Kategoria: Aktualności

  • „Wishbone”, świąteczne opowiadanie kryminalne Bartosza Szczygielskiego

    To nie jest klasyczne, świąteczne opowiadanie. Takie znacie już doskonale i czytaliście je już wielokrotnie. W końcu co roku wszyscy jesteśmy atakowani Kevinem, Grinchem czy Opowieściami Wigilijnymi. Ja chciałem pokazać wam inną stronę świąt. Taką, której mam nadzieję nikt z was nigdy nie poznał. Nie zostawię was jednak z depresją, a przynajmniej nie to miałem na celu. Zobaczymy czy udało mi się go osiągnąć.

    Spokojnych dni i odpoczynku życzę wam ja, Bartosz Szczygielski.

    Kości znajdował zawsze w tym samym miejscu.

    Wciśnięte pomiędzy poduszkę, a materac obleczony pożółkłym prześcieradłem. Materiał drażnił i zaczepiał o włosy. Te, które dopiero zaczęły kiełkować na bladej skórze. Wiecznie podrażnionej od ciągłego przekręcania się i tego, co sam nazywał zastyganiem. Robił to, gdy do jego uszu dobiegały dźwięki drewna, skrzypiącego pod butami ciężkimi od błota. Wstrzymywał oddech i zaczynał modlić się o to, by nie poczuć zgrubiałych palców przeczesujących jego włosy.

    Zastygał czując, że ojciec wchodzi do pokoju.

    Mężczyzna omijał dostawiony naprędce przy ścianie kojec, gdzie pomiędzy świeżo wypranymi kocami, leżała jego siostra. Podchodził od razu do niego. Siadał na skraju łóżka. Na tyle blisko, że wyczuwał ostrą woń cytryny, alkoholu i zwierzęcego tłuszczu. Wstrzymywał oddech, gdy odgarniał mu z czoła spocone kosmyki włosów. Powolnymi ruchami tak, by żadna z sekund spędzonych z synem, nie została zmarnowana. Niemal czuł, jak jego linie papilarne zahaczają o krosty, które tak zapamiętale próbował wycisnąć stojąc wieczorem przed lustrem. Liczył, że zaschnięta krew odstraszy to, co przychodziło do niego nocami.

    Nigdy nie otwierał oczu.

    Materac skrzypiał pod obcym dla niego ciężarem. Ściany pochłaniały każdy dźwięk, nie wypuszczając poza obręb pokoju nawet piśnięcia. Nikt nic nie słyszał.

    Zastygał w bezruchu.

    Ojciec wychodził zamykając za sobą drzwi, odcinając go od resztek światła i dźwięków zmywającej po kolacji matki. Sen przychodził nad ranem. Na krótko. Wstawał i wsuwał dłoń pod poduszkę. Niedzielna kolacja, nagroda za ciężki tydzień pracy i za to, że pieniądze wracały do rodzinnej skarbonki. Nie wszystkie. Wystarczająco.

    Kość z kawałkami kurzego mięsa chwytał między palcami i oglądał z każdej strony. Szukał czegoś, co pozwoli mu zrozumieć. Smakowały gorzko.

    Jak zawsze.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    ***

    Ciągle to samo.

    Dioda powiadomień wybijała jednostajny rytm. Nie pamiętał, żeby kiedyś było inaczej. Wpatrywał się w ekran smartfona i zastanawiał, ile może zwlekać z odpowiedzią na maila. Znał nadawcę. Płacił mu, by nie musieć czekać dłużej, niż kilka minut. Każdej godziny, każdego dnia. Obiecał sobie nie wyciągać telefonu z wewnętrznej kieszeni marynarki, przynajmniej do czasu, aż usłyszy pierwsze pijackie kolędy z zza ściany. Złamał się zanim zdążył wyłączyć silnik samochodu.

    W ogóle nie powinno go tu być.

    Nie musiał czytać tego, co mu przesłano. Wystarczył sam tytuł. Odznaczył wszystkie wiadomość jako przeczytane. Napłynęło ich tyle, że musiał dwa razy przewinąć ekran, by dojść do ich końca. I to tylko w tym krótkim czasie, kiedy on starał się utrzymać samochód na drodze. Śliskiej, jak wszystko w rodzinnym mieście. Spojrzał raz jeszcze na ekran telefonu, a następnie wyłączył urządzenie.

    Święta.

    Raz w roku mógł odpuścić. Uwolnić się ze smyczy, która pomagała mu opłacić rachunki i wyjść do kina. Czasem. O ile trafił na ofertę nie nadwyrężającą rozplanowanego do ostatniej złotówki budżetu. Rozejrzał się po okolicy. Jedynie w kilku oknach zauważył światło. Reszta mieszkańców już dawno musiała siedzieć przy stole i wymieniać się uprzejmościami. Schował telefon do schowka. Miał nadzieję, że nikt tego nie zauważył. Wybita w wigilię szyba byłaby problemem, ale znacznie mniejszym, niż tłumaczenie się później, co zrobił ze smartfonem wartym więcej, niż jego miesięczna pensja.

    Dwie godziny.

    Najwyżej trzy i będzie mógł wrócić do mieszkania. W zeszłym roku spędził w nim całe święta. Nie pytali. Wysłali mu życzenia. Identyczne dostał od siedzącego przy sąsiednim biurku faceta, który zawsze przynosił do pracy żarcie śmierdzące tak, jakby znalazł je na materacu bezdomnego. Jemu również nie odpisał.

    Poprawił krawat i wysiadł z samochodu. Kurtkę zostawił w mieszkaniu. Podobnie jak dobry nastrój. Z bagażnika wyciągnął torebkę z prezentami. W lokalnym dyskoncie mieli ofertę, która kosztowała go kilka siniaków i jedną klątwę, rzuconą przez starszą kobietę, kiedy udało mu się jako pierwszemu wyciągnąć z kosza markową torebkę. Stojąc później przy kasie i patrząc na rosnącą w zastraszającym tempie wartość do zapłaty żałował, że nie jest sierotą.

    Nie po raz pierwszy.

    Dobra – zatrzasnął bagażnik. – Miejmy to za sobą.

    Przebiegł przez ulicę i otworzył drzwi prowadzące na klatkę schodową. Coś przebiegło mu między nogami. Kot nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Zniknął pomiędzy zasadzonymi wokół bloku krzewami.

    Mądra decyzja.

    Ruszył po schodach na drugie piętro. Mijał mieszkania sąsiadów z wypisanymi kredą inicjałami, których nigdy nie rozszyfrował. Zastanawiał się, czy nie powinien zawrócić. Wsiąść do samochodu i zapomnieć.

    Za późno.

    Stał przed numerem osiem i niemal czuł, jak jego rodzina podnosi się z kanapy, by wyjść mu na przywitanie. Odetchnął głęboko i złapał za klamkę. Drzwi były otwarte.

    Jak zawsze.

    Jestem – powiedział kładąc prezenty na drewnianej podłodze. – Przepraszam za spóźnienie.

    Dźwięk odkładanych sztućców przedarł się przez jazgot telewizora.

    Mówiłeś, że nie przyjedziesz.

    Była ubrana w tą samą sukienkę, którą założyła na chrzcinach jego siostrzeńca. Wtedy widział matkę ostatni raz. Niewiele się zmieniła. Dalej miała na sobie te same zmarszczki i podkrążone oczy. Odkąd pamiętał patrzyła na niego w ten sam, smutny sposób. Jak w chwili, gdy po trzech godzinach spędzonych w kuchni, po raz pierwszy próbujesz gotowe danie i wiesz, że po drodze coś zepsułeś.

    www.unsplash.com/freestocks.org

    Udało mi się wyrwać – ściągnął buty.

    Skarpetki różniły się od siebie minimalnie kolorem, ale liczył, że nikt tego nie zauważy. To były ostatnie, których zupełnie nie przetarł.

    Chodź.

    Podeszła do niego i pocałowała w policzek. Tak mu się przynajmniej zdawało, bo jedyne co poczuł to lekki podmuch wiatru. Matka darowała sobie przytulanie.

    Siostra czeka – odsunęła się, by mógł przejść w głąb mieszkania. – Jeszcze powinno być ciepłe.

    Uśmiechnął się dokładnie tak, jak za każdym razem, gdy przyłapywał ją na kłamstwie. Obydwoje wiedzieli, że mijała się z prawdą, ale żadne z nich nie chciało być tym pierwszym, który powie to na głos. Prawda nie lubi światła dziennego. Nauczył się tego, kiedy szkolna pielęgniarka na widok jego pleców i pośladków wzruszyła tylko ramionami dając mu całe opakowanie kremu Nivea.

    Wtedy pomogło.

    Nie jestem głodny.

    Nie po to stałam przy garach, żeby coś teraz zostało.

    Spuścił głowę i karnie wszedł do salonu. Pierwsze igły wbiły się w stopy, gdy tylko przekroczył próg. Choinka była już na wpół łysa tak, jakby została wyciągnięta z najgorszego miejsca na placu i oddana za darmo. Tylko po to, by nie musieć wkładać jej z powrotem na pakę samochodu. Wytarł skarpetki o dywan i zajął miejsce za stołem.

    Pięć nakryć.

    Tradycja.

    Na czterech z nich leżały jeszcze resztki świątecznej kolacji. Karp w galarecie, smażony i przyozdobiony czymś, co wyglądało jak źle starty ser. Wziął czysty talerz.

    W kuchni matka podpaliła gaz pod palnikiem.

    Co tu robisz?

    Odwrócił się.

    Nawet przy świątecznym blasku choinkowych lampek, dalej wyglądała na zmęczoną.

    Udało mi się wyrwać – wstał i podszedł do siostry. – Chciałem was w końcu zobaczyć.

    No i się udało.

    Wpatrywała się w niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Była od niego młodsza, inteligentniejsza i odważniejsza. Nie rozumiał, czemu to on wyrwał się z kipiącego od brudu miasteczka, gdzie największym wydarzeniem sezonu było włączenie świątecznych lampek przy ratuszu. To powinna być ona.

