Kategoria: Aktualności

  • Filipika z historią. Model do składania

    Zmień zupełnie imię i nazwisko – myślałem sobie. – Tak będzie lepiej. Będziesz miał odtąd dwa dowody osobiste, jeden prawdziwy, drugi ten.

    Tydzień temu zatrzymaliśmy się na wykopanej spod ziemi płycie Milesa Davisa „Dig” i historii, według której Leopold Tyrmand miał z niemieckim żołnierzem słuchać jazzu w ogarniętych wojną Niemczech. Drugi felieton warto zacząć w tym tygodniu od pytania: co polski Żyd robił podczas wojny w Niemczech?

    Tytułem wstępu. Czym właściwie jest dla nas historia? Niech pytanie towarzyszy nam aż do ostatniej linijki tego tekstu, swoistej filipiki z historią.

    Bez względu na to, ile dowodów mamy w ręku, zawsze korzystamy z „luksusu perspektywy dystansu”. Historia Tyrmanda zaczyna się w połowie lat 50. w takim samym sensie, w jakim historia Polski zaczęła się od Chrztu w 966. Oczywiście, że było coś wcześniej! Ale… co?

    Leopolda uważano wtedy za zdolnego dziennikarza i scenarzystę, animatora życia jazzowego i człowieka świata kultury. Dla gawiedzi był kimś na kształt celebryty, co nie dziwiło. Nosił eleganckie garnitury i (czasem) słynne, kolorowe skarpetki. Jego żoną była czołowa felietonistka „Przekroju” Barbara Hoff, ubierająca w drugiej połowie XX wieku kolejne pokolenia Polek. Tyrmanda jednym tchem wymieniano obok Hłaski, Komedy, Cybulskiego, Polańskiego czy Herberta, z którymi się znał i przyjaźnił. Był posiadaczem samochodu (gdy zatrzymywała go milicja, bajerował oficera z Cybulskim, podczas gdy Herbert chował się ze strachu pod kierownicą) i mistrzem ceremonii, rokrocznie otwierającym słynne festiwale jazzowe. A wreszcie: panem pisarzem. Powieść „Zły”, którą wciąż widać na empikowej topce (sprawdzałem dziś, wciąż pierwsza 50. w dziale kryminał!), okazała się hitem na miarę „Zorro” (z którego z resztą Tyrmand zainspirował się słynnymi białymi oczami – stąd tytuł angielskiego przekładu: „Man with white eyes”). Słynna anegdota głosi, że kiedy w styczniu 1956 roku zobaczył kolejkę pod sklepem, przystanął i spytał „co dają”. Ostatni z ogonka odparł:

    – Złego! Złego dają! Jeden egzemplarz na ryło!

    Spotkanie autorskie, kadr z filmu dokumentalnego

    Książka rozeszła się na pniu. Choć krytycy (jak Toeplitz) uważali ją za grafomanię, a inni (jak Czesław Miłosz) przez kolejne lata nazywali Tyrmanda pisarzem 2. kategorii („Balzaac dla gówniarzy”, napiszą w złośliwej recenzji), ludzie szaleli na jej punkcie. Łotrzykowska powieść o magicznej Warszawie – sztos, bratku! Strzał w dziesiątkę! Bo tętniła na kilkuset stronach rytmem Kercelaka, Bazaru Różyckiego, Grochowa, Pragi, Woli i wszystkich „warsziaskich” miejscówek – od melin po „aliganckie” kawiarnie. Była eposem na miarę odbudowującej się Warszawy, peanem na cześć bohaterów ulicy – od taksówkarzy, przez kioskarzy i „koników”, po szatniarki, bufetowe i szoferów z przegubowych autobusów. W „Złym” zaczytywała się Maria Dąbrowska, zaczytywał się Grombrowicz (nazywając Tyrmanda spadkobiercą romantycznej tradycji) i zaczytywał się Konwicki.

    Z autorem „Małej apokalipsy” przed 1956 relacje mieli chłodne. To ponoć przez to, że Konwicki napisał raz, jakoby Tyrmand – podczas wywijania na parkiecie w Jastarni – kopnął się… sam w głowę. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nie strzeliłby focha z półobrotu?

    Aż spotkali się w windzie.

    – Dobra książka – wyszeptał wtedy cicho Konwicki.

    Poszli tedy do kawiarni „Czytelnik” i od tego dnia chadzali do niej codziennie przez kolejne dziewięć lat. We „Wniebowstąpieniu” jeden z bohaterów Konwickiego mówi:

    – Szkoda, że pan Lolo wyjechał.

    Bo Lolo wyjeżdża 16 marca 1965 roku.

