Kategoria: Aktualności

  • „Jak ten malowany ptak”. Leopold Tyrmand: model do składania

    Została po nim legenda „barwnego ptaka”, który ostentacyjnie nosił na szyi złoty krzyżyk. Jak pisał w Dzienniku 1954, padał krzyżem w kościele, ale tylko, by Bóg nie pozwolił mu skrzywdzić maturzystki, która sama pakowała mu się do łóżka. U kresu życia zaś miał nawrócić się na gorliwy judaizm i – po śmierci – spocząć na żydowskim cmentarzu. A jak było w rzeczywistości? Czy „inność” nie jest tematem aktualnym zwłaszcza dziś i zwłaszcza w Polsce? Zapraszam na koleny felieton o Tyrmandzie – pisarzu roku 2020.

    I ojciec Mieczysław, i matka Maryla pochodzili z rodzin warszawskich Żydów, ale w ich domu daleko było do ortodoksyjnej wiary. Paradoks polegał na tym, że o ile ojciec Mieczysława, Zelman, miał małą fabryczkę lin i kabli (jego bracia, tokarze, wyemigrowali do USA) i zasiadał w radzie Synagogi Nożyków na ulicy Twardej, tak Marylę wychowywał bogaty wuj, Jakób (tak jest, przez „ó”). Po śmierci brata postanowił zaopiekować się bratanicą, na co – jako bogatego handlarza skórą – było go stać.

    Fotografia ślubna Mieczysława i Maryli

    Gdy Maryla w roku 1920 urodziła dziecko Mieczysławowi, ten na Franciszkańskiej miał pracownię skór właśnie. Kolejny paradoks polegał na tym, że o ile pracownia ojca mieściła się w dzielnicy żydowskiej, o tyle dom Tyrmandów znajdował się na Trębackiej. Było to serce Starego Miasta: kilka metrów od studia filmowego, w którym w atelier gimnastykował się przed kamerą Eugeniusz Bodo; rzut beretem od cokołu Adama Mickiewicza i przede wszystkim, bezpośrednie sąsiedztwo Krakowskiego Przedmieścia, o którym Mietek Fogg śpiewał ballady.

    Na jakim poziomie żyli Tyrmandowie? Według opowieści Leopolda, nie było lekko i wielokrotnie musiał się w szkole wstydzić, że ojciec przychodził do Gimnazjum im. Kreczmara tłumaczyć się z nieuregulowanego czesnego. Zdaniem Tyrmanda, nie mieli w domu na Trębackiej 5 łazienki ani telefonu. A jednak i numer M. Tyrmunda (błąd w tym nazwisku zdarzał się wielokrotnie) znaleźć można w książkach telefonicznych, i z tą łazienką było nie do końca tak, że nie istniała.

    Pani Basia Hoff, druga żona Leopolda:

    – Oczywiście, że bzdura. Jego mama opowiadała mi, że kiedy Lolek nie chciał się myć, przekupywała go czekoladą, a potem zaganiała do wanny. No i trzeba wiedzieć, że Tyrmand był ochrzczony. Mówił, że sam wybrał, jaką wiarę chce wyznawać.

    Szkolni koledzy potwierdzali, że w jednym z pomieszczeń domu widzieli stertę zelówek i podeszw. Kazik Palicki, kolega ze szkolnej ławki, wspominał po latach słowa Lolka, że jego ojciec szył buty dla połowy polskiej armii.

    Według wspomnień wujka Tyrmanda, Ignacego, Tyrmandowie obchodzili w domu dwa-trzy święta rocznie. Tak wynika z zapisów w księdze genealogicznej, jaką od blisko dekady tworzy w Brukseli genealog, Isabelle Errera. Mówili po polsku, nie praktykowali judaizmu.

    Pani Basia Hoff:

    – Maryla była damą. Opowiadała mi, jak przesiadywała w Małej Ziemiańskiej, tej kawiarni, u Skamandrytów. Czasem brała tam Lolka.

    Gdy pytam czy sądzi, że to prawdziwa historia, dodaje:

    – Potwierdził mi to kiedyś Słonimski. Pamiętał małego brzdąca pałętajacego się pod stołem w atłasowym ubranku. To był Leopold.

    A więc w czasie, kiedy ojciec zajmował się rzemieślniczą robotą, jego żona, jako warszawska dama, chadzała na spacery do modnych lokali. Być może po niej Leopold odziedziczy ten sam szyk:

    – Zabierał mnie czasem do Bristolu – wspomina pani Basia. Słynny hotel z restauracją znajduje się na Krakowskim Przemieściu. – Gdy siedzieliśmy, opowiadał mi po kolei o każdej osobie, która wchodziła na salę. Wiedział wszystko.

    Z poprzednich felietonów poświęconych Tyrmandowi wiemy, że w roku 1938 wyjechał na studia do Paryża. W tym czasie po Krakowskim przechadzały się bojówki, okładające żydowskich obywateli miasta kijami nabijanymi ćwiekami. Z tamtego okresu pochodziło potworne hasło „Żydzi na Madagaskar”. Wydarzenia te w krzywym zwierciadle pokazał Munk w Zezowatym Szczęściu, gdy Piszczyk – przypadkowo wmieszany w tłum nacjonalistów – krzyczy:„Na Kowno!”

    Na uniwersytecie były getta ławkowe. Okładkę magazynu „Time” zdobił wizerunek Adolfa Hitlera – przyznano mu nagrodę „Człowieka roku”. Jak to pisał Gombrowicz, byli ludzie, którzy potrafią czytać gazety i do takich ludzi zaliczał się pewien Żyd, Jakub Lewitt, który wkrótce potem spakował swój dobytek, spieniężył nieruchomości i wraz z liczną rodziną wyjechał do Izraela.

    List od Jakuba Lewita, 1979. Archiwa Hoovera

    Zdaniem zmarłego niedawno profesora Richarda Pipesa, nie było w Gimnazjum Kreczmara nierówności rasowych. Jeśli komuś dopiekano, to najwyżej Rosjanom. To za to kilka lat wcześniej z murów tej samej szkoły wyrzucono Słonimskiego, który popełnił skromną, ale wymowną karykaturę rosyjskiego nauczyciela. Swoją drogą, to niesamowite, że w dobie internetu człowiek wysyła e-mail, jak list w butelce, a po kilku minutach nadchodzi z Cambridge odpowiedź od blisko stuletniego profesora Pipes’a, wybitnego sowietologa i byłego doradcy prezydenta Reagana.

    Mimo to, możemy wyobrazić sobie, jakie emocje targały młodym warszawiakiem w czasach, kiedy za kształt nosa można było na ulicy mieć „wymasowaną wątrobę” (kradnę to piękne określenie od Mariusza Czubaja) i rozstrojoną klawiaturę zębów. Tymczasem we Francji Lolek poznał inny świat. Olbrzymi i wyprzedzający epokę kampus Cite Universitaire zbudowano z myślą o żakach napływających do Paryża z całego świata, ze wszystkich krajów i kultur. Miasto tętniło multikulturowością, to tam zetknął się z wielkim jazzem i początkami czegoś, co dziś nazwalibyśmy hipsterstwem. Gdy wrócił na chwilę do kraju, wybuchła wojna.