    Jak w pracy? – spytała wymijając go i zasiadając na swoim miejscu. – Dobrze sobie radzisz.

    Jego dłoń odruchowo powędrowała do marynarki, ale przypomniał sobie, że jedyne co znalazłby w kieszeni, to zgnieciony paragon ze stacji benzynowej.

    W porządku. Radzę sobie.

    Widzę.

    Beata Kozidrak uśmiechnęła się w stronę publiczności i zaczęła nucić kolejną kolędę. Wolał patrzeć na ekran telewizora, większego niż powierzchnia stołu, niż w oczy siostry. Widział w nich żal, że nie zabrał jej ze sobą, gdy ostatnim razem zamykał drzwi.

    A u ciebie?

    Usiadł naprzeciw niej. Złapał za stojącą po środku stołu sałatkę.

    Nie radzę.

    Wziął śledzia.

    Normalnie – sięgnęła po kompot ze śliwek. – Dostaliśmy premię na święta.

    Dużą?

    Nie, ale starczyło na prezent dla małego.

    Rozejrzał się po salonie. Na podłodze, oprócz zielonych igieł, zobaczył kawałki świątecznego papieru.

    Śpi.

    W końcu jakaś dobra wiadomość, pomyślał. Wolał nie wyobrażać sobie, ile hałasu jest w stanie wygenerować małe dziecko. Szczególnie na prezentowym haju. Próbował policzyć w pamięci wiek chłopaka, ale nie był w stanie.

    Obstawiał, że coś pomiędzy dwa, a trzy.

    Grzeczny jest?

    Śledź tonął w oleju, ale i tak smakował lepiej niż hot-dog, którym musiał ratować się w podróży. Liczył na to, że im dłużej będzie przeżuwał, tym większe szanse, iż matka wróci do pokoju i nie będą musieli udawać, że mają wspólne tematy.

    Te skończyły się już dawno.

    Jak aniołek. Prawie w ogóle nie płacze.

    Kiwnął głową, a spomiędzy warg wylała mu się odrobina oleju i skapnęła prosto na obrus.

    Cholera.

    Zaczął wycierać plamę znalezioną obok serwetką, ale tylko pogorszył sytuację.

    Poczekaj – siostra wstała i zniknęła pola widzenia.

    Odpuścił dalsze sprzątanie.

    Nic nie zapowiadało tego, by matka jednak wyszła z kuchni, dopóki on będzie siedział przy stole. Znów został sam z tym, czego inni nie uważali za problem. Nic się nie zmieniło. Nawet mieszanie wyglądało identycznie. Takie je pamiętał. Wyczyszczone do granic możliwości. Lśniące, choć bieda przebijała się przez płyn do mebli o zapachu kokosa.

    Przesuń to.

    Stała za jego plecami. Poruszała się bezszelestnie. Przejęła najlepsze cechy ich matki. Potrafiła być niewidzialna, kiedy tylko tego potrzebowała.

    Co to? – wskazał na pudełko, które siostra trzymała w dłoni.

    Talk.

    Sam przesunęła talerz i wysypała na obrus odrobinę białego proszku.

    Nie dotykaj – zakręciła opakowanie. – Za jakiś czas trzeba będzie to zabrać, ale później nie będzie nawet śladu.

    Drażniący zapach w niczym nie przypominał świąt. Podobnie jak to, co zobaczył na talerzu stojącym u szczytu stołu. Ceramika ozdobiona oblizanymi i wygryzionymi do ostatniego kęsa kurzymi kośćmi.

    Gdzie on jest – wskazał widelcem nakrycie.

    Siostra wzruszyła ramionami.

    A jak sądzisz? Poszedł do pokoju, źle się poczuł.

    Nie pamiętał, kiedy widział ojca czującego się dobrze. Wykańczała go praca, rodzina, obowiązki, a nawet oddychanie. Ciężko łapał powietrze, a klatka piersiowa podnosiła się wtedy tak wysoko, że prawie rozrywała koszulę. Poplamioną od potu i przetartą na mankietach. Materiał przesiąkł ulubioną potrawą. Tak mocno, że on zrezygnował z niej zupełnie w dorosłym życiu.

    Weź mnie ze sobą.

    Miętosiła serwetkę.

    Gdzie?

    Do siebie – chwyciła za szklankę z kompotem, by nie rozerwać na strzępy papieru. – Na kasie mogę siedzieć wszędzie.

    Widział dziewczyny takie jak ona. Z plakietką przyczepioną do lewej piersi, częściowo rozmazanym od potu makijażem i wymuszonym uśmiechem. Słyszał, jak rzucano w nie wyzwiskami. Czuł, jak męczyły się i wierciły na krzesłach z utęsknieniem wypatrując kierownika zmiany, by ten na chwilę wypuścił je do toalety. Wolał nie patrzeć na to, jak rosną w niej pretensje, że brat z dużego miasta, nie załatwił czegoś lepszego.

    Czegoś innego niż to, co miała do tej pory.

    Po co ci to?

    Nie chce mieszkać z rodzicami do końca życia.

    A z bratem chcesz?

    Zagryzła przekleństwo i popiła je kompotem.

    Pomogę jej, bo przez ciebie nigdy nie wyjdzie z kuchni.

    Wychodząc zahaczyła o choinkę, strącając na podłogę kolejne igły.

    Podział był klarowny. Wyczuwał to. Nie powinno go tu być. Słyszał, jak we dwie przestawiają garnki między kuchennymi palnikami. Zupełnie, jakby kolacja miała się dopiero zacząć, a nie właśnie dobiegała końca.

    Podniósł się.

    W korytarzu pachniało barszczem. Siostra siedziała na kuchennym stołku i udawała, że coś wpadło jej do oka. Matka zmywała, by nie musieć patrzeć na żadne ze swoich dzieci. Stanął przed ich dawnym pokojem. Oddał go w całości nowej rodzinie, którą musiała założyć jego siostra. Otworzył drzwi i zajrzał do środka.

    Owoc nocy spędzonej na imprezie andrzejkowej leżał tam, gdzie kiedyś ona. Jego miejsce zajmował ojciec w pełnym, świątecznym rynsztunku. Rozwiązany krawat spoczywał na piersi, wznoszącej i opadającej w rytmie, którego pozazdrościłby mu metronom. Od progu czuł, co go pokonało. W całym pokoju unosił się fetor rodzinnego świętowania. Bałby się podpalić zapałkę, żeby wszystko nie stanęło w ogniu.

    Zbliżył się do łóżeczka.

    Dzieciak spał przytulając się do pluszowego misia. Dalej z metką i ceną. Większą, niż sugerował to wygląd zabawki. Blond włosy nie pasowały do rodzinnej tradycji, ale kontrastowały z śnieżnobiałą pościelą. Także nową.

    Przejechał palcami po jego czole i odgarnął włosy na bok. Wyciągnął spomiędzy rączek zabawkę, oderwał cenę i schował do kieszeni. Pluszak lepił się do skóry. Podniósł go do twarzy i powąchał.

    Kurwa.

    Odłożył zabawkę na miejsce.

    Ojciec chrząknął tak, jakby wyczuł stojącego nad nim syna. Odchrząknął, gdy otworzył mu usta i włożył do środka palec. Brzydził się tej twarzy. Twarzy, którą widywał zawsze, gdy zamykał oczy. Wcisnął dłoń najgłębiej, jak potrafił.

    Bez znieczulenia.

    Szybko.

    Organizm zareagował natychmiast.

    Wyciągnął palec i docisnął dłonią ojcowskie usta, by nic nie wypłynęło.

    Czuł, jak kawałki niestrawionego jeszcze kurczaka, odbijają się od jego dłoni i wracają tam, gdzie powinny być. Do przełyku.

    Zapach pijackiego wieczora mieszał się z ostrą wonią czerwonego barszczu, który wreszcie znalazł się na wigilijnym stole.

    Wytarł dłoń o zimny policzek.

    Ułożył misia przy siostrzeńcu i wyciągnął spod poduszki kawałki kości. Włożył je do kieszeni spodni i poprawił marynarkę.

    Barszcz czekał na niego. Po talku nie było już śladu.

    Jedz, bo ci wystygnie.

    Matka szukała innego programu ze świątecznymi kolędami, ale żaden nie spełniał jej wygórowanych wymagań. Spojrzał na siostrę zapamiętale dłubiącą w makowcu.

    Pomyślimy – powiedział do niej. – Pomyślimy.

    Uśmiechnęła się.

    Szczerze.

    Jak nigdy.

    www.unsplash.com/Tim Mossholder
  • Premierowy fragment „Cieni” Wojciecha Chmielarza. Jest petarda!

    Na początek krótki wstęp ode mnie, który dowodzi, że na najnowszą książkę Wojciecha Chmielarza warto czekać. Poniżej mogą Państwo przeczytać prolog, ja jednak dostałem trochę więcej, no dobra, mam całą książkę. Nie piszę tego po to, żeby się chwalić, ale żeby uzmysłowić, że prawie doszło do katastrofy, bo zamiast przygotować poniższy tekst do publikacji, to zacząłem czytać całość. Uwierzcie, niewiele brakowało, a zadzwoniłby autor z wyrzutami: „- Halo, halo, jest dziewiąta, gdzie prolog na stronie”? Na (nie)szczęście zgłodniałem, co mnie otrzeźwiło. Zachęcam do lektury, a premiera „Cieni” już siedemnastego stycznia. Dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Marginesy za to, że zdecydowali się premierowo upublicznić fragment na smakksiazki.pl 

    Jeszcze ich nie zabraliście? – zapytał Mortka.

    Chcieliśmy, żebyś zobaczył to na własne oczy. Grudniowy poranek. Absolutnie najgorsza rzecz, która może się zdarzyć w tym kraju, który i tak nie słynie ze zbyt przyjemnego klimatu. Było zimno i mokro. Jesień zdychała w męczarniach i nawet wschód słońca w Milanówku niewiele tu pomagał.

