Kategoria: Aktualności

  • Emocje, doznania, uniesienia. Pełny program Big Book Festivalu!

    To będzie festiwal porywający umysłowo i uczuciowo. Pokażemy, że literatura może być intensywnym doznaniem – mówią Anna Król i Paulina Wilk z Fundacji „Kultura nie boli“, po raz szósty organizujące międzynarodowy Duży Festiwal Czytania.


    Tegoroczna edycja odbędzie się w dniach 22-24 czerwca pod hasłem EKSPEDYCJA. ZAPOMNIJ O GRANICACH! – będzie poruszać wyobraźnię, zachęcać do odkrywania nieznanych rejonów geograficznych, tematycznych i literackich. Tym razem adresem eksperymentującego z przestrzenią festiwalu będzie jest wspinaczkowa w Warszawie.

    Poruszymy każdy neuron i mięsień. Sprawimy uczestnikom wiele radości, damy okazję do zachwytu, zadziwienia i wzruszenia. Stworzymy też klimat beztroski tak, aby tysiące czytających poczuły, że otwiera się przed nimi wspaniały wyobrażony świat literatury – zapowiadają organizatorki i zapraszają do udziału nietypowych formach spotkań.

    Zadziwienie

    Okazją do pozytywnego zadziwienia będą specjalne wydarzenia na otwarcie i finał festiwalu. Pokazujemy, jak duży potencjał widowiskowy i społeczny niesie literatura – mówi Anna Król, która odpowiada za reżyserię spektaklu multimedialnego MAM NA IMIĘ KOBIETA (piątek, 22.06 godz. 21.00) – opowieści o tresurze płci, wolności i zniewoleniu. Wystąpią: Aleksandra Justa, Gabriela Muskała, Justyna Wasilewska i Julia Wyszyńska, muzykę przygotowują Radek Łukasiewicz i Matylda Damięcka.

    Na finał festiwalu równie silny akcent – stand-up literacki ŚWIAT WDŁUG DULSKICH z narracją pisarki Zośki Papużanki, w rolę współczesnych pań Dulskich z dramatu Gabrieli Zapolskiej wcielą się: Katarzyna Kwiatkowska, Edyta Olszówka oraz Ilona Ostrowska, a muzykę zagrają Żelazne Waginy (niedziela, 24.06, godz. 20.00).

    Wzruszenie

    Głębokie wzruszenia przyniosą rozmowy z pisarzami, którzy otworzą się na tematy niełatwe, sięgające do ich przeżyć, a nawet intymności – zaprasza Paulina Wilk, która odpowiada za programowanie festiwalu. Na spotkaniu ZANIM KTOKOLWIEK PRZECZYTA autorzy: Natalia Fiedorczuk, Robert Rient i Zyta Rudzka będą mówili o tych chwilach, w których książka należy tylko do nich, jest wielką próbą, ale także siłą ratującą życie. Podczas rozmowy NIC DWA RAZY SIĘ NIE ZDARZA? pisarze Mikołaj Grynberg, Agata Tuszyńska i Ewa Winnicka zmierzą się z  trzymającą nas w uścisku historią, poszukają ucieczki od przeszłości. zaś ALFABET OSOBISTY KRZYSZTOFA VARGI będzie testem ze zdolności improwizatorskich jednego z naszych najważniejszych pisarzy i felietonistów.

    Beztroska

    Czytanie jest fajne, przyjemne i sprawia masę radości. Stworzymy okoliczności pozwalające się nim cieszyć, porzucić kompleksy i czerpać frajdę z nowości – rekomenduje Anna Król, entuzjastka nie tylko literatury, także aktywności fizycznej i ogrodnictwa.

    Na Big Book Festival pisarze i dziennikarze utworzą dwie drużyny, które wezmą udział w charytatywnej LEKCJI ODPADANIA. Będą wdrapywać się po ściance wspinaczkowej, zdobywać punkty i książki, które utworzą biblioteki w ośrodkach opiekuńczych. Asekurowaniem zajmą się himalaiści Piotr Pustelnik oraz Kinga Baranowska.

    Wiele spotkań Big Book Festival poświęconych będzie relacjom człowieka z naturą – roślinami i zwierzętami. O przyrodzie rozmawiać można z pisarką Annie Proulx, botaniczką Lisen Sundgren lub z aktywistą Dariuszem Gzyrą. Czytania i rozmowy odbędą się na ŁĄCE pełnej traw, kwiatów i ziół, specjalnie wysianej. Po festiwalu zieleń będzie kwitnąć i rosnąć zdrowo dla Warszawy.

    W festiwalowym ogrodzie zaplanowana jest wspólna praktyka JOGI Z KSIĄŻKĄ. To spotkanie dla każdego, kto chce latem czytać na trawie lub plaży, a przy okazji relaksować kręgosłup, oczy i mięśnie. Lekcję poprowadzi utytułowana trenerka Kasia Bem. Wystarczy przyjść z książką w wygodnym ubraniu (niedziela, 24.06, w samo południe).

    Zachwyt

    Powodów do zachwytu dostarczą wrażliwi obserwatorzy świata, czyli pisarze, którzy przywiozą ważne idee, obserwacje i refleksje z różnych zaułków, od USA po Mołdawię. Big Book Festival to pępek literackiego świata, w którym można naładować się inspiracjami – zachęca Paulina Wilk.

    Wśród gości festiwalu są gwiazdy i autorzy bestsellerowi, np. dobrze znani w Polsce Antonio Muñoz Molina czy Michel Bussi, ale Big Book Festival to przede wszystkim okazja do książkowych odkryć. Spotkać można francuskiego filzofa Bernarda Stieglera, muzułmańskiego intelektualistę Ziauddina Sardara, brytyjską poetkę i performerkę Karen McCarthy Woolf czy szwedzką lekarkę i eksploratorkę Beę Uusmę.

    Dziesięć pisarek europejskich, w tym m.in. Hila Blum z Izraela, Petra Hůlová z Czech, Josefine Klougart z Danii czy Sylwia Chutnik będzie prognozować, co by się zmieniło, gdyby kobiety rządziły światem. OKRĄGŁY STÓŁ BIG BOOK FESTIVAL gości także polską debatę. Spotkają się przy nim artyści, m.in. Michał Rusinek, Gaba Kulka i Borys Lankosz, by rozmawiać o tym, czego życzą Polsce na kolejne 100 lat niepodległości.

    Ekscytacja

    – Żegnamy wizerunek literatury jako trudnej, dostępnej dla wtajemniczonych. U nas czytanie jest ekscytujące dla każdego, od niecerpliwych pięciolatków po ludzi przekonanych, że wszystko już przeżyli – zapraszają twórczynie festiwalu nazywanego „literackim Open’erem“.

    Dobrym powodem do ekscytacji będzie nowe odczytanie wielkich powieści niemieckich. Łukasz Garlicki i Jacek Jędrysik wspólnie z aktorami przygotują KONCERTY CZYTANE – adaptacje fragmentów „Czarodziejskiej góry“ Tomasza Manna, „Czarnego Obelisku“ Ericha Marii Remarque’a i „Utraconej czci Katarzyny Blum“ Heinricha Bölla. Koncerty wydarzą się w fun-parku, aktorzy i widzowie będą przez cały czas w ruchu.

    Zgodnie z hasłem EKSPEDYCJA. ZAPOMNIJ O GRANICACH! festiwal zaprasza także do odwiedzenia trzech instalacji. W specjalnie zaaranżowanych salach będzie można poczuć emocje EKSPEDYCJI: chłód i ciszę bieguna północnego, wysiłek wyprawy w Himalaje i wirtualny odlot w kosmos. W kameralnych scenografiach czekają himalaiści i eksperci.

    W tym roku na Big Book Festival zapomnimy o granicach, o tym, co nas dzieli i zahamowuje. Będziemy razem, żeby przeżyć to, co dotąd wydawało się niemożliwe albo za trudne. Przyjdźcie, przyjedźcie, przylećcie, bo czytanie razem przedłuża i poszerza życie! – zapraszają organizatorki.

    Big Book Festival odbędzie się 22-24 czerwca w Warszawie.
    Fun Park & Arena Wspinaczkowa, ul. Merliniego 2


    Program, informacje o biletach i zapisach już na www.bigbookfestival.pl

    Big Book Festival jest wydarzeniem społecznym. Powstaje dzięki wsparciu MKiDN,
    Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy, Urzędu Marszałka Wojewódzwa Mazowieckiego, Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i British Council. Fundatorami festiwalu są także czytelnicy, którzy kupują książki, gadżety oraz bilety.

  • Nagroda zwana Noblem

    W 2018 literacki Nobel nie zostanie przyznany. W tle – skandal, molestowania seksualne, przecieki. Pozostaje pytanie: co (dalej) z tym Noblem (literackim)? W odpowiedzi proponuję długi przedbieg i krótki finisz – bez konkluzji.

    Nobel był i pozostaje synonimem wielkiej nagrody, ba, nagrody największej, po której nagrodzonego już żaden większy honor spotkać nie może. Inne nagrody chcą coś uszczknąć z noblowskiego splendoru – i obradza to efektami mniej czy bardziej udanymi. I tak Adam Zagajewski uhonorowany został Międzynarodową Nagrodą Literacką „Neustadt” zwaną Małym Noblem („Gazeta Wyborcza”), a także Chińską Nagrodą Literacką Zhongkun (czyli „chińskim Noblem” jak podaje wikipedia); więcej szczęścia miał Leszek Kołakowski, który został laureatem Nagrody im. Johna Klugego, nagrody pomyślanej jako amerykański Nobel w naukach humanistycznych. W roku 2010 Donald Tusk otrzymał w Akwizgranie Nagrodę Karola Wielkiego, w niemieckiej prasie nazywaną „>>nagrodą wielkich europejczyków<<, a nawet (sic! – wtrącenie moje K.Ł.) >>europejskim politycznym Noblem<<” (Wirtualna Polska). Taka jest ranga nagrody Nobla, że wszystkie inne nagrody są w rzeczywistości jej słabym odbiciem. Nobel to zwieńczenie kariery, po Noblu – powtarzam – nic większego w świecie nagród przydarzyć się człowiekowi nie może.