    W trakcie wojny Lolek brutalnie przekonał się o niszczącej sile nienawiści rasowej wymierzonej we wszystkie nacje, a zwłaszcze tę żydowską. Już wtedy nie mógł i nie chciał się pogodzić z ułomną dziejowością świata, w której z jakiegoś irracjonalnego powodu jedni ludzie uważają się za lepszych od drugich. Czy temat nie wydaje nam się i dziś aktualny? Uciekł na Litwę, gdzie mając do wyboru ośrodki pomocy i stołówki, wybierał te dla Żydów. Bo były lepiej wyposażone. Aresztowany przez NKWD trafił do więzienia na Łukiszkach. Dziś budynek przyozdobiony jest muralem zrywającego się do lotu ptaka, ale wtedy panowała za murami epidemia tyfusu. Zbiegł z transportu – który pewnikiem wywiózłby go na daleki Wschód – i przez jakiś czas pałętał się po mieście. Od dziewczyny, z którą się umawiał, miał usłyszeć, że ojciec zabrania jej widywania się z nim, bo jest Żydem. A plakaty z informacjami, co grozi za kontakt z obywatelami tego pochodzenia, wisiały na całym mieście. Nie mogąc uciec do Japonii ani Anglii, Tyrmand wyrobił lewe papiery, w których wyrzekł się ostatecznie swoich korzeni. Do swojego pochodzenia nie przyznawał się już potem ani w Niemczech, ani na statkach, ani w obozie, ani po wojnie. Bo to kończyło się przecież śmiercią.

    Skrócony odpis aktu urodzenia Leopolda Tyrmanda

    Między 1939 a 1945 Maryla przeszła piekło – bombardowanie stolicy, a potem getto, w którym – podobno – Mieczysław po raz pierwszy zarobił sensowne pieniądze. Po brutalnym stłumieniu powstania, o którym Andrzejewski pisze w Wielkim tygodniu, wywieziono ich na Majdanek, z którego archiwów niewiele dziś zostało i stąd nie wiadomo, kiedy zginął Mieczysław. Wiadomo jednak, że Maryla nie trafiła ani do gazu, ani do jadącego wgłąb Niemiec transportu. Wysłano ją do fabryki amunicji. Tam, według hitlerowskich rozkazów, w przypadku nadciągania wojsk radzieckich miano dokonać egzekucji na wszystkich robotnikach fabryk. Rozkazu nie wykonano tylko w jednej – tej, gdzie pracowała matka Leopolda.

    Spotkali się po wojnie, gdy Lolek przyleciał z Norwegii. Była wciąż piękna. Pisarz Jerzy Przeździecki wspominał po latach, że z kolegami oblali się rumieńcami na jej widok. Jej drugi mąż szybko zmarł na zawał, a wtedy – za ostatnie oszczędności – wyjechała do Izraela. Trzeciego partnera poznała w biurze matrymonialnym. Nazywał się Jakub Lewitt i umiał czytać gazety. Gdy jego żona zmarła, synowie wysłali go do agencji matrymonialnej. Tak poznał Marylę. Tak spędził z nią kolejne trzydzieści lat.

    Tyrmand odnowił chrzest na początku lat 50. Potem dwukrotnie się żenił. Nosił na szyi złoty krzyżyk, co było obiektem drwin i rozmów w towarzystwie. Na szkolnym zjeździe spotkali się we czterech – absolwentów Gimnazjum Kreczmara. Reszta zginęła.

    Matkę i ojczyma zobaczył dopiero pod koniec lat 60. i wizytę w Izrealu opisał w Zapiskach dyletanta  (które niedawno wznowiono na naszym rynku). Czyniąc spostrzeżenia na temat kultury i historii tego miejsca nie wspomina jednak w tekście, jaki był cel jego wizyty. Według tekstu, jest po prostu przybyszem…

    Od tamtej pory odwiedzał ich kilka razy. W połowie lat 70., trzecia żona Mary Ellen Fox-Tyrmand zapamiętała, jak rodzina Jakuba Lewitta poprosiła Leopolda, by odczytał fragmenty Talmudu.

    – Wyszedł na środek, cały spocony. Ruszał chwilę bezgłośnie ustami, a potem… zaczął czytać. Byłam w szoku. Jak zapamiętał ten język przez 40 lat?

    – A skąd go znał? – pytam zdziwiony.

    – Miał bar micwę. Uczył się języka, inaczej nie przeczytałby Tory i nie stałby się pełnoletni.

    Wtedy zrozumiałem, że istniały dwie, równoległe historie. W jednej z nich, opowiadanej Basi Hoff, był katolikiem. W drugiej, opowiadanej w Ameryce, niepraktykującym Żydem.

    Jedyny list od matki Tyrmanda dotyczy odszkodowań wojennych. Lekko pochylone, okrągłe pismo Maryli pokrywa małą, białą kartkę cienkiego papieru kancelaryjnego. Więcej korespondencji pochodzi od Jakuba Lewitta. Gdy Leopold w ostatnich latach swojego życia pisuje z nim z nim listy, nazywa go „tato”.

    Maryla umiera w roku 1977. Wkrótce Tyrmand wysyła osobliwy list do Watykanu. Odpowiedź na niego znajduje się do dziś w archiwach.

    Nie jest prawdą, że powrócił do judaizmu. Prawdą jest za to, że ochoczo komentował wybór Jana Pawła II na papieża w amerykańskiej prasie. Jak napisze po latach syn, Matthew:

    – Nie słyszałem, żeby widziano go w synagodze.

    Gdy Lolek umiera, pogrzebem zajmuje się teściowa i Tyrmanda chowają na Long Island – tak, jak wszystkich przodków rodziny Fox. Na uroczystości przemawia pastor Richard John Neuhaus, który w przeszłości odprawiał pogrzeb Martina Luthera Kinga. Na nagrobku umieszczona jest inskrypcja in thy light do we see. Pochodzi z Biblii. W drzewie genealogicznym Tyrmandów pojawia się kolejny krzyżyk tym razem przy dacie 19.03.1985.

     

    Najwięcej krzyżyków jest między 1940 a 1943. Drzewo tworzy od lat nowojorczyk, Alan Thierman. Jego nazwisko brzmi znajomo? Alan dopytuje wciąż o różne detale i podsyła mi do tłumaczenia dokumenty z początków XIX wieku. Obaj wiemy, że ta historia to coś więcej, niż moja książka o Lolku. To historia rodziny, brutalnie przerwana po 1939 roku. Ze strzępków papierów i starych zdjęć układana jest na nowo. Jak pamiętamy, Zelman miał małą fabrykę sznurów i lin, był ojcem między innymi Ignacego i Mieczysława oraz dziadkiem Leopolda. Miał też dwóch braci, którzy wyjechali do Ameryki. Pracowali tam jako tokarze. Charles zmarł na pylicę tuż przed otrzymaniem amerykańskiego obywatelstwa. Więcej szczęścia miał Max. Alan jest jego wnukiem.

