Kategoria: Aktualności

  • „Jest jeszcze strona B tego singla”, Piotr Stelmach o Grzegorzu Ciechowskim

    Niektórzy nazywali go Witkacym, jeszcze inni, Salvadorem Dalim muzyki. Był niepodrabialny, wyjątkowy, utalentowany. Jeszcze jedno – na pewno odszedł za wcześnie. Piotr Stelmach zebrał opowieści ludzi, którzy z Grzegorzem Ciechowskim byli blisko służbowo i prywatnie. Opowiedzieli mu o tym, dlaczego w domu lidera Republiki nie mogło zabraknąć żółtego sera, a także o tym, że bardzo brał do siebie negatywne recenzje swojej muzyki. Marek Niedźwiecki stwierdził, że ogłoszenie na antenie radiowej Trójki śmierci Grzegorza Ciechowskiego, to był najtrudniejszy moment w jego zawodowym życiu. Łapcie rozmowę o książce 'Lżejszy od fotografii. O Grzegorzu Ciechowskim”. Przed Państwem Piotr Stelmach.

     

  • „Lektury wakacyjne”, czerwcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W piątek rozpoczęły się wakacje. A jak wakacje, to wakacyjne wyjazdy. A jak wyjazdy to również wakacyjne lektury.

    Tak. To będzie jeden z tych lżejszych felietonów. Taki bardziej urlopowy. Taki, który mam nadzieję, wszystkich nas wprowadzi w dobry nastrój. Otóż są dwa podstawowe podejścia do kwestii wakacyjnych lektur. Pierwsze zakłada, że skoro mamy już urlop, wolną głowę, czas na skupienie, to jest odpowiednia pora, żeby nadrobić te Naprawdę Ważne Pozycje. Takie jak „4321” Paula Austera, cykl „Patrick Melrose” Edwarda St. Aubyna, „Homo Deus” Yuavala Noah Harariego, „Nieczułość” Martyny Bundy. Albo może z okazji Bookera sięgnąć wreszcie po tę Tokarczuk lub wziąć na plażę coś o Holokauście? Według drugiego, skoro już doczekaliśmy się tego urlopu, to odpoczywamy. Ma być miło i przyjemnie. A więc nowy Ćwiek, nowy King, nowy Chmielarz (mam nadzieję 😉). No i ciekawe, co napisała ta Nosowska i może sprawdzimy Guzowską. Nie zamierzam rozstrzygać, które podejście jest lepsze. Oba mają swoje plusy i minusy. Ale co najważniejsze, wszystko to kwestia osobista. Wypadkowa wakacyjnych planów i przedwakacyjnego zmęczenia.

    Osobiście, preferuję podejście mieszane. Na mojej półce na wakacje czekają Orhan Pamuk z „Nazywam się czerwień” oraz „Bieguni” Olgi Tokarczuk (tak, jestem jednym z tych czytelników, których skusił Booker). Oprócz tego w planach mam parę pozycji, z którymi chce się zapoznać w ramach przygotowywania się do napisania następnej książki. Państwo pozwolą, że nie będę się dzielić tytułami, żeby nie zdradzać na tym etapie zbyt wiele. Chciałbym jeszcze przeczytać „Komedę” Magdaleny Grzebałkowskiej, „Poświatę” Micheala Chabona i „Wyniosłe wieże” Lawrence Wrighta. Z lżejszych rzeczy, ciągnie mnie do „Mayday” Grzegorza Brudnika, „Outsidera” Stephena Kinga, „Dam ci wszystko” Dolores Redondo. Chciałbym też nadrobić lekturę cyklu military s-f Michała Cholewy. Uff… Robi się z tego niezła lista. Nie wiem, czy dam radę zrealizować te plany. Szczególnie, że ostatnią pozycję z zeszłorocznej listy wakacyjnej skończyłem czytać w połowie maja tego roku. No, ale zawsze twierdziłem, że warto stawiać sobie ambitne cele.

    Kolejna kwestia to pakowanie. I tutaj powiem szczerze, ebooki zabiły dużą część magii wybierania wakacyjnych lektury. Podłączamy czytnik do komputera, ładujemy tę setkę nowy pozycji i jedziemy. A wcześniej? Państwo to pamiętają, prawda? Wybieranie lektur na wakacje było czynnością na pograniczu sztuki, technologii i planowania godnego Napoleona. Bo trzeba było zabrać ubrania, kostium kąpielowy, kosmetyki, olejki, całe to niezbędne urlopowe tałatajstwo, a do tego dorzucić jeszcze książki. I jak to zrobić? Wiadomo, że możemy wziąć dwie, góra trzy pozycje. Co wybrać? Trzy średnie? A może dwie chude i jedną grubą? Każdy, kto nie ma czytnika doskonale rozumie ten problem. Francuzi, Niemcy czy Brytyjczycy rozwiązali go w sposób prosty – na wakacje biorą wydania kieszonkowe. Kosztują niewiele (w stosunku do miejscowej pensji), można je kupić wszędzie, a po zakończonej lekturze po prostu zostawić bez żalu w pociągu czy na plaży. U nas ten format się z wielu powodów nie przyjął.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    Osobiście, największe dylematy przeżywałem wybierając się na wyprawy w dzikie góry Ukrainy, Rumunii i w Pireneje. Mieliśmy wędrować po nich z plecakami. Ponieważ z infrastrukturą turystyczną bywa tam różnie (szczególnie na Ukrainie), to liczyliśmy się z tym, że każdy z nas będzie musiał nosić ze sobą około trzy litry wody. Do tego namiot, śpiwory, ubrania, kuchenka turystyczna, jedzenie. A ja nie miałem jeszcze wtedy czytnika, a książki mają tę wadę, że ważą. Największy sprawdzian mojej miłości do literatury – perspektywa noszenia dodatkowego pół kilograma przez kilkadziesiąt kilometrów na wysokości od półtora do dwóch tysiąca metrów. Ostatecznie rozwiązaliśmy to tak, że wspólnie wybraliśmy książki i każdy z uczestników wyprawy niósł jedną. Potem się nimi wymienialiśmy. Uczucie, kiedy po całym dniu wędrówki, przy świetle latarki w rozłożonym gdzieś na górskiej polanie namiocie, przerzucamy kolejne strony – bezcenne.

