Kategoria: Aktualności

  • Premierowy fragment „Sprzedawczyka” tylko tutaj!

    Nie tak dawno informowałem Was o mojej fascynacji tą książką, która trochę przerodziła się w obsesję. Teraz możecie chociaż zamoczyć kostki w  morzu dobrej literatury. Kostki, ale już za kilkanaście dni  rzucicie się na pełną wodę, a jestem pewien, że utoniecie. Mam dla Was mały fragment „Sprzedawczyka”, który premierowo pojawi się na księgarskich półkach już 17 stycznia. Wszystko pięknie na polski przełożył Piotr Tarczyński.

    Udał, że chce mi zaproponować pigułki, po czym delikatnie położył je sobie na języku i pociągnął łyk z wyglądającej na drogą srebrnej butelki. Po tym, jak zaprzestano emitowania jego kreskówek, Foy miał jeszcze serię porannych talk-show. Każda kolejna porażka spadała w ramówce na coraz wcześniejszą godzinę. Podobnie jak Bloodsi nie używają litery „C”, bo to pierwsza litera ich przeciwników, Cripsów (Coca-Cola to Koka-Kola*), tak Foy swoją przynależność do gangu okazuje zamienianiem słowa „fakt” na słowo „czarny”. W programach o takich nazwach jak Czarny czy fikcja? albo Czarnoid przeprowadzał wywiady z każdym: od światowych przywódców po umierających muzyków. Jego najnowszą odsłoną było nadawane na lokalnym kanale nonsensowne forum dyskusji rasowej pod tytułem Czarni po czarnych. Szło to o piątej rano w niedzielę. Na całym świecie tylko dwoje czarnuchów nie śpi o piątej rano – Foy Cheshire i jego makijażystka.

    Człowieka, który w garniturze, butach i dodatkach ma na sobie jakieś pięć tysięcy dolców, trudno określić mianem rozmemłanego, ale z bliska, w świetle latarni, tak właśnie wyglądał. Pognieciona, wyblakła koszula. Mankiety nogawek jego jedwabnych spodni były postrzępione i ubrudzone ziemią. Miał porysowane buty i waliło od niego likierem miętowym. Pic na wodę, fotomontaż. Mike Tyson powiedział kiedyś: „Tylko w Ameryce możesz być bankrutem i mieszkać w pałacu”.

    Foy zakręcił flaszkę i wcisnął ją w kieszeń. Spodziewałem się, że teraz, kiedy nikt nie patrzy, przeobrazi się w czarnuchołaka. Wysunie kły i pazury. W myślach zadałem sobie pytanie: czy czarne wilkołaki mają kręconą sierść? No chyba, co nie?

    Wiem, co kombinujesz. – Co kombinuję?

    Masz teraz mniej więcej tyle samo lat co twój ojciec, kiedy zginął. I przez dziesięć lat na żadnym zebraniu nie powiedziałeś ani słowa. Dlaczego akurat dziś postanowiłeś mówić o tym debilnym pomyśle z przywróceniem Dickens? Bo próbujesz przejąć Pif-Pafów, odebrać to, co zapoczątkował twój ojciec.

    Nie sądzę. Możesz sobie zatrzymać każde stowarzyszenie, które pogadanki na temat zagrożenia cukrzycą urządza w pączkarni.

    Być może powinienem to wtedy dostrzec. Ojciec miał kwestionariusz, za pomocą którego sprawdzał, czy ktoś traci zmysły. Mawiał, że ludzie często biorą charakterystyczne cechy załamania nerwowego za przejawy silnej osobowości. Emocjonalny dystans. Zmiany nastroju. Sny o potędze. Jeśli chodzi o obumieranie od środka, to znam się tylko na drzewach, a nie na ludziach – z wyjątkiem Sorga, który był otwartą księgą, niczym te plastry z pnia sekwoi, które ogląda się w muzeach nauki. Drzewo na swój sposób wycofuje się w głąb. Na liście wychodzą plamy. Czasem na korze pojawiają się zrakowaciałe narośla i pęknięcia. Gałęzie są w dotyku wysuszone na wiór albo miękkie i gąbczaste. Najlepiej jednak patrzeć na korzenie. To one zakotwiczają drzewo w ziemi, trzymają je w miejscu na tej wirującej w kosmosie kulce gówna. A jeśli są popękane, pokryte grzybem i naroślami… no cóż… Pamiętam, jak patrzyłem na korzenie Foya: drogie brązowe półbuty. Były zdarte i zakurzone. Zważywszy na pogłoski o pozwie rozwodowym jego żony, o bankructwie, o zerowej oglądalności jego programu, może powinienem był się domyślić.

    Mam na ciebie oko – powiedział, wślizgując się do samochodu. – Pączki Pif-Paf to wszystko, co mi zostało. To moje gówno, nie pozwolę ci go spierdolić.

    * Z kolei Cripsowie starają się nie używać litery B albo zastępować słowa na B słowami na C.

  • „Napisz to po polsku, czyli co robi tłumacz?” Felieton Rafała Lisowskiego

    Tłumacze książek to osobliwi ludzie. Zamknięci w swoich domowych pustelniach, wystukujący literki od rana do nocy, balansują gdzieś między misją, sztuką, rzemiosłem i zwyczajną pracą. Tłumacz jest co prawda jednym z trybików wydawniczej machiny, ale ma ten luksus, że na co dzień nie musi zdawać sobie z tego sprawy – a wręcz nie powinien. Obcując przez parę miesięcy z jednym autorem i jedną książką, my, tłumacze, zapominamy o przyziemnych sprawach i naprawdę widzimy siebie jako pośredników między pisarzem a czytelnikiem. Jesteśmy freelancerami, ale w przeciwieństwie do większości wolnych strzelców nie zabiegamy codziennie o klientów, nie robimy biznesu, nie prowadzimy bieżących spraw biurowych – możemy po prostu pisać. To czyni z tłumaczenia literatury zawód dosyć idealistyczny i w znacznej mierze wolny od przyziemnego cynizmu.

