Kategoria: Aktualności

  • „Co robić, żeby nie robić?”, lutowy felieton Sylwii Chutnik

    Wielką radość i wzruszenie wywołała we mnie lektura styczniowego felietonu Bartka Szczygielskiego (klik). Ach, słodka i przebiegła bogini Prokrastynacja! Znam ją nie od dziś, oddaję pokłony a w ciszy planuję zabójstwo. Kiedy wspominam o tym publicznie, to widzę na twarzach ludzi ulgę. Że nie tylko oni tak mają, że ktoś też walczy z niemocą. W czasie rozmawiania o sposobach na miganie się od pisania tworzy się niewidzialna nić porozumienia. Jak w jakiejś szajce, tajemnej grupie osób przepuszczających czas przez palce. I jeszcze się do tego przyznających. Już widzę te wszystkie zbiorowe terapie, Kluby Anonimowych Prokrastynatorów. „Cześć, jestem Sylwia, trzeci dzień nie napisałam tego, co powinnam”. Oczywiście, aby rozładować atmosferę zaraz byśmy wszyscy zaczęli śmieszkować:

    Po czym poznać, że piszę książkę? Po wysprzątanym mieszkaniu.

    Po czym poznać, że zaraz zawalę termin? Po dwustu słoikach przetworów. 

    Czemu dzieło życia nadal przede mną? Bo posegregowałam książki kolorami. 

    Prokrastynacja oznacza, że masz coś zrobić i robisz w związku z tym coś innego. Odkładasz na magiczne później. Markujesz robotę, kiedy w rzeczywistości przeglądasz fejsa, skubiesz róg obrusa lub liczysz plamy na ścianie. Uważasz, że skoro przed tobą cały dzień, to dasz radę. Jednocześnie masz świadomość, jak bardzo się mylisz i jak będziesz żałować, że nie sadzasz tyłka przy stole tylko pucujesz strych lub dzwonisz do chrzestnej, co to widziałaś ją trzydzieści lat temu.

    Wyższą szkołą jazdy jest pisanie zamiast pisania. Czyli mamy stworzyć na przykład naukowy tekst, przy którym zasypiamy od nadmiaru trudnych słów. I wtedy ochoczo bierzemy się za zgrabny felietonik. Szach mat – nikt nam nie udowodni, że nie pracujemy. Bo przecież piszemy, proszę bardzo, są efekty. A że nie to, co powinniśmy to już mniejsza z tym i nie drążmy tematu. 

    Sama dość często przyznaję się do ściemniania. Ludzie dziwią się, że tak wiele piszę i „och, jak ty to robisz, że tyle robisz?” Zwykle nie wiedzą jednak, co kryje się za procesem twórczym i jak wiele półek trzeba posprzątać, aby napisać esej. „Dobra Bozia z góry zerka, jak nam w dłoniach tańczy ścierka”. Mogłabym zostać Perfekcyjną Panią Domu, serio. Zwłaszcza w okolicach terminu oddania tekstu.

    Nie było trudno naciągnąć na zwierzenia innych pisarzy. Początkowo myślałam, że może będą się wstydzić tego, że wymyślają różne sprawy i sprawki zamiast wziąć się w garść i tworzyć. Ale nie: to nie były wymuszone coming outy z ich strony, raczej odczuwałam rodzaj – bo ja wiem – cichego pogodzenia się z sytuacją. A może nawet czegoś w rodzaju dumy? Na pewno wyliczanie, co się zrobiło, żeby czegoś nie robić jest jedną z moich ulubionych gier towarzyskich (tuż za kultową „Kto ma gorzej”).

    www.unsplash.com/Alyson McPhee

    Pisarka i dziennikarka Ania Dziewit-Meller wyraźnie ucieszyła się, że chcę z nią porozmawiać o prokrastynacji:

    No pytasz mistrzynię! A zatem: przede wszystkim pranie – uprać, opróżnić pralkę, rozwieszać, wreszcie układać ubrania – najlepiej w jakimś systemie – kolorami, funkcjami. Po drugie – myjnia, czas na porządne mycie auta, a wiadomo- najpierw trzeba opróżnić je ze zgromadzonego syfu, zabawek, ubrań, książek – to trwa! Gotowanie – buliony do słoików i do zamrażarki! Wreszcie – wracam do odłożonej na takie okazje nauki gry na ukulele. Niedługo będę wirtuozem!

    Reporterkę i dziennikarkę Magdalenę Kicińską zainspirowałam do głębszych refleksji nie tylko na temat odkładania pracy, ale i podejścia do samego procesu pisania. 

    Wydaję mi się, że prokrastynacja, przynajmniej w moim przypadku, jest o tym, jak sobie radzić ze strachem przed pisaniem. Kiedy muszę napisać, zwłaszcza coś trudnego, muszę się zamknąć, odizolować od świata. Nie mogę wyskoczyć na miasto załatwić sprawy, choćby to miało trwać tylko godzinę ani z nikim się spotkać. To już by wpuściło do mnie świat zewnętrzny, a tego nie mogę zrobić. Muszę być skupiona i bardzo wsobna. Ale nadal się boję „zasiąść”, więc szukam sobie różnych zajęć, nad którymi mogę mieć kontrolę i które przynoszą efekty (żeby się upewnić, że jednak jestem w stanie coś ZROBIĆ, dokończyć). To bardzo rzadko jest oglądanie seriali (choć niedawno był wyłom, ale nie na żadne netfliksy, tylko na reality show nakręcony z rodziną Whitney Houston niedługo po jej śmierci), raczej prace krzątackie. Ostatnio na przykład wyszorowałam garnki tak, jak nigdy nie były wyszorowane. Można się przejrzeć. Kiedyś już- już miałam zasiąść do pisania, kiedy przypomniało mi się, że w bagażniku samochodu mam komplet sztućców, który dostałam i uznałam, że to idealny moment, żeby je wyczyścić. Wstawiłam pranie i patrzyłam, jak się robi. Odkurzałam ksiażki. Więcej niż dwa razy ustawiałam kolorami serię reporterską Czarnego. Wyjęłam kiedyś wszystkie foliówki z kosza, prasowałam je ręką i ułożyłam w kosteczkę. A, i jeszcze zakupy (antyki, stare talerze, lampy z PRL, dodaje do koszyka, bo „jak napiszę to zapłacą a wtedy kupię” albo wysyłam sama do siebie linki). Oraz zabiegi pielęgnacyjne (to się zaczęło w czasie sesji na studiach, nigdy nie mam tak nabalsamowanego, opeelingowanego ciała jak wtedy – również dlatego, że krem, balsam potrzebuje czasu, żeby się wchłonąć, peeling – czasu i energicznych ruchów, żeby go wetrzeć a potem pozwolić stopom odpocząć).