    Inne wspomnienie? Obóz językowy w Wielkiej Brytanii, gdzie nadspodziewanie szybko skończyły mi się przywiezione z Polski książki. Na szczęście odkryłem miejscowy antykwariat, gdzie „Lśnienie” Kinga kosztowało bodajże funta. Bałtycka plaża, gdzie zgłębiałem tajemnice teorii strun, z której niestety zapamiętałem tylko autora książki – Lee Smolin. Czy wreszcie mały hotelik w Beskidzie Sądeckim, gdzie w malutkiej biblioteczce odkryłem „Dziewczynę z pociągu” (rozczarowanie) i „Szamo”, czyli wspomnienia bramkarza Grzegorza Szamotulskiego (całkiem ciekawe). I tak, nie są to opowieści jakoś szczególnie pasjonujące, ale wiecie Państwo, jakoś miło mi się robi, kiedy je sobie przypominam. To chyba magia tych wakacyjnych lektur. Zostają z nami na naprawdę długo.

    A jak u Państwa? Macie własne wakacyjno- książkowe wspomnienia, którymi chcecie się podzielić?

    Wojciech Chmielarz

  • Mundialowe Lektury Obowiązkowe, cz. 2

    No i zaczęło się na dobre. Mundial. Baty z Senegalem, epickie żale, rozrywanie szat, płacz i zgrzytanie zębami. Tak reagują niedzielni kibice, którzy przez cały boży rok zasiadają przed telewizorem od święta, a raz na parę lat jadą na „reprę”. Co innego kibice notoryczni, zaprawieni w nieustannych bojach, przeżywający wzloty i upadki przez okrągły, jak futbolówka rok. Utracone mistrzostwa, haniebne derbowe porażki, monstrualne błędy sędziów, tragikomedie w wykonaniu własnych graczy, nasz środkowy napastnik, który jeśli nie jest niewidomy to z pewnością ma zeza, bramkarz o dziurawych dłoniach i wreszcie te przeklęte doliczone minuty, w który rywal pakuje piłkę do naszej siatki. Cierpiętnicze życie, w którym na głowy nieustannie spadają egipskie plagi i rzadko kiedy świeci słońce, syzyfowy wysiłek dopingowania swojej drużyny, pasmo wzlotów, a najczęściej upadków, codzienność po prostu. A nawet jak jest mistrzostwo, to nie takie jak być powinno bo nie tak wielkie jak euforia z początku sezonu. Tak zwani Janusze i Andrzeje, czyli sezonowcy i festyniarze, kibice niedzielni i od święta traktują futbol jak wakacje, które się odbywają raz na dwa lata, wyjazd integracyjny, karnawałową zabawę, wesele znajomych, jarmark czy odpust. To przychodzi i odchodzi, nie tkwi głęboko pod skórą, nie wypełnia głowy, nie jest stanem permanentnym, jak u nas, prawdziwych, pełnoetatowych kibiców, tematem numer jeden we wszystkich rozmowach między nami, opętanymi przez futbol. Nasz świat, nasze maniactwo, stan określany często przez profanów jako chorobowy, nienormalny i bliski dewiacji opisuje w swojej książce „Futbolowa gorączka” Nick Hornby. Już na pierwszych dwóch stronach nasz bohater, czyli sam autor, bo powieść jest formą autobiografii, wyłuszcza w czym tkwi problem. Leży w łóżku z dziewczyną, pije poranną kawę i myśli o… Arsenalu. Zapytany przez swoją partnerkę o czym myśli odpowiada że o literaturze, filmie i polityce, no bo przecież, nie powie, że o futbolu!

    www.unsplash.com/John O’Nolan

    Gdybyśmy za każdym razem mówili prawdę, nie potrafilibyśmy stworzyć związku nikim ze świata realnego”. Dobry początek? Jak dla mnie okey, bo prawdziwy, oddający skalę problemu, nakreślający ją w sposób mistrzowski. Później jest jeszcze lepiej, bo każdy kolejny etap życia bohatera to… mecz Arsenalu? Cześć z czytających rozumie i kiwa głowami, ale większość już szykuje się do wpisania „Futbolowej gorączki” do swojego prywatnego indeksu ksiąg zakazanych. Stop! To trzeba przeczytać, żeby zrozumieć, nas kibiców, maniaków, wariatów, hobbystów i pasjonatów. Nazywajcie nas jak chcecie, ale dajcie szansę i spróbujcie wniknąć w nasze dusze. Są między nami ludzie każdego autoramentu, prości i wykształceni, faszyści i geje, kapłani i ateiści, furiaci i romantycy, młodzi i starzy, weseli i smutni, przedstawiciele każdej z ras i religii oraz profesji. Życie każdego z nas kroczy od meczu do meczu i każdy z nas może o tym opowiedzieć, ale tylko Nick Hornby ma taki talent (w końcu nie uznający żadnych świętości Paweł Zarzeczny powiedział o nim, że można mu buty czyścić) a może po prostu za sprawą patrona piłkarstwa, świętego Luigiego Scrosoppiego doznał iluminacji i popełnił dzieło wnikające w duszę futbolowego kibica. „Futbolowa gorączka” to literatura obowiązkowa dla każdego kto chce nas poznać, dzięki niej można zrozumieć dlaczego w 2002 roku tuż przed Mundialem w Azji profesor Miodek zapytany czego by bardziej chciał, mistrzostwa świata dla Polski czy mistrzostwa Polski dla Ruchu, odparł że to drugie! Łatwiej też będzie pojąć wyniki badań, które przeprowadzono w Anglii, z których wyszło, że zdecydowana większość kibiców potrafi wytrwać przez całe życie z jednym klubem niż z tą samą kobietą. To lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy zagłębią się egzotyczną umysłowość kibica i będą chłonąć lekturę jak opowieści Tony Halika czy „Życie seksualne dzikich” Bronisława Malinowskiego, także dla każdego z nas, prawdziwego kibica, by przekonać się jak pięknie, uczciwie, z pasją i poczuciem humoru opisać nasz futbolowy zakon. Oczywiście nie każdy z nas jest taki sam, bo oprócz tego, że chorujemy na futbol to często mamy także inne schorzenia, które z zapałem w sobie pielęgnujemy. Na moim egzemplarzu „Futbolowej gorączki” jest dopisek „nic nie ma znaczenia poza piłką nożną”. To nie do końca prawda, bo jest jeszcze miłość, przyjaźń i rock and roll. Hornby opisuje nie tylko pasję kibicowską, ale także swoje muzyczne fascynacje. Dla mnie, człowieka, który przez 20 lat zawodowo zajmował się piłką, a niezawodowo ogląda w roku setki spotkań z czego kilkadziesiąt na stadionie, a w garażu trzyma około trzech tysięcy płyt „Futbolowa gorączka” ma na półce swoje honorowe miejsce. Najlepiej kupić ją z powieścią „Miłość w stereo”, w której Hornby opisuje świat kolekcjonerów płyt i Piotrusiów Panów. Tak, Piotrusiów Panów, bo my, faceci, bardzo często najlepiej czujemy się w krótkich spodenkach, a Hornby opisuje nas jak nikt inny, a jeśli sama pisana rekomendacja nie wystarczy, przypomnijcie sobie nakręcony według jego powieści film „Był sobie chłopiec” z Hugh Grantem.

