Kategoria: Aktualności

  • Premierowy fragment „Monachium” Roberta Harrisa

    Legatowie mieszkali w małym wynajętym szeregowcu przy North Street w Westminsterze. Znalazł go dla nich były zwierzchnik Legata w departamencie głównym Foreign Office, Ralph Wigram, który mieszkał z żoną i synem przy tej samej ulicy. Zaletą tego miejsca była niewielka odległość do biura; Wigram oczekiwał od podwładnych ciężkiej pracy i Legat mógł się zameldować w jego gabinecie dziesięć minut po wyjściu z domu. Wady domu były zbyt liczne, by je wymieniać, i wynikały głównie z faktu, że miał ponad dwieście lat. Oprócz zainstalowania elektryczności niewiele w nim przez te wszystkie lata zrobiono. Zaledwie sto metrów dalej płynęła Tamiza, więc poziom wód gruntowych był tu wysoki. Wilgoć idąca z ziemi łączyła się ze spływającym z dachu deszczem. Zmyślnie ustawione meble maskowały plamy czarno-zielonego grzyba. Kuchnia była przedwojenna, ale Pamela ją uwielbiała. Przy tej samej ulicy mieszkała lady Colefax, urządzająca latem na chodniku kolacje przy świecach, na które często zapraszała Legatów. To był absurd: Hugh zarabiał niecałe trzysta funtów rocznie. Żeby stać ich było na czynsz, musieli podnajmować suterenę, ale za to mogli po chyboczących się niebezpiecznie schodkach zejść z salonu do małego ogródka; Hugh skonstruował z liny i kosza na bieliznę prowizoryczną windę, którą spuszczał na dół dzieci, by się tam bawiły.

    Właśnie do tego niegdyś romantycznego, lecz w zasadzie niepraktycznego domostwa – symbolizującego, jak zaczynał myśleć, ogólny stan jego małżeństwa – Legat zmierzał niecałą godzinę po zakończeniu radiowego przemówienia premiera, żeby spakować się na noc.

    Po drodze minął jak zwykle dom Wigramów. Większość okolicznych pociemniałych od sadzy fasad ożywiały stojące w oknach skrzynki z geranium, lecz dom pod numerem czwartym wydawał się pusty i zaniedbany. Okiennice za małymi georgiańskimi szybkami były od wielu miesięcy zabite na głucho. Legat poczuł nagle żal – uczucie to było niemal fizyczne – że Wigrama nie ma tam w środku. Bo to Wigram, bardziej niż ktokolwiek inny, przewidział ten kryzys; prawdę mówiąc, spodziewał się go obsesyjnie, tak że nawet Legat, który go uwielbiał, uznał, że szef sfiksował na punkcie Hitlera. W ciągu sekundy Legat potrafił odtworzyć w pamięci jego twarz – przenikliwe błękitne oczy, jasne wąsy, wąskie zaciśnięte usta. Ale przede wszystkim go słyszał: jak kuśtykając korytarzem, zbliża się do pokoju trzecich sekretarzy: pojedyncze ciężkie tupnięcie, odgłos wleczonej z tyłu lewej nogi i ostrzegawcze stuknięcie laski – i zawsze ten jeden temat, który był dla niego ważny: Hitler, Hitler, Hitler. Kiedy Niemcy w 1936 roku dokonały remilitaryzacji Nadrenii, Wigram poprosił o spotkanie z premierem Stanleyem Baldwinem i ostrzegł go, że to, jego zdaniem, ostatnia szansa, by alianci powstrzymali nazistów. Premier odparł, że jeśli istnieje choćby najmniejsze ryzyko, że ultimatum doprowadzi do wojny, nie podejmie go; kraj nie zniósłby konfliktu, który wybuchłby tak szybko po poprzednim. Wigram wrócił zdruzgotany na North Street i powiedział żonie: „Czekaj, aż bomby spadną na nasz mały domek”. Dziewięć miesięcy później w wieku czterdziestu sześciu lat znaleziono go martwego w łazience – nikt nie wiedział, czy sam zadał sobie śmierć, czy zmarł wskutek powikłań polio, na które cierpiał od dziesięciu lat.

    Och, Ralphie, pomyślał Legat, biedny, kochany, pokręcony Ralphie, ty wszystko to przewidziałeś.

    Po wejściu do domu i zapaleniu światła z przyzwyczajenia głośno się przywitał i czekał na odpowiedź. Już po chwili jednak zorientował się, że wszyscy wyjechali, z tego, co widział, w pośpiechu. Jedwabny żakiet, który Pamela miała na sobie podczas lunchu, wisiał na słupku balustrady. Trójkołowy rowerek Johna leżał na boku, tarasując przejście. Legat go postawił. Kiedy wchodził po schodach, głośno zatrzeszczały. Drewno było przegniłe. Sąsiedzi skarżyli się na wilgoć sączącą się przez wspólną ścianę. Mimo to Pamela zdołała jakoś uatrakcyjnić wnętrza, ozdabiając je perskimi dywanikami, szkarłatnymi adamaszkowymi zasłonami, strusimi i pawimi piórami, koralikami i starymi koronkami. Miała gust, to nie ulegało kwestii; stwierdziła tak osobiście lady Colefax. Któregoś wieczoru zapaliła w całym domu pachnące świece, zmieniając go w miejsce z bajki. Jednak nazajutrz rano zapach stęchlizny powrócił.

    Legat wszedł do sypialni. Żarówka była tu przepalona, ale wystarczało mu padające z przedpokoju światło. Na łóżku i podłodze leżały porozrzucane ubrania żony. Żeby wejść do łazienki, musiał dać długi krok przez jej bieliznę. Włożył do kosmetyczki brzytwę, pędzel do golenia i proszek do mycia zębów i wrócił do sypialni, by poszukać koszuli. North Street jechało powoli jakieś auto, sądząc po brzmieniu silnika, na niskim biegu. Przednie reflektory oświetliły sufit, rzucając na ścianę cień ramy okiennej; czarne linie przesuwały się niczym wskazówki zegara słonecznego. Trzymając w ręce koszulę, zastygł w bezruchu i nasłuchiwał. Samochód zatrzymał się na zewnątrz z pracującym silnikiem. Legat podszedł do okna.

    Auto było małe, z dwojgiem drzwi; te od strony kierowcy były otwarte. Usłyszał jakiś szelest na dole. Chwilę później ktoś w kapeluszu i ciemnym płaszczu wrócił szybko spod domu, wsiadł z powrotem do samochodu i zatrzasnął drzwi.

    Legat w dwóch susach wyskoczył z sypialni. Zbiegając po cztery schodki naraz, wpadł na rowerek Johna i o mało nie wywrócił się jak długi. Kiedy otworzył frontowe drzwi, samochód skręcał właśnie w Great Peter Street. Przez chwilę wpatrywał się w ślad za nim, łapiąc kurczowo oddech, a potem podniósł kopertę z wycieraczki. Była gruba i sprawiała oficjalne wrażenie; może to było pismo z kancelarii prawnej? Jego nazwisko napisano nieprawidłowo: Leggatt. Wrócił do salonu, usiadł na kanapie, wsunął palec pod skrzydełko koperty i ostrożnie ją rozerwał. Nie wyciągnął od razu dokumentu. Najpierw rozchylił kopertę dwoma palcami i zajrzał do środka. W ten sposób szykował sięna złe na ogół finansowe wiadomości. Dostrzegł tylko napisany na maszynie nagłówek:

    Berlin, 30 Mai,1938

    OKW No. 42/38. G. Kdos. Chefsache (streng geheim, Militär) L I

    Dziesięć minut później zmierzał z powrotem do biura. Wszędzie, gdzie spojrzał, dostrzegał oznaki niepokoju – rubinowy naszyjnik tylnych świateł samochodowych ciągnący się aż do Marsham Street, gdzie tankowano na stacji benzynę; hymn śpiewany w intencji pokoju na brukowanym dziedzińcu Opactwa Westminsterskiego; skąpane w srebrzystym blasku jupiterów poczerniałe ściany Downing Street, na których tle rysowały się sylwetki zbitego milczącego tłumu.

    Był spóźniony. Żeby dostać się do siedziby premiera, musiał przeciskać się między ludźmi, trzymając wysoko nad głową neseser.

    Przepraszam… przepraszam…

    Po wejściu do środka przekonał się jednak, że niepotrzebnie się trudził. Parter był pusty. Ministrowie udali się na zaplanowane na wpół do dziesiątej posiedzenie gabinetu.

    Cleverly’ego nie było w jego gabinecie. Legat stał przez chwilę na korytarzu, zastanawiając się, co robić. Syers siedział u siebie, paląc papierosa i gapiąc się przez okno.

    Cześć, Hugh – powiedział, widząc jego odbicie w szybie.

    Gdzie jest Cleverly?

    W sali posiedzeń gabinetu, na wypadek gdyby postanowili wysłać Czechom depeszę Horace’a.

    Jest z nimi Cadogan?

    Nie widziałem go. – Syers się odwrócił. – Jesteś jakiś podenerwowany. Wszystko w porządku?

    Jak najbardziej. – Legat uniósł neseser. – Wymknąłem się tylko na chwilę do domu, żeby zabrać rzeczy.