    Andrzejewski podał Mortce lateksowe rękawiczki. Komisarz włożył je bez słowa i wszedł do domu jednorodzinnego. W salonie technik kryminalistyki robił ostatnie zdjęcia. Na dźwięk kroków podniósł głowę.

    To na pana czekaliśmy? – zapytał.

    Chyba tak. Dokumentacja już zrobiona, ale i tak proszę niczego nie ruszać. Poza tym proszę się rozgościć.

    Dzięki.

    Policjant stanął przy ścianie, obrzucając wzrokiem cały pokój. Najważniejsze było pierwsze wrażenie. Szczegóły, które się wtedy zapamiętywało, zostawały na zawsze. Dlatego patrzył w skupieniu.

    Najpierw wystrój. Z zewnątrz dom wyglądał całkiem zwyczajnie. Wewnątrz czekała jednak spora niespodzianka. Marmurowe posadzki. Przykurzone, podniszczone i w wielu miejscach poplamione. Gipsowe kolumny udające greckie. Sztukaterie pod sufitem. Meble. Skórzana kanapa i fotele. Zbyt duże, wręcz gigantyczne. Ciemna skóra, podobnie jak podłogi, wymagała czyszczenia i konserwacji. Obok szklany stolik. Pod jedną ze ścian wielki telewizor. Parę lat temu robił wrażenie, ale teraz był po prostu przestarzały. Wszystko przez kineskop. Pod drugą kominek. Od dawna nikt w nim nie palił.

    Dom, który kiedyś był bogaty. Dom, który potrzebował pieniędzy.

    Na podłodze lśniło szkło z rozbitych szklanek. W ścianach świeże dziury po kulach. Naliczył cztery. Niedaleko, mniej więcej pośrodku pomieszczenia, ciało kobiety w wieku około pięćdziesięciu lat. Blondynka w znoszonym dresie. Leżała na brzuchu. Głowa przechylona na bok. Usta na wpół otwarte. W dłoni pogrzebacz. Pod zwłokami kałuża zaschniętej krwi w kolorze bordowego lakieru, którym starsze kobiety malowały sobie paznokcie u stóp.

    Mortka stanął kilka kroków przed ofiarą. Podniósł dłoń, jakby celował, i wymierzył z palca. Dziury po kulach znajdowały się w ścianie naprzeciwko niego. Pod stopami dojrzał błyszczące łuski.

    Tak – odezwał się technik z boku. – Strzelał do niej, kiedy pędziła, żeby mu przyłożyć tym żelastwem.

    To ona rzucała w niego szkłem?

    Tak to dla mnie wygląda. Wpadła do salonu. Zobaczyła, co się dzieje. Najpierw rzuciła w niego szklanką. Nie trafiła. To poleciała po pogrzebacz.

    Mortka pokiwał głową.

    Marcin w ogóle jestem.

    Kuba.

    Komisarz obszedł ciało z lewej strony. Przyjrzał się pogrzebaczowi. Na jego czubku nie dostrzegł żadnych śladów krwi. Prawdopodobnie nie zdołała zadać ciosu. Kula dosięgnęła ją wcześniej.

    Półtora metra od niego na marmurze pojawiła się szkarłatna smuga. Ciągnęła się szeroko, wijąc się delikatnie i prowadząc w stronę kolejnego pomieszczenia. Poszedł jej śladem. Minął gipsową kolumnę. Za progiem znajdowała się kuchnia, a do smugi dołączyły zakrwawione ślady rąk i palców. Półtora metra dalej czekało na niego kolejne ciało. Tym razem młoda kobieta. Dwadzieścia kilka lat. Kruczoczarne włosy opadały częściowo na twarz, częściowo na podłogę. Powieki przymknięte. Można by pomyśleć, że źle się czuje i położyła się tutaj, żeby odpocząć. Miała na sobie czarne obcisłe spodnie od kostiumu i białą bluzkę. Na wysokości brzucha zabarwiła ją na czerwono ogromna, lepka plama krwi.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Postrzał w brzuch – powiedział technik z salonu. – Cholernie bolesna sprawa. Namęczyła się, zanim odeszła.

    Widzę. Obok ciała leżał telefon.

    Dzwoniła do kogoś? – zapytał Mortka.

    Pod alarmowy.

    Co konkretnie powiedziała?

    Niewiele. Zdążyła tylko poprosić o pomoc.

    Kiedy przyjechała policja?

    Dziesięć minut po zgłoszeniu. Lokalne chłopaki z Milanówka.

    Widzieli coś? Kogoś?

    To nie do mnie.

    Jasne. Dzięki.

    Lewą rękę dziewczyna trzymała na brzuchu. Próbowała zatamować krwotok. Prawa leżała na podłodze, odciągnięta nienaturalnie w bok. Zakrwawiona dłoń była nieznacznie odgięta. Na serdecznym palcu dostrzegł biały krąg skóry. Jedyny fragment, który nie był poplamiony.

    Wrócił do salonu. Technik skończył już swoją pracę i czekał z założonymi rękoma. Wyglądał, jakby fucha przewodnika po domu sprawiała mu przyjemność. Mortka pokazał na schody prowadzące na górę.

    Jest tam coś?

    Coś tam jest, ale nic interesującego. Wszystko rozegrało się tutaj. Salon. Kuchnia.

    Rozumiem. – Komisarz podrapał się po brodzie. – Pokażesz mi go?

    A nie widziałeś?

    Nie.

    To chodź. Technik poprowadził go z powrotem do kuchni. Podszedł do blatu.

    Obok aluminiowego garnka i nadpalonej dawno temu bawełnianej szmatki leżał pistolet. Policyjny P99.

    Tutaj go znaleźliście?

    Tak.

    Nie ruszaliście? Nie przenosiliście?

    Nie. Sprawdziliśmy tylko numery seryjne, żeby wklepać w naszej bazie. I wtedy wyszło, co wyszło.

    To na pewno z tej broni strzelano?

    Wyślemy do waszego laboratorium, ale z lufy śmierdziało prochem, a kaliber pasuje.

    Dzięki za pomoc.

    Wojciech Chmielarz, Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Jakby pan miał jeszcze jakieś pytania, to proszę do mnie zadzwonić. Technik wyciągnął kawałek papieru. Napisał na nim swój numer telefonu i dał Mortce. Komisarz pożegnał się z nim skinieniem głową i wyszedł na zewnątrz. Andrzejewski czekał na niego na podjeździe. Podinspektor i szef stołecznego Wydziału Zwalczania Terroru Kryminalnego i Zabójstw dreptał w miejscu, próbując się ogrzać. Na łysą głowę nasunął kaszkiet, którego daszek opadał mu niemal na brwi.

    Widziałeś? – zapytał.

    Widziałem – potwierdził. – To bez sensu. Nie zabija się dwóch osób i nie zostawia się na miejscu pistoletu.

    To broń służbowa. Czy ją wziął czy nie, nie ma znaczenia. Zidentyfikowalibyśmy ją po pociskach i łuskach.

    Ale to by trochę zajęło.

    Słuchaj, Kuba, są możliwe dwa scenariusze. Albo zorientował się, że dziewczyna zadzwoniła po pomoc, i wiedział, że nie zdąży zatrzeć śladów. Zostawił broń, bo to już nie miało żadnego znaczenia.

    Albo?

    Albo to, co się tutaj działo, nie było zaplanowane. Wszystko wydarzyło się na gorąco. A wiesz, jak jest w takich sytuacjach. Ludzie popełniają głupie błędy. Nawet policjanci.

    Mortka kiwnął głową.

    Po co mnie tu przywiozłeś?

    Żebyś zobaczył wszystko na własne oczy, żeby nie wpadły ci do głowy żadne głupie pomysły.

    Niby jakie?

    On zniknął. Nie wiemy, gdzie jest. Chociaż nie przesądzam o jego winie, wszystko wskazuje na niego. Prawdopodobnie się ukrywa. Może będzie szukał wsparcia. Może zwróci się do ciebie. Wtedy przypomnij sobie to, co tutaj widziałeś, Kuba. I pod żadnym pozorem – niezależnie od tego, że to twój kumpel, niezależnie od tego, że razem pracowaliście – nie pomagaj mu. Nie pomagaj Kochanowi, Kuba.

  • „Małgorzata Szejnert stała nade mną z batem”, rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską

    Do czego były jej potrzebne pudła w trakcie pisania ? Czy często sądzi, że napisała gniota? Kiedy poczuła świeżą krew i dlaczego temat Beksińskich uznała za warty książki? No i dlaczego pisanie jest koszmarem? O tym wszystkim Sylwia Chutnik rozmawia z Magdaleną Grzebałkowską, dziennikarką, reportażystką oraz autorką książek. 

    Zacznijmy od tożsamości. Dziennikarka czy reportażystka?

    Jedna i druga. Zajmuję się w życiu tym, co lubię. Zawsze chciałam być dziennikarką. Wydawało mi się to nierealne. A jednak. Mam szczęście w życiu, że pracowałam we wspaniałych redakcjach: Dużym Formacie Gazety Wyborczej. Moje książki to są właściwie reportaże i biografie w jednym. Nie napisałam reportażu o ks. Twardowskim, tylko książkę reporterską o nim. Wolę nie mówić, że jestem biografką, bo do końca nie umiem powiedzieć, co to znaczy biograf. Reporterka to pisze reportaże, proste. A biograf? Opracowuje postać bardziej naukowo? Poza tym lepiej określić moje książki biografiami, bo łatwiej je umieścić w odpowiednim dziale księgarni.

    Z tym bywa czasem problem.

    Na przykład książka Szymona Hołowni „Tabletka z krzyżykiem” stała kiedyś w dziale „zdrowie”.

    Moja powieść „Kieszonkowy atlas kobiet” stała w dziale przyroda. Wróćmy do pisania – zawsze mi się wydaje, że jako reporterzy trzymacie się razem. Jak kolektyw.

