Kategoria: Aktualności

  • Proces (prze/od) twórczy, lipcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Tym razem, inaczej niż zwykle, Adam wskazał mi temat, sugerując, bym zostawił szersze konteksty i napisał o nowej książce, nad którą pracowałem i która niebawem ukaże się nakładem wydawnictwa Marginesy. Przyznaję, że podszedłem do zadania dość nieufnie, bo nie widziałem w tym, co akurat robię, materiału na felieton. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że książka będzie ciekawa, ale treści szykowanej publikacji zdradzać specjalnie nie będę, a skoro nie, to opowiadać w felietonie o klepaniu w klawisze? No, niepoważne. W którymś momencie doszedłem jednak do wniosku, że chyba jest coś, o czym chciałbym napisać. Mogę się mianowicie podzielić pewną dziwną impresją, wrażeniem, które towarzyszyło mi przy pisaniu.

    Zwykle w ciągu dnia mam poważniej do czynienia z trzema książkami: jedną czytam, gdy mam chwilę wytchnienia, drugiej słucham gdy prowadzę lub ćwiczę, trzecią piszę. Podczas pisania najnowszej książki, tak się złożyło, książką którą czytałem był Outsider Kinga, opowiadający – tu proszę mi wybaczyć spoiler – o istocie nadprzyrodzonej przyjmującej cudzy wygląd niczym baśniowy doppelganger. Książką słuchaną było Strange weather (wkrótce po polsku jako Dziwna pogoda) syna Kinga czyli Joe Hilla. Pierwsza z czterech nowel opowiada o dziwnym człowieku, który kradnie ludziom wspomnienia i pakuje je w zdjęciowe albumy. Obie te książki znamionuje charakterystyczny styl budowania nastrojowej niezwykłości mocno osadzonej w zwyczajnej, szarej amerykańskiej codzienności. To taka fantastyka, która stawia czytelnika na zwykłej uliczce zwykłego osiedla. A gdy będąc na niej, odetchniesz z ulgą, że przecież znasz takie miejsca i wiesz, jak tu jest, wtedy pojawia się, zwykle przerażająca, magia.

    Dlaczego napisałem, że czytanie i słuchanie akurat tych książek to znamienne okoliczności? Już, choć może na okrętkę, tłumaczę.

    Książka, nad którą do zeszłego tygodnia pracowałem, to opowieść prawdziwa czy też raczej zbiór prawdziwych opowieści i wspomnień jednego człowieka, które ułożone w mozaikę dają obraz nie tylko jego samego, ale i instytucji, w której pracował przeszło trzy dekady, oraz miasta, w którym się urodził i spędził zasadniczo całe życie. Na moją sugestię, ów człowiek, pan Adam, spisał wszystko, co pamięta, a potem przekazał mnie, bym napisał to na nowo.

    Wrocław, fot:www.unsplash.com/Zuza Gałczyńska

    Trudno mi określić charakter mojej pracy, bo jeśli to praca reporterska, powinienem może opatrzyć to własnym komentarzem, szczegółowo weryfikować opowieść, a bardzo tego nie chciałem. Jeśli redakcja, to za bardzo posunięta, bo nie ingerowałem w fakty, ale dostałem wolną rękę w budowaniu tempa narracji, języka tej opowieści, sposobu przedstawiania jej prawdziwych bohaterów. Wreszcie – ghostwriter? Temu byłoby chyba najbliżej, ale póki co – jeszcze przez chwilę – to ja piszę te słowa, a bohater opowieści, człowiek, który przeżył to, co jest przedmiotem książki, pozostaje Czytelnikowi znany tylko z imienia. Więc jaki ghost?

    Zastanawiałem się nad tym któregoś dnia, skończywszy pracę, pakując torbę i jadąc na siłownię. I wtedy właśnie bohater noweli Hilla zorientował się, że oto jest w jego do tej pory dość racjonalnym świecie ktoś, kto zbiera wspomnienia i umieszcza je w albumach. Może, zacząłem myśleć, jestem teraz kimś właśnie takim? I od tego momentu ta myśl pojawiała się mimowolnie, gdy kończyłem rozdział i porządkowałem historie do kolejnego. Wspomnienia, zdjęcia, album…

    A potem zdałem sobie sprawę z czegoś innego. Ponieważ książka, nad którą pracuję, ma formę wspomnień, oddanie należycie wszystkiego, co zawarte jest w materiale źródłowym wymaga ode mnie utrzymania narracji pierwszoosobowej. Tak się składa, że znam swojego bohatera i zarazem współautora opowieści w świecie rzeczywistym. Nieraz z nim rozmawiałem, widziałem, jak się porusza, słyszałem, jak mówi. Na potrzeby książki musiałem go niejako zbudować na nowo, naszkicować sobie w tym świecie i takim przedstawić go czytelnikowi. A potem wpisałem w to niejako siebie, bo miałem przejąć to już zajęte, cudze JA i nim być w każdym kolejnym zdaniu. Robiłem to nieraz, ale przecież na fikcyjnych postaciach. A teraz po prostu, na potrzeby tej książki, każdego dnia stawałem się kopią prawdziwego człowieka, myślałem – po swojemu, bo pisałem każde zdanie tak, jak chciałem – ale przecież jego, nie swoimi myślami. Widziałem jego oczami rzeczy i zwracałem uwagę na szczegóły, na które sam bym przecież uwagi nie zwrócił. Stawałem się kimś na kształt Outsidera z powieści Kinga. No, szczęśliwie nie mając równie obrzydliwych co on potrzeb i charakteru.

    Wrocław, fot: www.unsplash.com/ Mateusz Gzik

     

    Dwie powieści fantastyczne w tle pisania jak najbardziej realnej historii o wrocławskiej policji. Dwóch nierealnych przestępców z tych opowieści jako metafora tego, jaką rolę przyszło mi pełnić w spisywaniu losów służby doświadczonego oficera wydziału kryminalnego. Gdy to, co pisałem siłą rzeczy nie mogło uciec w niezwykłość, ta przelała się, jak w systemie naczyń połączonych, w sam proces twórczy! Czy coś z tego wróciło finalnie do książki z powrotem? Czy pisałem to potem inaczej?

    Z tego wszystkiego zrodziło się jeszcze jedno pytanie: czy to już samo w sobie nie brzmi wystarczająco interesująco, by stać się zalążkiem choćby opowiadania?

    Pytacie czasem, skąd się biorą pomysły: cóż, niektóre chyba ze zderzenia starych nawyków z nowymi wyzwaniami. Ale wciąż wszystkie nieodmiennie z głowy.