    Wyszedł, zanim Syers zdążył zapytać o coś więcej. W swoim biurze otworzył neseser i wyjął z niego kopertę. Samo przyniesienie jej tutaj wydawało się aktem zdrady; lepiej, żeby nikt go z nią nie złapał. Powinien przekazać ją komuś zajmującemu wyższe stanowisko, jak najszybciej się jej pozbyć.

    Robert Harris, fot: Jon Enoch/Wydawnictwo Albatros

    Za kwadrans dziesiąta ponownie przecinał Downing Street, przeciskając się tym razem bardziej zdecydowanie przez tłum gapiów. Przeszedł przez wielką żelazną bramę po drugiej stronie ulicy i znalazł się na rozległym czworokątnym dziedzińcu otoczonym budynkami ministerstw. Wszędzie paliły się światła: w Ministerstwie Kolonii i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych po lewej oraz w Ministerstwie do spraw Indii i Foreign Office po prawej. Do tego ostatniego, znajdującego się najbliżej, prowadziły szerokie stopnie. Nocny portier skinął mu głową.

    Przestronny i okazały korytarz w wiktoriańskim imperialnym stylu miał wprawić w podziw tych, którzy nie mieli szczęścia urodzić się Brytyjczykami. Gabinet stałego podsekretarza stanu mieścił się w rogu parteru, z widokiem na Downing Street z jednej i na Horse Guard Road z drugiej strony. (Jeśli bliskość do centrum uznać za oznakę władzy, Foreign Office szczyciło się tym, że ich stały podsekretarz może zameldować się u premiera dziewięćdziesiąt sekund po tym, jak został wezwany).

    W sekretariacie była tylko pełniąca dyżur starsza sekretarka, panna Marchant; normalnie pracowała na górze, u krótkowzrocznego zastępcy Cadogana, Orme’a Sargenta, znanego powszechnie jako Moley.

    Legat był lekko zdyszany.

    Muszę się widzieć z sir Alexandrem – oświadczył. – To bardzo pilne.

    Obawiam się, że jest zbyt zajęty, by kogokolwiek przyjąć.

    Proszę mu powiedzieć, że to sprawa najwyższej wagi – odparł Legat. To wyświechtane określenie, podobnie jak zegarek na łańcuszku i staroświecki garnitur, pasowało do niego. Stanął na szeroko rozstawionych nogach. Widać było, że choć zdyszany i piastujący niskie stanowisko, nie da się tak łatwo spławić. Panna Marchant zamrugała zaskoczona, przez chwilę się wahała, a potem wstała, zapukała cicho do drzwi stałego podsekretarza i zajrzała do środka. Legat słyszał tylko ją.

    Pan Legat chciałby się z panem widzieć. – Pauza. – Twierdzi, że to bardzo ważne. – Kolejna pauza. – Tak, moim zdaniem powinien pan. – Z wnętrza gabinetu dobiegł wyraźny pomruk.

    Sekretarka odsunęła się, by go wpuścić. Wchodząc do środka, spojrzał na nią z taką wdzięcznością, że aż się zaczerwieniła.

    Rozmiary gabinetu – sufit znajdował się na wysokości co najmniej sześciu metrów – podkreślały mikrą posturę Cadogana. Nie siedział przy swoim biurku, ale przy stole konferencyjnym, którego blat prawie całkowicie pokrywały papiery w różnych kolorach: w białym – protokoły i depesze; w jasnoniebieskim – brudnopisy; w fioletoworóżowym – raporty; w niebieskawozielonym – dokumenty rządowe. Między nimi tu i tam leżały obwiązane różowymi wstążkami brązowe akta. Stały podsekretarz stanu miał na nosie okrągłe okulary w szylkretowych oprawkach i zerkał znad nich na Legata z wyrazem irytacji na twarzy.

    Tak?

    Przepraszam, że przeszkadzam, sir Alexandrze, ale wydaje mi się, że powinien to pan natychmiast zobaczyć.

    O Boże, co znowu?

    Cadogan wyciągnął rękę, wziął od niego pięć kartek maszynopisu, zerknął na pierwszą linijkę

    Auf Anordnung des Obersten Befehlshabers der Wehrmacht

    zmarszczył czoło, zajrzał na ostatnią stronę –

    gez. ADOLF HITLER

    Für die Richtigkeit der Abschrift:

    ZEITZLER, Oberstleutnant des Generalstabs

    i Legat z satysfakcją ujrzał, jak Cadogan prostuje się na krześle.

    Dokument był dyrektywą od Hitlera: Wojna na dwóch frontach ze skupieniem wysiłku wojennego na południowym wschodzie, Koncentracja Strategiczna „Zielona”.

    Skąd to, do diabła, masz?

    Mniej więcej trzydzieści minut temu wsunięto to przez otwór na listy w moim domu.

    Kto to zrobił?

    Nie widziałem ich. Mężczyzna w samochodzie. A właściwie dwóch mężczyzn.

    Nie dołączono do tego żadnej wiadomości?

    Żadnej.

    Cadogan uprzątnął ze stołu część papierów, rozłożył dokument przed sobą i pochylił nad nim swoją nieproporcjonalnie wielką głowę. Czytał w absolutnym skupieniu, przyciskając pięści do skroni. Znał dobrze niemiecki: kierował ambasadą w Wiedniu latem 1914 roku, kiedy zamordowano arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.

    Kluczowe jest stworzenie w ciągu pierwszych dwóch lub trzech dni sytuacji, która ukaże pragnącym interweniować wrogim państwom beznadziejność militarnego położenia Czechów… Formacje wojskowe zdolne do szybkiego ataku muszą zdecydowanie i błyskawicznie przełamać umocnienia graniczne i wedrzeć się śmiało na terytorium Czechosłowacji, mając pewność, że główne siły mobilnej armii możliwie jak najprędzej do nich doszlusują…

    W trakcie ataku na Czechosłowację główne siły Luftwaffe mają działać z zaskoczenia. Siły powietrzne powinny przekroczyć granicę w tym samym momencie, gdy będą ją przekraczać pierwsze jednostki wojsk lądowych…

    Kończąc czytać każdą stronę, Cadogan odwracał ją i kładł skrupulatnie po prawej. Po przeczytaniu całości wyrównał kartki.

    Nadzwyczajne – mruknął. – Przypuszczam, że w pierwszej kolejności musimy sobie zadać pytanie, czy dokument jest autentyczny.

    Mnie z całą pewnością wydaje się autentyczny.

    Zgadzam się. – Stały podsekretarz stanu ponownie zerknął na pierwszą stronę. – Dokument został sporządzony trzydziestego maja. Jest moją nieodwołalną decyzją, by w najbliższej przyszłości zmiażdżyć w działaniach wojskowych Czechosłowację – zaczął tłumaczyć, wodząc palcem po niemieckim oryginale. – To z pewnością brzmi w stylu Hitlera. W gruncie rzeczy to prawie słowo w słowo to samo, co dziś rano powiedział Horace’owi Wilsonowi. – Cadogan odchylił się na krześle. – A zatem, jeśli założymy, że dokument jest autentyczny, co, moim zdaniem, możemy zrobić, kolejne pytania, jakie się wyłaniają, są następujące: kto nam to przekazał, dlaczego nam to przekazał, a przede wszystkim, dlaczego przekazał to właśnie tobie?

    Legat ponownie doświadczył owego specyficznego poczucia winy: jakby sam fakt, że wszedł w posiadanie tego dokumentu, podważał w jakiś sposób jego lojalność. Wolał nie myśleć, skąd się wzięło.

    Obawiam się, że nie potrafię odpowiedzieć na żadne z nich – powiedział.

    Co do pytania, kto mógł nam to przekazać, wiemy, że istnieje jakiś rodzaj opozycji wobec Hitlera. Kilku przeciwników reżimu kontaktowało się z nami latem tego roku, utrzymując, że chętnie obalą nazistów, pod warunkiem że zajmiemy zdecydowane stanowisko w kwestii Czechosłowacji. Nie mogę powiedzieć, że to jakaś zwarta grupa: jest tam kilku zawiedzionych dyplomatów, a także arystokraci pragnący przywrócenia monarchii. To pierwszy przypadek, że dostaliśmy od nich coś konkretnego… choć nie dowiedzieliśmy się z tego dokumentu niczego, o czym wcześniej byśmy nie wiedzieli. Hitler chce zniszczyć Czechosłowację i chce to zrobić szybko… to w końcu nic nowego. – Cadogan zdjął z nosa okulary i przygryzł zausznik. – Kiedy byłeś ostatnio w Niemczech? – zapytał, mierząc Legata chłodnym wzrokiem.

    Przed sześciu laty.

    Kontaktowałeś się z kimś stamtąd?

    Nie. – Przynajmniej to było zgodne z prawdą.

    Jeśli dobrze pamiętam, po przydzieleniu cię do departamentu głównego byłeś na placówce w Wiedniu. Zgadza się?

    Tak, od trzydziestego piątego do trzydziestego siódmego.

    Zaprzyjaźniłeś się tam z kimś?

    Niespecjalnie. Mieliśmy małe dziecko, a żona była w ciąży z drugim. Nie prowadziliśmy bogatego życia towarzyskiego.

