Kategoria: Aktualności

  • Olga Tokarczuk z nominacją do Man Booker International Prize!

    Jest bardzo dobrze, a może być jeszcze lepiej. Olga Tokarczuk jest wśród trzynastu autorów z całego świata, którzy są nominowani do prestiżowej nagrody Man Booker International Prize. Polka została doceniona za powieść „Bieguni”. Przypomnę tylko, że za tę książkę autorka zgarnęła też Literacką Nagrodę NIKE w 2008 roku. Teraz musimy się uzbroić w cierpliwość i poczekać do 12 kwietnia, wtedy właśnie zostanie ogłoszona lista sześciu tytułów, które pozostaną w walce o główną nagrodę. Zwycięzcę poznamy dwudziestego drugiego maja. Generalnie rzecz ujmując, nasz pisarka coraz śmielej rozpycha się na literackich salonach.

    Na okoliczność nominacji Olgi Tokarczuk poprosiłem o komentarz Marcina Baniaka, szefa promocji Wydawnictwa Literackiego, które wydaje książki pisarki. 

    Oczywiście, że Wydawnictwo Literackie się cieszy, wszyscy jesteśmy podekscytowani, ale i w pewnym sensie – spokojni, ponieważ przeczuwaliśmy, że nominacja dla Olgi Tokarczuk do tak ważnej nagrody musi prędzej czy później nastąpić. Wiele sygnałów zapowiadało, że pozycja Olgi Tokarczuk na świecie rośnie, że staje się pisarką coraz bardziej rozpoznawalną. Przypomnijmy, rok temu Olga Tokarczuk była jedną z „Authors of the day” na London Book Fair, reprezentacja WL była wówczas na Wyspach i na własne oczy widzieliśmy, jak duże zainteresowanie pisarka wzbudzała wśród londyńskich czytelników i ludzi z branży książkowej. Właśnie wtedy odbyło się kilka spotkań z Olgą, zapowiadających ukazanie się Biegunów po angielsku, a jak już powieść Flights trafiła do księgarń, mogliśmy śledzić bardzo pozytywne recenzje w brytyjskiej prasie. Od niedawna książka jest
    także dostępna za oceanem i tam odzew też jest bardzo pozytywny. Wydawnictwo Literackie taka sytuacja bardzo cieszy, ponieważ WL reprezentuje Olgę Tokarczuk na rynkach zagranicznych i prowadzi sprzedaż praw do jej utworów. Dodatkowo informacja o nominowaniu Olgi Tokarczuk do The Man Booker International Prize pojawia się w niezwykłym momencie, przecież za miesiąc ukaże się jej nowa książka – „Opowiadania bizarne” trafią na półki księgarskie 18 kwietnia. 

    A tutaj możecie zobaczyć wszystkich nominowanych:

     

     

  • „Nazwijmy to kryminałem”. Marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Uwielbiam trailery filmowe. To do mnie takie guilty pleasure, które sprawia więcej radości, niż jestem w stanie przyznać. Często to właśnie trailery bawią mnie bardziej, niż sam film puszczany na wielkim ekranie. Wystarczy te kilka minut i już wiem, co mniej więcej mnie czeka. A jak to jest z książkami? Tu wystarczy jedno słowo.

    Na to żebym był usatysfakcjonowany i trailer zachęcił mnie do obejrzenia filmu w całości, pracuje sztab ludzi. Te kilka minut, odpowiednio zmontowanych i doprawionych muzyką z wyższej półki, jest w stanie kupić niemal każdego. Nie wiem czy pamiętacie, jak wyglądała pierwsza zapowiedź do „Dziewczyny z tatuażem” Davida Finchera? Chryste, ta minuta i trzydzieści osiem sekund to czysty i piękny przykład, jak powinien wyglądać trailer z prawdziwego zdarzenia.

    Niemal z każdym uderzeniem w perkusję następuje zmiana ujęcia. Z zegarmistrzowską precyzją, w takt „Immigrant song” w interpretacji Reznora i Karen O. przekazano mi wszystko, choć nie powiedziano mi nic. Niby jest jakaś ekspozycja bohaterów, ale gdybym nie znał książkowego pierwowzoru, byłbym w kropce. Żadnych dialogów i tego nieszczęsnego głosu z offu tłumaczącego jak debilowi to, co widzę na ekranie. Jest tylko klimat, który kupił mnie w całości. I wiem, że idąc do kina dostanę kryminał z wyższej półki. I wiem, że nie zostałem oszukany.

    Taka zapowiedź to oczywiście perełka, bo niestety większość z tego typu produkcji wygląda jak skrót całego filmu (łącznie z zakończeniem). Z książkami jest podobnie, a przynajmniej tak muszą myśleć tęgie wydawnicze głowy, które z uwielbieniem metkują kryminałem wszystko, co tylko mogą. Mogę to nawet zrozumieć, bo przecież gatunek świetnie się sprzedaje. Jeżeli tak jest, to możemy podciągnąć pod niego wszystko, co ma w sobie trupa lub chociaż koło takiego leżało.

    www.unsplash.com/Jamie Taylor

    Nie mam nic przeciw temu, by powstawały np. komedie o zabarwieniu kryminalnym. Co więcej, jestem z tego zadowolony, bo dzięki temu na rynku pojawia się coraz więcej różnorodnych pozycji. Tylko dlaczego głównym kryterium, według marketingowców, jest właśnie ten nieszczęsny kryminał. Słowo klucz, które ma sprzedawać książkę. Część z książek, które są zwane szumnie kryminałem, ma z gatunkiem niewiele wspólnego. Idealnym przykładem będzie tutaj pozycja, która była nominowana do Bestsellerów Empiku. Czy sprzedałaby się tak dobrze w momencie, kiedy zamiast na okładce słów o „firmamencie polskiego kryminału” pojawiło się „polskiej powieści obyczajowej”?

    Mam wrażenie, że przestało istnieć już coś takiego, jak czysto gatunkowy kryminał. Mamy mieszanki, a dla ułatwienia sobie życia, przyczepiamy do nich łatki. Takie, które pomogą sprzedać konkretną pozycję. Gdyby na popularności zyskały nie kryminały, ale szwedzkie powieści sensacyjne, jestem przekonany, że na polskich okładkach co drugi blurb mówiłby o odkryciu kolejnej gwiazdy sensacji. I oczywiście obowiązkowe „bestseller”, bo przecież lubimy tylko to, co dobrze znamy, a skoro książkę kupiło już tyle osób, by okrzyknąć ja sukcesem rynku wydawniczego, to nie mogli się mylić.

    Mamy świetnych autorów kryminałów, ale co z tego, skoro ich praca porównywana jest z treściami nie mającymi nic wspólnego z gatunkiem. Stoją wtedy na przegranej pozycji, bo ich książki odbierane są jako ciężkie, mroczne i zbyt skomplikowane. Znacznie łatwiej czytać to, co wypełnione jest tylko dialogami i zdaniami, które spokojnie mogły by się znaleźć w słowniku aforyzmów. Przecież na okładce napisane jest „kryminał” więc to musi być prawda.