    Obecna na ceremonii aktorka Elżbieta Czyżewska wychodząc z cmentarza czuje nadciągającą wichurę. Spogląda w niebo i widzi naraz wzbijające się ku niebu klucze ptaków, które pojawiły się znikąd, bo nigdzie dookoła nie było drzew. Wśród nich, leci jeden kolorowy ptak. Na swoich skrzydłach niesie różne barwy, z których każda była tak samo prawdziwa i tak samo owiana legendą. Legendą kolorowego ptaka.

    Marcel Woźniak

  • Wróżka, duchy, Wiedeń – nowy serial audio już wkrótce na storytel.pl

    Martę Guzowską kojarzycie pewnie z kryminałów o zabarwieniu archeologicznym. Całkiem słusznie, bo autorka ma wykształcenie w tym kierunku, nie dziwi więc, że stworzone przez nie postacie również lubią pokopać w ziemi. Nawet wtedy, gdy są niewidome. Już wkrótce na storytel.pl będziecie mogli znaleźć serial audio, który będzie się składał z 10 odcinków. Kto będzie główną bohaterką? Gdzie będzie toczyła się akcja? Zobaczcie sami, opowiada Marta Guzowska.

  • „Moje serce”, Bartosz Szczygielski o swojej najnowszej powieści

    Kiedy po raz pierwszy powiedziałem mojemu redaktorowi, jak chce zatytułować kolejną książkę, nie był specjalnie zachwycony. Kryminały to specyficzny gatunek, a to, co zakomunikowałem, nie wpisywało się w ogólnie przyjęte normy. Brzmiało raczej jak tytuł powieści z gatunku, w którym skrzywdzone przez facetów kobiety kupują dom w górach i zakochują się potem w góralu.

    Planując swoją trylogię, od początku wiedziałem, jak to wszystko się skończy. Wiedziałem, gdzie znajdą się moi bohaterowie i co ich czeka, a tytuły powieści miały oddawać to, co się z nimi będzie działo. „Aorta” to nazwa nadana przez Arystotelesa, twierdzącego, że ten pień tętniczy utrzymuje serce we właściwym miejscu. Bez niego serce nie mogłoby pracować.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Czytelnicy sami mogli ocenić, kto w pierwszej części czuł się taką „aortą”, bez której cały organizm nie działałby poprawnie. Ja mam swoją wersję, ale wiem, że nie zawsze zgadzała się ona z tym, co czuli czytający mój debiut. Bardzo mi się to podobało, bo chciałem zachować taką niejednoznaczność i dać możliwość czytelnikom interpretacji zachować Gabriela oraz Kaśki.

    Krew” odnosiła się już do więzów krwi i rodziny, a większy nacisk położony był na kobiecą bohaterkę opowieści. Sama krew odnosiła się także do religii, która w drugiej książce miała duże znaczenie. Nie wyobrażałem więc sobie tego, że finałowa część cyklu będzie nazywała się inaczej niż „Serce”. To mało kryminalny tytuł, ale idealnie oddający sens całej historii.

    Okładka „Serca”, fot: Bartosz Szczygielski

    Na początku opowieści moi bohaterowie wiedzą kim są i jakie mają cele. Potem okazuje się, że ich świat nie jest taki, jak z początku zakładali. „Serce” będzie opowieścią o tym, kim są naprawdę. O tym, że od swojej natury nie sposób uciec i ta zawsze nas dopadnie. Niezależnie od tego, co próbujemy zrobić. Zamykająca cykl książka i jej tytuł oddaje dokładnie to, co chciałem i do czego dążyłem od samego początku. Oddaję czytelnikom coś więcej, niż kryminał z nietypowymi bohaterami i intrygą.

    Oddaję im swoje serce. Premiera w styczniu/lutym 2019. 

  • „Jaka piękna tragedia”, wrześniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Nie wiem, czy zauważyliście, ale pisarze wchodzą w przestrzeń publiczną coraz śmielej. Jeszcze nie tak dawno kontrakt Szczepana Twardocha z Mercedesem odbił się szerokim echem – w mediach huczało, buzowało, niosło się pytanie, czy to się godzi. Dziś Szczepan łypie na nas gniewnie z bankowych witryn, Kasia Bonda podejmuje współpracę z Max Factor, a plejada autorów kryminałów rusza z dokumentalnym serialem na platformie Polsatu. Wychodzą poza przypisaną im rolę. Jak swego czasu Łukasz Orbitowski użyczający swojego Instagrama do promocji serialu Netfliksa.

    Cieszy. Podobnie jak to, że HBO Polska jest takie dumne, że realizuje „Ślepnąc od świateł”. To, w jaki sposób mówią o tej produkcji, daje nadzieję, że więcej nie powtórzy się obrzydliwość, jakiej dopuszczono się na gali Bestsellery Empiku, gdy fetując sukces serialu „Belfer” pominięto odpowiedzialnych za tę historię scenarzystów. A okoliczności powstawania „Chyłki” Mroza? Ogromnie cieszy mnie, że w komunikowaniu tej produkcji rola pisarza i literackiego pierwowzoru wciąż jest najważniejsza, a newsy obsadowe, choć ważne, schodzą na drugi plan. Super, naprawdę.

    To, co lubię jeszcze bardziej – gdy pisarz świadom swojej pozycji postanawia coś z tym zrobić. Coś ważniejszego. Pamiętam, jak z dumą i podziwem obserwowałem, jak Zygmunt Miłoszewski mówi politykom na gali „Paszportów Polityki”, że powinni się wstydzić swojego podejścia do kultury.

    A Twardoch? Jakby mi nie było po drodze ze Szczepanem (a często nie jest), ma mój szacunek za to, jak wytrwale i bezkompromisowo walczy o śląskie tradycje.

    Piszę o tym wszystkim przy okazji listu wystosowanego przez wielu znanych pisarzy do organizatorów Targów Książki w Krakowie. Listu pełnego trafnych spostrzeżeń, bardzo sensownych uwag, zarzutów i kwestii do bezwzględnego i pilnego poruszenia. Listu podpisanego między innymi przez Jacka Dehnela, Olgę Tokarczuk, Sylwię Chutnik czy Jakuba Żulczyka. Listu, który, podkreślam, w całej rozciągłości popieram.