  • „Bomba kryminalna, zapalnik z horroru”

    Jesteście już po lekturze najnowszej książki Stephena Kinga? Jeśli nie, to „Outsidera” wziął na warsztat profesor Krzysztof Zajas, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, więc możecie przeczytać, czy warto. W przypadku, gdy już przeczytaliście, to możecie wejść w polemikę, bo być może macie inne zdanie. Zostawiam Was teraz z Krzysztofem Zajasem, fanem Kinga, ale także pisarzem, autorem m.in. „Trylogii grobiańskiej” oraz „Oszpicyna”. Za ostatni tytuł znalazł się w ścisłej siódemce nominowanych do tegorocznej Nagrody Wielkiego Kalibru. 

    Książki tylko dwóch autorów kupuję od razu w dniu premiery. Jednym z nich jest Stephen King (drugim Andrzej Stasiuk), więc dwa tygodnie temu nabyłem Outsidera nie bacząc na fakt, że w nadmiarze akademickich zajęć żywcem nie mam kiedy czytać. Wyrwałem z czerwcowego zamętu jeden dzień i pół nocy (wystarczyło) i zagłębiłem się by sprawdzić, czy magia Kinga nadal działa. Cholera, działa. Myślałem, że po przeczytaniu niemal wszystkiego co napisał nie dam się tak łatwo uwieść, a jednak. I żeby była jasność: to nie jest żadna płatna recenzja ani inne lokowanie produktu, czy jak to się tam nazywa. Piszę, bo mam na to ochotę. Najnowszą powieść Stephena Kinga wciągnąłem jak kreskę w nozdrza i na dobrą chwilę sobie odleciałem, jak za najlepszych czasów, o czym chciałbym wam opowiedzieć.

    Stephen King nie jest mistrzem zagadek kryminalnych, co wiemy z trylogii o Billu Hodgesie i Panu Mercedesie. Dość łatwo i szybko się je u niego rozwiązuje. I nie one są właściwym przedmiotem zainteresowania autora, podobnie jak cały kryminalny sztafaż. Owszem, tu jest ciekawe morderstwo, są policjanci i skomplikowane dochodzenie, z podziękowań wynika, że autor prowadził nawet skrupulatny risercz, jak nie przymierzając Katarzyna Bonda. Nie ma to jednak większego znaczenia ani oryginalnej wartości, ponieważ koniec końców rozstrzygające o winie dowody sprowadzają się w Outsiderze do poczciwych odcisków palców i zeznań świadków. Nie o błyskotliwy kryminał więc chodzi, a jeśli już, to raczej o antykryminał. Albo wręcz nadkryminał, o czym za chwilę.

    Stephen King jest za to mistrzem kryminalnego klimatu, czyli mrocznej psychologii sprawców, falującej agresji małomiasteczkowego tłumu, wątpliwości bezradnych śledczych, którym się nie składa całość. W przypadku Outsidera mniej więcej w jednej czwartej powieści już się domyślamy, kto (lub co) zabija, i tu zaczyna działać jedno z literackich zaklęć Kinga: nawet jak znasz rozwiązanie, chcesz dalej czytać. Po prostu po to, żeby czytać. Wiesz, o co chodzi, ale pierwszoplanowi bohaterowie zostali psychologicznie i obyczajowo już na tyle sprawnie sformatowani, że chcesz wiedzieć, co z nimi dalej będzie. Czy Ralph wyjdzie w końcu na porządnego glinę? Czy wdowie po głównym podejrzanym uda się oczyścić pamięć męża z niesprawiedliwych podejrzeń? Czy Holly przekona pozostałych, że oprócz rozwiązań racjonalnych mogą być również irracjonalne? I jak oni go w końcu dopadną?

    Zaczyna się jak rasowy kryminał: okrutna zbrodnia popełniona na (jakżeby inaczej) niewinnym dziecku, główny podejrzany jest szanowanym obywatelem niewielkiego prowincjonalnego (jakżeby inaczej) miasteczka, wobec przytłaczających dowodów dochodzi do spektakularnego zatrzymania, wszyscy w szoku (jakżeby inaczej), przyjaciele się odwracają od zwyrodnialca, którego wina nie ulega wątpliwości. Sęk w tym, że jest równie wiele dowodów świadczących o jego niewinności i prokurator oraz adwokat siadają naprzeciw siebie jak szachiści na początku partii, każdy z maksymalną siłą rażenia. Kompletny absurd. Podburzona przez prasę i policję lokalna społeczność ma ochotę zlinczować sprawcę jeszcze przed ogłoszeniem wyroku, czyli w miejsce rozwiązania racjonalnego zastosować emocjonalne. W dniu rozpoczęcia rozprawy dochodzi do bałaganu, w którym ten i ów ginie, reszta osłupiała nie rozumie za bardzo, co i jak się właściwie stało. W każdym razie sprawa wygląda na nagle i definitywnie zakończoną. A jesteśmy dopiero w jednej trzeciej książki.

    Po dwustu trzydziestu stronach dobrego sensacyjnego kryminału zaczyna się horror. I tu King uruchamia swoje kolejne magiczne zaklęcia, którym towarzyszy mrok, niepewność, zgnilizna i odwieczne zło, a także nasz ulubiony dziecięcy pokój w świetle księżyca. Mała dziewczynka nie może zasnąć. Siada na łóżku i patrzy w okno. Z trupiej poświaty musi się coś wyłonić. Tym razem jest to upiorna twarz ze słomkami zamiast oczu (wolałbym świeczki). Chwilę przesłania okno, jakby chciała się dobrze zapisać w pamięci dziecka, nim zniknie. Dziewczynka nie krzyczy. Nie jest w stanie. Twarz ze słomkami odpływa, ale od tego momentu nic już nie jest takie, jak było. Cały King.

    Tylko nie krzyczcie na mnie, że spojleruję, czy co. Jeśli czytacie kryminały tylko po to, by się dowiedzieć, kto zabił, szkoda waszej fatygi – czytajcie po prostu ostatnie dziesięć stron. Z powieściami Kinga nigdy nie miałem tego problemu, że chciałem przekartkować opisy albo nudne dialogi, żeby biec dalej, do jakiegoś wyczekiwanego rozwiązania. Przeciwnie, towarzyszy mi zwykle efekt dobrej gry komputerowej: żałuję, że się już skończyła. Ale magia Kinga, jak każda inna magia, jest ulotna i działa jednorazowo, tylko podczas pierwszej lektury. Rzadko kiedy mam ochotę czytać te powieści kolejny raz (oczywiście z kilkoma wyjątkami, jak To, Worek kości albo Ręka mistrza), czyli jednak jakiś mechanizm rozwiązania zagadki tu działa. Przy czym nie jest ona kryminalna.