    A ambasada niemiecka w Londynie… znasz kogoś z ich personelu?

    Nie, raczej nie.

    W takim razie nie bardzo rozumiem. Skąd Niemcy w ogóle wiedzą, że pracujesz na Downing Street?

    Legat wzruszył ramionami.

    Może ma to związek z moją żoną? Co jakiś czas piszą o niej w kolumnach plotkarskich. Czasami pojawia się i moje nazwisko.

    Zaledwie tydzień temu w „Daily Express” – na myśl o tym czerwienił się ze wstydu – napisano o jednym z urządzanych przez lady Colefax przyjęć, na których się pojawił, i dodano, że jest jedną z najjaśniejszych młodych gwiazd na firmamencie Foreign Office, obecnie w bezpośrednim otoczeniu premiera.

    – „W kolumnach plotkarskich”? – Stały podsekretarz stanu powtórzył to określenie z niesmakiem, jakby było to coś, co można wziąć do ręki wyłącznie za pomocą pęsety. – Cóż to, u licha, takiego? – Legat nie potrafił zgadnąć, czy Cadogan żartuje, czy mówi serio. Zanim zdążył odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi. – Wejść!

    Panna Marchant trzymała w ręku kartonową teczkę.

    Właśnie dostaliśmy depeszę z Berlina.

    Nareszcie! – Cadogan praktycznie wyrwał ją z jej ręki. – Czekałem na to przez cały wieczór. – Rozłożył telegram na stole i ponownie pochylił nad nim swoją wielką głowę, czytając z takim skupieniem, że dotykał niemal czołem kartki. – Niech to szlag… niech to szlag… niech to szlag! – mruczał pod nosem. Od wybuchu kryzysu ani razu nie wyszedł z biura przed północą. Legat zastanawiał się, jak znosi to napięcie. Cadogan podniósł po chwili wzrok. – To najnowsza wiadomość od Hitlera. Premier musi się z nią natychmiast zapoznać. Wracasz pod numer dziesiąty?

    Tak jest.

    Cadogan włożył depeszę z powrotem do teczki i podał mu.

    A co do tej drugiej sprawy, puszczę ten dokument w obieg, zobaczę, co sądzą o nim nasi ludzie. Na pewno będą chcieli z tobą jutro porozmawiać. Rusz głową. Spróbuj zgadnąć, kto się za tym kryje.

    Tak jest, panie sekretarzu.

    Stały podsekretarz sięgnął po kolejne akta.

    *

    Z protokołu obrad gabinetu wynika, że telegram 545 z Berlina (List od Kanclerza Rzeszy do Premiera) doręczono Chamberlainowi krótko po godzinie dziesiątej wieczorem. Sala była pełna: w posiedzeniu brało udział dwudziestu ministrów, nie licząc Horace’a Wilsona, który uczestniczył w nim jako specjalny doradca, by zrelacjonować swoje spotkanie z Hitlerem, oraz sekretarza gabinetu Edwarda Bridgesa, profesorskiego typa w okularach, syna poety-laureata. Większość obecnych paliła. Żeby rozwiać nieco dym z cygar, fajek i papierosów, otwarto jedno z wychodzących na ogród wysokich opuszczanych okien. Leżące na stole i dywanie papiery unosiły się co chwila w podmuchach ciepłej wieczornej bryzy.

    Wchodząc do sali, Legat usłyszał przemawiającego lorda Halifaxa. Podszedł dyskretnie do premiera i położył przed nim depeszę. Chamberlain, który słuchał ministra spraw zagranicznych, zerknął na nią, skinął głową i lekko podnosząc podbródek, wskazał Legatowi, by siadł na jednym z krzeseł w końcu sali, razem z innymi urzędnikami. Dwa były zajęte przez protokolantów z Urzędu Rady Ministrów, którzy robili notatki, trzecie przez Cleverly’ego. Ten ostatni siedział z opuszczoną głową, rękami skrzyżowanymi na piersi, nogą założoną na nogę i lekko podrygującą lewą stopą. Kiedy Legat siadł obok niego, Cleverly rozejrzał się ponuro i nachylił w jego stronę.

    Co to było? – zapytał szeptem.

    Odpowiedź od Hitlera.

    Co zawierała?

    Niestety, nie spojrzałem.

    To z twojej strony zaniedbanie. Miejmy nadzieję, że to dobra wiadomość. Biedny premier ma raczej ciężki orzech do zgryzienia.

    Chamberlain założył okulary i czytał list od Hitlera. Legat dostrzegał wyraźnie jego profil. Nie widział ministra spraw zagranicznych, siedzącego naprzeciwko premiera, ale słyszał doskonale jego głos, w którym słychać było wibrujące „r” oraz ton niezachwianej moralnej wyższości, jakby przemawiał z niewidzialnej ambony.

    – …i właśnie dlatego z wielkim żalem nie mogę, niestety, z ręką na sercu poprzeć pana premiera w tej konkretnej kwestii. Byłoby mi bardzo trudno wysłać depeszę w kształcie, który nadał jej sir Horace. Sugerowanie Czechom, żeby pod groźbą użycia siły przekazali natychmiast swoje terytorium, równałoby się, moim zdaniem, całkowitej kapitulacji.

    Halifax przerwał, żeby napić się wody. Atmosfera przy stole wyraźnie zgęstniała. Święty Lis przestał się maskować! Kilku ministrów pochyliło się nad stołem, jakby nie byli pewni, czy się nie przesłyszeli.

    Rozumiem w pełni – podjął Halifax – że jeśli nie wyślemy proponowanej przez sir Horace’a depeszy, miliony ludzi, w tym również nasi obywatele, poniosą poważne konsekwencje. Wojna stanie się wówczas pewna. Ale po prostu nie możemy nakłaniać Czechów do czegoś, co uważamy za niewłaściwe. Nie sądzę też, by zaakceptowała to Izba Gmin. Na koniec… i to wydaje mi się sednem sprawy… nie możemy dać Czechom żadnej gwarancji, że niemiecka armia zatrzyma się na granicy Kraju Sudeckiego i nie zajmie całej Czechosłowacji.

    Oczy wszystkich zwróciły się na Chamberlaina. Widziane z profilu krzaczaste brwi i wąsy premiera jakby się zjeżyły; jastrzębi nos uniósł się wyzywająco. Premier nie lubił, gdy mu się sprzeciwiano. Legat zastanawiał się, czy nie straci nad sobą panowania. Nigdy nie był tego świadkiem. Wybuchy Chamberlaina, choć rzadkie, były ponoć spektakularne.

    Minister spraw zagranicznych przedstawił mocne i być może nawet przekonujące argumenty przeciwko mojej propozycji, mimo że wydaje mi się ona jedyną realną szansą, jaką mamy – oświadczył chłodno premier i potoczył wzrokiem po twarzach swoich ministrów. – Jeśli taki jest jednak pogląd większości kolegów… – W tym momencie zawiesił głos niczym licytator czekający na ostatnią ofertę. Nikt się nie odezwał. – Jeśli taki jest pogląd większości – powtórzył i teraz w jego głosie zabrzmiała nuta porażki – jestem skłonny się do niego przychylić. Depesza nie zostanie wysłana. – Spojrzał na Horace’a Wilsona.

    Słychać było, jak ministrowie wiercą się na krzesłach i szeleszczą papierami – w ten sposób pokojowo nastawieni ludzie przyswajali sobie niechętnie fakt, że czeka ich wojna. Chamberlain jeszcze jednak nie skończył. Jego głos przebił się przez hałas.

    Zanim przejdziemy do kolejnej sprawy, chciałbym poinformować gabinet, że otrzymałem właśnie odpowiedź od Herr Hitlera. Być może powinienem ją panom teraz przeczytać.

    Kilku co bardziej czołobitnych ministrów – lord kanclerz Maugham i minister rolnictwa „Shake” Morrison – zaczęło wołać „Tak!” i „Oczywiście!”.

    Premier wziął do ręki depeszę.

    Drogi panie Chamberlain, w trakcie rozmów po raz kolejny poinformowałem sir Horace’a Wilsona, który przekazał mi Pański list z dwudziestego szóstego września, o moim ostatecznym stanowisku…

    Wysłuchiwanie żądań Hitlera z ust Chamberlaina miało w sobie coś niestosownego. Fakt, że wypowiadał je brytyjski premier, sprawiał, że wydawały się całkiem rozsądne. W końcu, dlaczego czeski rząd sprzeciwiał się natychmiastowej okupacji terytorium, które w zasadzie zgodził się już przekazać Niemcom?

    Stanowi to wyłącznie środek gwarantujący szybkie i gładkie zrealizowanie ostatecznego porozumienia.

    Kiedy Czesi skarżyli się, że utracą swoje fortyfikacje graniczne, świat z pewnością widział, że w ten sposób grają tylko na czas.

    www.unsplash.com/Camilla Bundgaard

    Jeśli mielibyśmy czekać z wejściem w życie ostatecznego porozumienia do czasu, gdy Czechosłowacja wzniesie nowe umocnienia na terytorium, które przy niej zostało, trwałoby to bez wątpienia długie miesiące i lata.

    I tak dalej, i tak dalej. Można było niemal odnieść wrażenie, że w trakcie posiedzenia udzielono głosu Hitlerowi, by przedstawił swoje racje. Premier zdjął okulary.