  • Mundialowe Lektury Obowiązkowe, cz.4

    Mam w ręku pozycję unikatową, książkę Michała Okońskiego „Futbol jest okrutny”. Została wydana pięć lat temu, ale nadal jest w dystrybucji, więc nie chodzi o jakiś szczególny wysiłek związany z jej zakupem. W tym przypadku chodzi o to, co w literaturze najważniejsze, a nie jest nią ani dystrybucja, ani reklama, ani okładka tylko zawartość, zawartość rozumiana jako treść, styl i przesłanie.

    W przypadku pisania o futbolu to rzecz doprawdy unikatowa, bo trudno dzisiaj przeczytać coś, co nie jest podane w sposób inny niż skrótowy, coraz mniej miejsca dla prawdziwych erudytów, ludzi których wiedza i horyzont życiowe nie kończy się na wysokości linii boiska czy drzwi do szatni. Współczesny czytelnik żąda konkretu, esencji, a najczęściej po prostu sensacji, a rzadko kiedy zmuszenia go do wysiłku. Rynek zalewają powiastki o herosach, których sława przebrzmi za miesiąc oraz o tych, którzy gdyby nie a) kasyno, b) alkohol, c) menedżer, d) dziewczyny, e) niezależność, bo jakiś trener nie będzie mu mówił co ma robić i f) przypadek (niepotrzebne skreślić, choć najczęściej występuje cała paleta) zrobiłby światową karierę. Rozprawki o celebrytach oraz miernotach napisane najczęściej nieporadnie i zredagowane pospiesznie. Ale chwała Panu na niebiosach, że obdarzył kilku ludzi znających się na futbolu także darem posługiwania się słowem pisanym, umiejętnością obserwowania świata oraz wiedzą wykraczającą poza sferę gry i statystyk. I cierpliwością oraz konsekwencją, bo to jest teraz niezwykle ważne. Może dlatego coraz trudniej przeczytać o piłce coś co wyszło spod pióra Jerzego Pilcha, Tomasza Wołka czy Wojtka Kuczoka? Szkoda, bo brakuje ich tekstów, pewności że któryś z nich skomentuje to co dzieje się na piłkarskich boiskach w sposób odbiegający od sztampy i dysponując szerszym niż sportowe, zestawem narzędzi. Nie znaczy to, że czytelnik oczekujący czegoś więcej niż analizę gry lewą nogą napastnika X, informacji o taktyce zespołu Y oraz nowym aucie pomocnika Z jest zdany na archiwalne numery Sportowca, Piłki Nożnej, Przeglądu Sportowego czy Gazety Wyborczej. W Rzeczpospolitej wciąż pisze dziarski emeryt Stefan Szczepłek, jego wychowanek, Michał Kołodziejczyk działa z wielkim smakiem i wyczuciem w Wirtualnej Polsce, nie ma jeszcze dość Darek Tuzimek publikujący na swoim portalu futbolfejs.pl, jest zacna ekipa Kopalni Futbolu. I jest także, a może przede wszystkim Michał Okoński, który podobnie jak wyżej wymienieni nie zważa na nieustannie postępującą pauperyzacją rzemiosła felietonisty sportowego, do której prowadzi wysyp internetowych witryn celujących w przepisywaniu z błędami i bez zrozumienia.

    W świecie coraz bardziej barbarzyńskim i nieskomplikowanym, miejscami wręcz prymitywnym, autor bloga Futbol jest okrutny i publicysta Tygodnika Powszechnego wyróżnia się pisząc o piłce pięknie i z pasją, mając do tego szeroką wiedzę o świecie. Gdyby chciał, to ze swoim znakomitym piórem, otwartą głową i inteligencją mógłby poświęcić się całkowicie czemuś innemu, skupić się na czymś, jak to ujmują ludzie pasji futbolowej nierozumiejący, poważnym. Na szczęście dla czytelników udawało mu się i wciąż udaje łączyć obowiązki dziennikarza i pisarza „poważnego” publikując – zamknięte w książkach rozmowy z siostrą Małgorzatą Chmielewską (Wszystko, co uczyniliście…) i z księdzem Tomaszem Węcławskim (Pascha Jezusa) oraz redagując wybór publicystyki Jerzego Turowicza (Bilet do raju), a także pisząc w Tygodniku Powszechnym o stosunkach polsko-żydowskich. Krótko mówiąc zawodnik wagi ciężkiej, który ma nieustający romans z czymś tak niepoważnym i wulgarnym jak piłka nożna. I nic dziwnego, bo w tym pospolitym świecie, w którym wszystko obraca się nie wokół słońca lecz kawałka powietrza zaszytego w skórze pławili się bądź jeszcze pławią; Jan Paweł II, Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Wiktor Osiatyński, Jan Miodek, Jerzy Pilch, Jo Nesbo, Milan Kundera, Vladimir Nabokov, Paulo Coelho, Henry Kissinger i Albert Camus. Ten ostatni powiedział prawie wszystko, co wiem o obowiązkach i moralności, zawdzięczam uprawianiu sportu i temu, czego się nauczyłem, stojąc na bramce w RUA” (RUA – klub piłkarski Racing Universitaire d’Alger). Bo futbol, mimo że jest rozrywką plebejską, to także część kultury wyższej i sam w sobie niesie ze sobą wartości te same, które leżą u podstaw spraw uznawanych za najważniejsze i niepodważalne. Czytając książkę Michała Okońskiego Futbol jest okrutny przypomnimy sobie, że piłka nożna to stan nie tylko najprostszych emocji i złej energii, ale także wzruszeń, najwyższych doznań i wręcz filozoficznej zadumy. Brzmi to jak pocałunek śmierci, że to przeintelektualizowana nuda? Otóż nie, autor posługuje się słowem płynnie, zdania i rozdziały skonstruowane są kunsztownie, ale bez niepotrzebnych fajerwerków, bez samozachwytu nad swoją erudycją, wiedzą o futbolu i znajomością efektownych sformułowań. Zamiast popisów jest za humor, lekkość jaką znają czytelnicy Nicka Hornby, którego rzecz jasna Okoński przywołuje w swojej książce. Inny jest gatunek literacki, ale narracja podobna, obaj panowie brną przez trudne życie fanów londyńskich zespołów, Hornby Arsenalu, którego grę opisywał jeszcze przed epoką Wengera, a Okoński Tottenhamu, co Jerzy Pilch, kibic okrutnie doświadczanej Cracovii podsumował „nie przypuszczałem, że Tottenham jest aż taką Cracovią”.

