Kategoria: Aktualności

  • „Godzina duchów”, czyli serial audio Marty Guzowskiej dla Storytel Original

    Wyobraźcie sobie, że jesteście wróżką, a do Waszego gabinetu wchodzi facet, kładzie na stole kopertę, w której jest 50.000 euro. Pięknie, prawda? Chce tylko jednego – żebyście odnaleźli jego córkę. Są jednak dwa problemy. Po pierwsze, jesteście fałszywą wróżką, która wciska ludziom kit, a po drugie, co jeszcze gorsze, jeśli córki nie uda się odnaleźć, to zamiast kolejnych 50.000 euro dostaniecie kulkę. W głowę. Witajcie w „Godzinie duchów”, dziesięcioodcinkowym serialu audio, który Marta Guzowska napisała dla Storytel Original.

    Na rozmowę z autorką pojechaliśmy do Wiednia, bo tam dzieje się akcja serialu, a drugim ważnym powodem był ten, że Marta mieszka w stolicy Austrii. Porozmawialiśmy o trudnościach przy pisaniu serialu, o scenach, przy których autorka płakała, a także o muzeach, sztuce oraz archeologii. Będzie też o Stephenie Kingu i, co oczywiste – o duchach. Łapcie naszą rozmowę, a potem posłuchajcie serialu. Żeby to zrobić, kliknijcie tutaj. Czyta Edyta Olszówka. 

     

  • „Nostalgia”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Kilka dni temu odwiedziłem swoje rodzinne Gliwice. W drodze na spotkanie autorskie przejeżdżałem obok domu dawnej koleżanki z podstawówki. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że w jej mieszkaniu znajduje się teraz sklep z trumnami. Trudno o lepszy symbol przemijania

    Jestem już w tym wieku, a może to kwestia charakteru, kiedy proces przemijania wprowadza mnie w nostalgiczny nastrój. Najczęściej dzieje się tak właśnie w Gliwicach. Co jest dość łatwe do wytłumaczenie. Bywam tam dość często, mniej więcej raz w miesiącu, ale na krótko. Dzień, dwa, rzadko dłużej. Trzymam się jednej okolicy, rzadko wypuszczając się na dalsze wędrówki. Są więc takie rejony miasta, których nie odwiedzałem od lat. I one potrafią mnie zaskoczyć.

    Teraz okazją do wizyty było spotkanie autorskie organizowane przez radę osiedla Wójtowa Wieś. To dzielnica Gliwic, którą opisałem w „Zombim” i częściowo w „Wampirze”. Spędziłem w tej okolicy wczesne dzieciństwo. Przez długie lata mieszkali tam moi dziadkowie, a ja chodziłem tam do szkoły.

    Gliwice, fot: Urząd Miasta w Gliwicach (www.gliwice.eu)

    Moja babcia mieszkała w niskim bloku z lat sześćdziesiątych lub pięćdziesiątych. Na podwórku przed budynkiem znajdowały się dwie betonowe budowle – wyjścia ewakuacyjne ze schronów przeciwlotniczych. Wspinałem się na nie, zeskakiwałem z nich, udawałem, że to wojskowe bazy, okręty, samoloty, oblężone przez hordy wrogów zamki. Miały tysiące funkcji. Najważniejsza była jednak wierzba. Potężne, ogromne drzewo, które zawładnęło niemalże całym podwórkiem. Jej witki tworzyły coś na kształt wielkiego klosza. Pod nim panował wieczny półmrok. Powietrze było wilgotne, a wokół unosił się lekki zapach zgnilizny. Te same witki mogły robić potem za liany, bicze, gałęzie były mieczami. Teraz tej wierzby nie ma. Pozostał po niej tylko nisko ucięty pieniek. Kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem, długo przypatrywałem mu się z rosnącym niedowierzaniem. Chociaż to głupie, poczułem się tak, jakbym stracił kogoś bliskiego.