    W przypadku reportera Mariusza Szczygła odpowiedź brzmi krótko i na temat.

    Dla odbiorców dosłownych: oglądam porno ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dla miłośników literatury: szukam w internecie piątej strony świata.

    Na kwestie związane z dostępem do sieci, o których wspominał głównie Bartek Szczygielski w swoim felietonie, zwraca również uwagę pisarz Grzegorz Kalinowski:

    W dobie internetu uprawianie prokastrynacji to banał, a czasach fb oddawania się tej praktyce może tak zaburzać porządek, że niekiedy praca i obowiązki zdają się być ucieczką od odbywającego się w sieci maglowiecu. Bo prokastrynacja to odwrotność tego co musimy, a dla osoby kreatywnej może przybrać najbardziej zadziwiające formy. Otóż znam dziewczynę, która miała wymyć okna, czego wprost nie lubiła. Przygotowywała zatem pieczołowicie stanowisko katorżniczej pracy zaczynając od wyłożenia podłogi gazetami. To były jakieś stare wydania, sprzed lat, nieaktualne i nic nie znaczące, ale nagle kucnęła i zaczęła chłonąć pradawne artykuły z Expressu Wieczornego. Sczytała całą podłogę. Mniej wyszukane formy.

    Nie cierpisz sprzątać, ale jak masz pisać pedantycznie sprzątasz biurko. Powinieneś sprzątnąć biurko, to wtedy, mimo warstw grubszych niż geologia przewiduje piszesz, mimo że dłonie nie mieszczą się na blacie. Pomocny jest telewizor i mania futbolowa. Gdy masz zrobić coś naprawdę pilnego okazuje się, że odżywa porzucone dwa temu zainteresowanie II ligą angielską oraz rozgrywkami Taca de Portugal między Sportingiem de Covilha i Vitorią Guimaraes. Szczytem jest to, że mając na gardle tnący skórę nóż deadlinu zamiast pisać powieść staram się w epicki sposób opisać przypadki prokrastynacji.

    www.unsplash.com/Jahanzaib .

    Najbardziej moim pytaniem o odkładanie obowiązków oburzyła się pisarka Zośka Papużanka:

    Ależ ja robię to, co trzeba! Prokrastynacja to bujda. Ja po prostu zmieniam aktywność. Nie nazywam sobie pięknym słowem tego, że mi się nie chce, tylko jak mi się nie chcę, robię coś innego, co jest równie potrzebne. A w życiu mi się nie zdarzyło nie dotrzymać terminu.

    Nie jestem prokrastynantką Jak nie mogę, to nie mogę i tyle. A w sprawie pisania nigdy się nie umawiam z nikim na termin, dlatego też nie mam prokrastynacji. Oddaję, jak jest gotowe i tyle.

    W życiu nie podpisałam umowy, jeśli nie byłam już w pracy na tyle zaawansowana, że nie wiedziałam sama precyzyjnie, na kiedy skończę.

    Po tej wypowiedzi nabrałam podejrzeń, że Zośka jest jednak wyjątkowa – ale wiedziałam to już wcześniej, więc tylko z zazdrością pokiwałam głową.

    Robienie czegoś innego niż to, co się powinno ma wielu zwolenników. Nie mówię o tych chorobliwie zawalających terminy, nieogarniętych i wpadających w doły przy każdej książce. Raczej o tych, którzy żyją z pisania, więc prędzej czy później muszą zrobić coś konstruktywnego. To właśnie oni są cichymi bohaterami, bo mimo wielkich pokus wyczyszczenia paneli szczoteczką do zębów jednak piszą swoje bestsellery, nagradzane reportaże i artykuły. Zdobywają tytuły naukowe, regularnie oddają felietony do gazet a wydawcy nie ganiają ich z siekierami (zazwyczaj).

    Dla wszystkich ofiar prokrastynacji – szacunek. Jesteśmy dzielni i przynajmniej mamy lepiej posprzątane domy niż reszta. Phi!

    Przed oraz w trakcie pracy nad niniejszym tekstem autorka:

    dwa razy obejrzała filmik, jak Kardashianki rozmawiają o wyjściu do kosmetyczki, ugotowała trzydaniowy obiad, wysprzątała kącik z papeterią oraz zapatrzyła się z zadumą na około pół godziny (że niby myśli o felietonie, ale to była nieprawda). 

  • „To Ty powinieneś się męczyć nad przemówieniem noblowskim”

    Tytułowe zdanie to fragment jednego z listów Wisławy Szymborskiej do Zbigniewa Herberta, które zostaną wydane w kwietniu nakładem Wydawnictwa a5. Jak podkreśla Michał Rusinek, wieloletni sekretarz noblistki, a obecnie prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej, korespondencja zadaje kłam tezie, że oboje ze sobą rywalizowali, że Szymborska ukradła Herbertowi Nobla, a on jej go zazdrościł. Posłuchajcie Michała Rusinka, który opowiada więcej o kwietniowej książce.

    Wszystkie fotografie pochodzą z archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej, a autorem ostatniego (kolorowego) jest Michał Rusinek.

  • „Betatesterzy”, styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Betatesterzy, osobiście wydaje mi się, że to dość wulgarne określenie. Osobiście wolę sformułowanie – pierwsi czytelnicy, ale już mniejsza z tym. Chodzi mi o te szalenie istotne w procesie powstania książki osoby, które jako pierwsze dostają często surową, niezgrabną wersję dzieła i poświęcają swój czas, żeby je przeczytać, a potem wysłać autorowi swoje uwagi. Dzięki czemu Wy państwo dostajecie dzieło dojrzalsze, pozbawione największych błędów i po prostu lepsze. Mam wrażenie, że za mało się mówi o tych ludziach w dyskusjach o książkach. Dlatego poświęcam im swój dzisiejszy felieton. I napiszę, dlaczego nie korzystam z ich pomocy.

    Z mojej perspektywy betatesterzy popełniają jeden, zasadniczy i dyskredytujący ich błąd. Uważają, że naprawdę interesuje mnie ich opinia na temat mojej książki. Żeby była jasność. Rozumiem, skąd się bierze to nieporozumienie. Zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej wynika ono z mojej, jako autora, winy. Piszę do kogoś. Proszę o przeczytanie mojej nowej powieści. Zaznaczam, że to pierwsza wersja i, fakt, mój błąd, proszę również o przesłanie uwag na jej temat. Każdy mógłby się pomylić i wziąć to na poważnie. Tymczasem w moim przypadku jest to pewien zwrot grzecznościowy. Coś jak „nie przejmuj się, możesz wejść w butach”, „nie martw, sam to wszystko posprzątam”, „nie, nie musisz odwiedzać mnie w szpitalu” i tym podobne rzeczy, które mówimy, spodziewając się, że osoba, do której się zwracamy zachowa się dokładnie na odwrót. I będziemy cholernie zaskoczeni, kiedy zrobi dokładnie to, o co ją prosimy.