    Sprawa języka? Tak, w dużej mierze. Dla każdej ze swoich historii Stephen King konstruuje coś w rodzaju osobnego językowego świata, specyficznego slangu narracyjnego, który zarazem szkicuje charaktery głównych postaci, zaznacza społeczne tło, zgłasza obecność sił natury i buduje nastrój grozy. Składają się na niego ulubione powiedzonka bohaterów, powtórzenia, metafory w kilku odcinkach, cytaty z piosenek i filmów… To działa tylko ten jeden raz, na potrzeby tej jednej historii, i gaśnie wraz z dobrnięciem do ostatniego zdania, dlatego tak trudno później czytać powieść ponownie na wyrywki, sięgając do ulubionych scen. Trzeba zacząć od początku i przechodzić przez kolejne stopnie wtajemniczenia na nowo, krok po kroku, klasa po klasie, jak w jakiejś Akademii Magii Literackiej. Spróbujcie kiedyś czytać Kinga od środka (Lee Childa albo Deana Koontza można). Nie da się. To znaczy da się, ale będziecie niecierpliwie kartkować do tyłu, nie do przodu, aż wrócicie na pierwszą stronę.

    Uwielbiam obrazowość języka Kinga. Za pomocą jednej celnej frazy potrafi scharakteryzować całą trudną sytuację psychiczną postaci. Jako przykład zobaczcie opisowe wtrącenia w nawiasie, otwierające dwa kolejne rozdzialiki: „Krótko po północy (mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ostatni żyjący członek rodziny Petersonów uczył się z Wikipedii, jak zawiązać stryczek)”, i dalej: „Krótko po trzeciej nad ranem (mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Fred Peterson wlókł się do ogródka, z podnóżkiem z salonu w lewej dłoni i sznurem przewieszonym przez prawe ramię)”. Kapitalne! Jest tu i cała bezdenna rozpacz Freda po stracie najbliższych, i desperacja, i fajtłapowata bezradność z zawoalowaną sugestią, że może się nie udać (nie spojleruję!). Nawiasem mówiąc, w angielskiej Wikipedii faktycznie pod hasłem Hangman’s knot można znaleźć instrukcję wiązania stryczka, o tyle przydatną do powszechnego zastosowania, że uzupełnioną o pokazowy filmik.

    Mniej więcej w połowie powieści wspomniane są czołowe postaci z trylogii o Panu Mercedesie, a jedna z nich, znerwicowana Holly Gibney, zostaje z nami aż do końca i walnie przyczynia się do finałowego rozwiązania (naprawdę walnie). Jak oddać jej nerwicę, żeby nie bawić się w nudne opisy? King sadza ją na kiblu i każe w formie modlitwy wygłaszać prośbę do Boga, by pomógł jej przekonać siedmioro pozostałych do niemożliwego. Z zadartą spódnicą i torbą między stopami Holly zaczyna: „To znowu ja, Holly Gibney, i potrzebuję pomocy”. Jest aspołeczna, ma podstawowe kłopoty z międzyludzkimi relacjami, a sprawa wymaga absolutnego perswazyjnego mistrzostwa. Kończy szeptem: „Panie Boże, spraw, żebym tego nie spitoliła” i jako datek na tacę dorzuca: „Nie palę”. Znowu kapitalne. Nawiasem mówiąc, Bóg wysłuchuje prośby i tamci zaczynają wierzyć w niemożliwe.

    Krzysztof Zajas, fot: Wydawnictwo Sonia Draga

    Link do poprzednich kryminałów nie jest przypadkowy, ponieważ podobnie jak tam, i tutaj kryminał przekracza swoje ramy ku horrorowi, czyli King przeciąga zgrany do cna gatunek na swoje terytorium. Facet łączy kryminał z horrorem i podlewa sosem z thrillera, jakby to wszystko świetnie do siebie pasowało. Jakby robił sandwich z bekonem i majonezem (pamiętacie Łowcę snów?). A przecież nie pasuje. W horrorze są trupy, ale zwykle nie ma porządnego śledztwa. W kryminale jest porządne śledztwo, ale nie ma zjawisk nadprzyrodzonych. W thrillerze jest strasznie, ale w środku głowy, z powodu zaburzeń psychicznych. Puryści gatunkowi zwykle besztają autorów literatury popularnej za mieszanie tych sfer, jakby w pisaniu chodziło o rygorystyczne przestrzeganie jakichś tytułów własności. U Stephena Kinga wszystko to gra zgodnie jeden harmonijny koncert, a autor najwyraźniej nie przejmuje się, czy to się mieści jeszcze w jakichś ramach, czy już nie. Kleci kryminalną bombę, po czym pakuje w nią zapalnik z horroru i rozsadza od środka. Dla prawdziwego pisarza z krwi i kości nie ma takich ograniczeń, bo przecież najważniejsza jest dobrze opowiedziana historia i to jej się mają podporządkować reguły, nie odwrotnie. Tabakiera jest dla nosa, nie nos dla tabakiery.

    Kryminał przechodzi w thriller, ten z kolei w horror, a kiedy i horroru mamy dosyć (bo ileż można), autor wraca do urzędowego śledztwa. Na użytek policyjnych kartotek bohaterowie Outsidera ( w tym i oficer śledczy) zmuszeni są do przyjęcia jakiegoś rozsądnego wyjaśnienia w miejsce prawdy. Po prostu dlatego, że prawda jest nie do przyjęcia, choć jest prawdziwa i prowadzący śledztwo wiedzą o tym doskonale. Drwina z kryminału, puszczenie oka do wielbicieli rozwiązań paranormalnych, ale nie tylko. Również to, że są na niebie i ziemi rzeczy, o których się filozofom nie śniło (tak, King cytuje również Szekspira!), a nasze pojęcie o prawdzie jest niezwykle ubogie, gdy ogranicza się do rozsądku. No i że zło (Zło) jest wieczne, bezosobowe i działa przez nas, to znaczy także przez ciebie i mnie. Jeśli kryminał dąży do odkrycia prawdy, to niech będzie konsekwentny i da sobie powiedzieć, że czasem wyjaśnienie jest irracjonalne i ponadkryminalne, i aby je przyjąć do wiadomości, trzeba wyjść poza gatunek. O, może tak: ramy gatunkowe ograniczają nas w rozumieniu rzeczywistości i żeby ją trafnie uchwycić z różnych perspektyw, trzeba je mieszać. Kontredans kryminału, trhrillera i horroru, które maniacy czystości gatunkowej z uporem usiłują rozdzielać, pełni funkcję poznawczą, w sensie głębszym niż tylko logiczny. King realizuje tu swoją uwagę z Pamiętnika rzemieślnika, że spory o to, czy dany twór należy do takiego czy innego gatunku, nie mają właściwie sensu, skoro celem naszym jest dobra literatura, a nie poprawna teoria. Tak, chyba to chciałem powiedzieć zabierając się za ten tekst.