    Dla niewtajemniczonych prosto i dosadnie: Targi w Krakowie od dawna są imprezą cholernie niewygodną, a do tego coraz bardziej stają się imprezą niebezpieczną. Wie o tym każdy, kto choć raz był na targach w sobotę i kto przeciskał się wąskimi alejkami, nie w kierunku, w którym chciał iść, a tam, gdzie niósł go tłum. Nie zliczę, ile razy ja, człowiek postury raczej słusznej, z łokciami wyrobionymi na dziesiątkach koncertów, miałem problem z dopchaniem się do miejsca docelowego. A co ma powiedzieć ktoś mniejszy?

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: smakksiazki.pl

    Że już nie wspomnę o tym, że chyba każdemu w wielkiej hali pełnej papieru przynajmniej raz przyszła do głowy myśl, co by było, gdyby wybuchł tutaj pożar. Zapewnienia organizatorów, że wszystkie normy w tym względzie są spełnione, mam za puste i śmieszne. Tak może powiedzieć wyłącznie ktoś, kto nigdy nie uczestniczył w ewakuacji, nie wspominając już o pożarze.

    Dojazd na targi to żart, w dodatku jeden z tych rzucanych przez wujka Włodka przy naleweczce po rodzinnym obiedzie, czyli żałośnie nieśmieszny i w dodatku opowiadany co roku. Trzymając się podniesionej już wcześniej tragicznej wizji, już widzę te karetki czy wozy strażackie dojeżdżające na miejsce wydarzenia.

    I tak dalej i tak dalej. Nie chodzi tu o skupianie się na samych Targach w tej chwili, czy na treści odpowiedzi, w której dwa razy podkreślono z wyrzutem, że korespondencja, zanim została przeczytana przez prezydenta miasta czy organizatorów Targów, trafiła do opinii publicznej. Jezu, mając jeszcze w pamięci mój list do Remka i reakcję wielu ludzi na niego, muszę zapytać: czy nikt w tym kraju nie wie, na czym polega list otwarty? I że jego istotą jest to, że ponieważ został on upubliczniony, nie można go zignorować i mieć w dupie, jak to często dzieje się z krytyczną korespondencją? List upubliczniony, jeśli doczeka się odpowiedzi, pozwala po jakimś czasie powiedzieć publicznie: sprawdzam! I jeśli się wywiązałeś ze złożonych obietnic, możesz jeszcze wiele na tym ugrać!

    To jednak, co jest dla mnie kluczowe w tym tekście, to owo „sprawdzam”, które jest obowiązkiem podpisanych pod listem pisarzy. Bo pojawiła się odpowiedź, padły obietnice, deklaracje, rzeczy do zrobienia etc. Moim zdaniem nierozwiązujące do końca problemu, ale ufam, że czuwają nad tym tęższe głowy od mojej i jak coś mówią, to wiedzą co.

    Ale jeśli nie? Jeśli kwestie nie zostaną rozwiązane, jeśli problem przedkładania kolejnej płacącej wejściówkę osoby, kolejnego stoiska, kolejnego wydawcy nad bezpieczeństwo tych już obecnych nie zniknie, to co wtedy?

    Pisarze rosną w siłę, zaczynają mieć twarze, rozpoznawalne głosy, ludzie ich widzą, zapamiętują, słuchają, nie tylko czytają. To potencjał, ale należy sobie zadać w tym momencie kilka pytań:

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, Grzegorz Kalinowski, fot: smakksiazki.pl

    Jak wielu z tych rozpoznawalnych będzie w stanie rzucić to na szalę w imię ważnej sprawy? Jak wielu nie ulegnie presji wydawcy i czytelników i użyje ze swojej rozpoznawalności dźwigni do wymuszenia poprawy tej czy innej sytuacji?

    Pozostając przy przykładzie tego listu i tych konkretnych Targów, które zaczną się za miesiąc – ilu autorów powie: Jeśli tak dalej będzie, jeśli nic lub niewiele się zmieni to pieprzyć mój zysk, pieprzyć korzyści z bycia na tak wielkich targach, bezpieczeństwo jest ważniejsze?

    Chcę wierzyć, że wszyscy podpisani pod listem i wielu innych również. I mam szczerą nadzieję, że nie skończy się na liście i w razie potrzeby ewentualnym bojkocie, ale także na tym, że wszyscy pokażemy, że nie po to mamy większy lub mniejszy dar opowiadania historii, by teraz uciszać go w sobie w imię zysków naszych czy cudzych.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: smakksiazki.pl

    Proponuję zatem następującą rzecz. Jeśli okaże się, że sytuacja jest nadal tak zła, jak do tej pory… uczyńmy ją jeszcze straszniejszą. Wykorzystajmy naszą wiedzę, talenty pisarskie, umiejętności obserwacji i przewidywania i tylko w oparciu o nie napiszmy antologię opowiadań: „Tragedia na targach”. Opiszmy same realne scenariusze w oparciu o nasze postulaty. Oddajmy w pełni realia wydarzenia i niech ludzie sami zadecydują, czy kompletny, być może do tej pory pomijany obraz tego, co się może wydarzyć im pasuje. Teksty rozdajmy za darmo. Albo lepiej – zysk przeznaczmy na rodziny ofiar pamiętnych katowickich targów gołębiarskich.

    A co do samych Targów, pojedźmy wszyscy tam, gdzie będzie bezpiecznie dla ludzi, którzy kupują nasze książki. Niech to będzie kryterium kluczowe przy rezerwowaniu sobie październikowego weekendu 2019.

    I szczerze, z całego serca. Oby to nadal był Kraków. Ale nie za wszelką cenę. 

  • Krakowski smog, krakowski tłok

    Być może mieliście okazję przeczytać list, który wczoraj do organizatorów Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie napisali członkinie oraz członkowie Stowarzyszenia Unia Literacka. Co więcej, list trafił też na biurko prezydenta Krakowa. O co chodzi?

    Ci z Was, którzy mają przyjemność(?) uczestniczyć w krakowskich targach, doskonale wiedzą, że jest tam tłoczno jak w pociągu nad morze w okresie wakacyjnym, albo w tramwaju w godzinach szczytu. Jeszcze gorzej sprawa wygląda z wyjazdem z parkingu umiejscowionego obok hali targowej – sam w zeszłym roku stałem blisko dwie godziny w korku. Podobnie zresztą jest z wjazdem, a przebywanie, szczególnie w weekend na targach, jest przyjemnością wątpliwą, chyba, że lubicie, gdy ktoś się o Was otrze, albo szturchnie. Wiadomo, każdy lubi co innego. List pisarzy i pisarek znajdziecie tutaj:

     List Stowarzyszenia Unia Literacka

    Dziś pojawiła odpowiedź organizatorów:

    Odpowiedź na list Członków Stowarzyszenia Unii Literackiej i Członków Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – Targi w Krakowie

    Przeczytajcie sami, ale jestem w stanie się założyć, że nie zmieni się nic, bo po prostu nie ma prawa się zmienić. Każdy Czytelnik to konkretna korzyść finansowa dla organizatora, a przecież nikt nie lubi tracić pieniędzy. Nikt więc nie odejdzie z kwitkiem, a komfort pisarzy i zwiedzających będzie sprawą drugorzędną, bo przecież tak jest od lat. 