    Cóż, z pewnością jest to bardzo starannie wyłożone i będzie wymagało od nas dalszej analizy, ale nie odbiera mi to do końca nadziei – podsumował.

    Wprost przeciwnie, panie premierze – odezwał się natychmiast Pierwszy Lord Admiralicji, Duff Cooper. – On nie ustąpił nawet na jeden cal! – Cooper był pyskatym mężczyzną, od którego zawsze, nawet rano, dobiegał zapach wczorajszej whisky, cygar oraz perfum cudzych żon. Miał zarumienioną twarz. Legat nie potrafił powiedzieć, czy poczerwieniał z gniewu, czy dlatego, że już sobie golnął.

    Być może to prawda – przyznał Halifax. – Ale trzeba odnotować, że nie zatrzasnął również całkowicie drzwi. Konkludując, prosi premiera, by nie ustawał w wysiłkach na rzecz pokoju.

    Owszem, ale bardzo zdawkowo. Pozostawiam Pańskiemu osądowi, czy powinien Pan kontynuować. Najwyraźniej ani przez chwilę sam w to nie wierzy. Próbuje tylko zwalić na Czechów winę za swoją agresję.

    Cóż, już samo to nie jest bez znaczenia – zauważył minister spraw zagranicznych. – Oznacza, że nawet Hitler zdaje sobie sprawę, że nie może kompletnie ignorować opinii świata. To może dać panu pewne pole manewru, panie premierze.

    Święty Lis w typowy dla siebie sposób kluczy, pomyślał Legat. Raz opowiada się za wojną, raz za pokojem…

    Dziękuję, panie ministrze – powiedział lodowatym tonem Chamberlain. Najwyraźniej jeszcze mu nie wybaczył. – Wszyscy znacie moje przekonania. Mam zamiar aż do ostatniej chwili pracować na rzecz pokoju. Czas ucieka – dodał, zerkając przez ramię na zegar. – Muszę przygotować moje jutrzejsze wystąpienie na forum parlamentu. Będę musiał oczywiście pójść w nim dalej niż w wystąpieniu radiowym. Trzeba poinformować Izbę Gmin o ostrzeżeniu, jakie dziś rano wystosowaliśmy do Hitlera. Proponuję, żebyśmy wspólnie uzgodnili, jakich powinienem użyć słów. – Poszukał wzrokiem Legata i dał mu znak, by do niego podszedł. – Mógłby pan być tak dobry i poszukać mi tekstu wczorajszego przemówienia Hitlera? Proszę mi go przynieść po posiedzeniu gabinetu.

    *

    Jedyną wersją przemówienia Hitlera, do której miał dostęp Legat, była ta opublikowana w porannym „Timesie”. Usiadł przy biurku z własnym egzemplarzem gazety i wygładził go dłońmi. Miał wrażenie, że minęły wieki od chwili, gdy czytał ją w Ritzu, czekając na żonę. Przypomniał sobie nagle, że obiecał zadzwonić do niej na wieś. Spojrzał na telefon. Było już chyba za późno. Dzieci leżały pewnie w łóżkach, a Pamela wypiła o jeden koktajl za dużo i pokłóciła się z rodzicami. Uderzyło go, jaki to był okropny dzień: przerwany lunch, robotnicy pracujący przy okopach w Green Parku, unoszące się nad Tamizą balony zaporowe, maski przeciwgazowe dla dzieci, samochód oddalający się od domu na North Street… A jutro będzie jeszcze gorzej. Jutro Niemcy ogłoszą mobilizację, a jego przesłuchają agenci Secret Intelligence Service. Nie wyłga się przed nimi tak łatwo, jak udało mu się z Cadoganem. Mieli jego akta.

    Usłyszał czyjeś głosy. Wyglądało na to, że posiedzenie gabinetu dobiegło końca. Wstał i podszedł do drzwi. Ministrowie wychodzili na korytarz. Normalnie po posiedzeniu słychać było śmiechy, poklepywano się po plecach, czasami prowadzono spory. Tego wieczoru było inaczej. Tylko kilka osób zatrzymało się, by wymienić półgłosem uwagi. Większość polityków opuszczała Downing Street ze zwieszonymi głowami. Legat patrzył, jak wysoki, osamotniony Halifax wkłada melonik i bierze parasol ze stojaka. Przez otwarte drzwi wpadło znajome już białe światło fleszy i wykrzykiwane pytania.

    Zaczekał do chwili, gdy wydawało mu się, że premier został sam, i wszedł do sali posiedzeń. Była pusta. Porozrzucane śmieci i wszechobecny smród tytoniu przywodziły na myśl dworcową poczekalnię. Drzwi do pokoju Cleverly’ego po prawej były uchylone. Słyszał konferujących ze sobą sekretarza gabinetu i pierwszego prywatnego sekretarza premiera. Pokój Horace’a Wilsona po lewej był zamknięty. Legat zapukał i Wilson zaprosił go do środka.

    Stał przy bocznym stoliku, dolewając wody sodowej z syfonu do dwóch pękatych szklanek, w których była chyba brandy. Premier półsiedział, półleżał w fotelu, z wyciągniętymi nogami i rękami zwisającymi po bokach. Miał przymknięte oczy. Słysząc zbliżającego się Legata, otworzył je.

    Niestety, panie premierze, udało mi się znaleźć przemówienie wyłącznie w „Timesie”.

    Nie szkodzi. Przeczytałem je właśnie w „Timesie”. O Boże…

    Premier wynurzył się z jękiem wyczerpania z przepastnego fotela. Zesztywniały mu nogi. Wziął do ręki gazetę, rozłożył ją na biurku Wilsona na przemówieniu, wyjął okulary z kieszeni na piersi i zaczął wodzić wzrokiem po tekście. Opadła mu lekko dolna warga. Wilson podszedł do nich i pokazał dyskretnie Legatowi szklankę. Ten pokręcił głową.

    Nie, dziękuję, sir Horace.

    Wilson postawił kieliszek przed premierem, spojrzał na Legata i uniósł lekko brwi. Było w tym coś niemal szokującego – sugestia, że muszą obaj spełniać kaprysy starszego pana.

    Chodzi o ten fragment – powiedział premier. – Nie znalazłem ani jednego wielkiego mocarstwa w Europie, którego przywódca miałby tyle zrozumienia dla cierpień naszego narodu, ile ma go mój wielki przyjaciel Benito Mussolini. Nigdy nie zapomnimy, co uczynił w tym czasie i jaka była postawa włoskiego narodu. Jeśli podobna niedola spotka kiedykolwiek Włochy, zwrócę się do niemieckiego narodu i poproszę, by zrobił dla Włochów to samo, co Włosi zrobili dla nas.

    Chamberlain przesunął gazetę w stronę Wilsona, wziął do ręki szklankę i upił łyk.

    Rozumiesz, co mam na myśli?

    Owszem.

    Hitler najwyraźniej nie ma zamiaru mnie słuchać, ale może wysłuchać Mussa. – Premier usiadł za biurkiem, wziął arkusz papieru z nagłówkiem Downing Street 10, umoczył pióro w kałamarzu, upił kolejny łyk brandy, przez chwilę patrzył prosto przed siebie, zbierając myśli, po czym zaczął pisać.

    Chcę, żebyś zabrał to zaraz do pokoju szyfrów w Foreign Office – zwrócił się po chwili, nie podnosząc wzroku, do Legata – i kazał im to natychmiast przetelegrafować do lorda Pertha w naszej ambasadzie w Rzymie.

    Tak jest, panie premierze.

    Skoro pisze pan do ambasadora – wtrącił Wilson – nie sądzi pan, że powinniśmy powiadomić Foreign Office?

    Do diabła z Foreign Office! – Premier wysuszył atrament na kartce i uśmiechnął się do Legata. – Proszę zapomnieć o tej ostatniej uwadze. – Podał mu list. – A kiedy już pan to przekaże, popracujemy nad moją mową do parlamentu.

    Minutę później Legat przecinał Downing Street, zmierzając do Foreign Office. Ulica była pusta. Tłumy zniknęły. Wiszące nad Londynem chmury zasłoniły księżyc i gwiazdy. Do północy została godzina.

  • Orhan Pamuk, Nathan Hill – tegoroczny „Apostrof” rozbija bank

    Kiedy w lutym ogłosili, że przyjedzie Orhan Pamuk, to nie sądziłem, że jeszcze mogą przyprawić czytelników o mocniejsze bicie serca. Minęło kilka tygodni, a tu proszę. Na Międzynarodowym Festiwalu Literatury Apostrof pojawi się Nathan Hill, autor głośnej książki „Niksy”. Proszę się rozejść do swoich domów i przeczytać, a jest co czytać, żeby być na maj przygotowanym.

    Co nas czeka w maju na festiwalu? Podsumujmy. Odbędzie się  w siedmiu miastach (Warszawa, Kraków, Katowice, Wrocław, Gdańsk, Poznań, Szczecin). Kiedy? 14-20 maja. Kto będzie gościem?