    Takich zmian jest zresztą dużo, dużo więcej. Nie ma już dziury w płocie na najkrótszej drodze pomiędzy szkołą podstawową, a sklepem, gdzie kupowaliśmy bułki z majonezem. Przy okazji spotkania dowiedziałem się zresztą, że był to przysmak nie tylko lokalny, ale także pokoleniowy. Młodsze klasy rozkoszowały się już bowiem bułkami z ogórkiem, daniem równie tanim, a nieporównanie zdrowszym. Zamiast pętli tramwajowej jest parking i dyskont „Biedronki”. No i co naturalne, wszystko wydało mi się teraz jakby mniejsze. Przestrzenie pomiędzy blokami uległy skróceniu, trasy moich heroicznych wędrówek okazały się odpowiednie na spokojny, niedługi spacer. Być może również wierzba nie była też tak potężnych rozmiarów, jak to zapamiętałem. Samo miejsce spotkania było zresztą również pod tym względem symboliczne. Restauracja „Pod więzami” to elegancki, szykowny lokal z nienaganną obsługą w śnieżnobiałych koszulach. Kiedyś mieścił się tam bar „Bartosz”. Prawdziwa mordownia obok, której strach było nawet przechodzić.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    To dziwne, ale dopiero podczas tego niedawnego spotkania, odpowiadając na pytania z sali, zdałem sobie sprawę, dlaczego napisałem „Wampira” i „Zombiego”. Chciałem po prostu ocalić swoje wspomnienia z dzieciństwa – te wszystkie miejsca, zapachy, obrazy. Zapisać je na czymś twardszym, bardziej trwałym niż niepewne zakamarki mojej pamięci. Zakonserwować w słowach, zanim wszystko się nieodwracalnie zmieni.

    Wracałem tą samą drogą. Znowu spojrzałem w okna mieszkania mojej koleżanki i ze zdumieniem zauważyłem, że ktoś kręci się po kuchni. Nie byłem pewien, czy to ona, jej mama, a może ktoś inny. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia. Zniknął przecież sklep z trumnami! Ze zdumieniem przecierałem oczy, aż zorientowałem się, że tak naprawdę znajduje się on dwie klatki dalej. Za pierwszym razem po prostu pamięć spłatała mi lekkiego figla. Poczułem miłą ulgę. Tak jak salon z trumnami był dla mnie symbolem przemijania, tak moja pomyłka stała się symbolem tego, że mimo upływu lat, jednak nie wszystko się zmienia.

    Wojciech Chmielarz

  • Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

    Rocznie w Polsce znika kilkanaście tysięcy osób. Jak kamień w wodę. Jak wynika ze statystyk Fundacji Itaka, ponad dwa razy częściej znikają mężczyźni. Powodów jest kilka. Inny związek, długi, problemy. Co ważne, część zaginionych zostaje znaleziona po jakimś czasie, ale niestety martwa. Adam Cioczek opisał trzy dramatyczne historie, które sprowokują Was do zadania sobie kilku pytań. Czy naprawdę znam moich najbliższych aż tak dobrze? Co by było, gdyby zniknął ktoś z mojej rodziny? Dlaczego miałby to zrobić? „Zamieć” zmusi Was do rachunku sumienia. Zobaczcie naszą rozmowę.

    Natomiast z zupełnie innej beczki poruszamy też wątek „Ojca Mateusza”, którego Adam Cioczek jest scenarzystą. 

     

     

  • Moi bohaterowie spotykają się w lesie. I w łóżku. Rozmowa z Moniką Powalisz

    Bardzo późna noc, wybudzony leśniczy, ciało młodej dziewczyny znalezione w lesie. Kto jest sprawcą? Kto tak dobrze zna las, że mógł się swobodnie po nim poruszać? Dlaczego Anna musiała zginąć? „Ósme ciało” Moniki Powalisz to historia o morderstwach, jak to w kryminale, ale też o samotności i niespodziewanym uczuciu. To także opowieść o karierze kobiety w męskim świecie, przyrodzie, dzikim i zmysłowym seksie. Łapcie naszą rozmowę o tym wszystkim, co powyżej, ale też o myśleniu obrazem przy pisaniu książki, możliwej kontynuacji, ale też o tym, co wspólnego z „Ósmym ciałem” ma Wojciech Chmielarz.

     

     

     

  • Marek Aureliusz kontra Janis Joplin!

    Jest taka książka, którą promuję, gdzie tylko się da. Chodzi o „21 polskich grzechów głównych”. Tak się składa, że Piotr Stankiewicz wydał kolejną książkę, co ciekawe, na razie tylko po angielsku. Jeśli spodziewacie się, że filozof napisał kryminał, to jesteście w błędzie. Tak, to kolejny trudny temat, ale podany w bardzo zjadliwej formie. Czy można połączyć stoicyzm z gwiazdami rocka? 

    Szaleni artyści i wyklęci poeci, którzy nie mieszczą się w ramach, jakie proponuje im społeczeństwo, to problem znany od czasów platońskiego „Iona”, znany u romantyków i wśród dzisiejszych gwiazd rocka. Czy to jest tylko stereotyp, czy tu naprawdę jest coś na rzeczy? To jest pytanie, na które autor stara się odpowiedzieć.
    Jest to też pytanie o to, czy model życia stoickiego, ten harmonijny, pogodny, da się pogodzić z życiem artystyczno-twórczym? Ten drugi niesie przecież – ponoć – niejedno zagrożenie dla stoicyzmu: zależność od natchnienia, twórczy chaos i powołanie do przekraczania barier. Czy tu jest autentyczny konflikt, czy może da się to jakoś uzgodnić? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, Stankiewicz sięga tak do stoików, jak do romantyków; jest w tej książce Marek Aureliusz, jest Sergiusz Jesienin, jest Nietzsche i Janis Joplin.

