Małe miasto, mroźna zima, dwa trupy i brak śladów zbrodni. Czy z tych składników można stworzyć rasowy kryminał? Już wkrótce premiera „Skazy” Roberta Małeckiego. Rozmawiamy o powieści, która otwiera nowy cykl kryminalny.
W piekle polskiej prowincji
Marka Benera, dziennikarza poszukującego swojej zaginionej żony, czytelnicy mieli już okazję dobrze poznać. I jak widać po odbiorze Twojej kryminalnej trylogii z Toruniem w tle, zaprzyjaźnili się z tym bohaterem. Skąd więc pomysł, żeby właśnie teraz, właśnie w takim momencie, odstawić go na boczny tor?
Marek Bener wykonał swoje zadanie i zasługuje na chwilę odpoczynku, na którą ja z kolei nie mam najmniejszej ochoty. Tym bardziej, że pomysł nowego cyklu kryminalnego kiełkował w mojej głowie od chwili wydania debiutu, a więc od września 2016 roku. Już wtedy wiedziałem, że nowym bohaterem moich powieści uczynię komisarza Grossa. Niewiele wówczas o nim wiedziałem, ale z czasem szkic tej postaci zyskiwał głębi i w końcu powstał całkiem zgrabny portret. Potem wystarczyło osadzić tego człowieka w odpowiednim miejscu i dać mu do rozwiązania tajemniczą sprawę. Tak oto powstała „Skaza.”, której premiera 5 września.
Twoi wierni Czytelnicy wiedzą czego się spodziewać, a na co mogą liczyć nowi?
Wojtek Chmielarz, autor okładkowej „polecajki” pisze, że to kryminał o piekle polskiej prowincji, rodziny i policji. Mój Wydawca, Czwarta Strona, uzupełnia że „Skaza” to opowieść o dramacie, który zatruwa umysły, ale też o zbrodni, błędach i odkupieniu. A ja dodaję, że to także opowieść o samotności, niezrozumieniu się najbliższych, poszukiwaniu wartości w świecie, w którym jest ich zwyczajnie coraz mniej. Wiem, to nie brzmi jak rasowy kryminał (śmiech)! Jednak przyglądając się warstwie fabularnej, mogę powiedzieć, że starałem się stworzyć interesującą historię, zaczynającą się od znalezienia ciał, które nie noszą żadnych znamion przestępstwa.
„Są ciała, nie ma zbrodni. Tylko krzyk z przeszłości domaga się prawdy” – czytamy na okładce.
No właśnie. Więc za tą śmiercią coś musi stać i komisarz Bernard Gross próbuje ustalić co to takiego. Żeby się tego dowiedzieć, musi prześledzić sprawę tajemniczego zaginięcia sprzed dziesięciu lat.
Do tej pory akcja twoich powieści rozgrywała się w Toruniu. Jak jest tym razem?
Skoro postanowiłem odpocząć od Marka Benera, to dałem sobie również czas na odpoczynek od mojego Torunia. Ale nie odszedłem za daleko. Akcja „Skazy” dzieje się w podtoruńskiej Chełmży, 15-tysięcznej miejscowości. Miasto ze wspaniałym jeziorem i starówką nad jego brzegiem, ciekawą historią i dumnie prezentującą się konkatedrą. Niestety, jak wiele podobnych małych polskich miast, nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą. A jednocześnie ma w sobie to coś, co sprawia, że kiedy przechadzasz się jego ulicami, to już wiesz, że to znakomita scenografia dla powieści. A dla kryminału – wręcz wymarzona.
Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk
Łączy cię coś z tą Chełmżą?
Zaczynałem tam pracę jako reporter toruńskich „Nowości”. Uczyłem się fachu przyjmując mieszkańców na tak zwanych dyżurach reporterskich, podejmowałem różnego rodzaju interwencje. Co ciekawe, dyżury te pełniłem w bibliotece, w pomieszczeniu na parterze po prawej, gdzie obecnie znajduje się dział wypożyczeń. Każdego tygodnia przygotowywałem całą stronę poświęconą wydarzeniom z Chełmży. Było to dawno temu i prawda jest taka, że pewnie nie pomyślałbym o niej jako miejscu akcji moich powieści, gdyby nie fakt, że obejrzałem „Belfra”. Część scen do tego serialu kręcono właśnie tam. I wtedy przypomniałem sobie o mieście nad jeziorem i o jego potenacjale fabularnym.
A jakie uczucia towarzyszą przed zbliżającą się premierą?
Głównie strach (śmiech)!
To już twoja czwarta książka, jesteś na rynku od niemal dwóch lat. Czego tu się bać?
Przed wydaniem debiutu bałem się, co oczywiste, bo to był debiut. Było dla mnie ważne, jak zostanie przyjęty. Kiedy napisałem drugą część przygód Marka Benera, bałem się jak zostanie przyjęta, bo zmieniłem sposób narracji. Z historii tworzonej w pierwszej osobie przeszedłem na narratora trzecio-osobowego oraz uspokoiłem akcję. Z kolei przy „Koszmarach („Koszmary zasną ostatnie” – przyp. red.) bałem się jak zostanie przyjęte zakończenie trylogii. A teraz boję się, bo napisałem zupełnie inną powieść. Niespieszną, nieco melancholijną, trochę duszną, trochę mroczną. Brak w niej pościgów, walki na pięści, nagłych twistów, itp. Ale niewątpliwie jest to powieść, którą chciałem napisać, bo siedziała głęboko w mojej głowie już od dawna. No i wreszcie boję się, bo stworzyłem też zupełnie innego bohatera. Tym razem to policjant. Nie wiem jak zostanie przyjęty przez Czytelników.
Właśnie, może powiesz o nim coś więcej?
Komisarz Bernard Gross jest po czterdziestce. Na skutek konsekwencji pewnych zdarzeń z 2008 roku na własną prośbę zostaje przeniesiony z Komendy Miejskiej Policji w Toruniu do komisariatu w Chełmży. To człowiek, który zetknął się ze złem i to spotkanie pozostawiło w nim trwały ślad, skazę. Jest wycofany, ucieka od zgiełku, prowadzi niemal samotniczy tryb życia. A jednocześnie to wytrawny śledczy. Ma nosa do rozwiązywania zawiłych zagadek kryminalnych.
Fragment powieści:
„Od łódki dzieliło go nie więcej niż dziesięć metrów. Za nią, na brzegu, roiło się od mieszkańców. Przy linii brzegowej zauważył dwóch policjantów z prewencji. Podniósł rękę niby na powitanie, ale jednocześnie dał im czytelny znak, żeby powstrzymywali co bardziej ochoczych młodych gniewnych od wchodzenia na lód. Gwar dolatywał w jego stronę niesiony wraz ze ślizgającym się po tafli lodu mroźnym wiatrem.
Podszedł bliżej i wtedy dojrzał w łódce szmaty przyprószone śniegiem. Odwrócił się i spojrzał w miejsce, gdzie strażacy rozkuwali lód. Nie wiedział jeszcze, kim był topielec, nie wiedział, co robił na zamarzniętym jeziorze i kiedy załamała się pod nim tafla lodu.
Od łódki w stronę centrum nie prowadziły żadne ślady. Wykluczył więc ten trop. Musiał tylko sprawdzić, czy nie było ich od strony brzegu. Zbliżył się do zaniedbanej łajby i dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo się pomylił.
Serce gwałtownie zaczęło pompować krew.
To nie były szmaty.”
ROBERT MAŁECKI
Politolog, filozof i dziennikarz, a także nauczyciel kreatywnego pisania. Przede wszystkim jednak w równej mierze autor i czytelnik kryminałów. Uznawany za jednego z najlepszych polskich specjalistów w tej branży.
Kryminalne serca czytelników zdobył świetnie skonstruowaną, mroczną i wciągającą do ostatniej strony trylogią z Markiem Benerem („Najgorsze dopiero nadejdzie”, „Porzuć swój strach”, „Koszmary zasną ostatnie”).
Jak wynika z wiadomości wysłanej przez dział promocji Wydawnictwa Wielka Litera, dotyczącej jesiennych nowości, już w listopadzie na rynek trafi autobiografia słynnego polskiego dziennikarza Jakuba Wojewódzkiego, który jest gospodarzem programu „Kuba Wojewódzki” emitowanego w telewizji TVN.
W wiadomości możemy przeczytać, że książka ukaże się pod tytułem „Nieautoryzowana autobiografia”. Tytuł może się oczywiście jeszcze zmienić, podobnie jak data premiery, która jest przewidziana na siódmego listopada. W opisie książki zawarta jest tylko lakoniczna informacja: „Intymna spowiedź Króla TVNu” – (pisownia oryginalna).
Dziennikarz zapewne nie narzekał na brak ofert od wydawców, bo książka ma potencjał sprzedażowy na poziomie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. Dlaczego więc „Nieautoryzowana autobiografia” ukaże się w Wydawnictwie Wielka Litera? Być może nie bez znaczenia jest fakt, że członkiem zarządu jest tam Tomasz Dąbrowski, który również jest związany z programem „Kuba Wojewódzki”.
„Do Ameryki przybyłem drogą morską…” – rozpoczyna Tyrmand. Właśnie wyszło wznowienie jego Zapisków dyletanta. Opisuje w niej siebie, jako Kolumba u brzegów Nowego Świata. – Bzdura! – zapewnia mnie jego syn Matthew, kiedy w kwietniu 2015 roku rozmawiamy w Sheratonie. – Pewnie wziął samolot. Cały Leopold, te jego opowieści…
Lolek opuszcza Polskę 16 marca 1965 roku. Pakuje się w Krakowie, robiąc żonie awantury. Basia Hoff próbuje wcisnąć mu smoking na drogę.
– Po co mi!? – grzmi Tyrmand.
– Przyda ci się, może będziesz mieć jakieś ważne spotkanie! – odpowiada żona.
Basia i Lolek. Podpisanie aktu ślubu w Katowicach, 30 lipca 1959.