    Nathan Hill, autor książki „Niksy”, fot: materiały prasowe

    Tutaj lista jest oczywiście długa, bo do wspomnianych wyżej, dołączy Sofi Oksanen, Graham Masterton oraz Peter V. Brett. Jeśli chodzi o rodzimych gości, to nie będę wymieniał wszystkich, bo szczegóły znajdziecie na stronie organizatora (klik), ale na pewno warto zarezerwować czas na spotkania z Jackiem Hugo-Baderem, Wojciechem Chmielarzem, Katarzyną Bondą, Mariuszem Czubajem, Magdaleną Grzebałkowską oraz Katarzyną Nosowską (o premierze jej książki informowałem dziś rano).

    Jeśli macie jakieś zaległości w czytaniu powyższych, to szybko nadróbcie, bo Apostrof zbliża się wielkimi krokami, a za dwa miesiące będziemy już po tegorocznej edycji.

  • „Mój pierwszy raz”, marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pierwsza wizyta na zagranicznych targach książki. Pierwsza w charakterze autora. Udział w panelu, dyżury autorskie. Moja wizyta w Paryżu trochę była przygodą, trochę powrotem do przeszłości

    Przed wyjazdem do stolicy Francji mówiono mi kilka razy, że odbywają się tam najpiękniejsze targi książki w Europie. Jestem gotów się z tym zgodzić. Zorganizowano je w halach Porte de Versailles, miejscu przyjemnym, dobrze skomunikowanym i przestronnym. Powierzchnia wystawowa jest naprawdę ogromna. Główne aleje między stoiskami są bardzo szerokie. Ale i tak w godzinach szczytu potrafią się porządnie zakorkować. Bo tutaj dochodzimy do kolejnej kwestii – widownia. Na targach pojawiłem się w piątek późnym popołudniem. Wtedy było w miarę spokojnie. Mogłem spokojnie się przejść z jednego końca na drugi, pooglądać, zorientować się w topografii hali. W sobotę było już ciężko. Przejście około dwustu metrów od stoiska mojego wystawcy Agullo Editions do stoiska polskiego potrafiło mi zająć kilkanaście minut. Kolejki do najpoczytniejszych autorów potrafiły się ciągnąć, ciągnąć, a potem zawijać kilkukrotnie niczym wąż. Obok stali ochroniarze pilnując, żeby nikt się nie przepychał. Jasne, nie jest to nic, czego byśmy nie widzieli już w Polsce w Krakowie czy Warszawie (być może za wyjątkiem ochroniarzy). Ale i tak robiło wrażenie. Szczególnie zaimponowali mi fani mało w Polsce znanej autorki belgijskiej Amelie Nothomb. Stali grzecznie godzinami i w piątek, i w sobotę. Ale podobno ta pisarska cieszy się w krajach francuskojęzycznych ogromnym powodzeniem. Łącznie targi odwiedziło około 3000 twórców.

    Paryż, fot: www.unsplash.com/Anthony DELANOIX

    W Paryżu widać też było pieniądze. Takie, których na żadnych targach w Polsce chyba nigdy nie zobaczymy. Państwa arabskie: Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Arabskie (miasto Szardża było zresztą gościem specjalnym targów) wynajęły łącznie chyba z połowę ogromnej przecież hali. Szkoda, że w gruncie rzeczy niewiele się tam działo, a i sami Francuzi rzadko tam zachodzili. Czasami miałem wrażenie, że mieszkańcy tych krajów zrobili sobie własne, osobne targi dla samych siebie. Zupełnie inaczej wyglądało to na stoisku urządzonym wspólnie przez kilka krajów afrykańskich. Pomimo tego, że znajdowało się na końcu terenu, nieustannie przewalały się przez nie tabuny ludzi. Każda dyskusja, każde spotkanie z autorem mogło liczyć na sporą widownię. Była tam autentyczna i ogromna energia. A Polska? Na ogólnym tle stoisko wypadło bardzo przyzwoicie. Skromne, ale w niezłym miejscu i z kilkoma ciekawymi wydarzeniami. Szczególnie atrakcje kierowane do dzieci cieszyły się sporym zainteresowaniem. Do tego dość duży wybór książek polskich autorów. I tych przetłumaczonych już na francuski i tych w naszym języku. No i na koniec jeszcze jeden obrazek. Swoje stoisko miała również firma Sony, która promowała tam konsolę do gier Playstation 4. Pierwsze zdziwienie – fakt, że ktoś z firmy uznał, że powinni tam być. Drugie zdziwienie, to forma. Konsola była tylko jedna. Całą resztą powierzchni zajmowały książki z ilustracjami do gier (tzw. artbooki).

    Sam czułem się tam, jakbym się cofnął w czasie o kilka lat i znowu znalazł się na początku pisarskiej kariery. Siedziałem grzecznie na dyżurach autorskich i tęsknie spoglądałem w mijającym mnie tłum próbując wyłowić z niego chociaż jedną osobę, która byłaby zainteresowana moimi książkami. Okej… W ogólny rozrachunku nie było tak źle. Kilkanaście książek podpisałem, udzieliłem dwóch wywiadów, wziąłem udział w bardzo ciekawym panelu z autorami z Węgier i Rosji. Umówiliśmy się też wstępnie na trasę promocyjną przy okazji promocji francuskiego wydania „Farmy Lalek”. Było więc mniej więcej to, czego się spodziewałem. Normalna, mozolna ciężka praca i budowanie krok po kroku własnej popularności. Ale widziałem różnicę w porównaniu z chociażby ostatnimi targami w Warszawie, po których autentycznie bolał mnie nadgarstek. Oczywiście, takich autorów jak ja, było wielu. Przechadzając się po hali targowej bezbłędnie ich rozpoznawałem. Lekko znudzone twarze, na których odmalowywała się nadzieja, kiedy tylko nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. A potem wracało na nie znudzenie, kiedy uśmiałem się przepraszająco i szedłem dalej. Tak naprawdę, to miałem ochotę ich przytulić i powiedzieć, że wiem, co czują.

    Zakończę małą sensacją, którą żyły targi w momencie, kiedy tam przyjechałem. W czwartek odwiedził je prezydent Emanuel Macron. Odmówił jednak wizyty u gościa honorowego targów. Stwierdził, że jest wielkim miłośnikiem literatury z tamtego kraju, ale z powodu zachowania się tamtejszych władz musi zbojkotować stoisko. Tym krajem była Rosja.

    Wojciech Chmielarz

  • Temat tabu – prostytucja w Auschwitz

    Ta książka może nie wywoła skandalu, chociaż, kto wie, ale na pewno sprowokuje dyskusję. „Kommando Puff” Dominika W. Retiingera opowiada historię kobiet więzionych w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, które w zamian za jedzenie i odrobinę lepsze traktowanie oraz oboetnicę zwolnienia z piekła po pół roku pracy zdecydowały się zostać obozowymi prostytutkami. Czy miały wybór? Miały. Czy możemy je oceniać? Nie możemy, bo nikt nie znalazł się w podobnej sytuacji. „Kommando Puff” Wami wstrząśnie, tego jestem pewien.

  • „Wymyśliłem sobie Śląsk, gdy nie był jeszcze kryminalnie obsadzony”.

    Spotkamy się w miejscu, które śmiało może być miejscem morderstwa. Sporo zaułków, zniszczone bydynki, okna bez szyb, duży śmietnik, w którym spokojnie morderca może ukryć ciało i przysypać śmieciami. W takich okolicznościach przyrody Mariusz Czubaj po raz pierwszy opowiada o fabule „Dziewczynki z zapalniczką”. Piąta część przygód Rudolfa Heinza ukaże się 23 maja, tuż przed Warszawskimi Targami Książki. Zadowoleni będą mieszkańcy Śląska i Zagłębia, bo Czubaj znów tam pchnął swojego bohatera. W roli głównej wystąpią Katowice, a epizod zagra Dąbrowa Górnicza. Dlaczego upodobał sobie akurat ten region? Co w jego najnowszej książce robi Tadeusz Sznuk z teleturnieju „1 z 10”? I czy Czubaj „godo po naszymu”, a może jednak czekają go korepetycje? Obejrzyjcie naszą rozmowę, bo Mariusz idzie dalej – zdradza tytuł swojej kolejnej książki. Smakksiazki.pl będzie patronem medialnym „Dziewczynki z zapalniczką”, więc bądźcie czujni, bo pojawi się sporo fajnych rzeczy, będzie można zgarnąć też książkę.

  • Szeryf nie żyje. Dziś mijają 33 lata od śmierci Leopolda Tyrmanda

    To już 33 lata. Właśnie wtedy, 19 marca 1985 roku Leopold Tyrmand zmarł na zawał serca. Jak pewnie wiecie, o autorze „Złego” można mówić i pisać dużo. Zanim oddam głos, a właściwie stronę, Marcelowi Woźniakowi, autorowi książki „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”, bardzo Was zachęcam żebyście sięgnęli po listy Tyrmanda i Mrożka. Jest to lektura, która wzrusza, bawi i uczy, tak w skrócie. Teraz już zostawiam Was z Marcelem, który przybliży Wam postać Leopolda Tyrmanda.

    Zmarł, jakby kula przeszyła mu serce – napisał w 1985 roku Sławomir Mrożek i było w tej metaforze coś z westernu. Z pisanej w dalekiej Ameryce historii o samotnym szeryfie, który sądził, że kurz po bitwie już opadł, gdy wtem – zza zakrętu – wychyliła się lufa colta.