    Tymczasem moje oczekiwania odnośnie betatesterów są krótkie i dość, zawsze miałem wrażenie, oczywiste. Betatesterzy mają mi po prostu napisać, jaką wspaniałą powieść napisałem. Koniec, kropka. Nawet nie muszą jej czytać. Wystarczy, że przekartkują, żeby mniej więcej kojarzyć postacie, kiedy zadam im jakieś pytania na temat treści. Powód takiego zachowania? Prosty. Okres zaraz po skończeniu powieści w moim przypadku jest czasem największej niepewności co do jakości mojej pracy. Nie wiem, czy to co napisałem, jest po prostu dobre. Czy trzyma poziom? Ma sens? Budzi emocje? To są wszystko pytania, na które nie znam odpowiedzi. Może się to wydać Państwu małe i płytkie, ale nie chcę w tym momencie dobrych rad i wskazywania błędów, które popełniłem, ale poklepania mnie po plecach. Powiedzenia, że wszystko jest w porządku. Doskonale to w swoim czasie zrozumiała Marta Guzowska, której w trybie awaryjnym wysłałem „Zombiego” ze stwierdzeniem, że „Nie jestem pewien, czy działa”. Odpowiedziała szybko. Odpowiedziała krótko. To nie jest dokładny cytat, ale jego sens brzmiał właśnie tak: bardzo dobre, działa. To było dokładnie to, czego wtedy potrzebowałem. Nawet jeśli Marta nie przeczytała książki (naprawdę miała mało czasu) to i tak zrobiła kupę dobrej roboty.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Może moja nastawienia do betatesterów wynika z jednego podstawowego faktu – zawsze trafiłem na znakomitych redaktorów. W związku z tym wiem, że etap znęcania się nad tekstem, wskazywania mi wszystkich jego niedoskonałości, pokazywania paluchem błędów logicznych i faktograficznych mnie nie ominie. Czekają mnie tygodnie ciężkiej pracy, sprawdzania niemal wszystkiego punkt po punkcie, upewniania się, że nigdzie nie ma najmniejszej nawet pomyłki. Chociaż te i tak potrafią się prześlizgnąć przez najgęstsze sito.

    Nie wykluczam też, tym razem pisząc już zupełnie poważnie, że robię to źle. Mój kolega Michał Cholewa, znakomity autor science fiction, wysyłał mi fragmenty swoich powieści rozdział po rozdziale i na bieżąco nanosił te zmiany, które uznał za słuszne. Ja nikomu nie pokazuję nie ukończonych książek. Zbyt dużo może się zmienić w trakcie samego pisania, żebym się na to odważył. Dopiero kiedy całość jest skończona i po mojej autorskiej redakcji, jestem gotów się nią podzielić. Ale w tym momencie nie ma już czasu na noszenie innych zmian niż redakcyjne. Styl pracy Michała jest inny. Jest lepiej zorganizowany. Ma to wszystko bardziej przemyślane niż ja. Ma czas i chęć wsłuchać się w ten wielogłos porad na temat swoich powieści. Dodatkowo, mam wrażenie, że mnie betatesterzy rozpraszają. Za dużo czasu spędzałem odpowiadając na kolejne uwagi, tłumacząc moje zamiary, wyjaśniając kolejne fabularne zawiłości, zamiast po prostu siąść przy biurku i robić swoje.

    No i na koniec, żeby była jasność. Pisanie to czynność cholernie indywidualna. To, że mi jakiś jej element nie pasuje, nie oznacza, że innym autorom nie jest on potrzebny. Dlatego, drodzy betatesterzy – dziękuję Wam bardzo za wszystkie świetne powieści, które zawdzięczamy waszej pracy. Nie jest wykluczone, że za książkę lub dwie, będą do was wydzwaniał błagając o pomoc wykraczającą poza klepanie po plecach.

    Wojciech Chmielarz

  • „Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę”. Hillary Clinton o wyborze Donalda Trumpa

    Wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych był szokiem dla całego świata, bo przecież faworytką była Hillary Clinton. Przeczytajcie fragment jej książki „Co się stało”, która została napisana już po wyborczej klęsce. Pod tekstem znajdziecie też wideo z wypowiedzią Krystyny Kurczab-Redlich, wieloletniej korespondentki w Moskwie, autorce książki „Wowa, Wołodia, Władymir. Tajemnice Rosji Putina” która opowie o wpływie rosyjskich hakerów na myślenie amerykańskich wyborców. Rozmawialiśmy w katowickim Empiku, zaraz po spotkaniu z autorką.

    Wtedy Bill dotknął mojego łokcia i wróciłam do rzeczywistości.

    Przed nami siedzieli Obamowie i Bidenowie. Próbowałam sobie wyobrazić, jak prezydent Obama jedzie w jednej limuzynie z człowiekiem, który po części wybił się na kłamstwach dotyczących miejsca urodzenia Baracka i oskarżaniu go o to, że nie jest Amerykaninem. W trakcie uroczystości w którymś momencie Michelle i ja popatrzyłyśmy na siebie smutno. To spojrzenie mówiło: „Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę”. Osiem lat wcześniej, w mroźny dzień zaprzysiężenia Baracka, mieliśmy głowy pełne planów i możliwości. Dzisiaj chodziło tylko o to, by zachować dobrą minę do złej gry.

    W końcu pojawił się prezydent elekt. Znałam Donalda Trumpa od lat, ale nigdy nie przypuszczałam, że pewnego dnia stanie na schodach przed Kapitolem i złoży przysięgę jako prezydent Stanów Zjednoczonych. W czasach, gdy zasiadałam w Senacie, był znaną personą w Nowym Jorku, jak wielu innych poważnych graczy na rynku nieruchomości, choć wyróżniał się większą ekstrawagancją i naciskiem na autopromocję. W 2005 roku zaprosił nas na swój ślub z Melanią w Palm Beach na Florydzie. Nie przyjaźniliśmy się, więc prawdopodobnie zależało mu na tym, żeby zgromadzić na imprezie jak największe nazwiska. Bill akurat w tamten weekend wygłaszał w okolicy odczyt, więc zdecydowaliśmy się skorzystać z zaproszenia. Czemu nie? Domyślałam się, że będzie to huczne, kolorowe przyjęcie z wielką pompą, i miałam rację. W ceremonii wzięłam udział sama, a potem Bill dołączył do mnie na weselu w należącej do Trumpa posiadłości Mar-a-Lago. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z parą młodą i niedługo potem wyszliśmy.