    Podobnie sprawy się mają z obecnością literackiego Nobla w świadomości społecznej Polaków. Wiedza o literackich noblistach przydaje się nie tylko w teleturniejach. W pracy „Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu” (red. Grzegorz Jankowicz, Piotr Marecki, Michał Sowiński) czytamy, że gdy idzie o tematy maturalne pojawiały się wówczas np. i takie „Wśród XX wiecznych twórców literatury do Nagrody Nobla proponuję…”. Zakładano więc powszechną znajomość rangi literackiego Nobla. Największe oficyny wydawnicze przedstawiając swoich autorów odwołują się do ich międzynarodowych wyróżnień – i tu literacka Nagroda Nobla wygrywała zdecydowanie z Nagrodą Bookera czy amerykańską National Book Award. To nobliści prezentowani byli jako „najbardziej uznani światowi twórcy” i jako tacy byli konsekrowani przez wydawnictwa. Wstrzymywano druk najpoważniejszych tygodników opinii, byle tylko pojawić się mógł w najnowszym numerze artykuł o nobliście, bądź, co było jeszcze bardziej smakowitym kąskiem, wywiad z laureatem czy laureatką Nobla. Znam taką sytuację doskonale, bo moja żona przeprowadziła wywiad „bezpośrednio po Noblu” z Wisławą Szymborską. Tygodnik „Polityka” wstrzymał druk, by mógł się on ukazać…

    Copyright © Nobel Media AB 2017. Photo: Alexander Mahmoud.

    Teraz mała dygresja. Tylko pozornie bez związku z Noblem. W roku 1974 w wyścigu Paryż-Nicea doszło do pierwszej konfrontacji kolarzy polskich („amatorów”) z zawodowcami z zachodniej Europy. I wtedy pewien człowiek w wieku mojego ojca tłumaczył mi, że w wyścigach na Zachodzie, zawodowcom mierzy się czas przekroczenia mety indywidualnie, każdy zawodnik ma zatem czas odmierzony co do sekundy, nie to co u nas, w socjalistycznym bajzlu, gdzie całemu peletonowi zapisuje się ten sam czas. Nie polegało to na prawdzie. Ale dobrze oddawało wyidealizowany obraz Zachodu, jaki wówczas – przynajmniej w niektórych środowiskach – panował niepodzielnie.

    Otóż skłonny jestem sądzić, że takie właśnie wyidealizowane wyobrażenie dominowało w Polsce, gdy idzie o nagrodę Nobla, w szczególności zaś – o literacką nagrodę Nobla. Młodzi poeci marzyli o Noblu, a Nobel dla Czesława Miłosza tylko podsycał młodzieńcze imaginacje. Syndrom marzenia o Noblu w mniejszym stopniu dotykał chyba prozaików, ale nie znaczy to absolutnie, że omijał ich zupełnie. W latach osiemdziesiątych gdzieś w tle przewijały się nazwiska (a i lektury) Borysa Pasternaka czy Aleksandra Sołżenicyna. Tak, oczywiście wiedziano, że literacki Nobel nie jest tylko i wyłącznie efektem krystalicznie zobiektywizowanych wyborów Akademii Szwedzkiej, że w grę wchodzić może także ideologia i naznaczona „zimną wojną” wielka polityka. Tyle, że atmosfera polityczna zdawała się wówczas być po naszej, Polaków stronie. Pojawiały się oczywiście wątpliwości co do tego czy innego laureata, ale jednocześnie literacki Nobel nie przestawał pełnić funkcji swoistego znaku jakości. I jak wspomniałem wyżej – dalej ją pełni.

    Tyle, że teraz, naraz – dla maluczkich: jak piorun z jasnego nieba – spadła cała wiązka związanych ze Szwedzką Akademią skandali. Jakich? Trąbią o nich mass-media, informują internetowe portale – nie będę zatem wchodził w szczegóły. Oczywiście Szwedzka Akademia dla wielu pozostanie dalej ekskluzywną częścią jakiegoś Kryształowego Pałacu, fragmentem kojarzącym się w naturalny sposób z eleganckimi, wieczorowymi kreacjami, smokingami, a także budującymi przemówieniami o humanistycznej wymowie. Bo też i tak wygląda – fasada. Ale za fasadą kryją się machlojki, konflikty interesów, pospolite przestępstwa. Cóż powiedzieć: samo życie – pospolitość skrzeczy.

    Pełniący obowiązki sekretarza Akademii Szwedzkiej Anders Olsson ma nadzieję, że uda się wprowadzić taką przejrzystość działania i tak zaostrzyć przepisy dotyczące konfliktów interesów oraz zasad poufności, że przywróci to Akademii zaufanie. Czy rzeczywiście tak się stanie? Pożyjemy – zobaczymy. Jest wiele znaków zapytania. Jedno wiemy (?) na pewno (?) – decyzją Szwedzkiej Akademii w roku 2018 nikt nie zostanie wybrany laureat literackiej nagrody Nobla; za to w 2019 laureatów będzie dwójka, a więc, już teraz wiadomo (?) będą tryumfatorzy ex aequo. Literacki Nobel będzie przez to… Nie, nie będzie może tak „małym Noblem” jak nagroda Neustadt, ale jednak trochę mniejszym niż drzewiej w potocznym odbiorze bywało.

    Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykładowcą na Uniwersytecie Śląskim

  • Ktoś z nich zgarnie Kalibra! Poznajcie szczęśliwą siódemkę

    Już przy ogłoszeniu długiej listy, czyli czternastu nazwisk, nie brakowało kontrowersji. Sam wskazywałem na to, że brakuje Marcina Wrońskiego, Bartosza Szczygielskiego, a z niewiadomych i niezrozumiałych dla mnie powodów, znalazły się tam nazwiska Remigiusza Mroza oraz Marty Matyszczak, bo przecież to ma być nagroda dla najlepszego polskiego kryminału, a nie dla książki, która ma najlepszy PR. 

    Upłynęło trochę wody w Odrze, mamy już finałową siódemkę. Anna Kańtoch, Marta Guzowska, Wojciech Chmielarz, Ryszard Ćwirlej, Krzysztof Zajas, Grzegorz Kalinowski, Katarzyna Kwiatkowska.

    Wielka gala, w trakcie której poznamy najlepszy polski kryminał 2017 odbędzie się w ostatnią sobotę maja we Wrocławiu, a zwycięzca otrzyma statuetkę oraz 25 tysięcy złotych. Łapcie komentarze finalistów, postaram się je uzupełnić, jeśli tylko sami zainteresowani „dadzą głos” w tej sprawie. 

    Krzysztof Zajas, „Oszpicyn”, Wydawnictwo Marginesy

    Finałowa siódemka? Bardzo się cieszę, jasne. Być dostrzeżonym w tej armii autorów kryminałów to niemały sukces. Ale chyba nawet bardziej cieszy mnie, że chodzi właśnie o Oszpicyn – kryminał nietypowy, uciekający w kierunku innych gatunków i stawiający czytelnikowi nieco inne wymagania. Raduje fakt, że jury doceniło Proteuszową zmienność powieści, co dobrze wróży na przyszłość całej literaturze popularnej w Polsce. Gratuluję również pozostałym finalistom i każdemu/każdej życzę zwycięstwa

    Anna Kańtoch, „Wiara”, Wydawnictwo Czarne

    Bardzo się cieszę, że „Wiara” powędrowała szlakiem przetartym przez „Łaskę” i również otrzymała nominację. Teraz łatwiej mi będzie zabrać się za pisanie trzeciej części.

    Wojciech Chmielarz, „Zombie”, Wydawnictwo Czarne

    Jestem nominowany już po raz szósty i co tu dużo mówić, za każdym razem to są spore nerwy. Ale tym razem patrzę też na listę nominowanych dość nostalgicznie. Otóż ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jestem w tym gronie prawdziwym weteranem z największą liczbą nominacji na koncie. Zastanawiam się teraz, kiedy to się stało.

    Marta Guzowska, „Reguła nr 1”, Wydawnictwo Marginesy

    To jest moja czwarta nominacja do Nagrody Wielkiego Kalibru i wcale nie cieszę się mniej niż za pierwszym razem. Właściwie z każdą kolejną nominacją radość jest coraz większa. Hura!

    Ryszard Ćwirlej, „Tylko umarli wiedzą”, Czwarta Strona

    Jest mi bardzo przyjemnie, że znalazłem się takim gronie, bo to zaszczyt. Oznacza to, że moja książka zainteresowała nie tylko czytelników, ale też jurorów. Trzymam więc kciuki za „Tylko umarli wiedzą”, bo jestem z tego tytułu bardzo zadowolony.

    Grzegorz Kalinowski, „Pogromca grzeszników”, Wydawnictwo Muza

    Jadę do Wrocławia… w moim poprzednim fachu, komentatora piłkarskiego symbol upadku, w nowym, pisarza który ubiegłej jesienie opublikował swój pierwszy kryminał to zaszczyt. W tym mieście splatają się losy najbardziej skorumpowanych ludzi polskiej piłki i autorów najlepszych kryminałów, jako że jestem w tej drugiej grupie zacytuję pewnego wrocławianina; „Jezu jak się cieszę”.

    Katarzyna Kwiatkowska, „Zgubna trucizna”, SIW Znak

    To jest zaskoczenie, zaszczyt, nobilitacja. Bardzo się cieszę, ale doskonale wiemy, że konkurencja jest dosyć mocna.