     

    www.unsplash.com/Rémi Jacquaint

    Futbol jest okrutny czyta się znakomicie, bo autor pisze zgodnie z tym jak zatytułował jeden z rozdziałów – Piłka jest opowiadaniem. Książka zawiera opowiadania o meczach, dziesiątkach spotkań, znajdujemy w niej liczne anegdoty i cytaty. Nie trzeba być znawcą futbolu by się w to wszystko wciągnąć, bo Okoński pisze na co dzień nie dla sportowej gawiedzi, a dla wyrobionego czytelnika Tygodnika Powszechnego, a książka wydana została przez wydawnictwo Czarne, które nie kojarzy się zbyt nachalnie z futbolem. Mając świadomość, że będzie czytana przez profanów, autor umieścił przypisy tłumaczące niektóre pojęcia i wyjaśniające konteksty. Swoją drogą jest to także pożyteczne dla tych, którzy uchodzą za wyjadaczy, ale jak przychodzi co do czego, to nie do końca wiedzą czym się różni menedżer od trenera. No i PESEL! młodsi nie że zawsze wiedzą, że Arsenal miał przed Emirates jakiś inny stadion, a starsi… Wiadomo, sentymenty i wspomnienia działają jak balsam. Może dlatego Okoński kupił mnie także wspomnieniami z lat przełomu oraz (czy ktoś jeszcze pamięta?), zeszytem ze Strzegomia i… Garrym Mabbuttem. Tak, był taki piłkarz, który grał w ulubionym klubie Michała Okońskiego.

    Futbol Okońskiego jest okrutny i romantyczny, brutalny i piękny, finezyjny, pełen strategii niczym z najbardziej wyrafinowanej polityki czy kampanii wojennej, prosty jak przystało na najprostszą grę. I zabawny. Przypomnienie piżamowego protestu kibiców Malagi, którzy przyszli ubrani jak do sypialni, a nie jak na mecz, by zaprotestować przeciwko później porze rozegrania spotkania, przypowieść o nadawaniu dziecku imienia, które by korespondowało z piłką nożną. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo któż potrafi uciec przed niemożliwym, czyli gdybaniem, co by było gdyby trafił, gdyby nie skiksował, gdyby nie dostał kartki. Jest niewidomych kibicach, o tym jak w północnym Londynie można z Niemca przeistoczyć się w Żyda, ale także jak pieniądze mogą zabić ukochaną dyscyplinę sportu, a kibole zohydzić uczestniczenie w meczu, który z misterium staje się seansem nienawiści.

    Pojawiło się już nazwisko Nicka Hornby, autora Futbolowej gorączki, i nie jest to jedyne nazwisko spoza świata piłkarzy, trenerów i prezesów. W książce Futbol jest okrutny występują także Martin Luther King, bo właśnie jego słowami „miałem sen” autor komentuje problem rasizmu na stadionach i wyraża nadzieję, że piłka nożna da z tym sobie radę. Są liczne nawiązania do twórczości Karola Maya (mnie jego książki nie porwały, zostałem na etapie niemieckich filmów), pojawia się Jorge Luisa Borges. Argentyński poeta piłki nie znosił, ale fascynowali się nią Ken Loach, Salman Rashdi, Marek Bieńczyk i Albert Camus, ich słowa znajdziemy w książce Michała Okońskiego. Mocną pozycję w bibliografii mają dwie książki; Postfutbol, wspólne dzieło Mariusza Czubaja (tak, tak tego od kryminałów), Jacka Drozdy i Jakuba Myszkorowskiego oraz Jak futbol wyjaśnia świat Franklina Foera. Przychylam się także do opinii Michała Okońskiego, że książka Rafała Steca Piłka sss…..kopana była niesłusznie niezauważona i że warto po nią sięgnąć aby zrozumieć co się stało z polskim futbolem, jak nisko w pewnym momencie upadł. To wspaniałe lektury, dla tych kibiców i czytelników, który wyszli już z grupy dla poczatkujących i trafili do tej zrzeszających mocno zaawansowanych zwolenników doskonałego futbolu i równie dobrych lektur. Jako, że Futbol jest okrutny skonstruowany jest jako rozgrzewka, pierwsza połowa, druga połowa, dogrywka i zamiast rzutów karnych, to czekam na to co powinno być w tej sytuacji nieuniknione, na rewanż, czyli na Futbol jest okrutny II. Oczywiście można, a nawet nie trzeba czekać, tylko od razu kliknąć i wejść na blog Michała Okońskiego, który na bieżąco komentuje to dzieje się w futbolowym świecie.

    Grzegorz Kalinowski

    https://okonski.blog.tygodnikpowszechny.pl/

  • „Tego morderstwa nie da się już wyjaśnić”

    Od morderstwa Tadeusza Stecia, przewodnika sudeckiego, minęło już 25 lat. Do dziś nie udało się wskazać winnego, są tylko poszlaki, tropy, część mylnych, część prawdopodobnych. Można znaleźć taką tezę, że główny bohater książki Przemysława Semczuka był przyjacielem premiera Piotra Jaroszewicza, który został zamordowany kilka miesięcy przed Steciem. Czy te dwie sprawy coś łączy? Jeśli tak, to co? Czy skłonności homoseksualne odegrały tu jakąkolwiek rolę, a może w ogóle nie można brać ich pod uwagę? W końcu, czy Tadeusz Steć wiedział coś o tajnych archiwach i złocie, które Niemcy mieli wywieźć z Wrocławia w ostatnich dniach wojny? Sprawę dogłębnie zbadał Przemysła Semczuk, który zabiera nas w mroczną podróż w czasie. Miejsce akcji: Sudety.

  • Jak rodzi się zło? Książka o Mariuszu Trynkiewiczu. Fragment

    Nazwisko Trynkiewicz zapisało się niechlubnie w historii polskiej kryminalistyki. Na przełomie lipca i sierpnia minie dokładnie 30 lat od tych tragicznych wydarzeń w Piotrkowie. Książka Ewy Żarskiej zawiera mnóstwo wypowiedzi świadków, zeznań, pokazuje luki śledztwa, fałszywe tropy, niespójności w zeznaniach, błędy pracy milicji. Ale przede wszystkim jest próbą pokazania, co się działo w umyśle psychopatycznego mordercy. Premiera już 1 sierpnia, ale możecie już przeczytać spory fragment.