     

     

     

  • Fragment najnowszej książki Wojtka Miłoszewskiego tylko na smakksiazki.pl

    „Kastor”, czyli najnowsza książka Wojtka Miłoszewskiego trafi do księgarń 31 października, mam dla Was niespodziankę, bo tylko na smakksiazki.pl przeczytacie już jej fragment. Tym razem Wojtek zabierze nas do Krakowa lat dziewięćdziesiątych, w którym zło czai się na każdym kroku oraz za każdym rogiem. Dla fanów Miłoszewskiego mam dobrą wiadomość – to będzie kryminał. Poniżej fragment, smacznego. 

    Sterany życiem tramwaj zaprotestował ze zgrzytem, skręcając z Basztowej w Długą. Kilka minut po piątej nad ranem wagon nie był zatłoczony, a nieliczni pasażerowie milczeli. Prawdopodobnie rozmyślali nad swoim losem, nakazującym im zebrać się do roboty o tak nieludzkiej porze. Stojący z tyłu mężczyzna ubrany był w sztruksowe spodnie, za dużą marynarkę w kratę i brązowe znoszone pantofle. Dobiegał czterdziestki, a jego bladą twarz z drobnym nosem okalały blond włosy, opadające w nieładzie do ramion. Balansował lekko na nogach, wciskając dłonie w kieszenie spodni. Nie trzymał się żadnego z uchwytów. Nie musiał, poruszał się krakowskimi tramwajami od trzydziestu lat i z perfekcyjną precyzją wiedział, w którym momencie obłe cielsko wykona kolejny zwrot lub bujnie się niebezpiecznie w bok. 

    Komisarz Kastor Grudziński wyskoczył zwinnie na Nowym Kleparzu, cofnął się trochę i po krótkiej chwili szedł wzdłuż muru okalającego Dom Pomocy Społecznej imienia Helclów. Dwie bardzo mocne kawy, które wypił przed wyjściem, niestety nie przyniosły pożądanego efektu. Dosłownie milisekundy przed zapadnięciem w sen zawsze uruchamiał stoper. Nawyk spowodowany bezsennością, dręczącą go od szóstego roku życia. W ten sposób wiedział, że tej nocy przespał całe siedemnaście minut. Bardzo dobry wynik jak na niego, ale teraz czuł potworne zmęczenie, jeden z silnych kryzysów dopadających go w ciągu dnia.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Jacek Dylag

    Gdy dotarł do numeru siedemdziesiąt dziewięć i zauważył poloneza w biało-niebieskich barwach, od razu poczuł się lepiej. Wiedział, że jest tu po to, bo stało się coś złego, ktoś potrzebuje pomocy. On jest po tej dobrej stronie. Ta myśl zawsze dodawała mu sił w najtrudniejszych sytuacjach. W mieście ma być porządek.

    Rozpoznał stojącego przy radiowozie policjanta, nie pamiętał jego nazwiska, ale wiedział, że jest sierżantem z podgórskiego komisariatu. Solidny i doświadczony glina. Dlatego zdziwił się wyrazem jego twarzy, bladej i lekko wystraszonej.

    Panie komisarzu, na dole – wychrypiał policjant.

    Kastor skinął niedbale głową i ruszył do wejścia. Mijając radiowóz, zauważył na drzwiach samochodu niebieską farbę w innym odcieniu, ślad po niedawnym malowaniu, zmieniającym milicję w policję. Wielomiesięczne rozmowy, wielkie przygotowania związków zawodowych. Wszystko tylko po to, żeby w końcu rzucić hasło, że od dzisiaj Policja to nowoczesność. Czyli co, ten rozklekotany polonez? Przynajmniej mundurowi mają samochody, nie muszą dymać na robotę tramwajem tak jak ja, pomyślał ze złością Kastor.

    fot: www.unsplash.com/Denny Müller

    Wszedł na klatkę chylącej się ku upadkowi rudery. Szybko spostrzegł, że w kamienicy dawno wyłączono prąd, i zszedł do piwnicy, świecąc sobie zapalniczką. Uderzenie smrodu było niczym cios brudną szmatą. Kombinacja potu, fekaliów i moczu w takim stężeniu, że szybko zgasił zapalniczkę, kierowany absurdalnym strachem, że ta mieszanina gazów po prostu wybuchnie. Stojący na dole policjant oświetlał promieniem latarki brudne twarze około dwudziestu dzieci. Miały od pięciu do dwunastu lat, uniesione w górze rączki i spojrzenia wypełnione bólem i strachem. Kastor nie znał tego funkcjonariusza, prześli­zgnął się tylko wzrokiem po jego pagonach i rzucił cicho:

    Sierżancie… Każcie im opuścić te ręce.

    Policjant skinął głową i przekazał prośbę na migi, a wszystkie dzieci jak na komendę opuściły posłusznie ramiona.

    Wykręciliście po kredens? – spytał Kastor. – Jasne. Jakby na potwierdzenie tych słów z zewnątrz dobiegł

    charakterystyczny terkot. Policyjny star. Kastor wziął latarkę od sierżanta i po kolei zaczął świecić po twarzach dzieci mrużących oczy przed ostrym światłem. Wszystkie bez wyjątku miały ciemną karnację i komisarz wątpił, aby któreś pochodziło z Polski. Potrzebowali tłumacza, ale po pierwsze, wiedział, że to trochę zajmie, a po drugie, nie chciał na razie z nimi rozmawiać. Szukał jakiegoś znaku, elementu lub wskazówki, a ten mógł dostać tylko od któregoś ze starszych dzieci. W końcu znalazł to na twarzy na oko jedenastoletniej dziewczynki z burzą ciemnych włosów ogarniętych wszawicą. Oddał latarkę policjantowi i powiedział:

    Zabieramy je do pogotowia opiekuńczego. Skołujcie wodę, jedzenie, no i tłumacza.

    A skąd ja wezmę tłumacza? – spytał szczerze zdziwio­ny sierżant.

    Wykręć Gienia Jankowskiego z Mogilskiej. Powiesz mu, że potrzebujesz gościa, co się nazywa Santino Mirga.

     

  • Władca pierścienia, którego wolałby nie mieć. Leopold Tyrmand: model do składania.

    Dziś o sygnetach, rowerach i Skandynawach, na których stylu życiu tak bardzo byśmy chcieli się wzorować. Zapraszam na felieton o Leopoldzie Tyrmandzie.

    W jednym z opowiadań Tyrmand opisuje, jak to spotyka w Sztokholmie człowieka reperującego rower. Rzeczony jednoślad porzucony został przez kogoś na ulicy i gdy na okoliczność jego serwisowania pojawił się na scenie Lolek, zapytuje o zamiary względem bicykla.

    – Zamierzam go zreperować, a potem odstawić na miejsce – odpiera bez namysłu mechanik rowerowy.