    Tyrmand w latach 50. i 60., dla ówczesnych, był człowiekiem pełnym dwuznaczności. Nie do końca wiedziano, skąd pochodził, kim byli jego rodzice, co robił podczas wojny. Basia, żona, nie miała nawet pojęcia o… żyjącej ówcześnie, żydowskiej rodzinie męża! Ani o pogrzebie wuja, który Tyrmand wyprawił. Krążyły jakieś historie obozowe, jakieś pomówienia o współpracę z Rosjanami, coś o Skandynawii. Do tego pan Lolo nosił ostentacyjnie złoty krzyżyk na szyi, odnawiając sobie na początku lat 50. chrzest (będąc pod wpływem katolickiego „Tygodnika Powszechnego” i duchowych podróży Herberta). Jeśli miał już opowiadać, rzucał w towarzyskich rozmowach mitomańskie opowieści o kurlandzkim baronie o francuskim nazwisku. A jak było naprawdę? Tego ówcześni się nie dowiedzieli już nigdy.

    Gdy pan Lolo wyjechał w 1965 roku z Polski, jego książki ocenzurowano, a nazwisko wymazano z życia publicznego i historii literatury na lata. Co się działo z Tyrmandem w Ameryce, nie wiedziano (my dowiemy się w jednej z kolejnych części felietonów). Zostały artykuły w prasie, w których nazywano go „brudasem”, „szmoncesem”, „alkoholikiem” i „pseudopisarzem” oraz… została legenda. Krążący w drugim obiegu „Zły” zyskał miano „białego kruka” i „literatury zakazanej”, a „Dziennik 1954”, wydany w latach 80., okazał się błyskotliwym portretem stalinizmu, co na pokolenie KOR-u i „Solidarności” działało ze zdwojoną siłą.

    Gdy w latach 90. zaczęto Tyrmanda przypominać, na powrót wymieszano wspomnienia z fikcją, a anegdoty z dykteryjkami. Podstarzali pisarze wspominali „Złego”, inni wytykali współpracę z Rosjanami (o czym niebawem osobny felieton) i niestworzone historie wojenne. Sam zainteresowany nie mógł się do niczego odnieść, bo leżał w piachu na Long Island. I po cichu przeszedł do kronik, jako „barwny ptak PRL-u”, autor dwóch znanych książek i bohater towarzyskich skandali. Dzięki temu, w publikacjach o celebrytach czy alkoholikach minionej epoki bohater niniejszego tekstu zawsze grał pierwsze skrzypce.

    Tymczasem prawdziwa historia była na wyciągnięcie ręki. Oddajmy na początek głos tytułowemu bohaterowi „Filipa”, mało znanej powieści Leopolda Tyrmanda:

    „(…) Siedziałem przeto na plebanii w Cudzieniszkach nad czyściutkim blankietem, wklejałem fotografię, do której przezorny sołtys przybił prawidłową pieczątkę. (…) Zmień zupełnie imię i nazwisko – myślałem sobie. – Tak będzie lepiej. Będziesz miał odtąd dwa dowody osobiste, jeden prawdziwy, drugi ten (…) Tylko, że w razie najprostszej rewizji znajdą dwa paszporty, zarobisz z miejsca w czapę i cześć. Tak nie można. Stary paszport trzeba spalić, jest obciążony tym, co się wyczyniało w Wilnie, a potem więzieniem, jest odnotowane w najmniej potrzebnych kartotekach, na przykład w kancelarii więziennej, na Łukiszkach, którą ma teraz w łapach gestapo. Nie, tak nie można, trzeba spalić stary, a nowy wypełnić na nowe nazwisko, nową narodowość i obywatelstwo. Znasz francuski (…) A więc: Filip Vencel, urodzony w Warszawie, bez przynależności państwowej, narodowości francuskiej, z zawodu architekt, zamieszkały w Cudzieniszkach pod Oszmianą…”

    Zdaniem pisarza i kompozytora Stefana Kisielewskiego, „Filip” był najbardziej udaną z tyrmandowskich powieści. Książka była sprężysta, nie za długa, barwna i pełna autotematycznego pazura. W redakcji pomagała żona – wprawiona w krótkich tekstach dla „Przekroju” Basia Hoff. Gdy Tyrmand rozpędzał się z opisami rodem ze „Złego”, Basia skreślała całe akapity. – To niepotrzebne! – mówiła. A żony trzeba słuchać.

    Mały nakład przeszedł bez większego echa, a książka wznowiona została dopiero trzydzieści lat później. I umknęło wszystkim, że Leopold wszył w stronnice książki historię swojego życia.

    Filipowi na rehabilitację przyszło czekać ponad pół wieku. Tak, jak historii, przeciw której pozostało wytoczyć dziś tu najcięższe działa.

    Był ostatni dzień mojego pobytu w archiwach na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii, gdy z pewnej teczki wysunęła się drobna kartka. Spadła fotografią do dołu, toteż schyliwszy się po nią, najpierw przeczytałem zapisane po niemiecku daty. Później kartkę odwróciłem. I zobaczyłem na niej to, co poniżej:

    Fałszywy dowód osobisty Leopolda Tyrmanda, 1941. Archiwa Hoovera

    Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Kolejna lektura „Filipa”, a potem przeszukiwanie setek stron poświęconych historii Polaków na wschodzie, drzewa genealogiczne, wspomnienia, kroniki. Dwie stare strony internetowe wypluły wspomnienia polonusów, w których pojawiało się nazwisko „Tyrmand”. Adres mailowy był zaszyfrowany, znałem tylko alias oraz imię i nazwisko. Pozostało wysłać zapytanie na jakieś pięćdziesiąt wymyślonych adresów, licząc, że któryś okaże się trafiony. W międzyczasie trzeba było szukać dalej: bazy danych, fora polonijne, ambasady. Po kilkunastu tygodniach przyszła upragniona odpowiedź, list z Kanady od pana Aleksandra:

