Kategoria: Aktualności
-
O liście, który może pomóc
To będzie krótka historia pewnego listu, który najpierw wzbudzał kontrowersje, a finalnie może pomóc. Inaczej. Wy możecie pomóc. Pamiętacie list otwarty, który Jakub Ćwiek napisał do Remigiusza Mroza? Część z Was pewnie tak, ale jeśli jednak nie, to przeczytajcie (klik). Po tym tekście w sieci zawrzało, komentowali go obrońcy Mroza oraz sympatycy Ćwieka. O liście napisało sporo portali, temat żył jeszcze przez dłuższy czas. Dlaczego o tym przypominam?
Dlatego, że później Remigiusz Mróz wysłał Kubie książkę z dedykacją. Tak, tę na zdjęciu poniżej.

„Dla Kuby z wyrazami miłości (raczej mroźnej niż gorącej)”. No i podpis Remka. Jak doskonale wiecie, zbliża się 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, więc Kuba zdecydował się przekazać tę książkę na aukcję. Mam nadzieję, że zarówno fani Mroza, jak i nienawidzący Ćwieka wzniosą się ponad podziały i tym razem ramię w ramię pomogą potrzebującym. Chcecie licytować? Kliknijcie tutaj.
Przypomnę tylko, że wciąż trwają inne aukcję pod szyldem smakksiazki.pl. Cena tarczy z autografem Chrisa Cartera przekroczyła już 100 złotych (klik), książki „Opowiem Ci o zbrodni” z autografami autorów – 80 złotych (klik), a przekazanego przez Przemka Semczuka egzemplarza „Wampira z Zagłębia” z autografem i dedykacją dla zwycięzcy – 81 złotych (klik).
To nie koniec, bo wkrótce pojawią się kolejne aukcje – gigantyczna okładka książki podpisana przez Cezarego Łazarewicza oraz…niech to na razie pozostanie tajemnicą.
-
Bestsellery Empiku, czyli quo vadis czytelniku?
Zbliża się kolejna gala Bestsellerów Empiku, dziś ogłoszono nominacje. Tak je sobie przeglądam, no i myślę, gdzie wszyscy popełniliśmy błąd? Czemu swoimi portfelami głosujemy na książki, które powinny zalegać głęboko w magazynach, bo ich wartość literacka jest na poziomie atrakcyjności ekologicznej Warszawy, Śląska i Krakowa razem wziętych? Żeby była jasność, wśród nominacji są też książki, po które warto sięgnąć. Szkoda, że wygrają te, które niczego do Waszego życia nie wniosą.
Żeby była jasność. To nie jest tak, że władze Empiku powiedziały sobie: „ w tym roku nominujemy te książki, i co nam pan zrobisz”? Nie. Te książki znalazły się tutaj dzięki nam wszystkim. Po prostu kupiliśmy ich na tyle dużo, że znalazły się wśród nominowanych. Kategoria pierwsza lepsza z brzegu, literatura polska. Spójrzcie sami.

fot: materiały prasowe Matko i córko. Widzicie to? Babka, która pokazuje cycki i przyznaje, że jest grafomanką, a my tego kupiliśmy kilkaset tysięcy egzemplarzy. Do tego piosenkarka oraz facet, który książki wydaje hurtowo, bo w zeszłym roku siedem. Umówmy się też, że „Czerwony pająk” nie jest najlepszą książką Kasi, więc patrząc na to na chłodno, to wszystkich powinien wciągnąć Vincent Severski. Nie wciągnie, bo wszystko na to wskazuje, że wygra znana piosenkarka, która jest też nominowana w kategorii „wydarzenie roku” (?!).
Lećmy dalej. Literatura faktu. Tu już jest jazda bez trzymanki, bo wszystkie znaki wskazują na to, że w tej kategorii wygra Kuba Wojewódzki. Nie Cezary Łazarewicz, nie inny kapitalny reportaż, nie Magda Grzebałkowska. Kuba Wojewódzki. Z pozostałych nominowanych czytałem tylko Hawkinga, ale większość z nas wolała wydać kasę na opowieści dziwnej treści celebryty z telewizji.

fot: materiały prasowe Chyba jedyna kategoria książkowa, której zwycięzcy nikt się nie będzie wstydził, to literatura zagraniczna. Tutaj pewnie wygra „Tatuażysta z Auschwitz”. Jednak żeby nie było za różowo, to kliknijcie tutaj i przeczytajcie materiał o rzekomych przeinaczeniach i przekłamaniach w tekście książki.

fot: materiały proasowe Jest jeszcze kategoria książek dla dzieci, a także dla młodzieży. Tak, jest nominowana Nela, która jeśli wygra, to chyba trzeci raz z rzędu. Warto wspomnieć o tym, że w kategorii wydarzenie roku nominowany jest Booker dla Olgi Tokarczuk, ale pewnie i tak przegra z Dawidem Podsiadło.