    No bo co tak naprawdę robi tłumacz? Na czym polega istota tej sztuki, do której – nie oszukujmy się –zwykle nieszczególnie przywiązuje się wagę, chyba że coś zostało koncertowo zepsute? I czy na obecność w czytelniczej świadomości zasługują tylko takie nazwiska jak Boy-Żeleński czy Barańczak? Czy miano wielkich przekładowych osiągnięć zarezerwowane jest jedynie dla takich słynnych zdań jak to o białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika z Mistrza i Małgorzaty w tłumaczeniu Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego? Otóż śmiem twierdzić, że nie. Mniej więcej siedemdziesiąt procent wszystkich egzemplarzy książek, które czytamy w Polsce, to przekłady. To oznacza, że przez ręce paru tysięcy tłumaczy w naszym kraju przechodzi co roku mnóstwo pozycji wyższych i niższych lotów – a przecież to wcale nie te najambitniejsze pozycje znajdują najwięcej czytelników. A skoro tak, to właśnie na tłumaczach i tłumaczkach literatury popularnej spoczywa największa odpowiedzialność.

    Rafał Lisowski, fot: Anna Juszkiewicz

    Kiedy ktoś mnie pyta, co jest dla mnie jako tłumacza najtrudniejsze, zwykle spodziewa się usłyszeć o neologizmach, łamańcach językowych czy grach słów. I to wszystko prawda. Na rozwiązywaniu takich zagadek zawsze upływa dużo czasu, ale nie mniejszym, choć zupełnie innym wyzwaniem jest po prostu napisanie po polsku tekstu, który w języku oryginalnym być może nie został napisany idealnie. Teksty świetnych stylistów same prowadzą tłumacza, same wskazują mu drogę. Żeby nie było: może to być droga bardzo żmudna i powolna, ale doskonały pisarz niesie przed tłumaczem latarnię. Natomiast książka zaledwie poprawna albo taka, w której autora czy autorkę bardziej niż styl interesowała opowiadana fabuła, oznacza, że kierunek, w którym podąża wersja polska, tłumacz musi wybierać samodzielnie. Ktoś powie: ale jak to? Skoro książka w oryginale jest taka sobie, to proszę ją przetłumaczyć właśnie tak! To jednak niemożliwe. Nie tylko zresztą z powodów przyziemnych (wydawca oczekuje od nas tekstu na dobrym poziomie, a jeśli taki nie będzie, to wtedy z kolei czytelnicy już na pewno zauważą, że „tłumacz skopał”), ale również tych dużo mocniej związanych z samą naturą tłumaczenia – albo szerzej: pośredniczenia między językami. Bo języki różnią się od siebie dużo bardziej, niż może nam się wydawać, jeśli nigdy w życiu nie podjęliśmy się żadnego przekładu. A jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach.

    Z mojej perspektywy, czyli tłumacza z angielskiego, najważniejsza różnica polega na tym, że angielszczyzna jest bardziej ogólnikowa. Na porządku dziennym są wieloznaczności czy luźne zbitki wyrazów, które wymagają, żeby czytelnik sam (oczywiście mimowolnie) nadał im sens. Bądź co bądź w języku angielskim wystarczy postawić obok siebie, dajmy na to, dwa rzeczowniki – i już mamy nową frazę. A jaka dokładnie jest relacja między tymi rzeczownikami? Tego już autor określać nie musi. Za to tłumacz – owszem, ponieważ polszczyzna takiej swobody nie lubi. Polszczyzna nie akceptuje niedookreślonych zbitek, nie toleruje tworzonych ad hoc metafor (chyba że dla osiągnięcia efektu poetyckiego) i jeży się, kiedy słowa nie do końca do siebie pasują. Dlatego nawet tłumacz pozornie zupełnie prostego tekstu zawsze z automatu staje się interpretatorem. Sam najpierw szuka sensu między słowami (tym dociekliwiej, im mniej zastanowił się nad tym autor – a jak już powiedzieliśmy, często nie musiał, bo pisał po angielsku), a następnie samodzielnie podejmuje śmiałe decyzje. Ze względu na językowe wymogi na stałe „dopisuje” do tekstu coś, czego dotąd w nim nie było – czy może raczej: pozostawało ulotne i każdy czytelnik rekonstruował to sobie na własny użytek. Tłumacz jest więc tym czytelnikiem, który na użytek wszystkich późniejszych odbiorów – już tekstu w języku polskim – wybiera „właściwą” interpretację słów autora. To duża odpowiedzialność.

    www.unsplash.com/freestocks.org

    Takich decyzji podejmuje się dziesiątki na każdej stronie tłumaczonej książki. Decyzji mało spektakularnych, mało glamour, o których nigdy nie będą się rozpisywać krytycy przekładu. Czy w bohaterze instynktownie odezwało się niedorzeczne męstwo, czy raczej posłuchał niedorzecznego instynktu heroizmu? Czy inny bohater trwał przez minutę zgarbiony, znieruchomiały w kontemplacji, czy może na minutę znieruchomiał i się zgarbił, kontemplując to, co miał przed oczami? Czy bohaterka rzuciła przepraszające spojrzenie, czy też w jej spojrzeniu mignęły przeprosiny? A może jeszcze jakoś inaczej? To wszystko przykłady tylko z ostatniej strony przekładu, który właśnie mam na warsztacie. Największym zadaniem, które staje na co dzień przed tłumaczem, jest właśnie dotarcie do sedna tego, co pisarz czy pisarka chce nam powiedzieć, a następnie napisanie tego po polsku, własnymi słowami, odpowiednio dobranymi i ułożonymi w kolejności. Przy czym oczywiście „odpowiednio” w subiektywnej opinii tłumacza, który skutki swojego wyboru musi potem wziąć na klatę.

    Nie bez kozery dużo piszę o polszczyźnie – bo właśnie to jest materia, w której rzeźbi tłumaczka czy tłumacz. Sens oryginału zawsze można sprawdzić, wyszukać, zgłębić, dopytać (i zwłaszcza w dobie internetu nic nas nie usprawiedliwia, jeśli nie dołożymy w tym celu wszelkich starań!), ale nad językiem ojczystym nikt nie zapanuje za nas. Nie zapomnę, jak na moich oczach rodziła się ta właśnie tłumacka świadomość. Podczas lekcji w jednym z warszawskich liceów, którą prowadziłem z okazji Międzynarodowego Dnia Tłumacza, kazałem uczniom zmierzyć się z próbą samodzielnego przełożenia fragmentu Baśnioboru Brandona Mulla. Jedna z uczennic przełożyła dosłownie, słowo po słowie, pewne zdanie, a potem patrzyła na nie bez zadowolenia. „Ale jak to, przecież nikt tak nie powie!” – protestowała. „No właśnie! Więc teraz napisz to od nowa po polsku” – odparłem uradowany, bo oto właśnie zrozumiała sedno pracy tłumacza.