    „(…) Moja teściowa (studentka polonistyki Uniwersytetu Stefana Batorego) po ucieczce z ghetta w Wilno przechowywala sie u rodziny jej męża Klimowiczów (Polaka Katolika) w miasteczku Krewo pow. Oszmiany na Wilenszczyznie. Z nimi razem przebywał znany literat Leopold Tyrmand. Obawa przed szmalcownikami, którzy zdradzali Żydów gestapowcom i wydawali ich na niechybną śmierć, zmusiła ich do zgłoszenia sie na dobrowolne roboty w Rzeszy, gdzie mieli szansę uratować się przed śmiercią. Pisze z resztą o tym obszernie Tyrmand w swoich pamiętnikach, wspominając również nazwisko rodziny teścia: Klimowiczów. Spłacałem i w dalszym ciągu spłacam dozgonny dług wdzięczności Klimowiczom i Hryniewiczom i ich potomkom.”

    Rodzina Klimowiczów

    Najbezpieczniej jest podobno w oku cyklonu. Tak też Tyrmand, od tej pory narodowości francuskiej, zaczął swoją podróż przez zachodni front. We Frankfurcie nad Menem był kelnerem, gdzie pluł Niemcom do kawy. Gdy pytali, czemu taka wodnista, odpowiadał: – Wojna! Mamy małe zapasy!

    W latach 80. przyjechał do Frankfurtu na konferencję. Mając wolną chwilę, zaszedł do hotelu Park.

    – Mieszkałem w tym miejscu – rzekł do menadżerki.

    – Jako gość w którymś z pokojów? – spytała.

    – Nie. Jako kelner, w tym schowku pod schodami.

    Mimo braku blizny w kształcie błyskawicy na czole, z Harrym Potterem było coś na rzeczy.

    O losach Tyrmanda podczas wojny przyjdzie jeszcze czas opowiedzieć. Pewnym jest jednak, że Tyrmandowi współczesnym, a także jego pierwszym czytelnikom i tym, którzy o Tyrmandzie opowiadali, pewne historie te były nieznane. A czym jest historia, jeśli nie ciągłą próbą sprawdzania pod światło szklanych paciorków i wciąż zadawanym pytaniem o to „jak było?” Niczym monetę pod światłem, obracamy w ręku paciorki historii, to powątpiewając w czyjeś pobudki w przeszłości, to heroizując inny nieistotny szczegół. Koło historii, niczym koło zamachowe, posiada liczne przekładnie i dlatego tak ważne jest, by biografowie, badacze historii, a wreszcie, my sami, abyśmy odpowiednio operowali jej zębatkami, powiększając i/lub pomniejszając kręcące się w niej – jak w kalejdoskopie – obrazy. Czy dziś nie wydaje się to aktualniejsze, niż wcześniej?

    Tyrmand w „Dzienniku 1954” zapisał:

    (…) Pamiętasz, stary, te szaleńcze eskapady z Frankfurtu do Badgastein, z Wiednia przez Karlsbad do Szczecina, ze Stavanger do Oslo? Pamiętasz pogonie za pociągami, akrobatyczne ucieczki przez dachy pędzących wagonów, (…) Pamiętasz ukochanego przyjaciela Piotrusia van Diggele i wielką zabawę na szynach całych, ogarniętych wojną, hitlerowskich Niemiec?

    My pamiętamy, Leopoldzie. I dzięki ci za te historię.

    Marcel Woźniak

     

    Przelew od Leopolda Tyrmanda dla Piotrusia po wydaniu Filipa, jako podziękowanie. Archiwum Hoovera

     

  • „Rysa” jest rysą na mojej biografii

    Jest policjantka walcząca z demonami przeszłości, są trupy, jest współczesna Warszawa oraz bohater drugiego planu, czyli Dworzec Centralny. Nie brakuje też alkoholu oraz prób radzenia sobie z własnymi lękami. To „Rysa” w wielkim skrócie. Premiera najnowszej książki Igora Brejdyganta już 22 sierpnia, a my rozmawiamy o romansie autora z alkoholem i narkotykami, a także o tym, na ile „Rysa” jest autobiograficzna, bo podobieństw między Moniką Brzozowską, główną bohaterką, a autorem książki, trochę znajdziemy. Materiał nagrywaliśmy w czasach, kiedy Polska nie śniła jeszcze o tropikalnych upałach 😉

  • Rzucono na mnie „klątwę Gorgonowej”

    Od tamtej nocy minęło blisko 90 lat, a o sprawie wciąż jest głośno. Kto z 30 na 31 grudnia 1931 roku zamordował Lusię Zarembiankę? Jej brat? Ogrodnik? A może Gorgonowa? Nadal jest bardzo wiele pytań, ale też coraz więcej odpowiedzi. Cezary Łazarewicz, autor książki „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej” przychyla się do tezy, że bohaterka jego książki była jednocześnie katem i ofiarą. Rozmawiamy o „klątwie Gorgonowej”, przekonywaniu ludzi do rozmów, a także o sprawie „,mamy Madzi” z Sosnowca. Obejrzyjcie rozmowę, a potem sięgnijcie po książkę, a przekonacie się, że praktycznie nic nie jest w tej sprawie czarno-białe.