Ale kiedy tego samego dnia Leopold rozmawia z Ludwikiem Jerzym Kernem, przyznaje mu, że do tej Polski, to już raczej nie wróci. Kolega z „Przekroju” przypomni o tym ćwierć wieku później, publikując ze Stefanem Kisielewskim wspominkowy tekst Barwny motyl na beznadziejnym tle.
I tak, jak w 1939 roku Tyrmand uciekał z brylantyną pod pachą na Wschód, tak teraz, znów wepchnięty pod koła historii, wyrusza na Zachód. Jako ukształtowany czterdziestopięciolatek, jako pisarz, animator, mąż.
Skrupulatnie przygotowuje dokumenty. Wyrabia międzynarodowe prawo jazdy, u lekarza dostaje receptę na maść z kasztanowca, a Ministerstwo Kultury i Sztuki odmawia mu przydziału skromnych 100$. 16 marca 1965 roku trop w Polsce urywa się – odtąd o losach Lolka wiedzieć będą tylko przyjaciele. Po Tyrmandzie zostaje Zły, wznowiony jeszcze w 1966, a potem ocenzurowany. Zostaje wydane na emigracji Życie towarzyskie i uczuciowe, zostają też plotki. W 1968 roku Tyrmand zrzeka się na łamach „The New York Times” polskiego obywatelstwa, na znak protestu przeciwko wydarzeniom w Czechosłowacji. W ojczyźnie zostaje banitą, pisarzem, którego książki – jak w latach 60. pisze prasa – były literackim niewypałem. Tyrmand: kucyk w literackich derby, warszawski szmonces.
Ministerstwo Kultury i Sztuki odmawia przydziału 100 dolarów. Archiwa Hoovera
Zostawmy polskie piekiełko. Co porabia wtedy Tyrmand? Podróżuje przez Europę. W Niemczech remontuje swojego opla i odsyła go Basi do Polski. Bo w podróży, która przed nim, auto mu się nie przyda.
Jakiś czas mieszka w Izraelu. Pierwszy raz od końcówki lat 40. widzi się z matką, która – wyszedłszy trzeci raz za mąż – wiedzie tam szczęśliwe, spokojne życie. Ale Tyrmand nie ma zamiaru do tej sielanki się przyłączać. Pisze listy, nadaje depesze i planuje podróż, która na zawsze zmieni jego życie. Podróż do Nowego Świata.
W notatniku zapisuje:
Notatki z podróży do Ameryki – jak się miało okazać – nie trafiły do szuflady. Archiwa Hoovera
Do Ameryki przyjeżdża (przypływa?) ze stypendium w kieszeni. Dzięki niemu ma w planie objazdowe tournée po USA, które uskutecznia przez kolejne miesiące: wizyta w Nowym Jorku, San Francisco, w Klubie Rotariańskim, w siedzibie NASA, w programie telewizyjnym, w Chicago. Robi to, co wychodziło mu najlepiej w powojennej Warszawie: patrzy i notuje. „My name is Leopold Tyrmand…”, mówi na początku swojego pierwszego przemówienia w USA, dodając dalej: „As you can immediately hear, my English is very poor”.
Pierwsze przemówienie
A jednak wkrótce swoje notatki ma już przetłumaczone na język angielski. W redakcji pomaga mu poznana w Kalifornii dziennikarka, Beverly di Angelo.
Wbrew radom agenta, Tyrmand wysyła swoje teksty do redakcji „The New Yorker”. Selekcja w tej największej amerykańskiej gazecie dokonywana jest osobiście przez naczelnego, przez którego biurko rocznie przepływa 250 tysięcy tekstów. Wkrótce nadchodzi odpowiedź: będzie druk! A jak druk, to i czek na pokaźną sumę.
Na łamach Los Angeles Times Tyrmand określił Amerykę, jako inny świat. Archiwa Hoovera
Czek za American Diary
Wkrótce teksty Tyrmanda zaczynają ukazywać się w amerykańskiej prasie. Ostre pióro i okraszone dowcipem sporzestrzeżenia przybysza z komunistycznej Polski robią piorunujące wrażenie na czytelnikach „The New Yorker”. Nieznany nikomu autor z dalekiego kraju staje się reporterem najlepszej próby. Do redakcji napływają telegramy i listy z pytaniami o inne teksty autora, a nawet o porę, kiedy można umówić się z nim na obiad. Reklama artykułów Lolka jeździ po Nowym Jorku na boku autobusu. Widoczny jest na niej zaczytany w „The New Yorker” czarnoskóry mężczyzna. Podpis na pojeździe mówi: młody mieszkaniec Harlemu czyta teksty polskiego imigranta.
„(…) Jak zrezygnować z ambicji i nadal tworzyć? Życie w tym kraju, na każdym kroku, daje odpowiedź na to pytanie. Obfitość wszystkiego jest tak przytłaczająca, że ambicja wydaje się stratą czasu. (…) W Ameryce wszyscy się uśmiechają do człowieka, to cecha tego społeczeństwa. Wszyscy, z wyjątkiem obsługi hotelowej, która czasem szczerzy zęby, co przyprawia raczej o dreszcze.”
Książka wydana w 1970 roku, nakładem Macmillan Company
W 1970 nakładem wydawnictwa McMillan zapiski ukazują się w zwartym druku. Opisy i spostrzeżenia Tyrmanda są trafne, choć Amerykanie nie do końca rozumieją perspektywę, z jakiej pisarz w końcówce lat 60. na nich spogląda. Bo Lolek nie poprzestaje na wrażeniach z podróży po USA, ale sięga po szerszy kulturowo kontekst. Warszawski liberał i mężczyzna „w kolorowych skarpetkach”, po dotarciu do upragnionego, amerykańskiego lądu szybko zauważa, że wolność ma swoją cenę. Jego przyjaciele mówią: „Lolek, uczysz Amerykanów, jak żyć”.
„(…) W sztuce z dużymi ambicjami para aktorów zrzuca na scenie ubrania, wskakuje do dobrze widocznego łóżka i realistycznie naśladuje (miejmy nadzieję) uprawianie miłości. (…) Niepokoję się, czym będzie mnie można jeszcze zaszokować. Wyzucie mnie z przywileju przeżywania szoku wywołuje niesmak. Obawiam się, że inni też tak myślą, ale symulują wesołość i dobrą zabawę, sterroryzowani fałszywym nakazem bycia niekonwencjonalnym, oświeconym, wyzwolonym, oswobodzonym i wyemancypowanym. Wyzwolonym – tylko od czego? (…) Nie chcąc znaleźć się w sytuacji, gdzie życie seksualne będzie się równało jedzeniu, musimy ocalić jego wyjątkowość.”
Zapiski dyletanta z cytatem z Gombrowicza. Archiwa Hoovera
Z czasem Tyrmand zaczyna być spychany na prawo. Jego buńczuczne teksty, walące ostro w komunizm i zajadły kapitalizm, zaczynają razić skręcającą na lewo redakcję. Gdy pisarz widzi protestującą na amerykańskich ulicach młodzież, nie może wyjść ze zdziwienia, że nastolatkowie malują sobie na twarzy czerwone, komunistyczne gwiazdy i krzyczą o wyższości komunizmu nad przeżartym wojną wietnamską i aferą Watergate kapitalizmem. Podczas audycji radiowej, słucha z zaciekawieniem dezertera z amerykańskiej armii, który przedstawiwszy się z imienia i nazwisko, odmawia na antenie służby. W sformułowanym przez siebiePrawie Tyrmanda, pisze:
(…) Chciałbym, by od tej pory i na zawsze już łączono moje nazwisko z prawem, które odkryłem i sformułowałem, mianowicie: Wartość rewolucjonisty jest odwrotnie proporcjonalna do wartości systemu, z którym walczy – im bardziej represyjny i okrutny system, tym bardziej mężny i ofiarny buntownik. Innymi słowy, im lepszy i łagodniejszy system, tym większy z buntownika arogant.”
W przyszłość Leopold z redakcji odejdzie, by kilka lat później redagować czasopismo „The Cronicles of Culture”. Choć mógł pić w Nowym Jorku szampana z Kosińskim i Polańskim, a nawet – zgodnie z radą Basi Hoff – nosić smoking, ponownie wybiera banicję. Ale na peryferia w Rockford nie pojedzie sam. Zabiera tam swoją trzecią żonę, Mary Ellen Tyrmand. Najpierw pokochała jego teksty w „The New Yorker”, a potem jego. On, jak mi powiedziała, pokochał ją z czasem.
Tyrmand zrzeka się obywatelstwa. Wycinek z New York Timesa, 30 sierpnia 1968. Archiwa Hoovera
„Zapiski dyletanta” wydano w Polsce w 1991 roku, ale nie spotkały się z szerszym odzewem. Wkraczające w kapitalizm,pokolenie PRL-uw Tyrmandzie widziałosymbol antykomunizmu, autora zaczytywanej w drugim obiegu powieści „Zły” i walącego w stalinizm,Dziennika 1954. Barwnego ptaka na beznadziejnym tle, jak w tekście Kerna i Kisielewskiego. Amerykańskie życie? Pozostawało nieznane. Nikt nie słyszało„The New Yorker”, o listach od Ronalda Reagana, o Milesie Davisie. Był „Zły”, i tego „Złego” nie było właśnie.
Tymczasem Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie powstawała w latach 2015-2016 po obu stronach oceanu, dlatego nic dziwnego, że i tu, i tam można znaleźć nazwisko Tyrmanda w archiwach.
Mógłbym powiedzieć, że dokonałem tego odkrycia w wyniku śledztwa, ale nie byłaby to do końca prawda. Kiedy miałem otóż wolny dzień, postanowiłem udać się promem ku Statule Wolności. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że w planie jest wizyta na dwóch wyspach. Tą drugą było Ellis Island z Muzeum Imigracji. Przystałem na plan wycieczki – z racji siarczystego mrozu droga wpław przez Wrota Ameryki nie wchodziła w grę.
Widok na Manhatan
W Muzeum dowiedziałem się z dotykowego ekranu o „Wall of Honour”. Nikt nie potrafił wskazać tego miejsca, wobec czego sądziłem, że chodzi o jakąś wirtualną ścianę pamięci. Po mniej więcej godzinie, na tyłach muzeum, w ogrodzie, odnalazłem metalową tablicę, ciągnącą się przez dwieście metrów. Wśród kilkunastu milionów nazwisk, uwagę zwraca pozycja między nazwiskami „Tyrka” i „Tyroler”. Kolumb, rocznik 1920. Dyletant: Leopold Tyrmand.
