udział Kazimierz Koźniewski – pisarz, autor Piątki z ulicy Barskiej. Tyrmand miał przyjść do redakcji „Dookoła świata” z pomysłem na „graphic novel”. Czyli po prostu gruby komiks z prawdziwego zdarzenia. Koźniewski miał powiedzieć:
– Lolek, a może ty napiszesz po prostu powieść? Przecież w komiksie masz w dymkach same dialogi, a twoją najmocniejszą stroną są barwne opisy. W komiksie nie byłoby na nie miejsca!
W przeeedytowanej po latach wersji Dziennika 1954 w USA Leopold zapisze, że podpisał wtedy umowę z wydawnictwem „Czytelnik”. Umowę na „powieść antychuligańską”.
Od tego momentu wali w maszynę do pisania, jak oszalały. Jej terkot dudni po korytarzach budynku YMCA przy Konopnickiej 6. Koledzy wpadają do pokoju, czyta im co lepsze kawałki. Dostaje nawet specjalne zaświadczenie od Milicji Obywatelskiej, że takiego zadania pisarskiego się podjął. Na wypadek zatrzymania szwędającego się po podejrzanych rejonach okularnika z notesem w ręku.
Książka drukuje się pod koniec 1955 roku. W tym czasie Tyrmand jada tanie zupy w stołówce „Czytelnika”. Siada też w ostatnim rzędzie na zebraniach Związku Literatów Polskich i nigdy nie zabiera głosu.
Gdy w styczniu 1956 roku przechadza się Marszałkowską, natyka się na ogonek kolejki.
– Co dają? – pyta.
– Złego!– odkrzykuje niespodziewanie ostatni z ogonka. – Złego! Jeden egzemplarz na ryło!
Warszawiacy książkę przyjmują, jak swoją. Druk szybko zostaje wykupiony, a wielki nakład daje Złemu tytuł bestsellera, detronizując na tronie trylogię Sienkiewicza. Tyrmand powtarza mit Dołęgi –Mostowicza, pisząc książkę na miarę Warszawy i jej tajemnic oraz tworząc „bohatera o białych oczach” na miarę Zorro. O książkę upominają się podobno nawet osadzeni w warszawskim areszcie. Niektórzy będą sugerować, że listy do prasy z tą plotką pisał… sam Tyrmand.
Numer 565 „Przekroju” z przełomu lutego i marca 1956.
Dzięki tej jednej książce, z „obiecującego scenarzysty” Leopold Tyrmand zostaje pisarzem przez duże „P”. Już na zawsze zapisuje się w świadomości czytelników i w krajobrazie stolicy, a jego łotrzykowska opowieść o warszawskim półświatku przez kolejne dekady mieni się wszystkimi kolorami Bazaru Różyckiego.
Wkrótce po tym, jak Tyrmand w 1965 roku wyjeżdża z Polski, jego książki trafiają na czarną listę. Znikają z księgarń i bibliotek, ale czy oznacza to, że znikają z obiegu?
Gdy siedziałem nad archiwami pisarza na Uniwersytecie Stanforda, podeszła do mnie bibliotekarka. Spojrzawszy na karton z fiszką „Tyrmand”, rzekła niespodziewanie:
–Zły… Czytałam, czytałam. – A w jej spojrzeniu widać było, że bez trudu odnalazła w pamięci wspomnienie lektury książki.
Dyrektor Regionalnego Centrum Kultury w Pile opowiadał, jak lekturę Złego streszczał jemu i jego kolegom z podstawówki ksiądz. Biegali więc na rekolekcje z wypiekami na twarzy. Marcin Meller wspominał po latach jakiś rysunek z gazety, gdzie facet – zaczytany w lekturze powieści – wpadł do otwartego włazu kanału w chodniku.
– Z czego był najbardziej dumny? – spytałem trzecią żonę Leopolda, Mary Ellen, gdy w lutym 2016 roku rozmawialiśmy w jej mieszkaniu na Brooklynie.
– Ze Złego. O Dzienniku 1954 mówił, że będzie czytany, jako świadectwo komunizmu, ale Zły… – zawiesiła głos i spojrzała w okno tak, jakby prowadził za nią długi, świetlisty tunel. – Mówił, że Zły będzie zawsze.