    Dobrze zatem spojrzeć na tłumacza jako na autora polskiego tekstu książki. I to nie tylko w przypadku literatury najwyższej próby. Konstrukcja fabuły, intryga, budowa świata, przesłanie – za to wszystko odpowiada pisarz. Ale już opisy, atmosfera, wartka narracja, humor czy dialogi – one powstają „na cztery ręce”, dzięki wirtualnemu współdziałaniu pisarza z tłumaczem, a tłumacza z pisarzem. To tłumacz lepi nawet te najbardziej zwyczajne słowa, tłumacz na podstawie własnego wyczucia dobiera leksykon, z którego korzysta, dając autorowi oryginału polski głos. Może więc w nowym roku warto wypróbować nowy nawyk i po zamknięciu książki, która „dobrze się czytała”, zerknąć na stronę tytułową i zobaczyć, kto tłumaczył? A potem pójść za ciosem: sprawdzić, jakie inne książki przełożył ten tłumacz, i znaleźć wśród nich coś dla siebie?

    Rafał Lisowski – tłumacz literacki z języka angielskiego, absolwent Instytutu Anglistyki  UW. Od kilkunastu lat tłumaczy literaturę piękną, literaturę faktu, thrillery oraz książki dla dzieci i młodzieży. Autor około sześćdziesięciu przekładów, między innymi Kurta Vonneguta, Trumana Capotego, Stephena Kinga, Colsona Whiteheada i Brandona Mulla. Członek zarządu Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

  • „Szok! Zdradzamy prawdziwe oblicze pisarzy i pisarek”. Styczniowy felieton Sylwii Chutnik

    Jak wygląda praca pisarska wiedzą wszyscy, którzy czytali choćby „Lśnienie” Stephena Kinga. Chodzi o to, że masz coś napisać, nie masz weny, więc próbujesz zamordować swoją rodzinę. Albo jak w serialu „Californication”: zamiast pisać bzykasz laski. Albo jak w filmie „Autor widmo” Romana Polańskiego, gdzie ghostwriter ryzykuje swoje życie, aby opisać czyjeś życie. Dorzucę jeszcze „Godziny” Michaela Cunninghama, gdzie pisarka jest dobrą pisarką, bo się zabija. Podsumowując: pisanie to ciągłe zagrożenie dla otoczenia i dla samego twórcy. Ciężka i niewdzięczna robota obrosła w wiele stereotypów lub ogólnych przekonań. Pozwolę sobie je niniejszym omówić. Uprzedzając genderową policję: spis dotyczy zarazem pisarzy, jak i pisarek, ograniczyłam po prostu ilość liter, żeby Was nie umęczyć. Nie ma za co.

    1. Pisarz to nie zawód. Chociaż czasem zawód przynosi. Zacznijmy od tego, że prawdziwym zawodem to jest bednarz, kowal lub account manager, a nie jakiś marzyciel z głową w chmurach. Wydaje się, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie płacił komuś, kto wymyśla różne historyjki, bo to jest po prostu niepoważne. Wyobraźnia jest bezcenna, owszem, ale nie można od niej odliczyć podatku, więc niewiele znaczy we współczesnym świecie. Podobnie jak pisarz. Oczywiście, zapewne jakieś lobby masonerii pisarskiej wywalczyło dodanie do PKD (pozycja 90. 03.Z) „artystycznej i literackiej działalności twórczej”, ale nikt sobie tym głowy nie zaprząta i fakt ten niewiele zmienia w postrzeganiu tej grupy próżniaków i gamoni.

    1. Pisarz pisze, bo lubi. Niewątpliwie zdarzają się takie osoby, ale raczej w legendach. Nie można przecież lubić czegoś, co sprawia nam ból: od egzystencjalnego do tego wokół kręgosłupa. Przyznać trzeba, że czasami przychodzi jednak moment satysfakcji i radości z pisania, wręcz podekscytowania. Ale należy się wtedy zastanowić, czy dalsze spożywanie wysokich dawek alkoholu nie jest zbyt ryzykowne.

          Czemu więc pisarz pisze? Nic innego mu nie zostało po tym, jak znowu nie oddzwonili z Subwaya.

    www.unsplash.com/rawpixel.com
    1. Pisarz pisze, a ludzie to czytają. To nie jest jeszcze do końca potwierdzona informacja, ale zdarza się, że osoba kupująca książkę przejrzy ją czasem zanim podłoży pod chyboczący się stolik. Nie wyciągajmy jednak pochopnych wniosków, bo Biblioteka Narodowa na pewno czai się z kolejnym druzgoczącym raportem dotyczącym czytelnictwa. Poza tym nie trzeba czytać, aby rozmawiać z pisarzem – świadczą o tym wielokrotne przypadki na spotkaniach autorskich, gdzie najwięcej do powiedzenia ma osoba, która nie zna treści omawianych książek.

    2. Pisarz jest romantyczny. Bardzo. Wydaje mu się, że splendor i sława pojawiają się wraz z pierwszą zapisaną stroną, a faktury same płacą po wydaniu debiutu. Poza tym potrafi publicznie mówić o meandrach fabuły i nietuzinkowym charakterze bohatera. Pocieszny dziwak. Myśli, że ludzi to zajmuje, podczas gdy w rzeczywistości chcą wiedzieć, czy:

    3. Pisarz jest bardzo bogaty albo bardzo biedny. Chodzi o pieniądze, jest to sprawa powszechnie znana. Najchętniej zamiast small talków porównywalibyśmy swoje PIT-y na przyjęciach i zagłębiali w skomplikowane sposoby zdobywania zasiłków. Pisarska kieszeń rozpala wyobraźnię, bo do mediów przebijają się głównie doniesienia o fortunach J. K. Rowling czy E.L. James. Z drugiej strony Kaja Malanowska, a w ślad za nią inne osoby alarmują o skandalicznie niskich zarobkach związanych ze sprzedażą książek. Na to Szczepan Twardoch z piskiem opon swojego Mercedesa wyrzuca przez okno okruchy, na które rzucają się poeci. Jak to w końcu jest? Pisarze przymierają głodem czy opływają w luksusy? Cóż, zazwyczaj utrzymują się w średniej krajowej, czyli prawdopodobnie spotkamy ich raczej w Biedronce niż Vitkacu (tak, Michale Witkowski, oprócz ciebie).