    www.unsplash.com/Lucas Sankey

    Rok później Trump wraz z innymi prominentnymi nowojorczykami wystąpił w parodystycznym filmiku przygotowanym z okazji kolacji stowarzyszenia korespondentów prasowych w Albany – czyli stanowej wersji bardziej znanej kolacji korespondentów akredytowanych przy Białym Domu. Pomysł był taki, że woskowa figura przedstawiająca moją osobę została skradziona z muzeum Madame Tussaud na Times Square, dlatego musiałam zająć jej miejsce i stać nieruchomo, podczas gdy różni sławni ludzie przechodzili obok mnie i wygłaszali komentarze. Burmistrz Nowego Jorku Mike Bloomberg powiedział, że dobrze sobie radzę jako senator, po czym zażartował, że w 2008 roku wystartuje w wyborach prezydenckich jako kandydat niezależny. Kiedy na ekranie pojawił się Trump, stwierdził: „Wyglądasz świetnie. Niewiarygodne. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Fantastyczna fryzura. Piękna twarz. Wiesz, naprawdę uważam, że byłby z ciebie świetny prezydent. Nikt nie mógłby się z tobą równać”. W tym momencie kamera odjechała trochę i okazało się, że wcale nie mówił do mnie, tylko do swojej własnej figury woskowej. Wtedy to był śmieszny żart.

    Kiedy Trump faktycznie ogłosił swoją kandydaturę w 2015 roku, jak wielu ludzi wzięłam to za kolejny dowcip. Na tym etapie zdążył się już zmienić z ulubieńca tabloidów w prawicowego oszołoma, opętanego wieloletnią, niezdrową obsesją na punkcie aktu urodzenia prezydenta Oba- my. Choć od kilkudziesięciu lat flirtował z polityką, wciąż trudno było go traktować poważnie. Przypominał mi jednego z tych starców grzmiących, że jeśli ludzie nie zaczną ich wreszcie słuchać, kraj do reszty zejdzie na psy.

    Trumpa nie dało się ignorować – nieustające zainteresowanie mediów zapewniało mu całodobową promocję. Uważałam, że należy głośno piętnować jego bigoterię, i czyniłam to często od samego początku, czyli od chwili, gdy w dniu ogłoszenia swojej kandydatury nazwał meksykańskich imigrantów gwałcicielami i handlarzami narkotyków. Ale dopiero kiedy zobaczyłam, jak udaje mu się zdominować debatę z udziałem szeregu utalentowanych republikańskich kandydatów – nie dzięki swoim błyskotliwym pomysłom czy mocnym argumentom, ale za pomocą szokujących ataków osobistych – uświadomiłam sobie, że może stanowić poważne zagrożenie.

    A teraz stał na podwyższeniu z ręką na Biblii i przysięgał, że będzie przestrzegać i bronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie żart obrócił się przeciwko nam.

    Rozpadało się i ludzie siedzący wokół nas zaczęli się szarpać z cienkimi plastikowymi pelerynami, które nam rozdano. Wcześniej za kulisami namówiłam Billa, żeby założył swój prochowiec. Ponieważ dzień był wyjątkowo ciepły, Bill myślał, że nie będzie go potrzebował. Teraz cieszył się, że posłuchał mojej rady – przynajmniej jako żona odniosłam małe zwycięstwo w ten ponury dzień. Plastikowe peleryny prezentowały się nie najlepiej, ale mogło być jeszcze gorzej. Słyszałam, że pierwsza partia, którą sprowadzono na tę okazję, była biała, przez co pod pewnym kątem wyglądały trochę jak kaptury Ku Klux Klanu, i jakiś spostrzegawczy członek ekipy organizacyjnej szybko je wymienił.

    Przemówienie wygłoszone przez nowego prezydenta miało mroczny i dystopijny wydźwięk. Dla mnie brzmiało jak skowyt dobiegający prosto z trzewi białego nacjonalizmu. Najbardziej pamiętna linijka dotyczyła „amerykańskiej rzezi”, choć to rażące sformułowanie pasowało raczej do tytułu krwawego horroru niż do przemówienia inauguracyjnego. Trump nakreślił obraz sfrustrowanego, rozbitego państwa – państwa, którego nie rozpoznawałam.

    www.unsplash.com/David Everett Strickler

    Wiedziałam, że wciąż stoją przed nami prawdziwe wyzwania, te same, o których mówiłam bez końca podczas kampanii wyborczej: nierówność dochodów, coraz większa koncentracja wpływów wielkich korporacji, zagrożenie terrorystyczne, zmiany klimatyczne, rosnące koszty opieki zdrowotnej, potrzeba stworzenia nowych, lepszych miejsc pracy w obliczu przyspieszającej automatyzacji. Amerykańska klasa średnia naprawdę miała przerąbane. Kryzys finansowy z 2008 i 2009 roku pozbawił ludzi zatrudnienia i odebrał im poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie został za to pociągnięty do odpowiedzialności. Szerokie spektrum Amerykanów ogarnęło poczucie alienacji, od tradycjonalistycznie nastawionych białych wyborców zaniepokojonych tempem przemian społecznych, przez czarnych mężczyzn i kobiety, którzy czuli, że państwo nie ceni ich życia, po tzw. DREAMers i patriotów wyznania muzułmańskiego, których zaczęto traktować jak intruzów w ich własnym kraju.

    Trump napsuł im wszystkim bardzo dużo krwi. Ale w tak wielu kwestiach się mylił. Za rządów prezydenta Obamy rynek pracy notował wzrost przez 75 kolejnych tygodni, a dochody dolnych 80 procent społeczeństwa wreszcie zaczynały iść w górę. Dwadzieścia milionów ludzi zyskało ubezpieczenie zdrowotne dzięki ustawie o reformie systemu opieki medycznej, będącej największym osiągnięciem legislacyjnym ustępującej administracji. Wskaźniki przestępczości utrzymywały się na rekordowo niskim poziomie. Nasza armia wciąż była najpotężniejsza na świecie. To łatwe do zweryfikowania fakty. Trump stanął jednak przed całym światem i powiedział coś dokładnie przeciwnego – tak jak robił to przez całą swoją kampanię. Wydawało się, że zupełnie nie dostrzega lub też nie docenia tej energii i tego optymizmu, które widziałam na własne oczy, gdy podróżowałam po kraju.

    Słuchając Trumpa, odnosiłam wrażenie, że nie istnieje już coś takiego jak prawda. W dalszym ciągu mam takie poczucie.

    Jeśli macie ochotę kupić książkę, kliknijcie na okładkę. 

     

     

  • Odszedł Jack Ketchum

    Odszedł Jack Ketchum.

    Czy też właściwie – odszedł ponownie, bo przecież był już kiedyś Tom „Black Jack” Ketchum, rabuś z dzikiego zachodu, który za sprawą swojej odwagi, bezkompromisowości i czasem bezwzględnego okrucieństwa stał się legendą Dzikiego Zachodu.