    A co z tą rzeczywistością? W długim i rozedrganym od upału finale jeden z bohaterów, sympatyczny policjant Yune Sablo, zostaje postrzelony w ramię, co zostaje uznane za draśnięcie. „W filmie oznaczałoby to, że Yune może natychmiast wrócić do walki – powiada narrator – ale to była rzeczywistość, a w rzeczywistości jest inaczej”. Pomieszanie kryminału, thrillera i horroru to nie popularna rozrywkowa fikcja, tylko sama rzeczywistość. Tak, jasne. Ale, cholera, działa. Kapitalne.

    Krzysztof Zajas

  • „Koniec książki jest dopiero jej początkiem”, rozmowa z Arturem Cieślarem

    Teoretycznie wszystko ma tu swój początek i koniec. Jest historia mężczyzny i kobiety, czyli powiedzmy sobie szczerze: nic nowego. Zanim jednak zamkniecie to okno, to postawcie się w sytuacji Mata, głównego bohatera, którego ciężko chora przyjaciółka prosi o rozsypanie po śmierci jej prochów w ważnym dla niej miejscu na terenie Indii. Czy wszystkie wydarzenia z tej książki dzieją się naprawdę, czy to tylko tytułowa ułuda? Czy koniec życia może być dopiero początkiem, a ostatnia strona książki sprawi, że zaczniemy ją czytać od nowa? Obejrzyjcie moją rozmowę z Arturem Cieślarem, a potem przeczytajcie „Ułudę”, której premiera już w najbliższą środę.

  • „Gdybyśmy tylko umieli czytać”, czerwcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Miałem ostatnio taką oto sytuację. Zaproponowałem grupie moich czytelników, w podziękowaniu za zakupienie książki w przedsprzedaży, specjalny bonus, który długo był dla nich niespodzianką, a w końcu okazał się linkiem do nagrania mojego roastu, który w Boże Ciało odbył się w warszawskiej klubokawiarni Worek Kości. Ujawniając tę informację, napisałem, w jaki sposób ów bonus można uzyskać, potem kilka razy przypominałem o tym w kolejnych, dłuższych i krótszych wpisach, wreszcie – napisałem podsumowanie roastu, w którym wskazałem wyraźnie: informacje, jak można otrzymać nagranie, znajdują się na końcu wpisu.

    I teraz propozycja zabawy. Czy jesteście w stanie przewidzieć, o co zapytano mnie w komentarzach do tego konkretnego wpisu? Tak, z pewnością zgadliście. O to, jak uzyskać obiecany bonus.

    Pomyślałem wtedy tak: to nie są przecież przypadkowi ludzie. To odbiorcy, którzy czytają moje książki, którzy dokonali zakupu przedpremierowo, co świadczy, zakładam, zarówno o sympatii do mnie jak i do tego, co piszę. Tekst, który napisałem, był taki jak je zwykle piszę, a informacja o tym, co jest na jego końcu, wpadła dosyć wcześnie. Co więc się stało?

    Trochę zaniepokojony ruszyłem na t wędrówkę po sieci. Sprawdziłem profile znanych mi pisarzy, koleżanek i kolegów po piórze. Podobne sytuacje raz za razem. Sprawdziłem fanpage serwisów zajmujących się książkami, część fanpage’ów blogowych – te akurat sprawdzam regularnie, by sprawdzić czy mój felieton „Blogobojni” przyniósł jakikolwiek inny skutek prócz obrażenia się na mnie szeregu blogerek i kilku wydawnictw – i tam również to samo. Jezus Maria, ludzie związani z książkami, pasjonaci tychże, nie umieją czytać!

    Oczywiście to wniosek mocno na wyrost. Na pewno większość z nas umie składać literki, słowa, a nawet zdania. Jestem też przekonany, że ogrom tego grona, czytając w sprzyjających czytaniu okolicznościach, świetnie sobie radzi z obcowaniem z książką, skupia się należycie, wyciąga wnioski. Problem jednak w tym, że takich okoliczności jest coraz mniej, więc większość tego, co czytamy, odbieramy tak, jak wpisy na Facebooku. Niedokładnie, na chybcika, po łebkach, przeskakując co gęstsze akapity, zbudowane ze zdań złożonych, jak choćby ten właśnie, w którym umieszczam mały, w założeniu raczej humorystyczny eksperyment. Oby nieudany. Zachęcam państwa do zabawy i umieszczenia przed swoim komentarzem, odnoszącym się do tego tekstu trzech liter, które wrzuciłem tu losowo, osobno i nie pasujących do reszty. Trudność polega na tym, że jedna z rzeczonych liter już była. Wyłapaliście?

    www.unslash.com/Becca Tapert

    Uważne czytanie i składanie literek to jednak jedno. Natłok treści i bodźców wokół sprawia, że nawet przyswajając je wszystkie, nie dajemy sobie czasu na ich utrwalenie i analizę. Treści z nami nie zostają, wypadają zupełnie z głowy zanim doczytamy akapit. Zostaje z nami tylko to, na co jesteśmy wyczuleni. Stąd tyle dyskusji pod byle pretekstem dryfuje w stronę utartych schematów, stereotypów, zabetonowanych przekonań. Przykładem niech będzie wciąż tu i tam głośno omawiany mój list do Mroza, w którym kluczową kwestią, jak się okazało, było tempo pisania Remigiusza, a nie to, co stanowiło jego właściwe sedno – kwestia i odpowiedzialności pisarza za angażowanie w swoją twórczość spraw ważnych społecznie.

    Nieuważne czytanie połączone z brakiem czasu na własną analizę tekstu sprawia, że jako czytelnicy coraz częściej idziemy na skróty. Dołączmy do tego niedobory odważnych i uważnych krytyków – czyli tym samym oddanie całej funkcji krytyka w ręce amatorów – i dostajemy odbiorców, którzy książki lubią, czytają, ale nie wiedzą, jak je właściwie obsłużyć, więc sprowadzają do ograniczonej funkcji podstawowej. Co przypomina trochę starszą osobę uczącą się obsługi smartfona – ja będę z niego tylko dzwonił i pisał smsy i nie potrzeba mi nic więcej. Ale i tak kupują nowe modele co roku czy co dwa lata, bo jest okazja.