Mam wrażenie, że w zeszłym roku wygrały o wiele lepsze tytuły. „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego, „Początek” Dana Browna, czy „Macierewicz i jego tajemnice” Tomasza Piątka.
-
Styczniowe fajerwerki. Oto one
Cześć i czołem! Pewnie zastanawiacie się, na które tytuły wydać w styczniu pieniądze. Żebyście nie szastali biletami Narodowego Banku Polskiego w ciemno, to wybrałem dla Was kilka wartościowych, według mnie, premier. O niektórych jeszcze usłyszycie, bo smakksiazki.pl jest ich patronem medialnym. Reasumując – gdybym miał wydać na coś pieniądze, to pewnie w styczniu wydałbym na kilka rzeczy z poniższej listy. No to łapcie! Gdy klikniecie na okładkę, to przeniesiecie się na stronę, na której przeczytacie szczegółowe opisy.
-
„Kończę z pisaniem o seryjnych mordercach”
Już w lutym premiera najnowszej książki Przemysława Semczuka, czyli „M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa”. Co najbardziej wstrząsnęło autorem przy pisaniu? Czy Kota można było ująć wcześniej? Dlaczego kończy z pisaniem o seryjnych mordercach? Tego dowiecie się z romowy, ale dowiecie się też o książce, która ukaże się w 2020 roku. Smacznego!
Był „Wampir z Zagłębia”, teraz napisałeś książkę o „Wampirze z Krakowa”. Teraz już chyba ostatecznie udowadniasz, że jesteś ekspertem od seryjnych morderców?
Był jeszcze „Kryptonim Frankenstein” i „Czarna wołga”, w której też jest sporo o seryjnych. Wychodzi na to, że faktycznie jestem. Może nie ekspertem, ale specjalistą. Bo opisując te postacie musiałem poznać też innych seryjnych. I to nie tylko polskich.
Karol Kot był oskarżony o zamordowanie dwóch osób, 10 prób zabójstwa oraz cztery podpalenia. Te liczby robią jeszcze na Tobie wrażenie? A może na tle swoich „kolegów po fachu” wypada blado?
Wrażenie? Zależy w jakim sensie. Bo znam osoby, które mówiąc kolokwialnie „jarają się” seryjnymi i ich „osiągnięciami”. To chore moim zdaniem. Ja do tego podchodzę czysto zawodowo. Nie robię rankingu, który z nich był „lepszy” i którego by tu opisać. Tu liczy się historia. Przykładowo Bogdan Arnold, śląski morderca prostytutek. Tu nie ma historii. Tu jest psychopata sadysta, który gwałci, morduje i z odrażającą determinacją ćwiartuje zwłoki aby się ich pozbyć. W tym nie ma nic ciekawego dla zwykłego czytelnika. To może być casus dla psychiatrów, psychologów czy policyjnych profilerów. Kot to co innego. To naprawdę ciekawa historia. Słyszałem o niej wiele razy. I wydawało mi się, że wiem o co chodzi. A gdy zacząłem badać sprawę okazało się, że nic nie wiedziałem. Każdy dzień to było okrycie. Czasem takie, że naprawdę byłem zaskoczony. Tu nie chodzi o morderstwa. Książka pokazuje pracę milicji, pokazuje Kraków w latach 60., jego mieszkańców. Świat, którego nie ma. To jest tło dla mordercy. Bardzo złożonej postaci. Zdradzę ciekawostkę. Na proces Karola Kota wejściówkę miała Wisława Szymborska. Wygląda na to, że przyszłą noblistkę interesowała ciemna strona mocy.
Co Tobą najbardziej wstrząsnęło przy pisaniu książki „M jak morderca”?
Zeznania Karola. Gdy zaczął mówić. To jak mówił o ofiarach i z jaką precyzją opisywał morderstwa. I nie tylko. Bo chyba bardziej makabryczne są plany które snuł. Z tego powodu trzy rozdziały musiałem opatrzyć ostrzeżeniem, że treść jest drastyczna. Trzy dni czytałem protokoły przesłuchań Kota. A potem przez tydzień musiałem odpocząć od niego. Nie wiem co powiedzą Czytelnicy, którzy zaczytują się w kryminałach o seryjnych mordercach. Uświadomią sobie, że te zmyślone postacie wypadają naprawdę blado na tle prawdziwego seryjnego. I nic dziwnego, bo autorzy powieści nie są w stanie wymyślić takich rzeczy. Bo człowiek normalny tego nie pojmuje.
Czy Kota milicja mogła złapać wcześniej? Mówię tu, np. o zeznaniach taksówkarza, które nie zostały wzięte w ogóle pod uwagę.