    Może to kwestia sposobu pracy, jak w redakcjach, z których większość nas pochodzi. Kiedy pracowałam w Dużym Formacie to pełniłam funkcję reporterki z północy. Wtedy nie było dostępu do Internetu i komórek, więc praca polegała na tym, że była Warszawa oraz cztery jednostki na różnych końcach kraju. Ja byłam reporterką na północy, zresztą odziedziczyłam to stanowisko po Cezarym Łazarewiczu. Po jakimś czasie końcówki polikwidowano, a ja zostałam do samego końca, bo nie widziałam sensu przenosić się do Warszawy. Nikomu to zresztą nie przeszkadzało, bo można już było wysyłać teksty mailem. I przyznam, że strasznie mi brakowało tego fermentu redakcyjnego. Bo uwielbiam te wszystkie rozmowy, wymienianie się pomysłami. Czułam wręcz, że jestem trochę pokrzywdzona siedząc na osobności. Bo na miejscu to jest tak, że kierownik działu wychodzi ze swojego pokoiku, który jest obok i mówi: „Mam świetny temat, chcesz?” A ja byłam w Sopocie sama. Masz rację, że trzymamy się jako środowisko blisko. Bardzo się przyjaźnimy, lubimy. Jesteśmy podobnie ukształtowani w myśleniu o reportażu. Mam nadzieję, że nie jest jednak tak, że kiedy czytasz nasze książki to wszystkie są na jedną nutę?

    A skąd! Myślę, że reportaż w Polsce jest na tyle zindywidualizowany, że łatwo odróżnić styl poszczególnych autorek i autorów. Jak to jest współpracować się z takimi nazwiskami jak Małgorzata Szejnert, Mariusz Szczygieł czy Hanna Krall? To inspiracja, czy raczej duszenie się w panteonie?

    To jest najlepsze, co mogłoby cię spotkać. To jest tak, jakbym była matematykiem czy fizykiem, a spotkała Einsteina. Lepiej nie mogłam trafić. Poza tym oni nie krzyczą, są cudowni.

    Na pewno? To są przecież silne osobowości.

    Moją prawdziwą szefową, która mnie ukształtowała, była Małgorzata Szejnert. Małgosia stała nad nami z batem. Teraz takich ludzi już nie ma. To był kontakt uczeń – mistrz. Coś co jest potrzebne, bo w reportażu, aktorstwie czy szyciu butów trzeba mieć mistrza. Praca wyglądała tak: najpierw wybierało się materiał i wysyłało do Małgosi. Numerowało się każdy gotowy tekst. Pisałam na przykład o wróżkach, to nadawałam plikowi tytuł: „wróżki 1”. Małgosia poprawiała i pisała „wróżki 2”. Czasami dopiero jedenasty plik był dobry. To była praca, praca, wylane łzy.

    Magdalena Grzebałkowska, Fot.Agnieszka Traczewska

    Uczy pokory.

    Tyle się wkłada emocji we „wróżkę 1”, że potem nie ma siły na „wróżkę trzy” albo „sto”. Ale bardzo się cieszę, że przeszłam taką drogę. Kiedyś mnie zauważono, przyjęto i potem wykształcono takimi właśnie metodami pracy.

    Podpatrywałaś kolegów przy pracy?

    Oczywiście zbadałam ich styl, uważałam, że genialnie piszą. Zanim usiadłam do reportażu, to się naczytałam. Jak się naczytam to ten styl sam wchodzi. Oczywiście czułam, że mam własny sposób na opisywanie rzeczywistości. Piszę szczegółowo. Z tekstów innych osób najbardziej odpowiada mi styl reportaży Jacka Hugo-Badera. Trochę łobuzerskie i to mi w nich najbardziej odpowiada. Nie staram się być Baderem, wiadomo, ale na początku człowiek się jednak trochę napatrzy. Ale potem, w moim przypadku po ponad dziesięciu latach coraz mniej czytałam innych. Trochę się wyrobiłam.

    Pisałaś do gazety i nagle przyszedł pomysł na książkę?

    Nie, nigdy nie marzyłam o książce. Moi koledzy redaktorzy już wtedy zaczynali pracować nad dłuższymi formami. Po prostu kryzys na rynku mediów spowodował, że trzeba było szukać innych ścieżek, żeby można było zostać w zawodzie, utrzymać siebie i rodzinę. Ale też człowiek ma zwykle jakąś ambicję, że chce napisać tę książkę. Ja takich ambicji nie miałam, po prostu uważałam, że mi to na pewno nie wyjdzie. Natomiast nigdy też nie marzyłam o wydaniu książki złożonej z reportaży. Bo to jest też tak, że autorzy po napisaniu sześciuset reportaży robią od razu kompilację. Wydawało mi się, że gdybym tak zrobiła u siebie, to byłaby zbyt duża różnorodność tematów. Powiem ci, że pisanie to jest w ogóle jakiś koszmar.

    Pełna zgoda.

    Oczywiście, cały czas piszę i chcę pisać coraz więcej. Kiedy pisałam biografię Jana Twardowskiego to mnie wykończyło. Ale pracowałam wtedy na pełnym etacie w Dużym Formacie, nawet nie mogłam im mówić, że to robię, bo w Wyborczej nie lubią, kiedy dziennikarze robią coś na zewnątrz. Robiłam to w sekrecie.

    Nielegalne pisanie.

    Wtedy też za dużo pracowałam. Robiłam reportaże, zbierałam materiały. W ciągu półtora roku pracy nad książką miałam sześć angin. Mój organizm próbował mi powiedzieć, że to jest jakieś szaleństwo. Potem książka została przyjęta bardzo dobrze. Pomyślałam sobie: wiem, że umiem napisać książkę, teraz wracam do reportażu, bo z czegoś trzeba żyć. Inaczej się nie da. Nie myślałam, że istnieje jakiś kolejny temat, że w ogóle miałabym coś nowego napisać. Ale wiadomo, jak już wydawnictwo ma cię w sieci, tego kolejnego rzemieślnika co oddaje na czas, to zaczyna nęcić tematami. Niektóre były fajne, łatwe. Ale ich nie chciałam, bo jak jest za łatwo to nie jest fajnie.

    Jak jest trudno, to jest dobrze?

    Tak. Odrzucałam kolejne tematy, ale przyszła kryska na Matyska, czyli Beksińscy. Zadzwonili któregoś razu i powiedzieli – co powiesz o Zdzisławie Beksińskim? I wtedy odezwała się we mnie hiena dziennikarska. Ona we mnie tkwi, wyłazi. Poczułam świeżą krew. Po latach pracy w Dużym Formacie to się po prostu to czuje, umiem ocenić dobry temat. Zadzwoniłam po poradę do Małgosi Szejnert, a ona na to, że świetny temat, fantastyczny. Jeden zamordowany, drugi popełnił samobójstwo. Po prostu świetnie. Bo jakby się chciało o nich osobno, to by się nie dało. Byli ze sobą splątani węzłem gordyjskim. Dopiero po tym, jak się zgodziłam o nich pisać, to odkryłam, że oni są z Sanoka i mieszkali tam do lat siedemdziesiątych. Z Sopotu jest bliżej do Sztokholmu niż do Sanoka! Ale to byłoby idiotyczne rezygnować tematu ze względu na odległość. Podpisałam więc umowę.

    Pracowałaś na ogromie materiału archiwalnego. Klęska urodzaju.

    Mnie w ogóle wychodzą grube książki, więc się tym nie przejmowałam. Ksiądz Twardowski był sam, ale on żył aż dziewięćdziesiąt lat, Beksińscy też byli grubaśni, ale to są dwie postaci, prowadziłam je równolegle. O księdzu nie miałam dużo materiałów. Czasami rwałam włosy z głowy, bo ludzie nie chcieli ze mną rozmawiać, bali się, że trafią do sądu. W przypadku Beksińskich miałam odwrotnie. Ich rodzina miała kompulsywną potrzebę zapisywania swojego życia. Głównie Zdzisław: pamiętniki, dzienniki, korespondencja. Miał przymus odpisywania na listy tego samego dnia, kiedy dostał korespondencję. Jego przyjaciel Tadeusz Nyczek powiedział kiedyś mi, że oni tak kochali listy od Beksińskiego, że pisali na przykład: „Cześć Zdzisiek jak się czujesz? Pozdrowienia z Krakowa”. A Zdzisiek odpisywał epistoły fantastycznie gombrowiczowskim stylem. Miał też taki zwyczaj, że nagrywał swoje życie domowe na magnetofony szpulowe. Miałam niebywale wybitny materiał. To było straszne – co odrzucić co wybrać.

    Jak sobie z tym radziłaś?

    Kupiłam sobie takie kartony w sklepie papierniczym i miałam jeden na każdą osobę. Potem miałam również instrukcję obsługi do tych kartonów, potem instrukcję do instrukcji. Jezu, tego było mnóstwo! A jeszcze kartki na szybie, notatki. Jakoś z tego wybrnęłam. Byłam przekonana, że piszę coś potwornie złego, że to będzie niedobra książka. W reportażu też tak zwykle miałam. Jak redaktor powiedział „to jest świetne”, to ja byłam zdziwiona. Jak mówił, że złe to triumfowałam: o, miałam rację. Pisząc o Beksińskich myślałam, że to jest słabe. Myślałam, również o tym, że jak nie napiszę to będę musiała oddać zaliczkę. Pomyślałam, że dokończę tekst, a jak im się nie spodoba, to nie wydadzą. Jeszcze skończyłam pracę przed czasem, bo już tak tej książki nienawidziłam. Oddałam z przekonaniem, że zadzwonią i powiedzą: „słuchaj to jest straszne”. Dopiero po dwóch, trzech latach zaczęłam uważać, że książka nie jest taka najgorsza. Tylu ludzi ją pochwaliło, że chyba uwierzyłam.