  • „Czytelniku, jesteś gorszy”, sierpniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Czytelniku, jesteś gorszy od innych i mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. Jeżeli nie, to nie masz powodów do zmartwień, bo po przeczytaniu tego felietonu, sam dojdziesz do takich wniosków. Choć może jednak nie, bo zapewne kojarzenie faktów przychodzi ci z trudem. Wszystko to z prostego powodu – czytasz złe książki. Pamiętaj, są ludzie od ciebie lepsi, bo czytają literaturę wysokich lotów. I to nie byle jaką, ale np. Harrego Pottera.

    Jeżeli jeszcze się na mnie nie obraziliście, to widzę dwa rozwiązania. Być może skojarzyliście, do czego nawiązałem we wstępie lub zwyczajnie macie do mnie duże zaufanie. Szczerze mam nadzieję, że chodzi o drugą opcję, bo jeżeli jednak rozumiecie nawiązanie, łącze się z wami w bólu. Nie w nadziei, bo ta została już dawno utracona, a każda moja szara komórka teraz krzyczy, żebym przestał katować się pewnym filmem znalezionym w sieci. Niestety, ale nie potrafię. To tak jak w przypadku wypadku na autostradzie. Nikogo nie bawi oglądanie ciała w czarnym worku, a i tak większość osób zwolni, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie zobaczą flaków. Teraz czuję się tak, jakby moje jelito, leżało mi na kolanach.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Do tej pory omijały mnie rzeczy, które dzieją się w sieci i są związane z czymś, co pozwolę sobie nazwać „dramą z Instagrama”. Wprawdzie cała „drama” działa się na YouTube, ale mechanizm wszędzie jest ten sam. Mam jednak wtyki i wiem, co dzieje się w światku blogerów książkowych, choć akurat w tym przypadku, wolałbym tego nie wiedzieć. Dobra, do celu. Otóż na YouTube pojawił się pewien film i już sam jego tytuł sprawił, że poczułem dziwne ukłucie w żołądku.

    Jestem lepsza, bo czytam!”

    Wyszukajcie wideo sami, ale ostrzegam, absolutnie nie biorę odpowiedzialności za to, co się z wami stanie, kiedy je obejrzycie. Być może już je nawet widzieliście, bo rzeczone dzieło znalazło się na serwisie jakiś czas temu. Dość długo trawiłem przedstawione tam treści, ale to pewnie dlatego, że czytam złe książki. Co więcej, zapewne tworzę takowe, choć to wprost nie padło. Autorka filmu odniosła się bowiem głównie do fantastyki, ale jako że dalej jest to gatunek bliski mojemu sercu, postanowiłem się odnieść do nagrania.

    Można w nim usłyszeć kilka ciekawych założeń, które chyba przez autorkę uznawane są za pewnik. Ma oczywiście do tego pełne prawo. Takie samo jak ja, który się z nimi nie zgadza. Jednym z takich założeń jest to, że to od doboru czytanej przez was literatury zależy, czy możecie czuć się lepsi od „randomowego człowieka spotkanego na ulicy, który książek nie czyta albo czyta książki byle jakie, o niczym lub takie, które mają służyć tylko i wyłącznie za rozrywkę”. Nie zmyśliłem tego zdania. Bardzo bym chciał, ale niestety takie słowa padły.

    Zastanawiałem się przez chwilę, czy film nie został przypadkiem nagrany jako prowokacja, by wywołać dyskusję, ale widząc komentarze autorki pod wideo, zmieniłem zdanie. Uważam, że wypowiedź nagrano z pełną świadomością i co gorsza, pewnością, że to wszystko prawda. I to sprawiło, że postanowiłem napisać ten felieton. Nienawidzę wartościowania ludzi i tworzenia podziałów. Zawsze działało to na mnie jak mentos na colę. Tutaj nawet podwójnie, bo dotyczy tematu czytania. Nagle bowiem okazało się, że są ludzie lepsi i gorsi w zależności od tego, po jakie lektury sięgają. Nie ważne jakimi są ludźmi, co sobą reprezentują i co potrafią zrobić dla innych. My możemy czuć się lepsi, bo czytamy literaturę wysoką oraz wartościową.