    Ten Jack Ketchum, którego miałem okazję poznać odrobinę tylko lepiej niż przelotnie, naprawdę nazywał się Dallas Mayr. Zasłynął w zasadzie tym samym, co człowiek od którego wziął imię. Tyle, że on rzeczoną bezwzględnością i okrucieństwem epatował wyłącznie w swoich książkach.

    Poza nimi był Dallasem o twarzy jakby głęboko ciosanej nożem, człowiekiem o najbardziej przenikliwym spojrzeniu, jakiego dane mi było spotkać. Patrzył na ciebie i w ciebie. A ty zastanawiałeś się, co takiego zobaczył, że się tak dziwnie uśmiecha.

    Niewiele mogę napisać o jego książkach rzeczy, których już nie napisano, więc się tego nie podejmę. Powiem tylko, że chyba jedynie raz udało mi się dotrzymać buńczucznego „Tym razem mnie nie złamiesz, Jack. Tym razem nie sprawisz, że będę łkał w kącie lub osowiale gapił się w ścianę.” Bo niemal za każdym razem trafiał w miękkie, potrafił sprawić, że czułem się zbrukany ludzką podłością i przytłoczony ciężarem bólu, jaki przyszło dźwigać jego połamanym bohaterom. „Dziewczyna z sąsiedztwa” i „Rudy” są mi do dziś niezabliźnionymi ranami. „Jedynego dziecka” nie odważyłem się przeczytać.

    Z tego co wiem, żył jak chciał. Kochał zwierzęta, Nowy Jork, a pisać więcej nie musiał, więc robił to, nie czując presji. Miał swoje nawyki i zwyczaje, a w lokalu, w którym bywał codziennie o siedemnastej, znali go i uwielbiali wszyscy. Gdy tam trafiliśmy z naszą popową trasą, klął na papieża Franciszka, bo przez niego nie mogliśmy zobaczyć Central Parku. Później zorganizował nam po znajomości wycieczkę po biurze Stephena Kinga w Bangor, aż wreszcie opowiedział tak przejmującą historię o nocy, gdy Manhattan płakał po Lennonie, że nawet teraz, pisząc o tym, czuję szczypanie w oczach. Był tam wtedy, w parku. Ramię w ramię z innymi śpiewał Imagine.

    Potem był tu z nami we Wrocławiu, na Polconie, siedział w ogródku i z szerokim uśmiechem rozmawiał z każdym, kto do niego podszedł. On, człowiek do którego przyległa kingowska etykietka „najstraszniejszego człowieka w Ameryce”. Czasem go to bawiło, coraz częściej zbywał machnięciem ręki.

    A teraz umarł.

    Odszedł Jack Ketchum. Znowu.

    Ale co naprawdę smutne, wraz z nim odszedł Dallas Mayr. I za nim będę tęsknił.

    Jakub Ćwiek

  • Ćwiek w tulipanach, czyli audiobookowy podbój Europy

    Starsi z Was pewnie kojarzą piosenkę zespołu Big Cyc, z której dowiadujemy się, że „nigdzie nie zarobisz tak jak tam, wspaniałe miasto Amsterdam”. Nie o pieniądze jednak chodzi przede wszystkim, chociaż wiadomo, że też, ale raczej o szeroko rozumiany rozwój i nie ukrywajmy, także prestiż. „Jednooki Król” Jakuba Ćwieka został właśnie przetłumaczony na niderlandzki. Okazuje się, że to nie koniec, a początek europejskiej ekspansji Kuby.

    Kubo, rozumiem, że teraz Holandia nie kojarzy Ci się już tylko z tulipanami i Ajaxem Amsterdam?

    Moje dotychczasowe skojarzenia z Holandią są inne. Kiedyś dostałem tam takie coś, po czym strasznie zabawny wydał mi się dowcip tamtejszej polonii „Mówili, że tu wszędzie tulipany i tulipany. A to zwyczajne geje są!”. Dziwnym sposobem, śmieszy mnie to wyłącznie w niektórych zadymionych lokalach Amsterdamu. Do tematu jednak. Tak, już niedługo Pan o trudnym nazwisku przeczyta tam materiał o tytule, który na pewno źle bym zaakcentował. I ten materiał to tłumaczenie „Jednookiego Króla” na niderlandzki. Strasznie się, powiem Ci, cieszę.

    Jak w ogóle doszło do tego, że audiobook trafił do, umówmy się, dość egzotycznego kraju, jak na polskich pisarzy?

    Najpierw uściślijmy, że audiobook to nietypowy. „Jednooki Król” jest dziesięcioodcinkowym serialem audio i napisałem na zamówienie Storytel Polska, które w ubiegłym roku wystartowało z projektem Origins. Są to produkcje napisane od zera dla nich na podobieństwo na przykład seriali oryginalnych Netfliksa. Tylko w audio. „Jednooki Król” w wersji polskiej spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem słuchaczy – duża w tym zasługa świetnej realizacji i nade wszystko głosu i interpretacji Marcina Perchucia – i to sprawiło, że uznano go za potencjalnie dobrą wizytówkę polskiego Storytela w innych krajach. Holandia była jednym z pierwszych krajów, które wyraziły zainteresowanie zaprezentowaniem „Jednookiego Króla” u siebie.

    Wieść gminna niesie, że wkrótce porzucisz tulipany i zostaniesz Wikingiem, prawda to?

    Właśnie po to zapuszczam brodę!!! Tak, Król wędruje dalej, tym razem na północ. A ja z nim. Na obecną chwilę oprócz Niderlandów, zamówienie na swoją wersję „Jednookiego” złożyły Szwecja i Dania, a odpowiedzialny za Origins Marcin Zwierzchowski wciąż pracuje nad tym, by zainteresować produkcją kolejne kraje. Być może ułatwi mu działania drugi sezon nad którym powoli, ale konsekwentnie pracuję. Premiera pewnie jeszcze w tym roku, choć na ten moment trudno o precyzyjniejszą datę. Tak czy owak nie tylko jest się z czego cieszyć, ale i na co czekać.

    Jeśli chcecie kupić wersję niderlandzką, to kliknijcie tutaj.

     

  • „Ambitne książki nie istnieją”, styczniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Każdemu z nas zdarzyło się kiedyś posłużyć głupim skrótem myślowym. Powody po temu były z pewnością różne. Czasami nie za bardzo skupiamy się na rozmowie i wtedy, gdy przychodzi kolej na nasz komentarz, rzucamy sentencjonalne: „No, takie jest życie” choć przecież wcale tak nie uważamy. Chodzi nam raczej o to, że w życiu dzieje się różnie, czasami jest dobrze, ale bywa też źle i takie sytuacje mogą się zdarzać i wtedy po prostu trudno je konkretnie skomentować.