  • „Ślepy archeolog” – fragment najnowszej książki Marty Guzowskiej

    Już w najbliższą środę premiera „Ślepego archeologa”, czyli najnowszej książki Marty Guzowskiej. Nie będę tutaj specjalnie się wymądrzał, bo przeczytam ją dopiero przez weekend, ale zapowiada się ciekawie. Łapcie fragment, a jeśli chcecie się spotkać z autorką, to macie taką możliwość, bo już w poniedziałek Marta zaprasza Was do Warszawy, a konkretnie do Worka Kości. Start o godzinie 18:18.

    Posterunek w Agios Nikolaos, piątek, 15 września, godzina 9.09

    Ślepy.

    Słucham? – Policjantka znowu zaszeleściła papierami. Na imię jej Marina. Mam doskonałą pamięć i ciągle ją ćwiczę, ale akurat wtedy za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jej nazwiska. Wiedziałem tylko, że pochodziło od nazwy któregoś z miast i kończyło się na „ki”, jak to nazwiska na Krecie.

    Jestem ślepy. Wolę to określenie od „niewidomy”. Dokładniej opisuje stan faktyczny.

    Może i tak. – Po tym, jak jej włosy znowu otarły się o bluzkę, poznałem, że wzruszyła ramionami. Pewnie myślała, że może sobie pozwolić na ten gest, skoro nie widzę.

    W jakich okolicznościach stracił pan wzrok?

    To był wypadek – burknąłem.

    
– A dokładniej?

    
– Czy to należy do sprawy?

    Pokręciła głową. Jej włosy znowu otarły się o kołnierz bluzki, która musiała być z jedwabiu; tego szelestu nie można pomylić z żadnym innym. Policjantkę na kreteńskim zadupiu stać na jedwabne bluzki? Zanim jednak zdążyłem się nad tym zastanowić, odezwała się znowu.

    Pałac w Knossos, fot: Marta Guzowska

    Nie, nie należy. Jesteśmy tu po to, żeby rozmawiać o śmierci Mony Abano i Oliwii Papadaki, a nie o pana wypadkach. Muszę jednak ustalić, na ile wiarygodne jest to, co pan pamięta. Czy jest pan całkowicie… uhm… ślepy? Czy coś pan widzi?

    Tylko zmiany natężenia światła.

    
– To znaczy…?

    
– To znaczy, że potrafię się zorientować, kiedy słońce świeci mi prosto w oczy, jak tutaj.Większość ludzi w tej sytuacji wstałaby od stołu, zaciągnęła zasłonę albo zaproponowała, żebym się przesiadł. Ale nie Marina Jakaśtam. Poprawiła się na krześle i przez dłuższą chwilę siedziała bez ruchu. Mucha zabrzęczała gdzieś od strony okna, a potem umilkła, pewnie łaziła po szybie, a Marina powiedziała:

    Skąd mogę mieć pewność, że to, co pan pamięta, jest zgodne z prawdą?

    A skąd pani wie, że prawdziwe jest to, co opowiadają widzący świadkowie?

    Zaśmiała się krótko. Nie byłem pewien, czy policjantka przesłuchująca zabójcę powinna się śmiać.

    Nie wiem.

    Mamy piątek, piętnastego września, jest godzina dziewiąta jedenaście albo dwanaście, z dokładnością do dwóch minut. Przyszliśmy do tego pokoju korytarzem długości dwudziestu dwóch lub dwudziestu trzech metrów. Jego ściany były malowane mniej więcej rok temu. Dyżurny oficer, który nas tu przyprowadził, ostatnio bardzo przytył, bo żona gotuje mu za dużo mięsa. Uważa, że schudnie od papierosów, ale to nie działa. Mam mówić dalej?

    Nie musi pan – mruknęła. – Zastanawiam się tylko…

    
– Tak?

    Godzinę może pan określić na podstawie kąta padania promieni słonecznych, tego można się nauczyć. Osoba o czułym węchu może poznać, że ktoś pali, je za dużo mięsa, bo wtedy zmienia się zapach potu, a także że korytarz był malowany rok temu, bo zapach farby jest trwały. Skąd jednak pan wiedział, że Panagiotis przytył?

    Położyłem dłonie na ciepłym od słońca blacie.

    Ma za ciasny mundur. Kołnierzyk obciera mu kark, a on ciągle go poprawia. To bardzo charakterystyczny dźwięk, nie do pomylenia z innym.

    Ale dlaczego niedawno?

    Gdyby przytył dawno, zmieniłby mundur na większy. Na razie ciągle ma nadzieję, że schudnie.

    Milczała przez długą chwilę.

    To jest pana metoda? – spytała w końcu. – Dobry węch, dobry słuch i odrobina taniej psychologii?

    I jeszcze kilka innych rzeczy. Nie zamierzałem jej tłumaczyć. Powiedziałem tylko:

    Sprawdza się.

    Jej włosy znowu przesunęły się po jedwabiu bluzki. To był miękki dźwięk. Nie używała żadnego lakieru ani pianki do usztywniania fryzury. Dziwna z niej Greczynka.

    Pałac w Knossos, fot: Marta Guzowska

    No dobrze. Proszę w takim razie opowiedzieć wszystko od początku.

    Od stworzenia świata?

    Niech pan nie próbuje być dowcipny, panie Mara. Przypominam, że jest pan podejrzany o zabójstwo, a właściwie o dwa.

    Miała rację. Spowodowałem śmierć dwóch kobiet. Bo byłem cholernie głupi i nie dostrzegałem tego, co się dzieje wokół mnie. A gdy już dostrzegłem, nie rozumiałem. Zupełnie jak ślepiec…

    
– Proszę zacząć od tamtego dnia, w którym znaleźliście na wykopaliskach zwłoki.

    
– Przyszedłem do pani, bo chcę przyznać się do zabicia Mony i Oliwii. Czy możemy porozmawiać o tym?

    Dojdziemy do tego, panie Mara. Najpierw chcę usłyszeć od pana jak najwięcej o wydarzeniach poprzedzających śmierć pani Abano i pani Papadaki.

  • „Chciałbym odejść z tego świata w sposób cywilizowany”. Rozmowa z Markiem Migalskim

    Główny bohater książki Marka Migalskiego jest trochę… Markiem Migalskim. To samo imię, ta sama kariera polityczna i naukowa. Autor wysyła wykreowaną przez siebie postać do luksusowego ośrodka, w którym ma zostać poddanym eutanazji. Jednak najpierw przez miesiąc będzie miał wszystko pod ręką: najlepsze alkohole, potrawy, piękne kobiety, a nawet przystojnych mężczyzn. Czy decyzję od śmierci można odwrócić? Czy w ośrodku może go spotkać coś, czego jeszcze w życiu nie przeżył? Przeczytajcie „Wielki finał”, bo to nie tylko dobrze napisana opowieść pieniądzach, życiu i śmierci, ale także, a może nawet przede wszystkim, zwrócenie uwagi na problem starzejącej się Europy. Obejrzyjcie naszą rozmowę, najlepiej do końca, bo można wygrać książki z autografem autora. Jeszcze jedno: jeśli macie ochotę się spotkać z Markiem Migalskim, to wpadnijcie 27 marca o 18:00 do Empiku w Silesia City Center w Katowicach. Zapraszam! 