Ściana Pamięci, Muzeum Imigracji
Kilka tysięcy kilometrów dalej, w archiwach Tyrmanda odnaleźć można pożółkły bilet do Ameryki. Transatlantyk na blankiecie nosi dumną nazwę „Queen Anna Maria” i – zgodnie z wbitą pieczątką – wypłynął do Nowego Jorku z Genui. Miasta Krzysztofa Kolumba.
Bilet na transatlantyk. Warto zwrócić uwagę na pieczątkę. Archiwa Hoovera
Dziś aktualność Tyrmanda uderza jakby bardziej. W czasach permanentnego, cyfrowego szoku i wiru humanistycznej redukcji, autor Filipaodnajduje swoje miejsce na nowo. Czy nowojorskie teksty znajdą dziś odbiorców? Wydaje się, że tak.
„(…) Dyletantyzm wydaje się dziś dumną postawą intelektualną. Nadmiar wiedzy usystematyzowanej, narzucanej z fanatyczną siłą, prowadzi w końcu do brzydkich relatywizmów. Dyletantyzm, to bezstronność: zdobywając się na sądy dojrzałe równa się starożytnej mądrości”.
Adam Szaja, prowadzący smakksiazki.pl, opowiadał mi anegdotę o Chrisie Carterze. Pisarz zastanawiał się nad porzuceniem swojego bohatera i napisaniem zupełnie innej książki. Na to jego agent powiedział mu, żeby tego nie robił. Bo skoro czytelnicy chcą czytać o Robercie Hunterze, to Carter ma pisać o Robercie Hunterze. I tyle…
Po usłyszeniu tej historii, poczułem się mocno zmieszany. Z jednej strony, nie mam żadnych wątpliwości na temat tego, jaki gatunek uprawiam. Kryminał to literatura jednak głównie rozrywkowa. Mamy dostarczyć powieść, przy której miło Państwo spędzą dwa lub trzy wieczory, a potem odłożą z satysfakcją na półkę. A lubimy te piosenki, które już znamy, prawda? Dlatego chętniej sięgniemy po książki z bohaterami, o których już czytaliśmy i których zdążyliśmy mniej lub bardziej polubić. Stąd ta popularność cykli. Wysyp bohaterów, którym towarzyszymy latami. Takich jak Kurt Wallander, Lis Salander, Harry Hole, Patrick Kenzo i Angela Gennero, Jack Reacher, Teodor Szacki czy, a niech będzie, napiszę to – Jakub Mortka. Tego chcą czytelnicy, a więc tego chcą też wydawcy. Stąd też ta rozmowa, którą odbył ze swoim agentem Chris Carter. W sumie wszyscy powinni być zadowoleni, prawda? Otóż, nie do końca.
Adam Szaja i Chris Carter, fot: smakksiazki.pl
Bo to przywiązania się do jednego bohatera ma też złe strony. Przekonał się o tym już u zarania tworzenia się nowożytnego kryminału jeden z jego ojców, twórca postaci Sherlocka Holmesa, Arthur Conan Doyle. Po kilku latach pisania o przygodach tego najsławniejszego detektywa w dziejach, postanowił go uśmiercić, żeby zająć się, jak to sam określił „poważniejszymi rzeczami”. Reakcja czytelników była zdumiewająca. Zarzucili pisarza listami, często niecenzuralnymi, zawierającymi obelgi i groźby. Do tego doszły naciski ze strony wydawcy. A wreszcie fakt, że kolejne książki autora nie cieszyły się aż taką popularnością, sprawił, że Doyle po kilku latach wrócił do Holmesa. I publikował już grzecznie kolejne opowiadania o ekscentrycznym detektywie właściwie do końca swojego życia.
Oczywiście, czasy się zmieniły. Nie wątpię, że śmierć żadnego z bohaterów współczesnego kryminału, nie wywoła już takiej reakcji, z jaką spotkał się Doyle (chociaż Jack Reacher ma ten potencjał). Ale w tej historii ważniejsze jest pytanie, dlaczego Doyle w ogóle chciał zrezygnować z Holmesa. A czuł się wypalony. Uważał, że stworzona przez niego postać odciąga go od tworzenia lepszych, bardziej wartościowych opowieści. I prawda jest taka, że każdy z nas coś takiego przeżywa.
Napisałem pięć powieści o komisarzu Jakubie Mortce. I nie raz, nie dwa, czułem jak ten bohater mnie ogranicza. Pewnych rzeczy nie mogłem o nim napisać. Pewne historie, które mam w głowie, do niego nie pasowały. Co więcej, czułem, że pisząc o nim, ryzykuję to, że przestanę się rozwijać jako pisarz. Będę w kółko opowiadał jedną i tą samą historię, złożoną z tych samych elementów. Nie chciałem tego. Stąd się wziął cykl gliwicki. Stąd się wzięło „Żmijowisko”. To były wyzwania, które rzucałem samemu sobie. Zmuszałem siebie samego do pracy. Chciałem rozruszać ten mój pisarski mózg, spróbować kombinować w inny sposób. I wiecie Państwo, co jest najlepsze? Najbardziej na tym skorzystał Mortka. Bo kiedy wracałem do niego po każdej przerwie, czułem pewną świeżość. Dostrzegałem fabularne możliwości, których nie dostrzegłbym, gdybym pisał jedną książką z komisarzem po drugiej. Wpadałem na nowe, nieoczywiste pomysły. Rozwijałem się.
Wojciech Chmielarz, Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy
Jest jeszcze jeden aspekt. Głęboko wierzę, że w literaturze, nawet tej kryminalnej, nie chodzi tylko o pieniądze. Że twórca jest winien czytelnikom pewną szczerość. Że ma obowiązek opowiadać te historie, która naprawdę go pasjonują. Które budzą w nim uczucia, zajmują jego wyobraźnię. Tylko próbując nowych rzeczy, możemy pchnąć gatunek do przodu. Czasami może się nie uda. Czasami coś nie wyjdzie. Ale trzeba próbować. Bo tylko wtedy dajemy z siebie to, co najlepsze. Spłacamy ten dług, który zaciągamy u Państwa, kiedy sięgacie po nasze książki. I nie chodzi o to, że krytykuję pisarzy, którzy tworzą cykle. Krytykuję tylko tych, którzy nie są w tym szczerzy. Którzy nie próbują i nie walczą o to, żeby dać z siebie wszystko.
Dlatego, gdybym znalazł się na miejscu Cartera, gdyby mój agent (jeśli w końcu jakiegoś się dorobię), powiedział mi, że czytelnicy chcą Mortkę, więc mam pisać o Mortce, to wzruszyłbym tylko ramionami i odpowiedział, że czytelnicy muszą poczekać. Bo za bardzo ich szanuję, żeby dać im książkę, którą napisałem tylko dla pieniędzy.
To będzie bardzo nieregularny cykl, w którym pisarki i pisarze opowiedzą, a także pokażą swoje tatuaże. Wiadomo, że nie wszystko chcą oraz mogą pokazać, bo przecież czasem mają ozdobione nie tylko ręce i nogi. Na pierwszy ogień idzie Bartosz Szczygielski, autor kryminałów, stały felietonista smakksiazki.pl. Opowie o Cyprianie Kamilu Norwidzie, Snoopym, a także ośmiogodzinnej sesji u tatuażysty. Miłego oglądania. Aha, w drugim odcinku pojawi się Katarzyna Puzyńska.
Wystarczy czternaście razy zmieniać tożsamość. Albo drukować ulotki o Piłsudskim na poddaszu. Chyba, że przyjdzie po ciebie NKWD. A wtedy więzienie, epidemia tyfusu, zsyłka. Gdyby spojrzeć na to po latach, z perspektywy Wenezueli czy USA nie jest to nic wielkiego. Ale najpierw trzeba przeżyć. Zapraszam na trzeci felieton o Leopoldzie Tyrmandzie.
W garderobie urządzają sobie sparingi bokserskie. Lubią wileński dom doktorowej Kiakszto, mieszkają w nim aktorzy, artyści, dyrektor teatru. I oni, Lolek Tyrmand i Leszek Zawisza. Jest zima 1940 roku. Dla Leopolda Tyrmanda nie jest to pierwsza, zagraniczna wyprawa. W 1940 roku nie wie, że może się wkrótce okazać ostatnią.
Le Corbusier i frytki
Jeszcze w 1937 roku jego najdalszym wojażem jest budująca się Gdynia, ale już rok później wyjeżdża do Paryża. Sławomir Mrożek:
(…) Te Leopoldowe studia w Paryżu nie były takie, jak niegdyś wojaże Jana Kochanowskiego do Padwy, czy później Bronisława Malinowskiego do London School of Economics. Ani nawet takie, jak wysyłanie do tegoż Paryża czy do Brukseli żydowskich synów z Polski przez ich zamożne rodziny.
Sławomir Mrożek i Leopold Tyrmand. Zdjęcie z książki Wydawnictwa Literackiego „W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982”. Archiwum domowe Leopolda Tyrmanda.
Stypendium na studia architektoniczne załatwia sobie sam. Pomagają mu umiejętności rysownicze i niezłe oceny na maturze zdanej w Gimnazjum im. Kreczmara na Wilczej, które – w przeciwieństwie do Słonimskiego – z powodzeniem kończy.
W Paryżu ścieśniony horyzont ulicy Trębackiej rozrasta się aż po Sekwanę, gdzie miasto pulsuje jazzem, modą i miłością. Lolek udziela korepetycji, starcza mu na fasolę z frytkami. Zachwyca się A-tisket, a-tasket Elli Fitzgerald, idzie też na pierwszy koncert jazzowy (klik). Gdy wygrywają akademickie mistrzostwa w koszykówkę, nagrodę wręcza mu słynny Le Corbusier.