     

  • „Pisarze w sierści”, majowy felieton Sylwii Chutnik

    Ludzie dzielą się na koty i psy. Ci pierwsi chodzą własnymi ścieżkami i lubią zwinąć się w kłębek, kiedy przyjdzie im ochota. Drudzy gonią swój ogon i cieszą się, kiedy widzą drugą istotę. Chciałabym być kotem, ale mam uczulenie na ich sierść. Poza tym, nie oszukujmy się, lubię pieski optymizm a większość moich znajomych zachowuje się jak szczeniaki, które lecą przed siebie i cieszą się z tego, że słońce świeci. Jestem więc psiarą. Gadam do spotykanych psów, całuję (tak, wiem, nie wolno, ble ble) i przytulam. Moi studenci odpracowują nieobecności na zajęciach w schroniskach a przyjaciele adoptują non stop nowe futrzaki, chociaż nie mieszkają w pałacach. Mam wrażenie, że mnie zrozumiecie – w końcu czytacie ten felieton w necie, a tu rządzą filmiki z kociakami, foczkami i innymi przyjaciółmi. Poza tym ludzie żyjący bez zwierząt są podejrzani.

    Pisarze i pisarki również dzielą się według ras. Ale niezależnie od tego, jakie zwierzę zechciało się nimi zająć (literaci to straszne gamonie, muszą mieć kogoś do opieki) to zwykle jego ślad można znaleźć w twórczości. Psy- chologia ma wielki wpływ na wyobraźnię.

    Tak było choćby z jednym z najbardziej znanych psów polskiej literatury dla dzieci, czyli Ferdynandem Wspaniałym opisanym przez Ludwika Jerzego Kerna. Leniwy doberman, który głównie drzemał na szezlongu pewnego dnia postanowił wyruszyć w miasto. Zamienił więc miękkie obicie na garnitur i zaczął mieć fascynują ce przygody. Pomysł na Ferdynanda przyszedł Kernowi, kiedy siedział przy biurku i kończył tekst. Obok niego drzemała bokserka Farsa, której ewidentnie coś się śniło. Popiskiwała, ruszała nogami. Pisarz zaczął zastanawiać się, co też może śnić się psu. Postanowił więc to opisać. Nie chcę tu spoilerować, ale przygody Ferdynanda były tylko imaginacją (chociaż ja nadal wierzę, że winda potrafi wyfrunąć do nieba, kiedy naciśnie się guzik ostatniego piętra, więc lepiej uważajcie). 

    Pisarze czerpali inspiracje obserwując zwierzęta antropomorfizując je lub próbując uchwycić specyfikę ich zwyczajów. Wystarczy wspomnieć Zofię Nałkowską i jej opowiadania „Między zwierzętami” lub autorów dla dzieci: Ewę Chotomską czy Agnieszkę Frączek. 

    Mark Twain miał ulubionego czarnego kota Bambino, Gustave Falubert papugę,  a Karol Dickens…kruka Gripa (który trafił do annałów poezji dzięki sportretowaniu go przez Edgara Allana Poe). W Polsce psiarzami byli między innymi Stanisław Lem (jamniczek Proton), Kazimierz Brandys (bokser), Witold Gombrowicz (z wdzięcznym kompanem Psiną), Maria Dąbrowska (Dyl), Jarosław Iwaszkiewicz (Tropek) czy Janusz Meissner (wyżeł Start). Mogłabym tak wymieniać bez końca, bo przecież Dżońcio Tuwima, Puzon Jerzego Waldorffa czy obecne Stasiukowe psy oraz owce, niekończące się stado Katarzyny Grocholi. Czasami psy wykorzystywane były przeciwko pisarzom. Tak było podobno w redakcji „Wiadomości literackich”, gdzie Mieczysław Grydzewski opędzał się przed namolnymi twórcami z pomocą swoich sznaucerów Fugą i Fusem.

    Patrząc na współczesnych literatów i literatki (nie myślę o szklance, no bardzo śmieszne) widać wyraźnie, że cenią sobie towarzystwo czworonogów. Zapytałam, dlaczego.

    www.unsplash.com/Matthew Henry

    Karolina Korwin-Piotrowska (autorka między innymi: „Bomba”, „#sława”)

    Najstarsza jest Cudna. Ma 6 lat, dostałam ja od przyjaciółl w najgorszym dniu, w którym spaliło mi się mieszkanie a w nim moje dwa psy. Obie byłyśmy wtedy bezdomne i same, idealnie się dobrałyśmy. Pomogła mi wrócić do żywych. Jest najlepszym psem, jakiego miałam. Najmądrzejszym , ale też najbardziej charakternym. Przez ponad rok nie rozstawałyśmy się. Bałam się o nią, bałam się ja gdziekolwiek zostawiać. Druga jest Buźka – efekt wielu przemyśleń, czy dam radę na układ, który został gwałtownie przerwany przez wypadek. Zobaczyłam ją na zdjęciu, kiedy miała dobę. Biała kluska z ciemnymi uszami. Od razu powiedziałam sobie, że jest moja, choć jeszcze nie było wiadomo, jakiej jest płci. To chodząca dobroć, radość, wielkie serduszko ukryte w drobniutkim ciele. Jest waleczna, myśli, że jest dużym psem. Chce być kopią Cudnej, bo ta ją świetnie wychowała. Niemal nic nie musiałam robić. Są ze sobą niewiarygodnie związane. Z tego wziął się pomysł na psa numer trzy. Moja przyjaciółka, hodowca psów, od której mam moje dwie suki, napisała mi w styczniu, że jest piesek, który jest jak Jonasz, mimo młodego wieku przeszedł wiele, bo strasznie się struł, kiedy był malutki. Imię ma po psie Adama Wajraka – Lolo – czyli ładny chłopiec. Na pierwszym zdjęciu, jakie dostałam, był zaiste bardzo drobny, jakby kruchy, lekko przerażony, ale w oczach miał Alaina Delona. Tak jest do dzisiaj. Jest obłędny, mega przystojny, ma powodzenie u wszystkich. I wcale nie jest taki mały, bo Warszawa ( on jest z Gdańska) dobrze mu robi na rozwój – jest powoli zgrabnym monsterem. Robi się z niego duży, silny pies, z mocną klatką piersiową i ciężkimi, mocnymi łapami, już widzę te rozkopane ogródki…Lolek to król na dzielni, wszyscy go lubią, choć to mały gryzoń. Babski król, ale mocno trzymany przez dziewczyny. One go wychowują. Ja tylko obserwuję. To jest fajny gang.

    Rafał Kosik (autor fantasy i literatury młodzieżowej)

    Wychowywałem się z psami przez większą część życia. Okresy bezpsowe to był efekt czynników obiektywnych lub żałoby, jak ostatnio po Cabanie. Pierwszym psem był Mikuś, podróba wilczura. Miałem wtedy jakieś pięć lat i jedyne, co pamiętam, to że Mikuś miał wieczne problemy żołądkowe. Mieszkaliśmy w bloku, więc sytuacja była mocno niekomfortowa. Potem była Aza, foxterrierka o rozmiarach zdecydowanie mniejszych niż standard rasy. Nadrabiała to odwagą i wytrzymałością. Nigdy nie zauważyłem, by się czegokolwiek bała. Kiedyś przydybała na podwórku jeża – pół godziny wyciągaliśmy jej igły z pyska. Raz na kilka miesięcy wyruszała na gigant po osiedlu. W jednej chwili szła przy nodze, a za moment bez wyraźnego powodu pędziła gdzieś przed siebie, nie reagując na nic. To były czasy, kiedy psów raczej nie prowadziło się na smyczy, a samochodów było dziesięć razy mniej niż teraz. Wsiadałem na rower i jechałem jej szukać. Gdy ją znajdowałem po kilku godzinach, posłusznie wracała do domu. Lubiła jeździć rowerem. Oczywiście w koszyku na bagażniku. Sama wskakiwała i wyskakiwała, zawsze od strony pobocza. Gdy poważnie zachorowała, za wszelką cenę próbowaliśmy ją ratować. Kroplówki, odżywki, zastrzyki.

    Potem była Vera, wilczyca bardziej rasowa niż Mikuś. Jak się potem okazało, z owczarka niemieckiego miała tylko wygląd. Moja znajoma wmusiła ją we mnie szantażem emocjonalnym. To był najbardziej szalony pies, jakiego miałem. Jak tylko na chwilę zostawała w domu sama, niszczyła, co jej podeszło. Otwierała drzwi, nawet takie z okrągłymi klamkami, wyciągała mrożonki z lodówki, przesuwała meble, zjadała krem Nivea. Nic nie pomagało. To był czas, kiedy przeprowadziłem się do Kasi. Vera przemieszkiwała trochę u nas, trochę u moich rodziców. Więcej u nich, bo my pracowaliśmy wtedy w agencji reklamowej, siedzieliśmy czasem w pracy po osiemnaście godzin, niemożliwe mieć psa w takiej sytuacji. Rodzice zdecydowali się oddać ją znajomym z ogródkiem.

    U Kasi (żony) w domu też zawsze były psy, więc kiedy Jasiek skończył trzy latka, uznaliśmy, że dziecko powinno się wychowywać w domu z psem, a Jaś jest już wystarczająco duży, żeby nie męczył zwierzęcia. I tak pojawił się w domu nasz pierwszy wspólny pies, Caban, czarny terrier rosyjski. Caban był mądrym, cierpliwym psem, który wspaniale dostosował się do naszego trybu życia. Gdy jechał z nami w góry, potrafił godzinę siedzieć nieruchomo na tarasie i patrzeć na szczyty albo na owce pasące się pół kilometra od domu, albo na krowę sąsiada. Śmieliśmy się, że ta krowa i owce to był jego telewizor. Był towarzyski i niemal pozbawiony agresji. Chodził po Tatrach (wtedy nie było jeszcze zakazu wprowadzania psów do parku narodowego) i odwiedził nawet jeden konwent fantastyki, gdzie doskonale się bawił na wieczornym ognisku wśród setki osób. Przynajmniej do czasu, aż pewien osobnik nie poczuł potrzeby opowiedzenia mu o sensie życia.