     

  • „Czy my się w ogóle jeszcze spotykamy?” Marcowy felieton Sylwii Chutnik

    Jacek Dehnel w wypowiedzi dla smakksiazki.pl stwierdził, że spora część kawiarnianych rozmów w literackim środowisku przeniosła się do Internetu. „Powstała dziwna skądinąd forma komunikacji, trochę jak kawiarnia literacka: to, co kiedyś odbywało się w Zodiaku, Ziemiańskiej, czy Kawiarni Czytelnika, teraz dzieje się w sieci”, powiedział pisarz. Ostre polemiki czy prztyczki w nos dzieją się on line: nie tylko można więc zrobić zrzut ekranu (jako dowód w sprawie!), ale i przyglądać się wymianom ciosów niczym publiczność na MMA. Sam Jacek Dehnel znany jest z wchodzenia w dyskusje nie tylko z kolegami i koleżankami po fachu. Większość współczesnych pisarzy i pisarek siedzi na fb czy twituje, rozmawia ze sobą w komentarzach lub wkleja sobie nawzajem śmieszne obrazki na profile. To proste i wygodne a na dodatek pozwala pokonać kilometry dzielące nas od siebie. Tylko, czy skutkiem takich praktyk nie jest przypadkiem rezygnacja ze spotykania się na żywo? Mem zamiast wspólnej kawy, polemika zamiast sprzeczki przy piwie?

    Wszelką rewolucję artystyczną wywołują kawiarnie” – myśl Tadeusza Kantora powtarzają od lat badający wpływ ulubionych, a wręcz kultowych, kawiarni i barów wśród elity artystycznej i intelektualnej. Rola powojennych kawiarni literackich była bardziej wieloznaczna niż ta z czasów dwudziestolecia międzywojennego, ponieważ stała się ona właściwie jedynym miejscem wymiany poglądów i dyskusji. Kawiarnie, bary, stołówki stanowiły domy zastępcze niezbędne do prowadzenia życia towarzyskiego. Przesiadywali w nich również, jak nazywa ich Andrzej Z. Makowiecki, autor Warszawskich kawiarni literackich, „snobi łakomi wielkiego świata” – czyli ci, którzy chcieli ogrzać się w blasku artystów (ech, jakby było przy czym, no ale).

    W moim mieście owa „warszawka” zawsze wychodziła z domu – aby spotkać się, napić i plotkować. Kawiarnie stanowiły również w czasach PRL-u idealne miejsce do wymiany informacji usłyszanych w zagranicznych rozgłośniach, porównaniu oficjalnych komunikatów z prawdą zasłyszaną „na mieście”. To jak nieoficjalna agora myśli i faktów, od których odcięto mieszkańców w imię propagandowego przekazu. Wreszcie ludzie przesiadywali w kawiarniach, aby bawić się w towarzyski salon pamiętany sprzed wojny bądź odtwarzany na zachodnią modłę. Kiedyś Ziemiańska, Adria, potem Czytelnik, Jontek, Harenda, Złota Rybka, Kameralna i Spatif. A teraz? Gdzie my się widujemy, gdzie pijemy i sprzeczamy? Czyżby życie literackie rzeczywiście przeniosło się do sieci? Na szczęście, nie do końca.

    www.unsplash.com/Laurent Perren

    Przy okazji festiwali literackich czy Targów Książki spotykamy się w mieszanych towarzystwach, wśród ludzi „robiących w literach” czy kulturze. Są to zwykle takie miejsca jak Regeneracja, Nowy Teatr, a do pijaństwa Plan B, Cafe Kulturalna czy Bar Studio. No i Amatorska – może to nawet współczesna Ziemiańska? To właśnie z tym miejscem związane są różne skandaliki i prowokacje. A nawet bijatyki – hipsterska prawica kontra lewaki lub odwrotnie. Czasami bitwy są też między sobą. (Szkoda, że nie można kupić sobie biletu na te starcia). (Czemu nie ma jeszcze SmakuPlotki.pl? Chętnie bym coś napisała). (Bo kawiarnie to przecież kuźnia plotek). (Wróćmy jednak do meritum).

    Spytałam kilku pisarzy i pisarki, czy da się jeszcze stworzyć coś w rodzaju mapy kawiarni literackich w Polsce. Nie jest tak źle, ale w niektórych rejonach kraju przydałaby się jakaś franczyza literackich spelunek i barów. Bo gdzie jakakolwiek rewolucja ma szansę się rozpocząć? Przecież nie w naszych komputerach, no ludzie!

    Łukasz Orbitowski (Kraków) Nie wiem, czy to się liczy, ale spotkałem kiedyś w pubie Kumpel na Kaziku całą grupę literatów z Joanna Lech na czele. Piękny Pies jest już chyba nieaktualny bo Świetlicki stamtąd poszedł. Kolejne ważne to kawiarnio-księgarnia Lokator i Bunkier Sztuki, gdzie siedzą haartowcy. Ciekawa jest też Cheder na Józefa. Nie wiem jak tam z życiem literackim, ale zamówili u kilku pisarzy, w tym u mnie, opowiadania o Kazimierzu i zarzucili nimi dzielnice. Mam też mniej oficjalne miejsca: na przykład z Witkiem Szostakiem i Szczepanem Twardochem widywaliśmy się w Strefie Piwa na Józefa. Natomiast życie intelektualne prowadzę w osiedlowym pubie Drewutnia. Pijam tam z krytykiem i tłumaczem Bartkiem Czartoryskim.

    Kuba Wojtaszczyk (Poznań)  Miejsce, które choć odrobinę przypomina charakterem kawiarnię z literaturą w tle jest Winiarnia pod Czarnym Kotem, gdzie we współpracy z księgarnią Bookowski, organizowane są wieczory z pisarkami i pisarzami. Najpierw jest spotkanie autorskie (oczywiście przy winie), a następnie rozpoczyna się część nieoficjalna, czyli debaty przy wspólnym stole, na których czytelnicy są równie mile widziani.

    Inga Iwasiów (Szczecin) Chyba nie ma jednego miejsca. Raczej kilka nowych księgarnio-kawiarni, w tym jedna bardzo popularna przy parku Kasprowicza. Popularna ze względu na lokalizację, dobre książki i zapraszają na wieczory autorskie. ale i spotykam tam się z pisarzami/pisarkami, przy czym także spotykam tam rodziny z dziećmi, które szukają dobrego ciastka w przerwie spaceru. Inna to raczej przyszła kawiarnia literacka, bo przeznaczona dla dzieci: FIKA (co po szwedzku oznacza „przerwa na kawę”). Odbywa się w niej dużo spotkań wokół literatury dla dzieci i jest dobra kawa. Zamknięto Piwnice Kany przy Teatrze Kana , w którym artyści lubili siedzieć. Prawdę mówiąc czegoś podobnego do np. Literatki we Wrocławiu nie ma. Kiedyś istniał Klub 13 Muz, tradycyjne miejsce posiadówy, ale to historia. Chyba w Szczecinie niedobitki pisarskie są rozproszone, najprężniej działa Związek Literatów Polskich. Spotykają się z własnymi wypiekami w Pałacu Młodzieży. Ja się spotykam to tu – to tam. Zagnieżdżenia pisarskiego nigdzie nie stwierdzam.