    Jako przykład takiej literatury wartościowej podano Harrego Pottera (spokojnie, nie podpalajcie jeszcze pochodni i nie sięgajcie po widły). Świetnie, dla mnie idealnie, bo z każdej pozycji można wynieść dla siebie coś nowego i ciekawego. Z KAŻDEJ. Wprawdzie z niektórych książek, jedyne co wynosimy, to nauczkę, żeby więcej nie sięgać po pozycje autora, ale dalej jest to jakieś doświadczenie. W filmie pojawiają się też „Opowieści z Narnii”, „Samotnia” czy „50 twarzy Greya”. Książki akademickie także, choć nie rozumiem dlaczego, bo po chwili słyszymy o „profesorkach”, którzy używają tak skomplikowanego języka, że studenci nie rozumieją o co chodzi. Widzę tu pewną nieścisłość, zresztą nie jedyną w całym filmie. Nie wiem także o jakie słownictwo może chodzić, bo autorka przyznała, że skończyła filologię, więc powinna mieć wiedzę o języku. Czuję, że stoi za tym jakaś poważna trauma, bo doprowadziło to do kolejnego, ciekawego wywodu.

    www.unsplash.com/Gary Chan

    Otóż ludzie czytający kiepską „literaturę” (cudzysłów zamierzony) i rozmawiający z autorką nagrania, często nie rozumieją podstawowych słów przez nią używanych. Teraz uwaga, bo oto lista tych słów: nepotyzm, pesymizm, optymizm, ambiwalentny, subiektywny, obiektywny, eklektyczny. Pełna zgoda. Ja też siedząc z kumplem nie używam takich wyszukanych słów. Pewnie dlatego, że nasze spotkania ograniczają się do chrząkania i jedzenia surowego mięsa z mastodonta, którego upolowaliśmy robiąc sobie przerwę od wymyślania koła.

    A teraz uwaga, bo zamierzam napisać coś, co może wywołać SZOK I NIEDOWIERZANIE. Czytanie nie sprawia, że jesteśmy lepsi od innych. Co więcej, nawet czytanie klasyki, nie sprawia, że jesteśmy lepsi od innych. Wartościowanie ludzi jest niepoważne i choć każdy ma prawo do swojego zdania, nie każdy powinien się nim dzielić z innymi.

    Czytajmy i kochajmy się, nawet jeżeli w czyichś oczach, będziemy przez to gorsi.

    Bartosz Szczygielski

  • „Wykopalisko”, pierwszy z serii tekstów o Leopoldzie Tyrmandzie

    Jazz jest tam, gdzie go znajdziesz, napisano na okładce płyty Milesa Davisa. Dlaczego w tekście o pisarzu wyciągamy na światło historię jazzową? Do odpowiedzi na to pytanie zbliżymy się w trakcie podróży, w którą już teraz zapraszam. Rzecz w tym, że muzyka wolności, jak nazywany jest ten gatunek, w Polsce rozpoczęła swój marsz przez drugą połowę XX wieku w pierwszych dniach sierpnia 1956 roku, dokładnie 62. lata temu. To wtedy odbył się pierwszy festiwal jazzowy w naszym kraju, a poprowadził go… Leopold Tyrmand. Zaraz, ten literat? Czy nie miał być to cykl poświęcony życiu pisarza?

    Oczywiście, już się poprawiam. Leopold Tyrmand, Kolumb urodzony w roku 1920, pisarz, autor kultowej powieści „Zły” i „Dziennika 1954”, zaciekły antykomunista i późniejszy emigrant, wymazany na lata z historii i podręczników. Tak, tenże Leopold Tyrmand maczał palce w historii muzyki w Polsce. I wierzcie mi. Jego muzyczne losy odbiły się szerokim echem nawet za Atlantykiem. Historię o tym chcemy dziś na smakksiazki.pl właśnie odkopać.

    Gdy w warszawskiej Stodole pod koniec 2016 roku odbywał się festiwal „Niewinni Czarodzieje” zagadnąłem Hirka Wronę (a wówczas pana Hieronima, z którym chciałem zrobić sobie zdjęcie), gdy ten odparł niepodziewanie:

    – On był moim guru – rzekł, mając na myśli Tyrmanda.

    – Poważnie? – spytałem niepewnie.

    – Tak. Tyrmand jest dla nas legendą.

    Tak, jak ty dla mnie, pomyślałem. Przyznaję, zamurowało mnie. Tak, jak wtedy, kiedy trafiła mi w ręce płyta Milesa Davisa pod tytułem „Dig”, na której… Ale o tym później.

    Festiwal Jazz 56 nie bez powodu nazwano sopockim wstrząsem. Na otwarcie, 6 sierpnia 1956 (w poniedziałek!) zagrał zespół Andrzeja Kurylewicza. 8 sierpnia Sekstet Komedy i Melomani. „Dziennik Bałtycki” donosił: „(…) koszule na wierzch, kretyńskie grzywki u chłopców, swetry a la Sophia Loren (…) Jeśli odwilż ma być taka, to już chyba lepszy trzydziestostopniowy mróz”. Muzyka jazzowa, przez lata była zakazana w bloku komunistycznym, jako zła, imperialistyczna toksyna, sącząca się do dusz i umysłów pokoleń pogruzowców. Grywana i odtwarzana była nielegalnie po piwnicach (polecam film „Był jazz” Feliksa Falka), przez co – z racji deficytu światła i tlenu – ochrzczona została „katakumbową. W latach 50. przyszła odwilż. Adam Ważyk napisał „Poemat dla dorosłych”, Tyrmand „Złego”, a do głosu doszło nowe pokolenie muzyków. Grający wcześniej na starych rekwizytach teatralnych po strychach i garażach, nareszcie dostali swoje pięć minut. I wtedy nastąpił wstrząs. Tyrmand wpadł na pomysł festiwalu z Franciszkiem Walickim. Dziś jeden nazywany jest ojcem jazzu. Drugi – big beatu. Do dziś też festiwale otwiera melodia Swanee River, którą Tyrmand zaintonował na trąbce, choć na instrumencie grać nie umiał.