    A jak to było z „1945”?

    Lubię pisać reportaże historyczne, ale zwykle nie ma na nie zapotrzebowania. Liczą się tylko sprawy bieżące. Napisałam książkę o Beksińskich, wróciłam do Dużego Formatu i było mi słabo na myśl, że muszę coś napisać. Nie miałam siły, a musiałam wrócić do normalnej roboty. I wtedy przyjechał szef wydawnictwa Agora i zaproponował cykl reportaży o roku 1945. Zbliżała się rocznica zakończenia Drugiej Wojny Światowej. Rozmowa odbyła się w sierpniu 2013 roku. Byłam jak dziecko we mgle. Podchodziłam do tego naiwnie, że oto będę historyczką, mam przecież takie wykształcenie. Po pierwsze wydawało mi się, że uda mi się bardzo szybko to napisać. To była bzdura, bo przez pół roku nie mogłam znaleźć klucza do tego zagadnienia. Te tematy, które wybrałam to w ogóle nie wychodziły. Założyłam sobie, że muszę rozmawiać z ludźmi, którzy pamiętają rok czterdziesty piąty, że to jest podstawa tej książki, bo za dziesięć lat nie pogadam już z tymi ludźmi. Trudno było do nich dotrzeć. Musiałam liczyć na pocztę pantoflową i szczęście.

    Książka dostała nagrodę Nike Publiczności w 2016 roku. Uwierzyłaś, że umiesz pisać?

    Chyba tak.

    Czy mogę spytać o nowy tekst czy to drażliwy temat?

    Właśnie oddałam wydawnictwu Znak książkę o Krzysztofie Komedzie. W czasie pracy nad nią wydawało mi się znowu, że mam zbyt mało materiału, ale finalnie wyszło nawet za dużo. Pisałam o moim bohaterze w kontekście jego środowiska i historii polskiego jazzu.

    Jest już tytuł? „Komeda. Portret podwójny”?

    Jeszcze go nie ma. Książka w czytaniu. A ja się oczywiście zamartwiam, że zaraz zadzwoni redaktor i powie „no, tym razem wyszedł ci gniot”.

  • „Ryzykanci”, ostatni w tym roku felieton Jakuba Ćwieka

    Wielokrotnie podczas spotkań zapytany o popkulturę dzieliłem ją na potrzeby wypowiedzi – bo wiem, że to duże uproszczenie, w dodatku niepotrzebnie wartościujące – na dobrą i złą. Tę pierwszą pojmowałem jako końcowy efekt sytuacji, w której twórca, mając coś do przekazania, znajduje język, formę i medium tej wypowiedzi trafiające do szerokiego odbiorcy. Druga to taka, gdy twórca kalkuluje na chłodno, co się ludziom spodoba, na co z takich czy innych powodów jest zapotrzebowanie i się tej kalkulacji na chłodno poddaje. Co warte podkreślenia, drugiej popkultury jest zawsze wielokrotnie więcej, bo nie tylko ona sama się namnaża, ale i, wyczuwszy trend, błyskawicznie konstruuje klony końcowego efektu pierwszej. To stąd, nie znając genezy tej czy tamtej opowieści, łatwo się w tym wszystkim pomylić. Pierwszy z brzegu przykład? Tolkien i wszyscy jego naśladowcy, którzy zafundowali większości z nas przesyt heroicznym fantasy.

    Piszę o tym akurat teraz nie bez powodu. Oto jestem w trakcie lektury najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego i uważam, że należy mu się za nią solidny medal. Już tłumaczę, dlaczego.

    Na ile udało mi się przez te naście lat zawodowego pisania poznać rynek, większość czytelników, niezależnie od swojego światopoglądu, w kwestii podejścia do doboru lektur wykazuje się zaskakującym czasami konserwatyzmem. I nie mówię tu już nawet o dyktowanym poglądami odbiorze tej czy tamtej pozycji. Mam na myśli raczej bardzo wąski dobór lektur w oparciu o ukształtowany środowiskowo gust. To troszkę jak dekorowanie mieszkania czy trendy modowe – kryminały pasują mi do butów, bliskozasięgowy reportaż i latte to mój ulubiony zestaw popołudniowy, a romanse to nie, bo gryzą się z apaszką i kuchnią pod wymiar.

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    I nie chodzi tu już nawet o przywoływanie snobistycznego podziału na literaturę ambitną i rozrywkową (nieodmiennie każdego, kto na poważnie używa tego podziału, mam za solidnie ograniczonego), ale o zaczopowanie się w ramach jasnego, określonego pola lektur. Zamknięcie się w tej wyszydzanej, bo i nadużywanej przez coachów wszelkiej maści strefy komfortu. Czytelnik czyta A i tak dobiera sobie autorów, by mu to A dostarczali. Autor, który chce pisać B idzie do czytelników B, a obaj mają szczerą nadzieję, że kiedyś uda im się te grupy jakoś ze sobą połączyć, bo fajnie byłoby pisać co się chce, co w duszy gra, a nie tylko pod dyktando.

    Weźmy takiego Remka Mroza. Tempo jego pracy jest niezwykłe, wyczucie trendów bardzo dobre – Remek pisze to, co ludzie chcą czytać, więc – wedle mojej kulawej definicji – tworzy popkulturę złą. Odwróconą. Nie znaczy to z automatu, że jego książki muszą być złe, bo ta definicja z założenia nie ma wartościować materiału, ale wpływ na rozwój. Książki dające masowemu czytelnikowi dokładnie to, czego ten chce, to odpowiednik nocnego kebsa po imprezie. Każdy czasem potrzebuje, ale trudno w oparciu o niego układać dietę.

    No ale miało być o Remku. Kiedy słuchałem jego „Czarnej Madonny”, widziałem w niej pewną próbę ucieczki, może nawet raczej buntu. Oto Mróz, konsekwentnie i pracowicie budujący sobie bazę odbiorców, przyzwyczajający ją do tego, że jego nazwisko jest wyznacznikiem pewnej formuły snucia opowieści, konstruowania dialogów, proporcji między wyszukaną wiedzą a akcją etc., nagle robi skok w grozę. „Czarna Madonna” to horror, a więc nisza niszy. Raz, że to fantastyka, a ta ma określoną grupę odbiorców, ale i wysoki próg wejścia dla muszących się przełamać obcych. Dwa, że powieści grozy, kojarzące się nieodmiennie z okładkowymi makabreskami z lat dziewięćdziesiątych, mają w Polsce status porównywalny do porno. Jeden King wiosny nie czyni, kilka hermetycznych for i paru sensownych autorów gustów powszechnych nie zmieni, o czym przekonał się swego czasu boleśnie Zygmunt Miłoszewski ze swoim Domofonem. A Mróz spróbował. I to podjął tę próbę, będąc u szczytu popularności, w chwili, gdy właściwie nie musi podejmować podobnego ryzyka. Ba, jedyne, co mógł, to stracić, bo zyskać raczej nie miał czego.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl


    Nie uważam „Czarnej Madonny” ani za książkę specjalnie udaną ani za rzeczywiście pełnoprawną ucieczkę. W pewnym momencie, rzekłbym nawet, że dość szybko, autor wraca w wytarte brownowskie koleiny, miota bohaterami po świecie, ucieka od tej grozy, z którą wystartował. Ale bezsprzecznie próba jest. Inaczej niż w przypadku pseudonimu z Wysp Owczych, który można było odebrać jako podczepianie się pod dogasającą modę na Skandynawów, tu mamy do czynienia z próbą faktycznego podzielenia się autora z czytelnikami czymś wyraźnie jego. Czy ta próba się udała? Nie znam wyników kasowych Madonny, ale tak rozbieżnych recenzji u swojego twardego elektoratu Remek nie miał jeszcze nigdy. Często tu i tam padało zdanie, że być może to czas, by przestać w ciemno kupować nazwisko, bo, jak widać, nie zawsze dostarcza.

    I teraz pytanie: czy Remek odważy się ponownie eksperymentować?

    Myślę sobie o podjętym przez Mroza ryzyku, ale przed oczami staje mi inne podejście – hardość od początku: po mojemu albo wcale. Taki Twardoch idący konsekwentnie swoją ścieżką i opowiadający historie szukające swojego czytelnika. Jasne, że Szczepan rozwijał się w swoim pisaniu cały czas, uczył się, jak opowiadać swoje złożone historie, jednocześnie pozostając sobą i zdobywając odbiorcę. Gdzieś tam, w pewnym momencie, po chwilowym zachłyśnięciu się sukcesem „Morfiny” nabrał nawet durnego przekonania – które sformułował w wywiadzie – że literatura nie potrzebuje popu. Potem jednak zmądrzał i napisał „Króla” – swoją najbardziej popową książkę, jednocześnie zdobywającą mu masowego odbiorcę i realizującą jego wobec literatury założenia. Na ile rozmawiam z różnymi ludźmi (w tym bibliotekarzami czy księgarzami z małych miasteczek), po nominacjach i nagrodach Twardoch dla masy ludzi przestał wreszcie być autorem, z którego książką warto się pokazać. Stał się takim, którego da się czytać.