    Agnieszka Wolny-Hamkało (Wrocław) U nas to Tajne Komplety – księgarnia, ale po pierwsze miejsce spotkań i jest kawa oraz napoje (bez alko). Tam rzeczywiście ludzie przychodzą, żeby posiedzieć na kanapie i pogadać. Jest jeszcze Hiszpańska Księgarnia – knajpka & księgarnia Ewy Malec – jest alko i normalnie barman. Super miejsce – „domowe” i hippisowskie. Tu też łazimy. No i Literatka – chyba głównie nieco starsi przychodzą, ale można spotkać wrocławskich kabareciarzy, a jak przyjeżdża na przykład Świetlicki, to tam się montuje. Literatka charakteryzuje się tym, że ma większą salę dla palących niż dla niepalących.

    Magda Grzebałkowska (Sopot) Była kiedyś u nas knajpa Spółdzielnia Literacka i tam można było pogadać. Ale już jej nie ma. O niczym innym nie wiem. Rzeczywiście, wychodzi na to, że Facebook jest dla mnie oknem na świat.

    Bernadeta Prandzioch (Katowice) Trudno byłoby wskazać takie miejsce. Przez jakiś czas taką rolę pełniło Sienkiewicza 27, ale niestety już nie działa. No i jest jeszcze Kafo Kawiarnia w pobliskich Gliwicach, która chwaliła się swego czasu, że Twardoch napisał tam pół Morfiny. Wygląda na to, że pracowici Ślązacy piszą głównie w swoich domach, zamiast spotykać się w kawiarniach.

    www.unsplash,com/Benjamin Zanatta

    Tak mniej więcej przedstawia się polska topografia kawiarni literackich.

    Nie jest tego wiele, przyznacie. Tu już nie chodzi nawet o tradycyjne utyskiwanie na zanik bezpośrednich relacji, które zastępowane są klikaniem. Bez przesady, ja tam często introwertykuję i wcale nie mam ochoty latać do ludzi co pięć minut. To się wtedy trzeba jakoś zaprezentować, zagadać. Poza tym wyjścia kosztują i nie zawsze zasypianie przy jednej herbacie na pięć osób jest sexy, bo to, co było okej w czasach studenckich niekoniecznie sprawdza się w czasach późniejszych. Tu chodzi o zanik pewnego rodzaju miejsca kultury.

    Kawiarnie są bowiem instytucją specjalną. Po pierwsze do kawiarni nie idzie się jak do warzywniaka – tam się chadza. Najlepiej, żeby barman czy kelnerka wiedzieli, co pijemy lub żebyśmy pili na krechę, bo to dobrze wygląda w oczach innych: oho, bywalczyni, nie podskoczysz. Posiadanie „swojego stolika” czy choćby kubeczka to już w ogóle szał. Druga sprawa: kawiarnia to arena, scena. Targowisko próżności, gdzie bez odpowiedniej stylówy nie ma co się pokazywać. Nawet najgorsze dziady w swetrze pamiętającym pierwszą płytę Nirvany mają imidż. Na nich się patrzy, na nich się zerka. Po trzecie kawiarnia, dzięki możliwości wymiany poglądów i miejscu do pracy staje się biurem pomysłów. Coraz rzadziej pisze się wiersze na serwetce, coraz częściej zaś planuje projekty klepiąc w Maca. Po czwarte kawiarnia czy ulubiony bar to element tworzenia legendy wokół siebie. To, gdzie lubimy się umawiać stanowi naszą wizytówkę i musi być spójne, bo inaczej ludzie mają dysonans poznawczy. Nie zapomnę, kiedy koleżanka zdziwiła się, że lubię kawiarnię w Bristolu, bo według niej moim entourage powinien być bar mleczny lub jakaś kanciapa (które zresztą też bardzo lubię). Ale tak to działa: umawiasz się z kimś i proponując miejsce od razu się przedstawiasz. Bo, i to po piąte, kawiarnia i bywanie to przecież element stylu życia. Są tacy, co pchają się do modnego miejsca i kiszą w tłumie rozmawiając o meandrach swojego debiutu. Są też tacy, co idą absolutnie nie tam, gdzie reszta: chowają się gdzieś w lokalnym barku. To przecież ważne wybory życiowe: na świeczniku czy na marginesie.

    Niezależnie od tego, gdzie i w jakiej konfiguracji dobrze, że w ogóle. Bo fejsik jest słodki, polecam serdecznie, ale jednak w przestrzeni realnej widać więcej. I bardziej wartościowo. Poza tym nie możemy pozwolić, aby tradycja literackich kawiarni zupełnie zniknęła. Kontynuacja jest dla każdej kultury podstawą jej przetrwania, że uderzę w wysokie tony. Pijmy więc i kłóćmy się twarzą w twarz. Oczywiście, ku chwale literatury.

  • „Człowiek wyrwany z korzeniami nie jest w stanie ponownie ich zapuścić”

    Niektórzy z bohaterów tej książki są wdzięczni Władysławowi Gomułce, że wyrzucił ich z Polski. Znaczna część do dziś mieszka poza Polską, jednak są tacy, którzy w latach dziewięćdziesiątych wrócili do kraju. Krystyna Naszkowska w „Ani tu ani tam” opowiada o założycielu sieci księgarń, sieci kawiarni, biznesmenie, wykładowcy, pisarzu. Różne losy, jednak ten sam wspólny mianownik – wrócili po latach do kraju. Czy są szczęśliwi? Czy zostaną tu na zawsze? Obejrzyjcie naszą rozmowę, a jeśli wolicie jej posłuchać, to mam dla Was również wersję audio – kliknijcie po prostu tutaj.

  • Zapach, dźwięk, kąt padania promieni – dzięki temu ślepy archeolog rozwiązuje zagadki

    Jeśli myślicie o archeologii, to od razu pewnie przychodzi Wam do głowy Marta Guzowska i jej książki. Archeolożka z wykształcenia i z zamiłowania, stworzyła kolejnego bohatera, którego umieściła na odcinku kryminalnym. Tym razem jest to Tom Mara, który na pierwszy rzut oka nie różni się od innych ludzi w swojej profesji. Moglibyście, zresztą słusznie, pomyśleć, że to kolejny kryminał ze starożytnością w tle. Haczyk jest jeden. Główny bohater nowej książki Marty Guzowskiej jest niewidomy. Jak sobie radzi w pracy, skąd w ogóle wziął się pomysł na taką postać? O tym wszystkim dowiecie się z naszej rozmowy, którą serwuję Wam zarówno w wersji wideo – poniżej, jak i w wersji audio, na przykład do wieczornej herbaty. Jeśli chcecie chociaż przez chwilę poczuć się jak Tom Mara, to kliknijcie tutaj, zamknijcie oczy i posłuchajcie opowieści Marty.

  • „Polski kryminał w ślepej uliczce”, lutowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Umówmy się, to są wszystko przesłanki. Zebrało się kilka rzeczy, myśli po głowie, własnych obserwacji i całkiem prawdopodobne, że mocno się mylę. Ba! Chciałbym się mylić i mam nadzieję, że ktoś mi to zaraz udowodni. Ale powiem krótko – dobry czas dla polskiego kryminału właśnie się kończy. Zaczyna się kryzys.