    Festiwal w Sopocie, lata 50. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Tyrmand był w świecie jazzu prawdziwym macherem. Rzecz niespotykana, biorąc pod uwagę, że w kawiarni „Czytelnik” przesiadywał z Tadeuszem Konwickim, a w stołówce literackiej jadł tanią zupę. A potem zakładał marynarkę i wchodził na scenę. Kiedy na warszawskiej Gwardii młodzież hałasowała podczas koncertów, Lolek wychodził i mówił:

    – Czy chcecie, żeby takie koncerty w przyszłości się odbywały?

    – Taaak! – krzyczał tłum.

    – To cicho! – I na jego słowa sala cichła.

    Kiedy jednak emocje kipiały zbyt mocno, a staniki latały pod sufit, jak w Sopocie w 1957, Tyrmand sięgał po pomoc mocarniejszych od siebie. Zza kulis wybiegał niejaki Atom, rosły zabijaka ze stolicy. Jego czarodziejskie pięści rzucały zaklęcia na lewo i prawo. I show trwał dalej.

    Wydana jesienią 1956 roku książka „U brzegów jazzu” stała się dla wielu encyklopedią. Choć nie wszyscy podłapywali encyklopedyczno-mentorski ton Tyrmanda.

    – My chcieliśmy po prostu grać – mówi Krzysztof Sadowski, znany jazzman i ojciec reżyserki, Marii Sadowskiej. – Zwłaszcza ci młodsi, w których kipiało życie.

    Może dlatego, gdy na słynnych Kalatówkach Roman Polański tańczy w piżamie na stole, Krzysztof Komeda gra na saksofonie w łóżku, a Duduś Matuszkiewicz wygrywa wyścigi na sankach w kuchni, Tyrmanda nie ma z nimi. Zbliża się do czterdziestki. Chadza do klubów w Warszawie, gdzie na fotografiach uwiecznia go Ryszard Horowitz. Pracuje nad powieściami, które giną w cenzorskich szufladach. W „Życiu towarzyskim i uczuciowym Warszawy” (bo tak brzmiał oryginalny tytuł książki), pisze:

    „W tej muzyce widział doskonałość, nic w sztuce nie przejmowało go taką pewnością, że znajduje się w obliczu perfekcji, jak przejrzyste, bezbłędne solo klarnetu czy trąbki.”

    Świat Tyrmanda. Nowy Jork, lata 70. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Chce uciec, gdy kleszcze bezpieki zaciskają się na jego pisarskich nadgarstkach. Jazzowy festiwal przenosi się w 1958 roku do Warszawy. „Co będziemy robić w Stodole? Będziemy słuchać jazzu!” – pisze w zapowiedzi imprezy. Co ciekawe, nazwę tego gatunku zawsze wymawia przez „j”. Przyjaźni się ze Stefanem Kisielewskim, na pierwsze jazzowe koncerty zabiera jego syna, Wacka – słynnego później kompozytora z duetu „Marek i Wacek”.

    Sam na pierwszy koncert jazzowy poszedł w Paryżu, w 1938 roku. Hot Club de France i zespół Duke’a Ellingtona ze Stephanem Grapellim w składzie. Podczas wojny słuchał jazzu gdzie się dało. Nawet na jeziorze, z niemieckim żołnierzem, który w każdej chwili mógł go zaaresztować. Ale nie zrobił tego, bo połączyła ich muzyka wolności.

    Gdy w 1965 roku festiwal jazzowy przenoszą do Sali Kongresowej, Tyrmand jest już daleko. Gdy wyjeżdża, w upchnięciu dokumentów w specjalnym schowku opla pomaga mu Duduś Matuszkiewicz. Ten sam, który skomponował muzykę do seriali „Stawka większa niż życie” i „Janosik” czy filmów „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” czy „Nie lubię poniedziałku”.

    W Ameryce pierwsze kroki kieruje do stolicy jazzu – Nowego Orleanu. To wtedy się orientuje, jak wiele błędów popełnił w książce „U brzegów jazzu”. Opisywane ulice wcale się nie przecinały, a niektóre miejsca miały inne nazwy, niż sądził. Ale odnajduje ten sam klimat, który zapamiętał z sopockiego festiwalu. W notatkach zapisze: „Z Ameryką i Europą is as with Dixieland and modern-jazz…”

    W latach 70. mieszka w Rockford. Ma w domu całą kolekcję płyt Louisa Armstronga. Po jednym z koncertów jazzowych w mieście, podchodzi po występie do składającego skrzypce muzyka i mówi:

    – Byłem kiedyś na pana koncercie.