    Ale ponieważ nie chce nam się tematu rozwijać, rozmowa nas nie kręci, to posługujemy się skrótem, licząc, że rozmówca nas zrozumie. I czasem rozumie, bo on też się specjalnie nie zastanawia nad naszą odpowiedzią, uznając ją na przykład za „ech, stary, współczuję” albo „no, to faktycznie problem”. Rzecz w tym, że nikt w żadnym wariancie nie uważa, że sytuacja zaprezentowana odzwierciedla całe życie. Że życie właśnie takie jest.

    Skróty myślowe zalęgły się w naszym języku, a tym samym i kulturze, jak chwasty. I pal sześć jeszcze, jeśli objawiają się sporadycznym rzuceniem zdania z automatu. Problem rodzi się wtedy, gdy zaczynamy w nie wierzyć i dobudowywać do nich wtórne definicje.

    I tu w miarę płynnie, choć z przydługim wstępem, przechodzimy do sformułowania, które używane nagminnie, zwykło zniechęcać mnie mocno do używającego. Powiem więcej, kiedyś mocno mnie wkurzało, czasem skłaniało do interwencji i wielogodzinnych dyskusji. Dziś, jak wspomniałem, wyłącznie zniechęca. Mowa o sformułowaniu „ambitna książka”.

    www.unsplash.com/Alfons Morales

    To, że mamy do czynienia ze skrótem myślowym, jest oczywiste. Książka sama w sobie nie może być ambitna. Nie ma żadnych ambicji, bo jest tworem nieożywionym, przedmiotem, a ambicja to, za SJP, po pierwsze poczucie godności osobistej, a po drugie dążność do wybicia się, pragnienie twórczych osiągnięć, sukcesów. Ten pewuenowski uzupełnia: „silne pragnienie odniesienia sukcesu lub osiągnięcia doskonałości”. Już definicja pokazuje, że pisząc o ambicji, możemy mieć na myśli albo autora, albo czytelnika.
    Zatem po kolei.

    Kiedy autor jest ambitny? Według definicji – wtedy, gdy tworząc to, co tworzy, dąży na tym polu do doskonałości i/lub sukcesu. Jeśli stawia sobie konkretny cel, mimo trudów i przeciwności losu i świata zmierza do niego i na tej drodze zdobywa kolejne poziomy wtajemniczenia, to jest to autor ambitny, prawda? No to teraz tak, weźmy sobie dwóch autorów. Pierwszy nosi w sobie od dawna historię swojego życia. Albo życia kogoś bliskiego. Opowieść, którą wpajano mu od dzieciństwa. Właściwie nie tyle ją wymyślił, co dostał, bądź też, po prostu żyjąc, kształtował mimowolnie. Przy okazji ten ktoś czyta dużo określonego typu lektur, które w którymś momencie życia mu podpowiedziano, a które odznaczają się kwiecistym, wręcz poetyckim językiem, modnym w określonych środowiskach, przyjętym jako wyznacznik dobrego pióra. Załóżmy również, że rzeczony autor ma trochę talentu. Tak uzbrojony pisze swoją książkę, przenosząc na papier swoje życie i przemyślenia, jakie w związku z nim miał, by wreszcie uporządkować to, co w nim siedzi, a także wywołać swoją historią pewne emocje w czytelniku.
    I teraz autor drugi. Wychowany na westernach i kryminałach, a także komediach z dawnych lat, chciałby dać czytelnikom trochę frajdy, jakiej sam kiedyś doświadczył. Zaczyna tworzyć westerny, komedie, kryminały – czyli powieści gatunkowe, jednocześnie ucząc się, co ten termin właściwie oznacza. Też ma trochę talentu, jego styl wynika z tego, co chłonął i nie przepada za barokowym językiem, bo niektóre rzeczy wyraża się wprost. Dodatkowo, ponieważ chce, by jego książki były fajne, a przecież nie przeżył tego, co się w nich dzieje, siedzi na sieci, w bibliotece i ogląda dokumenty na Netfliksie, by dowiedzieć się czegoś o Dzikim Zachodzie, historii Nowego Jorku czy Majorce, gdzie dzieje się jego wakacyjna komedia.
    Który z nich jest ambitnym twórcą? A może obaj? Albo żaden? Czy terminu „ambitny twórca” używamy dopiero, gdy zobaczymy jakie emocje w czytelniku autor chciał wywołać? Jeśli smutek, gorycz, nostalgię to ambitny, a gdy śmiech czy strach – już nie?

    A może nie chodzi o emocje, a o wiedzę? O to, ile wiedzy posiadł i faktów autor wyczytał i ile udało mu się wpleść w fabułę swojej książki? Tylko to też pułapka, bo nagle może się okazać, że uważany za rozrywkowego Child wygra z uważanym za ambitnego McCarthym. Zależy, jaką weźmiemy powieść, na czym ta się skupia.
    Zatem może chodzi o to ile autora dana powieść kosztowała? Ile poświęcił, by ją napisać? Jeśli tak, to bardzo wysoko w hierarchii literackiej ambicji byłby Stephen King ze swoją bardzo przeciętną książką „Łowca snów”. Dlaczego tak uważam? Bo to była pierwsza powieść Kinga po wypadku, który mało nie pozbawił go życia. Według słów samego autora, pisanie jej było prawdziwą katorgą i bólem tak fizycznym, jak i psychicznym. Do tego stopnia, że nie był w stanie tworzyć dłużej niż godzinę dziennie. I to się w powieści odczuwa, ten ból. To, że czasem autor zagrywa starymi sztuczkami. jakby z automatu, a czasem gdy końcówka podrozdziału mocno słabnie, by potem kolejny podrozdział błysnął nową siłą następnego dnia. Czy takie książki jak „Łowca snów” nazywamy, skracając myśl, ambitnymi?

    Wreszcie język. Może sednem jest zabawa językiem. Książka jest ambitna, gdy cyzelujemy każde zdanie, by samo w sobie stanowiło małe dzieło sztuki? Tylko teraz pytanie: czy autor bądź autorka mówiący głosem ulicy, zwrotami z ulicy, językiem prostym i dosadnym, bo tak się przecież mówi, a wiarygodność opowieści tego wymaga, nie może już być twórcą ambitnym? A może ambicją jest granie na nosie snobistycznym krytykom, jak to ostatnio często robi Łukasz Orbitowski, który wypowiedzi bohaterów przenosi w mowę zależną i filtruje przez język narracji i tym samym pozostaje w zgodzie z sobą i z modą? Na tym polega autorska ambicja? Na sztuczce?

    www.unsplash.com/Chris Lawton

    Druga opcja – „ambicja książki” to tak naprawdę ambicje czytelnicze. To, czy książka posłuży nam do samodoskonalenia czy nie. Ale to już w ogóle bardzo trudne do rozstrzygnięcia, bo podobno – tak, wiem, że to również pewien myślowy skrót – mądry i ambitny człowiek potrafi wszystko wykorzystać na drodze do samodoskonalenia. Zależy, czego chce się nauczyć i czy jest otwarty na wiedzę czy myśli podyktowanymi mu zawczasu schematami, w myśl których taki na przykład komiks to medium dla półidiotów, a fantastyka nie może być jednocześnie wartościową prozą.