Wraca na wakacje do Polski przepełniony melodią wielkiego świata. Jest lato 1939. Polska wygrywa 4:2 z Węgrami w piłkę nożną, mecz oglądają wspólnie z Kazikiem, kolegą z gimnazjum Kreczmara. Obaj na zawsze pozostaną na maturalnym zdjęciu uśmiechnięci, gotowi na podróż w prawdziwe, dorosłe życie. Dorosłość zaskakuje ich wczesnym rankiem 1 września 1939.
Zapraszam państwa do gazu
W tym samym czasie rodzice Tyrmanda zostają w Warszawie. Ani ojciec Mieczysław, ani mama Maryla nie wiedzą jeszcze, że właśnie rozpoczyna się najkrwawszy rozdział w historii XX wieku i że w ich genealogicznym drzewie za sześć lat nie zostanie praktycznie nikt.
Trafiają do warszawskiego getta, a w 1942 roku wywiezieni zostają do obozu Majdanek. Tam, na wielkim placu, Mieczysław widzi Marylę ostatni raz. Potem trafia do mieszczących się po prawej stronie obozu niskich baraków z komorami gazowymi.
W tym samym czasie jego syn, gdzieś daleko na Wschodzie, zastanawia się czy powinien w lewym paszporcie wpisać fałszywe nazwisko czy zostawić prawdziwe (klik).
Maryla przeżywa selekcję i trafia wkrótce do fabryki amunicji pod Częstochową. Nie wie, że jej syn – z fałszywymi dokumentami – pracuje jako kelner w Niemczech, a potem na statku. Nie wie też, że w pierwszych dniach 1944 roku wszyscy mieszkańcy ulicy Trębackiej otrzymują w salach Teatru Wielkiego strzał w tył głowy. Historię tę na łamach „Przekroju” opisze po wojnie Czesław Miłosz.
Wileński łącznik
Lolek ucieka na Wschód. Przez Brześć i Lwów dociera do do Wilna. Wilno nasze, a my Rosjan, mówią miejscowi, gdy sowieckie wojska zajmują Litwę.
Zima 1940 roku jest bardzo sroga. To dlatego Lolek dostaje szalik od niedawno poznanego Franciszka Walickiego. Za szesnaście lat zorganizują pierwszy w Polsce festiwal jazzowy, zaś za czterdzieści siedem – Franek posądzi Lolka o współpracę z Sowietami. W 1987 roku Tyrmand nie będzie mógł zaprzeczyć, tak jak nie mogą zaprzeczyć inni zmarli z cmentarza pod Nowym Jorkiem.
Legitymacja studencka z Wilna. Archiwum KGB w Wilnie
W 1940 to Zawisza postanawia wciągnąć Lolka do pracy w konspiracji. Tyrmand, wciąż posiadając legitymację studenta studiów humanistycznych, dorabia, jako felietonista w „Prawdzie Komsomolskiej”. Kolega Franek również w tej gazecie pracuje, jako rysownik, ale o podwójnym życiu kolegi nie wie.
Tyrmand wstępuje do AK, składając przysięgę na ręce Juliana Kulikowskiego ze Związku Walki Zbrojnej – później pułkownika w I Oddziale Organizacyjnym Komendy Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej. Kontaktem w Wilnie jest niejaki Babinicz. Jego nazwisko od początku brzmi niewiarygodnie, bo jak z Sienkiewicza.
– Pracuję w wywiadzie, nie polskim wprawdzie, lecz sprzymierzonym – mówi. – Więc mogę wyrobić odpowiednie papiery. Ale na to będę potrzebował czasu.
Jest ich trzech, obok Lolka i Leszka jest jeszcze Andrzej. Przerzucają drobne paczki, załatwiają wyjazd poszukiwanego szpiega, szmuglują towar. A obok tego odbywają sparingi bokserskie w garderobie – pomieszczenia na poddaszu domu doktorowej Kiakszto przy Portowej 22 są spore. Robota przyprawia ich o dreszcz emocji, ale wielka wojna rozgrywa się gdzieś daleko. Babinicz przychodzi ich raz odwiedzić. Czy im pomoże – tego nie mówi. Wkrótce zaprasza ich do siebie, dzień przed Wielkanocą 1941. Ich uwagę zwracają wojskowe buty pracującej w domu służby.
Po powrocie na Portową przezornie zakopują niektóre książki w ogrodzie na tyłach domu. Mają nosa – w nocy dochodzi do nalotu.
Buty łomoczą na schodach, po chwili otwierają kopnięciem drzwi na pierwszym piętrze. Rewizja i świecenie latarkami po oczach. Żołnierze szukają materiałów obciążających chłopaków. Na środku biurka stawiają znalezioną w pokoju małą, amerykańską flagą.
Do Lolka idzie właśnie Janka, znajoma aktorka z wileńskiego teatra. „Wspinałam się do domu, gdy minął mnie patrol NKWD” – powie po latach Mariuszowi Urbankowi w książce Zły Tyrmand. Jej wspomnienia okażą się kluczowe.
Trzech muszkieterów trafia na Łukiszki. Wiedzą jedno: wsypał ich Babinicz. Z decyzji o aresztowaniu:
Wilno, 15.04.1941
Tyrmand jest jednym z dowódców polskiej młodzieżowej nielegalnej kontrrewolucyjnej organizacji. Prowadzi aktywną działalność w celu zwerbowania młodzieży do organizacji. Rozpowszechnia nielegalną literaturę organizacji. Udostępnia swoje mieszkanie na spotkania przywódców organizacji. Na jednym z nich Tyrmand występował i żądał aktywnych działań w walce z władzą sowiecką na Litwie o niepodległość byłej kapitalistycznej Polski.
Teczka Leopolda Tyrmanda. Archiwum KGB w Wilnie
W więzieniu spędzają trzy miesiące. Ciągłe przesłuchania, spanie przy świetle, zastraszanie. Tyrmand ma podobno dostać wyrok dwadzieścia pięć lat. Zawisza po latach wspomni o ośmiu. W archiwach KGB informacji o konkretnym wyroku – brak. Wiadomo, że gdy w czerwcu 1941 do Wilna wkraczają Niemcy, więźniowie ruszają transportem na Wschód. A stamtąd się nigdy nie wraca. Po latach Tyrmand napisze:
Więzienie, zwłaszcza w totalizmach, polega przede wszystkim na strachu, że mogą ze mną zrobić co chcą, a ja nie mogę nic, ani bronić się, ani argumentować, ani uciekać. Przebywałem kiedyś w Wilnie na Łukiszkach; byłem młody, siedziało mi się znakomicie, gdyż walka o jakieś święte sprawy wydawała mi się jeszcze wartością samą w sobie, ale wybuchł tam tyfus i zrozumiałem jak bardzo odmówioną mam szansę ratunku, ja ubezwłasnowolniony.
Muszkieterowie uciekają ze zbombardowanego pociągu, wkrótce ich drogi się rozchodzą. W Wilnie powstaje getto, Niemcy rozstrzeliwują Żydów w Ponarach. Tyrmand ucieka i ukrywa się z innymi Polakami, o czym historię poznaliście w poprzednim felietonie.
Kolaboracja, której nie było
Po wojnie życzliwi ludzie plotkują o rzekomej współpracy Tyrmanda z Sowietami. O jego prawdziwej wojennej historii – nie wiedzą. Lolek w latach 50. idzie korytarzem w jednym z budynków ministerialnych, gdy z naprzeciwka nadchodzi… Babinicz. Mężczyzna udaje, że go nie zna. Jak się okazuje, obaj są członkami Związku Literatów Polskich.
W latach 60. MSW zakłada Babiniczowi teczkę. Na początku XXI wieku u Joanny Siedleckiej przeczytamy o Babiniczu:
Do 1937 roku mieszkał w 14 miejscowościach. W latach 1923-1925 podejrzewano go o szpiegostwo na niekorzyść Polski. Był przez pewien czas konfidentem policji. (…) W archiwach Oddziału II MSW figuruje jako agent gestapo. Z listu ambasadora RP w Moskwie, prof. Kota, z roku 1941 wynika, że Polacy z Wilna podzielali zarzuty o szpiegostwo Babinicza na rzecz Niemiec, denuncjowanie Polaków i wydawanie ich w ręce gestapo. W 1940 został zdemaskowany przez władze radzieckie i przewerbowany. (…) W 1955 jego sprawę przedstawiono do decyzji Departamentu III Julii Bristigerowej, przekazała ją jednak do archiwum
Babinicz umiera na zawał w 1969 roku. Po latach wdowa po nim w liście do autora Złego Tyrmanda zapewnia, że nic z tych rzeczy nie jest prawdą.
Zawisza zostaje w latach 70. profesorem architektury na uniwersytecie w wenezuelskim Caracas. W jednym z listów do Tyrmanda spyta: Czyli co? Już chyba nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę.
Tyrmand umiera w 1985. W 1987 Franciszek Walicki opowiada na pewnym spotkaniu w „Hybrydach” o współpracy Lolka z „Prawdą Komsomolską”. O działalności konspiracyjnej – nie wspomina. W 2017 roku słyszę, że ktoś chce wydać teksty z tej gazety. Wybucham śmiechem i mówię, że to szukanie sensacji.
Archiwa nie płoną
W 2016 roku poszukuję dokumentów, które pozwoliłyby ustalić, jak z Tyrmandem było naprawdę. W archiwach KGB odnajduję teczkę Lolka. Są akta, są sprawozdania z przesłuchania. A wreszcie – jest niepodległościowa gazeta, którą miał wydawać. W rubryczce z nazwiskami osób przeglądających papiery, zauważam świeży wpis: „Babinicz”, a obok data: 2014.01.24.
Blednę. Czy to możliwe, że ta szpiegowska historia wciąż trwa? – pytam siebie.
Szukam domu przy Portowej 22, ale taka ulica już nie istnieje. W jej miejscu biegnie Pamenkalno Gatve, obok Tauro Gatve, gdzie mieszkał Miłosz.
Numerację zmieniano wielokrotnie, więc odwiedzam kolejno blisko dwadzieścia domów. Mam w pamięci słowa Janki Balukiewicz o „wspinaniu się do domu”. Ale co to oznacza? Że po schodach? Po wzgórzu? Po płytach?