    Gdzieś pomiędzy ścieżką Mroza a Twardocha – choć zdecydowanie bliżej temu drugiemu – jest Orbitowski, który wyszedł z gatunkowej niszy, potem kawał czasu poświęcił, by papierem ściernym zetrzeć łatkę, poszukać siebie, swoich opowieści, swoich na nie słów, by wreszcie wrócić odmieniony i dojrzały jako twórca dający to, czego chce. Co zaskakujące, Łukaszowi udało się podczas tej wędrówki utrzymać ze sobą większość grupki towarzyszącej mu na początku. Trochę w nawiązaniu do jego najnowszej pozycji mógłbym go tu przyrównać do Mojżesza, który idzie pewnie ku obiecanemu, nie zwracając uwagi na utyskiwania. Jestem w tej grupie, choć muszę przyznać, że jak Żydzi na pustyni, tak i ja miałem chwilę zwątpienia w postaci Widm. Ale wytrwałem.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Bo, mówiąc szczerze, to wydaje mi się kluczowe – wytrwać. Wszystkie trzy zaprezentowane postawy łączy jedno – podjęte przez pisarzy ryzyko. Coś, co, zwłaszcza w pisaniu, najłatwiej podjąć na początku, gdy jeszcze nie mamy nic do stracenia. Bo wtedy jedyne, co kładziemy na szali, to garść naszych frustracji, może niespełnione marzenie. Ale przecież zawsze jest jeszcze pseudonim, zawsze możemy pójść inną drogą, coś zmienić. Później robi się coraz trudniej. Czy to upór w konsekwentnym czekaniu na swój moment, aż krople wydrążą skały tak, by można było przejść po prostu, wyprostowanym i gotowym, czy bycie zagubionym, szukającym się liderem garstki, obiecującym w końcu ziemię obiecaną czy wreszcie ryzykowna wolta na szczycie, której nie spodziewa się nikt…

    A, no i właśnie, bo mieliśmy do niego wrócić. Jest jeszcze Miłoszewski. Jedno z największych nazwisk na giełdzie polskiej literatury, uważany – myślę, niesłusznie – za króla polskiego kryminału i – tu już jak najbardziej zasłużenie – za świetnego pisarza. Zadebiutował rodzimym horrorem i choć książka była dobra, choć opierała się na dobrych amerykańskich, znakomicie zlokalizowanych wzorcach, sukcesu nie odniosła. Udało się z kryminałem, ale to już na trendzie, na fali, z odrobiną szczęścia. Potem brownowski „Bezcenny”, który choć z potencjałem, nie był jednak Szackim i część ludzi tym odrzucił (był też średnio udany, choć chyba z jedną z najlepszych scen otwarcia jakie czytałem w polskiej literaturze współczesnej). Gniew skończył się tak, że czwarta część, idę o zakład, wyprzedałaby ze dwa realistyczne nakłady w przedsprzedaży. A on nie. On idzie w inną stronę i próbuje z Narodową komedią romantyczną. I jakby tego ryzyka było mało, wolta jest podwójna, bo ta powieść – co skrzętnie ukrywają spece od marketingu WAB – to czysta fantastyka! Modelowa wręcz historia alternatywna, stanowiąca odłam fantastyki właśnie. Sprytne i uroczo przebiegłe, panie Zygmuncie!

    (Choć zakładam, że jeden z drugim zaślepiony pogardą gatunkową czytelnik nawet tego nie zauważy albo zracjonalizuje w jakiś niezamierzenie zabawny sposób).

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    No ale było o ryzyku pisarskim, a ani słowa o czytelniczym. A to istnieje również. Otóż książka może się nie spodobać. Może nam nie zagrać. Wydamy wtedy pieniądze, poświęcimy czas i to wszytko pójdzie na zmarnowanie. W dzisiejszych czasach, gdzie w tle wszystkiego słyszymy taktometr, należy uważać co się bierze do ręki i oferuje swoją uwagę. Ale…

    Jeśli chcemy, by autorzy podejmowali ryzyko, a tym samym rozwijali siebie i literaturę wokoło, my również, jako czytelnicy, nie możemy trzymać się wąskiego poletka, na którym – jak kiedyś przypadkiem odkryliśmy – jest nam dobrze. Musimy czasem pójść za autorem, którego lubimy, pozwolić mu to i owo sprawdzić. Czasem lekko się ugiąć. Bo pomyślcie – ilu autorów byłoby skłonnych pisać opowiadania, ale tego nie robi, bo na wydawanie zbiorów opowiadań niechętnie patrzą wydawcy, a z kolei masowy czytelnik nie uznaje formy ebookowej? A przecież opowiadanie to najlepsza próbka autora w nowym gatunku.

    Ilu autorów nie zaryzykuje fajnych historii w innym gatunku, bo czytelnicy są wierni swoim uprzedzeniom gatunkowym bardziej niż pisarzom? Narzekamy czasem na książki pisane pod szablon, ale kiedy ostatni raz sami odsunęliśmy nasz szablon obok?

    Nie mogę mówić za wszystkich pisarzy, ale większość tych, których znam, podejmuje ryzyko w małych formach i chętnie podjęłoby je w większych. Pytanie: damy im szansę?

  • „Zmęczony detektyw”, rozmowa z Peterem Jamesem

    Bierze udział w oględzinach miejsc zbrodni, a także w sekcjach zwłok. Wydaje się, że zbrodnia nie ma przed nim tajemnic, co doskonale widać w jego książkach. Marta Guzowska rozmawia z Peterem Jamesem o małych miasteczkach, wrażliwości detektywa, a także o pierwszoligowych przestępcach. To jednak nie wszystkie tematy, łapcie wywiad z autorem książki „W godzinie śmierci”, która jesienią ukazała się w Polsce.

    Dlaczego właśnie Brighton, a nie jakieś większe miasto? Zaryzykuję stwierdzenie, że Brighton nie wydaje się na pierwszy rzut oka zagłębiem zbrodni…

    Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego, gdzie umieścić akcję kryminałów z Royem Grace’em – od razu zdecydowałem się na moje rodzinne miasto, Brighton. Dla przybysza z zewnątrz Brighton to modny i bardzo piękny nadmorski kurort, który jednak ma długą i mroczną historię – sięgającą korzeniami wioski przemytników! W czasach regencji miasto zyskało opinię modnego kąpieliska, ale w 1841 roku, kiedy pomiędzy Londynem a Brighton uruchomiono linię kolejową, ze stolicy zaczęli napływać kryminaliści w poszukiwaniu bogatszych łupów i zdrowszego środowiska. W nadmorskim Brighton zaroiło się od łobuzów, prostytutek, kieszonkowców, rabusiów, szmuglerów i gangów. Ponieważ kolej zapewniała szybki dojazd z Londynu, wielu zamożnych londyńczyków przywoziło do Brighton swoje kochanki. Miejscowość zyskała sławę jako miejsce weekendowych schadzek.

    Trzej kolejni szefowie policji Sussex powiedzieli mi, że Brighton jest ulubionym w Wielkiej Brytanii miejscem osiedlania się przestępców z pierwszej ligi. Powodów jest kilka. Po pierwsze wiele dróg ucieczki, rzecz kluczowa dla wszystkich złoczyńców: porty wzdłuż kanału La Manche, Eurotunel i lotnisko Gatwick w odległości 25 minut. Dojazd pociągiem do Londynu zajmuje zaledwie 50 minut. Duże porty morskie po obu stronach – Shoreham i Newhaven, są wprost idealne do importowania narkotyków i eksportowania skradzionych samochodów, antyków i gotówki. W Brighton znajduje się największa liczba sklepów z antykami w Wielkiej Brytanii, które idealnie nadają się do upłynniania skradzionych towarów i prania pieniędzy. Przez wiele lat miasto dzierżyło tytuł, o którym nie wspominały turystyczne przewodniki: „angielskiej stolicy narkotykowej śmierci w zastrzyku”! Jest tu sporo bogatej młodzieży i największa społeczność gejowska w Wielkiej Brytanii, co zapewnia rynek zbytu dla miękkich narkotyków. Dodatkowo dwa uniwersytety oznaczają dużą społeczność studencką. Do tego mamy ogromną liczbę nocnych klubów i napływowe fale turystów. Co bardzo ważne, żaden autor kryminałów nie umieścił jeszcze akcji swoich powieści w Sussex.

    W godzinie śmierci” nie jest klasycznym kryminałem. Mamy tam oczywiście zbrodnię, ale najważniejsza jest tajemnica z przeszłości. Dlaczego zdecydowałeś się zafundować czytelnikom dwie zagadki w jednej powieści?

    Zawsze fascynowało mnie, jak przeszłość i teraźniejszość splatają się ze sobą. Upływ czasu jest hipnotyzujący. Połączenie minionych wydarzeń ze współczesną zbrodnią – za pomocą zegarka na rękę, który urasta tu do rangi symbolu – wydało mi się doskonałym pomysłem.

    Detektyw Roy Grace także nie jest typowym dla tego typu literatury bohaterem – to świeżo upieczony ojciec, bardzo zaangażowany w życie rodzinne. Wydaje się, że to zupełnie nowy trend, który coraz częściej pojawia się w powieściach kryminalnych: kochający ojciec i dobry mąż zastępuje samotnego wilka. Czy możesz wyjaśnić, skąd to się bierze?

    Każdego roku spędzam wiele godzin z policjantami, towarzysząc im zarówno na miejscach zbrodni, jak i w czasie prowadzenia śledztwa – często dotyczącego bardzo poważnych zbrodni. Samotny wilk już nie istnieje. Wszystkie główne śledztwa kryminalne w Wielkiej Brytanii to praca zespołowa. Łatwo o tym zapomnieć, ale detektywi wiodą zwykłe życie rodzinne poza miejscem zbrodni i prowadzonym śledztwem, choć często to, co widzą i czego doświadczają w pracy, ma trwały wpływ na ich życie prywatne.

    Peter James, fot: www.peterjames.com

    Czy to, że zbrodnia jest tylko pretekstem do pokazania społeczeństwa, to wpływ skandynawskich kryminałów?

    Nie. Myślę, że zarówno powieści skandynawskie, jak i moje własne, wpisują się w długą tradycję studiów nad ludzkim życiem poprzez obserwowanie przestępczego półświatka. Tradycję tę rozpoczął Sofokles, kontynuowali ją: Szekspir (ponad połowa jego sztuk koncentrowała się na zbrodniczych czynach) oraz Charles Dickens. I tak to trwa aż do czasów współczesnych.

    Zarówno Grace, jak i jego współpracownicy są zmęczeni pracą, zmęczeni rodzinami, zawsze źle się czują zaniedbując dzieci lub pracę, zawsze spóźnieni… Czy to symbol naszych czasów?