    A może chodzi o zmiany jakich dana pozycja dokonała na świecie? Jak zmieniła otaczającą nasz rzeczywistość i nas samych? Tylko czy wtedy taki „Ulisses” Joyce’a, było nie było arcydzieło modernizmu, aby na pewno wygra z… „Harrym Potterem” Rowling? Bo co, bo strumień świadomości? Bo eksperymenty językowe? Czym to jest wobec trwającej do dziś czytelniczej rewolucji.

    Gdyby dokonać teraz żartobliwego porównania, autorka książki o małym czarodzieju sprawiła, że dzieci na całym świecie zaczęły czytać książki, duże filmowe studio stanęło na nogi po zapaści, a feministki zyskały bardzo mocną reprezentantkę w postaci inteligentnej i przy okazji pięknej Emmy Watson. A Joyce co takiego zrobił? Scoverował starożytnego, popowego evergreena.

    Gdzie jest granica między rozrywką a ambicją? Czy ambicją nie może być dawanie rozrywki? I gdzie są jakiekolwiek wytyczne pozwalające na takie szastanie podziałami?

    Myślałem i myślałem i doszedłem do jednego, w gruncie rzeczy dość starego, wniosku. Literatura ambitna to taka, która pozwala nam spełnić snobistyczną fantazję o tym, że oto ktoś postrzega nas jako człowieka ambitnego.

    Tylko czy nie lepiej po prostu ambitnie się rozwijać wszystkimi dostępnymi środkami? W końcu chodzi o dążenie do bycia lepszym. A nie myślącym na skróty snobem.

  • „Słońce zachodzące za Tesco”, rozmowa z Michałem Witkowskim

    O kradzieży mieszanki czekoladowej, Grażynie Torbickiej, telewizjach śniadaniowych, rozwydrzonych karlicach, ale przede wszystkim o swojej najnowszej powieści „Wymazane”, z Sylwią Chutnik rozmawia Michał Witkowski.

    Piszesz ręcznie nawet na pudełkach od leków. Czy masz swoje zeszyty z notatkami czy raczej są to tylko pojedyncze zapiski?

    Piszę wszędzie. Raz, że jak miałby zapisać inaczej, kiedy jestem na ulicy, jak nie ręcznie? Najczęściej na dwa zeszyciki i nawet kilka udało mi się potem opylić na Allegro.

    Jak robią to inni pisarze – nie wiem. Ale na przykład Marek Krajewski wszystko ma w tablecie. A niby taki staroświecki!

    Co było najpierw: pomysł na bohaterów czy miejscowość Wymazane?

    Wszystko jest odwieczne. Bohaterowie i miejsce. Po prostu korzystałem z bardzo starych notatek i pomysłów przy tej powieści. Weszły tu na przykład fragmenty, które wyleciały z „Margot”. Wymazane poszło od owego samotnego bloku na nieużytku, po drugiej stronie rzeki, który wygląda jakby resztę świata ktoś wymazał i przez nieuwagę zostawił tylko sam blok. Z powodu rozlicznych wojen, nasze miasta – w tym Paryż Północy, czyli Warszawa, w której oboje mieszkamy – często tak wyglądają. W podobnym mieście mój brat pracował w „fabryce ryb” w Szkocji. Było tam tylko Tesco i gdzieniegdzie domki. Słońce zachodziło za Tesco i to był cały krajobraz.

    A Warszawa w książce? Gdzie tam zachodzi słońce?

    Eh, Warszawa… Jak od razu widać, jestem nostalgikiem i bardziej „literacka” wydaje mi się ta stara Warszawa z czasów Paramonowa, nie ta dzisiejsza, „gdzie zewsząd spogląda Lewandowski”. Dlatego mamy tu cały komplet: bazar Różyckiego, Spatif, łachy przy Wiśle.

    Paramomow jest złym chłopcem, który zniewala kobiety-Czarne Mańki. A może to symbol odchodzącego świata, jak Alexis?

    Przede wszystkim chciałem pokazać moją interpretację tej osoby. Kogoś, kto jak raz walnął w łeb, tak już zamieszkał w fantazmacie. To zamieszkiwanie w fantazmacie jest dla mnie zawsze najciekawsze. On żył mentalnie na dzikim zachodzie, był samotnym mścicielem, wszystko to oczywiście tylko mu się zdawało. Rabował w gieesach mieszankę czekoladową a wydawało mu się, że dolary.

    Michał Witkowski, fot: Adrian Błachut

    Współczesne rzezimieszki już nie takie barwne?

    Nie znam współczesnych, ponieważ teraz się wszystko pozmieniało z powodu braku noszenia i ogólnie posiadania gotówki. Oraz spadku wartości gratów, jakie wynosiło się z mieszkania. Teraz co najwyżej jakieś białe kołnierzyki siedzą i hakują.

    Porozmawiajmy o Alexis. Bardzo chciała miłości czy raczej poczucia kontynuacji swoich lewych biznesów?

    Nie wiem, bo człowiek jest zagadką. Ja tę postać interpretuję tak, że kobieta ma wyrok, miesiąc życia i koniec. Nagle zauważa, że poza paroma tygodniami z Paramonowem nigdy nie żyła, zawsze tylko pracowała. I musi nagle przeżyć całe życie w miesiąc. I wyciąga rękę po Pięknego Damiana, bo „już i tak wszystko jedno”.

    Też byś tak zrobił na jej miejscu?

    Myślę, że zrobiłbym dokładnie to samo. W tym wypadku mogę powiedzieć jak Gustave Flaubert: „Madame Bovary to ja”.

    A jak to jest z show bussinesem obecnym zarówno w Twojej powieści, jak i życiu?

    Oczywiście śmieszą mnie i przerażają mechanizmy polskiego show biznesu, ale nie chciałbym być jego stańczykiem tylko dlatego, że nie mogę być Grażyną Torbicką i prowadzić sylwestra w TV. Albo śniadaniowy. Słowem – zająć się showbizem na poważnie.

    Jak wiele prawdziwych sytuacji jest w książce? Myślę o tych nawiązaniach do sławnych i (trochę, ale jednak) bogatych?