    Skądże pisarz ze Szwecji? Tyrmand uchodzi z Polski we wrześniu 1939 roku. Najpierw jest Litwa i areszt NKWD. Potem – ucieczka do Niemiec na lewych papierach. Podając się za Francuza, Lolek okrętuje się na – pływający po Bałtyku – statek. Wiemy również, że przybywa po wojnie do Polski… Skąd więc w jego archiwach papiery z Kopenhagi i Oslo, skoro na ten temat sam nigdy nie wspominał?

    Pewne szczątkowe i rozproszone informacje przewijały się przez jego notki biograficzne wielokrotnie. Pozostało je zweryfikować.

    Jego pierwsze opowiadanie na łamach „Przekroju” wskoczyło w rubryce zwolnionej przez Arkadego Fiedlera. W Niedzieli w Stavanger Tyrmand ze swadą opisywał nieudaną próbę ucieczki na ląd, zakończoną złapaniem bohatera i osadzeniem go w obozie jenieckim w Grini. Z kolei w „Błyskawicę” słychać w Oslofiordzie pisał:

    (…) W czasie najgorszych ćwiczeń karnych śmialiśmy się Niemcom w mordy. Warszawa biła się. Maszerowaliśmy godzinami po placu i doszliśmy do takiej wprawy w niemieckiej musztrze, że SS-mani spędzali Norwegów, aby ci uczyli się, jak należy maszerować. A my waliliśmy drewniakami w kilkugodzinnych paradach i ktoś w głębi czwórszeregu cichuteńko gwizdał „Warszawiankę”. Tak, abyśmy tylko my słyszeli…

    W książce Björna Bratbaka Losy niezagubione. Ścieżki Polaków w norweskich fiordachznajdujemy opis tego miejsca. Wśród wielu wspomnień, niespodziewanie pojawia się postać pewnego Polaka, który posługiwał się wyszukaną polszczyzną. W Wachcie lewej burtyJerzego Pańskie z kolei czytamy o losach Polaków, których koniec wojny zastał w norweskich obozach. By pomóc ich ściągnąć do kraju, polskie poselstwo wsadziło w samolot do Polski znającego oba języki dziennikarza…

    Muzeum obozu dość opieszale odpisuje na maila. Informacje są dość oszczędne, a jednak nadesłany krótki ciąg cyfr uderza w umysł falą gorąca. „Leopold Tyrmand: 13767”. Gdy pytam o szczegóły, nadawca, pan Rulf, pisze o Lolku „lucky one”. Pytam, skąd to wszystko wie.

    – Bo też tam siedziałem – odpowiada. Pytanie o szybkość obsługi mailowej skrzynki staje się głupie i bezzasadne. A potem muzeum nie odpisuje już nigdy.

    Pani Basia Hoff, druga żona Tyrmanda.

    – On tam w obozie poznał wielu polityków. Późniejszy premier Norwegii z nim siedział.

    – Mówił kiedyś o tym pani, opowiadał?

    – Nie musiał.

    – Czemu?

    – Całe życie nosił na palcu obozowy sygnet.

    Leopold Tyrmand, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka

    Jak to, „całe życie”? Nagranie z kroniki filmowej. Tyrmand podpisuje książki na spotkaniu autorskim. Coś miga w kadrze. Cofam. Play. Jeszcze raz. A potem są zdjęcia z lat 50., 60., 70. i 80. Eureka. Sygnet towarzyszy mu na wszystkich zdjęciach!

    Koncerty festiwalowe na stadionie Lechii Gdańsk, 1956. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Kiedy przychodzę do trzeciej żony, Mary Ellen Tyrmand, w progu drzwi mówi stanowczo:

    – Zdejmij buty. Bo jechałeś metrem.

    Mieszkanie wyłożone jest wykładziną. W trakcie rozmowy pytam o Norwegię i sygnet.

    – Nie pamiętam. Może jest gdzieś w bankowej skrytce?

    Próbuję podpytać czy jest szansa się tam wybrać. Odpowiedzią jest podziałka ze stopniami Fahrenheita za oknem. W Nowym Jorku dawno nie było takich mrozów, jak w lutym 2016. Gdy spotykamy się dwa dni później, przyjeżdżam oddać zeskanowane zdjęcia. Przed drzwiami stoję z butami w ręku.

    – Załóż te buty, daj spokój – mówi. Po mieszkaniu roznosi się zapach pieczeni. Mamy rozmawiać o ostatnich chwilach Leopolda – to tej niedzieli zrozumiem, dlaczego jego „śmierć była taka, jak jego życie”. Mary Ellen niespodziewanie wchodzi do pokoju z małym, metalowym przedmiotem, który kładzie na szklanym stoliku.

    – Czy tego szukałeś?

    Kiwam głową, jak Frodo.

    pierścień Tyrmanda, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka

    W archiwach MSZ odnajdują się dokumenty z pieczątką Tyrmanda: Polskie Poselstwo w Kopenhadze. Tyrmand pisał tam raporty prasowe. Niespodziewanie nadchodzi też list z Norweskich Archiwów Królewskich.

    Tylko, że zaraz: ja do nich nigdy nie pisałem!

    W odpowiedzi na prośbę przekazaną nam przez pana Rulfa z muzeum obozu w Grini, wykonaliśmy kwerendę w naszych zbiorach. Opłata zwyczajowo wynosi … koron, jednak z oczywistych względów jest pan z niej zwolniony. Oto wyniki kwerendy.

    Fala gorąca: załączniki. W nich – lista więźniów oraz pisma urzędowe, z których po przetłumaczeniu wyniknie, że poleca się, aby Leopold Tyrmand był wysłannikiem polskiego rządu.

    Tak oto wszystkie elementy złożyły się w całość. Biała plama w życiorysie została zapisana, choć i tu znaleźli się krytycy, twierdzący, że Tyrmand był „naganiaczem dipisów”* do kraju, z polecenia „komunistycznego rządu”. Lolek wsiadł do samolotu i przyleciał do Polski. Wkrótce spotkał matkę, zaczął pisać, na gruzach Warszawy poznał Stefana „Kisiela” Kisielewskiego.

    Wyjaśniła się geneza pierwszych, powojennych opowiadań Tyrmanda. Zawsze najlepiej wychodziło mu pisanie o sobie. Stało się też jasne, dlaczego całe życie nosił pierścień i dlaczego, im bardziej wspomnienie z nim związane paliło go w skórę, tym dłużej go nie zdejmował. Piętno przeszłości i przyszłości zapisane było, jak papilarna linia. Wiedzą to wszyscy, którzy kiedykolwiek siedzieli skazani na śmierć, a jemu zdarzyło się to podczas wojny dwukrotnie.

    Choć o Norwegii niemal nie wspominał, wspomnienie „Błyskawicy” i Stavanger towarzyszyło mu przez kolejne czterdzieści lat. Zmarł dziesięć dni po śmierci Arkadego Fiedlera – nawet do rubryki z nekrologami trafił znów po autorze Dywizjonu 303.