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie plebiscyt na najlepszą książkę 2017 lubimyczytac.pl., a później tekst Bartosza Szczygielskiego, który zresztą pojawił się na tych samych łamach. Zacznijmy od plebiscytu. Oczywiście, rozumiem wszystkie wątpliwości, które wyrażają czytelnicy. Jak to, czy da się wybrać najlepszą książkę w drodze głosowania. Ale zostawmy to na boku. Plebiscyt lubimyczytac.pl ma jedną podstawową zaletę – jasne zasady. O nominacji decyduje popularność danej książki w serwisie. Im więcej czytelników, tym większa szansa na jej zdobycie. W kategorii „Kryminał, sensacja, thiller” na dwadzieścia tytułów, mamy tylko trzy książki polskich autorów. Trzy na dwadzieścia! Dla porównania w kategoriach „Literatura fantastyczna” oraz „Science fiction” wygląda to dużo lepiej. Kolejno osiem i siedem powieści z Polski. I jasne. To tylko plebiscyt. I oczywiście, to może być kwestia gorszego roku, bo przecież w poprzedniej edycji wyglądało to dużo lepiej. Ale wpisało się to jakoś mocno w moje niewesołe od pewnego czasu przemyślenia na temat kondycji gatunku w Polsce.

    W wywiadach często pyta się mnie, czy istnieje coś takiego, jak polska szkoła kryminału. Odpowiadam szczerze, że według mnie „nie”. A przynajmniej ja jej nie widzę. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, naszą specyfiką, było skupienie się na historii, tworzenie powieści w stylu retro, ale to już minęło. I jak miałem zastrzeżenie do tej mody, to nie mam wątpliwości, że to było coś naszego i własnego. Że takiemu Krajewskiemu i Wrońskiemu udało się wypracować własny, spójny język do tego, żeby opowiedzieć kilka ciekawych rzeczy o naszej historii. Teraz natomiast nie jestem w stanie wskazać jednego elementu, który wyróżniałby twórczość autorów znad Wisły od twórców z innych krajów. Coś, co sprawiłoby, że można by stawiać przy książkach kolejnych autorów pieczęć z napisem „polska jakość”, podobną do tej, jaką wypracowali sobie Skandynawowie.

    www.unsplash.com/Evan Kirby

    Od dawna też czekam na polską powieść kryminalną, która mnie szczerze zaskoczy i zachwyci. Taką, którą będziemy sobie (my nawzajem, ludzie z branży) polecać. Którą przeczytam, odłożę z poczuciem zazdrości i pomyślę, że nie wiedziałem, że tak też można pisać. W ostatnim czasie najbliżej tego była Anna Kańtoch z „Wiarą”, ale to ciągle nie było to. Bardzo ciekawy był „Król” Szczepana Twardocha, ale w tym przypadku nikt nie miał odwagi przyznać, że jest to powieść gatunkowa. Ale jako opowieść gangsterska „Król” się bronił właśnie najlepiej. Dzięki temu, że zaatakował ten wyeksploatowany temat z zupełnie innej strony, był świeży, intrygujący.

    Beata Stasińska, była szefowa wydawnictwa WAB, kobieta, która ma niewiarygodne zasługi dla polskiej literatury w ogólności, a polskiego kryminału w szczególności (czy ten cały boom nie zaczął się przecież od Mrocznej Serii?), napisała na Facebooku, że ciągle nie doczekaliśmy się polskiego Mankella i Rankina. Nie uważam, żeby to było właściwe postawienie problemu. Prawdziwym kłopotem jest to, że nie mamy nikogo, kogo można by postawić obok tej dwójki. Nie jako ich nasz krajowy odpowiednik, ale jako równorzędny partner, który równie dużo wniósł do gatunku. Potencjał, żeby stać się kimś takim miał Zygmunt Miłoszewski. I może, jeśli kiedyś wróci do kryminału, uda mu się to osiągnąć.

    Podsumowuję sobie w głowie te wszystkie wątki i nie potrafię się pozbyć wrażenia, że polski kryminał trochę znalazł się w ślepej uliczce. Jasne, ciągle ukazują się kolejne książki. Co więcej, często są to dobre lub bardzo dobre powieści. Ale osobiście nie widzę postępu. Czegoś nowego, ekscytującego, ważnego. Być może plebiscyt lubimyczytac.pl, te nieszczęsne trzy pozycje na dwadzieścia, to dowód na to, że zaczynają to dostrzegać również czytelnicy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Dziesięć tysięcy dziennie lub pisanie plamiste”, wywiad z Jackiem Dehnelem

    O samotności długodystansowca, kłótniach na Facebooku, szychcie w mózgu i nowych światach, a także o wyrzucaniu powieści do kosza, chałturach oraz Mozarcie. O tym wszystkim z Jackiem Dehnelem rozmawia Sylwia Chutnik.

    Czym różni się praca nad dłuższym tekstem od tej nad krótszym?

    Miałem kiedyś rozmowę na ten temat z pewnym profesorem, podówczas starszym już panem, który powiedział: „Pan ma zupełnie inny stosunek do czasu, bo jest pan młody. A ja myślę sobie, że mam jeszcze tak z dziesięć lat życia. Jeśli więc ktoś prosi mnie o napisanie książki, o której wiem, że zajmie mi od półtora do dwóch lat, to patrzę na to inaczej”. Coś w tym jest. Decyzja, że coś będzie powieścią to jest poważna sprawa. Są wprawdzie autorzy, którzy rzucają się na głęboką wodę – kiedyś spotkałem się z pewnym polskim pisarzem, był w kiepskim humorze. Okazało się, że napisał dwieście stron powieści i właśnie wyrzucił je do kosza. Pomyślałem sobie, że u mnie nie ma takiej opcji. Przede wszystkim, jak mam napisać coś, co liczy więcej niż dwadzieścia stron, to obracam ten pomysł w głowie na wszystkie strony. Jestem przekonany, że wiem, co chcę powiedzieć, i jak ma to wyglądać. Zdarzały mi się natomiast niespodzianki innego rodzaju: zaczynałem pisać krótkie opowiadanie, które rozrastało się w dłuższą formę. Pomysł działał od początku, tylko przyrastało to, co chciałem powiedzieć, bo przecież pisanie to forma myślenia, czasem dochodzi się do nieoczekiwanych i nieprzewidzianych zawczasu wniosków.

    Siadając do pisania masz gotowy tekst w głowie, co sprawia, że to, co piszesz jest przemyślane i nie ma możliwości skuchy?

    Nie no, błędy są zawsze możliwe, powieść może być zwyczajnie nieudana. Ale uważam, że jeżeli pisze się rzetelnie, przemyślanie i nie odwala chałtury – to nie da się stwierdzić, czy książka jest dobra czy zła, dopóki się jej nie wyda.

    Czasem jest tak, że tekst sam niesie autora. Ale może też zaistnieć sytuacja, w której teoretycznie wszystko było powymyślane, przysposobione. Dokumentacja, latające fiszki po pokoju i dwieście procent normy, a tekst nie idzie. Po pięćdziesiątej stronie myślisz sobie, że to jest taki znój, że do śmierci tego nie napiszesz.