    Panie Mariuszu, bez głupot. Skończyła się pańska działalność. Niech się pan spowiada” – zaczął milicjant przesłuchujący zatrzymanego chwilę wcześniej Mariusza Trynkiewicza. Siedzieli w pokoju 313, na pierwszym piętrze w Komendzie Wojewódzkiej Milicji w Piotrkowie Trybunalskim. Za oknem wciąż panował skwar. Słońce nie odpuszczało. Wiatrak, który miał schłodzić pomieszczenie, niewiele pomagał.
    Z protokołu przesłuchania podejrzanego:

    Imię i nazwisko: Mariusz Trynkiewicz

    Stan cywilny: kawaler

    Zatrudniony: nie pracuje, przerwa w odbywaniu kary

    Stan majątkowy: oprócz motocykla nic nie posiada

    Przynależność do organizacji: członek ZSMP, LOK

    Stosunek do pokrzywdzonego: obcy

    Czy podejrzany przyznaje się do tego, że w dniach pomiędzy 29 lipca a 1 sierpnia 1988 pozbawił życia Tomasza Łojka, Krzysztofa Kaczmarka i Artura Kawczyńskiego, zadając im ciosy nożem, a następnie wywiózł ich ciała do lasu i podpalił? M.T.: Zrozumiałem przedstawiony mi zarzut, w pełni go rozumiem i przyznaję się do popełnienia zarzucanego mi czynu

    Trynkiewicz zgodził się złożyć zeznania. Śledczym opowiadał, że w 1987 roku został aresztowany za uprowadzenie i czyn lubieżny. Wyrok zapadł w marcu 1988 roku. W areszcie śledczym w Łodzi przebywał do 2 kwietnia, wtedy to dostał przerwę w odbywaniu kary. Za kratki miał wrócić 2 sierpnia. O przerwę wystąpił jego adwokat. Biegli psychiatrzy nie mieli przeciwwskazań, więc sąd przychylił się do wniosku. Trynkiewicz miał obowiązek podleczyć swoje zdrowie psychiczne, regularnie konsultować się z psychiatrami oraz opiekować chorą na serce matką. Po opuszczeniu aresztu w Łodzi przyjechał do Piotrkowa. Przez dwa dni mieszkał u rodziców, po czym przeprowadził się do mieszkania babci. Ta zamieszkała tuż obok z rodzicami Mariusza. W ten sposób rodzice chcieli jedynakowi stworzyć komfortowe warunki do powrotu do społeczeństwa. Po wyjściu z aresztu Trynkiewicz co miesiąc dostawał od matki i ojca 10 tysięcy złotych. Nie kupował mebli, jedynie drobny sprzęt i produkty niezbędne do życia. Założył akwarium, kupił wziernik oraz zamek do drzwi, przemalował pokój oraz łazienkę. Wszystko robił sam. Miał motocykl Jawa 350, który trzymał w garażu ojca, obok rodzinnego wartburga. Musiał dokupić do niego głowicę. Mieszkanie babci znajdowało się na pierwszym piętrze. Składało się z przedpokoju, kuchni, łazienki oraz pokoju. Do dyspozycji była także piwnica. „Mam dwa zamki w mieszkaniu, do jednego z nich klucze posiada także babcia. Gdy ja zamknę na dwa zamki, to babcia do mieszkania nie wejdzie. Od mojej piwnicy nikt nie posiada kluczy” − zeznał Mariusz milicjantom.

    Początkowo po zwolnieniu przebywał tylko w Piotrkowie. Gdy przyszła wiosna, zaczął wyjeżdżać motocyklem do sąsiednich miejscowości: Moszczenicy czy Przygłowa-Włodzimierzowa, gdzie latem mieszkali jego rodzice. W ciepłe dni często odwiedzał to miejsce. Nie miał swoich kluczy do domku letniskowego. Mariusz utrzymywał kontakty tylko ze Zbigniewem M. Znali się ze szkoły: technikum mechanicznego. Kolega odwiedzał go w soboty lub w niedziele, jeśli Trynkiewicz nie wyjeżdżał akurat do rodziców. Łączyły ich wspólne zainteresowania: łowienie ryb, słuchanie muzyki oraz pasja strzelecka. Poza nim z nikim nie utrzymywał kontaktów. „Jeżeli chodzi o kobiety, to miałem kiedyś dziewczynę, z którą chciałem założyć rodzinę, miałem w stosunku do niej poważne plany, lecz się to wszystko rozleciało” – zeznał śledczym na przesłuchaniu. Przyznał: „Z kobietami miałem tylko raz stosunek płciowy”. Trynkiewicz nie pracował. Nie potrafił śledczym dokładnie powiedzieć, co robił w ciągu dnia. Zwykle wstawał między 7.00 a 7.30. Po śniadaniu podjeżdżał motocyklem do Zbigniewa M. albo szedł do miasta. Chodził po sklepach, a gdy była pogoda, jeździł nad jezioro Bugaj. Z lipca 1988 zapamiętał tylko ostatni dzień miesiąca.

    Pamiętam dokładnie, że był to piątek – opowiadał na przesłuchaniu. − Wiedziałem, że mój kolega jest na urlopie, dlatego nie pojechałem do niego. Nie jestem pewny, lecz wydaje mi się, że byłem u swojej ciotki Genowefy. Najprawdopodobniej po pobycie u ciotki byłem również u siebie w domu około godziny 11.00 lub 12.00. Nie jestem w stanie wyjaśnić, dlaczego wróciłem do domu, lecz często tak robiłem. W mieszkaniu przebywałem około godziny czasu. Odpoczywałem. Na pewno byłem ubrany letnio, mogłem mieć spodnie z teksasu lub czarnego sztruksu. Na nogach na pewno posiadałem buty, te, które mam w dniu dzisiejszym. Są to buty typu sportowego, koloru czarnego. Posiadałem również kask motocyklowy typu Bella, z napisami nr. rejestracyjnego motocykla. Z tyłu są litery mojego monogramu, MT, jest szyba podnoszona, koloru ciemnego, kask koloru czerwonego”.

    Tamtego dnia Trynkiewicz pojechał nad jezioro Bugaj. Możliwe, że przejechał także przez most, chwilę na nim postał, nie wyłączając motocykla, a później odjechał w kierunku jeziora. Tu pamięć go zawodziła. Przypominał sobie jednak, że zatrzymał się mniej więcej pośrodku trasy wokół jeziora, przy białej barierce. Postawił motocykl, zabrał kask i torbę, po czym wszedł na nasyp. Zdjął torbę, która go uwierała, i usiadł na nasypie. Dochodziła 13.00. Siedział tak bezczynnie jakieś pół godziny. Tego dnia nie pił i nie zażywał żadnych narkotyków. Opisując, co działo się dalej, Trynkiewicz zaczął kluczyć w zeznaniach przed śledczymi.

    Nie jestem w stanie podać dokładnej relacji, tylko jak sobie przypominam, że przebywając na nasypie, najprawdopodobniej spotkałem trzech przechodzących tam chłopców. Rozmawiałem z nimi. Czy ja rozpocząłem rozmowę, czy też oni, nie pamiętam. W czasie tej rozmowy, wydaje mi się, zaproponowałem tym chłopcom coś. Rozumiem przez to, że chciałem skłonić ich, aby przyszli do mnie do domu. Wydaje mi się, że mówiłem im, jak powinni iść, aby dojść do mojego domu. Jest taka ścieżka prowadząca do jeziora Bugaj od stadionu Polonii, a następnie do transformatora i dalej w kierunku osiedla, gdzie znajduje się mój blok. Rozmowy dokładnie w tej chwili nie pamiętam. Pamiętam natomiast dobrze, że motocyklem dojechałem do garażu. Z chłopcami przy jeziorze Bugaj rozstałem się około godziny 14 z minutami”.