    4. Pisarz jest ceniony. Może u cioci na imieninach, ale tylko, jeśli napiszą o nim w gazecie. Wtedy staje się atrakcją rodziny, która przestaje narzekać, że powinien wziąć się do roboty. Ale i tak matka będzie w nocy szlochać w poduszkę i zastanawiać się, gdzie popełniła błąd, że wychowała taką ciamajdę.

      www.unsplash.com/Ali Yahya
    5. Pisarz chla, śpi do południa a potem znowu chla. Bywa i tak, ale co ma robić, kiedy ta jego matka tak płacze, bidula? Pisarz zataczający się opisany został między innymi przez Jerzego Pilcha I Krzysztofa Vargę. Pojawia się również w co drugiej książce Sławomira Kopra jako przykład klawego życia bohemy artystycznej. Nie ukrywajmy: jest to jeden z nielicznych punktów, który budzi zazdrość u wielu ludzi, bo któż z nas nie chciałby mieć piąteczka przez całe życie? Zabawę psuje tylko natrętna myśl, że czasem trzeba coś napisać. Ale i ją można odegnać jak natrętna muchę i skupić się na tym, co mogłoby się napisać, gdyby nie to, że jest się ciągle nawalonym (pozdrowionka, Kraków!)

    6. Pisarz jest lebiegą i jełopą. Mało tego: najlepszy pisarz to martwy pisarz. Powie wam to każdy aktor, który musi grać w sztuce żyjącego autora. Pisarz jest pozytywnym bohaterem, jeśli wisi spokojnie w zakurzonej ramce na ścianie sali od polskiego. Lecz jeśli rozłazi się po kątach i smędzi coś o kryzysie twórczym, to lepiej nie podchodź. Tradycyjnie najgorzej mają poeci, bo ci muszą umierać na suchoty lub nosić niewygodne szale. Taki to nawet by żarówki nie wymienił i słoika nie odkręcił, bo by się zaraz popłakał. Wrażliwy nad wyraz. A propos kawałów, znacie to? Podobno Janusz Rudnicki przestał nazywać kobiety kurwami.

    7. Pisarz ma natchnienie. Idzie, idzie i nagle – bach – na głowę spada złota myśl. Szybko zapisuje ją gęsim piórem na czerpanym papierze lub na kawiarnianej serwetce. Nobel murowany. Rzadko się jednak wspomina, że pisanie to raczej nudna robota tkania z liter wyrazów, a z wyrazów zdań. I że gdyby tak człowiek czekał na mityczne natchnienie, to by co najwyżej się podpisał.

    8. Pisarz ze wszystkiego się ucieszy, chociaż bardzo przy tym marudzi. Ucieszy się, że po pół roku przyszedł przelew, co prawda mniejszy o połowę, ale nie bądźmy drobiazgowi. Że sprzedało się pięć tysięcy egzemplarzy książki, nad którą pracował raptem pięć lat. Że przyszły trzy osoby na spotkanie autorskie, na które jechał pekaesem i hulajnogą przez dwa dni. Będzie zadowolony, jeśli wydrukują mu recenzję na dwie gwiazdki w lokalnym dodatku Ziemi Pcimskiej. Wieczorem usiądzie do komputera i wyleje swoje żale na Facebooku, ale na drugi dzień i tak będzie skakał z radości, że ktoś polajkował to, co napisał.

    9. Pisarz nie funkcjonuje bez żony. Mama Muminka nosiła Tacie landrynki na spodeczku, kiedy on pracował nad swoimi memuarami. Żony wielkich pisarzy tworzyły czasem za mężów, żeby się bidule tak nie przemęczały. Większość z nich lata wokół spraw doczesnych, bo po co kłopotać jakimiś głupotkami w stylu pranie, prasowanie, gotowanie? Żona jest instytucją ogarniaczki. Bez niej autor nie funkcjonuje, bo musiałby zderzyć się z rzeczywistością, a przecież on jest od fikcji.

    Przykłady można mnożyć. Morał jest zaskakujący: mimo wszystkich niedoli, wiatru w oczy i dołków do wpadania pisarski ród ma się całkiem nieźle. Podobno nawet zakłada stowarzyszenie, aby bronić swoich praw. Niektórzy pisarze i pisarki – podobno – nawet nie muszą brać psychotropów i rozpoznają swoje dzieci.

    Bądźmy więc dla nich dobrzy w nowym roku, dokarmiajmy na zimę i uśmiechajmy się na dzień dobry. Kto wie, może opiszą nas jeszcze w swojej książce?

  • W oczekiwaniu na styczniowe premiery

    Uff, minął już okres, w którym premier było jak na lekarstwo, a na kolejne będziemy musieli poczekać jeszcze tyle, ile na bramkę „Lewego”, czyli krótko. Wiadomo, styczeń to nie maj, nie jest też październikiem, więc nie spodziewajcie się tutaj jakiegoś gigantycznego drenażu portfela, ale jest kilka pozycji, które bardzo polecam. „Cienie” i „Sprzedawczyka” już przeczytałem. O obu książkach będzie głośno. Kończę „Burzę” i nowego Jagielskiego, jest bardzo dobrze. Kiedy pytają mnie, co polecam w styczniu, to polecam poniższe.