Często słyszę to pytanie. Mnóstwo osób wyraża takie oskarżenie pod adresem milicji. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo to akurat jeden z elementów układanki. Mogę tylko powiedzieć, że takie twierdzenia wysuwają osoby, nie mające pojęcia o pracy operacyjnej policji. Mówię świadomie policji, bo praca operacyjna niewiele się zmieniła. W książce podaję przyczynę, dla której pominięto zeznanie taksówkarza, precyzyjniej portret pamięciowy, który opowiedział. Popełniono błąd. Nawet serię błędów. Ale tak to wygląda w praktyce. To gra. Chodzi o to by sprawca popełnił ich więcej. Ale on ma przewagę nad śledczym. Bo on zna zasady, śledczy idzie po omacku. Moim zdaniem to jest historia na niesamowity film w stylu „Mind Hunter”.
Czy to prawda, że młody Karol jeździł z rodzicami na wakacje do Pcimia, gdzie asystował przy zabijaniu cieląt? Jak to na niego wpłynęło?
Znowu istotny szczegół z książki. Powiem tylko, że dzwonią w kościele, ale nie wiemy w którym. Albo lepiej będzie pasował dowcip o Radiu Erewań, które podało, że w Moskwie na Palcu Czerwonym rozdają żiguli. Owszem w Moskwie i na Placu Czerwionym, ale nie rozdają, a kradną. I nie żiguli a rowery.
Premiera Twojej książki już 13 lutego. Kiedy możemy spodziewać się historii kolejnego seryjnego mordercy?
Nigdy. Wystarczy. Mam tyle innych ciekawych historii do opisania, że seryjnych można już zostawić w spokoju. W kwietniu wychodzi książka „Wybrałem Pol(s)kę”, o imigrantach w czasach PRL. W maju „To nie przypadek”, powieściowa kontynuacja „Tak będzie prościej”. Już pracuję nad powieścią „Cyklon”, opartą o prawdziwą historię esesmana z Auschwitz, która pojawi się na początku 2020 roku. Są też spotkania z Czytelnikami. 8 marca będę w Karpaczu, 21 marca w Lublinie na Kryminalnym Czwartku Radia Lublin. A dalej już z górki. Piła, Wrocław itd. aż do Grandy. I pracuję jeszcze nad nowym projektem, który wystartuje we wrześniu. Będzie gratka dla „kryminalistów”, będzie sporo kryminalnych historii w innej formie.

-
„Literatura, krytyka i personalia”, dr Krzysztof Łęcki podsumowuje rok
Kiedy czytelnik liczy sobie więcej niż pół wieku to zwykle niewiele go w świecie literatury jest w stanie zaskoczyć. W grę wchodzą co najwyżej niespodzianki. Przyjemne albo nieprzyjemne. Zanim jednak przejdę do niespodzianek podsumuję w jednym zdaniu moje rewizje klasyki – opowiadania Jorge Luisa Borgesa przetrwały próbę czasu, „Sto lat samotności” nie. „Proces” Franza Kafki – tak; „Dżuma” Alberta Camusa znudziła mnie raczej – mógłbym takie pary potwierdzeń i rozczarowań wyliczać. Ale przejdźmy od historii literatury do miłych i niemiłych literackich niespodzianek współczesności.
Otóż taką miłą niespodzianką okazała się dla mnie powieść Laurenta Bineta „Siódma funkcja języka” (WL Kraków 2018). Na jej okładce znalazło się miejsce dla informacji, że książka została nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera 2018, a także intrygujące pytanie „Kto zabił Rolanda Barthesa?” (znanego semiologa i krytyka literackiego). Bookera 2018 przyznano, jak wiadomo, Oldze Tokarczuk, za powieść „Bieguni”, ale w przypadku świetnej skądinąd powieści Bineta zastanowiło mnie – paradoksalnie – jak w ogóle trafiła ona listę powieści nominowanych do tak prestiżowej nagrody? Bo, tak po prawdzie, dla kogo jest ta powieść? Kim jest jej wirtualny (w rozumieniu literaturoznawczym) czytelnik? Przez wiele lat prowadziłem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Śląskiego seminarium „Postmodernizm – kultura – społeczeństwo”, toteż, chociażby z tego powodu stosunkowo łatwo było mi bawić się parodiowaniem mód intelektualnych Paryża i okolic drugiej połowy XX wieku. Nie tylko dlatego, że czytałem napisane przez wyrosłe z tej mody teksty – ale, tuszę, także dlatego, iż mam do nich pewien szczególny dystans. Roland Barthes, Michel Foucault, Jacques Derrida, Umberto Eco, Jacques Lacan…
To rzeczywiście był specyficzny (i wpływowy) „mały światek”. Pisząc o nim Alain Besancon tak wspomina seminarium Lacana: „Trzeba było przyjść dużo wcześniej, gdyż aula szybko się zapełniała. /…/ Zaczynał mówić. Z pewnością była w tym jakaś sztuczka, od dawna dopracowana, którą opanował do perfekcji, ale teraz wychodziło mu to już samo przez się, jak gdyby było jego naturalnym sposobem mówienia, i zresztą z czasem nim się stało. Melanż Mallarmego, Heideggera, żargonu khagn, przetykany zwrotami niemieckimi – w języku, którego nie znał, ale który służył do wypunktowania jego wykładu, podbudowania go wyższym autorytetem, przerywany także swojego rodzaju pochrząkiwaniem, które powracało niemal przy każdym zdaniu, płynął godzinami. Publiczność była zahipnotyzowana”. /…/ Obok mnie pewien psychoanalityk /…/ skonstruował specjalny tachigraf, aby zarejestrować każde słowo. >>Jeśli przeoczę choć słowo – mówił poważnie – ucierpi na tym moja praca z całego tygodnia<<”.