Do ostatniego z domów prowadzą wąskie schody, zachodzę tam bez większej nadziei. Na elewacji – numer 32. W środku – wykusze, dębowa biblioteka, luksfery i szklane, rozsuwane drzwi. Mieści się tam Dom – Muzeum Rodziny Venclova. To tam od 1945 roku mieszkali słynni litewscy pisarze – Tomas i jego ojciec, Antanas.
– Nikt tu podczas wojny nie przebywał. Właściciel, doktor Kiakszto został wywieziony z Wilna, gdy wybuchła wojna – zapewniają dziewczyny, pracujące w fundacji.
Siadam w aucie na parkingu, gotów do odjazdu. Towarzyszy mi uczucie małej porażki. Dom wydawał się na wyciągnięcie ręki, powinien być gdzieś tutaj. Dwa dni po powrocie do Torunia jeszcze raz włączam plik ze wspomnieniami Leszka Zawiszy. Tymi o sparingach bokserskich i Babiniczu. W jednym z akapitów czytam: W dolnym pokoju mieszkała doktorowa Kiakszto…
Jakaś straszna myśl fermentuje mi w głowie. Nie, myślę. Nie mogłem być aż tak nieuważny. Przekopuję gorączkowo papiery, to blendąc, to pęczniejąc do czerwoności, aż wreszcie mam pewność. – To ten dom! – krzyczę z podniecenia.
Natychmiast piszę do Justyny z Domu Venclovów. Nie wierzy mi, więc wysyłam wspomnienia Zawiszy, wrzucając je do translatora Google.
Dom pisarzy
Tak oto przecinają się ścieżki dwóch pisarskich historii. Tyrmanda, o którym nie wiadomo było, gdzie mieszkał oraz Venclova, który nie wiedział, kto mieszkał w jego domu przed nim.
Spotkanie w Wilnie. Po lewej, Justyna z Domu – Muzeum Venclovów
Historię Tyrmanda, Babinicza i archiwów opisuję w książce Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. W Domu Venclovów organizujemy w listopadzie 2016 spotkanie, przychodzą wykładowczynie z Centrum Polonistycznego, polonia.
W kącie książkę przegląda litewski archiwista. Pod koniec lektury rozdziału o Wilnie, wybucha śmiechem.
– Babinys! – krzyczy. – To nie Babinicz przeglądał niedawno te archiwa, tylko Babinys. To mój kolega, pracuje w tym archiwum.
Wszyscy się śmiejemy z tej historii, która jest równie nieprawdopodobna, co autentyczna.
Czyli co, myślę sobie. Już nigdy się nie dowiemy, jak to z tymi szpiegami było naprawdę.
Kolejna kartka z mojego cmentarnego kalendarza. Dzisiaj mija rok od śmierci Janusza Głowackiego. Był jednym z pierwszych pisarzy wyróżnionych przez nas w oświęcimskiej Alei Pisarzy, płytę odsłaniał osobiście 27 września 2013 roku, a cytat na niej wyryty dobrał jak zwykle przekornie: Nic mi tak dobrze nie robi na pisanie, jak upokorzenia.O tych niby upokorzeniach, które powiodły go do amerykańskiego sukcesu, opowiadał później na spotkaniu z czytelnikami. Prowadziliśmy je we dwóch z Markiem Bieńczykiem, a Głowacki rozkręcał się wspominając, jak bez końca literował swoje nazwisko do słuchawki, a później siedział nad nią w napięciu całe dnie i bał się wyjść do toalety czy do sklepu, by nie przegapić telefonu od producenta. I o tym, że Wajda zmienił mu prawie cały scenariusz „Wałęsy”, bo nie miało być ironicznie, tylko patetycznie. I że marzenia się spełniają, trzeba tylko umieć to zauważyć. I wiele innych kapitalnych rzeczy.
Mówił tak jak pisał – błyskotliwie, dowcipnie i piekielnie inteligentnie. Jako pisarz przyszedł do mnie dosyć późno, paręnaście lat temu, i właśnie ta jego inteligencja mnie uwiodła. Należał do mistrzów słowa, którzy najbłahsze rzeczy potrafią opisywać jako kluczowe doświadczenie życiowe i czytając myślisz sobie: ale facet miał fajne życie! Jakie upokorzenia? To oczywiście nieprawda, ale urzeka sam język opowieści, który brzydotę pospolitości zamienia w złoto celnej frazy. On miał taki język. Z najbanalniejszej historii tworzył perełkę, jak choćby ta o żółwiu Guru w książce Z głowy, gdzie znajdziecie i dramat cywilów w powstaniu warszawskim, i dramat rodzinny Głowackich z naiwnym, nierozumiejącym spojrzeniem dziecięcego narratora, i zabawny wątek z żółwikiem, który kończy się smutno. A wszystko zanurzone w uroczej grotesce, która nawet śmierć odmalowuje lekko, z humorem, dokładnie tak, jak dzieci zwykły się bronić przed grozą.
Sypał anegdotami jak z rękawa. Wszystkich znał. Nie tylko w Polsce, również za oceanem. Dość powiedzieć, że wśród znajomych Głowy przewijają się Arthur Miller i Christopher Walken. Jak rasowy gawędziarz i indywidualista wielkiego formatu, niby mówił o całym świecie, ale właściwie tylko o sobie. Uwielbiam jego portrety w białym garniturze. Dandyzm posunięty do granic autoironii, krok dalej i byłby śmieszny, on jednak umiał tej granicy nie przekraczać. Na zewnątrz przystojniak i kobieciarz, a w środku ciągle, od dzieciństwa nieśmiały i zawstydzony swoją przenikliwością.
prof. Krzysztof Zajas i Janusz Głowacki
Uwielbiam jego giętkie, zdania, precyzyjne i zarazem swobodne, jakby po prostu mówił do siebie. Długi i pełny emigracyjnych rozterek monolog wewnętrzny w samolocie do USA zakończył:
Janek, co się przejmujesz. Jedziesz do dzikiego kraju, w którym nikt nawet nie wie, kto to jest Himilsbach; i poczułem się lepiej.
A oto scena pożegnania z filmu Casablanca w wersji Janusza Głowackiego. Jego ukochana jest modelką i odlatuje do Mediolanu:
– Ty, Anno Mario, już do mnie nie wrócisz – mówiłem przez łzy. – Wyjdziesz tam za mąż.
A ona pocieszała mnie:
– Nie martw się, ukochany. Kto by tam chciał się ze mną żenić. Wszyscy mnie przelecą i wrócę do ciebie.
Puenta scenki brzmi: Nie wróciła. Takich scenek, będących w istocie mikro-melodramatami, jest u niego mnóstwo. Miał tak ceniony przeze mnie talent do skrótu, cięcia, bezlitosnego usuwania niepotrzebnych słów i szlifowania tych, które się ostały. Jego obraz Moskwy z 1989 roku, tuż przed upadkiem ZSRR:
Był straszny mróz, okna w hotelu Ukraina się nie domykały. Nie było mydła. Etażna zapytała, ile będę dni. Powiedziałem, że cztery. Odmierzyła cztery porcje papieru toaletowego.
Im większa kondensacja sensu, tym lepiej. A przy tym ważne, by tekst nie tylko znaczył, ale i brzmiał. Od Głowackiego wziąłem lekcję, by napisane przez siebie teksty czytać na głos i jak coś brzmi nie tak, źle się mówi, brzęczą dysonanse – poprawiać do skutku lub wyrzucić. Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, by mój tekst stracił cokolwiek na znaczeniu po usunięciu niedobrze brzmiących zdań. Polecam wszystkim początkującym autorom.
Janusz Głowacki, fot: smakksiazki.pl
To on wymyślił genialne określenie ministra Macierewicza: człowiek o spojrzeniu Bin Ladena.W ogóle z politykami, z prawa i z lewa, miał zawsze na pieńku, jak to inteligentny pisarz w Polsce. Zresztą nie tylko z politykami. Znamienna jest pod tym względem jego uwaga przy okazji premiery jednego z jego znakomitych dramatów:
Czwartą siostrę przyjęto w Polsce jak najgorzej, więc już wiedziałem, że na świecie będzie sukces, bo to się zrobiła reguła.
U mnie też zaczyna się robić reguła, że jak już szczególnie polubię jakiegoś polskiego pisarza, to zwykle jest to taki, który ma poważne kłopoty z polskością. I coraz bardziej myślę, że problem nie w pisarzu, tylko w polskości.
Wszystkie cytaty i anegdoty zaczerpnąłem z jego autobiograficznego zbioru esejów pt. Z głowy. Jeśli nie chce wam się czytać wszystkiego, a macie ochotę docenić pióro Janusza Głowackiego, sięgnijcie po tę książkę. Majstersztyk krótkiej formy. A na okładce, jakżeby inaczej, sam autor w białym garniturze.
Jego ojciec był autorem kryminałów, o czym nie pamiętałem wtedy, 27 września 2013 roku, siedząc obok Głowackiego na uroczystej kolacji po odsłonięciu płyty w Alei Pisarzy. Miałem już wtedy napisanych Ludzi w nienawiści, ale nie odważyłem się przyznać, że piszę, i pozostałem w jego oczach profesorem od polonistyki. Taką mi zresztą wtedy wpisał dedykację: Krzysztofowi, też poloniście, trochę tego śmiesznego Koszmaru. Tym śmiesznym koszmarem było jego własne życie, naszkicowane w niby zabawnej, a naprawdę przejmująco wnikliwej książeczce. Błyszczący sztylet ironii śmiało wbijał również we własną pierś.
Janusz Głowacki, fot: smakksiazki.pl
A jednak poniekąd to jemu właśnie zawdzięczam zostanie pisarzem kryminalnym. Tamtego wieczoru dzięki Głowackiemu poznałem mojego pierwszego wydawcę i Ludzie w nienawiści ukazali się drukiem niespełna rok później. Gdy go o tym poinformowałem telefonicznie, kategorycznie zażądał egzemplarza, który natychmiast wysłałem drżąc z podniecenia i przerażenia. Później wysyłałem wszystkie kolejne. Tej następnej, która ukaże się za miesiąc, już nie wyślę. Nie wiem, może się z nią przejdę na Powązki.