    Długo nie mogłem wyjść z podziwu dla skrupulatności, z jaką norweski archiwista przekopał dokumenty. Przecież wpisu z błędnie podanym nazwiskiem Tyrmanda nie odczytałbym nawet ja, mówiący i piszący po polsku researcher. Gdy zapytałem, dlaczego tak pieczołowicie przeszukali archiwa, odparł bez zastanowienia:

    – Bo nas pan o to poprosił.

    No tak! To przecież aż tak proste, czemu na to nie wpadłem! „Mówisz i masz”, to przecież codzienność w tym kraju. Na tę gorzką konstatację natychmiast nałożyła mi się anegdota z opowiadania Tyrmanda, kiedy to spotkał naprawiającego znaleziony rower Szweda.

    – Zamierzam go odstawić na miejsce – odparł bez namysłu mechanik rowerowy ze Sztokholmu.

    – Ale dlaczego? – dopytywał Tyrmand. Szwed uśmiechnął się na to i zupełnie szczerze rzekł z uśmiechem.

    – Bo ten rower nie jest mój!

    Ot, Skandynawia!

    Marcel Woźniak

    *dipis– „displaced person”. Osoba, która w wyniku działań wojennych znalazła się poza swoją ojczyzną.

  • Orangutan Edgara Allana Poe oraz żmija Sherlocka Holmesa

    Gdy Adam Szaja proponuje ci napisanie tekstu do portalu, na którym regularnie publikują Chmielarz, Ćwiek i Szczygielski to się człowieku nie zastanawiasz, tylko chwytasz okazję i dopiero później przychodzi refleksja – kurczę, owszem, znam parę książek z agresywnymi zwierzętami, ale czy którakolwiek z nich jest kryminałem? Powiem szczerze – te, które przyszły mi w pierwszej chwili do głowy – raczej nie. W tej sprawie pojawia się bowiem problem ontologiczno–definicyjny, czym bowiem jest powieść kryminalna?

    Oprę się tutaj raczej na intuicji własnej, nie wchodząc w analizy literackie, bowiem jest ich sporo, ale hej – felieton to krótka forma, oszczędzajmy więc miejsce. Powiem więc też krótko – moim zdaniem w powieści kryminalnej powinna pojawić się zbrodnia, a sprawcą jej musi być człowiek. A jest tak dlatego, ponieważ w gruncie rzeczy gatunek ten pod płaszczykiem rozrywki prowadzi rozważania na tematy społeczne, rozkłada na części pierwsze stan moralny człowieka, pokazuje jak głęboko upaść może jednostka ludzka, szuka przyczyn tej choroby i czasem proponuje lekarstwa (zazwyczaj jedno: taką, lub inną karę).

    Zaś w relacjach między przedstawicielami różnych gatunków zamieszkujących ten padół o stosunkach opartych na decyzjach etycznych można mówić tylko jednokierunkowo, przynajmniej w XXI wieku. Wcześniej bywało różnie. Zdarzało się, że zwierzęta stawiano przed sądem i nie mówię tu o fikcji literackiej. W średniowieczu najczęściej sądzono świnie, oskarżano szczury i psy, ba jeszcze w XX wieku przed obliczem najwyższego wymiaru sprawiedliwości stanęły małpa i papugi (oskarżone odpowiednio o kradzież i zniesławienie). Natomiast nieliczne powieści kryminalne, w których sprawcą okazywało się zwierzę, owszem pojawiały się i zaraz o wybranych opowiem, wszystkie jednak, popełnione przez mistrzów, były albo kamieniami węgielnymi gatunku, albo zabawą formą, pozwalającą na szlifowanie metody, ewentualnie nie do końca udanymi eksperymentami o szczytnym celu.

    www.unsplash.com/Nery Montenegro

    Z drugiej strony – jak wiemy, zwierzętom zdarza się zabijać, ba, niektóre w ten sposób „zarabiają na życie” – i są jako takie przedmiotem lęków (i tu mamy liczne przykłady w gatunku znanym jako horror, który jednak zupełnie inne ma metody i cele niż powieść kryminalna), oraz smutnych rozważań nad chwiejnością moralną istoty ludzkiej (zazwyczaj bowiem, tak w życiu, jak i w literaturze winny jest wykorzystujący zwierzęta człowiek).

    Zacznijmy więc od początku. W 1809 roku rodzi się mężczyzna, który w ciągu następnych czterdziestu lat stworzy podwaliny gatunku znanego jako powieść detektywistyczna. Znienawidzony za życia stał się inspiracją dla niezliczonych autorów literatury popularnej. Edgar Allan Poe. To on stworzył pierwszą w historii postać, której spadkobiercami byli i Sherlock, i Herkules i wielu, wielu innych, których wyliczyć nie sposób. C. Auguste Dupin, detektyw z Paryża rozwiązuje zagadkę morderstwa dwóch kobiet przy Rue Morgue po tym, jak aresztowano już sprawcę. Dzięki swym dedukcyjnym zdolnościom Dupin wskazuje jednak prawdziwego zabójcę, mianowicie – ha! – orangutana, który uciekł marynarzowi.

    Kolejnym popisem zastosowania metody dedukcyjnej uprawianej przez bohaterów powieści detektywistycznej przełomu XIX i XX wieku było śledztwo samego Holmesa, opisane przez nieocenionego Watsona w opowiadaniu „Cętkowana opaska”. Tu sprawcą zbrodni jest żmija, tyle tylko, że uznać ją można najwyżej jako wyrafinowane narzędzie mordu rodzinnego, winny, jak to już pisałem wcześniej, zawsze jest człowiek.

    www.unsplash.com/David Clode

    Przenieśmy się mniej więcej pół wieku dalej i natrafimy na uznaną, ba, jedną z moich ulubionych, autorkę gatunku – Patricię Highsmith. W 1975 roku opublikowała zbiór opowiadań „Księga zemsty dla miłośników zwierząt”. I tu, jak najbardziej, mordują zwierzęta, przedstawione jako istoty myślące i rozumne, co stawia te utwory na granicy kryminału, za którą twórczość tę należałoby raczej zakwalifikować do bajki. Zbrodnie ukazane są jednak realistycznie – winne są psy, słonie, wieprze, kury i inne boże stworzenia, które wymierzają sprawiedliwość okrutnym i sadystycznym ludziom. Czy nadal jest to kryminał? Może. Tak trochę. Ale raczej eksperymentalny. W każdym razie nadal zajmuje się kwestiami etycznymi, tyle, że łamie zasady stworzone przez świętych ojców założycieli, ale hej, żyjemy w epoce remiksu i kto wie, co czeka nas jeszcze za rogiem? Może moralny thriller w którym zwierzęta wydają się mordować swoich oprawców, jak u Olgi Tokarczuk w „Prowadź swój pług przez kości umarłych”?