Czy uczestnicy Lacanowskich seminariów (i w ogóle – czytelnicy Lacana) umieliby stawić czoła fragmentowi „Siódmej funkcji języka”? Sprawdźmy: oto ktoś „/…/ cytuje Lacana, który podobno gdzieś powiedział: – >>Nazwa jest czasem przedmiotu<<. /…/ czy nie można by równie dobrze powiedzieć, że >>czas jest nazwą przedmiotu<< albo >>czas jest przedmiotem nazwy<< czy wreszcie, albo po prostu >> nazwa jest przedmiotem czasu<<. Ja sam jestem przekonany, że tak. Umieliby.
A jak się to czyta (czytało) w Polsce? Jakoś przypomniało mi się to, co profesor Bronisław Łagowski pisał o „Archeologii wiedzy” Michela Foucaulta: „Z księgarń zniknęła błyskawicznie i jestem głęboko przekonany, że wszystkie te dziesięć tysięcy egzemplarzy będą dokładnie przeczytane, niektóre zapewne nawet po kilka razy. /…/ . Życie niejednokrotnie naśladuje literaturę i tak jest w tym wypadku. dziesięć tysięcy polskich inteligentów nad >>Archeologią wiedzy<< M. Foucaulta to tryumf groteskowych pomysłów Sławomira Mrożka nad rzeczywistością”.
Powieść Bineta jest w pewnym sensie powieścią uniwersytecką, ale usytuowaną gdzieś na pograniczu jej postaci klasycznej [Kingsley Amies („Jim Szczęściarz”), Malcolm Bradbury („Homo historicus”), David Lodge („Zamiana”, „Mały światek”, „Fajna robota”)] i powieści sensacyjnej osadzonej w uniwersyteckich realiach (Robert Ludlum „Manuskrypt Chancellora”). Charakter pokazanych w niej tajnych stowarzyszeń nawiązuje do „Klubu Dumasa” Artura Perez-Reverte. Zresztą i w powieści hiszpańskiego powieściopisarza, i u Bineta ich członkiem okazuje się Umberto Eco; nawiązania do „Imienia róży” tego ostatniego znajdzie czytelnik w „Siódmej funkcji języka” („jego umysł błądzi przez chwilę nawiedzony wizją otrutego mnicha”, s.239). Inne odniesienia nie są może aż tak bardzo oczywiste – i tak pozytywne „oszczędzę wam całego tego >>kopiuj-wklej<< z Wikipedii: miejski pałacyk zaprojektowany przez takiego a takiego architekta włoskiego dla takiego a takiego biskupa z Bretanii itd.” s. 45 – zdaje się odsyłać wprost do pisarskich praktyk Dana Browna). Część odniesień ma charakter polityczny – jak choćby aluzja do przyszłego, jeśli idzie o czas powieściowy, zamachu na Jana Pawła II czy magiczno-językoznawczej pomocy udzielonej Barakowi Obamie, która umożliwiła mu zdobycie Białego Domu. Czytelnik skojarzy też pewnie paralele pomiędzy losami głównego bohatera powieści Bineta, młodego semiologa Simona z autorem „Don Kichota” Miguelem Cervantesem – obaj tracą rękę w dramatycznych okolicznościach… Takich literackich i politycznych śladów jest w książce Bineta znacznie więcej, a sama fabuła też jest warta uwagi. Nie tylko na swój sensacyjny wątek, ale także przez przenikanie się zdarzeń rzeczywistych (ot, choćby, wybory prezydenckie we Francji w roku 1981: Francois Mitterand i Giscard D’Estaing) i literackiej fikcji (dramatyczna śmierć Jacquesa Derridy w tymże 1981).