    Kryzysy się zdarzają. Z mojego doświadczenia wynika, że najczęściej powstają w miejscach nieciągłości, dziur w planach. Bo kiedy mówię, że mam zaplanowaną książkę, to nie mam jej zaplanowanej słowo po słowie, jest tam trochę pól niejasnych. Tu potrzeba może wyjaśnienia… generalnie powiedziałbym, używając przykładów muzycznych, że są dwa systemy pracy twórczej: Mozarta i Beethovena. Jak porówna się ich manuskrypty, to u Mozarta wszystko jest czyściutkie; chodził na spacery, pił wino, grał w karty, a później siadał i pisał wszystko z głowy. Natomiast Beethoven pracował na papierze, kreślił, robił dziury w rękopisie; pracował na papierze, dopiero tam był w stanie wszystko opanować. Żaden z tych systemów nie jest lepszy ani gorszy, wynika po prostu z naszych predyspozycji duchowych, obyczajów, właściwości mózgu. Ja akurat jestem bliżej strony Mozartowskiej, więc siadam do powieści dopiero, kiedy ją sobie zaplanuję. Tylko podczas zapisywania okazuje się, że jednak pewne szczegóły, dotychczas obmyślane osobno, muszą się połączyć i na tych stykach coś zgrzyta, coś się nie zgadza. A w dużej prozie błędy konstrukcyjne są bardziej niebezpieczne, niż w wierszu, dajmy na to – bo liczba stron działa na naszą niekorzyść. Wytrzymamy nudne 20% wiersza na stronę, ale nie wytrzymamy nudnych 20% powieści liczącej 500 stron, bo to jest sto stron ziewania. Dużo. Za dużo. Kryzysy zatem się zdarzają, bo tu coś nie wychodzi, tam się sypie, jakieś wątki się nie domykają, wydarzenie A musi być umieszczone zarazem przed i po wydarzeniu B. Często takie blokady zdarzają mi się, kiedy jadę na rezydencje pisarskie i tam pracuję nad jakimś tekstem na przykład przez bity miesiąc, narzuciwszy sobie dość wysoką dniówkę, czyli dziesięć tysięcy znaków.

    Dziesięć tysięcy napisanego tekstu dziennie! Trzymajcie mnie.

    Ale w to wliczam felietony, tłumaczenia i tak dalej. I na ogół do niej jednak nie dobijam. Tak czy owak, jeśli siedzę w pracy głęboko, po uszy, to zdarzają mi się takie momenty, gdzie, jak powiedziałaś, samo mi się pisze. Palce nie nadążają za myślą. Tyle, że na ogół wynika to z pracy, której wcale nie wykonałem świadomie. Wykonał ją mój mózg, który pracuje też we własnym zakresie – z własnym mózgiem współpracujemy trochę jak z obcą osobą: częściowo rozwiązujemy problemy świadomie, a częściowo mózg sam sobie przetwarza. I ten naszy mózg jest trochę jak kopalnia, która gdzieś tam, na dole, produkuje sobie urobek. I posyła wagonikami na górę, do świadomości. I czasem okazuje się, że akurat mamy tego urobku bardzo dużo.

    Szychta w mózgu.

    Miewałem taki dni, że pisałem dwadzieścia, trzydzieści tysięcy znaków. I co z tego, skoro następnego dnia nie byłem w stanie napisać ani słowa. Przez chwilę miałem natłok myśli czy rozwiązań, które się nagromadziły, ale później podświadomość dostała zadyszki i nie była w stanie pracować.

    Co ze źródłami, które wykorzystujesz przy pisaniu?

    Działają niczym skład nowych pomysłów do tekstu. Napisałem cztery powieści, wszystkie były obsadzone w prawdziwych realiach: „Lala” to historie rodzinne, „Krivoklat” jest oparty na współczesnej postaci. Natomiast w przypadku „Matki Makryny” i „Saturna” to była duża praca na źródłach z epoki, łącznie z wyprawą do Rzymu do archiwum Zmartwychwstańców, sczytywaniem dokumentów z rękopisów i trudno dostępnych druków.

    Teksty źródłowe mogą inspirować, ale również wywołać uczucie przesytu.

    Owszem. I, co więcej, niektóre książki robią się od tego niestrawne. Na przykład „Mesjasze” György Spiró to dla mnie właśnie opowieść o nadmiarze kwerendy. Robiłem do niej trzy podejścia i nie zmogłem. Tam są wspaniałe historie, które mogłyby funkcjonować osobno, a zgromadzone w jednym miejscu, są nie do zniesienia. Jak ta o polskim uchodźcy, który ucieka z armią po upadku powstania listopadowego. Trafia na dwór jednego z niemieckich książąt i jest tam traktowany jako wielka atrakcja dzięki interesującej ranie: kuli, która utkwiła mu w mózgu, nie powodując śmierci. Księcia, który kolekcjonuje interesujących wojaków, strasznie to ekscytuje, więc oferuje mu stanowisko dowódcy gwardii z ogromną pensją. Oficer zgadza się, ale chce, żeby go zoperowano i usunięto kulę. I w czasie zabiegu umiera. Kapitalna mikroopowieść, perełka, błyszcząca we wstępie powieści – za dobra, żeby jej nie dać, ale co z tego, skoro całość złożona z tych perełek nuży? Rozumiem ból pisarza, który trafia na takie kawałki, ale myślę, że selekcja jest bardzo istotna, łatwo bowiem polec, gubiąc zainteresowanie czytelnika.

    W „Matce Makrynie” są na przykład dwa plany główne: spowiedź Makryny, w której opowiada ona swoją straszliwą i zmyśloną historię męczeństwa za wiarę, oraz powieść prawdziwa, w której relacjonuje, jak była latami katowana i upokarzana przez męża i inne osoby. To ta historia daje jej pęd do opowiadania o rzeczywistej, doświadczonej przemocy, którą kamufluje w relacji o męczeniu Polki i katoliczki przez Moskala. Kiedy czyta się jej zeznania, czyli fałszywą opowieść, to one są bardzo naddatkowe, przesadne, zanurzone w żywotach świętych, w inkantacjach. Ale ta przesada, jakkolwiek może męcząca miejscami dla czytelnika, jest konieczna.

    Z początku planowałem, żeby „Makryna” była złożona z trzech części: pierwsza to oficjalna opowieść o męczeństwie za wiarę, druga to spowiedź z życia prawdziwego, a trzecia to fuzja, gdzie mówi: „Owszem, kłamałam, ale w gruncie rzeczy mówiłam prawdę”. Teza, antyteza i synteza, klasycznie. Jednak w czasie pisania książki zorientowałem się, że ta pierwsza część niezmiksowana z drugą będzie zupełnie niestrawna w jednym kawałku, że muszą się ze sobą przeplatać, a dopiero na koniec można to wszystko ukoronować syntezą, bo w przeciwnym razie percepcja czytelników tego nie wytrzyma.

    Zresztą potem końcowe partie książki też mocno poprzestawiałem. Wydrukowałem sobie parę rozdziałów, pociąłem na osobne całostki i dopiero poukładałem. W ogóle mam nawyk drukowania ukończonej książki, żeby jeszcze raz przeczytać ją na papierze.

    Jacek Dehnel, fot: Wydawnictwo Znak

    Jesteś wzrokowcem?

    To też. Ale wtedy po prostu można zobaczyć książkę inaczej. Bo kiedy widzimy ją jako kodeks, to jest linearna, nieodwołalnie złożona z kolejnych kartek. Podobnie jak dokument, kiedy oglądamy go w komputerze: strużka tekstu, która sobie idzie przez kolejne strony. Natomiast wydrukowanie pozwala na spojrzenie z lotu ptaka, można sobie ją układać, przestawiać, obcować w inny sposób z tekstem, który nie ma swojej finalnej struktury.