    Tempo życia, zgiełk i natłok informacji – to oczywiście są niezwykle ważne czynniki wpływające na to, w jaki sposób czytamy. Ale nadal pozostaje dla mnie kluczowym, że… nikt nas w zasadzie czytać nie uczy. Język polski w szkołach to nieustanne zmaganie się z czasem, gotowe interpretacje kilku książek, które może i coś nam powiedzą o życiu, świecie, epoce (niewłaściwe skreślić, właściwsze dopisać) ale nie zbudują czytelniczej pasji, nie otworzą na myślenie, a wbite na stałe w program i walczące o swoje z lekcjami gramatyki i ortografii, same wręcz sugerują, że to czy tamto lepiej przeskoczyć, by zdążyć ze wszystkim. Zabierając się za tę czy tamtą książkę z kanonu lektur, właściwie masz już zdradzone wszystkie kluczowe punkty fabuły, dowiadujesz się, o czym będziesz mówić. Nic dziwnego, że sięgamy po streszczenia, bo tam jest to, co z książki będzie nam potrzebne. I to, co mamy z niej zapamiętać.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Uczymy się literatury tak, jak uczymy się  historii. Klasyczną trzyzetką. A potem na przykład pojawia się w Internecie setka bolesnych memów o łatwej Izabeli Łęckiej. Bolesnych nie dlatego, że nieśmiesznych, a raczej dlatego, że tyle przeciętny odbiorca zapamiętał ze skądinąd bardzo koślawej i wypaczonej gotowej interpretacji.

    Na żadnym etapie życia nie uczymy się przyswajania kultury dla przyjemności. Nikt nie wyrabia w nas właściwych nawyków, by z satysfakcją czerpać radość z tej wymagającej jednak formy rozrywki. Nie uczymy się, że najlepiej czytać rozdziałami, bo to naturalny, sugerowany przez autora fragment tekstu, którego przyswojenie na raz pozwoli nam utrzymać tempo, rytm i nie szarpać wątków. Nie uczymy się samych siebie i tego, że czytanie przed snem dla sporej części nas niekoniecznie jest dobrym nawykiem, bo zmęczony umysł gorzej przetwarza i przyswaja informacje. Nie uczymy się analizowania zachowań bohaterów po swojemu, nie uczymy się schematów gatunkowych, które ktoś później przełamał. Nic, co dostajemy w standardowym procesie edukacji, nie pozwala nam na skonstruowanie aparatu analitycznego dla większości lektur, po które sięgniemy. Że już nie mówię o czasie na wykształcenie wyobraźni, choćby takiej przestrzennej.

    A proces niestandardowy? Pisałem już o kampaniach społecznych, o grupach miłośników książek. Byłem na szeregu takich spotkań, brałem udział w wielu akcjach promujących czytelnictwo. I o ile widzę na poziomie kraju kilka fajnych inicjatyw, większość z tego, na co znajdują się obecnie fundusze, ma albo skostniałą formę dostosowaną do już dawno przekonanych i nawykłych do czytania po swojemu, albo wysypuje się na nieprzystającym do potrzeb wykonaniu bardzo pomysłowych inicjatyw. By nie pozostawić Was bez przykładu tego drugiego – pomysł na wrocławskie „Zakazane lektury” (panel dyskusyjny zakończony czytaniem fragmentu tekstu przez znanego aktora) to pomysł wyśmienity, boleśnie zdruzgotany formą.

    Przetrwanie skierowanych w zasadzie do nikogo, puszczonych na żywioł paneli, stanowiących bardziej towarzyskie przekomarzanie przy udziale publiki niźli rzeczywiście promocję czytelnictwa czy zachęcenie do lektury konkretnego autora, to wyzwanie. A szkoda, bo trudno o milsze dopełnienie wieczoru literackiego niż wsłuchanie się w głos Marcina Dorocińskiego czy Arkadiusza Jakubika interpretujących Kapuścińskiego czy Lema.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    Pytanie też, czy zdajemy sobie sprawę z potrzeby edukacji w zakresie czytania. Kiedy raz przez jedną bibliotekę zostałem poproszony o poprowadzenie zajęć z twórczego pisania, zaproponowałem – co robię często – by z kilku godzin warsztatów, pierwszą poświęcić na pogadankę o czytaniu. O tym, jak to robić, jakie popełniamy błędy etc. Biblioteka, z której do mnie dzwoniono, nie była z dużej miejscowości, więc po dłuższej pauzie usłyszałem tylko: myśli pan, że jak małe miasteczko, to młodzież tutaj nie umie czytać?!

    I zanim powiedziałem, że uważam, iż akurat w tej kwestii wielkość aglomeracji to kwestia trzeciorzędna, pani się już rozłączyła, by nigdy później nie zadzwonić.

    Największym jednak problemem, z którego nie zdajemy sobie przy tym zagadnieniu sprawy, jest to, że lepiej nie będzie. Rynek zaobserwował tendencję i się dostosowuje. Bo do tego, by zamiast się dostosowywać, coś zmienić trzeba wizji, odwagi i cierpliwości. A o te cechy trudno, zwłaszcza na niestabilnym książkowym rynku. Zresztą, wiemy o tym wszyscy, biznes nie przychodzi do nas po to, by nas uczyć, a żeby dać nam, co chcemy. Tyle, że my nie wiemy, czego możemy chcieć. Nikt nas tego nie nauczył.

    I tak, literki były tylko dwie. Dziękuję za uwagę.