    Polecieli do Fort Myers na Florydzie. Znajomi zostawili im na kilka dni dom. Był marzec 1985 roku i miały to być pierwsze po długiej przerwie wakacje Lolka, Mary Ellen i dzieciaków. Ciężko powiedzieć, kiedy w życiu Tyrmanda był przestój, ale z pewnością połowa lat 80. była bardzo intensywna. W Londynie w 1980 roku wydano Dziennik 1954, książka zrobiła spore zamieszanie. Odkopanie starych historii i kontrowersje wokół edycji tekstu (oskarżano Tyrmanda, że to apokryf) sprawiły, że ocenzurowany w 1966 roku autor Filipa znów wskoczył na orbitę zainteresowań polskiej inteligencji. Jego trafna diagnoza socjalizmu uderzała ze zdwojoną mocą: w Polsce wrzało i potrzebne były takie świadectwa, ostre jak brzytwa szpilki wbijane w aparat władzy.

    W 1981 roku został ojcem bliźniaków. Kilka miesięcy później poleciał do Chin, wytypowany przez prezydenta Reagana do delegacji wybitnych amerykańskich pisarzy. Choć pracował w małym ośrodku kulturalnym i jego walka o sprawę odbywała się gdzieś na marginesie mainstreamu, jego nazwisko było znane. W Polsce wznowiono prace nad ekranizacją Złego. Amerykańska polonia zapraszała Tyrmanda na spotkania w Chicago. Jeździł z odczytami.

    – Sytuacja polityczna zmieniała się i Tyrmanda słuchali ludzie z lewej i prawej strony – wspomina Zbigniew Stańczyk. Spotkał Leopolda na Uniwersytecie Stanforda w Paolo Alto około roku 1981. Nie przypuszczał wtedy, że kilka lat później będzie opracowywał archiwa po zmarłym pisarzu. Do Kalifornii trafił z Wrocławia. Po ogłoszeniu stanu wojennego nie mógł wrócić, bo był w Solidarności. Pod koniec lat 80. dostał pierwsze zlecenie – papiery po Tyrmandzie. W Paolo Alto został na wiele lat, niedawno wrócił do Polski. – Pamiętam, jak staliśmy tam w ciepły dzień. Był w znakomitej formie.

    W 1984 roku wybudowali nowy dom. Mary Ellen zadbała o wystrój, Leopold odświeżył nad deską kreślarską umiejętności, jakie ćwiczył w 1938 w Paryżu, na wykładach u Le Corbusiera i w pracowni Marcela Chappey’a.

    Z zapisków Tyrmanda widać, że pod koniec roku porządkował papiery. Oberwało się choćby Jackowi Woźniakowskiemu. Kreślił notatki na starych listach, notował, na kim się zawiódł, a z kim pozostał w dobrej komitywie.

    – Jesteś moim najstarszym żyjącym przyjacielem – napisze mu w liście Leopold Łabędź. Siedzieli w jednej ławce przed wojną, w warszawskim gimnazjum na Wilczej 41. Pod koniec lat 70. Łabędź opisze w „The Times” historię Tomasza Strzyżewskiego i słynnej Czarnej księgi cenzury PRL.

    Ostatnie zdjęcie Tyrmanda, to 4. urodziny dzieci. Ostatnie notatki pochodzą z początku marca. Niedługo potem przychodzi czas na urlop.

    Czwarte urodziny dzieci. Ostatnie zdjęcie Leopolda. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Fort Myers reklamowane jest, jako miejsce o najpiękniejszych na świecie zachodach Słońca. Dla Tyrmanda, pływającego podczas wojny na statkach, Słońce na horyzoncie oceanu zaszło poraz ostatni.

    Złapał się za serce i runął na ziemię. Dzieci obudziły się, nie wiedziały co się dzieje. Matka wybiegła na ulicę. Ktoś zadzwonił po pomoc.

    – To była chwila. Jeden moment, i już nie żył – wspomina Mary Ellen. W jej mieszkaniu na Brooklynie wiatr gwiżdże w grzejnikach. Mieszka na najwyższym piętrze budynku. – Mam w pamięci wyrwę. Nie pamiętam kolejnych miesięcy, ani pogrzebu. Wszystko zorganizowała moja matka.

    To dlatego pochowano go na Long Island, na żydowskiej nekropolii – tam, gdzie chowano rodzinę jego żony. Sam praktykującym Żydem nigdy nie był.

    – Miałam tylko przed oczami urwany film. Jak łapie się za to serce. Kiedy zadzwoniłam na pogotowie, zorientowałam się, że nie znam adresu. Zajmowałam się dziećmi, Leopold zorganizował wyjazd… – mówi, a jej oczy błądzą gdzieś w dalekiej przeszłości. – Mam świadomość, że on nie był tylko mój. Był pisarzem, osobą publiczną. Jego historia musi zostać opowiedziana. Więc powiedziałam to, a teraz zostanie to zapisane na wieki…

    Jej ostatnie słowa jeszcze długo pobrzmiewają echem.

    O jego amerykańskim życiu wiedziało niewielu. Gdy 16 marca 1965 przekroczył Most Przyjaźni w Cieszynie, jego ówczesna żona – Barbara Hoff – sądziła, że wróci. Pakowała mu walizki w Krakowie, w mieszkaniu Janki Iphorskiej.

    – Weź smoking, przyda ci się! – krzyczała.

    – Niczego nie potrzebuję! – emocjonował się Leopold i rozrzucał ubrania szerokim gestem. A Basia umiała pakować walizki. Potrafiła tak złożyć stos ubrań, że mieściły się do malutkiej torby. Nic dziwnego – projektowała ubrania przez pół wieku. Niedawno znów zaczełą pisać w „Przekroju”.

    Samotnik na prawicy. Archiwum Matthew Tyrmanda

    – Ja coś czułem, że on już nie wróci – miał po latach powiedzieć Ludwik Jerzy Kern. Znali się z „Przekroju”. Kiedyś, podczas składania numeru w krakowskiej redakcji, zaczęli rzucać w siebie piłką do kosza. Ta niespodziewanie spadła, rąbnęła w makietę i wszystkie czcionki rozsypały się w drobny mak.

    Kern wiedział, że Lolek nie wróci. Innego zdania była Basia.

    – Nie sądziłam, że wyjeżdżał na zawsze – dodała po półwieczu.

    Profesor Najder na pytanie o okoliczności wyjazdu Tyrmanda długo milczy, gdy pijemy w 2016 roku kawę w Batidzie na Krakowskim Przedmieściu. Pierwszego dnia w ogóle nie przyszedł, pomyliły mu się dni. Kiedy się zjawił nazajutrz i spytał „to dziś?’, przytaknąłem. Jak mogłem nie przytaknąć znawcy Josepha Conrada.

    – Mówiliśmy sobie o wszystkim, tak mi się wydawało. Tymczasem po latach okazało się, że skrywał wiele tajemnic – mówi, dopijając kawę z nieporęcznie pięknej filiżanki. Długo patrzy na rozprutą elewację Hotelu Europejskiego, którego budowla wygląda, jak u Słonimskiego w Dwóch końcach świata. – Czy to jest przyjaźń, jeśli nie mówi się sobie takich rzeczy? A on wtedy wyjechał i po prostu zniknął na zawsze. Przyjaciele tak nie robią.

    We Wniebostąpieniu Tadeusz Konwicki pisze w kilku miejscach frazę „gdyby pan Lolo nie wyjechał…” Bohaterowie co rusz go wspominają, grając na wojskowym boisku w kosza.

    Ale Lola już nie ma. 16 marca 1965 wyjeżdża w Cieszynie na Zachód. Zabiera ze sobą maszynę do pisania, papier, czekoladę, papierosy, jakieś figurki z Cepelii. Modlitewnik.

    Most Przyjaźni w Cieszynie wiele przyjaźni przerywa na zawsze. W Polsce po Tyrmandzie zostaje Zły, zaczytywany nocami, pożyczany od znajomych. Biały kruk. Bestseller. Zostaje także sława bikiniarza i „człowieka w kolorowych skarpetkach”. Cenzura i „życzliwi” przyjaciele skutecznie dbają o przykrycie wspomnień o pisarzu pijackimi anegdotami i etykietą kolorowego pajaca. Robili to już za jego życia, wystarczy zajrzeć do akt IPN-u. A w latach 70. wystarczyło skuć ściany. W mieszkaniu na Mariensztacie drugi mąż Basi Hoff wyrwał z tynku całe metry kabli z podsłuchami.

    Mało kto wiedział, że w Ameryce Tyrmand był równie sławny. Jego reportaże o Ameryce z „The New Yorker” czytywane były nie tylko w kraju – zebrane w książkowej formie przetłumaczono nawet w Tajlandii. Nie napisał nigdy wielkiej, amerykańskiej powieści, ale został cenionym publicystą. Po wydarzeniach marcowych w 1968 zrzekł się na łamach „The New York Times” polskiego obywatelstwa.