    Bo kolejność pisania jest różna. Kryminały piszę jak należy, od początku do końca, bo współpracuję z Piotrem [Tarczyńskim], a on taki system preferuje, zresztą przy kryminale ma to swoje dobre strony, bo dokładnie się wie, co już zostało napisane, co jeszcze nie, co pomaga w dyscyplinie konstrukcyjnej. Natomiast w tekstach, które piszę sam, najpierw zapisuję te sceny, które ułożyły mi się już w głowie. Potem czasem do nich coś dodaję, zespajam z kolejnymi. Żeby opisać tę moją metodę pisania, używam niekiedy metafory wody podsiąkającej płótno: plamy powiększają się, powiększają, aż w końcu w końcu ze sobą się łączą w całość. Metoda nie linearna, tylko plamista.

    To oczywiście prowadzi do pewnych zagrożeń konstrukcji, ponieważ przychodzi nieprzyjemny moment, kiedy te wszystkie ekscytujące, kluczowe sceny już się napisało i teraz trzeba przestrzenie między nimi wypełnić gruzem, zwykłością. Nieprzyjemna sprawa. Bo w tej zwykłości nadal trzeba dbać o element czytelniczej przygody, suspensu, i tak dalej. Wiele lat temu opiekowałem się moim czteroletnim podówczas kuzynem, opowiadałem mu jakąś długą bajkę, którą był już trochę znudzony. W pewnym momencie rzucił: „Aż tu nagle…?”. Chciał, żeby wreszcie coś się wydarzyło. Trzeba pamiętać, że czytelnik też czasem ma ochotę powiedzieć: „Aż tu nagle?”.

     

    Piszącym wydaje się czasem, że wszystko brzmi logicznie, a każdy wątek ma swoje wytłumaczenie. Po czym wkracza okrutna redakcja z czerwonym długopisem.

    Miałem różne doświadczenia z redakcją. Pierwsza moja książka redagowana była przez panią sekretarkę małego wydawnictwa. Miałem osiemnaście lat, wygrałem konkurs literacki i w ramach nagrody opublikowano moje opowiadania, z których ta pani wykreślała wszystkie słowa, które wydawały się jej dziwne. Kiedy indziej pracowałem z redaktorką książki popularno-naukowej, która z kolei wszystkie zdania wielokrotne złożone cięła na krótkie. Natomiast nigdy nie miałem redaktora, który by mi zmieniał konstrukcję czy wykreślał całe strony, akapity, rozdziały. Ale wiem, że są różni pisarze, w tym i tacy, którzy – jak to nazywa wybitna redaktorka Marianna Sokołowska – „przynoszą książki w reklamówce”, to znaczy luźny zbiór rozdziałów, złotych myśli, scenek, z których potem trzeba ulepić całość. Te osoby mają często wiele talentów, na przykład świetne ucho do języka, ale dar kompozycji do nich nie należy. I tutaj widzimy potencjał dobrego redaktora, który może z takiej reklamówki złożyć książkę z prawdziwego zdarzenia.

    Ja wprawdzie, z racji osobistych predyspozycji, przynoszę raczej dzieło gotowe, ale i tak praca z Marianną Sokołowską to wielka przyjemność. Choć w powieściach historycznych czasem zdarzało się jej nie wierzyć w jakieś sceny, które miałem dobrze udokumentowane w źródłach. Na przykład: Makryna przychodzi do papieża z prośbą, aby przygotował jubileusz dla Polski. Ojczyzna była wtedy pod zaborami, wymarzyła więc sobie modlitwę za Polskę. Jednak Papież się nie zgadza i mówi, że zabory to kara boska za to, że w Polsce są rozwody. Pani Marianna podejrzewała, że złośliwie żartuję z kościoła katolickiego, a to po prostu cytat z zapisanej rozmowy.

    Mówiliśmy o długodystansowej pracy nad powieścią, zapytam więc o aktywność na Facebooku. Znany jesteś z tego, że angażujesz się w spory, polemiki. To również wymaga konsekwencji i właściwie nigdy się nie kończy.

    Marnuję w Internecie tyle czasu, że Piotr założył mi nawet specjalną blokadkę na Facebook, eBay, Allegro, Wyborczą, żebym nie spędzał tam więcej niż dwóch godzin na dobę. Ale też nie da się pisać przez osiem godzin dziennie codziennie, a sieć pozwala się oderwać. Zresztą są ponoć pisarze, którzy potrafią swój czas wziąć w karby: siadają rano i piszą na przykład do siedemnastej, z przerwą na lunch. Magritte tak ponoć malował. Ale ja tak nie umiem, wątki przychodzą mi do głowy w najdziwniejszych – czasem nawet dość kłopotliwych – sytuacjach. Często mam rozgrzebane tłumaczenie, felietony do napisania, niedokończony wiersz albo inne aktywności pozaliterackie, a jednak muszę sobie z tego wyjść na krócej czy dłużej do innego świata. Również po to, żeby dać mózgowi czas na samodzielną pracę, na fedrowanie tam w dole. Fejsbukowe spory pozwalają mi się oderwać od dłubaniny i spojrzeć na nią z pewnego dystansu.

    Nie mówiąc o tym, że z sieci czerpię mnóstwo informacji – bywa, że uczestniczę w jałowym sporze z jakimś mizoginem czy homofobem, ale szukając czegoś przydatnego do polemiki, znajduje niesamowite historie. Albo po prostu snuję się od jednego hasła w Wikipedii do drugiego, jak kiedyś między hasłami „Słownika mitów i tradycji kultury” Kopalińskiego. W takich przebieżkach przez sieć natrafiłem na drobne notki, które rozrosły się potem w „Saturna” i „Krivoklata”.

    Brakuje w środowisku literackim nawyku dyskutowania ze sobą, czy też żarliwe spory przeniosły się do sieci?

    Są jeszcze miejsca w prasie, gdzie toczą się dyskusje w dawnym stylu, na przykład w Rzeczpospolitej, choć, przyznam, nie wiem, jak z tym ostatnio… Sam napisałem ze trzy polemiki do Gazety Wyborczej. Ale wydaje się, że spora część faktycznie przeniosła się już na Facebook. Powstała dziwna skądinąd forma komunikacji, trochę jak kawiarnia literacka: to, co kiedyś odbywało się w Zodiaku, Ziemiańskiej, czy Kawiarni Czytelnika, teraz dzieje się w sieci. Pojawiają się powiedzonka, bon moty, które ruszają w świat i w pewnym momencie zaczynają funkcjonować w oderwaniu od konkretnej dyskusji czy wątku. Tyle, że w przeciwieństwie do wersji analogowej, teraz mamy zrzuty ekranu, dowody w sprawie. I nie ma już się jak zasłaniać, że ktoś czegoś tam nie powiedział przy stoliku.