    – Doprawdy?

    – 40 lat temu, w Paryżu.

    Nie wiadomo, kto jest bardziej wzruszony: Tyrmand czy Stephane Grapelli. Pewne jest jedno: w jednej sekundzie obaj mają cztery dekady mniej w metryce. 

    Ostatniego wywiadu udziela miesięcznikowi jazzowemu w styczniu 1985 roku. Paweł Brodowski, do dziś naczelny „Jazz Forum”, nie może dotrzeć do Rockford z powody śnieżycy i pozostaje im porozmawiać przez telefon.

    Lolek umiera 19 marca 1985.

    W 1992 roku ekipa telewizyjna dociera do rodziny Tyrmanda. Nastoletni syn, Matthew, w czołówce filmu dokumentalnego pt. „Zły” gra na trąbce Swanee River. Również nauczył się tylko kilku dźwięków. Dziś jest ekonomistą.

    Matthew Tyrmand, fragment filmu dokumentalnego Zły

    Kiedy pisałem biografię Tyrmanda, natknąłem się na ten wzruszający wywiad. W ramce pod tekstem padło jedno, elektryzujące mnie zdanie: „Leopold Tyrmand trafił na płytę Milesa Davisa z 1975 roku”.

    Zacząłem szukać jej, jak oszalały. Nikt nie wiedział co to za płyta, ani skąd. Bezskutecznie słałem maile do krytyków jazzowych z Ameryki. Nie wiedziałem, co dziennikarz miał na myśli, pisząc trzy dekady temu, że polski pisarz trafił na płytę króla jazzu. Co za intelektualna męka! Jak można zostawić kogoś w takiej niepewności? I co to znaczy, że Tyrmand trafił na płytę? Że jest na niej nagrany, a może, że trafił na nią, przeglądając kosz z winylami na roku 55th i 56tv Avenue?..

    Odpowiedź przyszła, kiedy książka była już niemal gotowa. Pamiętam, że odebrałem maila od nadawcy, z adresu którego wielokrotnie wracały automatyczne zwrotki. „Proszę wybaczyć ciszę (przez pół roku, sic!), miałem problemy z serwerem”. Z serwerem! Problemy dzisiejszego świata, a król jazzu przewraca się w grobie… Najistotniejsza była jednak dalsza część listu i kluczowe zdanie: „Oto ta płyta…”

    Album króla jazzu dociera do mnie dzięki Królowi Winylowi. Taką ksywę ma mój znajomy, który na czarnych krążkach zna się, jak nikt inny. Otwieram pakunek.

    Płyta pod tytułem „Dig” prezentuje na przodzie ciężki sprzęt pracujący na powierzchni kopalni. Odwracam płytę. Tracę oddech. Mdleję, przyjeżdża karetka. Nie, ciągle stoje, jak kołek i patrzę na kawałek tektury, gdzie pod zdjęciem Milesa Davisa idzie taki oto zapis:

    „(…) Jazz jest tam, gdzie go znajdziesz. Polski powieściopisarz i eseista Leopold Tyrmand, który spędził większość II wojny światowej na przymusowych robotach w Niemczech, opowiedział raz o tym, jak słyszał muzykę Benny Goodmana z patefonu na łódce. Patefon był obsługiwany przez żołnierza hitlerowskiego, który obawiał się, by nie pomyślano, iż jest amerykańskim szpiegiem lub sympatykiem. Nie bez trudności udało się Tyrmandowi zdobyć zaufanie owego żołnierza i ta dziwnie dobrana para fanów spędziła niedzielne popołudnie, zastępując się wzajemnie przy wiosłach i potajemnie delektując się Goodmanem.

    Historia musiała znaleźć swój finał. W 2016 roku zorganizowano w Sopocie festiwal „Jazz Wolności”. Imprezę otworzył Matthew Tyrmand, kończąc słowami „Let’s hear some jazz…” Później otrzymał płytę, która dziś stoi w jego mieszkaniu w należytym miejscu. Jak wykopalisko i muzyczna kometa.

    W 2018 roku mijają 62. lata od sopockiego wtrząsu. Jutro grałby Komeda.

    Skąd pisarz Leopold Tyrmand? Ze świata popkultury. Wraca po latach, przeżywając swój benefis. Rok 2020 będzie jego oficjalnym rokiem. Łotrzykowska powieść „Zły” doczekała się muralu na Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Trzeba się trochę natrudzić, żeby trafić w odpowiednie wejście za budynki. Ale literatura jest tam, gdzie ją znajdziemy.

    Marcel Woźniak

  • Diamenty, przez które ginęli ludzie. Rozmowa z Maciejem Siembiedą

    Czy diamenty mogą być warte więcej niż ludzkie życie? Jakie sekrety kryją pozostałości po obozie koncentracyjnym na Górze św. Anny? Czy za czasów jego działalności mogły być na jego terenie szlifowane diamenty, a jeśli tak, to czy odbywało się za wiedzą i przy wsparciu najwyższych władz nazistowskich Niemiec? Z Maciejem Siembiedą, autorem książki „Miejsce i imię” rozmawiam o lampce wina,dzięki której powstała ta książka, a także o tym, że prawda może być dużo ciekawsza, ale też dużo dziwniejsza od fikcji.