    Przeżył piętnaście lat, choć psy tej rasy zwykle dożywają dziesięciu. Kiedy już bardzo cierpiał i przestał wstawać z posłania, zamówiliśmy wizytę domową weterynarza. Caban cały dzień dostawał smakołyki, wszystko te przysmaki, które najbardziej lubił w swoim psim życiu. Zasnął spokojnie na swoim posłaniu, w domu, a my głaskaliśmy go do ostatnich jego chwil.

    Caban nadal żyje na kartach mojej serii młodzieżowej Felix, Net i Nika. Jest tam jedynym rzeczywistym bohaterem.

    Strata Cabana sprawiła, że nie chcieliśmy już żadnego psa. Jasiek jednak oświadczył, że nie potrafi żyć bez psa. Przecież przez całe jego świadome życie towarzyszył mu Caban. No i po dwóch latach w naszym domu pojawił się Omlet – bardzo rasowy owczarek niemiecki długowłosy (ta dobra hodowla to w zamyśle miała być gwarancja zdrowia, po patrzeniu na cierpienia Cabana, chcieliśmy aby jego następca był z nami jak najdłużej). Omlet zdaje się cały czas funkcjonować na dopalaczach, swoją energią mógłby obdarzyć kilka psów. Też dostosował się do naszego trybu życia, wstaje późno, późno kładzie się spać. Uwielbia włazić nam i wszystkim gościom na kolana, kłaść się na nas, kiedy leżymy, skubać nas po uszach. Ale kiedy w nocy na spacerze jakiś facet podszedł do Kasi, po chwili znalazł się na środku ulicy, Omlet uznał go za zagrożenie dla swojego człowieka. Zobaczymy, co z niego wyrośnie. Na razie ma dwa lata, co dla tej rasy jest nadal dzieciństwem. A my nie wyobrażamy sobie życia, kiedy Jasiek się wyprowadzi i zabierze go ze sobą, bo to jest jego pies.

    Magda Grzebałkowska (autorka m. in. „Beksińscy. Portret podwójny”)

    Piesek Toto, ma 11 miesiecy i jest chihuahua. Najsłodsze stworzenie świata, nazywany przez nas drugim dzieckiem – synkiem. A jak wiadomo z drugim dzieckiem jest łatwiej, bo masz doświadczenie po pierwszym (dziewczynka Tosia, lat 11). Toto przyszedł do nas, jak tkwiłam w stuporze nad biografią Krzysztofa Komedy. Był sierpien 2017 roku, nie szło mi za bardzo pisanie, więc tkwiłam setki roboczogodzin nad komputerem, a tu jeszcze – jak koza ze szmoncesu – doszło wychodzenie ze szczeniakiem po dwadzieścia razy dziennie, bo okazało się, ze on nie może pojąć idei załatwiania się na dworze. Wychodzenie obejmowało także noc, więc łatwo nie było. Ale Toto (imię od Dorotki z Krainy Oz, nadała Tosia., My chcieliśmy Brutusa) – jest nasza domową dogoterapią i dziś już prawie nie robi w domu, wychodzi tylko 4 razy dziennie – a leczy nasze dusze i serca, bo kocha się przytulać i całować po pysku. Kiedy piszę, to czasem trzymam go na biurku – na dowód zdjęcia na Instagramie – bo jest taki malutki, że trochę koci. I to jest super.

    I mówię do niego, imitując jego głos – co brzmi dla postronnych koszmarnie, ale ja to kocham. Toto powiedział do mnie, moim głosem, że chciałby juz nie mówić infantylnym głosem podstarzałej reporterki, ale na razie innego głosu nie ma. A czasem, jak pisze, wpycha mi się na kolanka, co jest dość niewygodne w pisaniu, ale skoro jestem matką, to musze to znosić – tak naprawdę to uwielbiam. I jestem o niego zazdrosna, wiec jak mamy gości a Toto śpi z nimi w łóżku, to się zakradam w nocy i kradnę mojego pieska i chowam u siebie pod kołdrą. Bo to mój synek.

    Wojciech Chmielarz (autor kryminałów, na przykład serii o Jakubie Mortce)

    Ruki to młodziutka suczka, która nie ma jeszcze roku. W sumie więc ciągle ją jeszcze poznaję. Ruki jest cholernie zdolnym psem. Ma taką naturalną chęć uczenia się. I aż mi czasami wstyd, że nie mam czasu z nią siąść i nauczyć kilku sztuczek. Oprócz tego, jak każdy sznaucer odnajduje się w roli stróża domu. Co bywa mocno irytujące, kiedy szczeka słysząc najmniejszy hałas na klatce schodowej, ale z drugiej strony miło patrzeć na istotę, która odnalazła swój cel w życiu i wypełnia go z taką satysfakcją. I w sumie właśnie tym się zajmuje, kiedy ja piszę. Można powiedzieć, że oboje wtedy pracujemy.

    Natomiast Anna Król i Paulina Wilk – pisarki, dziennikarki i inicjatorki Big Book Festival od jego pierwszej edycji podkreślają związki między psami a literaturą:

    Anna: Zwierzęta to dobroć w czystej postaci. Spontaniczność, intuicja, emocje, jakaś prawdziwość – wszystko, to, czego ludziom czasem brak. Myślę, że będąc ze zwierzętami jesteśmy lepsi. Dokładnie tak samo, jak wtedy kiedy czytamy. Książki to też przede wszystkim przeżycia. Od zwierząt można się bardzo dużo nauczyć, obserwowanie ich jest fascynujące. Są psy spryciarze, psy wesołki, psy smutaski, psy melancholijne, nerwusy. I przy okazji całkiem sporo dowiadujemy się o sobie, o innych ludziach. Nie dziwi mnie kompletnie, że pisarze, którzy pracują w emocjach o tym wiedzą.

    Paulina: Ja wyznaję wyższość psów nad ludźmi, w szczególności wyższość Rysia nade mną. Imponuje mi małomównością i nastrojami filozoficznymi, w które popada, przesiadując na parapecie i w spokoju kontemplując przyrodę za oknem. Ja, ofiara współczesnej neurozy, podziwiam jego instynktowną mądrość i to, jak połączony jest z naturą, otoczeniem. Na ogół albo go kocham, albo mu zazdroszczę, albo jedno z drugim. Myślę, że człowiek narobił przez stulecia tak zwanego rozwoju cywilizacyjnego masę idiotyzmów, ale udomowienie psa było jedną z najlepszych, choć także samolubnych – miłość do psów, do innego gatunku istot żywych świadczy, że jest dla nas nadzieja. Wybraliśmy sobie towarzyszy, którzy budzą w nas dobro.

    Na muralu, który właśnie powstał w warszawskim parku Morskie Oko oprócz pisarzy polskich i zagranicznych można podziwiać Miszę – psa Ani, Rysia – Pauliny i Kostasa – psa Doroty pracującej w Big Book Cafe. Są uwiecznione na równi ze Swietłaną Aleksijewicz, Zadie Smith czy niżej podpisaną.

    Aby nie było awantur ze strony kociarzy dorzucę do swojej wyliczanki Małgorzatę Halber i jej sierściuchy. Bo koty to również ważne postaci w życiu niejednego pisarza.

    Małgorzata Halber (autorka „Najgorszy człowiek na świecie” i kołonotatnika „Bohater”)

    Moje koty to rodzeństwo: Buła i Niunia. Amerykanie powiedzieliby „Buła has the looks – Niunia has the brains”. Mieszkam z nimi siedem lat i aż trudno mi w to uwierzyć. Nie miałam wcześniej żadnego zwierzęcia, ponieważ oczywiście wydawało mi się, że jestem nieodpowiedzialna. Tak nieodpowiedzialna, że kiedy już postanowiłam ten stan zmienić wiedziałam, że nie wezmę pojedynczego kota, bo co on ma sam robić w domu? Czekać na mnie? Że musi być rodzeństwo. Znaleźli się z fejsbuka, oczywiście urok młodego Buły mnie urzekł. Nie tylko jest rudy, ale ma też bursztynowe oczy i wyraz twarzy nie zmącony myślą.

    W pisaniu koty nie przeszkadzają, mają do tej czynności najwyraźniej szacunek. Gorzej jest z rysunkiem oraz innymi rzeczami, które robię na studia a które wymagają rozkładania na podłodze węgla, gumki, taśmy, nożyczek. Kiedy prace leżą na podłodze koty natychmiast nanoszą swoje korekty. Interesują się też typografią. Kilka razy siadały na klawiaturze i dziwną kombinacją uruchamiały symulator mowy. To wydarzyło się dwukrotnie, podejrzewam je więc o jakąś tendencję komunikacyjną. Raz też wpisywały do wyszukiwarki „jk.,,,,,”

    Nigdy nie opuściły mojego mieszkania, ponieważ nie chcę narażać ich na stres związany ze zmianą terytorium. Korzystam wtedy z usług firmy Kotexpol, która zajmuje się kotami w domu właściciela, na życzenie może również w tym domu zamieszkać (koty potrzebują nie tylko jedzenia ale też głaskania) i wszystko to za cenę przywiezienia souveniru z podróży. Polecam.