–Man with the white eyes– przypomniałem angielski tytuł.
– Tak.
– Ale przecież tu w Ameryce książka nie była takim bestsellerem.
– Powiem panu coś. Byliśmy kiedyś w polskiej restauracji w Chicago. Kelner rozpoznał Lolka i natychmiast zawołał kierownika. Nie pozwolili nam uregulować rachunku, tylko zastawiali stół polskimi daniami. Żeby uhonorować Leopolda. Bo wiedzieli, jaką książkę napisał. Wie pan, co mi wtedy Lolek powiedział na ucho?
– Tak?
– Powiedział: „I told you”.
Kilka z obcojęzycznych wydań Złego. Archiwum Matthew Tyrmanda
Książka doczekała się adaptacji teatralnych, znakomitego musicalu, wystaw, komiksu, murali, wlepek, słuchowisk, a wkrótce – być może – zostanie wreszcie zekranizowana.
Dziś tytuł tej książki jest niemal tożsamy z pisarzem. Nie wiadomo do końca czy znał środowisko przestępcze Warszawy czy tylko podsłuchiwał, co mówiła ulica. Wiadomo, że ulice Warszawy odmalował, jak najlepszy pejzażysta.
Po napisaniu biografii Tyrmanda odwiedziłem wiele miast w kraju. Ilekroć padał tytuł Zły, w gronie czytelników zawsze zapalały się spojrzenia tych, którzy książkę czytali pomimo tego, że była zakazana. Mógłbym przysiąc, że ludzie ci mieli białe oczy.
Dobra, żarty się skończyły. Powoli wchodzimy w okres, który nazywam targowo-red bullowym. Katowice, Frankfurt, Kraków – zbliża się gorący październik, ale zanim on, to jeszcze wrzesień. Coraz więcej książek do przeczytania, coraz więcej ciekawych nowości. We wrześniu najbardziej czekam na poniższe. „Wiatraki” już przeczytałem – z czystym sumieniem mogę polecić.
Zapytany kiedyś o to, co daje mu jako twórcy komiks, czego nie daje książka, Neil Gaiman odpowiedział: pusty kadr. W książce zawsze trzeba tę pustkę opisać, w komiksie ona po prostu jest.
O komiksie w Polsce mówi się dziś więcej niż jeszcze kilka lat temu, ale wciąż za mało. Wielu dzisiejszych trzydziesto i czterdziestolatków, ludzi wychowanych na Donaldach i comiesięcznej porcji amerykańskiego superbohaterstwa dostarczanego nam za pośrednictwem szwedzkiego wydawnictwa TM-Semic, dziś, jak sami twierdzą, trochę już z komiksów wyrosło.
Tymczasem z komiksu nie da się wyrosnąć, tak jak nie sposób być zbyt dojrzałym na książkę czy film. Komiks to pełnoprawne medium równe tamtym dwóm, posiadające swój zestaw pomysłów na siebie i formalnych trików właściwych tylko jemu. To nie tylko pusty kadr o którym wspomniał Gaiman. To kolory, to umowność postaci, póz, dynamika poszatkowanego ramkami tańca w Sin City, drobne intertekstualne gry i zabawy z „Ligii Niezwykłych Gentlemanów” – cały czas obecne, a mimo to uciekające oku.
Odrzucać komiks, to odrzucać świetne historie opowiedziane w sposób jaki był w nie wpisany.
Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny
Cykl felietonów, który chciałbym wkrótce rozpocząć dla smakksiazki.pl skierowany jest do ludzi, którzy mogą nie mieć z komiksem za wiele wspólnego, ale uwielbiają dobre historie. W publikowanych regularnie kolumnach będę się starał przybliżyć konkretne tytuły wpisane w ogólny czy to trend czy problem czy po prostu temat. Będę szukał porozumienia z tymi, którzy dotąd komiksów nie czytali, szukał powodów dlaczego nie i argumentów, by może jednak. Nade wszystko jednak zamierzam polecać dobre komiksowe historie, ciesząc się, że jest ich na naszym rynku coraz więcej. Teksty będą pojawiały się na stronie w każdą drugą środę miesiąca.
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.