  • Łukasz Orbitowski: „napiszę książkę o objawieniach maryjnych”

    Jest na świecie kilka rzeczy, które są bardzo prawdopodobne. Szczepan Twardoch będzie się kłócił na portalach społecznościowych z Andrzejem Saramonowiczem, Remigiusz Mróz wyda pięć książek w ciągu roku, a Łukasz Orbitowski pójdzie na siłownię. No, może i pójdzie, ale w tak zwanym międzyczasie napisze książkę o objawieniach maryjnych. Szok i niedowierzanie. Najnowsza powieść laureata Paszportu Polityki ukaże się w 2019 roku, a roboczym tytułem jest „Kult”. Rozmawiamy też o pisaniu książki w notesie oraz o próbie dorównania Józefowi Korzeniowskiemu. W trakcie rozmowy Łukasz delikatnie zdewastuje swój komputer i opowie o pracy na budowie. Generalnie rzecz ujmując, rozmowa odbyła się w miłej atmosferze, a ja do teraz nie mogę uwierzyć, że Orbitowski napisze taką książkę.

  • „Osiem lat z Mortką”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Tematem tego felietonu miało być podsumowanie mijającego roku. Ale niechcący wyszło mi podsumowanie ostatnich ośmiu lat. Lat, które spędziłem z komisarzem Jakubem Mortką

    Mortka „urodził” niemal równe osiem lat temu, gdzieś na przełomie 2009/2010 roku. Trudno mi podać dokładną datę. Myśl o napisaniu kryminału chodziła za mną od dłuższego czasu. Rozważałem różne pomysły, motywy, możliwe wątki. A także kilku bohaterów. O większości już zapomniałem. Pamiętam, że przez chwilę zastanawiałem się nad dziennikarzem. Szczęśliwie skończyło się tak, jak się skończyło – na zwykłym, szarym komisarzu z komendy stołecznej.

    Podpalacz” powstał w ekspresowym tempie, którego nie udało mi się już powtórzyć przy okazji żadnej z innych moich książek. To było totalne zatopienie się w fabule, pisanie w każdej możliwej chwili. A potem redakcja. Bardzo bolesna. Opowiadałem o tym wielokrotnie, ale miałem w „Podpalaczu” kilka swoich ulubionych scen, dialogów, opisów. Uważałem, że są ważne, że stoją literacko wysoko i pokazują coś ważnego. Wszystkie, ale to dosłownie wszystkie zostały skreślone przez redaktora z dopiskiem – zbyt długie. I faktycznie – były zbyt długie. Do dziś uważam, że dopiero podczas redakcji „Podpalacza” tak naprawdę nauczyłem się pisać.

    Następna była „Farma lalek”. Napisana z dużymi obawami, bo wszyscy powtarzali, że druga część jest zawsze najtrudniejsza. No to nie była. Pisało mi się ją niewiarygodnie łatwo i przyjemnie. Fabuła w ogóle nie stawiała żadnych oporów. Słowa same wyskakiwały spod klawiatury. A potem z tego powodu aż do premiery towarzyszyły mi spore obawy. Byłem pewien, że coś zawaliłem. Czegoś nie zauważyłem. Coś musiało pójść nie tak. Ale nic się takiego nie stało. „Farma lalek” okazała się sporym sukcesem. Dobre recenzje. Zakup praw filmowych (ostatecznie nic z tego nie wyszło). Zadowolenie czytelników.

    I wtedy poczułem się zbyt pewnie, co odchorowałem przy „Przejęciu”. Znowu, dokładnie pamiętam ten moment. Mniej więcej połowa książki. Termin oddania całości już na tyle blisko, że powinienem zacząć się sprężać. Nagle dopadła mnie ta przerażająca świadomość, że przecież to co piszę, nie ma żadnego sensu. Że postacie, które wymyśliłem zachowują się jak laleczki w teatrze, a nie prawdziwi ludzie. Że totalnie nie przewidziałem tego, że oni też powinni reagować na wydarzenia w powieści, a nie grzecznie czekać aż ich Mortka po kolei przyjdzie przesłuchać. Słowem – wszystko się posypało. Naprawienie tego kosztowało mnie kilka nieprzespanych nocy, a potem tygodnie żmudnej pracy, kiedy mozolnie łatałem fabułę i próbowałem uratować to, co jeszcze było do uratowania. Pod koniec poczułem się wyczerpany i tak, zdradzony przez swoich bohaterów. To też był powód, dla którego na rok zostawiłem Mortkę w spokoju. Bo trzech książkach obaj mieliśmy siebie serdecznie dość.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Osiedle marzeń” było jak powtórne spotkanie z bliskim przyjacielem, z którym jednak rozstaliśmy się w gniewie. Byliśmy dla siebie uprzejmi, wspominaliśmy ze śmiechem dawne chwile, ale jednak zachowywaliśmy wobec siebie zdrową rezerwę. Obaj niepewni, czy jeszcze się na siebie złościmy, czy już nie. Książce to wyszło mam wrażenie na dobre. „Osiedle marzeń” pisałem najbardziej świadomie. Dokładnie wiedziałem, co chciałem osiągnąć, jakimi środkami. Na co mogę sobie pozwolić, a na co nie. Nie było już tutaj ani tego natchnienia z „Podpalacza” ani zaskakującej łatwości pisania z „Farmy Lalek”, ale solidna, czasami nawet nudnawa, praca. Ale podobało mi się to. Poczułem, że poznałem Mortkę na nowo. Odkryłem jego inne strony, których jeszcze nie znałem. A przy okazji, bardzo rozwinąłem się jako autor.

    I wreszcie „Cienie”, które towarzyszyły mi przez cały miniony rok. Najpierw podczas pisania, potem podczas redakcji i rozmów z pierwszymi czytelnikami. Cholera, patrząc wstecz, nie sądziłem, że to wszystko się tak skończy. I dla mnie, i dla moich bohaterów. Wątek Kochana miał potoczyć się w zupełnie inną stronę i zupełnie inaczej zakończyć. Podobnie z Borzestowskim, Grudą, Suchą i innymi bohaterami. Wreszcie Mortką. Nie wierzyłem, że zrobi to, co zrobi. Zaskoczył mnie? W dużym stopniu. Ale też wspominając każdą z tych książek, przypominając sobie najważniejsze sceny (najważniejsze z perspektywy czasu, wtedy je za takie nie uważałem), widzę, że to musiało się tak skończyć. Konsekwentnie prowadziłem tę historię i sam tego nie wiedząc krok po kroku zbliżałem się w stronę „Cieni”.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Chcę od razu Państwa uspokoić. Na pewno jeszcze spotkamy się z Mortką. Będę o nim pisał tak długo, jak tylko przychodzić mi będą do głowy dobre historie. Ale nie wiem, kiedy pojawi się kolejna książka. „Cienie” wiele zmieniły. Po opisanych tam wydarzeniach, Mortka nie będzie już tym samym człowiekiem, co do tej pory. Upartym warszawskim gliną, który towarzyszył mi przez ostatnie osiem lat. A ja jeszcze nie wiem, w kogo się zmienił.