    Tak obecnie wszyscy cierpimy na brak czasu – nie inaczej jest z policjantami.

    Grace doświadcza tego, czemu wielu młodych rodziców musi stawić czoła: przemoc jest dla niego straszniejsza, odkąd został ojcem. Czy podzielasz ten niepokój?

    Zauważyłem to, rozmawiając z wieloma policjantami. Jeden z moich dobrych znajomych na policji usiłował ostatnio reanimować dwoje dzieci w wieku 4 i 6 lat, które zostały uduszone przez własną matkę, niestety nie udało się już ocalić im życia. Potem musiał iść do domu i położyć własne dzieci do łóżka.

    Kolejna rzecz z życia Grace’a: w bardzo realistycznej scenie z „W godzinie śmierci” Grace wychodzi z domu i natychmiast rozgląda się wokół siebie, starannie, a wręcz obsesyjnie skanując otoczenie w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. To doświadczenie czy licentia poetica?

    Doświadczenie – cała policja jest świetnie przeszkolona w zakresie orientacji sytuacyjnej, by mieć doskonałe rozeznanie zarówno w przestrzeni, jak i we własnej sytuacji, w związku z tym zawsze bacznie rozgląda się dookoła, gdziekolwiek się znajduje.

    W naturalny sposób narzuca się pytanie, jak wiele twoich cech ma w sobie Roy Grace?

    Całkiem sporo. Dzielimy wiele zachowań, mamy podobny gust i upodobania, to samo nas złości. Roy Grace wierzy głęboko, że wszyscy jesteśmy zobowiązani do tego, by odchodząc pozostawić świat nieco lepszym, niż był wtedy, kiedy się na nim pojawiliśmy. Podzielam ten pogląd i w pewnym sensie właśnie dlatego piszę – badam i próbuje lepiej zrozumieć świat, w którym żyjemy, ludzkie czyny i ich motywacje. Czuję, że Roy i ja jesteśmy bardzo bliskimi kumplami – tyle że on jest zdecydowanie odważniejszy!

    W twoich książkach widać kawał solidnej policyjnej roboty. Juże kilkakrotnie wspomniałeś, że współpracujesz z policją. Masz policyjnych przyjaciół czy informatorów, którzy mówią ci, jak naprawdę wygląda ich praca?

    Mam wielu znajomych wśród policjantów. Powieściowy Roy Grace jest luźno wzorowany na byłym nadinspektorze śledczym wydziału zabójstw w Sussex. Miałem szczęście poznać Davida dość dawno temu i być jego wiernym cieniem na przestrzeni kilku lat, podczas których awansował z inspektora na nadinspektora. Biuro Davida stało się pierwowzorem dla gabinetu Roya Grace’a, obaj panowie mają też wspólną specjalizację, czyli stare, dawno zamknięte sprawy kryminalne. Na tym jednak kończą się podobieństwa – David jest szczęśliwie żonaty i nie interesują go zjawiska nadprzyrodzone, choć ma bardzo otwarty umysł, a gdy w 2015 roku ponownie stanąłem na ślubnym kobiercu, został moim drużbą!

    Peter James, fot: Diana Frangi

    W powieści „W godzinie śmierci” widoczne są wyraźne odniesienia do innych utworów literackich. Czy pisarz musi być erudytą? A może powinien być nim sam detektyw?

    Myślę, że wszyscy dobrzy detektywi odznaczają się dociekliwym umysłem i łapczywie chłoną wiedzę z wielu dziedzin, a wielu z tych, których osobiście znam, sypie cytatami jak z rękawa i jest niezwykle elokwentnych. Jednak moim zdaniem najważniejszą cechą pracowników policji jest inteligencja emocjonalna.

    Cytując jednego z antykwariuszy, bohatera powieści „W godzinie śmierci”: „Dywany mają skazy, ponieważ tylko Bóg jest doskonały”. Czy pisząc swoje książki, dążysz do perfekcji? Dopracowujesz tekst w najdrobniejszych szczegółach czy pozwalasz sobie na małe błędy, skoro tylko Bóg jest doskonały…?

    Cóż, robię co w mojej mocy, by każda z moich powieści była jak najbliższa ideału! Ale moi czytelnicy zawsze lubią wyszukiwać w nich drobne niedociągnięcia. Ostatnio dostałem ośmiostronicowy list, tłumaczący, jaka jest różnica pomiędzy cementem a betonem. Podczas gdy inny czytelnik uprzejmie poinformował mnie, że mosiądz nie rdzewieje, tyko koroduje!

    E, no tak, to akurat prawda. Jestem archeologiem i coś o tym wiem 🙂 Bardzo dziękuję za wszystkie odpowiedzi!

    A ja dziękuję za świetne pytania! Oto linki do moich stron w internecie, mam nadzieję, że uda się podpiąć je pod wywiadem:

    Mój kanał YouTube channel: www.peterjames.com/YouTube

    Moja strona internetowa: www.peterjames.com

    Facebook: https://www.facebook.com/peterjames.roygrace

    Twitter: https://twitter.com/peterjamesuk

    Instagram: https://instagram.com/peterjamesuk

    Moje zwierzęta na Instagramie: https://instagram.com/peterjamesukpets

    Moja strona w serwisie Amazon: https://www.amazon.com/Peter-James/e/B000APS7L4/ref=sr_tc_2_0?qid=1469738214&sr=8-2-ent

  • Petardy roku, czyli 10 najlepszych polskich książek 2017

     

    Czy było łatwo? Nie. Czy dużo było skreślania i dopisywania? Tak. Czy ranking jest obiektywny? Absolutnie nie. Poniżej przedstawiam Wam mój prywatny TOP 10 polskich książek mijającego roku. Rzutem na taśmę wskoczyła jedna książka, którą właśnie skończyłem, więc siłą rzeczy któraś musiała wypaść. Mogłem podzielić na najlepsze kryminały, powieści, biografie, itd., ale stwierdziłem, że wrzucę wszystkich do jednego worka i wybiorę te tytuły, które najdłużej siedzą w głowie i skłaniają do przemyśleń. W przeciwieństwie do niektórych rankingów, nikt z autorek oraz autorów nie jest moim partnerem, także proszę się nie doszukiwać drugiego dna. Jeszcze jedno, kolejność jest przypadkowa, wszystkie są dla mnie absolutnym topem. 

  • „Nie pisz do mnie po pijaku”, grudniowy felieton Sylwii Chutnik

     

    Czają się w nich różne sekrety. Czasami należy czytać między wierszami, aby znaleźć ich ukrytą treść. Są wysyłane z podróży, z izolacji albo z własnego domu. Kiedy nie można powiedzieć tego osobiście – bo za daleko, bo zbyt boli – wówczas wysyłamy komuś list lub pocztówkę. We współczesnych czasach brzmi to nieco retro (napisałam o tym zresztą w październiku). Ale jeśli chcemy podejrzeć dawne czasy to warto zajrzeć do korespondencji z przeszłości.

    Listy zaliczane są – obok dzienników, pamiętników i autobiografii – do literatury dokumentu osobistego. Możemy brać je pod uwagę badając życiorysy lub czasy, w których zostały stworzone. Dzięki nim poznajemy obyczaje i kulturę przeszłości, a także relacje społeczne. Pewne tematy pojawiają się mimochodem: ówczesne ceny produktów, wysokość pensji, sytuacja polityczna i zwyczajne problemy. Okruchy codzienności zanurzone są zwykle w tematach dość uniwersalnych: a to ktoś się w kimś zakochał, a to się pokłócił. Zmienił pracę lub mieszkanie. Nie wie, co zrobić ze swoim życiem, odczuwa lęk lub – wręcz przeciwnie – wreszcie jest szczęśliwy. 

    www.unsplash.com/Joanna Kosinska

    Istnieje wiele zachowanej korespondencji między pisarzami lub ludźmi kultury. Jedną z bardziej znanych jest antologia listów miłosnych przygotowana przez Barbarę Riss, gdzie poznamy pocztę około sześćdziesięciu pisarzy i pisarek, w tym Marii Dąbrowskiej, Adama Mickiewicza czy Brunona Schulza. Niedawno czytelników zachwyciła książka „Najlepiej w życiu ma twój kot” prezentująca wymianę listów między Wisławą Szymborską (zdecydowanie troskliwą i skromną, ale i szalenie zabawną) a Kornelem Filipowiczem (zabawnym, owszem, ale jednak egoistą i marudą).

    Ciekawym zbiorem jest również korespondencja Edwarda Stachury. Na przykład w liście do Andrzeja Babińskiego pisał: „Twoje niektóre pomysły są żenujące, żeby użyć eufemizmu. I nie pisz do mnie po pijaku. To, co Ty, będąc na bani, możesz mi powiedzieć, to ja wiem albo dobrze się domyślam”. Nie pisz po pijaku – złota maksyma, o której zapomina tak wiele osób (dotyczy również SMS-ów). Co ciekawe, Stachura wysyłał też widokówki do samego siebie.

    Czytanie listów to również zaglądanie pod fasadę człowieka. Możemy znaleźć wątki sensacyjne, jak w przypadku swoistej powieści epistolograficznej, czyli wielogłosu Czesława Miłosza i Jarosława Iwaszkiewicza. Podczytywanie ich listów niewątpliwie zaspokaja ciekawość. Tym bardziej, że pierwotnie korespondencja między pisarzami miała być objęta tajemnicą do pięćdziesięciu lat po śmierci Miłosza. Powiedzmy sobie to wprost: wszyscy zastanawiali się, czy sławna wzmianka w dzienniku Iwaszkiewicza o „chędożeniu Czesia Miłosza” była prawdą. Nic nie zdradzę, przeczytajcie sami.