    Rozmawiając z innymi sama zaczęłam zadawać sobie pytanie, w jaki sposób moje zamiłowanie do zwierzaków wpływa na to, kim jestem i co piszę. Oczywiście, nasza tożsamość nie jest od siebie oderwana i wszystko ma znaczenie, kiedy oddajemy kawałek siebie w tekście. Nie jem mięsa od kiedy skończyłam czternaście lat, mieszkałam z kotką Suzi, psem Fazim (ciekawostka: był białym, eleganckim pudelkiem), psem Disco (co to była za modelka, nie lubiła bloków, wróciła na wieś). Od dziewięciu lat jest z nami Lusia. Typowy kundelek zwany przeze mnie dla niepoznaki „rasą warszawską”. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy to obie zaczęłyśmy merdać do siebie ogonami i była to po prostu miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy siedzę pry biurku i pracuję to Lusia leży obok na dywaniku i pilnuje, żebym się nie leniła. Kiedy zaś leżę w łóżku i czytam to Lusia filuje z oddali i czasami wkrada się w nogi, aby zostać moim osobistym termoforem. Zapraszam ją na kolana, kiedy piszę i wtedy wtula się między szyję a ramię. Wyglądamy jak z obrazu „Dama z gronostajem” . Nie wyobrażam sobie, żebym nie rozmawiała z nią czasem o jakiś ważnych sprawach.

    Na koniec apel, achtung, achtung. Jak śpiewała Joanna Krupa „zawsze i wszędzie pies kochany będzie!” (https://www.youtube.com/watch?v=uGEWvOa-s3o) Jest tyle zwierząt czekających na naszą pomoc. Jeśli nie możecie adoptować ze schroniska to chociaż wesprzyjcie zbiórki karmy, koców lub wpłaćcie grosz na jedną z fundacji opiekujących się sierściuchami: https://przytulpsa.pl www.toz.pl www.viva.org.pl Psy czy koty to przecież element naszej kultury i historii. Jak pisał Eric Baratay, badacz zwierząt i filozof, autor „Zwierzęcego punk tu widzenia” żyjemy od setek lat wspólnie i umiemy dostosować swój rytm do ich życia. Jesteśmy często jednością. Również twórczą.

  • „Państwo redaktorstwo”, kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Co pewien czas docierają mnie plotki o tym, czy tamtym pisarzu, polskim czy zagranicznym, że odmawia współpracy z redaktorami. Ma być tak, jak on chce albo wcale. Zawsze podnoszę wtedy brwi w wyrazie zaskoczenia, bo wydaje mi się, że pisarz może sobie tylko w ten sposób zaszkodzić.

    Żeby była jasność – relacja pisarz – redaktor, potrafi być skomplikowana. Pełno w niej kłótni, ciągnących się przez dziesiątki maili sporów, mniejszych i większych pretensji o niezrozumienie tekstu oraz czepialstwo. Przynajmniej ze strony autora (bo tylko taką stronę znam). Ale tylko podczas redakcji tekstu. Bo kiedy dostaję do ręki gotową książkę, czuję tylko głęboką wdzięczność. Zawsze jednak miałem tę obawę, że nie wyraziłem jej wystarczająco. W związku z tym potraktujcie Państwo ten felieton, jako podziękowanie dla wszystkich redaktorów, z jakimi miałem okazje przez te lata pracować. Bo dobry redaktor to skarb i potrafi bardzo pomóc książce. Mam na to trzy dowody.

    Pierwszym redaktorem, z którym pracowałem był Tomasz Zając w wydawnictwie „Czarne”. Przyznam szczerze, narobił się przy „Podpalaczu”. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy otworzyłem zredagowany przez niego tekst, uderzyła mnie fala czerwieni. Skreśleń, poprawek, pytań, uwag. Słowem, tekst wyglądał, jak dyktando ucznia, który nigdy nie miał styczności z językiem polskim, po sprawdzeniu przez nauczyciela. W „Podpalaczu” miałem zresztą kilka swoich ulubionych fragmentów. Takich, które wydawały mi się szczególnie literacko udane. Mówiły coś ważnego o bohaterach, naszej rzeczywistości, ludziach. Wszystkie, ale to dosłownie wszystkie zostały skreślone z jednym dopiskiem – za długie. I wiecie, co? Redaktor miał rację. One były za długie. Powieść traciła przez nie swój rytm. Nie pasowały stylistycznie do reszty tekstu. I koniec końców, nie były też tak odkrywcze. Przy kolejnych powieściach Tomasz Zając nie musiał się już tak napracować (przynajmniej tak to ja pamiętam, może on ma inne zdanie na ten temat). Solidnie odrobiłem lekcję, którą mi przekazał.

    Karolina Macios zajmowała się redakcją „Cieni”. Napisała do mnie po przeczytaniu tekstu. Pogratulowała. Stwierdziła, że bardzo udany i dodała kilka miłych dla autora komplementów. A na koniec zadała jedno pytanie: Dlaczego Mortka nie zrobił pewnej rzeczy? Prychnąłem wtedy pod nosem. Rozgrzałem palce, szykując się do napisania jej długiego, lekko kpiącego maila, w której wytłumaczę jej meandry fabuły, motywacje postaci i dodam kilka wtrętów na temat sztuki pisania kryminałów w ogólności. Ale dłonie zamarły mi nad klawiaturą, bo zdałem sobie sprawę, że odpowiedź na pytanie Karoliny brzmi: bo gdyby Mortka zrobił tę rzecz, książka skończyłaby się po jakichś pięćdziesięciu stronach. Reszta dnia to było kilkanaście wysyłanych w tę i z powrotem maili i gorączkowe rozmowy telefoniczne, podczas których przerzucaliśmy się pomysłami, jak to naprawić. Udało się. Błąd na szczęście nie był aż tak poważny, jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Niemniej gdyby został w tekście, skutkowałby potężną dziurą logiczną. Jedną z tych, których czytelnicy mogliby mi nie wybaczyć.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Spotkanie w wydawnictwie Marginesy. Po raz pierwszy, może drugi opowiadam o pomyśle na swoją nową powieść. Ma być o trzydziestolatkach spędzających wakacje w agroturystyce gdzieś pośrodku niczego, o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, o zaginionym dziecku. Od tego czasu minął blisko rok. „Żmijowisko” jest już gotowe i za niedługo trafi do księgarni. Prawdopodobnie jest to najlepsza moja książka. Wtedy, wychodząc z tego spotkania, nie byłem jeszcze pewien tego pomysłu. Dużo myśli mi się kłębiło w głowie. Czułem potencjał, ale jeszcze nie wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Po powrocie znalazłem na skrzynce maila od redaktora Adama Pluszki, który napisał jedną rzecz, jedno krótkie pytanie, jeden mały pomysł, drobny element. Ale to było właśnie coś, czego potrzebowałem. Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Chaos zastąpił porządek.

    Opisuję te trzy historie, żeby pokazać, że redaktorzy to nie tylko ludzie, który poprawiają przecinki i błędy ortograficzne. Ich rola w pisaniu książek jest znacznie większa. Pokazują autorowi jego silne i słabe strony, wyszukują błędy fabularne, pomagają na różnych etapach pracy. Dlatego, kiedy skończycie Państwo kolejną powieść, zerknijcie w stopkę, kto był jej redaktorem. Jako mały dowód szacunku dla ich ciężkiej, ważnej i mało zauważanej pracy.

    Wojciech Chmielarz

  • Dave Hutchinson: „patrzę na sytuację w Europie przez lupę”

    Wyobraźcie sobie, że obecne w Europie szaleje wirus grypy, który zabił kilkadziesiąt milionów osób. Co więcej, strefa Schengen chwieje się w posadach, a żeby tego było mało, kraje dzielą się na coraz mniejsze terytoria, które stają się albo autonomiczne, albo niepodległe. Czy to tylko opowieść science fiction? Czy może realna diagnoza współczesnego świata? Rozmawiamy o pomalowaniu Pałacu Kultury i Nauki na różowo, niepodległości Katalonii, autonomii Górnego Śląska, a także obecnej sytuacji w Europie. Przed Państwem Dave Hutchinson i jego książka „Europa jesienią”.

  • W lipcu czwarta w tym roku książka Remigiusza Mroza? Jakub Ćwiek: „Remku, zalał mnie wkurw”.

    Kilka słów wstępu. Udało mi się jakiś czas temu dotrzeć do informacji, że Remigiusz Mróz wyda w lipcu swoją czwartą w tym roku  książkę. Ma nosić tytuł „Hasztag” oraz ma być skierowana, jak sam tytuł wskazuje, do ludzi, którzy sporo czasu spędzają przed komputerem. Czy tak będzie? Okaże się w lipcu, jednak musiałby się wydarzyć jakiś kataklizm, żeby ta książka się nie ukazała. To pewnie dobra informacja dla fanów autora, bo kolejna rzecz do przeczytania. Podzieliłem się informacją z kilkoma autorami, a Jakub Ćwiek zdecydował się napisać dość ostry list do Remigiusza Mroza. Zapraszam do lektury, a potem włączcie się do dyskusji w komentarzach.

    Remigiuszu,


    Tytułem wstępu – dziękuję, że znalazłeś czas, by ten list przeczytać. Zdaję sobie sprawę, że moment, gdy go piszę i publikuję, jest dość niefortunny, bo akurat jesteś, jak widziałem we wpisie, na wakacjach. Tak się jednak złożyło, że o bezpośrednim powodzie jego napisania, o którym szczegółowo później, dowiedziałem się kilka godzin temu i postanowiłem nie zwlekać, uznając, że może nie jest jeszcze za późno.

    Zanim zacznę, ustalmy to i owo.
    Po pierwsze – jak wiesz Ty, wiem ja, ale już niekoniecznie wszyscy, którzy będą ten list czytać: mimo iż obaj jesteśmy pisarzami, nie stanowimy dla siebie konkurencji. Nawet mimo dość szerokiego rozstrzału poruszanych tematów, tematycznie czy gatunkowo się do siebie nie zbliżamy, nie „walczymy” o te same półki, nie spotykamy się na tych samych wydarzeniach (wyjątkiem są wszelkie imprezy targowe, etc.). To pozwala mi się wypowiadać z perspektywy kogoś stojącego z boku, a nie pretendenta, konkurenta czy kogoś niepotrafiącego się pogodzić z faktem, że został odstawiony na boczny tor. Wręcz przeciwnie, jak wiesz, a ja dawałem wiele razy wyraz także publicznie, mimo zastrzeżeń, kibicowałem Ci i kibicuję mocno, doceniając ogrom Twojego włożonego wysiłku i to, jak zaowocował.