    Była w tym pewna przewrotność polsko-amerykańskiego życia człowieka, który z Polski wyjechał do Ameryki, by pisać to, co chce, a w której to Ameryce na własne życzenie usunął się ze środowisk nowojorskich, bo nie chciał iść z nimi w lewo. Bo amerykański liberalizm z europejskim miał niewiele wspólnego. Dzieciaki protestujące przeciw wojnie w Wietnamie malowały sobie na twarzach komunistyczne gwiazdy, krzycząc hasła o równości i braterstwie.

    Ostatnie notatki, 1 marca 1985. Archiwa Hoovera

    – Ludzie, ja tam byłem, w kraju komunistycznym. Tam jest inaczej, uwierzcie mi! – krzyczał.

    Uwierzono mu dopiero w Rockford. To tam dostał swoje pismo i swoją redakcję. Jak redaktor Kolanko z powieści. I nareszcie mógł pisać w zgodzie ze swoim sumieniem.

    Jest w Złym taka scena.

    Wielkich rewolwerowców cechuje przede wszystkim zimna krew – bąknął chłopak.

    – Krzysiu, a czy ty wiesz, co to jest prawo?

    – Wiem. Jest to coś, czego broni się do ostatniej kropli krwi przed zbrodniarzami. Czytałem o takim jednym szeryfie i detektywie. Ten był na medal!

    Gdy wywieszono w Warszawie klepsydry, ludzie przecierali oczy ze zdziwienia. Napisano, że 19 marca 1985 roku w Fort Myers zmarł wybitny amerykański konserwatysta, Leopold Tyrmand.

    – Ten Leopold Tyrmand? Ten liberał?

    Kolejne książki o Tyrmandzie podtrzymały mit „człowieka w kolorowych skarpetkach”. Najśmieszniejsze, że podobno wcale nie było czerwone, tylko w kratkę. Jak całe życie w Polsce.

    Dziś powoli się to zmienia. Wyszły niedawno listy Tyrmanda i Mrożka. Mało kto wiedział, że przyjaźnili się przez lata. Wcześniej ukazała się biografia. W produkcji jest film Marcina Kryształowicza Pan T., opowiadający o życiu Tyrmanda latach 50.

    Nie jest to western.

    Od autora:

    Dziś powraca. Sejm ustanowił rok 2020 oficjalnym rokiem Leopolda Tyrmanda. Czy to oznacza, że trafi też do lektur? Życzyłbym tego sobie! Bo warto Tyrmanda czytać. Jako jego biograf mam wielką nadzieję, że do jego trumny nikt nie wsadzi czegoś, czego sam do niej ze sobą nie zabrał.

  • „Ignorancja a trzecie prawo Clarke’a”, marcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Swego czasu Arthur C. Clarke pisał, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Niewątpliwie ma to swoją przyczynę w fakcie, że – to z kolei za autorem „Złotej Gałęzi” George’em Frazerem – magia może uchodzić za bękarcią siostrę nauki. Chodzi o to, że sposób działania dwóch powyższych jest w założeniu taki sam – na podstawie tak a nie inaczej zbudowanej wiedzy o świecie, za pomocą określonych czynności i przy użyciu konkretnych rekwizytów możemy na otaczający nas świat wpływać.

    Zasadnicza różnica opierająca się na tym, że niektóre z tych zjawisk można wyjaśnić i wytłumaczyć, a inne nie (bo są na przykład dziełem przypadku) ma znaczenie dla wąskiej grupy dociekliwych. Całej reszcie nie robi różnicy, czy pilot od telewizora działa dzięki prawom nauki czy magii. Choć, zapytani, oczywiście zaprezentują tę sprawę inaczej. Bo większość społeczeństwa, mimo iż nie ma pojęcia o zasadach, jakie rządzą ich światem, woli na co dzień uchodzić za osoby twardo stąpające po ziemi.

    – Ja nie czytam fantastyki – powiedziała mi ostatnio pani w jednej bibliotece, mierząc mnie takim wzrokiem jakbym sprzedawał dzieciom narkotyki pod szkołą.

    Uśmiechnąłem się i wskazałem na książkę, którą właśnie brała. „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego.

    – W takim razie nie wiem po co ją pani wypożycza – odparłem.

    Nie odpowiedziała.

    A ja poczułem się jak w tym starym dowcipie o rabinie, co przychodzi do mięsnego i wskazując na kolejne szynki, prosi o dwadzieścia deko tej rybki, tamtej rybki…

    – Ależ panie, to jest szynka – odpowiada rzeźnik, na co rabin wzrusza ramionami.

    – A czy ja się pana pytam, jak się te rybki nazywają?

    Z tego co wiem, to „Jak zawsze” sprzedawane było jako komedia narodowo-romantyczna, co w zasadzie kłamstwem nie jest, choć w sumie trudno mi do końca orzec, czy wiem, co ten śmieszny zlepek słów znaczy. Tego, czego jestem pewien, to to, że słowo „fantastyka” na wszelki wypadek nigdzie nie pada. Słusznie, bo obstawiam, że zaszkodziłoby tej wyśmienitej powieści mocno. Bo etykieta jest jednak silniejsza niż nazwisko lubianego autora i trzeba pozycji znacznie mocniejszej niż ta Miłoszewskiego, by coś na tym polu zawalczyć otwarcie. Zresztą po co? Dlaczego ktokolwiek miałby?

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    A może chodzi tu jednak o coś innego? O to, że na pewnym poziomie ignorancji zacierają się granice tego, co prawdopodobne i nieprawdopodobne? Wtedy tylko etykietki mówią nam, jak się do danej pozycji odnieść. No bo nie trzeba wysilać umysłu, nie trzeba niczego zakładać, by wiedzieć, że jak jest napisane „fantastyka”, to w powieści będzie coś fantastycznego czyli nie do końca odzwierciedlającego naszą obecną rzeczywistość. Dzięki temu odbiorca już na starcie wie, że w tej pościeli jest ziarnko grochu i może udawać, że go uwiera.

    Inaczej jest, gdy powieść takiej etykietki nie otrzyma. Wtedy nie możemy za bardzo na starcie zakładać, że coś jest oderwane od rzeczywistości i do oceny wiarygodności fabuły i jej spójności potrzeba nam zdobytej wcześniej wiedzy o świecie, dociekliwości i zdolności łączenia faktów w logiczną całość. Jeśli ich nie mamy, opieramy się wyłącznie na wyjaśnieniach autora.

    W tym miejscu chciałem się powołać na konkretne badania, ale ponieważ ich wyniki czytałem raz, dawno temu, a moje Google-Fu jest zbyt słabe i nie udało mi się do nich dogrzebać, przywołam je w formie bardziej zasłyszanej anegdoty, której wiarygodność każdy powinien sobie sam zweryfikować przed dalszym powtarzaniem. Otóż podobno na podstawie eksperymentu wykazano, iż dla wielu ludzi (tu padały procenty, o których odtworzenie się nie pokuszę) dużo ważniejsze niż treść i sensowność wyjaśnienia jest sam fakt, że ktoś cokolwiek wyjaśnia. W rzeczonym eksperymencie wyglądało to tak, że ten sam człowiek grzecznie i uprzejmie, ale wpychał się do stojących od kilku godzin kolejek. Za pierwszym razem mówiąc tylko „przepraszam” i „dziękuję”, za drugim – stosując bzdurne wyjaśnienia na zasadzie: przepraszam, ale muszę wejść do tej kolejki, bo muszę się w niej znaleźć, właśnie w tym miejscu. Słowem nic, co powinno kogokolwiek przekonywać, ale powiedziane takim tonem, który sprawiał, że ludzie ustępowali. Oczywiście nie wszyscy. Jest tutaj wiele czynników „brudzących” czystość tezy do udowodnienia, ale w późniejszych wynikach i relacjach nader często pojawiało się: nie słuchałem uważnie, ale on wydawał się przekonany o swojej racji.

    Przenosząc to na nasze literackie etykietkowanie, autor fantastyki byłby tu kolejkowiczem podejrzanym. Widząc go, ludzie zaczęliby się z jakiegoś powodu zastanawiać, co on tutaj robi, nabraliby wątpliwości już na sam widok. Czujni nie wpuściliby go do kolejki, odganiając zanim się odezwie. A jak zachowujemy się wobec autorów spoza tej etykietki?

    I tu z pomocą przychodzi casus dwóch powieści Remigiusza Mroza (szczere dzięki, Remek) oraz ich dość mocno odmiennego odbioru. Jedna z tych powieści to „Czarna Madonna”, druga to „Nieodnaleziona”. Pierwsza książka to również pierwsza próba (a przynajmniej pierwsza na tak dużą skalę) zmierzenia się Mroza z horrorem. Element grozy wybrany dość sprytnie, bo egzorcyzmy to ten motyw strasznej fantastyki, którego w katolickim kraju nie sposób po prostu zametkować. Z jednej strony jest więc czym straszyć, posługując się całą masą już ogranych środków, z drugiej, to nie tak, że człowiek ochrzczony i od dzieciaka programowany na widzenie diabła wszędzie może temat tak po prostu odłożyć na półkę z wampirami, zombie etc. Do tego jeszcze tytułowa „Czarna Madonna”, w swym najbardziej znanym wariancie obraz święty i cuda czyniący, a jednocześnie niepokojący. Słowem fantastyka, ale taka, której lepiej nie odrzucać w całości, bo jeszcze obrazi się Bóg, Jasnogórski Obraz, anioł stróż czy wierząca babcia.