     

     

  • „Rolę mordercy napisałem na jednym wydechu. Trochę mnie to martwi”

    Z Jakubem Małeckim rozmawiam przede wszystkim o jego najnowszej książce, chociaż lepszym określeniem jest serial audio. „Nowe życie” to 10 odcinków, który możecie odsłuchać na storytel.pl. Fabuła? Bardzo proszę.

    Pierwsze doniesienia o zaginięciach młodych kobiet Adam traktuje jako sensacyjną ciekawostkę. Do czasu, gdy jego dochodzący do siebie po przeszczepie ojciec nie zaczyna znikać na całe noce, by wracać nad radem, uwalany błotem, z rozdartym ubraniem. Młody mężczyzna z rosnącym przerażeniem składa w całość kolejne poszlaki i zaczyna zastanawiać się, czy żądzę mordu psychopaci mają we krwi, a jeżeli tak, to czy szaleństwo można komuś… przekazać. Serial audio „Nowe życie” to spojrzenie na świat oczami psychopaty, a także opowieść o synu, który może tylko bezsilnie przyglądać się, jak jego ojciec ulega przerażającej przemianie.

    Rozmawiamy o przeszczepach, podwożeniu ludzi samochodem, katach i ofiarach, ale także o jesiennej książce Kuby, czyli „Nikt nie idzie”.

  • Warszawa da się lubić?

    Największe miasto w Polsce, największa polityka, najwięcej mieszkańców, ale też najwięcej problemów, intryg, spisków. Także tych politycznych. W jakim rytmie bije serce warszawskiego ratusza, jak zapadają najważniejsze decyzje, jak przebiegały przygotowania do EURO 2012, a także w jaki sposób poradzono sobie z pożarem jednego z największych mostów w Warszawie? Jacek Wojciechowicz, były wiceprezydent stolicy, opowiada Magdzie Rigamonti o politycznej codzienności. To, że w polityce nie ma sentymentów – wiemy. Książka „Kulisy warszawskiego ratusza” zabiera nas do gabinetów, w których zapadają ważne decyzje, ale też łamie się w nich polityczne kariery.

     

     

     

  • „Leopold Tyrmand. Model do składania”

    Zanim zacząłem przygodę w branży książkowej, to znajomi, którzy sporo książek w życiu przeczytali, mówili do mnie: Szaja – drań. Nie wiedziałem, czy się obrażać, a może lepiej po prostu się uśmiechnąć, bo nie wiedziałem o co chodzi. Gdy jednak dotarło do mnie, że Leopold Tyrmand w „Złym” stworzył Szaję, oczywiście, że drania, to oczywistym się stało, że muszę to przeczytać. Potem poszło już z górki i zacząłem przeczesywać portale aukcyjne i kupować pierwsze wydania książek Tyrmanda. Zafascynował mnie świat stworzony przez tego okularnika. Teraz już mi nie przeszkadza, że ktoś mówi do mnie po nazwisku. Bo przecież Szaja, to postać wymyślona przez Tyrmanda, to duma!

    Teraz do rzeczy. Przez najbliższe dziesięć tygodni, w każdy wtorkowy wieczór (zaczynając od następnego), na smakksiazki.pl będą ukazywały się teksty Marcela Woźniaka, biografa Leopolda Tyrmanda, autora książki „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”. Co więcej, będą to teksty, które nigdy wcześniej się nie ukazały. Aha, przyznajcie Państwo, że zdjęcia, które ma w archiwum autor, również są kapitalne. Czego możecie się spodziewać po cyklu „Leopold Tyrmand. Model do składania”?

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    Leopold Tyrmand przemknął jak meteor przez polską scenę literacką, znikając szybko za Antlantykiem. Autor „Złego” i „Dziennika 1954” nieoczekiwanie powrócił po latach. Dziś przeżywa swój pośmiertny benefis, mieniąc się całym spektrum pisarskiego pejzażu. Zapraszam na cykl reportażowy poświęcony Lolkowi. Choć pojawią się w nim Picasso, Nixon, czy Miles Davis, Tyrmand nie będzie grzał się w ich blasku. Jego własna historia jest wystarczająco nieprawdopodobna, by obdzielić jej epizodami dziesięciu scenarzystów. Będą znikające domy i szaleni kelnerzy. Fałszywki na wojennej granicy i ucieczki z obozów. Będą podsłuchy w ścianach i spotkanie z Rockerfellerami. Wizyta w slipkach u Giedroycia i futro Agnieszki Osieckiej. Będzie zgryzota Mrożka i ostatni list Gombrowicza. Będzie też „Zły” i Orwell na kartach „Dziennika 1954”. Przed Państwem Leopold Tyrmand, polski pisarz i mozaikowa historia jego życia: model do składania.

    Marcel Woźniak, biograf Leopolda Tyrmanda. Fot: Tomasz Palacz