    „Książkę od zera wymyśliłem, napisałem i wydałem po angielsku, co jest ważne nie tylko jako duży krok dla mnie osobiście, ale i w szerszym kontekście. Jest to przecież ogólne pytanie o sytuację pisarza i myśliciela w kraju takim jak Polska – o napięcie między uczestnictwem w kulturze globalnej a doświadczeniem zamknięcia we względnie małym, nieznanym szerzej języku. I nie bez kontekstu politycznego tutaj: kierunek wytyczany polskiej humanistyce przez reformy Gowina jest przecież taki, że polscy humaniści powinni pisać i publikować po angielsku. Czy taki kierunek jest na dłuższą metę możliwy? Czy to ma szansę się udać?”

    Piotr Stankiewicz, fot: smakksiazki.pl

    Piotr Stankiewicz (ur. 1983) jest pisarzem i filozofem. Mieszka pod Warszawą, nie pije, pisze. Jest dyżurnym polskim (i nie tylko polskim) stoikiem: w 2014 roku wydał „Sztukę życia według stoików”, swego rodzaju praktyczny podręcznik stoicyzmu. Od tego też czasu prowadzi na Facebooku stronę pod tym samym tytułem. W 2018 roku ukazały się dwie jego książki, „Does Happiness Write Blank Pages?”, to jego pierwsza książka napisana po angielsku. Jest to pytanie o granice stosowania stoicyzmu i krytyczne nań spojrzenie. Z kolei „21 polskich grzechów głównych” to gorzko-śmieszna analiza naszych wad narodowych. Stankiewicz prowadzi też wolnomyślicielskiego bloga „Myślnik Stankiewicza”.

  • Patrioci kontra muzułmanie. Rozmowa z Pascalem Engmanem

    Nie przez przypadek rozmawialiśmy nad rzeką. Dlaczego? Wszystko się wyjaśni, gdy dojdziecie już do końcowych scen książki. „Patrioci” to coś więcej niż kolejny skandynawski kryminał. Pascal Engman zmusza czytelnika do spojrzenia w głąb siebie i rozliczenia się z własnymi lękami. Dlaczego boimy się często tego, co obce? Czy inny kolor skóry świadczy o tym, że ktoś jest lepszy, gorszy? „Patrioci” to także spojrzenie na obecne tendencje w europejskiej polityce, ale też książka o miłości. Trudnej miłości. Liczycie na dobry kryminał? Słusznie. Czekacie na szczęśliwe zakończenie? No cóż…

  • „Nowy, wspaniały świat (targowy)”. Listopadowy felieton Jakuba Ćwieka

    Od krakowskich targów minęła chwila, a to oznacza, że na blogach, serwisach internetowych, a także – jak mniemam, nie śledziłem aż tak uważnie – w prasie czy telewizji pojawiły się na ich temat czy to teksty podsumowujące, czy chociaż wzmianki. Większość tych, na które trafiłem, była niemal identyczna jak wpisy po poprzedniej edycji, a także jak po edycji rok wcześniej i jeszcze wcześniej. No bo niby i czemu, mógłby ktoś zapytać, miałoby być inaczej, skoro impreza sama w sobie niewiele się zmienia?


    Powód widzę w zasadzie jeden, a mianowicie wspomniany już na tych łamach list otwarty do organizatorów Targów podnoszący kwestię komfortu i bezpieczeństwa tak uczestników, jak i gości wydarzenia. Zwrócono w nim uwagę na kilka głównych targowych bolączek jak chociażby kwestia zakorkowanej drogi dojazdowej, zwłaszcza tej na ostatnim kilkusetmetrowym odcinku, na ciasne przejścia między stoiskami, na spotkania z celebrytami, które, odbywając się w halach głównych, w zasadzie paraliżują Targi. Wiele kwestii okołotargowych zostało podniesionych tak w liście, jak i w szeregu wpisów go popierających i, sądząc po sieciowych reakcjach na nie, były to bolączki prawdziwej rzeszy polskich czytelników, bywalców Targów.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe


    Organizatorzy, trzeba przyznać, odnieśli się do zarzutów i zrobili to względnie rzeczowo. Piszę „względnie”, ponieważ nie mogło zabraknąć w odpowiedzi żalu odnośnie do formy publikacji listu. Żalu wskazującego wyraźnie, że coraz częściej zapominamy, czym jest list otwarty i czemu ma służyć. Pomijając jednak ten niezręczny i trochę niedojrzały – a na pewno nieprofesjonalny – wyrzut, odpowiedź zawierała szereg wyjaśnień, ale i zapewnień i gwarancji, że tym razem będzie lepiej. 