Dobra, gdzie Paryż, Bolonia, Wenecja, Ithaca i gdzie Rzym, a gdzie Krym… Przejdźmy do Polski 2018. Nie będę pisał o książkach (choć kilka z nich rozczarowało mnie dotkliwie, jak chociażby „Państwo teoretyczne” Bartłomieja Sienkiewicza, to dość słaba publicystyka) ale o pewnej niemiłej przygodzie z literaturą związanej. Bo choć rzeczywistość literacka zaskakuje mnie, jako się rzekło, raczej rzadko, to tym razem jednak jakoś zaskoczyła. Nieprzyjemnie. Otóż latem tego roku miałem okazję przeczytać w „maszynopisie” świetne „Królestwo” Szczepana Twardocha. Jeszcze przed wydaniem powieści Twardocha wysłałem autorowi w formie żartu klisze dwu recenzji – pozytywnej i negatywnej jego powieści. Czytając później entuzjastyczne niemal recenzje w „Newsweeku” czy „Polityce” miałem okazję sprawdzić, jak niewiele się pomyliłem, gdy idzie o wychwycone przez recenzentów pozytywy. Co do recenzji negatywnych to operowały łatwo przewidzianymi przeze mnie argumentami. Przewidzianymi, bo krytycznoliteracka „zła wiara” operuje zwykle nader uproszczonym polem skojarzeń i dość skąpym pojęciowym instrumentarium. Niemniej jednak w dwu recenzjach uderzył mnie ton, którego na pewno ani nie przewidziałem, ani się nie spodziewałem. Jeden z recenzentów („Rzeczpospolita”) pisze z ostentacyjną bezradnością: „Tylko znawcy kobiecej duszy mogą powiedzieć, dlaczego czytelniczki przychodzące tłumnie na spotkania z pisarzem tolerują fakt, że kobiety u Twardocha robią wrażenie głupich i ograniczonych do roli seksualnego mięsa, które bije się i gwałci. To tak jakby – używając obrazowania z czasów, gdy rozgrywa się powieść – Żydzi pchali się na wiece Hitlera po wprowadzeniu ustaw norymberskich. Królestwo temu, kto wie, co sobie Twardoch wyobrażał, jakie świerszczyki i filmy oglądał /…/”. Cóż za układy odniesień… Doprawdy, nie wiem, co czyta (i ogląda) recenzent „Rzepy”. Tyle, że nawet najbardziej płytka psychoanaliza nie wydaje się tu specjalnie potrzebna. Drugi z recenzentów („dwutygodnik.com”) przedstawia się jako (w zamierzeniu pewnie kokieteryjnie, bo też i nie raz) „żerujący pasożyt literatury, który pisze jadem zawiści”… Tyle, że kokieterii w tekście nie staje, za to pasożyt strzykający jadem zawiści widoczny jest w każdym zdaniu.
No właśnie – Roland Barthes przyrównał kiedyś w wywiadzie dla „Le Nouvel Obsevateur” funkcję intelektualisty do ludzkich odchodów. Nie śmiem podejrzewać recenzentów „Królestwa” o brak oczytania. Ale widać niektórzy z nich wzięli uwagę Barthesa chyba jednak zbyt dosłownie.
Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykłada na Uniwersytecie Śląskim.
-
Najlepsze książki zeszłego roku. Subiektywnie
Oczywiście, ta lista mogła mieć 40, 50, 60 pozycji. Zrobiłem jednak mocną selekcję, której efektem jest poniższe zestawienie. Zaznaczam, że jest ono całkowicie subiektywne, a kolejność książek – losowa. Po prostu całą trzydziestkę polecam z czystym sumieniem każdemu. Oczywistym jest, że nie przeczytałem wszystkiego, co się w ubiegłym roku ukazało na rynku. Co więcej, nie przeczytałem też sporo tych książek, które przeczytać wypada. Nie przedłużając, przedstawiam Wam moje TOP 30 zeszłego roku. Smacznego.


























-
Piotr C. – „#To o nas”. Chociaż bardziej pasowałoby „#Błagam, niech to nie będzie o nas”
Witajcie. Na wstępie wypadałoby Wam wytłumaczyć kim jestem i skąd się tu w ogóle wziąłem. Jestem stand-uperem, zajmuję się komedią od czterech lat. Podróżuję po całej Polsce ze szlachetną misją rozbawiania gawiedzi i umilania życia ludziom. Kiedy Adam zaproponował mi napisanie tego felietonu, co oczywiste, zgodziłem się od razu. Najwidoczniej uznał, że skoro na scenie nie ma dla mnie tematów tabu, to i tutaj sobie poradzę. No bo przecież całe życie z nosem w książkach, w mieszkaniu mam całkiem niezłą biblioteczkę, lubię czytać. A do tego zero cenzury. Miodzio. I jeszcze mogę zmieszać kogoś z błotem? Gdzie mam się podpisać?