Ta jego nagła śmierć w Egipcie, w środku lata, jakaś bezsensowna. Pusta. Bez wymiaru. Chyba że to jeszcze jedna jego ironia, zbyt subtelna, bym ją wychwycił.
Mój ojciec, zanim z powodów osobistych wziął się za kryminały, pisał bajki– wspominał w Historii żółwia Guru. Kryminały. Wrzucam do allegro i wychodzi kilka powieści kryminalnych Jerzego Głowackiego z czasów głębokiego peerelu. Sprawdzam i oczom nie wierzę: wśród nich jest Testament królowej Nefertite z 1971 roku, jeden z pierwszych kryminałów, jakie w życiu czytałem! Okładka ze złotą głową egipskiej królowej, wyryta w dziecięcej pamięci otwarła cały strumień wspomnień. Aż się zdumiałem, że mogłem spędzić tyle czasu bez tej złotej głowy z ironicznie przymrużonym jednym okiem. Natychmiast zamówiłem, z dostawą priorytetową.
Najwyższa kwota, jaką zaproponowano mi do tej pory za notkę-polecajkę na książkę, wynosiła dwa tysiące złotych netto. Żeby Wam jakoś to umieścić na linii i dać podstawę do wyobrażenia sobie sytuacji w tym miejscu napiszę, że nawet gdyby to była moja średnia, a nie sytuacja na wskroś wyjątkowa – standard propozycji to około tysiąca złotych – taka stawka nie stawiałaby mnie bardzo wysoko w rankingu nawet samych tylko polskich pisarzy, nie mówiąc już o aktorach, filmowcach czy wszelkiego rodzaju celebrytach. I to samo w sobie jeszcze nie jest ani dziwne, ani zaskakujące. Chodzi wszak, przynajmniej w założeniu, o poziom sławy, rozpoznawalności, wpływu na potencjalnych odbiorców oraz dającej się spieniężyć wiarygodności. Są tacy, co mają ją większą, inni mniejszą, wyceniamy, płacimy. Nie chodzi nawet o te dwa zdania o książce, chodzi o kupione na tę okoliczność nazwisko. Ono ma swoją wartość i cenę.
Od razu zaznaczam, żeby nikt nie odniósł złego wrażenia, nie zamierzam potępiać zjawiska ani płacenia za polecajki przez wydawcę, ani przyjmowania pieniędzy przez pisarzy. W stanie czystym rozumiem ten układ i uważam, że jest fair. Tyle tylko, że układ nie jest czysty, cholernie daleko mu do takiego, a cierpią na tym rynek i, co za tym idzie, czytelnicy.
Zacznijmy może od tej najwyższej zaproponowanej mi stawki. Nie ukrywam, kusiła, zwłaszcza, że i książka, sądząc po opisie, wydawała się interesująca. Znowu jednak, byście mieli świadomość intratności propozycji – dwa tysiące to, mocno generalizując, tyle, ile zwykło się oferować pisarzowi z jako takim doświadczeniem za opowiadanie do dwudziestu paru stron. Jasne, że są tacy, co dostają dużo więcej, ale dla wygody porównania trzymajmy się cały czas mnie.
www.unsplash.com/Jamie Taylor
Opcja fajna, tak się jednak złożyło, że termin był krótki, a ja obłożony zakontraktowaną robotą.
– Niestety nie ma szans, nie zdążę tego przeczytać – powiedziałem.
– Nie ma problemu – usłyszałem w odpowiedzi. I gdyby tu nasza rozmowa się zakończyła, nie byłoby jej w tym felietonie. Zaraz jednak padło – To ja ci może streszczę, co?
Nie pamiętam, co dokładnie odpowiedziałem, oprócz tego, że odmówiłem, ale z całą pewnością nie zareagowałem wystarczająco stanowczo. Uważam bowiem, że powinienem dać dobitnie do zrozumienia, że taka sytuacja mnie zwyczajnie obraża. A potem, gdy rozmawiałem o tym z kilkorgiem koleżanek i kolegów po fachu, dowiedziałem się, że to praktyka w zasadzie nagminna. I że czasem są to takie kwoty, że odmawiając, czujesz jakbyś się frajerzył. Bo skoro tak wielu to robi…
Zaproponuję Wam kilka zabaw, choć uprzedzam, że niektóre wymagają trochę czasu i zachodu.
Pierwsza jest stosunkowo łatwa. Weźcie ze swoich półek kilka książek, najlepiej z tego samego gatunku – ważne, żebyście znali ich treść – i przyjrzyjcie się polecajkom. Jeżeli jest w którejś nazwisko autora albo tytuł, zastąpcie je w głowie X i Y. A teraz sprawdźcie ile z nich moglibyście bez zmieniania choćby słowa przenieść z książki na książkę i nadal by tak samo pasowało?
Zabawa numer dwa to już troszkę więcej szukania, ale zapewniam, jest kilka takich pozycji. Bierzemy książkę polskiego autora z polecajką autora zachodniego. Sprawdzamy, czy książka autora polskiego ma angielskie wydanie (lub chociaż zapowiedziane tłumaczenie na angielski), albo czy autor lub autorka dający lub dająca polecajkę zna nasz język. Jeśli nie – pytanie, skąd wie, że książka jest dobra?
Zabawa numer trzy to moja ulubiona. Znajdźcie wśród polecajek taką, która należy do autora udzielającego się na przykład w social mediach albo na spotkaniach autorskich. Pamiętajcie, że książka, którą właśnie przeczytał, zrobiła na nim wrażenie na tyle, że ją Wam poleca. No to sprawdźmy, czy skoro tak, to czy zdarza mu się polecać lektury u siebie. Zdarza się? No to czy polecił tę właśnie, której użyczył nazwiska?
Może być, że nie, ale to przecież jeszcze niczego nie przesądza, prawda? Zakładam, że każdy pisarz czyta i ogląda wiele, nie publikuje wzmianek o każdym dziele, z którym się zapoznał, prawda? Ale od czego są wtedy spotkania autorskie? Od czego są okazje do zadawania pytań podczas festiwali etc. Polecajka, pamiętajcie, to opinia wyrażona przez autora. Jego słowa, za które zapłacono, więc w zasadzie dzieło, nie? Więc śmiało, możecie pytać, co takiego konkretnego urzekło autora w książce, że zdecydował się napisać takie a nie inne słowa. Co go przeraziło, że to przerażenie tak wyraźnie podkreślił. Co rozumie przez brak trupa, jeśli trup jest? To metafora? Inna interpretacja książki?
www.unsplash.com/Aris Sfakianakis
Zapewniam Was, że jeśli polecali uczciwie, to nie powstrzymają się przed mówieniem o tym. Taki Stephen King – facet, który poleca tony książek i często takich sobie. Jemu się te pozycje naprawdę podobają! On o nich mówi, on się nimi ekscytuje! Jack Ketchum opowiadał kiedyś, jak to King po przeczytaniu jego „Dziewczyny z sąsiedztwa” zdobył numer do autora i zadzwonił, by pogratulować! Albo zobaczcie sobie, jak King rozmawia z innym autorem, któremu dał swego czasu polecajkę – Lee Childem. Jest na Youtubie, znajdziecie bez trudu. Jeszcze jakaś wątpliwość, czy King czytał i czy mu się podobało? Można mu czasem – fakt, ostatnio częściej – zarzucić słabość gustu, ale nie to, że okłamuje swoich odbiorców. Bo on jako czytelnik jest fanem książek. Jak każdy z nas.
Wśród ludzi, których sobie cenię, zwykło się praktykować taki zwyczaj, że polecenie czegoś komuś to przyczynek do późniejszej rozmowy na ten temat. Kiedy mówię znajomym: Hej, weź to przeczytaj! To w domyśle jest: Zrobiło to na mnie wrażenie, chciałbym móc o tym z kimś pogadać. Albo chociaż: Chciałbym, żeby ten ktoś dobrze się bawił, a ja później także będę, gdy sobie z nim o tym wszystkim podyskutuję. Odświeżę ulubione sceny, momenty…
Stąd – fakt, patrząc po sobie – uważam, że żaden autor nie powinien się obrazić, gdy skierujecie czasem rozmowę na rzeczy, które polecał, by zapytać o opinię szerszą niż zdanie na okładce.
Dobrze, zabawa zabawą, ale przejdźmy w tym wywodzie dalej. Powszechnie przyjętym zwyczajem, wręcz pewnego rodzaju regułą, jest niewypowiadanie się źle o kolegach po fachu i ich pracy. Gdy jeden autor zwraca uwagę drugiemu na przykład na merytoryczne błędy albo recenzuje jego książkę bez niemal autoncenzorskiej powściągliwości, robi się zamieszanie. Jeśli zaangażowane są w to wystarczające nazwiska, trafi się spór na linii Dehnel-Twardoch, a wtedy słowa „zazdrość”, „zawiść” będą latać nisko jak kurwy podczas meczu reprezentacji. I nikt nawet nie spojrzy na argumentację, clickbaitowe nagłówki po prostu krzykną „e, literaty się bijo!”.
Tak już jest – jeżeli wypowiadasz się negatywnie na temat twórczości innego autora, muszą tobą kierować albo niskie pobudki albo chęć takiego czy innego zysku. Musisz mieć w tym swój interes. Zastanawiające, że jednocześnie sytuacja, w której ten interes jest podany na tacy, gdzie widzimy na czym polega i mamy świadomość, jak często w polecajce chodzi albo o pieniądze, albo o qui pro quo, nie wywołuje choćby uniesienia brwi. Temu się już nie przyglądamy.