    Nie będę tu budował zbędnego suspensu. Było lepiej. Niewiele, ale jak nawołują do nas plakaty siłowni: progres, nieważne jak mały, świadczy o tym, że zrobiono krok w dobrym kierunku. Droga dojazdowa do targów już nie przerażała. Policjantów i strażników miejskich kierujących ruchem było jakby więcej, a przynajmniej byli bardziej zauważalni. Spotkania z gwiazdami przyciągającymi największą uwagę przeniesiono do specjalnych sal i choć w formie, w jakiej to zrobiono, nie rozwiązało to do końca problemu, a wiele technicznych detali kulało – na przykład wyjątkowo niedbałe przekierowywanie ruchu na inne przejścia, gdy to między salami z celebrytami ni stąd ni zowąd je zamykano – na pewno wskazywało to wyraźnie, że ktoś posłuchał. Kwestii ciasnoty, zagęszczenia stoisk, etc., póki co nie rozwiązano, ścisk nadal przytłacza, a brak wyraźnych wskazań dróg ewakuacyjnych niepokoi, ale jest to zasygnalizowane, według reakcji na list przyjęte do wiadomości i jest szansa, że następna edycja poprawi coś i w tym względzie. 


    To z rzeczy dobrych, które na pewno trzeba zauważyć. Teraz natomiast przejdźmy do tego, co Targi zrobiły w sposób fatalny i wręcz bezczelny – sposobu, w jaki spróbowano rozwiązać PRowy kryzys z pisarzami. Pozwolę sobie opisać sytuację swoją, ponieważ ją znam w dokładnych szczegółach, ale na ile zdążyłem się zorientować, dotyczy ona wielu autorów, którzy publicznie wyrazili swoje zaniepokojenie czy to w liście otwartym bezpośrednio, czy wyrażając swoje dla niego poparcie. 

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe


    Książki podpisywałem w sobotę i to był mój pierwszy dzień na tegorocznych krakowskich Targach. Rozmawiając z czytelnikami, kątem oka zauważyłem wtedy pracownika biura targów, który wyraźnie na mnie czekał. I faktycznie, gdy skończyłem, podszedł do mnie i uprzejmie zapytał, czy zgodzę się na krótką rozmowę na temat Targów. Powiedziałem, że owszem, chętnie, ale lojalnie ostrzegłem, że na terenie dopiero się pojawiłem i ciężko mi cokolwiek ocenić. Panu to jednak nie przeszkadzało, poprosił mnie o zgodę na nagrywanie i wykorzystanie nagrania, na co przystałem. I wtedy zaczęła się dość kuriozalna rozmowa. 


    Sprowadzała się do tego, że dostawałem kolejne pytania związane z Targami, które dość jasno sugerowały mi odpowiedzi. Pierwsze z nich dotyczyło dostrzeżonych zmian, poprawy sytuacji etc. Ostatnie tego, czy chcę nadal przyjeżdżać na Targi, czy wyobrażam sobie krajobraz polskiego rynku książki bez tak ważnej imprezy.
    Na pytania odpowiadałem szczerze i otwarcie, mówiąc o plusach, ale i minusach, o niebezpieczeństwach i o tym, że jako człowiek przez lata związany z Górnym Śląskiem, wciąż pamiętam skutki katowickich zaniedbań i tragedii z tym związanej. Pan podziękował mi za rozmowę, a zapytany, do czego to jest potrzebne, powiedział, że zbierają opinie na temat targów, zwłaszcza od autorów, którzy wyrazili swoje wątpliwości. Zgoda na wykorzystanie nagrania jest natomiast potrzebna do podsumowania skierowanego później do mediów.


    Jak się okazało, Pan – a może nie tylko on – rozmawiał później nie tylko z autorami, ale i z pracownikami stoisk, etc. Sądząc po tym, jak się uwijał, dostał spory materiał do potencjalnej analizy.
    Czy skorzystał? Czy skorzystali mocodawcy rzeczonego Pana? Trudno mi orzec, ale na pewno nie wynika to z komunikatu, jaki podsumowywał Targi. Ani z żadnego innego opublikowanego przez organizatora dokumentu. Wręcz przeciwnie, w komunikacie widać dwa cytaty, dwie odpowiedzi, w których wybrzmiewają zadawane wszystkim pytania. Dwa bardzo duże nazwiska, dwie osoby mające prawo do własnego zdania, to jasne. Zaskakująco jednak obie wypowiedzi to bezkrytyczna pochwała Targów. To obraz wydarzenia idealnego. 