    Od siebie dodam, że Adam Szaja nie od parady właśnie mnie poprosił o felieton na taki, a nie inny temat, jestem w końcu z zawodu nieludzkim doktorem, jak to żartobliwie określał nasze zajęcie mój kolega po fachu, stary wróż i tarocista. U mnie też zwierzęta wykorzystywane są przez ludzi w ich zbrodniczych celach, co, jak widać, ma długą tradycję w historii literatury kryminalnej. Na szczęście wydaje się, że żyjemy już w świecie, który, choć nadal nie wystarczająco szanuje mniejszych braci, to przynajmniej tak łatwo nie posądza o okrutne czyny zwierzęta. Ponieważ tu, pamiętajmy o tym, zawsze winny jest człowiek.

    Mateusz Lemberg

  • „Z tą książka jest jak u Chandlera. W jej powstanie zamieszane są piękne kobiety”

    Wczoraj wrzucałem okładkę, a dziś kilka słów od autora, a właściwie, współautora książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”. Jak doszło do współpracy z byłym policjantem z Wrocławia, czego Ćwiek nie może wybaczyć Szczepanowi Twardochowi oraz jakie opowieści kryją się w książce? Przeczytajcie.

    Jak splotły się losy Jakuba Ćwieka i „Księciunia”, czyli Adama Bigaja, współautora i jednocześnie głównego bohatera książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”?

    Historia dowodzi, że zawsze najlepiej działa, gdy takie sprawy zostawia się w lekkim niedomówieniu, tworząc działającą na wyobraźnię aurę tajemniczości. Powiem więc tylko, że trochę jak u Chandlera, którego uwielbiam, zamieszane w sprawę były piękne kobiety, ważną rolę odegrało miasto i szereg rozmów odbytych w półmroku.

    Dlaczego „Księciunio” zdecydował się w ogóle opowiedzieć swoją historię i co Cię w niej nakręciło?

    Pierwsza część pytania raczej nie do mnie, ale z własnego doświadczenia wiem, że historie, zwłaszcza te wzbudzające w nas prawdziwe emocje, trudno zachować wyłącznie dla siebie. One wręcz w nas kipią. Jeszcze trudniej być całe życie w środku czegoś, widzieć jakie to jest naprawdę i jednocześnie słuchać farmazonów ludzi, którzy podejmują temat, nie mając o tym pojęcia. To frustruje i czasem ta frustracja, jeśli ją dobrze ukierunkować, może być paliwem pod świetną książkę.
    Co do mnie, najpierw długo słyszałem pojedyncze anegdoty pana Adama i przyjmowałem je tak, jak zostały podane – jako opowiastki ze służby. Z czasem jednak, gdy tych historii było więcej, pewne wydarzenia w nich zaczynały się łączyć, poszedłem, jak zwykle przy powieściach, za chronologią wydarzeń i ścieżką rozwoju bohatera. Chciałem zobaczyć jak pan Adam zmieniał się na przestrzeni lat. Jak zmienia się jego podejście do obowiązków, służby. No i nie ukrywam, zależało mi na tym, by te wszystkie anegdoty, czasem zabawne, czasem mrożące krew w życiach jakoś opakować i dać światu. Są zbyt dobre, by ich żywot skończył się na alkoholowych pogaduchach byłych policjantów gdzieś w puszczy.

    Czego czytelnicy mogą się spodziewać po Waszej książce? Przyznasz, że wchodzisz w takie rejony, z których Twoi fani Cię nie znają.

    Czego mogą się spodziewać czytelnicy? Uczciwie napisanej książki policyjnej. Rzeczywiście nie pisałem wcześniej niczego takiego, nigdy też nie miałem tak uporządkowanego i konkretnego materiału źródłowego, ale metodę pracy przyjąłem taką samą jak przy innych publikacjach: cokolwiek piszesz, filtruj przez siebie. Dlatego ta książka nie przyjmuje formy wywiadu rzeki – uważam, że to nie jest forma właściwa dla pisarza. Dziennikarz? Rozumiem, ale nie pisarz. Uważam, że pisarskim zadaniem jest wniknąć w głowę rozmówcy, poczuć się jak w grze komputerowej z perspektywą pierwszej osoby. Przejść ją etap po etapie i opisać wrażenia jak swoje, w narracji pierwszoosobowej. Pamiętam, że miałem wielki żal do Szczepana Twardocha, że będąc pisarzem tej klasy, człowiekiem z tak niebywałym talentem, kogoś takiego jak Mamed Khalidow „zbył” wywiadem rzeką. Cóż to mogła być za książka!

    Czy możesz zdradzić jedną historię, która znajdzie się w książce?

    Opowiadanie tych historyjek na wyrywki to przywilej pana Adama, moim zadaniem było je właśnie połączyć, stąd serwowanie wyimków to jakby wyrywanie się przed szereg. Powiem jednak, że zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w dobie poważnych zarzutów, teczek, powszechnej dezubekizacji każdego w mundurze etc. dość ciekawie czyta się o tym jakie faktycznie były relacje między SB, milicją a kościołem. Opracowując te kawałki czułem się czasami jakbym redagował książkę o proboszczu Don Camillo. Czy też, by być bliżej dzisiejszego odbiorcy, jakbym tworzył spin off serialu „Ranczo”. No bo trudno się nie roześmiać, gdy czyta się o tym, jak to księża wiedząc kto na mszy jest podstawiony, specjalnie nasączali na funkcjonariuszy kropidła, by przemoczyć ich do suchej nitki, a zawodzący któregoś razu głos potępionej duszy w środku kościoła okazał się niczym innym jak zwarciem potraktowanego święconą wodą ukrytego magnetofonu.

    Wrocław, fot: www.unsplash.com/ Mateusz Gzik

    Rzecz ukaże się w Wydawnictwie Marginesy, czy to znak, że opuszczasz SQN, a może jest to chwilowy romans?

    Nieodmiennie bawi mnie stosowanie względem współpracy z wydawcami nomenklatury właściwej dla związków, relacji o charakterze romantycznym. Jest w tym jakieś takie tabloidowe szukanie skandaliku, które na tym poziomie mam za uroczo-zabawne. Odpowiadając jednak na pytanie – moja współpraca z wydawnictwem SQN układa się bardzo dobrze. Wydani niedawno „Stróże” radzą sobie świetnie, na jesień szykujemy wspólnie nowe, poprawione wydanie Kłamcy, kolejne publikacje w planach. Tak jednak jak uważam, że należy tworzyć opowieść w pasującym do niej medium, tak jestem za tym, by, gdy już gotowy produkt powstanie, słać go tam, gdzie poczują go najlepiej. „Bezpański” – jako historia gliniarza, pasował mi szczególnie do Marginesów. To w końcu tam Wojtek Chmielarz publikuje opowieści o Mortce – uczciwie napisane powieści policyjne.