    No właśnie, Twój sukces to po drugie. Jesteś Królem Rynku i nie zamierzam z tym faktem dyskutować. W dodatku, na co warto zwrócić uwagę, Królem ulubieńcem ludu, czego mocno pilnujesz, o co dbasz już po zajęciu tronu i chwała Ci za to. Nie mam wątpliwości, jak wielką część Twojego sukcesu stanowi Twoje podejście do czytelników, czy to w sieci, czy na targach i spotkaniach. Ogromne kolejki czy setki reakcji pod wpisami śledzę bez zawiści czy zazdrości, a z podziwem, bo wiem, ile czasu i energii kosztuje wpisywanie każdemu starannej dedykacji – moje, przy znacznie krótszych kolejkach, nigdy nie były tak staranne – czy podejmowanie dyskusji z tyloma komentarzami w tylu różnych miejscach na Facebooku czy Instagramie. Gdybyś trafił tam, gdzie jesteś, jakimś szczęśliwym trafem, pewnie myślałbym sobie: ej, dlaczego akurat on. Ale w Twoim przypadku trudno zadawać sobie to pytanie. Bo jeśli ktoś miał trafić z takim rodzajem prozy i z tym pisarskim modelem, to właśnie Ty. Bo w ten model włożyłeś (a wraz z Tobą Twoi wydawcy, którzy mocno na Ciebie postawili) całego siebie. Ryzyko, które się opłaciło.

    Dobrze, skoro to mamy ustalone, skoro już wiemy, że jesteś Królem, a ja nie życzę Ci źle, a konkurencją jestem ja, pomniejszy autor humorystycznej fantastyki, mniej więcej taką, jaką błazen królewski również noszący koronę, berło i płaszcz z gronostajem jest dla władcy, powiem coś, co właściwie tylko błazen może: to już nie jest, kurwa, śmieszne!

    Przestało być takie całkiem niedawno. Do tej pory nawet mnie bawiło to, jak ludzie przecierają oczy z zaskoczeniem, że piszesz sześć książek rocznie, że przeskakujesz z tematu na temat, z gatunku na gatunek. Śmiałem się zawsze, gdy na kolejnych fotosach, plakatach, bilboardach na pół budynku pisano o tym, że Remigiusz Mróz powraca! Stary, jestem pewien, że Tobie również uniósł się kącik ust, gdy zdałeś sobie sprawę, że to tak, jakby fanfarami odtrąbiono każdy Twój powrót z łazienki. Sześć książek rocznie, jedna na dwa miesiące – prenumeruję magazyny wychodzące z mniejszą częstotliwością.

    Ludzie mówią: niemożliwe, ale my wiemy, że to nieprawda. Da się pisać w takim tempie, choć wymaga to dyscypliny, zacięcia, zdrowia i nade wszystko podporządkowania innych dziedzin życia pracy. Ale to wybór każdego autora. Szanuję każdego, kto jest w swoim konsekwentny.

    Inna rzecz, czy da się w takim tempie pisać dobrze. I tu pytanie oczywiście, co to znaczy dobrze. Literatura gatunkowa opiera się na pewnych modelach postaci, schematach fabuł, kliszach mniej lub bardziej zgranych. Da się napisać niezłą książkę, posługując się wyłącznie kliszami, zwłaszcza jeśli prezentujesz znane sztuczki odbiorcy, który ich z tego czy innego powodu nie zna. Takie książki pisze się automatycznie i jeśli tylko wyznaczysz sobie punkty graniczne (pomysły na zwroty akcji czy zagadki rodem z Browna) i mniej więcej wiesz, co ma paść w danej scenie, właściwie nie musisz się zastanawiać, pisząc. To jak wypełnianie formularza. Jak wykonywanie wyuczonych, wypracowanych ruchów.

    Odnosząc to do bliskiej nam przecież sztuki iluzji – wiemy, jak działa numer z przepołowioną kobietą. Mając do dyspozycji pudło, modelkę i trochę czasu na naukę, każdy z nas mógłby go zrobić i zaprezentować. A choć pokazano go miliony razy przed milionami ludzi, opisano i ograno, jeśli trafisz na publikę, która o nim nie słyszała, nadal zadziała. Piękno schematu.

    A dziś takich ludzi jest sporo, bo obaj wiemy, że wielu Polaków dopiero uczy się znajdować czas na lekturę, odkrywać zabawę w książkach czy w ogóle w opowieściach. I uczy się traktować czytanie jako formę relaksu.

    Ze względu na powszechną obecność, na to jak jesteś widoczny, a Twoje książki dostępne wszędzie – no i nie ukrywajmy, ze względu na świetne fotosy przedstawiające człowieka, którego z miejsca mógłbym uznać za pisarza – jesteś wtedy dla tych ludzi, sięgających po lekturę dla przyjemności albo po raz pierwszy w życiu, albo po raz pierwszy po długiej przerwie, pierwszym wyborem. I często jedynym, bo umówmy się, jedna książka na dwa miesiące to dla przeciętnego, zarobionego człowieka tempo czytania, nie pisania. Zanim więc taki ktoś coś przeczyta do końca, Ty już jesteś z nowością. A że lubimy to, co znamy… idę o zakład, że jest w tym kraju sporo czytelników wyłącznie Remigiusza Mroza.

    Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny

    Do tego skaczesz po tematach i poruszasz sprawy aktualne, ważne, w Twoich książkach pojawiają się echa spraw, o których rozmawia się w autobusach, ale i w domach przy stołach. Teoretycznie mógłbyś być idealną odpowiedzią na pytanie: gdyby miał pan wybrać tylko jednego pisarza, którego będzie pan czytał, to kto by to był? No oczywista, że polski Grisham, Coben, Gerritsen, King, Nesbo i Larsson w jednym! Coś pominąłem? A tak, polskie „House of Cards” na przykład!

    Dobra, wybacz żart, ale trochę tak do całej tej sytuacji podchodziłem. Z rozbawieniem. No, może też i troszkę z żalem, bo w tych naszych Nowych Szatach Króla jawisz mi się właśnie jako ten Władca, który jak wszyscy dał się omamić. Komu? Podejrzewam, choć to tylko moje przypuszczenie, że Wydawcy, który czy to podsuwając Ci tematy, czy też odwrotnie, biorąc ledwie zalążek pomysłu jako już gotową powieść, gna z wydaniem kolejnych książek zanim ktokolwiek się zorientuje, że tak się tego, kurwa, nie robi! Że nieważne, jakbyś był, chłopie, zdolny, każdy pisarz potrzebuje redaktora, który niczym ten sługa Marka Aureliusza będzie mu stał przy uchu i mówił: jesteś tylko człowiekiem.

    Kogoś, kto wskaże błędy, wątki zbędne, nielogiczności albo miejsca, w których nie chciało Ci się w opisie nawet specjalnie poszerzać notki z pierwszych wskazań Google’a. Człowieka, który będzie miał czas, odwagę i kompetencje, by przyjrzeć się temu, co napisałeś i powiedzieć „nie, to nie może być w ten sposób, bo to jakaś bzdura jest” albo ”to jak opisałeś Czarnego Delfina podejrzanie pokrywa się z treścią wikipedycznej notki. Potrzebujesz tu aby więcej materiałów?”.

    Czytam wywiady z Tobą, czytam o Twoim podziale dnia i o tym, jak dzielisz go między pisanie, lekturę researchową, bieganie, czytanie dla przyjemności, oglądanie filmów i redakcję. Jeśli to dokładny i wierny opis Twojego dnia,  dołóżmy tu jeszcze niezwykłą aktywność w social mediach – większość Twojego czasu to ślęczenie nad literkami. Od czterech lat ciągiem? W Twoim wieku, po wymagających studiach prawniczych? Kurde, z czego te książki mają powstawać, czym się ładować, skoro nie miałeś czasu ani nazbierać doświadczeń w tematach, które teraz pracowicie przetwarzasz, ani nawet nie masz czasu na wytchnienie, by mózg czasem po prostu myślał, mielił pomysły, dał im mutować, dał coś odrzucić. By, cholera jasna, odpoczął?

    Na miejscu Twojego wydawcy już jakiś czas temu powiedziałbym Ci „Remigiusz, musimy poważnie pogadać. Jesteś fantastyczny, ale nam na Tobie zależy i dlatego, stary, chcemy Ci zaproponować takie coś – my od teraz będziemy puszczać trzy Twoje książki rocznie i troszkę dłużej nad nimi popracujemy. Zarobiłeś dla nas pierdyzalion pieniędzy, sam też przecież nie narzekasz, możemy sobie pozwolić na sztab researcherów i redaktorów. Kurde, jesteśmy na takiej pozycji, że jak zechcesz napisać o Wietnamie, to wywołamy Ci Wietnam i wyślemy tam z oddziałem piechoty!”

    Jedynym powodem dla którego tak nie robią, jest obawa, że to, co się wokół Ciebie dzieje, to coś, co się dziać nie powinno i trzeba natrzaskać jak najwięcej kasy zanim się rypnie. Pracujemy więc nad tym, co się liczy, czyli okładką, reklamą, dobrym, nośnym tematem, na którym ludzie się skupią w wywiadach, a odpuścimy rzeczy, które nas opóźniają, jak redakcja merytoryczna czy weryfikacja powierzchownego, internetowego researchu. Przeciętny czytelnik i tak powie „chciałem się tylko rozerwać i się rozerwałem”. Nie oczekiwałem podręcznika.