  • Mundialowe Lektury Obowiązkowe, cz.1

    Jest takie powiedzenie; „aktualne jak wczorajsze gazety”, przed Mundialem w Rosji warto je przypomnieć, bo odnosi się ono także do książek o sporcie. Kiedyś żeby się dorobić biografii sportowiec, i to wielki sportowiec musiał umrzeć albo przynajmniej zakończyć karierę, przynajmniej zaliczyć jakiś kamień milowy, a teraz wystarczy potrzymanie pucharu, dobry sezon, często nawet sama zapowiedź triumfu lub choćby startu. Bo nie czarujmy się, nasza kadra Mundialu w Rosji nie wygra! A jeśli wygra… Jeśli wygra to ogolę się na łyso i nawet zapisałem się do grupy na FB „Jeśli Polska awansuje do finału to ogolę się na Pazdana”. Podchodzę do sprawy sceptycznie i z przymrużeniem oka, ale jakby co to jak to mówili w Misiu „zrobię się na Amerykańca” i będę świecił glacą jak Kojak, Collina i Pazdan. Zrobię to z radością bo chcę tego finału, ale zdaje sobie sprawę, że byłaby to sensacja na miarę tej z EURO 2004, kiedy to na boiskach Portugalii wygrała reprezentacja Grecji. Ale pomarzyć można. Albo ponarzekać. Albo poczytać. Dlatego przed mistrzostwami w Rosji półki uginają się pod książkami o futbolu. Wiele z nich z pewnością ciekawa, ale większość będzie za parę tygodni warta tyle ile wspomniane wczorajsze gazety. Wszystkie tajemnice i sekrety kadr oraz trenerów staną się w czasie rosyjskiego mundialu sprawą nieistotną, zresztą i tak wiele z nich to czyste spekulacje, albo najzwyklejsze plotki. Lepiej sięgnąć po coś ponadczasowego, coś co się nie zestarzeje, na przykład po powieści ;Do przerwy 0:1, 90 minut i Futbolowa gorączka. Na początek parę słów o tych dwóch pierwszych.

    Do przerwy 0:1 Adama Bahdaja znają niemal wszyscy, przynajmniej ze słyszenia. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że książka, a później telewizyjna adaptacja to młodzieżowa historyjka o sporcie. Paczka kumpli, niepowodzenia, praca i talent, wreszcie sukces, jakby to powiedział Jan Hochwander z Misia „dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem”. Ale powieść Bahdaja to nie tylko sportowa dydaktyka, nie tylko schemat znany z dziesiątek innych książek, to także niezwykłe smaczki, zapis, niemal dokumentalny tamtych czasów, obraz powojennej Warszawy. Nie chodzi wyłącznie o Stolicę w gruzach, ale także o to, że wciąż Polonia, a nie Legia jest popularniejszym klubem, że zdobycie piłki, takiej prawdziwej, skórzanej futbolówki graniczy z cudem, a jak już cud się zdarza, to okazuje się być zwykłym złodziejstwem. Najciekawsze jest to co dzieje się za kulisami; kaperowanie zawodników wszelkimi metodami; pieniędzmi i szantażem oraz szemrane postacie „sponsorów” drużyny Huragan. Klasyka gatunku, dla ludzi intersujących się piłką, coś co się działo, ale o czym mówiono po cichu, co głośniej huknęło dopiero w latach osiemdziesiątych, a eksplodowało tak naprawdę w XXI wieku. Piłka nadal nie jest czysta, bo gdyby taką była, to oznaczałoby, że czysty jest także biznes, giełda wolna od tajemniczych wahnięć, pracę zdobywa się wyłącznie dzięki kwalifikacjom, politycy realizują obietnice, a kapłani otrzymują drogie limuzyny od bezdomnych. Do przerwy 0:1 to powieść nie tylko dla młodzieży, ale i dla kibiców, którzy czytając książkę o chłopakach grających w turnieju dla dzikich drużyn mają te same problemy co dorosłe gwiazdy polskiej ligi.

    www.unsplash.com/Fauzan Saari

    Zupełnie inaczej ma się sprawa z powieścią 90 minut, Antala Vegha. To już kawa na ławę, hardkorowe starcie, w którym nie trzeba zachęty redaktora Rymanowskiego aby goście w studiu, a my wraz z nimi przeżywali prawdziwe emocje. 90 minut to książka, która wstrząsnęła Węgrami. Jej autor szykował się do jej napisania przez lata, bo Vehg był nie tylko literatem i publicystą, ale także przez sześć lat pracował jako trener piłkarski. Pierwszy krok zrobił w roku 1974 publikując esej „Dlaczego węgierski futbol jest chory?”. To już było tąpnięcie, a prawdziwy wstrząs wywołała wydana pięć lat później powieść 90 minut. Czytając książkę uczestniczymy w meczu drugiej ligi węgierskiej, którego stawką jest awans do I ligi. Gospodarze muszą ograć słabeusza by spełnić marzenia kibiców i… Chyba tylko kibiców, bo na pewno nie wszystkich piłkarzy i działaczy. Na boiskowe i pozaboiskowe wydarzenia spoglądamy z perspektywy Gabora, stopera drużyny gospodarzy. Dla jednych było to potwierdzenie przypuszczeń, dla innych odarcie z marzeń, a dla działaczy piłkarskich i funkcjonariuszy partyjnych potwarz i skandal. Ta książka nie pozostawia obojętnym żadnego kibica, wciąż jest aktualna, wciąż tłumaczy wiele zachowań i dziwnych sytuacji. Przy okazji dodam, że Vegh był opozycjonistą, działaczem zdelagalizowanego Towarzystwa Przyjaźni Polsko Wegierskiej i miał w Polsce wielu przyjaciół, z kolei Adam Bahdaj prawie całą wojnę spędził na Węgrzech. Prawie całą, bo jeździł do Polski jako kurier tatrzański, stąd Trzecia granica, książka o kurierach, ale to już zupełnie inna historia.

    Wkrótce na tapecie znajdzie się Futbolowa gorączka Nicka Hornby’ego, która w raz inną pozycją tego autora Wierność w stereo tłumaczy nasze męskie obsesje, pasje i szajby.

    W ofercie księgarń i domów sprzedaży wysyłkowej nie ma książki 90 minut, można ją znaleźć w bibliotekach, na Allegro lub w antykwariatach. Podobnie jest z Do przerwy 0-1, w bieżącej sprzedaży jest tylko audiobook oraz serial telewizyjny nakręcony na podstawie powieści.

     

     

  • „Mam swojego anioła stróża”

    Macie swojego anioła stróża? Część z Was się pewnie teraz uśmiechnie pod nosem. Jak to, anioła stróża? Ano, tak to. Z Jakubem Ćwiekiem spotkałem się na moście, a raczej mostku, bo właśnie tam, kilkanaście lat temu, Kuba spotkał faceta, który mógł być jego aniołem stróżem. Zobaczcie zresztą sami, bo okoliczności przyrody są wyjątkowe, a opowieść Kuby jest wyjątkowa jeszcze bardziej.

    Nie bierzcie autora „Stróżów” za wariata, bo opowiedziana przez niego historia naprawdę w Głuchołazach się wydarzyła. Spotkanie na moście było przyczynkiem do rozmowy o najnowszej książce Jakuba Ćwieka. Porozmawialiśmy o świecie Kłamcy, a także o tym, co Kuba planuje dalej w tym zagmatwanym, literackim świecie. 