Zaakceptowałem propozycję, lecimy. No i bum – strzał w potylicę. O czym ja w ogóle chcę pisać? Dobra, szybki przegląd biblioteczki. Co ostatnio czytałem? No niby „Silmarillion”, po raz szósty w życiu. Brawo, Jakub. Napisz o książce sprzed 50 lat, dobry początek. Czytelnicy z pewnością Cię polubią. Pewnie to przez problemy z dzieciństwa teraz jesteś taki zjebany. Ok, czas na szybki research w Internecie. Co tu nowego wyszło? „#To o nas”, autor – Piotr C. No to będzie dramat, po samym fanpage „Pokolenie Ikea” wiadomo, że to idiotyzmy są. A może w ogóle weź to pierdol i pograj w grę. Huehue, jaką? No wiadomo, że „Tomb Raider”. Albo życiem się zajmij, karierą, prawdziwymi ludźmi. Miłości przecież Ci potrzeba, to jest wartość najwyższa. Dobra, nie ma co pierdolić kotka za pomocą młotka, szybki wypad do Empiku po książkę, po drodze kawa w Costa Coffee, bo przecież nie jestem jakimś jebanym złodziejem-prawnikiem albo Instagramową modelką, żeby pić w Starbucksie. Po powrocie do domu szklanka whisky i można czytać. Jeszcze jakaś fajna dupa na kolanach by się przydała…
Odrzuca Was powyższy akapit? To wyobraźcie sobie, że tak właśnie jest napisane „#To o nas”. Czterysta jedenaście stron takiego stylu, starych memów, powiedzonek, kawałów, przejść pomiędzy pragnieniem miłości i „ruchanka”, oraz, co oczywiste, rzucanie „kurwami” na prawo i lewo. Styl jest fatalny, już pierwsze 40 stron tej książki sprawiało, że chciałem sobie wydłubać oczy. Ale zacisnąłem zęby i przetrzymałem. Później musiałem jeszcze wyłączyć ośrodek mózgu odpowiedzialny za znajomość memów i kawałów opowiadanych przez lekko podpitych wujków na weselu w remizie i gdy to zrobiłem, wreszcie jakoś poszło. Żebyśmy mieli jasność. Nie mam nic do wulgaryzmów, sam używam ich na scenie, tylko, że one powinny spełniać jakąś rolę, mieć swoją funkcję. Tutaj jedynie robią z postaci prostaka, ewentualnie działają jako zapychacz. Może też wizją autora było, żeby szokowały? Ja nie wiem, czy po „Wojnie polsko-ruskiej” wszyscy stwierdzili, że pokazywanie prostaków w literaturze to jest droga do sukcesu?

Szanowni Państwo – George Best. Nie Piotr C.
Autorem jest tajemniczy Piotr C. Gość, który nie pojawia się w telewizjach śniadaniowych, na ściankach, nie ustawia się z Pudelkiem na sesję z kupowania bułek bez ziarna (za to z glutenem!!) w pobliskiej Żabce. Przeczytałem kilka wywiadów z nim i z bólem muszę przyznać – to jest całkiem ogarnięty typ. Z drugiej strony, gdyby był komikiem, to byłby tym gościem, który wchodzi na scenę i zaczyna opowiadać o masturbacji i sraniu chcąc tylko i wyłącznie szokować. Znam już kilku takich gości i chyba niepotrzebny mi kolejny. Mimo wszystko Piotr C. ma pomysł na siebie i wizję otaczającego nas świata, próbuje tę wizję zaserwować w formie książki. To jest właśnie mój główny problem z „#To o nas” – autor opisuje tam trzydziestolatków, ludzi z którymi, chociaż jestem nieco młodszy, pokoleniowo mogę się utożsamiać ale są tak drastycznie inni niż ja czy moi znajomi, że absolutnie nie czuję, żeby była to książka o nas. Przyjrzałem się też fanpage „Pokolenie Ikea”. Jeśli miałbym go do czegoś porównać to najbliżej byłoby mu do… „Bravo”. Pamiętacie? „Drogie Bravo, mam na imię Krysia, mam 14 lat i ostatnio spojrzałam na chłopaka z klasy. Czy jestem w ciąży?”. „Bravo” upadło, Krysia dorosła i pisze teraz do Piotra C., a potem z wypiekami na twarzy czyta krytykę współczesnego świata, mężczyzn i relacji. Żyjemy w dobie coachingu, samozwańczych guru życiowych i obsesyjnego naśladowania Paolo Coelho. Na każdym kroku możemy przeczytać, że „życie jest jak deska. Możesz z niej coś zbudować, albo pierdolnąć w nią czołem. Tylko od Ciebie zależy, w którą stronę pójdziesz. Zapłać 50 złotych za internetowy kurs życia”. Piotr C. idealnie się w ten nurt wpisuje. Tylko błagam, chociaż papieru na to nie marnujmy, szkoda drzew.

Chciałbym, żeby to był jedyny taki przykład z tej książki.