    W tym miejscu jednak, choć nieco straszno, wciąż jeszcze było również śmiesznie. Zabawnie było oglądać Twoje zdobywanie salonów i to jak ludzie robili „ha ha ha, ten wariat Mróz, święty Remigiusz od zbłąkanych blogerek”, a potem, gdy rosły nakłady, gdy pojawiłeś się z serią w Newsweeku, z wywiadem głównym w Wyborczej Kultura czy w programie Michała Nogasia, ludzie, którzy się z Ciebie śmiali, zaczynali starannie ważyć słowa. Przyznaję, zastanawiałem się wtedy, czy zmieniali przekonania? Dojrzewali do autora czy to po prostu słynna kapitalistyczna tortura dopisywania zer na czeku, łamiąca w końcu kołem większość poglądów i ideałów? I miejmy jasność, Remku, nie z Ciebie się tu śmieję. Ty robisz swoje tak, jak Ci się sprawdzało i jak działa.

    Po prostu jeden z drugim, zamiast, jak sobie wcześniej zamierzyli, wskazywać ludziom pewne kierunki, ci krytycy z bastionów działów kulturalnych, niczym doradcy królewscy robionego w konia władcy, uznali, że lepiej z tłumem chwalić nowe szaty. Ku uciesze tych, co w tej zabawie rozdają karty.

    Możesz powiedzieć, że dobra, rozumiesz, ale trochę długo rysuję ogólną sytuację i czas przejść do konkretów. Gdzie, moim zdaniem, przebrała się miarka i przestało być w ogóle zabawnie? Otóż, drogi Remku, przy „Nieodnalezionej”.

    Przyznam, że zanim sięgnąłem po tę książkę, przeczytałem sporo wywiadów i materiałów prasowych. Pominąłem te mówiące o Tobie jako Cobenie, takie chwyty ani mnie nie bawią, ani nie uważam ich za służące autorowi. Ujęło mnie jednak, że ta książka to stand alone, że poruszasz w niej ważny temat przemocy domowej i to najwyraźniej dobrze, skoro fundacja antyprzemocowa bierze Cię na ambasadora.

    Byłem akurat świeżo po lekturze Twojej ”Czarnej Madonny”, która nie podobała mi się wyjątkowo i zamierzałem już uznać, że ej, po prostu nie będę więcej po Twoje rzeczy sięgał, a tu nagle i recenzje dobre, i temat ważny, podobno opisany z wyczuciem, a sama powieść skonstruowana świetnie. Wziąłem, przeczytałem (a właściwie przesłuchałem) i… nie, nie zdenerwowałem się. Zalał mnie wkurw!

    Remigiusz Mróz, fot: oficjalna strona autora, www.remigiuszmroz.pl

    Na ludzi, którzy Cię za to chwalą, na ludzi, którzy mówią, że jak wspaniale, że Ty, najpopularniejszy autor w kraju poruszasz taki ważny i wcale nie medialny temat, że się odważyłeś, że opowiadasz historię tak mroczną, z takim pogłębieniem bohaterów, postaci. Czytam te recenzje, słucham fragmentów, znowu recenzje, znowu fragmenty i mówię: że do jasnej cholery, co?! Wiarygodne postaci, poruszenie tematu z wyczuciem?! Łaskawe pochylenie się bestsellerowca nad tematem podnoszonym tak rzadko?

    Po pierwsze, zrobił to już Miłoszewski w „Gniewie”, więc to nie tak, że zrobiłeś to pierwszy. Po drugie, przemoc w rodzinie to temat nośny w cholerę, a u Ciebie, do czego się zresztą przyznajesz i wspominasz o tym, pojawił się przy okazji skandalu z pewnym posłem i jego żoną.

    Kolejno, google research działa, gdy sprawdzasz historię brata Jezusa albo rosyjskie więzienia. Gdy oprzesz jeden z głównych wątków swojej powieści na źle przetłumaczonej transkrypcji z czarnej skrzynki feralnego lotu sprzed czterdziestu lat, też się nic przecież nie stanie. To tak jak u mnie – umówmy się, mogę się w swoich książkach wygłupiać świadomie, ale nawet, jak się wygłupię za sprawą niewiedzy, wielkiej szkody nikomu nie wyrządzę. Ot, najwyżej trochę fantastyce, że wypuszcza chłam i mój Boże gdzie Lem i więcej Dukajów.

    Ale gdy Ty piszesz o przemocy domowej? Gdy wiesz – bo już, Remigiuszu, wiesz – że Twoje wydawnictwo czy wydawnictwa, a także efekt kuli śniegowej sprawią, że w mediach wyrośniesz na chwilowego eksperta czy właśnie ambasadora tematu, nadal robisz google research i lecisz po schematach?! Chłopie, wdzięczny bóstwom wszelakim, że jako pisarz nigdy jeszcze nie czułem na karku takiej odpowiedzialności jaką Ty powinieneś, wiem, że prędzej bym tej cholernej książki nie napisał, niż pozwolił sobie na granie na wyłącznie spranych, filmowych schematach! Ot choćby suma obrażeń z każdej nocy, a częstotliwość wizyt w szpitalu z rozpieprzonymi organami. Relacja bohaterka a dziecko, reakcje dziecka na to, co się dzieje, jak ono się zachowuje. Cisza i narastająca beznadzieja zamiast efekciarstwa sypialnianego ringu. Jakbyś cały czas wiedział, że o tym czy o tamtym wspomnieć trzeba, bo gdzieś w czymś co czytałeś padło, ale nie masz pojęcia. jak to prowadzić, bo nie miałeś czasu, by to przepracować. Napisać scen, które może i ostatecznie polecą z tekstu, ale dadzą Ci solidny obraz sytuacji. Diabeł tkwi w szczegółach, a te szczegóły biorą się z rozmów z ludźmi, którzy przestają być dzięki temu statystyką. Z drobnych opowieści o narastającym lęku, beznadziejności, o tym, jak działa przemoc ekonomiczna, seksualna i tak dalej. Wiedziałbyś to, i jestem pewien, wprowadził do książki, gdybyś nie wpadł w nierealny wir pracy. Gdybyś miał odważnego, doświadczonego redaktora, który by Cię poprowadził i czasem kazał przemodelować tekst. Gdyby nie pojawiła się presja – wciąż nie wiem, wydawnicza, społeczna, wewnętrzna – na napieprzanie sześciu tytułów w roku i robienie z tego atutu! To nie jest atut, Remigiuszu. Masz wiele świetnych pomysłów, masz wyczucie trendów, ale za sprawą tempa nie masz nic, co by Twoje książki czyniło Twoimi. Nie dajesz sobie czasu na przefiltrowanie przez siebie ważnych tematów i w związku z tym Twoje książki mógłby napisać każdy z odrobiną pisarskiej wprawy, tak, że nikt by się nie zorientował. Co nie miałoby miejsca, gdybyś dał sobie czas. I nie zlałbyś wtedy tak ważnego tematu pobieżnym researchem i przez to takim jego odrealnieniem.

    Dobrze, teraz czas na wyjaśnienie, dlaczego piszę to akurat w tej chwili, gdy powinienem się raczej cieszyć, że jesteś na wakacjach i bierzesz oddech. Cieszę się z tego, naprawdę. Ale też usłyszałem właśnie, że ruszyła maszyna promocyjna Twojej nowej powieści o roboczym tytule ”Hasztag”, traktująca między innymi o problemach młodzieży w sieci. To ważny, trudny temat, wymagający młodego autora, który pewne rzeczy wyczuje – tu jak najbardziej wierzę, że spełniasz warunek – oraz bardzo dogłębnego sprawdzenia wszystkiego, co ważne i warte poruszenia. Gdy ta książka wyjdzie, zwłaszcza w lipcowym sezonie ogórkowym, będzie, wiesz o tym, wie o tym Twój wydawca, tematem ważnym, omawianym na wszystkie możliwe sposoby. Twoja książka stanie się nie tylko przyczynkiem do rozmowy ale i w pewnym stopniu, jak to się stało z „Nieodnalezioną”, punktem odniesienia. Bazą pod wyobrażenia sobie przez ludzi, jak to działa.

    www.unsplash.com/Markus Spiske

    Nie wiem, jak napisałeś tę książkę, bo z oczywistych względów jeszcze jej nie czytałem. Ale wiem, że to będzie Twoja czwarta książka w tym roku, więc sam rozumiesz, mam pewne obawy. Ale nawet jeśli poszedłeś starym kluczem, jeśli napisałeś tę książkę z podejściem jakie miałeś do ”Nieodnalezionej” nie jest jeszcze, jak rozumiem, za późno. Książki nie ma jeszcze w druku, a Ty masz szansę i wszelkie możliwości, by powiedzieć, żehej, stop. Jednak to i owo zmienię. To za ważny temat, by potraktować go po łebkach. Ludzie na mnie liczą.

    Wiem, że Cię na to stać, Remiguszu. Stać w sensie ekonomicznym, ale i stać jako autora, którym jesteś, a który po tych krótkich wakacjach ma szansę wyskoczyć z kolein.

    I pamiętaj, to, że porada pochodzi od błazna w papierowej koronie, nie znaczy, że jest żartem. Zawalcz o uczciwe, rzetelne podejście do tego trudnego tematu, jaki chcesz poruszyć, a masz moje słowo, że wtedy, nawet jeśli w końcu to i owo się sypnie, jeśli ktoś stanie, pokaże na Ciebie palcem i powie:

    – Król jest nagi!

    Będę tym, który natychmiast i głośno odpowie:

    – Tak, ale patrzcie jakie ma jaja!