    Nieomal słyszę w tle Muńka Staszczyka śpiewającego teraz: Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?
    Uważam, że absolutnie obrzydliwą i niedopuszczalną praktyką jest ta podjęta przez Organizatora, wynikiem której zdobywa on szczere wypowiedzi ludzi – szczere, mimo formy w jakiej zadawano pytania – tylko po to, by potem wybrać sobie takie, które najbardziej pasują pod gotową tezę. Można spokojnie odnieść wrażenie, że komunikat był gotowy zawczasu, z pokaźnej bazy cytatów dwa wpisały się idealnie i poszły, a reszta? Nie ma znaczenia. Kryzys nie istnieje, wszystko jest załatwione! Spacyfikowaliśmy list, pokazaliśmy, że jesteśmy najlepsi, a to wszystko wybierając spośród pisarzy tych, którzy nam pasują i mówią – podkreślam, wierzę, że całkowicie zgodnie z własnymi odczuciami – dokładnie tak, jak chcemy i jak nam pasuje.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    A może się mylę? Może po prostu kuluarowe rozmowy z autorami wywiadowanymi nijak się mają do odpowiedzi, jakich udzielili do mikrofonu? Może w rzeczywistości wszystkie wypowiedzi mówiły, że jest super i po prostu wybrano dwie najlepsze, najkonkretniejsze? Może wszyscy pisarze faktycznie mówią jednym głosem?


    Myślę, że rozwiązanie tej zagadki jest w naszym zasięgu. Może czas poprosić, by organizatorzy Targów pokazali, czy rozumieją różnicę między uczciwie robionym PRem, a propagandą. Czy jest szansa, byśmy się dowiedzieli, co poszczególni pisarze odpowiedzieli na zadane im w pośpiechu pytania? Sprawdźmy, czy rzeczywiście byliśmy tak zgodni co do tego, jak jest świetnie. Nie powinno być problemu z publikacją nagrań, w końcu każdy z nas podpisał Wam zgodę, prawda?


    Piłeczka po Państwa stronie.

    Jakub Ćwiek

  • „Każdy policjant może się bać, gdy rzucają w niego koktajlem Mołotowa”. Rozmowa z Monsem Kallentoftem

    Mons Kallentoft i Markus Lutteman stworzyli dzielnicę, która tak naprawdę nie istnieje. Przyznam się, że szukałem jej na mapie Sztokholmu, a okazało się, że jest mieszaniną kilku innych, istniejących. Lepiej się tam nie zapuszczać, chyba, że jesteście Zackiem Herrym, wtedy wszystkie chwyty dozwolone. Rozmawiamy o „Heroinie”, najnowszej książce wspomnianego już duetu, kryzysie w szwedzkiej policji, a także o Malin Fors – jej tematu nie mogło zabraknąć. No i uczymy się dodawać osiem do czterech 😉 Umówiliśmy się w miejscu, które miało imitować Stallhagen, wymyśloną dzielnicę Sztokholmu zamieszkaną przez imigrantów. Smacznego!

  • Carl Mørck zginie, czy przejdzie na emeryturę?

     

    Zanim obejrzycie rozmowę, krótkie wprowadzenie. Nasza spotkanie było zaplanowane w plenerze, ale rano okazło się, że strasznie wieje i leje. Pomyślałem więc, że autor nie ma przecież dwudziestu lat, więc nie będę go ciągał w taką pogodę po Krakowie, umówiliśmy się więc w hotelu, w którym mieszkał autor. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że Jussi Adler-Olsen jest takim profesjonalistą, że gdy się spotkaliśmy, to powiedział coś takiego: „Adam, ten deszcz by mi naprawdę nie przeszkadzał, chodźmy tam”. Zostaliśmy jednak w hotelu, ale też na schodach.

    Obejrzyjcie naszą rozmowę, a dowiecie się wielu ciekawych rzeczy. Jakich? Oto kilka przykładów. Kim byłby Jussi, gdyby nie został pisarzem? Czy jego główny bohater Carl Mørck zginie, a może po prostu przejdzie na emeryturę? Czy zdradzi ostatnie zdanie dziesiątej książki o Departamencie Q? No i co się stanie, gdy ta seria się skończy? Dowiecie się również, że nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam 😉