    Pod względem pewnego rodzaju obnażenia interesujący jest również zbiór fragmentów pamiętnika i listów Marka Hłaski kierowanych głównie do matki. Dowiadujemy się z nich, że ten macho i bon vivant prosił mamunię o pieniądze i jedzenie. Są też watki dramatyczne, na przykład wtedy, kiedy matka przesyła mu zdjęcie rzekomego dziecka Hłaski, które miałby mieć z kuzynką Jerzego Andrzejewskiego. Kiedy pisarz dowiedział się, że przeszło dziesięcioletni chłopiec może być jego synem napisał: „jeśli dziecko jest moje, zajmiemy się nim, to jasne, jeśli nie, to po co ta cała ponura komedia”. Sprawy zasadnicze omawiały były korespondencyjnie. Listy stanowiły bowiem często jedyną formę kontaktu z osobami przebywającymi na emigracji.

    Takim przykładem jest choćby wydany tom korespondencji z czasów emigracji wojennej Andrzeja Bobkowskiego i Jana Lechonia. Natomiast portret środowiska powojennych literatów polskich znajdziemy w zbiorze „Na Rogu Stalina i Trzech Krzyży”, czyli listów kierowanych do Jerzego Borejszy, twórcy domu wydawniczego Czytelnik.

    Zdjęcie z książki Wydawnictwa Literackiego „W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982”. Archiwum domowe Leopolda Tyrmanda.

    Podobnie jest z niedawno wydanym zbiorem korespondencji między Leopoldem Tyrmandem a Sławomirem Mrożkiem. Obaj pisarze byli emigrantami, tęskniącymi do Polski i z Polską się wadzącymi. Wymieniali ze sobą setki listów przez prawie dwadzieścia lat traktując swoje pisane rozmówki niczym terapeutyczno-intelektualne gadania odbywające się zwykle gdzieś przy kawiarnianym stoliku. Ironiczny pesymista Mrożek i płynący wiecznie pod prąd Tyrmand, jak nazwał autorów Tadeusz Nyczek, rozdawali ciosy w różnym stylu. Gdybym miała porównać ich do jakiejś dyscypliny sportowej to byłyby to szachy przesuwane szablą. Precyzyjne ruchy, docinki i sugestie sączące się niespiesznie, ale okrutnie celnie i boleśnie. Uwaga, mogą poranić palce.

    Wzajemne złośliwości są prawie niewyczuwalne, za to świat obrywa na potęgę. Czytanie tomu to intelektualna przyjemność. „Trwajcie nadal w elastycznej nieufności. To najracjonalniejsza postawa” pisał Tyrmand. Jakże to aktualne.

    A jak wyglądałaby korespondencja współczesnych pisarzy i pisarek zebrana w jakiś opasły tom? Przecież większość z niej toczy się zwykle na Messengerze lub innych komunikatorach. A to oznacza liczne naklejki, gify, memy i linki. Wymiana myśli jest mocno kontekstowa, a skrótowe komunikaty wystukiwane są na klawiaturze, a nie pisane na papierze. Sytuacja tworzy nowe poziomy interpretacji. Bo coś, co jest „zwykłym” tekstem, odtworzeniem myśli i zapisków dnia – jak w przypadku zbioru korespondencji Tyrmanda i Mrożka – odbierane może być jako tradycyjny zapis przeszłości, ale dość prosty w odszyfrowaniu. Co jednak zrobić z „chwilówkami” w postaci nawiązania do popkulturowych dzieł, aluzji do środowiskowych awanturek i skandali? Czy za kilka lat nasze korespondencje będą kogoś obchodzić? I czy w ogóle gdzieś zostaną zachowane?

    www.unslpash.com/John Jennings

    Badacze będą musieli być chyba zarazem informatykami, bo nie wystarczy im wygrzebanie z Muzeum Literatury starych zapisków lub szukanie ich po znajomych i rodzinie pisarzy. Trzeba będzie wyłowić tysiące komunikatów gdzieś z internetowej chmury, a i wtedy nie będzie pewności, że te nasze naklejki będą znaczyć cokolwiek. I wśród nich nie znajdziemy raczej perełek w stylu tyrmandowskiej histerii z powodu łysienia, od którego popada w „metafizykę i religianctwo”. A może i my piszemy do siebie literaturą, tylko zakrywamy to ze wstydem?

    Ja w każdym razie nie życzę sobie wydawania moich listów nawet tysiąc lat po śmierci, bo i wtedy spłonę ze wstydu (pozdrowienia dla tych, którzy podejmują ze mną Bitwy na Gify).

  • „Zostawiliśmy za sobą niewolnictwo, ale nie rasizm”

    Ta książka po głowie chodziła mu przez 16 lat. Napisał ją dopiero wtedy, gdy został ojcem. Z Colsonem Whiteheadem rozmawiam o „Kolei podziemnej”, niewolnictwie, serialu na podstawie książki, a także o tym, czy prześladowania rasowe to już tylko złe wspomnienie. 

  • Po co Ci wyzwanie czytelnicze? Grudniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Moim największym wyzwaniem jest to, by przetrwać kolejny dzień i nie wpaść pod autobus. Wbrew pozorom, to nie takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Tymczasem co jakiś czas natrafiam na ludzi, którzy uwielbiają stawiać sobie wyzwania. Świetnie, szkoda tylko, że do niczego więcej one nie prowadzą.

    Miałem kiedyś ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniu prowadzonym w bibliotece, gdzie po uprzednim przeczytaniu powieści, grupa osób opowiadała o swoich odczuciach na jej temat. Wiecie zapewne o czym mówię. Klasyczny klub książki. Na takich spotkaniach miałem szansę zderzyć się z opiniami, które diametralnie różniły się od mojej. Żywa dyskusja o intencjach pisarza oraz o tym, co wydaje mi się najważniejsze w literaturze – jak książka wpłynęła na nas samych. Wyznaję zasadę, że wszystko powinno czemuś służyć, a w szczególności właśnie książki.

    Czytanie dla samego czytania nie jest niczym nadzwyczajnym, ani czymś, czym trzeba się chwalić. Dla mnie to normalna czynność i dlatego z ciekawością obserwuję kilka profili, które miały chyba na celu promowanie czytelnictwa, ale skończyło się jak zawsze. Na śmiesznych obrazkach. I zazwyczaj tak się kończy, bo przecież jeżeli nie mamy wyrobionego nawyku czytania, nic tego nie zmieni. Tak właśnie działają według mnie wyzwania czytelnicze. Niczemu nie służą.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Pamiętacie zapewne, jak w szkole kazano wam czytać lektury. Odgórny nakaz, przynajmniej na mnie, działa jak płachta na byka. Nie jestem fanem tego, by robić coś, co mi nakazano. Nie jestem też buntownikiem, po prostu nie przepadam za tym, żeby wciskać mi do głowy rzeczy, których sam sobie nie wybrałem. Z tego też powodu z pewną niechęcią podchodziłem do lektur szkolnych. Czytałem jednak wszystkie, ale po skończeniu liceum, zrobiłem sobie czytelniczą przerwę. Miałem dość literatury jako takiej i po części uważam, że było to spowodowane właśnie tym odgórnym, szkolnym nakazem. Innymi słowy, to co miało nakłonić mnie do czytania, wywarło dokładnie odwrotny skutek.

    Wyzwania czytelnicze według mnie działają identycznie. Ktoś, gdzieś mówi nam, co i w jakim czasie powinniśmy przeczytać. W zamyśle autorów takich wydarzeń, zapewne mają one promować czytelnictwo, ale spójrzmy na to z innej strony. Najpopularniejszym wyzwaniem jest to, gdzie trzeba przeczytać 52 książki w ciągu roku. Zadanie absolutnie wykonalne, bo mówimy o jednej powieści w ciągu tygodnia. Na Instagramie na pewno zauważyliście, że na wielu profilach widnieją takie magiczne cyfry jak 32/52 albo coś, co mnie wprawia w niemałe zdziwienie 120/52. Brzmi świetnie, bo przecież czytamy dużo. Nawet bardzo dużo.

    A teraz przenieśmy się do tego smutnego dnia, gdzie większość naszego społeczeństwa leczy kaca i zastanawia się, jak zmienić swoje życie. Pierwszy stycznia to dzień, gdzie pojawiają się w naszych głowach górnolotne założenia – zacznę chodzić na siłownię, kupię pianino, zrobię sobie tatuaż itd. Wiemy jak większość z nich się kończy. Siłownie pustoszeją w połowie lutego, a stroiciele pianin dalej zastanawiają się, jak zdobyć nowych klientów. Życie dużo weryfikuje.

    www.unsplash.com/chuttersnap

    Podejmując wyzwanie czytelnicze stawiamy sobie jasny cel, a raczej jest on nam stawiany. Owszem sami się na to zgadzamy, ale dalej mamy do czynienia z niejako społeczną presją. W końcu nasi znajomi, którzy zdecydowali się dołączyć do takiej zabawy, motywują nas do tego samego. Gorzej, gdy z jakichś powodów, nie jesteśmy w stanie temu sprostać. Zniechęcimy się? Moim zdaniem tak. A co za tym idzie, przestaniemy czytać w ogóle.

    Za wyzwaniami czytelniczymi stoi coś jeszcze, a mianowicie pośpiech. Widząc, że ktoś przeczytał w listopadzie już ponad 100 książek, zastanawiam się na ile z każdej z tych lektur, cokolwiek zapamiętał. Wygląda to jak wyścig na czas. Kto przeczyta więcej jest głównym wyznacznikiem. Brakuje mi w tym tego, co oferował mi wspomniany na początku klub książki. Szerszej dyskusji, chwili na zastanowienie się i przegadanie tego, co wyniosłem z lektury. I nie mówię tutaj o opiniach, którymi dzielimy się na Instagramie dodając do nich odpowiedni #. Mówię o prawdziwej rozmowie, czasie na przetrawienie i wyciągnięcie wniosków. Chcąc czytać jak najwięcej, wątpię w to, że wybierane do tego wyzwania książki, wniosą w życie czytającego… cokolwiek.

    Głównym wyznacznikiem zdaje się być „szybko się czyta”.

    Bartosz Szczygielski