  • „Pisarz nie dostaje gratisów”, czerwcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    W momencie, kiedy Szczepan Twardoch ogłosił, że będzie poruszał się Mercedesem, wiele ludzi oszalało. Oczywiście mam na myśli ten specyficzny rodzaj ludzi, którzy komentują pod artykułami na Onecie, a nie przychodzą na spotkania autorskie. Może i sprawa jest już wiekowa, to zacząłem się ostatnio zastanawiać, dlaczego pisarz nie dostaje gratisów. Czy jesteśmy gorsi od blogerów?

    Pisarz, czy w ogóle jakikolwiek twórca, najlepiej jakby był biedny. Nic tak nie pobudza kreatywności, jak pusta lodówka i widmo komornika. Przecież to logiczne, że im mniej się ma, tym chętniej się pracuje, by w efekcie można mieć trochę więcej, niż dotychczas. Chodzi mi o taki skok jakościowy, że zamiast chleba smarowanego nożem, człowiek zajada się makaronem z truskawkami. O ile ich cena spadnie poniżej 10 złotych za kilogram.

    Czemu o tym piszę? Nie dlatego, że spojrzałem na stan swojego konta, który dość jasno daje mi do zrozumienia, że starczy mi pieniędzy do końca życia, jeżeli umrę w przyszły czwartek, ale przez… Instagram. Wiecie, dziś jeżeli chcemy, by usłyszało o twórcy więcej osób, niż jego rodzina i te pięć osób, które przez przypadek kupi książkę, bo była promocja, należy się odrobinę postarać. To nie tylko rola marketingu, za który odpowiada wydawnictwo, ale także samego twórcy. A to oznacza, że pisanie schodzi czasami na dalszy plan, choć nie powinno.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Uwielbiam kontakt z czytelnikami. To najlepsza część pisarskiej roboty zaraz po tym, kiedy dociera do mnie, że stworzyłem interesującą historię i ta pojawi się na księgarskich półkach. I jako, że z platform komunikacyjnych do wyboru mam Facebooka i Instagram, to staram się z nich dość często korzystać. Nie wiem, czy wiecie jak działają algorytmy odpowiedzialne za filtrowanie treści, które wam się wyświetlają, ale ja wiem. Przynajmniej na tyle, na ile developerzy zechcieli podzielić się tą wiedzą z innymi. Teraz najważniejsze będą zainteresowania użytkowników, czyli treści z którymi weszli oni w interakcję. Zmieni się chronologia wyświetlania, a pod uwagę będzie brany także czas, który spędzamy w aplikacji. Ma też być większa różnorodność proponowanych nam postów.

    Obecnie mój Instagram wyświetla mniej więcej cztery rodzaje zdjęć – książki (bo wiadomo), świnki morskie (zastanawiam się, jak zmonetyzować prosiaczka, który właśnie podgląda jak powstaje ten felieton), streetphoto (dziewczyna robi świetne zdjęcia) oraz Tom Hardy na przemian z Bradem Pittem (nie pytajcie). I widząc pierwszy z rodzajów fotografii, dość często dostrzegam, ile blogerzy dostają rzeczy od wydawnictw, które nie są książkami. I to nie tylko od wydawnictw. Wiecie, rzeczy takie jak wino, notesy, magnesy czy torby. Rzeczy, których głównym zadaniem, jest znalezienie się właśnie na Instagramie i sprawienie, że tytuł wokół nich się sprzeda. Przecież to prosta psychologia, bo im więcej dostaniemy za darmo, tym większą presję czujemy, by się zrewanżować. Zdjęcie na Instagramie często jest takim właśnie rewanżem (przemilczmy pozytywną recenzję). Czy to przekłada się na kupowanie książek? Trudno ocenić, ale nie widziałem jeszcze nigdzie zdjęcia, linkującego bezpośrednio do sklepu wydawnictwa.

    Zacząłem się zastanawiać, czemu ja nie dostaję gratisów? Wprawdzie liczba moich followersów (piękne słowo), jest mniejsza, niż oszałamiająca, ale widziałem blogerów z gorszymi zasięgami, ale za to z gratisami. Może istnieje przeświadczenie, że pisarze są od pisania, a nie polecania książek czy kremów do twarzy, ale to tak samo, jakby założyć, że piłkarze są od biegania, a nie od reklamowania parówek czy nowych telewizorów. Ja też mam telewizor, a nawet konsolę, a jakoś nikt nie wali do mnie drzwiami i oknami.

    Piosenkarze czy aktorzy mają łatwiej, bo mają „ryje”. Coś, co producent szamponu może sprzedać, bo ludzie wiedzą, jak dana osoba się prezentuje. Nie są tylko nazwiskiem na okładce. Marzy mi się to, żeby zapraszali pisarzy do telewizji śniadaniowych, by mówili nie tylko o nowej powieści, ale o tym, jak się ubierają, jakiego proszku używają i ile czasu spędzają w kuchni. By stali się kimś więcej i wyszli do świata, a czytelnicy mogli się z nimi identyfikować. Na targi książki przychodzą tłumy, ale to nie wystarcza. Owszem, nie każdy z pisarzy ma taką potrzebę, by pokazywać się światu i woli tylko pisać. To najważniejszy element naszej pracy, nie da się temu zaprzeczyć, ale świetnie byłoby mieć możliwość zaistnienia na innym polu. Nie twierdzę, że chce zostać blogerem książkowym, bo nie chce. Do reklamowania parówek też specjalnie mi nieśpieszno, ale tytuł na PlayStation 4 od Sony mógłbym ograć, bo jest to spójne z tym, czym się interesuję. To oczywiście mrzonka, bo za rzadko publikuję nowe posty i za mało osób je lubi, by doszło to do skutku. Nie wiem nawet czy bym to zrobił, bo zdecydowanie o wiele bardziej od robienia zdjęć, wolę pisanie książek. Na tym się znam i tego zamierzam się trzymać.

    www.unsplash.com/Sabri Tuzcu

    Jednak marzy mi się sytuacja, gdzie to pisarze będą wyznaczać trendy, a nie musieć za nimi gonić, by dalej pozostawać w kręgu zainteresować swoich czytelników. Skąd mam do cholery wiedzieć, który # nie da mi teraz shadowbana. Nie mam czasu na szukanie tej informacji. Kolejne strony się same nie napiszą. Kiedy zmienią się algorytmy dobierające wyświetlane treści, twórcy przepadną w newsfeedzie, bo nie wpiszą się w nowe wytyczne. Zwyczajnie nie będą mieli czasu na to, by za nimi gonić.

    Pisarz ma dostarczyć produkt i powinien się cieszyć, jeżeli nie utonie on pod zalewem gratisów na opublikowanym zdjęciu.