    Trynkiewicz następnie odprowadził motocykl do garażu i postawił obok granatowego wartburga i starego, niesprawnego roweru. Skręcił w wydeptaną dróżkę żwirową i poszedł w kierunku mieszkania. Tam spotkał się z chłopcami. Szczegóły mu się rozmywały, pamiętał jednak, że weszli do jego pokoju, a on włączył jakąś muzykę z magnetofonu lub radia. Chłopcy poruszali się swobodnie po pokoju, grali w grę telewizyjną i oglądali klatkę z papużkami stojącą na blacie w kuchni. Zbliżała się godzina 15.00. Mężczyzna prowadził z chłopcami „taką luźną rozmowę”.

    Wypowiadanych wtedy słów i zdań nie pamiętam, lecz temat opierał się o posiadane rybki, grę telewizyjną. Proponowałem chłopcom posiłek, chłopcy nie chcieli i jak pamiętam, nic u mnie nawet nie pili. Mogłem ich poczęstować herbatą, ciastkami, cukierkami, ponieważ takie rzeczy w domu w tym czasie posiadałem. W pewnym momencie poczułem zdenerwowanie, zaniepokojenie. Wydaje mi się, że spowodowane to było tym, że zdałem sobie sprawę, że gdy chłopcy opuszczą moje mieszkanie, powiedzą dorosłym, gdzie przebywali, a ja, nawet nie poczuwając się do winy, mogę być o coś oskarżony, gdyż w przeszłości byłem karany za przetrzymywanie. W momencie gdy narastała we mnie wewnętrzna obawa, chłopcy zwrócili się do mnie ze słowami, że chcą już iść. Do momentu kiedy powiedzieli, że chcą już wyjść, byli rozbawieni, natomiast gdy ja to usłyszałem, nie pamiętam, co wtedy robiłem”.

    Dalszego przebiegu zdarzenia Trynkiewicz nie był w stanie dokładnie opisać. Jak przez mgłę widzi chłopców leżących w pokoju. Z ust ciekła im krew. Byli cali zakrwawieni. Pamięta, że zakładał im foliowe worki na głowy. „Wydaje mi się, że byłem w łazience i wymiotowałem. Pamiętam, że wyciągałem coś z pościeli, to chyba były prześcieradła. Wyjąłem nawet jakąś część poszewki z walizki znajdującej się w tapczanie. Momentu i sposobu pakowania zwłok nie pamiętam. Przypominam sobie, że spojrzałem na zegarek, była godzina 17. Mieszkanie opuściłem, wychodząc z łazienki”.

    Po wyjściu z mieszkania zamknął zamek, chwilę postał przy wejściu do klatki i poszedł do rodziców. W mieszkaniu byli ojciec, matka oraz babcia. Pobytu u rodziców ani rozmowy z nimi Trynkiewicz nie pamiętał. Musiał dostać od nich jedzenie, ponieważ następnego dnia widział je w kuchni. Kojarzył jedynie, że gdy siedział u rodziców, był włączony telewizor, a on zauważył, że za jednym z paznokci ma krew…

  • „Mogę zostać sekretarzem Olgi Tokarczuk”

    Czy straci literacki Nobel na prestiżu, a może wręcz przeciwnie, rok przerwy w przyznawaniu głównej nagrody dobrze zrobi całemu środowisku? Czy tegoroczny laureat mógłby w ramach protestu nie przyjąć pieniędzy i zaszczytów? Czy fakt, że w przyszłym roku zostaną przyznane dwa literackie Noble, to dobrze, a może jednak nie jest to najlepszy pomysł? No i w końcu, czy Olga Tokarczuk jest blisko najbardziej prestiżowej nagrody literackiej na świecie? Pytań jest sporo, a odpowiada na nie Michał Rusinek, który temat zna od podszewki.

  • Nie jest ważne co, ważne, że czytają. Lipcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Internet to bardzo niebezpieczne miejsce, szczególnie wtedy, kiedy zapuścicie się w jego najmroczniejsze rejony. Istnieją strony, gdzie lepiej nie wchodzić i takie, które zapewnią wam koszmary przez to, co tam zobaczycie. Sądziłem, że dość trudno trafić w takie miejsca przypadkiem, a potem odkryłem grupy zrzeszające czytelników na Facebook’u.

    Mam nadzieję, że przebrnęliście przez lead i nie zaczęliście festiwalu komentarzy, które bronią rzeczonych grup. Chcę zaznaczyć, że to świetna inicjatywa i może być miejscem, gdzie dowiemy się o książkach i autorach, których nie znamy. W teorii. Niestety, ale mam wrażenie, że już tak nie jest. Wchodząc na jedną z popularniejszych grup na Facebook’u, która, rzecz jasna, związana jest z kryminałem, widzę ciągle to samo. Te same nazwiska, okładki i polecenia. Zjawisko szczególnie mocno nasila się, kiedy następuje premiera nowego tytuł kolejnego króla, królowej albo biskupa kryminału.

    www.unsplash.com/William Iven

    I to nie jest jeszcze najgorsze. Sam należę do kilku grup, gdzie czytelnicy wymieniają się spostrzeżeniami, ale po jednej z przecen zorganizowanych w dyskoncie, stwierdziłem, że najwyższa pora wyciszyć powiadomienia. Mój newsfeed wyglądał wtedy jak żywa reklama uśmiechniętego owada, a co gorsza, cały czas widziałem te same tytuły. Jeden po drugim. Nie wiem skąd bierze się tak silna potrzeba dzielenia się tym, co właśnie kupiliśmy w Biedronce. I to tylko dlatego, że tym „czymś” jest książka.

    Może istnieją grupy, które zrzeszają wielbicieli pomidorów i tam, po każdej przecenie w sklepie, pojawiają się setki zdjęć prezentujących warzywa. Jeżeli istnieją, chętnie się zapiszę, bo pewnie dowiem się znacznie więcej o tym, czego jeszcze nie znam. Żeby było ciekawiej, podczas omawianej promocji, pojawiła się propozycja, żeby zdjęcia umieszczać w komentarzach pod jednym wpisem. Pozwoliłoby to zachować porządek i nie spychać postów traktujących o literaturze gdzieś na bok, ale jak pewnie się domyślacie, nic z tego nie wyszło. Każdy chciał po prostu pokazać, że…czyta.