    Dlatego z dużym niepokojem, ale i ciekawością, czekam na nadejście 2018 roku i Państwa reakcje na „Cienie”. Chciałbym móc o nich z Państwem porozmawiać. Dowiedzieć się, jak wy to wszystko odbieracie. I chciałem wam też podziękować, że czytaliście moje książki, pytaliście, co się wydarzy dalej, przychodziliście na spotkania autorskie. Gdyby nie to, „Cienie” nigdy by nie powstały.

    Ale to nie wszystko. Łamię swoją zasadę jedna książka na rok. Na maj zaplanowana jest kolejna premiera. Tym razem opowieść spoza jakiegokolwiek cyklu. Trochę thiller, trochę powieść obyczajowa. Mroczna, straszna, ale także miejscami mocno liryczna. O miłości, rodzinie i tysiącu błędów, które popełniamy każdego dnia. Pisanie jej jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Nigdy nie wnikałem tak głęboko w psychikę swoich bohaterów. Nigdy nie bolało to aż tak bardzo. Odpowiedź na pytanie, czy efekt będzie wart wysiłku, pozostawię już czytelnikom.

    A ponieważ to już ostatni felieton w 2017, czas na życzenia. Te moim zwyczajem będą proste. Życzę Państwo zdrowia i Wszystkiego Najlepszego! A także, kilku dobrych książek do przeczytania w czasie nadchodzących dwunastu miesięcy.

    Wojciech Chmielarz

  • Zagraniczne torpedy 2017 roku. TOP 10

    Podobnie jak w przypadku polskiego TOP 10: każdy może stworzyć swój, ten jest bardzo subiektywny, te książki po prostu spodobały mi się w mijającym roku najbardziej. Nic nie poradzę 🙂 Kolejność jest przypadkowa, więc proszę się nie sugerować, tylko przeczytać całą dychę. Od dechy do dechy 😉

  • „Komiksowi synowie Eastwooda”, czyli Jakub Ćwiek bierze na warsztat opowieści rysunkowe

    Pamiętacie kiedy Johnny Cash ukradł Trentowi Raznorowi piosenkę „Hurt”? Nie, nie tylko nagrał swoją jej wersję , ale właśnie ukradł, zupełnie jakby zabrał z parkingu auto z umową sprzedaży podpisaną in blanco i wszystkimi papierami w schowku. Piosenka należała do swego twórcy, lidera Nine Inch Nails i nagle puff, przejął ją legendarny muzyk country u schyłku żywota. Jak to się w ogóle mogło stać?!

    Myślę, że dzieje się tak dlatego, że czasami opowieść i potencjalny wykonawca zestrajają się idealnie. Ten, kto opowiada, jego wrażliwość, doświadczenia, przemyślenia zgrywają się z materią wyjściową, z tekstem, z historią, z bohaterem i tak oto twór wirtualny nabiera realnego kształtu. Jak w tej ślicznej, romantycznej scenie z nowego Blade Runnera, gdzie hologramowa dziewczyna używa prawdziwej, by kochać się z głównym bohaterem. Coś stało się do bólu prawdziwe.

    Myślę o tym Hurt, a te moje rozmyślenia prostą drogą suną w stronę komiksowego Wolverine’a. Ścieżka skojarzeń jest tu dość prosta – w zwiastunie filmu Logan wieńczącego ekranowe przygody tego niezwykłego mutanta pojawiła się właśnie ta piosenka w jedynej, uważam, słusznej interpretacji Casha. Wolverine przefiltrowany przez te gorzkie słowa muzycznej spowiedzi Raznora/Casha nabrał ludzkiego, tragicznego wyrazu, rysów, uwydatniły się jego blizny, tak fizyczne, jak i psychiczne. Czy Hurt uczyniło film prawdziwym? Nie, ono tylko pokazało, za pomocą próbnika, czego możemy się spodziewać i co dostaniemy. I faktycznie dostaliśmy.

    To, co uczyniło film prawdziwym, to zgoda twórców, by pozwolili przefiltrować tę opowieść przez siebie. By skalibrowali swoje smutki, żale, lęki i gniew z tymi zapisanymi na kartach scenariusza. By swoje marzenia, plany i powinności zgrali z celami i ideałami bohaterów. Na tym, myślę, polega dobre opowiadanie historii. Dwóch doświadczonych autorów może wziąć na warsztat tę samą postać, ba!, tę samą opowieść i przedstawić ją skrajnie inaczej!

    www.unsplash.com/Ahmet Yalçınkaya

    Są autorzy, którzy zgrywają się z postaciami, zdają się je rozumieć lepiej niż ktokolwiek inny. Zwykle ci ludzie nie są twórcami danych postaci, przejęli je kiedyś tak, jak Cash przechwycił utwór Raznora, ale nagle okazało się, że mają na ich temat coś nowego do powiedzenia. Że je czują. Takim kimś jest dla Punishera Garth Ennis, twórca kultowego Kaznodziei, który w przerwach między taplaniem się w perwersjach i krwawej jatce mówi nam o wojnie Franka Castle – i o nim samym – rzeczy, których nie spodziewaliśmy się wyczytać w opowieści o gościu, którego przecież mamy lubić. Publikowana właśnie przez Egmont seria Punisher Max to opowieść o człowieku opętanym, pozbawionym jakichkolwiek granic, prócz tych, które wyznacza sobie sam. I które w taki czy inny sposób ciągle przesuwa. To postać z dna piekła, żywy trup z rynsztoka ludzkiej podłości, który stał się celem, wojną. Który nie pamięta, jak być człowiekiem.