Oto więc, jak prezentuje się sytuacja i jakże częsty sposób myślenia. Po pierwsze, jeśli powiemy coś krytycznie, i tak nic to nie da, a nam może się oberwać bardziej niż krytykowanemu autorowi czy dziełu. Po drugie, jeśli nie weźmiemy tej kasy, weźmie ją ktoś inny „z naszej półki”. Świat się nie zmieni, tylko my będziemy krótsi o parę stówek. A to tylko dwa zdania, nie? No i wreszcie: jaka to odpowiedzialność? Żadna! Wszystko można wytłumaczyć różnicą gustów przecież. To, że do tej pory krytykowałem wszystko spod czyjejś ręki, a teraz nagle, mimo iż pozycja zawiera wszystkie irytujące mnie dotąd wady, nagle jest to rasowa rzecz godna mojego polecenia? No jest! O gustach się nie dyskutuje!!!
www.unsplash.com/Jessica Ruscello
Tyle, że jeśli się o czymś nie dyskutuje, to przyjmujemy coś jako pewnik. Tak jest i już. To aksjomat. Dogmat. I nawet jeśli ty, Szary Czytelniku, skrytykujesz, bo uznasz za badziew, ludzie odniosą się bardziej do opinii z okładki niż Twojej. Tamto nazwisko kojarzą. I to dlatego oni dostaną za dwa, niekoniecznie zgodne z prawdą, zdania (często podyktowane przez marketingowca – tak, znam i takie przypadki, wcale nie jednostkowe) od kilkuset złotych do kilku tysięcy. Tobie, jeśli dotąd dostawałeś książkę od wydawcy, może natomiast wyschnąć źródełko.
Czy jest dla tej sytuacji jakieś systemowe rozwiązanie? Myślę, że tak, ale wymagałoby mocnego oddolnego nacisku czytelników na wydawców i autorów oraz, oczywiście, czasu. Pierwsza rzecz, odblokujmy wreszcie dyskusję. Piętnujmy ludzi, których jedynym komentarzem na długi wywód jest „pfff, pewnie z zazdrości”. Dyskutujmy o książkach i sprawmy, by autor dający polecajkę był gotowy na to, że będziemy z nim o tych książkach rozmawiać. Nie wrednie, nie odpytując z treści, jak kiedyś w szkole. Ale na tyle konkretnie, że przyjdzie mu tej swojej dwuzdaniówki bronić, albo ją rozwinąć i uzasadnić. Jeśli to polecajka sprzed lat, dajmy się autorowi z twarzą wycofać, jeśli zmienił zdanie. Jeśli zrobił to dla pieniędzy, dajmy mu to powiedzieć i traktujmy jak Lewandowskiego oferującego nam Colę albo, by być w branży, Szczepana Twardocha mówiącego o banku Raiffeisen. Serio, ta reklama, rządząca się przecież jakby trochę innymi prawami, jest sto razy uczciwsza niż niejedna walnięta na odpieprz polecajka!
Czytelniku, jeżeli zależy Ci na rynku książki, na jakości, zmuś nas, autorów, krytyków, dziennikarzy do wzięcia odpowiedzialności za każdą „petardę!”. Są na to sposoby, które masz powyżej, a z pewnością znajdziesz też mnóstwo własnych. Nie pozwól bezkarnie wciskać Ci gówna, którego sami nawet nie tknęliśmy, bo ktoś nam zapłacił za dwa zdania.
Do kolegów i koleżanek po piórze nie apeluję, bo tu każdy zna zasady gry i albo jest fair, albo nie. Ale Ty, Czytelniku, naprawdę dużo możesz.
fot: www.unsplash.com/Patrick Tomasso
OSOBISTY PS (Nieobligatoryjny)
Ten zapis nie był zaplanowany, ale ponieważ niemal natychmiast po tym jak Adam zapowiedział na fanpage’u smaku ten felieton i jego temat, Rafał Bielski z magazynu „Pocisk” wyraził troskę, czy aby, pisząc o tak trudnej kwestii, nie ustawię się przezornie z boku, by nie pokazać swoich własnych przewin i uchybień. Oczywiście jest to obawa racjonalna, więc aby ją rozwiać tak u Rafała, jak i u każdego czytelnika, który ją podziela, krótko o moim polecaniu.
Przez trzynaście lat napisałem kilkanaście polecajek. Tak, nie pamiętam dokładnej liczby, a nie chciałbym się pomylić, ale każdą książkę przeczytałem, większość zaopiniowałem autorowi i wydawcy, a tylko trzy spośród moich polecajek zostały napisane od początku jako dwa zdania na okładkę – reszta to wyimki z szerszych recenzji. W tym czasie odmówiłem kilkudziesięciu prośbom o polecenia, ponieważ książki mi się nie podobały.
W całej mojej karierze cztery razy przyjąłem pieniądze za polecajkę. W pierwszym przypadku o tym, że dostanę za to cokolwiek prócz egzemplarza, dowiedziałem się po fakcie, bo nie chciałem wynagrodzenia. Uważałem, i do dziś uważam, książkę Ani Brzezińskiej i Grega Wiśniewskiego „Na ziemi niczyjej” za pozycję ze wszech miar wartą polecenia. Przy dwóch kolejnych przypadkach zastrzegłem, że nie chcę nawet rozmawiać o kwotach dopóki nie przeczytam książki i nie stwierdzę, że jestem zainteresowany. Wreszcie przypadek czwarty wiązał się nie tyle z polecajką, co z napisaniem wstępów do każdego z opowiadań napisanych przez Anię Kańtoch i wydanych w zbiorze „Światy Dantego”. Napisanie łącznie kilkunastu stron wyceniliśmy wraz z wydawcą Ani po niskiej stawce, za sam poświęcony czas i była to kwota niższa niż najwyższa oferowana mi stawka, ale nieco wyższa niż przeciętna oferta. Książkę wciąż polecam, bo jest wyśmienita.
Kilka razy albo sam zaoferowałem się z napisaniem polecajki, albo bez wahania zgadzałem się to zrobić, gdy tylko usłyszałem propozycję. Tak było chociażby z debiutanckim, pisanym pod pseudonimem kryminałem Michaela Crichtona czy fantastyczną powieścią Jacka Ketchuma. Polecanie tych tytułów było dla mnie zaszczytem i miałem wrażenie, że to ktoś mnie robi przysługę, nie odwrotnie.
Znam osobiście wielu autorów, których książki poleciłem. Zwykle o polecajkę byłem proszony już po tym, jak wypowiedziałem się na temat książki i była to ocena pozytywna. Moi znajomi znają mnie na tyle, że nie proszą o polecenie, zanim nie zapoznam się z tekstem. Zdarza mi się, gdy jakiś wydawca prosi o przeczytanie i polecenie książki nieznanego mi autora, wyznaczyć stawkę za przeczytanie jako rodzaj bezzwrotnej zaliczki. W ten sposób wyceniam swój czas i jest to zwykle około 20-30% kwoty umówionej za ewentualną polecajkę. Najczęściej są to jedyne pieniądze jakie biorę, bo albo książka mi się nie podoba, albo podoba na tyle, że jestem skłonny polecić ją bez obciążania budżetu wydawcy.
Nie, to, że ktoś jest moim dobrym znajomym czy nawet przyjacielem, nie skutkuje tym, że może liczyć na moją polecajkę. Zwykle może natomiast liczyć na to, że jego tekst przeczytam i zaopiniuję.
Nigdy od nikogo nie oczekiwałem wzajemności za napisanie pochlebnej opinii o tekście. Nie mam problemu z cytowaniem moich recenzji czy opinii na temat książki jako formy reklamy, tak długo, jak nie jest to wyrwanie zdań z kontekstu wypaczające sens wypowiedzi.
Tak, ja również chętnie się poddam weryfikacji swoich polecajek w postaci zabaw, które zaproponowałem. Czy innych, jeśli masz na nie pomysł.
Czy taką odpowiedź, uznajesz, Rafale, za satysfakcjonującą?
Pamiętam dokładnie tamten dzień. Byłem w ostatniej klasie liceum i profesor od polskiego posłał mnie do kiosku po prenumerowane czasopisma. Takie niby wyróżnienie za literackie zamiłowania, chacha. Wracając wertowałem ciekawie grubaśne zeszyty i w jednym z nich znalazłem parę wierszy polskiego poety emigracyjnego, który właśnie w Sztokholmie odebrał literacką nagrodę Nobla. Nic wtedy o Czesławie Miłoszu nie wiedziałem, moje literackie zamiłowania nigdy na niego nie natrafiły, później dowiedziałem się dlaczego. Nie tylko jego twórczość, ale nawet nazwisko peerelowska cenzura usunęła w niebyt. Nie miałem szans go poznać. I oto nagle w połowie drogi z kiosku do gimpla (tak nazywaliśmy nasze liceum) staję w pół kroku, bo mnie zatkało. Otwarłem na chybił trafił i słowa dosłownie przykuły mnie do chodnika:
Porwał mnie w otchłań ze sobą
Biały wieloryb świata.
I teraz nie wiem
Co było prawdziwe.
Wiersz nazywał się Tak mało i musiał trafić w coś we mnie tamtym, młodym i głodnym świata, a niewiedzącym jeszcze nic o niespełnieniu. Zanim doszedłem z powrotem do klasy, nauczyłem się wiersza na pamięć i powtarzałem później przez wiele lat w chwilach, kiedy czułem się zmęczony „zachwytem, rozpaczą, gorliwością, nadzieją”. W tamtym wierszu było wszystko, co najważniejsze: przeżywanie świata i nazywanie. Rzecz i słowo. Młody i kompletnie zielony już wiedziałem, że to będzie mój ciężar życia. Jako się rzekło, relacje z poezją mogą być albo intymne, albo żadne.
Inne wiersze Miłosza były za trudne, wymagające intelektualnie, długo i żmudnie dochodziłem do nich z mojej wiejskiej prowincji. Ale ten jeden o białym wielorybie świata, na opowieść o którym nigdy nie starczy czasu i słów, zakarbowałem sobie w pamięci. Był początkiem jedwabnej nici, którą Miłosz omotywał mnie niepostrzeżenie, ale konsekwentnie, by nareszcie owładnąć mną bez reszty tak, że czytałem właściwie tylko jego.
Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, Klimczyce, czerwiec 1981
Nazwał wszystko, to najtrudniejsze i to najprostsze. Najzwyklejszym czynnościom życiowym potrafił nadać głęboki sens, najtrudniejsze metafizyczne zawiłości przedstawiał tak, że z abstrakcyjnych stawały się twoimi osobistymi. Cokolwiek mnie w życiu spotkało ciekawego, strasznego, nieoczekiwanego, zdumiewającego – natychmiast z pamięci wyłaniał się pasujący do tego wiersz Miłosza. Mówiliśmy nim w domu przy każdej okazji, mówimy do dzisiaj. Siedzę dajmy na to przed pustym ekranem, ślęczę nad układaniem słów wściekły na próżność tego zajęcia , i zaraz z mroku twórczych mąk wyłania się fraza: „Co nie wymówione, zmierza do nieistnienia”. Chłoniemy zachwycający soplicowski krajobraz, polskie pagórki i dolinki z rzadko siedzącymi na miedzy gruszami, a w tyle głowy tętni: „pochyłe pola i trąbka”. Kiedy obrażony na głupią, beznadziejną i odrażającą rzeczywistość mam ochotę leżeć i nic nie robić, aniołowie z jego wiersza szepczą mi do ucha:
zaraz dzień
jeszcze jeden
zrób co możesz.
Nie, nie będę cytował, bo musiałbym przytoczyć pięć tomów jego Dzieł zebranych, które czasem na głos poczytujemy w domu przed zaśnięciem. Gdyby ktoś powątpiewał, czy poezja może wpływać na życie ludzkie, niech się zgłosi do mnie i zarezerwuje sobie co najmniej trzy dni na słuchanie. Mam co opowiadać. Był dla mnie wzorem niezależności, wolności myślenia i przekonania. Od niego uczyłem się nieufności do wszelkich ideologii, z prawa i z lewa, niechęci do pewnych siebie inżynierów od kierowania ludzkimi losami, odrazy do krzykaczy wycierających sobie gęby wielkimi słowami. Słowo wypowiedziane ma swój ciężar i skutek, dlatego należy z nim ostrożnie. Należał do tej garstki samotników w naszej literaturze, którzy z uporem powtarzali mądre słowa z tragiczną świadomością, że nikt ich nie wysłucha, że będą zakrzyczani przez głupstwo. Przez wiele lat wygnania pisał dla nikogo „w jednym z mniej znanych afrykańskich narzeczy”. Ile trzeba mieć w sobie siły, by mimo to pisać!
Był zawsze ponad doraźną polityką, chociaż polityka nieustannie wciągała go w swoje wiry. Twórcy naprawdę niezależni są największymi wrogami polityków, cała historia literatury jest właściwie o tym. Kiedy z nienawiści do przedwojennego faszyzmu polskiego zaangażował się w idee socjalistyczne, zrobiono z młodego Miłosza komucha i wrzucono do jednego worka ze stalinowcami. Kiedy z nienawiści do reżimu komunistycznego uciekł na Zachód, wymazano jego nazwisko z polskiej kultury. W kraju nazwano go zdrajcą, na emigracji bolszewickim agentem. Co ciekawe, to miano przylgnęło do niego na stałe i dzisiaj również prawica lubi go nazywać zdrajcą. Duch prawdziwie wolny drażni duchowych niewolników. Jak on to powiedział? „Jest ONR-u spadkobiercą partia”. A także odwrotnie.
Śmiech mnie pusty zbiera (tak, to ostatnio u mnie częsty stan), kiedy na forum polskiego parlamentu jakaś posłanka z Bożej łaski debatuje publicznie nad tym, czy Czesław Miłosz był polskim pisarzem i czy jego utwory mogą być lekturami w szkole. Nic nie przeczytała, tym bardziej nic nie zrozumiała, ale wyrokuje. Gdyby kształt i sens naszego życia zależał tylko od polityków, żylibyśmy w piekle. Które zresztą Miłosz dość dokładnie opisał.
To dzięki niemu zacząłem jeździć w kraje bałtyckie, uczył mnie bogactwa kulturowego tamtych ziem, z ich skomplikowaną historią, wielonarodowymi i wielowyznaniowymi regionami. Z jego wnikliwych litewskich analiz brała się moja pasja do Inflant Polskich, a nie dlatego, że marzy mi się jakieś posttraumatyczne odzyskiwanie polskich kresów.
Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, okolice Klimczyc, czerwiec 1981
Po latach miłości bezgranicznej i pozbawionej nadziei na jakiekolwiek spełnienie miałem cudowną okazję poznać go osobiście. Przyszedł na obronę mojego doktoratu, który był o nim. Usiadł w kącie sali i wodził wzrokiem po szacownym gronie profesorskim, które w jego obecności jeszcze stężało w swojej szacowności. Umierałem ze strachu i przejęcia, zupełnie nie pamiętam co mówiłem, ale ostatecznie wyszło na moje, ponieważ w obliczu żywego i słuchającego przedmiotu badań żaden z naukowców nie odważył się postawić trudnego pytania. Obroniłem się. „Wczytał się pan w te moje wiersze, wczytał…” – te jego słowa nosiłem później jak talizman.
Przyszedł na promocję mojej książki „Miłosz i filozofia”. Coś tam pogadaliśmy próżno o egzystencji i literaturze, aż w końcu Mistrz wyciągnął z kieszeni swój ostatni zbiorek wierszy i zaczął czytać do mikrofonu. To był najlepszy moment promocji Zajasa. Mam w domu pióro, którym podpisywał mi książkę. Leży sobie spokojnie jak ten grzebień weneckiej kurtyzany, który „w próchnie, pod płytą, sam, czeka na światło”.
Jeden z najbardziej religijnych polskich pisarzy. Najgłębiej, może oprócz Mickiewicza, sięgnął w metafizyczne otchłanie, by wydobyć stamtąd sens ludzkiego działania w kosmosie, wspartego na boskich prawach. Gdyby polscy katolicy mieli w sobie choć odrobinę prawdziwej wiary i nie ograniczali spraw religijnych do polityki i finansów, uczyniliby z niego swojego patrona i skarbnicę cytatów dla własnych rozmów z Bogiem, tak jak chociażby robił to Jan Paweł II. Ale gdzie tam! Komuch i zdrajca! Śmiech pusty i gorzki zbiera…
Jeden z najbardziej uniwersalnych polskich pisarzy. W najdalszych zakątkach świata można znaleźć humanistów, którzy znają to nazwisko i potrafią zacytować choć jeden jego wers, a których próżno pytać o Mickiewicza czy Sienkiewicza. Tłumaczony, czytany, podziwiany nie tylko jako poeta, ale i wielki myśliciel, jeden z największych w XX wieku. Gdyby nasi ideolodzy narodowi naprawdę chcieli rozsławiania kultury polskiej w świecie, powinni Miłosza i jego dzieło na rękach nosić, do poduszki czytać, na wyrywki znać i deklamować gdzie popadnie, przy każdej międzynarodowej okazji. Ale gdzie tam! Śmiech gorzki zbiera…
prof. Krzysztof Zajas
Kiedy umierał 14 sierpnia 2004 roku, byłem w końcowej fazie ostatniego w życiu ciągu alkoholowego. Półprzytomny i skupiony na głaskaniu wódczanego demona, niewiele skojarzyłem z przekazywanych mi informacji. Właściwie tylko tyle, że to dobry powód, by znowu się napić. Dopiero wieczorem przyszło jakieś otrzeźwienie. Umarł. Nie ma go. Zostały tylko wiersze. Zaraz dzień, jeszcze jeden, zrób co możesz. Odstawiłem niedopity mazut (wódka z colą), oddałem rodzinie portfel i kluczyki od samochodu, po czym zległem na trzy dni by wytrzeźwieć. Oprócz Miłosza czuwała nade mną również Najświętsza Panienka, bo przecież jutro Matki Boskiej Zielnej. Obolały i pusty jak flaszka w koszu na śmieci, snułem się po słonecznych sierpniowych łąkach i usiłowałem myśleć, nie o nim, o sobie. Pozbierać wszystko do kupy. A wkoło biały wieloryb świata.
Gdy już wróciłem z alkoholowego matrixa do rzeczywistości i zabukowałem termin rozpoczęcia terapii, przyszedł czas pogrzebu Miłosza i cała ta żałosna narodowa jatka, czy nasz noblista zasługuje na kryptę na Skałce. Ile wtedy jadu i bredni wylano, nie czas tu i miejsce wyliczać, dość powiedzieć, że jeszcze raz potwierdziły się gorzkie wersy o samotności poety w tym niby tak poetyckim kraju. W moim przekonaniu Miłosz zasługuje nie tylko na Skałkę, ale na Wawel, i to znacznie bardziej niż ofiary różnych nieszczęśliwych wypadków. Mam nadzieję, że kiedyś przeniosą tam jego szczątki z należnymi im honorami.
Jeśli za żadne skarby nie wchodzi w was poezja, czytajcie jego eseje. Uczą rzadkiej umiejętności nieulegania cudzym sądom i myślenia własną głową. A także skłaniają do nieustannego podczytywania rzeczy nieznanych, pogłębiania wiedzy i czynienia z niej należytego użytku, czyli adaptacji jej do własnego życia. Wiem, niełatwe, ale łatwizna jest dla głupców, a tych wkoło legion. Nie ma innego wyjścia. Jeśli chcesz być sobą, musisz umieć myśleć niezależnie. W czasach wszechobecnej bredni to jedyny ratunek. Oczywiście, jeśli ktoś chce się ratować.
A wiecie, jak się skończyło z tym wielorybem? Obraz nie dawał mi spokoju, coś z tą wielką białą bestią było na rzeczy i po powrocie ze szkoły do domu, powtarzając w pamięci wiersz Tak mało, zacząłem kombinować. Wtedy wpadła mi w oko reprodukcja jakiegoś religijnego obrazu przedstawiającego zdjęcie z krzyża. Chrystus był na nim oplątany linami, zupełnie jak… kapitan Ahab z Moby Dicka! Metafora przeszyła mnie jasnym gromem i zrozumiałem całą uniwersalną wielkość opowieści Hermana Melville’a. Jak na wiejskiego osiemnastolatka całkiem nieźle. Lata później w esejach Miłosza znalazłem rozwinięcie tej metafory, z silnym wątkiem autobiograficznym i autotematycznym. Więź została zadzierzgnięta. I została do dzisiaj, Mistrzu mojej młodości.
Krzysztof Zajas
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.