    I co w tym złego, powiecie. Nic. Czytanie jest świetne, ale uwaga, bo ta informacja może niektórych zszokować, nie czyni z nas lepszych ludzi. Co więcej, nie musimy się tym chwalić. I nie, nie każdy kto czyta zasługuje na szacunek. Nieśmiało chciałem przypomnieć, że Ted Kaczyński zaczytywał się w powieściach Josepha Conrada, a Ted Bundy ponoć czterokrotnie przeczytał powieść Charrière’a Papillon. Choć to można jeszcze zrozumieć, bo wiadomo o czym ona opowiada. Czy sam fakt, że wyżej wymienieni czytali książki ma sprawić, że zacznę ich szanować? No nie. Chciałem też zaznaczyć, że panowie byli bardzo inteligentni, ale dalej nie będę im okazywał szacunku.

    Czemu w ogóle poruszam ten temat? Bo przeczytałem zdanie, które posłużyło mi za tytuł tego felietonu. Dołączyłem do kolejnej grupy (nie, nie uczę się na błędach) i pierwsze na co natrafiłem, to post o książkach z serii Grey’a. 50 twarzy i te sprawy. Nie czytałem, więc państwo pozwolą, że nie będę odnosił się do ich jakości, ale odniosę się do czegoś innego. Do tego, jak łatwo przychodzi nam kategoryzowanie innych ludzi, a jednocześnie ustawianie samych siebie kilka stopni wyżej. Owszem, twórczość E. L. James raczej nie powinna znaleźć się na tej samej półce, co dzieła powiedzmy Johna le Carré lub Dostojewskiego, ale czy osoby czytające erotyki są… głupsze? Inaczej. Czy to, że my tego nie czytamy sprawia, że jesteśmy mądrzejsi?

    www.unsplash.com/Martin Oslic

    Nie wiem jak was, ale mnie absolutnie nie interesuje to, co czytają inni. Tak samo, jak nie interesuje mnie, z kim sypiają. To prywatna sprawa, ale nie potrafię przeboleć jednego. Tego, że literatura źle napisana, wychwalana jest pod niebiosa tylko dlatego, że w końcu „coś” się przeczytało i przy tym nie zasnęło. Nie oszukujmy się, miałkie, płytkie i kiepsko napisane książki sprzedają się lepiej, niż pączki pod hash barem. Dotyczy to każdego gatunku literackiego i wystarczy, żeby w środku pojawił się ostry seks, ostry język i mamy ostrą jazdę po topkę Empiku.

    Marzy mi się sytuacja, gdzie w grupach Facebook’owych, zrzeszających tysiące ludzi, prowadzone będą rzeczowe dyskusje. Bez bałaganu, bez udowadniania, że to co my czytamy, jest lepsze od tego, co czytają inni. Niech sobie czytają, wolna droga, ale błagam, nie róbmy z kiepskiej literatury czegoś wyjątkowego tylko dlatego, że była na przecenie w Biedronce.

    Bartosz Szczygielski

  • Czym się żywią pasożyty, czyli list do Wydawców polskich

    Szanowni Wydawcy,

    Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was – może nawet, na co po cichu liczę, większości – problem poruszony w tym liście nie dotyczy. Ale, ponieważ praktyka, do której zamierzam się odnieść, nie jest nowa i kilka razy zepsuła już paru osobom krew, pozwolę sobie napisać otwarcie do Wszystkich. Może gdzieś kiedyś, w przyszłości, gdy pojawi się wywołana okolicznościami pokusa, treść tego listu zaświta w głowie? Bardzo bym chciał, by tak właśnie było.

    Otóż chodzi mi o to, drodzy Wydawcy, że czytelnik nie jest debilem. Znaczy – owszem, zdarzają się wyjątki, jak w każdej grupie, ale przeciętnego czy też, chciałoby się zażartować, statystycznego odbiorcy literatury nie można określić tym mianem ani w znaczeniu medycznym, ani potocznym.

    To oczywiście nie znaczy, że nie jest podatny na sztuczki, manipulacje i triki. Wszyscy dajemy się na nie łapać, zwłaszcza dzisiaj, gdy tempo naszego życia dostrzegalnie przyspieszyło, a mnogość informacji bombardujących nas codziennie stała się przytłaczająca. Szybko, w biegu zauważamy coś, wydaje nam się, fajnego, łapiemy pod wpływem impulsu i dopiero po czasie orientujemy się, że ktoś nas kiwnął. Niby na legalu, nie ma tu żadnego przestępstwa. Ale przyzwoitość leży w kącie i kwili.

    Naprawdę rozumiem potrzeby rynku, rozumiem zasady marketingu, miałem dość długi epizod pracy w branży i jako publikujący autor też nieustannie szukam sposobów na zainteresowanie czytelnika. Uważam jednak, że pierwszą zasadą, jaka powinna dominować jest: hej, jesteśmy fair wobec odbiorcy. Jasne, trochę kusić musimy, ale jednak bez przesady, są granice.

    Pozwólcie, drodzy Wydawcy, że pokażę to na przykładzie. Wyobraźcie sobie, że jesteście facetem i podoba się Wam dziewczyna (możecie w dowolnej konfiguracji, mnie po prostu tak będzie łatwiej pisać). Chcecie ją poderwać i zaczynacie w tym temacie działać. Uważam, że absolutnie dopuszczalną zagrywką jest zadbanie o oprawę. Jakiś stylista, barber może, wizyta w sklepie odzieżowym, wylanie na siebie flakonu perfum. Wszystko gra, kiedy, podnosząc swoją atrakcyjność, zadbasz o jakieś gadżety – kwiaty, butelkę wina, bilety do kina – czy dobre miejsce i okoliczności zawarcia znajomości. Innym popularnym trikiem, bywa, że trochę bardziej z szarej strefy, ale niech będzie, jest namówienie kogoś, kogo dziewczyna ceni, by szepnął za tobą słówko. Jeśli mówi szczerze, w oparciu o swoją wiedzę, jest super. Jeśli tylko dlatego, że obiecałeś mu piwo, idzie to na jego sumienie. Nadal jednak, uważam, jest to do przyjęcia.

    Tym, co do przyjęcia nie jest, byłoby wykorzystywanie faktu, że dziewczyna jest szaleńczo zakochana w filmowej gwieździe, do której jesteś troszkę podobny, rzeczona dziewczyna troszkę wstawiona i jeszcze przebywacie w pomieszczeniu, w którym złe światło działa na twoją korzyść. Już skorzystanie z okazji, nie wyprowadzając jej z błędu, jest paskudne. Ale zaplanowanie tego i zrobienie stosownego make-upu, byleby się tylko pomyliła i zorientowała po czasie, to już skrajna chujoza.

    Ufam, że zgadzamy się co do przykładu i jego oceny. A skoro tak, przenieśmy to na rynek książkowy.