    Ennis wie coś o nim, ale wie też sporo o nas, czytelnikach. Zdaje się krzyczeć, niczym Maximus z Gladiatora po dokonaniu na arenie krwawej rzezi: Jesteście zadowoleni? A może jeszcze Wam mało?! Masa tego, co dostajemy na kolejnych stronach albumów, to przemoc groteskowa, wykoślawiona, karykaturalnie obrzydliwa niczym Opowieści z krypty w konwencji kontynuacji Życzenia śmierci, ale zdarzają się historie, ich fragmenty, pojedyncze kadry, którymi twórca zadaje nam pytanie: Ile plugawości jesteście w stanie znieść, by stać się takimi jak Frank? A może by przestać zupełnie się przejmować? I czy nie kusi Was, aby sprawiedliwość stawiać ponad prawem?

    Tym, kim dla Punishera jest dziś Ennis, dla wspomnianego już Wolverine’a stał się Jason Aaron. Ten rosły brodacz mentalnie mocno osadzony w południowo-amerykańskim etosie twardziela dał się już polskim czytelnikom poznać autorskimi opowieściami takimi jak Skalp czy Bękarty Południa, ale o ile w tamtych opowieściach widać kunszt i talent, o tyle w historiach o Loganie można też dostrzec serce. Fanowską miłość przelewaną na papier, objawiającą się czasem krwawą rozpierduchą w chińskiej dzielnicy, a czasem kameralnymi opowieściami o dobrych spotkaniach w złym miejscu i czasie. Myślę, że podobnie jak Ennis, tworzący swojego szalonego Castle’a, Aaron wielokrotnie podczas pisania jednym okiem zerkał na ostatnią podróż Eastwoodowskiego Williama Munny’ego z Bez przebaczenia. O ile jednak w Punisherze przymusowy powrót niegdysiejszego zabójcy do dawnego życia już na zawsze pozostawia go bestią, Aaron dla swojego bohatera szuka odkupienia. Jakby zdawał się mówić: tak, jak Munny, Logan już kiedyś odzyskał swój spokój. Może uda się jeszcze raz? I nawet jeśli on sam, jako scenarzysta, w to nie wierzy, karmi tą wizją-nadzieją tak bohatera, jak i nas. Przynajmniej ja tak mam, że nawet znając już koniec tej historii, czytając aaronowskie opowiesci o Rosomaku, wciąż, wbrew wszystkiemu, mam nadzieję, że mu się uda. Z ennisowskim Mścicielem już dawno się nie łudzę.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donell

    I na koniec jeszcze pozornie niezwiązana z tematem anegdota. Podobno, a tak się składa, że znam tę opowieść z pierwszej ręki, Neil Gaiman miał kiedyś w planach wycofanie się z pisania jednej opowieści o Sandmanie, a powodem miała być książka jego przyjaciela Jonathana Carrolla realizująca niezależnie ten sam w zasadzie pomysł. Gdy Carroll o tym usłyszał, zbeształ Gaimana, mówiąc, żeby się nie ważył odpuszczać. Nawet ta sama historia opowiedziana przez dwie różne osoby, to dwie skrajnie różne opowieści – powiedział wtedy. Zgadzam się z tym i dodam jeszcze, że niektóre historie po prostu pasują do konkretnych autorów. I cieszę się, że dwie spośród moich ulubionych postaci komiksowych trafiły na swoich kronikarzy. A jeszcze bardziej cieszę się, że polski czytelnik może te opowieści otrzymać w tak ładnej wydawniczo formie.

  • Wybaczcie, kupiłem książkę w „Biedronce”, felieton Waldemara Cichonia

    W ubiegłym tygodniu straciłem dziewictwo: po raz pierwszy w życiu, przy okazji codziennych zakupów spożywczych w sklepie popularnej sieci dyskontowej kupiłem sobie książkę. Poczułem coś w rodzaju perwersyjnej przyjemności łamania tabu; możliwość bezkarnego zbezczeszczenia świętości okazała się rozkoszą – choć nie powinienem, ciumkałem publicznie zakazany owoc opryskując wszystkich wokół jego słodkim, lepkim sokiem, potem zaś beztrosko rzuciłem pestkę na podłogę.

    Dotąd w książki – a kupuję ich sporo, zapytajcie mojej Żony – zaopatrywałem się wyłącznie w księgarniach (głównie w jednej, właściwie jedynej, zlokalizowanej w moim mieście) i sam proces kupowania literatury zawsze kojarzył mi się z czymś podniosłym, niemal mistycznym: rezerwowałem sobie na niego co najmniej dwie godziny, ubierałem się „jak do wyjścia”, wsiadałem do samochodu, przejeżdżałem specjalnie kilka kilometrów tylko w tym jednym celu, przed zakupem gawędziłem przez dłuższą chwilę o wydawniczych nowościach z zaprzyjaźnionym Panem Księgarzem, potem buszowałem wśród półek, hurra, następował moment wyboru, kupowałem książkę z namaszczeniem i, gnany chęcią jak najszybszego rozpoczęcia czytania, jechałem do domu. Tym razem książkę „Lem. Życie nie z tej ziemi” autorstwa Wojciecha Orlińskiego (polecam) po prostu włożyłem do koszyka między ziemniory, cebulę, ser żółty dojrzewający, filety z makreli i papier toaletowy; poczucie popełnienia świętokradczego bezeceństwa nie odstępowało mnie jeszcze przez dłuższy czas.