    W przeciwieństwie do „Fioletowego światła” (powieść ukazała się w self publishingu) w „Wymazanych” prawdziwych wątków jest niewiele. Obserwacje – te są zawsze prawdziwe. Oczywiście byłem na Malediwach i wiem, jak wyglądają. Ale to raczej moje refleksje niż fakty.

    Za to opisana w powieści babcia jest prawdziwa. Moja przedziwna, cudowna babcia, która umarła w roku 1997, a więc dwadzieścia lat temu, nareszcie doczekała się literackiego pomnika! Jej opowiadania oczywiście zostały literacko upiększone i rozwinięte, ale punkt wyjścia jest prawdziwy. To ona uczyła mnie śpiewać i akompaniowała mi na fortepianie 

    Codzienność w Twoich książkach to mikro obserwacje z pozycji okrucha na ceracie i rodzaju jesionki w autobusie. Zapisujesz je na bieżąco? Ile tu realiów jeden do jednego, a na ile zmyśleń?

    W codzienności jest mnóstwo drobnych obserwacji, które poczyniamy, nawet o tym nie wiedząc, a nagle przy pisaniu wychodzi, że jednak, jednak. Nie trzeba tego więc zapisywać. Ale: zapisuję pojedyncze gagi, anegdoty, jakieś takie rzeczy w stylu „rozwydrzone karlice”. Wszystko może się kiedyś przydać do prozy!

  • „7 powodów, by nie pisać książki”, styczniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Kiedyś wierzyłem w to, że Internet da nam coś więcej. Wartościowe treści oglądane i czytane przez setki tysięcy osób z całego świata. Później wszedłem na YouTube i przestałem wierzyć w cokolwiek.

    Nie uczę się na błędach. Co jakiś czas powtarzam sobie, że wchodzenie na YouTube powinienem ograniczyć tylko do tego, by posłuchać ulubionych zespołów lub obejrzeć nowy trailer. Niestety, ale zdarza mi się zabłądzić w te rejony z których już bardzo trudno zawrócić. Znacie to pewnie równie dobrze, jak ja. Zaczynacie od video Mastodona, a kończycie na oglądaniu kotów, które boją się ogórków. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnymi materiałami, przewija się coś jeszcze.

    Sam nie wiem, jak to do końca określić. Mówię o krótkich formach, które w zamyśle miały być odpowiedzią na kabarety królujące w telewizji, a w tej chwili stały się smutny dowodem na to, że się starzeję. Włączam materiał o 10 powodach dlaczego warto biegać, 12 rzeczach, które wkurzają podczas zmywania i czekam na ten magiczny moment, kiedy w końcu się zaśmieję. Jeszcze mi się to nie udało, ale się nie poddaję.

    www.unsplash.com/Mikhail Vasilyev

    To jak z nałogiem – wiem, że oglądanie zabija więcej moich komórek mózgowych, niż wsadzenie głowy do mikrofalówki, ale trudno mi się oprzeć. W pewnym momencie dotarło do mnie, dlaczego to w ogóle robię. Szukam w tych materiałach tego „czegoś”, co przyciąga miliony użytkowników YouTube. Miliony.

    I będą zupełnie szczerym, wydaje mi się, że jestem zwyczajnie za stary. Mój gust się zmienił, ale jestem mu za to bardzo wdzięczny. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Tak samo jak do czytania. I choć wydoroślałem, to jak przystało na człowieka niereformowalnego, postanowiłem spróbować swoich sił na poletku humorystycznym. W końcu może odkryję swoje powołanie, a ten tekst również przeczytają miliony? Tak więc oto próbka YouTubowego poczucia humoru!

    7 powodów, by nie pisać książki:

    1. Netflix wypuszcza właśnie nowy serial. Nie, nie może on poczekać pół roku, bo przecież do tego czasu pojawi się jeszcze kilkanaście innych pozycji, a musze być na bieżąco, żeby na Facebooku nikt nie wziął mnie za lamusa, który jako ostatni obejrzał drugi sezon „Stranger Things” lub w ogóle nie wie co to „Dark”. Netflix mnie zna. Netflix mnie rozumie. Witajcie zimne wieczory pod kocem z herbatą oraz przyciskiem, który pozwala pominąć intro.

    2. Ta gra sama się nie przejdzie. Stoi na półce i dopomina się tego, by w końcu włożyć ją do napędu i odpalić. Ostatnio zdominowałem swojego pierwszego Żyrafa i choć brzmi to jak kwestia z kiepskiego pornosa, to zapewniam, że zabawa jest znacznie lepsza. No i trwa dłużej niż kilka minut.

    3. Jest dopiero za piętnaście ósma, więc nie ma sensu zaczynać pracy. Zacznę o pełnej godzinie, a do tego czasu zajmę się czymś innym. W końcu w Internecie czeka na mnie tyle interesujących rzeczy, które pragną żebym je zobaczył. O, kolejny śmieszny kotek i już jest trzy po ósmej. Nie ma sensu zaczynać teraz pisać. Poczekam do pełnej godziny.

      www.unsplash.com/Niklas Rhöse
    4. Pora coś zjeść. Nie jadłem od kilkunastu minut, więc najwyższa pora nadrobić zaległości. Zaglądam do lodówki, gdzie czeka na mnie światło, kilka jajek i karton mleka, a to oznacza tylko jedno – pora iść do sklepu. Cholera, zjadłbym coś zdrowego, np. chipsy. Chipsy są zdrowe, bo to ziemniaki. Taką wersję przyjmuję i takiej się będę trzymał.

    5. Czy to kurz? Wygląda jak kurz. Pora złapać za szmatkę i płyn o zapachu świerka syberyjskiego, który dziwnie drażni mnie w nozdrza. Przydałoby się także doczyścić wannę, bo zaczyna się zabawnie lepić, a w szafce dalej stoi resztka farby, która aż prosi się o to, by ją otworzyć. Tyle możliwości.

    6. Mój brzuch nie wygląda tak, jak tego kolesia z tego filmu, gdzie leją się po mordach. Pora zapisać się na siłownię. No, może w przyszłości, bo szkoda mi pieniędzy na coś z czego i tak nie skorzystam. Może zacznę biegać? Chociaż nie, nie muszę. Ostatnio biegłem do autobusu i próbowałem złapać później oddech tylko przez trzynaście minut, więc jest lepiej niż przed rokiem, gdzie prawie się nie udusiłem. O, chips.

    7. Ta książka zbyt długo czekała na to, aby ją przeczytać. Pisarze powinni robić dwie rzeczy – pisać i czytać, a jak już nie robię tego pierwszego, to przynajmniej mogę poczytać.

    Podobało się? Nie zapomnijcie dać suba i zostawcie komcia, co sądzicie! Do następnego!