    Nawet jednak to bezpieczne zagranie nie ustrzegło Remigiusza przed mieszanymi reakcjami czytelników etykietkujących. Nie to, że książka nie odniosła sukcesu, bo Mróz już dawno przekroczył pewien punkt krytyczny, który sprawia, że póki co poniżej pewnego pułapu nie spadnie. Ale temat i poruszone wątki sprawiły, że naprawdę masa czytelników na rozlicznych forach zaczęła dociekać, sprawdzać nieszczelności fabuły czy ogólnego wydźwięku treści. Bo skoro to fantastyka, to można bezpiecznie założyć, że jakieś nieścisłości w niej są. Etykietka budzi w odbiorcy nieomal paranoiczną czujność.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl

    Z kolei wydana w ubiegłym roku, cobenowska w duchu „Nieodnaleziona” zebrała pozytywne recenzje nawet tam, gdzie trudno się było spodziewać, że je dostanie. Powód? Prócz wspomnianego już efektu kuli śniegowej Mroza (jakże to ślicznie grające z nazwiskiem określenie!) odpowiednio dobrany ważny temat w tle i… powszechna ignorancja, sprawiająca, że autor może zrobić z czytelnikiem, co chce. Bo tu już tak gęstych wątpliwości co do fabularnych detali nie było. Nikt nie przejmował się specjalnie analizą tego czy zastosowany przez autora opis przemocy domowej, ataków, ciosów jest choć w najmniejszym stopniu realny. Czy rzeczywiście istnieje choć cień szansy, by tak główna bohaterka zwyczajnie przetrwała tak opisane ataki szału, nie mówiąc już o utrzymaniu pozorów przed synem, otoczeniem czy kimkolwiek. Czytelnikowi w tym temacie wystarczy świadomość, że w wielu domach dzieją się rzeczy straszne, a autor czasem wtrąci, że pod sam koniec bohaterka wyglądała źle.
    A zbudowany na granicy jakiejkolwiek racjonalności złożony system zagadek serwowany bohaterowi? Czyż nie wystarczy chwila refleksji – kogokolwiek, bohaterki, autora, czytelnika – by podważyć zasadność stopnia komplikacji tychże? Czy poczucie nieustannego zagrożenia i konieczność zbudowania więzi z bohaterem faktycznie dla kogokolwiek usprawiedliwia, jak chce autor, takie ryzyko fiaska?

    Jeżeli porównywać powierzchowność i schematyczność researchu „Czarna Madonna” i „Nieodnaleziona” stoją na podobnym poziomie. I nie, nie chcę tu, broń Boże, Remkowi dowalać. Taką ma metodę, że spraw poruszanych nie bada dogłębnie, a jedynie tyle, ile mu potrzeba do zaplanowanej treści. Inny model przy tym tempie pracy zwyczajnie nie jest możliwy.

    Podobnie na poziomie konstruowania fabuły opartej na regularnych, mniej lub bardziej spójnych z treścią, twistach, obie te książki (a i większość innych remkowych) działają podobnie. Więcej nawet, zagrywka polegająca na „teraz ci wszystkiego nie powiem, dowiesz się w swoim czasie”, zastosowana zarówno w „CM” jak i w „N” ma dużo więcej sensu w nadnaturalnym horrorze, niż w pozbawionym fantastyki thrillerze. W obu przypadkach od tego czy bohater dowie się czegoś zawczasu zależy jak się zachowa dalej. O ile jednak w „Madonnie” tajemniczość mężczyzny na lotnisku protagonista może sobie wyjaśnić jego złożoną, enigmatyczną naturą, o tyle w przypadku własnej dziewczyny wiodącej go od miejsca do miejsca i udzielającej strzępków informacji powinna choć zaniepokoić. Skłonić do narastającej z każdym kolejnym etapem „zabawy” wątpliwości – dlaczego tak? Dlaczego potęgujemy ryzyko?

    W tej drugiej książce jedyne, co czytelnik dostaje w ramach wątpliwości to „przepraszam, że się wpycham, ale muszę być w tej kolejce, bo muszę w niej być”. Wyjaśnienie, które jest zdolne zaspokoić tylko odbiorcę, który na ciągu przyczynowo-skutkowym skupia się niespecjalnie, a i nad realistyczność całości stawia porozrzucane tu i tam elementy zaskoczenia. Inaczej mówiąc, Mróz wyjaśnia zamysł czytelnikowi i robi to z grubsza, wiedząc, że ten ostatni nie zapyta: ej, ale dlaczego bohater na to poszedł? Żadnych dodatkowych tłumaczeń, bo i nie ma żadnych dodatkowych pytań. Nikt nie chciał akurat tego wiedzieć.

    I żeby nie było wątpliwości, to nie jest trik wymyślony przez Remigiusza czy tylko przez niego stosowany. Właściwie nie jestem nawet pewien, czy to na pewno trik, bo równie dobrze może być to po prostu bardzo sprawne dostosowanie własnych sił przerobowych do ukształtowanych oczekiwań odbiorcy. Skoro czytelnikowi takie rozwiązania wystarczają, a Mrozowi ułatwiają pracę, po co miałby cokolwiek na tym polu zmieniać?

    Z drugiej strony wspomniany wcześniej Miłoszewski, budując swoją alternatywną rzeczywistość, kładzie największy nacisk właśnie na to, by wszelkie zachowania jego bohaterów były spójne i sensowne (choć nie zawsze racjonalne, co oczywiste) w ramach świata przedstawionego. Świadom tego, że kołek do zawieszenia niewiary nadwyręża już wyjściową ideą, stara się, by wszystko poza tym elementem grało. Pozbawiony wsparcia czytelnika przyjmującego wszystko na gębę i „bo przecież tak bywa w życiu, widziałem w wiadomościach”, musi się sporo nagimnastykować, by zachować wewnętrzną spójność. Szczęśliwie doceniło to wystarczająco wielu czytelników.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Teraz jednak pytanie: czy odbiorca przyjmujący wyjaśnienia najprostsze i nie zadający pytań o sensowność wydarzeń akceptuje taki stan rzeczy, bo to jest jego świadomy wybór i nie obchodzi go wiarygodność? Wtedy w porządku, ale po co o nią postulować, odrzucać dobre powieści tylko ze względu na gatunkową przynależność i zmuszać taki marketing WAB do kombinowania, jak za wszelką cenę uniknąć określenia „Jak zawsze” historią alternatywną? Czy chodzi tylko o to, że nie chcemy, by przylgnęła do nas etykietka fantasty-eskapisty?

    A może o to, że czytelnik jednak liczy na wiarygodność, podświadomie jej pragnie, tylko zwyczajnie na jego poziomie to, co jest realne i to, co nie jest, stało się zwyczajnie nieodróżnialne?

    I nie, proszę nie oczekiwać gotowej odpowiedzi, bo szczerze przyznaję, nie wiem. Wciąż się nad tym zastanawiam.

    PS. Ze względu na to, że sam zajmuję się fantastyką i mam świadomość, że uwagi o odrzuceniu tejże w jakiś sposób przez określony (szeroki) typ odbiorcy mogą być odebrane jako żalenie się, pragnę naprostować. Absolutnie nie czuję się traktowany źle, ani też nie uważam czytelników fantastyki za z założenia inteligentniejszych od odbiorców, dla przykładu, kryminału. Niniejszy tekst nie ma na celu wartościowania miłośników określonych gatunków ani autorów te gatunki tworzących.

  • „W Rosji nie ma wyborów, jest plebiscyt”

    Dziś mija czwarta rocznica aneksji Krymu przez Rosję, dziś także trwają wybory prezydenckie u naszych wschodnich sąsiadów. Jak donoszą media, Władimir Putin już zagłosował i zapewnił, że będzie zadowolony z każdego wyniku, który pozwoli mu realizować zadania prezydenta. W przypadku wyborów prezydenckich w Rosji zawsze pojawia się pytanie, na ile jest to farsa, a na ile jeszcze oddanie głosu obywatelom. Poprosiłem Krystynę Kurczab-Redlich, wieloletnią korespondentkę polskich mediów w Rosji, a także autorkę książek, m.in. „Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina”, o komentarz do dzisiejszych wyborów. Obejrzyjcie.

  • „Pisząc o przeszłości okazało się, że piszemy książkę współczesną”

    Od razu uprzedzam, że historia zdjęcia głównego wyjaśni się już w pierwszych zdaniach naszej rozmowy. Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz napisali książkę, która może być jedną z najważniejszych tegorocznych pozycji w swojej kategorii. Cofnijcie się o pięćdziesiąt lat, przeczytajcie o tym, jak Gliwice stały się polską stolicą hipisów, w jakiś sposób pewna rodzina ze Świnoujścia przepłynęła Bałtyk i dotarła do Danii, dowiecie się także o sprawach, o których być może nie chcecie pamiętać, ale autorzy bez znieczulenia Wam je przypomną. Premiera książki „1968. Czasy nadchodzą nowe” już jutro. Aha, jak sądzicie, czy jeśli dostaje się Literacką Nagrodę NIKE, to trzeba w domu zmywać garnki? Tego również dowiecie się z naszej rozmowy.