    Osobna warstwa tego zjawiska jest szersza: nie środowiskowa, a społeczna. Bo to jest kawiarnia literacka, ale z publicznością. I w tym sensie pełni dziś funkcję polemik w pismach papierowych – często całe wątki, zwłaszcza szczególnie udane „flejmy”, są zrzucane i publikowane przez czytelników. Trudno sobie dziś wyobrazić takie publikacje w formie książkowej, my w ogóle nie mamy pojęcia, jak nasze cyfrowe dziedzictwo, jak ten zapis codzienności początku XXI wieku przetrwa. I czy w ogóle. Ani jak go będziemy przeglądać za pięć, dziesięć, pięćdziesiąt lat. Może utrzyma się monopol Facebooka, ale może ta forma upadnie lub będziemy mieli dziesięć popularnych portali społecznościowych, bardzo różnych, z różnymi możliwościami archiwizacji. Były nawet próby stworzenia takiego fejsa patriotycznego, tylko dla Polaków. Ale nie był to spektakularny sukces.

    Jako urodzony polemista latałbyś byś na nim z szabelką?

    Nie no, z takim niepolskim nazwiskiem?! Poza tym, po co? Ultrasi, radykałowie to w przeważającej większości osoby niereformowalne. Działają w zamkniętym obiegu bezkrytycznie przyjmowanych informajcji i poczuciu „spisku mainstreamowych mediów”, więc łykają każdą bzdurę z trollerskiego portalu, jeśli tylko zgadza się z ich wyobrażeniami o świecie, a nie przyjmą argumentów popartych cytatami z encyklopedii, prac wybitnych naukowców, i tak dalej. Nie istnieje przestrzeń porozumienia. Natomiast takie dyskusje z ultrasami są raczej walką o dusze czytelników. Ci, którzy śledzą taki spór, może czasem pomyślą, że faktycznie dany argument nie był najlepszy, albo że posłużyli się fakenewsem tylko po to, aby komuś dokopać. Nie sprawdzając faktów. I tych jeszcze można uratować.

    Za tym kryje się pozytywistyczne nastawienie, aby edukować ludzi.

    Tak, to zresztą jest też jakaś grupa czytelnicza. Niedawno w Iranie podchodzi do mnie polska turystka i mówi: „Jestem pana stałą czytelniczką!” Po czym dodaje: „To znaczy nie książek, tylko statusów”. Czyli ludzie czytają również w ten sposób. Można się na to obrażać, a można wyciągnąć wnioski i działać różnie w różnych mediach.

    Korzystasz z rezydencji i wyjazdów stypendialnych. Nie czujesz się tam samotnie? A może to idealna sytuacja – tylko ty i tekst?

    Bardzo lubię taki rodzaj pracy. Rezydencje dzielą się na dwa typy. Pierwszy to rezydencja-samotnia. Jeździ się w jakąś głuszę: dawna farma, zamek, domek na prerii. I w okolicznościach mniej lub bardziej przyjemnych siedzi się albo samemu, albo w grupie pięciorga czy ośmiorga pisarzy, i pisze. Taki wyjazd ma dla mnie sens, kiedy trwa mniej więcej miesiąc: wiem, że przez ten czas sporo napiszę. I będę miał napisane. Natomiast drugi typ to rezydencje umieszczone w różnych metropoliach – najsłynniejszy bodaj taki program to berliński DAAD, gdzie dostaje się piękne mieszkanie na cały rok. Ja korzystałem na przykład z wiedeńskiego KulturKontaktu, dwumiesięcznego, a także z miesięcznych pobytów w Literarisches Colloquium Berlin. Ta baza miasta jest ogromnie ważna, można chodzić do muzeów, teatrów, filharmonii, korzystać z oferty kulturalnej. Również społecznej: poznaje się różnych ludzi i tu już każdy sobie indywidualnie ustala, czy będą go interesować spotkania z pisarzami czy raczej Tinder. Tak czy owak, tego typu pobyty polegają na dzieleniu czasu pomiędzy byciem w mieście a pisaniem. Co nie znaczy, że są mniej produktywne.

    Korzystam z tych wyjazdów również dlatego, że pozwalają odrzucić całą drobnicę. W pewnym momencie okazuje się, że bycie tak zwanym wziętym pisarzem generuje codziennie zawrotną liczbę maili i telefonów. To są kwestie planowania wyjazdów, spotkań autorskich, wykładów, składania wniosków o stypendia, sprawdzania i podpisywania umów, wypełniania druczków. Plus udzielanie wywiadów, jeżdżenie do mediów, umawianie wizyt na antenie. Praca pisarza to, poza samym pisaniem tekstu, mnóstwo innych zatrudnień, z których teoretycznie można zrezygnować, ale w praktyce się nie da. Natomiast wyjazd na stypendium wyjmuje z bieżączki, daje alibi na nieuczestniczenie. Odpadają też wizyty przyjaciół i znajomych, wyjścia na miasto, wspólne lunche. Uwielbiam ich i tak dalej, ale to jednak dezorganizuje pisarską codzienność.

    Pisząc czerpiesz z siebie czy uważnie się rozglądasz? Na ile realne osoby inspirują cię do tworzenia postaci?

    Jest taki świetny kawałek w „Rozmyślaniach przy goleniu” Stanisława Dygata, że sportretował w książce znajomego jako paskudną postać – dziesięć różnych osób się potem na niego obraziło, ale nie ta sportretowana. Ludzie mają ograniczoną samoświadomość, nie chcą patrzeć w lustro.

    Mam problem z tym rozróżnianiem: to z życia, a to wymyślone. Bo nawet wymyślane piszemy przecież z życia: korzystamy z tego, co przeżyliśmy osobiście, z zapamiętanych okruchów, zdarzeń, ale też z tego, co opowiedzieli nam nasi bliscy, przyjaciele, z historii rodzinnych, albo książek czy filmów.

    Tak rozumował Jorge Luis Borges: że ludzie niesłusznie oddzielają to, co przeczytali, od tego, czego doświaczyli. Bo skoro on sam przeżył intensywnie jakąś książkę, to nie ma powodów, żeby sądzić, że to przeżycie jest mniej prawdziwe od, dajmy na to, wypadku samochodowego, który obserwował z okien swojej kamienicy. To wszystko rzeczy żywe.

    Te, które wbijają nam się w głowę?

    Z powieści „Wiwisekcja” Patricka White’a, historii malarza, zostało mi sporo, ale szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna scena: siostra przyrodnia bohatera, Rhoda, ekscentryczna, starzejąca się kobieta, karmi bezdomne koty. Sieka dla nich wątróbkę. Ta wątróbka zostawia na desce sinoczerwone ślady, stuk noża utrwalił mi się w głowie, jakbym ja sam to kroił. W porządku mojej pamięci to jest bardziej realne niż wspomnienie niektórych ludzi, których faktycznie znałem i którzy są częścią mojego rzeczywistego życia.

    Tak naprawdę nie stwarzamy niczego nowego – nawet jeśli powołujemy osobne światy, jak Stanisław Lem, czy inni pisarze science fiction, przetwarzamy tylko to, co istnieje. Weźmy „Opowieść Podręcznej” Margaret Atwood, która nagle okazała się zupełnie realna. To tak, jak z budowaniem potworów: centaura z konia i człowieka, chimerę z lwa, węża i kozy. Pisarz skleja sobie to wszystko w kształt choćby najbardziej szalony, ale wewnętrznie spójny, rządzący się jakąś logiką – i tak powstaje nowa historia, nowy świat. Ale nadal będący jakimś przetworzeniem naszej wspólnej realności.