Bohaterami „#To o nas” są Krzysztof i Agata. Nie znają się, mieszkają na tym samym osiedlu, oboje są młodymi prawnikami. On – nałogowy gracz na konsoli, onanista, niezgrabny w kontaktach z kobietami. Ona – cyniczna, świadoma własnej urody i inteligencji, przestająca wierzyć w miłość. On ma przyjaciela, nałogowego „ruchacza”, który ma żonę, ale notorycznie ją zdradza, myśli tylko o seksie, nie cofnie się przed niczym dla dobrania się do majtek. Ona ma przyjaciółkę – „blacharę”, która zna ceny i osiągi każdego samochodu, marzy o znalezieniu bogatego faceta i tkwi w toksycznej relacji w której jest wykorzystywana (a właściwie sama daje się wykorzystać). W skrócie – pieprzyć uczucia, liczy się hajs, albo dupy.Do tego oboje mają oczywiście problemy z rodzicami. Krzysiek i Agata próbują pokazać, że są inni niż ich bliscy. Tylko jakoś tak nie wyszło. Rozumiem po co wprowadzono te postaci, ale czy naprawdę tacy jesteśmy? Czy to jest diagnoza naszego pokolenia? Pozostanę idealistą i będę wierzyć, że odpowiedź brzmi „nie”. Mam wrażenie, że Piotr C. jest typem, który byłby w stanie uwierzyć, że koty perskie mają płaskiego nosy, bo widział na Youtube filmik z kociakiem, który rozpłaszcza się na ścianie (swoją drogą – polecam, mogę napisać tysiąc żartów, a i tak nie wymyślę nic lepszego). Piotr C. po prostu wziął sobie kilka przykładów, przejaskrawił je i uczynił z nich obraz całego pokolenia. Dowód anegdotyczny traktuje jako fakt, mem staje się prawdą , a słowo ciałem. Taki Patryk Vega, tylko w wersji blogowo-książkowej. Może połączą siły w przyszłości? „Patryk Vega i Piotr C. przedstawiają: „Słoneczko. Gimnazjalna opowieść.”
Głównym motywem w „# To o nas” jest samotność. Żyjemy szybko, poznajemy się na chwilę, mamy problem z budowaniem długotrwałych relacji. Kończymy studia, robimy aplikacje, praktyki, staże, karierę i budzimy się z myślą: „po co? Dla kogo to wszystko?”. I to prawda, że nasze pokolenie ma ten problem, ale czytając przemyślenia bohaterów nie mogłem się powstrzymać od myśli, że sami są sobie winni. Jeśli wchodzisz do gry i akceptujesz jej zasady, to nie dziw się, że możesz przegrać. Poszukiwania miłości i sensu życia obarczone są prawdopodobieństwem tego, że wiele razy będziemy cierpieć, ale to nie oznacza, że świat jest zły. A Piotr C. przedstawia go jako miejsce bez nadziei, prawdziwej miłości i szczęścia.
Nie ukrywam że zabierając się za czytanie tej książki miałem już gotową tezę, że gniot, że gówno, że semi-coachingowe łajno i (ponownie z bólem) cholerny Piotr C. tę tezę mi rozbił. Nadal uważam, że postaci są przejaskrawione, styl woła o pomstę do nieba, fabuła jest napisana w połowie przez memy i przaśne kawały (ktoś tu wisi hajs wieeeelu internautom).
A jednak w trakcie czytania dotarłem do punktu, w którym naprawdę interesowało mnie co się stanie z Krzyśkiem i Agatą. Autorowi udało się mnie naprawdę zaciekawić. Miałem swoje typy odnośnie tego jak te historie się skończą. I co? I gówno. Oczywiście Piotr C. wszystko schrzanił, zostawiając mnie ze świdrującym głowę pytaniem: „dlaczego tak?”.Gdyby ten gość był autorem „Harry’ego Pottera”, to Harry olałby Voldemorta dla grania na konsoli, Hermiona zamiast zaliczania egzaminów zaliczałaby kolesi, a Ron (skoro rudy to przecież wiadomo, że wieczny prawiczek, nie?) cały czas bawiłby się różdżką (if you know what I mean).„#To o nas” to książka… słaba. Po prostu, jeśli nie jesteś osobą która lubi gadać, że to świat jest zły, jeśli wiesz, że można mieć dobry seks, dobry związek i dobre przyjaźni, to niczego nowego z tej książki się nie dowiesz. Możesz ją przeczytać po to, żeby powiedzieć sobie: „ufff, to nie o mnie”. Świetne uczucie, polecam. Albo podejdź do niej bez tezy, może nawet wciągną Cię losy Krzyśka i Agaty i po skończeniu zapewne zapomnisz o tym dziele. Na okładce tej książki napisano, że to „niepokojąca i drażniąca do bólu diagnoza współczesnych relacji”. I tutaj częściowo się zgodzę, zostawiłbym tylko „drażniąca do bólu”.To mogłaby być dobra książka, naprawdę. Jedyne co bym zmienił, to tylko fabułę, bohaterów, język i świat przedstawiony.
„#To o nas” idealnie wpisała się w mój nastrój przedświąteczny, bo dała mi nadzieję. Nadzieję na to, że nie jest ze mną tak źle. Jeśli i wy tego potrzebujecie to zachęcam do przeczytania. W przeciwnym wypadku lepszym wyborem będzie… nie wiem… cokolwiek innego?