    Przyznacie Państwo, utrata dziewictwa, nawet tego związanego z kupowaniem książek w konkretnym miejscu, jest w przypadku żonatego, 43-letniego faceta rzeczą co najmniej dziwną. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo ta późna inicjacja dała mi asumpt do rozważań i pomysł na niniejszy felieton. Tak, dobrze się domyślacie, Adam Szaja znów zamówił u mnie felieton, a ja znów nie wiedziałem, o czym napisać. Bo On chciał, żeby tekst tematycznie był zbliżony do tematyki portalu smakksiazki.pl, rynku książki i innych takich, ja zaś może nie jestem całkiem zielony w tym obszarze, ale nie dysponuję wiedzą pozwalającą się wymądrzać w internecie. Poza nim też nie.

    www.unsplash.com/Jakub Kapusnak

    Nie wiem doprawdy, dlaczego kupiłem książkę w dyskoncie spożywczo-przemysłowym. Może dlatego, że ostatnio mam naprawdę bardzo mało czasu na cokolwiek, za dużo na głowie i jestem w permanentnym niedoczasie: wyszła moja nowa książka, za chwilę będą dwie kolejne, rozkręcamy z Żoną własne wydawnictwo, a oprócz tego usiłujemy okiełznać Prawdziwe Życie – wychować na porządnych ludzi dwóch synów w różnym wieku, ogarnąć dom, nie zaniedbać do końca Przyjaciół oraz nie pozwolić, aby dwa koty nie wlazły nam na głowę. Nie ma wiec możliwości, aby samolubnie celebrować luksusowe rytuały, może kiedyś znów będzie mi to dane, ale nie teraz, w każdym razie nie tak często jak dawniej. Może będę robił sobie, wzorem ludzi przechodzących na dietę, zakupową wersję „cheating day”, wielkie święto wolności od wyrzeczeń, ale nie teraz. Kiedy – nie wiem. Na razie będę częściej kupował książki w dyskontach.

    Przypuszczam, że gdybym nie kupił jej wówczas, nie kupiłbym w ogóle, nie miałbym czasu ani okazji, aby ją kupić, a przeczytać chciałem od dłuższego czasu, w końcu Lem jednym z moich Mistrzów jest. Rozgrzeszam się zatem, choć kac po świętokradztwie zostaje, rozgrzeszam się tłumacząc sobie, że wybrałem zło mniejsze, choć każdy, kto czytał Sapkowskiego od razu zakrzyknie zapewne: nie ma mniejszego zła, zło jest złem i kropka. Zatem inaczej: grzech większy (nieprzeczytanie książki w ogóle) zastąpiłem grzechem mniejszym (zakup w dyskoncie) i choć nie jestem szczególnie biegły w teologii, mam nadzieję, że będzie mi wybaczone.

    W każdym z nas – nawet w najbardziej zgorzkniałym, steranym życiem cyniku – czai się chęć życia w świecie własnych wyobrażeń. Ja chciałbym kupować książki w uroczych, małych antykwariatach i rodzinnych księgarenkach umiejscowionych w krętych uliczkach idyllicznych starówek miast. Być obsługiwanych przez uroczych staruszków – księgarzy o powierzchowności i wiedzy profesorów uniwersytetu, takich w rozpiętych kardiganach, robionych na drutach krawatach typu „knit” i w rogowych okularach na łańcuszkach, dostojnych i kulturalnych, potrafiących doradzić, co wybrać po kilku chwilach rozmowy i poznaniu preferencji nabywcy, zawsze bezbłędnie lokalizujących na zakurzonych półkach to, czego akurat żąda klient i mówiących na do widzenia „Moje uszanowanie szanownemu panu, moje uszanowanie” albo „Całuję rączki szanownej pani”. Najlepiej ze lwowskim zaśpiewem.

    Nie wiem czy taka wizja jest też księgarskiego raju jest też Państwa udziałem, ale jeśli tak – to nie mam dla Was dobrych wiadomości. Tego świata już nie ma i sami przyczyniliśmy do jego zniknięcia. Ja prawdopodobnie wbiłem ostatni gwóźdź do trumny małych, niezależnych, uroczych księgarenek wrzucając biografię Mistrza Lema do koszyka razem z ziemniorami.

    www.unsplash.com/Aliis Sinisalu

    Zamiast tego mamy sieciówki w centrach handlowych, pryszczatych młodzieńców z przyczepioną do koszulki plakietką „Uczę się”, którzy steinbeckowskiego „Na wschód od Edenu” każą szukać w dziale z przewodnikami turystycznym. Mamy też audiobooki i e-booki, których istnienie jest w jakimś tam stopniu uzasadnione, lecz dla mnie kompletnie nieakceptowalne; te literackie bękarty i tak za kilka lat nas pochłoną i pożrą; wszystko będziemy czytać już on-line na ekranach tabletów, jednym kliknięciem dając zarabiać hipsterskim właścicielom rozmaitych platform internetowych na ich samochody elektryczne i sojowe latte, choć moglibyśmy przecież kupując książki wspierać staruszków-erydytów, ich rozpinane kardigany i robione na drutach krawaty typu „knit”.

    Nie będzie ratunku ani wybawienia, nie będziemy przecież, my książkoholicy starej daty, palić czytników e-booków na stosach ani infekować wirusami ich dysków twardych, nie będziemy jak nieszczęśni luddyści w czasach rewolucji przemysłowej niszczący maszyny parowe, odbierające w ich mniemaniu pracę i chleb ludziom. Jesteśmy za to zbyt starzy i zbyt mądrzy, wolimy zresztą w tym czasie poczytać. Rewolucja dokonała się, wszystko zostało zważone i policzone, a wyrok został wydany.

    I gdy zwizualizowałem sobie ten świat poczułem się tak stary i tak nieszczęśliwy, że odruchowo sięgnąłem po książkę, aby zaciąć się jej kartką i w męczarniach (jeśli zacięliście się kiedykolwiek kartką papieru wiecie, jak to boli) wykrwawić się na śmierć, ale na szczęście przypomniało mi się, że przeczytałem – a jakże, w internecie – o pewnym szefie wydawnictwa znad morza, który wpadł na pomysł księgarni na kółkach. Wziął ów pan vana średniej wielkości (używanego zazwyczaj do sprzedawania hipsterom w plenerze niskotłuszczowych hamburgerów z soi i jarmużu), przerobił go według własnych potrzeb, ochrzcił „book-truckiem” i teraz sprzedaje z niego książki.

    Sami przyznajcie – czyż nie jest to coś wspaniałego? Nie jesteśmy zatem do końca straceni, drogie dinozaury, postęp może mieć też i taką twarz!

    P.S. Obecnie przygotowuję się do pierwszego w moim życiu zakupu książki przez internet. Trzymajcie kciuki!

    P.P.S. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz nadchodzącego Nowego Roku przyjmijcie, proszę, serdeczne życzenia wszelkiej czytelniczej pomyślności.