    Nie tak dawno wydawnictwo SuperNova, znane w latach dziewięćdziesiątych z wydawania większości rodzimej fantastyki, dziś skupione na odcinaniu kuponów od zamieszania wokół Wiedźmina i Andrzeja Sapkowskiego, postanowiło wydać zbiór opowiadań konkursowych napisanych przez czytelników „Nowej Fantastyki” z okazji „urodzin” Wiedźmina. Konkurs zyskał przychylność samego autora, który podobno uczestniczył w wybieraniu tekstów. Zwycięskie opowiadania opublikowano w piśmie, a do tego zdecydowano, że antologia pojawi się również w wersji książkowej.

    Podkreślę kluczowe słowo: antologia. Tu rozumiana jako zbiór tekstów różnych autorów, ze wskazanym tematem i zbiorczym tytułem. Pisałem do kilku takich antologii, widziałem ich jeszcze więcej, nawet takich dedykowanych konkretnemu autorowi (weźmy za przykład wydane w Polsce „Jest legendą…” poświęcone Richardowi Mathesonowi) i nieomal zawsze na okładce umieszcza się nazwiska autorów poszczególnych tekstów, choćby mniejszymi literami. Ale nie tu. Tutaj czytelnik, natrafiając na tę książkę, musi uważać, by zauważyć słowo przedstawia umieszczone pod wielkim ANDRZEJ SAPKOWSKI. Pod spodem jest równie wielki tytuł „WIEDŹMIN: SZPONY I KŁY”. Wszystko zaprojektowane jest tak, by przeciętny odbiorca, zauważając książkę w Empiku czy kiosku, uznał, że to nowa powieść lub zbiór opowiadań jednego autora.

    I tutaj ktoś z Was, Szanowni Wydawcy, powie: No, trzeba było uważać. Zanim to jednak zrobicie, pozwólcie, że przypomnę że w polskim popie już tych słów użyto. Wypowiada je kasiarz Kwinto, rozbrajając bankowy alarm w filmie „VaBank”. Nie wiem, czy chcecie być przyrównani do człowieka, który rżnie innych na kasę.

    Idźmy dalej. Robert Ziębiński, dziennikarz, pisarz, obecnie naczelny polskiej edycji „Playboya” opublikował swego czasu książkę zatytułowaną „Stephen King. Sprzedawca strachu”, ciekawą, choć trochę nierówną publikację na temat ekranizacji powieści Stephena Kinga, która jednak przeszła bez większego echa.

    Zapytacie pewnie, skąd zdziwienie, skoro podobne prace generalnie nie są chodliwe? Otóż stąd, wydawcy – o ile wiem, w porozumieniu z autorem – wpadli na dość przewrotny pomysł promocji i zabawy okładką i tekstami na niej. Pierwsze wrażenie, gdy na nią spojrzymy, jest jednoznaczne: oto nowa książka Stephena Kinga, zatytułowana „Sprzedawca strachu”. W pierwszym wydaniu – nie wiem, czy były kolejne – Wydawnictwo Replika poszło w tej zabawie tak daleko, że… nazwiska Ziębińskiego w ogóle na pierwszej stronie okładkowej nie ma! Trzeba je było specjalnie doklejać w postaci specjalnej nalepki!

    Przy tej zagrywce przyczynek do napisania tego felietonu wydaje się niewinnym wykorzystaniem nadarzającej się okazji. Chodzi mianowicie o książkę „Dziecięce zabawy” autorstwa Tomasza Mroza wydaną przez śląskie wydawnictwo Videograf.

    Ktoś może powiedzieć: ale czego się człowieku czepiasz? Ma chłopak na nazwisko Mróz, to jakiego ma używać? Upał? Co, jemu nie wolno pisać książek, bo, tak się składa, jest ktoś taki, kto się nazywa podobnie? I to wszystko racja, tyle że argumenty nie dotykają sedna. To nie jest pierwsza książka Tomasza Mroza. Jeśli wejdziecie w sieć i pogooglacie, zobaczycie kilka tytułów opublikowanych w postaci ebooków wypuszczonych przez wydawnictwo RW2010. Różna tematyka, różne oceny, ale, powiedzmy to szczerze, nic, co zdołałoby autorowi zbudować nazwisko wśród odbiorców.

    Tyle, że chwila! Akurat to nazwisko jest już zbudowane! Tu nie trzeba pracować specjalnie, bo MRÓZ, zwłaszcza w kontekście kryminału, coś już w tym kraju znaczy! Gdyby teraz odpowiednio to ograć, pójść w minimalistyczną okładkę budzącą skojarzenie ze skandynawskimi kryminałami, wstawić kapitalikami MRÓZ – na podobieństwo książek Remka – to ktoś się może w pędzie złapie? A może – tak, zakładam, tłumaczyć się mogą marketingowcy Videografu – ktoś przez pomyłkę sięgnie, ale mu się spodoba i zostanie z Tomaszem tak, jak jest teraz z Remigiuszem?

    Cholera, idę o zakład, że niemal tak samo pomyślał koleś uprawiający seks z pijaną dziewczyną w knajpianej toalecie, której podał się za Johnny’ego Deppa: a może jej się spodoba i wtedy się przyznam, a ona i tak zostanie? A jak nie, przynajmniej zaliczę. Sami powiedzcie, to jednak obrzydliwe, nie?

    Szanowni Wydawcy, jak wspomniałem na początku, wiem, że większości z Was problem nie dotyczy, bo nie zniżylibyście się tak bardzo dla paru groszy. Ale apeluję: czy to na spotkaniach branżowych, czy w kuluarach, gdy komuś z Waszych kolegów wpadnie do głowy kolejny raz odwalić taki pomysł, dajcie mu w ryj. Tak po prostu, szczerze, w imieniu polskiego, ale i światowego rynku książki. Bo, nawiązując do słów Gustawa Holoubka zapytanego kiedyś w programie, czy czegoś nie toleruje, to to, do czego nigdy i w żadnej branży dopuszczać nie wolno, to jawnego skurwysyństwa.