Jakub Poczęty-Błażewicz
-
„Krok w stronę czytelnika”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza
Tuż przed świętami udzielałem wywiadu Marcinowi Ryszce z internetowego radia Weszło.fm. I po raz kolejny próbowałem niezgrabnie wyjaśnić, dlaczego martwi mnie niskie czytelnictwo. Odpowiedź na to pytanie mam w głowie. Kiedy o tym myślę, wszystko wydaje mi się jasne. Ale kiedy tylko zaczynam o tym mówić, zaczynam się plątać i mam wrażenie, że udaje mi się wypowiedzieć tylko połowę tego, o co mi chodzi. W najlepszym razie.
Generalnie daleko jestem do jakiegoś fetyszyzowania czytelnictwa. Jasne. Czytanie rozwija. Zwiększa słownictwo, ćwiczy koncentracje, zdolności analityczne, stajemy się dzięki niemu bardziej empatyczni. Wreszcie, książki to ciągle jeden z najbardziej efektywnych sposobów przekazywania wiedzy, jaki do tej pory wymyślił człowiek. Słowem, czytanie czyni nas lepszymi. Ale to nie jest powód, dla którego ilekroć czytam statystyki Biblioteki Narodowej (6 na 10 dorosłych Polaków w poprzednim roku nie przeczytało dosłownie NIC) po plecach przechodzi mi dreszcz niepokoju. Bo to też nie jest tak, że każdy kto czyta z automatu staje się kimś mądrym. Każdy z nas zna w końcu co najmniej jednego oczytanego idiotę. Książki są szansą na to, żeby stać się kimś lepszym. Nie każdy z niej skorzysta.

www.usnplash.com/Jessica Ruscello Powód mojego niepokoju jest inny. Głęboko wierzę, że literatura jest fundamentem tego, w jaki sposób opowiadamy, tłumaczymy sobie otaczający nas świat. I jeśli nie będziemy czytali, nie będziemy potrafili rozmawiać o tym, co nas otacza. Zabraknie nam po prostu języka w gębie. Nie będziemy w stanie stworzyć ani zrozumieć żadnej bardziej skomplikowanej opowieści, a świat staje się właśnie z roku na rok bardziej skomplikowany!
Ale to nie będzie kolejny felieton o tym, jak jest źle. To będzie tekst o, górnolotnie rzecz mówiąc (ale kiedy być górnolotnym, jeśli nie pod koniec roku?!) mojej wewnętrznej misji, pisarskim obowiązku. Bo od pewnego czasu towarzyszy mi poczucie, że muszę coś zrobić, żeby było choć odrobinkę lepiej. Droga do większego czytelnictwa w Polsce będzie długa, będzie trudna i będzie skomplikowana. Nie ma jednego spektakularnego rozwiązania. Jest tysiące niewielkich kroków, które trzeba wykonać. Jeden z nich musimy wykonać my – pisarze. A konkretnie, powinniśmy spróbować wyjść do ludzi. Pokazać im, że czytanie może być czymś fajnym, interesującym. Że może być alternatywą dla gier komputerowych czy netflixa.
Osobiście ucieszyłem się, kiedy Szczepan Twardoch został najpierw ambasadorem Mercedesa, a potem twarzą banku Raiffasen. Nie dlatego, że, jak powiedział znajomy pisarz, skoro przyszli do niego, to może kiedyś przyjdą też do nas, ale dlatego, że skoro pojawił się w telewizji, to może ktoś nieczytający sięgnie kiedyś po jego książki. Tak z ciekawości, o co takie wielkie halo, że aż go do reklamy biorą. Ale też wielką radość w swoim czasie sprawił mi Robert Ziębiński, zapraszając mnie do sesji modowej do „Playboy’a”. Mnie i jeszcze kilku innych pisarzy. Znowu, nie dlatego, że moim marzeniem było trafić na rozkładówki magazynu dla panów, ale dlatego, że Robert zaproponował coś nowego i świeżego. Powiedział czytelnikom „Playboy’a” – patrzcie, tutaj są panowie pisarze. Mnie się wydali na tyle interesujący, że wsadziłem ich w drogie ciuchy i obfotografowałem. I co wy na to?

www.unsplash.com/Les Anderson Wreszcie literacki stand-up w „Big Book Cafe”, gdzie opowiadałem o „Lalce” Bolesława Prusa. Do występu na tej imprezie przekonała mnie tak naprawdę idea stojąca za tym cyklem. Pomysł, że o literaturze, nawet tej poważnej, można próbować rozmawiać w sposób lekki, luźny i zabawny. Bez napinania się i intelektualizowania (na które też jest miejsce, ale może w innych okolicznościach).
I znowu mam wrażenie, że to co w mojej głowie było czytelne i jasne, teraz się trochę rozlazło i straciło na ostrości. Sens jest taki, także my pisarze powinniśmy wykonać pewien wysiłek i spróbować wyjść do tych ludzi, którzy czytają niewiele lub prawie wcale. Zachęcić ich. Pokazać, że warto może sięgnąć po książkę.
A może Państwo mają jakieś pomysły, jak to zrobić?
Wojciech Chmielarz