    Z poważaniem, sympatią, ale i chwilowo wkurwem,

    Jakub Ćwiek

  • Przedpremierowy fragment „Żmijowiska” Wojciecha Chmielarza

    PROLOG

    Próbowała się zabić dwa razy. Za pierwszym razem wzięła środki nasenne. Całą garść rohypnolu, który popiła wódką. Poczuła się odprężona i cholernie szczęśliwa. Złe myśli same uciekły jej z głowy, chociaż wcześniej oblepiały zwoje mózgowe warstwą czarnej lepkiej smoły. A potem niespodziewanie się przestraszyła. Pobiegła do toalety, obijając się po drodze boleśnie o ściany. Klęknęła przy sedesie i włożyła sobie dwa palce głęboko w usta. Zaczęła wymiotować, a deska klozetowa spadła na nią i uderzyła w potylicę. Kiedy wyrzygała już wszystko, co miała w żołądku, a z jej ust wylewała się tylko pożółkła kwaśna ślina, wróciła do sypialni i zasnęła na szesnaście godzin.

    Za drugim razem to była kwestia impulsu. Luty. Mokro, zimno i ciemno. Długo płakała w ubikacji. Zużyła prawie całą rolkę papieru toaletowego, wycierając łzy z twarzy. W końcu wstała. Przeszła do dużego pokoju. Otworzyła drzwi balkonowe. Owiało ją chłodne powietrze. Przełożyła najpierw jedną nogę przez barierkę, potem drugą. Spojrzała w dół. Pod sobą miała pięć pięter, a na samym dole chodnik wyłożony kostką brukową. Po drodze nic, co spowolniłoby spadanie. Nic, co mogłoby uratować jej życie.

    Mamo?

    Zerknęła za siebie. W balkonowych drzwiach stał Ignaś. Zupełnie zapomniała, że jest w domu. Szybko zeszła z barierki. Serce waliło boleśnie, obijając się o żebra. Przytuliła synka i wbiegła z nim do domu. Zaczęła znowu płakać.

    Pocieszała się, że mały ma dopiero trzy lata. Że nie zapamięta widoku mamy, która planowała się rzucić z szóstego piętra. A potem uświadomiła sobie, że nie zapamięta również Ady. Nie chciała żyć w świecie, w którym jedyne wspomnienia jej syna o siostrze będą pochodziły z opowieści innych ludzi.

    Matki zawsze mówią, że wszystkie swoje dzieci kochają tak samo.

    Matki kłamią.

    Ada zajmowała w jej sercu więcej miejsca niż Ignaś. I chociaż ona miała piętnaście lat, a on tylko trzy, to Kamila wiedziała, że nic już się nie zmieni. Wstydziła się tego. Starała się o tym nie myśleć, ale taka była prawda.

    To dziecko ukształtowało całe jej dorosłe życie. Pojawiło się, kiedy ona, zaledwie dwudziestojednoletnia studentka, raz zaszalała bez zabezpieczenia. Pamiętała swój strach, kiedy najpierw na teście pojawiły się dwie kreski, a potem wizytę u ginekologa, który potwierdził ciążę. Poradził jej, żeby się cieszyła. Chciała go wtedy uderzyć, bo dla niej to było jak koniec. Zabrakło jej jednak odwagi, żeby zapytać o skrobankę.

    Potem poczuła, jak rośnie w niej życie. Pierwsze ruchy w jej macicy. Nieśmiałe, później coraz silniejsze kopnięcia, bolesny poród, bo lekarz idiota nie chciał dać znieczulenia, i wreszcie najpiękniejszy na świecie zapach świeżo urodzonego dziecka i kolejne bóle, kiedy wyrzucała z siebie łożysko. Małżeństwo z chłopakiem, który tak naprawdę nie dorósł do tego, żeby być ojcem, ale przynajmniej bardzo się starał. Ciasne mieszkanko, żebranie po znajomych o meble i ubranka, siedzenie po nocach z płaczącym z powodu kolki dzieckiem i równoczesne uczenie się do sesji. Ciągła obawa o pieniądze. Fuchy łapane, gdzie tylko się da. Pomoc przyjaciół i rodziny. Potem pierwsze wakacje we trójkę. Praca, mała stabilizacja. Lepsza praca. Kredyt. Nawet udało się go przewalutować, zanim było za późno. Większe mieszkanie. Samochód.

    Ignaś przybył na gotowe. Od początku miał własny pokój, niewielki, bo z przerobionej kuchni, którą przenieśli do dużego pokoju, łącząc z salonem. Mieli pieniądze. Mniej, niżby chcieli, ale więcej niż kiedyś. Nawet pięćset złotych dostali, chociaż spokojnie daliby sobie radę bez.

    Kochała go. Był jej małym pięknym synkiem.

    Ale nie aż tak jak córkę.

    Ady już nie było. Zniknęła. Rozpłynęła się w ciemnościach letniej nocy. Pozostawiła po sobie ogromną dziurę. Kamila była przekonana, że nigdy nic jej nie wypełni.

    Myliła się.

    Wypełnił ją, aż po same brzegi, matczyny ból po straconym dziecku.

  • „Nagroda Wielkiego Kalibru to taki trochę Oscar”. Komentarze po ogłoszeniu długiej listy MFK

    Mamy więc szczęśliwą czternastkę, która z początkiem przyszłego miesiąca stopnieje do szczęśliwej siódemki, a w ostatnią sobotę maja poznamy laureatkę, a być może laureata Nagrody Wielkiego Kalibru. Kto wygra? Obstawiam, że będzie to Anna Kańtoch, ewentualnie Wojciech Chmielarz. Jednak niezbadany jest tok myślenia szacownego jury, więc mówiąc językiem piłkarskim, wszystko zweryfikuje boisko. Łapcie komentarze części nominowanych do nominacji, czyli tych, którzy znaleźli się na długiej liście.

    Marta Guzowska:

    Moment ogłoszenia listy nominowanych (najpierw długiej, potem krótkiej) to takie trzy sekundy niepewności (nie ma sensu w to klikać, na pewno mnie tam nie ma), a potem dzika radość! Dla mnie nominacja jest też trochę nominacją dla moich bohaterów, a ja bardzo lubię bohaterkę „Reguły nr 1” Simone Brenner i uważam, że jej się należy. Zdobyć Kalibra to trochę tak jak zdobyć Oskara. Na pewno dodaje pewności siebie. Ale też stresuje, bo wszystko, co potem napisałam zawsze będzie porównywane z tą nagrodzoną książką.

    Anna Kańtoch:

    Bardzo się cieszę, że i „Wiara” się spodobała, podobnie jak rok temu „Łaska” – to chyba znaczy, że kolejne moje książki nie są gorsze od poprzednich.

    Robert Małecki:

    To bardzo miłe wyróżnienie, które rozbudza nadzieję. A dla mnie jest w ogóle szczególne, bo jako trzykrotny uczestnik warsztatów literackich odbywających się podczas MFK marzyłem o takiej chwili. Cieszę się jak dziecko, że moja powieść została zauważona wśród niemal stu zgłoszonych do nagrody i będę cieszył się dalej nawet jeśli „Porzuć swój strach” pozostanie na długiej liście.

    Grzegorz Kalinowski:

    Niemal codziennie w księgarniach pojawia się nowy, polski kryminał, a mój „Pogromca grzeszników” trafił do najlepszej czternastki. Przekładając to na język futbolu, którym żyję od prawie pięćdziesięciu lat, a z którego żyłem jako komentator przez blisko ćwierć wieku, to jest ekstraklasa. Dla wielu to rutyna, dla innych norma, ale ja jestem beniaminkiem i cieszę się z tego wyróżnienia. „Pogromca grzeszników” to moja szósta książka, ale pierwszy kryminał. Do tej pory napisałem dwie sportowe biografie, Lucjana Brychczego oraz Czesława Langa, oraz trzy powieści z historyczno – przygodowego cyklu „Śmierć frajerom”, zatem mogę się czuć jak debiutant, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. We wrześniu kolejna część przygód przedwojennego śledczego Kornela Strasburgera, która dzięki tej nominacji będzie miała jeszcze lepszy start niż „jedynka”. Przy okazji pragnę uspokoić wiernych czytelników cyklu „Śmierć frajerom” , Heniek Wcisło alias Henry Haas powróci w czwartym tomie.

    Wojciech Chmielarz:

    Ogłoszenie długiej listy to początek nerwów, bo teraz czas na czekanie, czy znajdę się w finałowej siódemce. Ale też bardzo się cieszę. W Polsce wydaje się rocznie pewnie od stu do dwustu kryminałów polskich autorów. Znalezienie się w finałowej czternastce, to też spore osiągnięcie.

    Maja Wolny:

    Jestem zaszczycona: informacja o nominacji nadeszła w przeddzień wydania „Księgobójcy” w Belgii i Holandii. „Bookenmoordenaar”, czyli Morderca Książek, najwyraźniej się spodobał czytelnikom, mimo że nie jest klasycznym kryminałem. I zdradzę sekret: piszę kontynuację. Akcja „Drugiego głosu” również będzie się toczyć w Amsterdamie. Wątek historyczno-kryminalny dotyka niezwyklej postaci Abrahama Tuszynskiego, polskiego Żyda z Łodzi, który w Amsterdamie założył najpiękniejsze kino świata.

    Tomasz Konatkowski:

    Po pierwsze bardzo się ucieszyłem, bo to oznacza, że w naszym kraju można być już „longlisted” i „shortlisted”, czyli ewoluuje nie tylko literatura, także popularna, ale również sfera promocji książek i mówienia o książkach. A po drugie, oczywiście bardzo mi miło, że jury doceniło moją pracę, bo to trochę tak, jakbym dostał wyrazy uznania za niemal dwa lata mojego życia. Pracuję nad powieściami długo, może zbyt długo, więc cieszę się, kiedy ktoś pozytywnie ocenia efekty tej pracy. Zwłaszcza, że to zamknięcie ważnego etapu w życiu mojego bohatera.