    Jakub Ćwiek

     

  • „Panowie, szanujmy wspomnienia i…klasykę”, lektury mundialowe, cz.3

    Książki na mundial, część trzecia. Dużo ich. Oddajmy głos autorytetowi i dżentelmenowi, co wielokrotnie, w tym także w kontaktach z paniami udowadniał, prezesowi PZPN, Zbigniewowi Bońkowi „Przed mundialem powstają tysiące książek, książeczek o reprezentacji. Niektóre przeczytałem i muszę ogłosić krótką recenzję: „To gówienko”. Podniecanie się błahymi rzeczami.” Tak oto wielki Zibi, w rozmowie z dziennikarzem Przeglądu Sportowego, z właściwą sobie delikatnością i taktem zachwalał pisane lub wznawiane z myślą o mistrzostwach świata książkowe pozycje dotyczące futbolu. Aż się boję pomyśleć jak Wielki Rzymianin z Bydgoszczy ocenia grę naszej kadry na rosyjskich mistrzostwach, w każdym razie ja się także nie podniecam książkami i książeczkami, które jeśli się nie sprzedały przed meczem z Senegalem, to tym bardziej nie sprzedadzą się po przesławnych batach z Kolumbią. Najpierw zostaną przecenione, a następnie znikną z lad księgarskich i półek w tempie w jakim chcielibyśmy zapomnieć o występie polskiej reprezentacji. Za to na pewno odżyją wspomnienia, i z pewnością niejeden powie, kiedyś to nasi grali… Na pewno też, znów tu i ówdzie padnie magiczne hasło Wembley. A jak Wembley i słynny remis 1:1 w roku 1973, to tylko jedna książka, niezwykły reportaż… Wiktora Osiatyńskiego. Profesor zanim został profesorem, zanim zaczęto go kojarzyć z walką o prawa człowieka, Fundacją Helsińską, pracami na temat alkoholizmu, analizami i opracowaniami dotyczącymi USA, był także reporterem i to reporterem sportowym. W 1974 wyszła jego książka Przez Wembley do Monachium, a w pięć lat później Wimbledon’79. Oba reportaże wznowiło przed rokiem wydawnictwo Dowody na Istnienie, umieszczając je w zbiorze Wembley, Wimbledon. Czy warto czytać o czymś co zdarzyło się czterdzieści i więcej lat temu?

    fot: Grzegorz Kalinowski

     

    Przecież od tego czasu byli nowi mistrzowie, przecież stare Wembley nie istnieje, a na Wimbledonie, w roku 2009 kort centralny zadaszono, a wcześniej wybudowano Court One mieszczący jedenaście tysięcy miejsc. Warto, i to jak! To nie relacja w stylu; podał, strzelił, wygrał przegrał, to absolutne wyżyny reportażu, zapis emocji, nastrojów, sportowego misterium, zarówno jego wielkości, jak i ciemnych mocy mu towarzyszących. To ponadczasowy, nie starzejący się opis dwóch sportowych wydarzeń, wciąż aktualny, bo pokazujący je od podszewki, bo opisujące człowieka, a nie wyniki i trofea, do tego podane w mistrzowski sposób. Wstęp do książki napisał jeden z najlepszych publicystów piłkarskich Michał Okoński. Autor fantastycznego cyklu felietonów, bloga i książki „Futbol jest okrutny”, tak zachęca do lektury Wembley, Wimbledon; Nikt nie pisał o sporcie tak jak Osiatyński. I pewnie dlatego, że w gruncie rzeczy nie o sporcie on pisał, a o ludzkich sprawach, jego pisanie przetrwało. Zgoda, ale ujął bym to trochę inaczej, Osiatyński pisał nie tylko o sporcie, ale także o jego otoczce, o kibicach, prasie, pieniądzach. Pisał o tym, co wtedy dla nas było egzotyką, czymś niezrozumiałym, może wręcz cyrkiem zza Żelaznej Kurtyny. Nie była ona już tak szczelna i opresyjna jak tuż po wojnie, ale wciąż dzieliła Europę na dwie części, czyniąc ją zupełnie odmiennymi bytami politycznymi, społecznymi, kulturowymi, a także sportowymi.

    Grzegorz Kalinowski, fot: Piotr Wachnik i Damian Deja

    Niezwykłe są opisy reakcji naszych piłkarzy na angielskie brukowce. Tak, brukowce, bo to brukowce, tylko że jakieś ćwierć wieku sami zaczęliśmy je produkować i ich wydawcy zaczęli je dumnie nazywać bulwarówkami i tabloidami. Wiktor Osiatyński pisał o sensacyjnej, szczującej ludzi przeciwko sobie prasie czterdzieści cztery lata temu, ale jej istota się nie zmieniła, warto się więc zapoznać z jego obserwacjami. Wystarczy otworzyć Jego książkę na chybił i trafić na piękne zdanie Lepsi, gorsi. Jak to jest z tym sportem? Kto jest lepszy, a kto gorszy? Czym lepszym nie jest z natury rzeczy ten, kto wygrywa?, te pytania postawił Osiatyński tym, którzy pisali po meczu na Wembley, że sukces był po stronie zespołu gorszego, czyli Polski. Albo cytowane przez Niego uwagi fachowców przed meczem, na przykład ta z The Peolple Domarski nie nadaje się do występowania w takiej drużynie jak polska, która stała się groteskową i kompromitującą, bo to właśnie Jan Domarski strzelił gola Anglikom i stał się obok Tomaszewskiego bohaterem polskiej drużyny. Do tego fantastyczne rozmowy z Deyną, który uchodził za niemowę, krótka historia brytyjskiego futbolu wraz z jej tłem społecznym i bezcenne obserwacja zza kulis tego co działo się podczas zgrupowania polskiej kadry oraz na i po Wembley. Przeczytałem to po raz pierwszy jak miałem osiem lat, bo dostałem Wembley za dobre wyniki w pierwszej klasie podstawówki. Wiedziałem już wtedy, że piłka będzie ze mną przez całe życie, ale nie miałem pojęcia, że kiedyś będę dziennikarzem, komentatorem, pisarzem, że spotkam kiedyś Wiktora Osiatyńskiego, a on wpisze mi się w następujący sposób;

    Panu Grzegorzowi Kalinowskiemu – za zdanie na piątkę do drugiej klasy – też, oraz za to że z tymi piątkami zrobił Pan coś sensownego, no i z wdzięcznością za pamięć

    Wiktor Osiatyński

    16 X 2003

    fot: Grzegorz Kalinowski

    Mam zatem do tej książki stosunek niezwykle osobisty, to fakt któremu nie da się zaprzeczyć, ale nie dlatego sięgam po nią od czasu do czasu, by mieć jeszcze raz osiem lat i przeczytać miłe słowa Wiktora Osiatyńskiego na mój temat. To arcydzieło, podobnie jak i Wimbledon, który zacząłem czytać. Idzie szybko, także na pewno zdążę przed niedzielą 15 lipca, czyli dniem w którym odbędą się dwa wielkie, sportowe wydarzenia; w Londynie finał największego tenisowego turnieju, a w Moskwie mecz kończący piłkarski mundial.

  • Papryka, bób i marchewka bohaterami kryminału dla dzieci

    Anielka Brukselka wybiera się na imprezę i… ślad po niej ginie. Do akcji wkracza Best Seler, który próbuje odnaleźć zaginioną. W tym kryminale dla najmłodszych pojawi się również Malina Pomidor, czy Hilary Czosnek. Kto jeszcze? Przekonajcie się sami, bo dorośli również znajdą tutaj coś dla siebie, a przy okazji, może uda się przekonać Wasze dzieci do zdrowego jedzenia? Kto wie, kto wie…